Mój łagodny bliźniak - Nino Haratischwili - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 415 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mój łagodny bliźniak - Nino Haratischwili

Porywająca opowieść o namiętnej miłości, jej dramatycznych odsłonach i niespełnieniu

Stella i Ivo są przybranym rodzeństwem. Poznali się, gdy mieli po kilka lat, kiedy jej ojciec nawiązał romans z jego matką. Najpierw byli tylko towarzyszami zabaw, lubili się i wzajemnie wspierali. W pewnym momencie to przestała być tylko zabawa i tylko przyjaźń. Nie mogli już wyobrazić sobie życia bez siebie, co stało się przyczyną prawdziwego dramatu. Ich drogi się rozchodzą, by po siedmiu latach znowu się połączyć. Wtedy wyjeżdżają razem do Gruzji, mając nadzieję, że znajdą tam odpowiedzi na dręczące ich pytania, by uporać się ze swoją trudną przeszłością.

Nino Haratischwili (ur. 1983 w Tbilisi, Gruzja) mieszka w Hamburgu, pisze po niemiecku i gruzińsku. Autorka i reżyserka sztuk teatralnych. Laureatka nagród za twórczość teatralną i prozatorską, m.in. Adalbert-von-Chamisso-Förderpreis przyznawanej autorom, dla których niemiecki nie jest językiem ojczystym.

Jej debiut powieściowy Juja (2010) znalazł się na liście książek nominowanych do prestiżowej nagrody Longlist des Deutschen Buchpreises, nagrody ARD – I programu telewizji niemieckiej, został też uhonorowany nagrodą Buddenbrookhaus dla debiutu literackiego.

Druga powieść Mój łagodny bliźniak otrzymała w 2011 nagrodę literacką Hotlist, przyznawaną przez niezależnych wydawców niemieckich.

Opinie o ebooku Mój łagodny bliźniak - Nino Haratischwili

Fragment ebooka Mój łagodny bliźniak - Nino Haratischwili












Nino Haratischwili

Mój łagodny
bliźniak


Tytuł oryginału: Mein sanfter Zwilling

Projekt okładki: Katarzyna Konior

Redakcja: Małgorzata Mietkowska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Jakubowska

© 2011 by Frankfurter Verlagsanstalt GmbH,

Frankfurt am Main

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Małgorzata Bochwic-Ivanovska

ISBN 978-83-7758-358-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Ciało drugiego człowieka, które przeszkadza wejrzeć w jego duszę.
Och, jak ja nienawidzę tego muru!

Marina Cwietajewa


CZĘŚĆ PIERWSZA
TAM


* * *

Widzę przed sobą twoją twarz – bladą i spokojną. I wiesz, nadal mam to stare, dobrze znane uczucie. Nie dowierzam mu, chociaż nie mija. Zastanawiam się, jak to możliwe, że nie czuję nic poza tą bliskością. Nawet teraz…

Nikomu nie zdołam wyjaśnić tego uczucia: nie wolno mi go doświadczać ze względu na to, co się wydarzyło, i ze względu na przyszłość, moją przyszłość. Ale je odczuwam i powoli godzę się z nim, z tym doznaniem, które – jak się wydaje – potrafi wszystko przetrwać.

Stoję tak sama, po raz pierwszy sama w każdym znaczeniu tego słowa, sama ciałem, duchem i umysłem. Ale nawet w tej chwili, dzięki naszemu uczuciu, które wypełnia mnie teraz, tutaj – mając twoją twarz przed oczami – potrafię przezwyciężyć i wymazać cały strach. Zostaje tylko ta ogromna bliskość i łagodność.

Nie wiem, jak to możliwe, że zawsze umiałeś dać mi tę łagodną bliskość; bo przecież żadne uczucie nie może być łagodne, sama łagodność bowiem ma już to do siebie, że przemija. Jest zjawiskiem, które pojawia się jak ukłucie szpilki i gubi w nicości. Moja łagodność zaś nie znika, jest inna, trwalsza niż wszystko. I już dawno przestałam zadręczać ją pytaniami…

Tak więc siedzę tu na kilka dni przed odjazdem. Siedzę tutaj, na naszej plaży, z której zawsze wypływaliśmy w zimne morze, na piasku chłodnym i wilgotnym, bo od dwóch dni pada deszcz.

Za chwilę obetnę włosy i łysa wyjdę naprzeciw nowym myślom i chłodnemu wiatrowi. Pasmo za pasmem będę stawać się coraz lżejsza, coraz bardziej pozbawiona ciężaru i może też coraz bardziej wolna. Siedzę w naszej zatoczce, gdzie nikt oprócz nas się nie zapuszczał, bo to miejsce wydaje się takie zimne i nieprzyjazne; siedzę tu, gdzie po raz pierwszy chciałam ofiarować ci miłość, a ty jeszcze nie potrafiłeś jej przyjąć; gdzie spędziliśmy tyle poranków i wieczorów w czasach, kiedy znowu nauczyłeś się mówić; gdzie tak często powierzaliśmy morzu nasze tajemnice, obietnice, marzenia, plany.

Siedzę tutaj. Widzę cię i jak zawsze czuję odurzenie bliskością, tańczę w tym odurzeniu na grobie samotności, bo bliskość jest dla mnie tylko zaprzeczeniem wszelkiej samotności, zwycięstwem elementarnej, dionizyjskiej żarłoczności.

Jestem łagodna, jestem miękka jak wełna, a w środku gładka niczym jedwab – zupełnie jak niemowlę, płód: bezpieczny, upragniony i jeszcze niedotknięty przez świat.

Tak często mi zarzucałeś, że zapomniałam, kim jestem. Może nawet to prawda. Może nie wiedziałam też, jak było z tobą. Może dostrzegłam to dopiero, kiedy przestałam walczyć z tą łagodnością we mnie, kiedy najadłam się jej już do syta, nie wiem. Ale wiem, że nie jestem tobą, już nie. I to odkrycie budzi we mnie równie mało lęku jak samotność, cisza, jak pytania, które po tym wszystkim padną, które da się może streścić w słowie „przyszłość”. Będę musiała płakać. Wszystko, co zjedzone, będę musiała zwymiotować, i nikt nie potrzyma mi wtedy ręki na czole – to też jest dla mnie jasne. Ale co z tego?

Widzę twoją twarz. Jesteś piękny. Przepiękny jak zawsze, a ja muszę się uśmiechnąć. Widzę twoją twarz i myślę, że jestem ci wdzięczna za tę łagodną bliskość – i straszliwą obcość. I pozwalam tej bliskości odejść, nawet jeśli nigdy więcej nie będę mogła dzielić z nikim tego uczucia, a przez to zostanie w końcu skazane na śmierć.

Widzę cię.


1

Właściwie zaczęło się od końca.

Tego ranka zadzwoniła Tulja i powiedziała, że przyjechał. Obudziła mnie. Mark odwiózł Theo do szkoły, a ja zostałam w łóżku – z wyrzutami sumienia, że nie wstałam, nie zrobiłam śniadania i nie odegrałam żadnej roli w porannych rytuałach. Mimo wszystko nie zwlokłam się z łóżka – przezwyciężenie wyrzutów było łatwiejsze, niż mogło się zdawać, a mój sen wart tego, by przegapić każdą sekundę szarego hamburskiego poranka.

Chwilę po tym, jak drzwi się zatrzasnęły, rozległa się melodyjka telefonu. Dzwonił tak uparcie, że w końcu – bliska łez i wściekła na marnowanie cennych minut snu – zmusiłam się, by wstać z łóżka i dopełznąć na czworakach do komody, na której leżał. Zawsze kładliśmy go w niewłaściwych miejscach, jakby to było jakieś prawo natury.

– Obudź się, wiem, że to ty. On znów tu jest.

– Mój Boże, Tuljo, wiesz, co właśnie mi robisz? Pierwszy raz od stu lat mogę pospać chwilę dłużej, a ty dzwonisz i mnie budzisz. Naprawdę, nie możesz później…

– Nie, nie mogę. Zrozum wreszcie! On przyjechał! Boże, obudź się! To nie do pojęcia. Wparadował tu jak gdyby nigdy nic, nasz mały Adonis. Nie masz pojęcia, jak świetnie wygląda. O siódmej rano dzwoni do mnie i mówi, że jest w mieście, że chce tu trochę posiedzieć, chce…

– Tuljo, kto? O kim mówisz, o kogo ci chodzi, do cholery?

– Ivo, Ivo, nasz Ivo!

Telefon zaczął wysuwać mi się z ręki. Może nawet z niej wypadł, już nie pamiętam. Byłam tak wytrącona z równowagi, że zatoczyłam się do tyłu i opadłam na brzeg łóżka. A raczej przewróciłam się na brzeg łóżka.

Nie było dnia, żebym o nim nie pomyślała, nie zastanawiała się, co właśnie robi, gdzie jest, jak się miewa. Ale w ciągu tych siedmiu lat podobne myśli stały się rutyną, spokojną, nie histeryczną, oczywistą. Żywiłam więc głębokie przekonanie, że nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Miałam swojego Ivo – żył we mnie i troszczyłam się o niego, ale ten właściwy, prawdziwy Ivo z krwi i kości, którego nie widziałam od siedmiu lat, ten Ivo zniknął z naszego życia, poszedł własną drogą, tak bardzo daleką od mojej, że każdy krok, jaki na niej postawił, tylko jeszcze bardziej oddalał nas od siebie.

– Po co przyjechał? – Nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

– Skąd mam wiedzieć? Jest u mnie dopiero od godziny, a teraz właśnie wyszedł po papierosy. Więc po prostu musiałam do ciebie zadzwonić…

– Ale przecież chyba coś powiedział?

– Mój Boże, a co to za różnica. Mam go przy sobie i na razie tylko to się liczy. Mówił, że chce tu trochę posiedzieć, a ja nie będę próbowała go od tego odwodzić.

– Pytał o mnie?

– Przez godzinę go obcałowywałam, biedak nie mógł wydusić słowa. Myślę, że jeszcze chwila, a zagłaskałabym go na śmierć.

Znowu usłyszałam w głosie Tulji niemal już zapomniane podniecenie ogarniające ją zawsze, kiedy była mowa o Ivo – mieszaninę matczynej dumy z dziecka skrzywdzonego przez los, które przez to trzeba kochać jeszcze mocniej i mądrzej, oraz pewnej dumy z siebie samej, Ivo bowiem uosabiał wszystko, co zdawało jej się warte zachodu, i z pewnością to właśnie w nim najwyraźniej dostrzegała wpływ swojego wychowania.

– Co mam teraz zrobić? Skakać z radości? I dlaczego dzwonisz akurat do mnie? To znaczy, czego ode mnie oczekujesz? – powiedziałam bezradnie i od razu pożałowałam tego głupawego pytania, bo w ciągu sekundy wmanewrowałam się znowu w rolę małej dziewczynki, wychowanicy Tulji. W telefonie na chwilę zapadła cisza. Dobrze wiedziałam, że Tulja postępuje bardzo niekonsekwentnie, całkowicie daje się porwać emocjom i nie zawsze zastanawia się, zanim coś zrobi albo powie. W tej kwestii nie ufałam jej zupełnie, bo przez te wszystkie lata nie odkryłam do końca, co tak naprawdę myśli o historii Ivo i mojej, ile wie, a ile sobie dośpiewała, co sobie wyobraża i czemu dokładnie chciała zapobiec.

– O, dzwonek do drzwi, wrócił. Muszę otworzyć. Odezwę się za kilka godzin. Albo on sam zadzwoni. W każdym razie wkrótce się tu ciebie spodziewam.

Chciałam coś odpowiedzieć, ale Tulja już odłożyła słuchawkę. Potrzeba snu zniknęła jak kamfora, byłam zupełnie przytomna. Próbowałam jakoś uporządkować myśli, poszłam do kuchni, zaparzyłam kawę i usiadłam za barkiem, o który Mark tak długo walczył, ja zaś nigdy go nie polubiłam. Cała się trzęsłam i piekły mnie oczy. Mocno ściskałam filiżankę z kawą i patrzyłam przez okno na szarą mżawkę. Zwyczajny widok, do którego nigdy się nie przyzwyczaję. Moje spojrzenie padło na wilgotne palce i obrączkę – wąską, dyskretną; tak długo nie mogłam się zdecydować, czy jest właściwa, czy nie, by nosić ją przez całe życie.

Wiedziałam, że wszystko się zmieni, że najlepiej byłoby się przed tym bronić – zadzwonić do Marka i poprosić go, by zabrał mnie ze sobą w podróż służbową, odwieźć małego do dziadków i zniknąć gdzieś do czasu, aż ciemne chmury się rozpłyną.

Któregoś dnia musiał wrócić. Spodziewałam się tego, często wyobrażałam sobie ten moment i oczami duszy widziałam wszystkie możliwe scenariusze. Zbroiłam się, trwałam w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Ale do dzisiaj wszystko rozgrywało się w mojej głowie. Do tej pory to ja bawiłam się lalkami i ja pociągałam za sznurki.

Tyle lat z nim i tyle wojen stoczonych przez Ivo, z Ivo albo bez Ivo nie odebrało mi pewności siebie w obchodzeniu się z naszą przeszłością; wytrzymałam próbę i zachowałam go w swoim życiu. Nie zwracając uwagi na żadne dobre rady, postawiłam na widoku nasze zdjęcia z dzieciństwa, opowiedziałam Markowi oficjalną wersję naszej historii, w dniu urodzin wysyłałam Ivo prezenciki bez życzeń – dopóki miałam jego adres – a w czasie urodzin raz po raz wznosiłam toast za zdrowie Ivo, co nierzadko prowadziło do gorących dyskusji, a nawet awantur przy stole.

Zabalsamowałam go w przeszłości, odebrałam mu wszelką przestrzeń do rozwoju – tego także byłam zupełnie świadoma. Zachowałam go w pamięci jako dziecko, chłopca, mężczyznę, z którym dzieliłam życie, który istniał we mnie, w moim wszechświecie. Ale on odszedł. Odszedł z mojego życia i odszedł ze swojego, które tak długo uważałam za własne.

Otrząsnęłam się z zamyślenia, poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, wypiłam jeszcze jedną kawę i włożyłam ciemne spodnie. Stanęłam przed szafą, próbując zdecydować się na bluzkę, ale nagle jakbym wpadła w czarną dziurę, gapiłam się tylko na półki upchane swetrami, podkoszulkami i bluzkami. Gapiłam się i gapiłam, jakby gdzieś tam leżało rozwiązanie, wyjaśnienie skrywające spokój, którego tak bardzo teraz potrzebowałam. Widziałam przed sobą jego twarz, jego twarz z czasów, kiedy zobaczyłam go po raz ostatni, i odruchowo przyłożyłam sobie rękę do ust, żeby nie krzyknąć.

Właściwie to wszystko zaczęło się od końca. Ale tak było w moim życiu zawsze: rodzinne układy, w których dorastałam, my dorastaliśmy, zawsze były postawione do góry nogami. W pewnym momencie nie miałam już odwagi, by określając krewnych, używać zaimków dzierżawczych. Bo kiedy mówiłam „mój ojciec” albo „moja matka”, „mój brat” albo „moja babcia”, zawsze musiałam dodać słowo „właściwie”.

– Twój ojciec? A dlaczego z nim nie mieszkasz?

– Bo moi rodzice się rozwiedli.

– A dlaczego nie mieszkasz z matką?

– Bo ona przeniosła się do Ameryki.

– Ale dlaczego nie zabrała cię ze sobą?

– Bo tak postanowiliśmy.

– A przyjeżdża tu czasami?

– Nie, to my zawsze jeździmy do niej.

– A dlaczego mieszkasz u Tulji?

– Jest ciotką mojego ojca, czyli moją babcią.

– A dlaczego nie mieszkasz u swojej prawdziwej babci?

– Ona jest prawdziwą babcią, nie mamy innej.

– A czemu twoja siostra ma na nazwisko tak samo jak ty, a brat nie?

– Bo mój brat jest adoptowany i zachował nazwisko swoich rodziców.

Żeby uniknąć tego wszystkiego, później mówiłam: to jest Leni. To jest Tulja. To jest Ivo. To jest…

Obudziłam się z tego stanu przypominającego śpiączkę z granatowym podkoszulkiem w dłoni i naciągnęłam go na siebie. Przypominał mi męża, dziecko, to, że jestem tu i teraz, i wszystko, o czym właśnie myślałam – odpłynęło. Odetchnęłam głęboko i zmusiłam się do uśmiechu, koniecznie musiałam znowu poczuć grunt pod nogami.

Poszukałam telefonu, który tym razem zniknął pod kołdrą, i zadzwoniłam do redakcji.

– Hej, Leo. Chciałam powiedzieć, że nie będzie mnie przez kilka dni, muszę trochę poszperać przed biennale. Przyjdę do biura dopiero we środę. Czy tak będzie w porządku?

– Och… rozumiem. Ale co z jutrem? Chyba wpadniesz do nas na kolację jutro wieczorem? Przyjęcie niespodzianka dla Nadii, pamiętasz?

Kompletnie o tym zapomniałam.

– Przypomnij mi jeszcze jutro, spróbuję pojawić się chociaż na chwilę, okay?

– Wszystko dobrze?

– Tak. Dlaczego pytasz?

– Masz taki drżący głos.

– Tylko zwyczajne rodzinne stresy. Znasz to przecież.

– Dobrze, zadzwonię do ciebie jutro. Spróbuj przyjść. To dla niej ważne. Rozumiesz?

– Postaram się. Na razie.

Odłożyłam telefon i poczułam wstyd, że zrzucam winę na moją małą rodzinę. Aż nazbyt dobrze znałam ten stary wzór: że kłamię, kłamię dla Ivo. Już od tak dawna nie musiałam tego robić i chociaż akurat to kłamstwo było naprawdę nieszkodliwe, wstydziłam się. Wolałabym nie odebrać tego telefonu, byłoby lepiej, żeby Tulja, stara jędza, nie zadzwoniła do mnie. Znowu się przed tym broniłam, uciekałam przed rzeczywistością. Broniłam się przed zaakceptowaniem faktu, że moje życie jest tak związane z jego życiem. Poszłam do gabinetu i włączyłam laptopa. Po godzinie się poddałam. Siedziałam szlochając przy biurku, przyciskałam do siebie zdjęcie syna – niczym ostatnią kotwicę, ostatni punkt zaczepienia – z zaciśniętymi oczami przycisnęłam twarz do blatu stołu i niewiele brakowało, a zaczęłabym krzyczeć na całe gardło, wzywając pomocy.


2

Przybycie Ivo do naszej rodziny także było końcem, od którego wszystko się zaczęło.

Jego matka, z którą mój ojciec miał romans, umarła. Ojciec Ivo najpierw trafił do więzienia, a kilka lat później w nim umarł. On sam zaś oniemiał – nie chciał powiedzieć do nikogo choćby słowa. I tylko ja potrafiłam zrozumieć jego język i nim władać, co zresztą było jedynym powodem, dla którego Ivo mógł u nas zostać.

Miałam wtedy siedem lat, a moja siostra jedenaście.

Rodzice właśnie się rozstali. Matka dość prędko po rozwodzie przeniosła się do USA, żeby pracować dla wielkiego koncernu farmaceutycznego. Mieszała tam jakieś trujące chemikalia w nadziei, że wszelkie szkody usprawiedliwi lepsza i zdrowsza przyszłość. Przeniosła się do Stanów dla Jamesa, tak, dla Jamesa, za którego potem wyszła. Zostawiła nam wybór, a moja siostra i ja z bardzo różnych powodów zdecydowałyśmy się – choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to kompletnie niewyobrażalne – zostać z ojcem, przez którego doszło przecież do rozpadu naszej rodziny i naszego życia. Ale tak się po prostu stało…

Matka musiała zrzec się prawa do opieki, chociaż jej przysługiwało – była zmęczona, bardzo zmęczona. Wszyscy byliśmy zmęczeni. Gdyby poszła do sądu, nigdy nie zostalibyśmy u ojca, nigdy by mu na to nie pozwolono, ale ona zdecydowała inaczej. Na pytanie, czy w wypadku sporu o prawo do opieki matka dostałaby też Ivo albo czy w ogóle chciałaby go zaadoptować, nigdy nie potrafiłam sobie odpowiedzieć.

Tak jak nigdy nie powinni byli pozwolić ojcu adoptować Ivo. Ale dziwnym trafem wszyscy zostaliśmy właśnie z nim.

Moja siostra odwróciła się od matki – nie mogła zrozumieć, dlaczego ta chce opuścić mężczyznę, z którego powodu zastrzelono kobietę. Została z tatą z przekory, bo do tamtego czasu był jej mniej więcej obojętny. W przeciwieństwie do mnie nie miała z nim specjalnie silnej więzi jako dziecko. Została, żeby zranić matkę, bo nie potrafiła jej wybaczyć, że ma zamiar odejść, że pokochała innego mężczyznę, że rozważa walkę o własne szczęście, w razie konieczności nawet bez nas.

Ja zaś zostałam z ojcem, bo bałam się, że mamie nie dadzą Ivo i w ten sposób nas rozdzielą.

Moja matka, wrzeszcząc histerycznie jak furiatka, kłóciła się z ojcem – wrzaski trwały prawie rok. W końcu usiadła po prostu naprzeciwko mojej siostry i mnie i zapytała, gdzie chciałybyśmy mieszkać. Dzisiaj myślę, że to było najuczciwsze i najbardziej właściwe, co mogła dla nas zrobić: zostawić nam wolność wyboru. Nie wciskać nas na siłę w przytłaczającą obcość innego kraju. Mimo to moja siostra jej nie wybaczyła, a we mnie na zawsze pozostało puste miejsce, właśnie dlatego, że postawiła nas przed tym wyborem, do którego nigdy nie potrafiłyśmy wystarczająco dorosnąć.

Zostawiła nas ojcu, który wziął do siebie syna swojej zmarłej kochanki, bzykał coraz więcej kobiet i coraz więcej pił. Ojciec z poczucia winy podrywał teraz wszystko, co przypominało kobietę i miało dwie nogi; stracił pracę i zaczął żyć na koszt swoich dzieci utrzymywanych przez mamę dzięki przemysłowi farmaceutycznemu oraz Jamesowi. Wszystko to kompletnie przerosło ojca i właśnie wtedy w nasze życie wkroczyła Tulja.

Tulja była ciotką mojego taty, wielokrotnie rozwiedzioną, bezdzietną damą, wtedy jeszcze w średnim wieku. Za dom służyła jej przebudowana szopa, jeździła ciężarówką i nie miała kotów, chociaż można by się tego po niej spodziewać. Kochała wiersze i wszystkich umarłych poetów, słuchała włoskich arii operowych i żyła z małej wypożyczalni łodzi, która została jej po drugim czy trzecim mężu. Co dziwne, prawie nie mówiła o tych mężczyznach. Jej życie składało się z mnóstwa historii, prawdziwych i wymyślonych, w które sama w pewnym momencie zaczynała wierzyć tak mocno, że stopiły się wszystkie w jedną wielką historię życia i już niemożliwe stało się oddzielenie prawdy od fikcji. Prawda, opowiadana przez Tulję, zawsze robiła wrażenie wymyślonej. Tulja wierzyła w astrologię, mistykę i naturę. W jej żyłach płynęła podobno perska krew, a ona sama miała twarz babilońskiej królowej – to przecież widać! – wyjątkowe rysy, które odziedziczył także mój ojciec. Między innymi właśnie im przypisywano jego powodzenie u kobiet.

Kiedy skończyłam dziewięć lat, przeprowadziliśmy się do Tulji nad morze, do Niendorfu, sennej wioski na wybrzeżu. Moja siostra, Ivo i ja. Ojciec zabierał nas do siebie na weekendy, a lipiec zawsze spędzaliśmy w Newark w New Jersey, gdzie mama wraz z Jamesem prowadziła eksperymenty chemiczne dla Merck & Co. W lecie udawaliśmy, że nasze życie z ojcem jest bajkowe, a Tulja to tylko taki bonus. Robiliśmy tak, bo szopa, ojciec alkoholik ze swoimi paniami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie, absolutnie szalone wyprawy łodzią, które odbywaliśmy na własną rękę, i obrzydliwa marmolada pigwowa roboty Tulji – wszystko to wydawało się nam o wiele przyjemniejsze niż Newark i rozpaczliwe usiłowania mamy, żeby nas do siebie przywiązać.

Dziwne było to, iż koniec końców z nas trojga tylko Ivo dawał jej poczucie, że nadal jest naszą matką, oraz pewność, że w żadnym razie nie potrafilibyśmy jej nikim zastąpić, nie mówiąc już o tym, że wcale byśmy tego nie chcieli. Było tak, od kiedy się pozbierał, znów zaczął mówić – i zawsze w lecie w Newark odstawiał przedstawienie dające naszej matce iluzję bliskości.

Wszyscy troje cierpieliśmy z powodu tej nieistniejącej rodziny. Ivo milczał, ja próbowałam jak najmniej rzucać się w oczy, najlepiej stać się niewidzialną i skupiać tylko na tym, by służyć Ivo za coś w rodzaju tuby, a moja cztery lata starsza siostra coraz bardziej zamykała się w sobie jak w kapsule. Odnosiło się wrażenie, że ona poniosła najbardziej widoczne szkody, chociaż nie chciała się do tego przyznać. Zaczęła obwiniać – przede wszystkim obwiniała o wszystko naszą matkę i Ivo. I oduczyła się uśmiechać.

Matka też cierpiała, kłóciła się z Jamesem i obrzucała nas całą masą bezsensownych prezentów albo w nerwowej atmosferze organizowała wycieczki do niezliczonych dzikich zakątków lub parków przyrody. Przysiadała jeszcze na brzegach naszych łóżek, kiedy już dawno wyrośliśmy z wieku, w którym człowiek się cieszy z bajki na dobranoc.

Straszliwie do niej tęskniłam, ale byłam zbyt dumna, żeby jej to okazać, i wiecznie udawałam, że nasze życie jest uosobieniem normalności. Odgrywałam rolę niekłopotliwej córki, Ivo zaś, który już wtedy miał fenomenalne wyczucie w kontaktach z ludźmi, dostosowywał się: był delikatny, przylepny, rozmowny, pełen entuzjazmu wobec męczących wędrówek i wycieczek, pełen szczerego zachwytu dla wszystkiego, co matka nam organizowała.

Poradziliśmy sobie z tym, przyzwyczailiśmy się, że nasze życie jest, jakie jest. Leni skończyła wreszcie z karaniem Ivo za nieszczęścia rodziny. I tak było to dzieciństwo niemal szczęśliwe; trochę szalone, trochę awanturnicze, trochę zdewastowane i niemal wypełnione miłością, której zalążek dali nam zagubieni dorośli, a która zawsze była nieco toksyczna, bo nigdy nie obdarzali nas nią w zdrowej formie.

Tyle, jeśli chodzi o wersję mojego życia, z której potem zwierzyłam się mężowi, przyjaciołom i kilku bliskim znajomym. Dużo zrobiłam, żeby inni przyznali nam prawo do określania się mianem rodziny. Resztę uzgodniłam ze sobą. Resztę uzgodniłam z Ivo.

Zadzwonił, kiedy umyłam zapłakaną twarz, wlałam w siebie kolejną filiżankę kawy i pożegnałam się z nadzieją, że jak zwykle jakoś uporządkuję sobie dzień i jakoś go przetrwam.

Nic nie wyjaśnił, powiedział tylko, że wpadnie, zapytał, czy jestem i czy mam coś przeciwko temu. Oznajmił, że jest w mieście przejazdem, że chyba w takim razie może się jednak ze mną zobaczyć. Nic nie odpowiedziałam, potakiwałam tylko bezgłośnie głową. Obiecał, że przyjedzie za czterdzieści minut.

Czas, który mi został, spędziłam na balkonie zawinięta w koc. Patrzyłam w dół na ulicę. Z oddali dochodziły syreny statków, a ten odgłos wprowadził mnie w stan półsnu. Wreszcie myśli przestały mi buzować w głowie. Nie zadałam sobie trudu, żeby się umalować, żeby namalować sobie twarz, która potrafiłaby ukryć strach.

Przyszedł punktualnie. Zanim mu otworzyłam, długo stałam w drzwiach, próbując odzyskać kontrolę nad oddechem. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, włosy jak zwykle bardzo krótko ostrzyżone. Wydawał się wyższy niż kiedyś i przyszło mi na myśl pytanie, czy dorośli nadal rosną, czy też to upływ czasu wywołuje takie wrażenie. Uśmiechnął się do mnie, w dłoni trzymał maleńki kwiat. To był przebiśnieg z ogrodu Tulji. Musiałam się roześmiać.

Nic nie mówiliśmy, zaczął krążyć po moim mieszkaniu jak tygrys, oceniał pokoje, zatrzymał się przed zdjęciami stojącymi na półce. Wziął fotografię Theo i przyglądał się jej długo, a potem nagłym ruchem odstawił ją na miejsce. W końcu usiadł za naszym barkiem i powiedział:

– Ten barek naprawdę nie jest ani trochę drobnomieszczański! – To było pierwsze zdanie, jakie usłyszałam od Ivo po siedmiu latach. Potem zapytał, czy może dostać coś do picia: – Gin z tonikiem byłby rewelacyjny. W takim mieszkaniu na pewno macie gin i tonik, prawda?

– Mark i ja pijemy gin od czasu do czasu, więc pewnie jeszcze trochę się znajdzie, nie dlatego, że moim zdaniem w takim mieszkaniu musi być gin. A barek jest zupełnie w porządku!

– Hej, naprawdę czujesz się zaatakowana?

– Daj sobie spokój.

Po tej wypowiedzi poczułam się odrobinę pewniej. I bardzo szybko pojawiło się wspomnienie, bardzo szybko wróciła ta niedobra lekkość.

Ustąpiłam, poddałam się i zmieszałam mu gin z tonikiem. Nie musiałam się długo namyślać – sobie też nalałam szklaneczkę. Była pierwsza po południu.

Uśmiechnął się i podniósł szklankę do ust.

– Postarzałaś się, ale podobają mi się te zmarszczki mimiczne. Włosy ci trochę ściemniały. Poza tym wcale nie uważam, żeby twoje mieszkanie było złe. Chociaż to jednak dziwne, że teraz żyjesz w ten sposób. Nieważne. Zdaje się, że Tulji bardzo się podoba twój mąż, to już dobry znak.

Tulja musiała kłamać jak z nut, bo przecież uważa, że Mark to nudziarz, i kiedyś wręcz zagroziła mi zakazem wstępu do siebie, gdy jej oznajmiłam, że wychodzę za niego za mąż.

– No właśnie – bąknęłam i wypiłam łyk. Rozgrzewające, lekko oszałamiające działanie alkoholu popijanego w środku dnia dało mi wreszcie poczucie wyzwolenia.

– Cieszę się, że cię widzę. Wyglądasz przepięknie. Tak jak zawsze wyobrażałem sobie ciebie w połowie drogi między trzydziestką a czterdziestką. Jesteś naprawdę jedną z tych, które późno rozkwitają. Twoje najlepsze lata dopiero nadchodzą!

– Ivo, co za głupoty pleciesz! To bezczelność, że nagle zjawiasz się jak gdyby nigdy nic. Gdzie się podziewałeś tak długo? Dlaczego nigdy mi nie odpowiedziałeś, dlaczego ty…

– Taką mieliśmy umowę.

– Chrzanić umowę. Bałam się o ciebie. Ja…

– Frank zawsze wiedział, gdzie jestem, Tulja też… A Gesi na pewno co tydzień coś ci o mnie wspominała.

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Chyba nie sądzisz, że kogokolwiek bym się dopytywała, gdzie mieszkasz i na jakim kontynencie akurat przebywasz!

– Sama tak chciałaś, Stello. Więc nie rób mi wyrzutów. Ty tak postanowiłaś.

– No to czemu tu teraz siedzisz, skoro postanowiłam, że więcej się nie zobaczymy?

– Może z zasady nigdy nie przestrzegam umów.

Spojrzałam na niego i musiałam stłumić uśmiech. Był jak zawsze piękny, niemal smutną, budzącą lęk pięknością samotnego człowieka. Człowieka, który rozpaczliwie wątpi w samego siebie. Jego oczy o delikatnym kształcie migdałów, ciemnoszare, zamglone oczy z dziewczęcymi rzęsami nadal były pełne tajemnic, które tak długo próbowałam rozwikłać. Nie zmienił się zawadiacki, lekki uśmieszek w kącikach ust. Moja miłość do Ivo była jak rana, która nigdy nie chciała się naprawdę zagoić.

– Zatem, żeby skrócić sprawę: nadal żyję w Nowym Jorku. Jeśli można to nazwać życiem.

Wyjął papierosy z torby. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy ja ostatnio paliłam.

– Dużo jeżdżę, jestem wolnym strzelcem, dostaję całkiem niezłe zlecenia, biorę wszystko, czego nie podejmują się inni. Przez ostatnie trzy miesiące siedziałem w Kabulu. Czasami nie było specjalnie miło. Ale ja i mój przyjaciel, pan wojna, nadal świetnie się rozumiemy. Nie ożeniłem się, inaczej na pewno zaprosiłbym rodzinę na wesele. Często widuję Gesi. James niedomaga ostatnimi czasy, ale Gesi mnie odwiedza, kiedy jestem w Nowym Jorku. Nadal kłócę się z nią o badania na zwierzętach i substancje trujące. Ale to nie szkodzi. Świat pozostał taki sam, to zadziwiające, że nie udało mi się go uratować. Widzisz więc, że u mnie wszystko dobrze, Stello. Od czasu do czasu brakowało mi ciebie. I to tyle. A jeśli chodzi o miłość, to też wszystko się nieźle układa przez te dwa czy trzy miesiące, które spędzam w jednym miejscu.

Wstał i wyjrzał przez okno.

– Chciałbym zobaczyć twoje dziecko! – powiedział nagle, a ja stwierdziłam, że jego niemiecki stał się bardziej miękki pod wpływem angielskiego, i było to przyjemne dla ucha.

– Możesz je poznać.

– A poznam też twojego męża?

– Tak, możesz poznać też mojego męża.

Przez chwilę oboje wyglądaliśmy przez okno. W końcu zebrałam się na odwagę i zapytałam:

– Dlaczego wróciłeś?

– Nagle ogarnęło mnie uczucie, że nie wiem już, kim jestem. Nie można ustawić swojego życia na szybkie przewijanie do przodu. Ja tak zrobiłem i przez całkiem długi czas to działało. Ale teraz muszę przewinąć taśmę do tyłu, a to niemożliwe bez Franka, bez Tulji, bez ciebie. Tak, może nawet Leni będzie mi potrzebna, ale przede wszystkim ty mi jesteś potrzebna, Stello. Muszę znowu tu pobyć przez chwilę. Doskonale wymieszałaś ten gin z tonikiem. Wcześniej byś tego nie potrafiła. Przypuszczam, że to osiągnięcie ostatnich lat.

– Definitywnie zamknęliśmy ten rozdział, Ivo, i nie sądzę, żeby dobrze było teraz…

– Niczego nie zamknęliśmy, nie miej złudzeń.

Jego głos nagle zrobił się zimny, zdystansowany, lekko pogardliwy. Ivo roztaczał nadzwyczajny chłód, kiedy bał się odrzucenia. Jakże mnie tym ranił, chociaż wiedziałam, że to było wyreżyserowane, że Ivo tylko udawał. Robił to jednak tak przekonująco, że nie można było nie poczuć się dotkniętym.

– To jest zamknięty rozdział, Ivo, teraz mam nowe życie, zupełnie inne priorytety. Przede wszystkim mam dziecko, którego szczęście jest dla mnie ważniejsze niż jakieś tam stany ducha. Znalazłam spokój.

– Ach tak, znalazłaś spokój? Świetnie, naprawdę świetnie. Posłuchaj mnie, Stello. Musisz mi pomóc, a może ja też będę mógł pomóc tobie.

– Pomóc? Pomóc mi? Dostałam już pomoc, nie potrzebuję żadnej innej. A tobie? Jak miałabym ci pomóc? Jak to sobie wyobrażasz? Poszedłeś w swoją stronę. Jesteś inny niż wtedy. Masz teraz inne doświadczenia, uczucia, myśli. Nie mogę zachowywać się tak, jakby nie upłynął szmat czasu. To ma dla mnie znaczenie. Jestem zdezorientowana, przytłoczona twoją obecnością, a jednocześnie cieszę się, może nawet czuję ulgę, że znów jesteś obok. Nie wiem jednak, co mogę zrobić. Jeśli chcesz rozmawiać, to rozmawiajmy, ale nic więcej, Ivo.

– Muszę tylko trochę sobie poprzypominać. A ty możesz mi w tym pomóc, prawda?

Nie odpowiedziałam i tak przez kilka minut wpatrywaliśmy się w milczeniu w nasze szklanki. Rozległ się dzwonek telefonu, skoczyłam na równe nogi i zaczęłam go szukać. Znienawidzony dźwięk tym razem obiecywał mi odroczenie, dawał możliwość ucieczki. Myślałam o tym, dlaczego znowu czuję się tak beznadziejnie zdana na łaskę i niełaskę Ivo, naszej przeszłości i tego, co miało teraz nastąpić. Poczułam ulgę, słysząc w słuchawce głos obcej kobiety.

– Przepraszam, z kim rozmawiam?

Nazwisko nic mi nie mówiło.

– Jestem wychowawczynią Theo w świetlicy. Dzwonię, bo jeszcze go państwo nie odebrali, a w poniedziałki zwykle nie jest w mojej grupie. Jeśli się nie mylę, wtedy zawsze idzie na trening piłki nożnej. Dlatego chciałam po prostu…

I znowu nienawidziłam telefonu!

– O mój Boże! Będę za dwadzieścia minut. Czy mogłaby pani przez ten czas…?

– Tak, oczywiście, żaden problem.

– Mój mąż i ja musieliśmy się nie dogadać.

Kolejny raz skłamałam.

Ivo wstał i znów zajął się zdjęciami rodzinnymi na półce.

– Muszę iść. Muszę odebrać Theo.

– Możemy to przecież zrobić razem.

– Myślę, że będzie lepiej, jak pójdę sama.

– Też chcę pójść. Będę mógł go poznać.

– To naprawdę nie najlepszy moment, Ivo!

Ale on opróżnił szklaneczkę i już trzymał w ręku skórzaną kurtkę. Poczułam działanie alkoholu, do którego w ogóle nie byłam przyzwyczajona w ciągu dnia. Zaczęło mi dzwonić w uszach, jakby coś mi dolegało. Pociłam się.

Zbiegliśmy po schodach. Po drodze zarzuciłam na siebie płaszcz. Ivo robił wrażenie odprężonego i lekko rozbawionego – jak zawsze.

Kiedy próbowałam otworzyć samochód i kluczyki wyślizgnęły mi się z ręki, ze znaczącym uśmieszkiem dał mi znak, żebym usiadła na miejscu pasażera.

– Pozwól – powiedział. Przyjęłam to z ulgą. Po raz drugi tego dnia byłam bliska łez.

Prowadził szybko i pewnie, wiedząc, że właśnie emanuje tym tak typowym dla siebie samozadowoleniem, które mnie straszliwie złościło i irytowało. Zastanawiałam się, czy w tych wszystkich cholernych kryzysowych regionach, w których musiał zbierać materiały do swoich ach-jakże-prawdziwych-i-demaskatorskich reportaży, też był taki pewny siebie i nonszalancki. Czy w zbombardowanych miastach i na ulicach usianych zwłokami spacerował sobie równie beztrosko i swobodnie. Pewny swego, zawsze patrzący na innych trochę z góry, zawsze trochę bardziej świadomy własnej wartości i zawsze trochę bardziej wolny, niezależny, nieodgadniony.

Wiem, dokładnie pamiętam, kiedy zaczął się tak zachowywać. Pamiętam, jak zaczął palić papierosy do samego filtra, obgryzać paznokcie i mierzyć kobiety zaczepnym wzrokiem; pamiętam jego smutne spojrzenie, które inni zawsze uważali za wyzywające. I pamiętam jego notatniki – zawsze wypełniał je zapiskami aż po marginesy, jakby rzucał małe kotwice w ocean.

– Teraz w lewo.

Kilka krótkich wskazówek – tylko na tyle byłam w stanie zdobyć się w czasie jazdy do szkoły Theo.

Palił, choć był to samochód Marka, a ten poczuje smród i będzie się wściekać, ale nie miałam odwagi nic powiedzieć, bo przez cały czas myślałam o „niedrobnomieszczańskim barku” i nie chciałam, żeby Ivo znów mnie oceniał.

Opuścił szybę i rozglądał się z ciekawością ucznia. Sprawiał wrażenie, że rozpoznaje miasto albo że właściwie wcale go nie zna i z zadziwieniem ogląda je pierwszy raz – nie byłam tego pewna.

Powiedziałam mu, żeby zaczekał w samochodzie. Theo siedział z grupą popołudniową w sali na parterze i jadł marchewkę. Zrobił obrażoną minę, wyglądało jednak na to, że nie dąsa się aż tak bardzo, by natychmiast nie skoczyć na równe nogi i nie podbiec do mnie. Podziękowałam wychowawczyni, próbując sprawiać wrażenie swobodnej i pewnej siebie, jakby cała sytuacja była po prostu drobnym nieporozumieniem.

Przez długi czas nie chciałam mieć dzieci, właściwie nigdy nie chciałam ich mieć. Nie czułam się dojrzała do roli matki i jeszcze na długo przed zajściem w ciążę z Theo, obawiałam się, że cokolwiek zrobię – nigdy nie będę wystarczająco dobra. Ani dla siebie, ani dla dziecka.

– Gdzie tata? – zapytał mój syn i wetknął resztę marchewki do kieszeni kurtki. Inne dzieci, na ogół starsze, siedziały w ciszy, rysując albo odrabiając pracę domową; ignorowały Theo. On też nie pożegnał się z nikim poza wychowawczynią.

– Dziś moja kolej. Przecież wiesz.

– No to dlaczego zapomniałaś mnie odebrać?

– Nie zapomniałam. Przecież jestem. Spóźniłam się tylko.

– Pracowałaś?

– Nie, spóźniłam się, bo mamy gościa.

– Gościa?

Jego ciemnobrązowe oczy roziskrzyły się, a wściekłość zdawała się ulatniać.

– To ktoś bardzo ważny dla mnie. Członek rodziny. Już kiedyś ci o nim opowiadałam, jeśli pamiętasz.

– Z rodziny twojej czy taty?

– Z mojej.

Już od lat nie mówiłam „brat”, kiedy miałam na myśli Ivo. Nikt z naszej rodziny nie nazywał go moim bratem. Ale dziwiło mnie, że teraz nie powiedziałam tego Theo. Próbowałam postępować wobec niego uczciwie i z szacunkiem; z taką samą powagą, z jaką wychowywała nas Tulja. Może odarło nas to z beztroski, ale za to sprawiło, że cała nasza trójka wyrosła na ludzi samodzielnych.

Zbliżyliśmy się do parkingu, na którym stał samochód. Ivo wyglądał przez okno i palił kolejnego papierosa. Obserwował nas, wiedziałam o tym, choć z tej odległości nie mogłam jeszcze wyraźnie dostrzec jego twarzy.

– To samochód taty – odezwał się Theo i w tym momencie najchętniej bym nim potrząsnęła za to, że tak otwarcie okazywał ten zaborczy sposób myślenia, tę, jak by powiedziała Tulja, kapitalistyczną dziecięcą chorobę. Z niewielu rzeczy byłam dumna w dzieciństwie. Może z naszej wolności, z Ivo, z tego, że zawsze umieliśmy pływać lepiej niż inni, i z tego, że zawsze wszystkim się dzieliliśmy. U nas w domu potępiało się sobkostwo. Między dzieciństwem Marka a moim nie było nawet krzty podobieństwa. On nie widział nic złego w tym, że jego syn tak wcześnie zrozumiał, co mu się należy. Nie, wręcz temu przyklaskiwał.

– Mój jest w warsztacie, kochanie – odparłam i ścisnęłam odrobinę mocniej małą rączkę Theo. Próbował rozluźnić uchwyt, ale nie dawałam za wygraną. I tak, prowadząc tę próbę sił, znaleźliśmy się nagle przy samochodzie. Ivo wysiadł i podał mojemu synowi dłoń. Theo spojrzał w górę na niego, uwolnił rękę z mojej i odwzajemnił uścisk.

– To jest Ivo – powiedziałam i spojrzałam na nich z wyczekiwaniem. Widok ich obu niemile mnie uderzył, zapowiadając jakąś kolosalną zmianę, na którą wcale nie byłam przygotowana.

– Ale dziwne imię – powiedział mój sześcioletni syn i wsiadł do auta. – Mamy w domu twoje zdjęcie.

– Naprawdę?

– Tak. Ale wyglądasz na nim inaczej. Masz inne włosy.

– To prawda. Myślę, że wtedy nie tylko moje włosy były inne.

– A co jeszcze?

Pomyślałam sobie, że może powinnam była ostrzec Ivo, by w żadnym wypadku nie dał się wciągnąć w odpowiedzi na pytania Theo, ponieważ wtedy nie będzie im końca. Zazwyczaj Theo nie zdradzał żadnego zainteresowania otoczeniem ani ludźmi wokoło. Jeśli jednak już raz coś wzbudziło jego ciekawość, zdawało się, że nic nie zdoła jej zaspokoić. Czasami życzyłam sobie, by dało się sterować tą ciekawością, bo nie wszystko, co go interesowało, interesowało także mnie, i na odwrót.

– No cóż, powiedziałbym, że wszystko.

Wyglądało na to, że Theo zastanawia się nad tym. Ivo spojrzał na mnie pytająco.

– Dokąd jedziemy, moi państwo? – zakrzyknął po chwili z udawanym entuzjazmem.

– Najpierw do domu, muszę się szybko przebrać, a potem na piłkę. Nie mogę się spóźnić, rozumiesz? – Theo rzucił rozkazującym tonem z tylnego siedzenia, a ja nic nie odpowiedziałam, pogodziłam się z tym pańskim zachowaniem i skinęłam głową.

Po drodze Theo nie przestawał zadawać pytań: gdzie też Ivo się podziewał, dlaczego nas częściej nie odwiedzał, dlaczego pali, skoro tata nie lubi palaczy w samochodzie; opowiadał o treningach piłki i o swoim najlepszym koledze, którego ojciec miał hodowlę królików. O naprawdę wielkim pawilonie, w którym ten pan pracuje i dokąd Theo czasem może wejść. Że raz zwyciężył Tulję, kiedy się siłowali na ręce, i że uważa najstarszego syna Leni za przygłupiastego, bo on lubi dziewczyny i strasznie zadziera nosa, od kiedy dostał skuter.

W domu zrobiłam mu kanapkę z masłem, na nic ciepłego nie starczyło mi fantazji ani czasu. Do tego byłam kompletnie pochłonięta obecnością Ivo i pytaniem, co znaczy dla mnie jego pobyt tutaj.

Theo wyjął resztę marchewki z kieszeni i położył ją demonstracyjnie na samym wierzchu patery z owocami. Zaproponowałam mu, żeby ją wyrzucił, bo wygląda dosyć nieapetycznie, a wtedy on wpadł w złość i zaczął się upierać, że to jego marchewka i może z nią robić, co chce. Zdawało się, że Ivo bawi podpatrywanie naszej codzienności. Spoglądał z zaciekawieniem to na mnie, to na Theo.

Miałam przemożne pragnienie, by zabarykadować się w sypialni i zostać tam sama do późnej nocy. I znowu ustąpiłam. Nadgryziona marchewka nadal leżała na owocach – niczym symbol kapitalistycznej choroby dzieci, jak mawiała Tulja, niczym znak mojej niemocy.

We troje pojechaliśmy samochodem mojego męża na boisko syna. Patrząc z boku można by sądzić, że na obrazku wszystko się zgadza. Z jednym wyjątkiem: nie zgadzał się mężczyzna.

Ten, który by tutaj pasował, zapewne stał właśnie w studiu i montował jeden ze swoich filmów dokumentalnych: mój mąż, który nie miał bladego pojęcia o tym, że tego ranka całe nasze wspólnie wywalczone bycie razem, nasza codzienność, zwyczaje, obietnice, podobieństwa i różnice, nasze noce, plany wakacyjne i święta, które tak chętnie razem przygotowywaliśmy i obchodziliśmy, stanęły pod znakiem zapytania. I że nie zrobiłam nic, by z tym walczyć – wręcz przeciwnie: w pożyczonym życiu, pożyczonym samochodem z pożyczonym mężczyzną jechałam na boisko, zastanawiając się, jak mogło tak szybko dojść do tego, że wszystko, po prostu wszystko wokół mnie zaczęło wydawać się takie nieprawdziwe. Tak wiele ryzykowałam dla minionego, nigdy nierokującego najmniejszego szczęścia związku, dla którego nie znalazłam określenia przez te trzydzieści sześć lat, kiedy byłam na świecie.


3

Resztę dnia pamiętam jak przez mgłę.

Ivo zawiózł mnie do domu, odstawił samochód Marka do garażu – i zniknął. Powiedział tylko, że ma jeszcze coś do załatwienia. Byłam jak zamroczona, nie pytałam o nic więcej.

Potem Mark i Theo wrócili do domu. Mark odebrał Theo z treningu, a moje auto z warsztatu.

Zjedliśmy kolację, a Mark wiercił mi dziurę w brzuchu pytaniami o Ivo i o to, co oznacza jego nagłe pojawienie się w Hamburgu. Najwidoczniej był zazdrosny, chciał ze mną spać i upewnić się w ten sposób, że wszystko jest po staremu. Pragnął potwierdzenia, a ja mu je dałam. Spałam z nim i próbowałam robić wrażenie obecnej.

Kiedy zasnął, usiadłam i długo patrzyłam na swoje nagie ciało. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, jakiego potwierdzenia ja szukałam.

Następnego dnia zaczęło się szaleństwo. Mogłoby się wydawać, że cała rodzina jest znowu jednością. Nawet mama zadzwoniła: chciała wiedzieć, czy Ivo dojechał i jak zareagowaliśmy na jego powrót.

Ku mojemu zdumieniu życie toczyło się dalej, jak gdyby nigdy nic. Siedziałam przy laptopie, odwoziłam Theo do szkoły, załatwiałam sprawy przez telefon, troszczyłam się o Marka.

Pewnego wieczoru wparadowała do nas moja siostra. Włosy Leni połyskiwały sztuczną czerwienią henny, a z torby wylewały się zabawki jej najmłodszego dziecka.

Leni przez całe życie próbowała – jak to nazywa – naprawić stracone dzieciństwo. Studiowała socjologię, a potem zaczęła pisać książki dla dzieci. Sukces kazał na siebie czekać do czasu, aż poznała swojego męża, który prowadził oficynę wydającą literaturę dziecięcą – od tamtej pory mogła żyć z pisania. Zaczęła odwracać się od Tulji, zdawało się, że coraz bardziej się jej wstydzi. Urodziła troje dzieci i zamieszkała w wytwornej dzielnicy willowej. Swoją nową rolę grała doskonale: na wszelkich możliwych zgromadzeniach rodzinnych opowiadała krewnym i wszystkim innym, jak się wychowuje dzieci, jak należy przystosować świat do dzieci, jak pisze się książki dla dzieci. Jakby jedynym celem naszego życia było rodzenie dzieci, wychowywanie i pisanie dla nich książek.

Chyba tylko dlatego nigdy naprawdę nie oderwałam się od Leni, że jej potrzebowałam. Była dla mnie potwierdzeniem wszystkiego, co się stało, ale o czym się nie mówiło, o czym wszyscy wiedzieli i o czym nikt w naszej rodzinie nie chciał pamiętać, a co ona – wprawdzie inaczej niż Ivo i ja – też przeżyła. Co dokładnie tak samo ją okaleczyło. Co tak samo próbowała zostawić za sobą. Była przy tym potwierdzeniem jedynego prawdziwego sformułowania w moim życiu: Leni to moja siostra i mówiąc o niej, nie muszę dodawać słowa „właściwie”.

Kiedy urodziła trzeciego syna i pożegnała się z nadzieją na dziewczynkę, której kupowałaby różowe sukienki z falbankami i zaplatała słodkie złote warkoczyki, było mi coraz trudniej wytrzymywać nieznośną, emanującą z niej zaściankowość, coraz bardziej prowincjonalną urodę, zgaszoną przez to, że Leni przytyła i farbowała włosy henną. Także fakt, że jeździła golfem, bo bała się, że w jej podmiejskiej idylli większy model wydawałby się zbyt prowokujący.

– Tulja zaprasza nas na sobotę. Mamy się wszyscy spotkać. Świętować powrót syna marnotrawnego. Nic dodać, nic ująć – powiedziała ostro, siadając na kanapie, by już w następnej sekundzie gwałtownie podskoczyć i zacząć przetrząsać całą zawartość szafek kuchennych w poszukiwaniu zdrowej herbaty. Jedna z cech Leni, z którą w ostatnich latach coraz gorzej sobie radziłam, to sarkazm.

– Już tu był.

– Co? Już go widziałaś? Znowu się u ciebie pojawił niczym upiór w operze? Po prostu cudownie. A co też szanowny pan miał do powiedzenia? Jak stoją jego akcje?

– Dobrze wygląda. Potrzebna mu chwila przerwy.

– Jestem zaskoczona. Nie, naprawdę. I że też Gesi pozwoliła mu tak po prostu do nas przyjechać!

Leni lubiła odgrywać rolę porzuconej córki, zapominając przy tym, że to ona przecież w wieku jedenastu lat na całe gardło sprzeciwiała się przeprowadzce do Newark. Przydzieliła mamie rolę tej winnej. Cieszyło ją, że zawsze może przypisać Gesi rolę kozła ofiarnego, oskarżając ją o wszystko, co jest nie tak. Nie utrzymywała z nią właściwie żadnego kontaktu i od samego początku nie chciała spędzać u niej urlopu z dziećmi.

– Czy to zbrodnia, że Gesi czasem się z nim widuje?

– I znowu zaczynasz.

– O co ci chodzi?

– No cóż, znów go bronisz.

– Nie bronię. Tak po prostu jest.

Obrzuciła mnie nieufnym spojrzeniem i nadal grzebała w szafkach. Przyszło mi do głowy, że to właściwie nadzwyczajny widok – Leni sama, bez dzieci. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy tak było ostatnim razem, i nie potrafiłam. Leni od początku demonstracyjnie obnosiła się ze swoją rolą matki i dawała całemu światu do zrozumienia, że kobieta, którą zostawiła własna matka, nie musi być złym rodzicem. Leni doprowadziła swoje życie rodzinne do perfekcji – i wszyscy powinni to z łaski swojej zauważyć.

Znalazła jakąś herbatkę odpowiadającą jej ekologicznym pretensjom i nie pytając, czy mam ochotę, zaparzyła także dla mnie. Również to cechowało Leni: zawsze wiedziała, co dobre, a co złe dla innych.

– Cieszę się, że znów tu jest. – Starałam się, jak już tysiąc razy, traktować ją w miarę uczciwie.

– Wątpię, żebyś wiedziała, co dla ciebie dobre, a co nie. Znasz go przecież, w każdym razie powinnaś. Więc sama wyciągnij niezbędne wnioski z jego wizyty.

– Przepraszam bardzo, a co to ma znaczyć?

– Jego wyjazd do Ameryki był dla nas wszystkich najlepszym wyjściem. To, że odszedł, było dla wszystkich najlepszym wyjściem. I że nie wrócił. Dopiero wtedy odzyskałaś panowanie nad swoim życiem. Kiedy go nie było, ojciec się uspokoił. Nawet Tulja zrobiła się spokojniejsza od czasu, gdy wyjechał. Tak było po prostu lepiej. Nie przynosił nam szczęścia!

Leni nigdy nie przestała upatrywać w Ivo korzeni wszelkiego zła, tak jak nigdy nie przestała winić mamy za coś, czemu była najmniej winna. Ale kiedy Leni uparła się i już raz utwierdziła w jakiejś opinii, nic nie mogło jej przekonać, że może być inaczej.

Patrzyłam na jej twarz, kiedyś bardzo ładną: jasnoniebieskie oczy i pełne usta, które tak wielu kusiły do całowania, twarz o śniadej karnacji i wystających kościach policzkowych. Kiedy spogląda się tylko na nią, nie zwracając uwagi na ociężałe ciało, ubranie, sposób bycia – wtedy Leni okazuje się przepiękną kobietą, która po każdym z rodziny odziedziczyła najlepsze rysy: mały zadarty nosek po mamie, pełne wargi po ojcu, duże jasne oczy po Tulji. Ale gdy tylko otwiera usta, kiedy tylko zaczyna się zwracać uwagę na jej figurę, w oczy rzuca się coś niemalże okropnego: wymuszona gestykulacja, przykładnie wyprostowane ramiona, początek drugiej brody, niezadbane dłonie i miękkie, matronowate ciało. Zrozumienie tego wywołało we mnie ból i znów miałam to nieodparte uczucie, że to nie moje życie – że jestem aktorką w jednym z filmów dokumentalnych nakręconych przez Marka dla telewizji.

– Nie mam teraz ochoty na herbatkę z kopru włoskiego.

– Ach, przestań, od czasu do czasu trzeba zrobić dla siebie coś dobrego.

– Ale ona wcale mi nie robi dobrze; nie znoszę tej herbatki. Dostaję od niej skurczów w brzuchu.

– Nikt nie dostaje skurczów w brzuchu od herbatki z kopru włoskiego.

– Nienawidzę kopru włoskiego.

Leni obrzuciła mnie karcącym spojrzeniem, które mówiło, że totalnie się mylę, że w ogóle fatalnie się odżywiam, że piję absolutnie niewłaściwą herbatę.

Ona popijała swoje zdrowe ziółka, rozglądając się naokoło. Jakby z kondycji mojego mieszkania chciała wyczytać stan mojego życia.

– No i? Przyjedziesz? – zapytałam, by przerwać nieprzyjemną ciszę.

– Co masz na myśli, gdzie?

– W sobotę, do Tulji?

– No chyba muszę, prawda? W przeciwnym razie pozbawi mnie swojego świętego błogosławieństwa. Tulja wręcz nie posiada się z radości. Ma wreszcie z powrotem swojego ukochanego chłopczyka. Jak się tak porządnie zastanowić, Ivo zawsze był lepszym wnukiem, lepszym synem, lepszym dzieckiem, w każdym razie był lepszy niż my kiedykolwiek. Niewiarygodne.

Leni, zazdrośnica. Jako najstarsza z nas musiała jeszcze mocniej niż ja mierzyć się z rzeczywistością, z katastrofami naszej przeszłości. Może to dlatego nigdy nie przezwyciężyła poczucia niedosytu. Może całe to jej szaleństwo wokół dzieci było jedną wielką ucieczką, jedną wielką tęsknotą za normalnym dzieciństwem.

– Rozmawiałaś już z tatą? – spytałam mimochodem, rzucając okiem na zegarek. Jakby Theo, którego Mark miał wkrótce przyprowadzić do domu, mógł uratować mnie przed tymi torturami. Na barku, obok wiklinowej patery na owoce, na której ciągle jeszcze królowała resztka marchewki Theo, stały – niczym symbol naszej siostrzanej klęski – parujące filiżanki o mocnym zapachu kopru włoskiego.

– Ojciec przyjdzie z tą swoją flamą! O Boże! Czy przyjrzałaś się jej ostatnio na jego urodzinach? To niesamowite: wygląda jak ropucha.

– Przynajmniej nie jest od niego dwadzieścia sześć lat młodsza. Chociaż wiek zgadza się między nimi.

– Ach, bzdury. U niej nic się nie zgadza, ani z przodu, ani z tyłu. I pochodzi też niekoniecznie z najwytworniejszych sfer, to widać na kilometr, a na dodatek ten okropny dialekt! Rzygać się chce!

– Opanuj się. Są już razem ponad dwa lata. To też jakaś sztuka!

– Ojciec jest nadal przystojnym mężczyzną, mógłby mieć kogoś lepszego. Czasami myślę, że tylko mu jej żal. W jej wieku, w jej sytuacji nie ma już szans na rozsądnego faceta.

Leni kochała ojca. Wprost wielbiła. I widziała w nim ofiarę naszego strasznego losu. Świat był niesprawiedliwy dla Franka: jego żona, dzieci, nikt mu nie pomógł. On, szlachetny rycerz, adoptował chłopca, zaniedbanego, nieszczęsnego, pozostawionego przez wszystkich na lodzie chłopca, który nawet nie okazał mu wdzięczności. Leni udawało się w taki sposób ułożyć strzępy wspomnień, tak wszystko poprzekręcać, że wyłaniał się z nich obraz ojca, jakim zawsze chciała go widzieć.

– Ona nie jest taka znowu paskudna. Okazuje mu wiele czułości.

– Przepraszam bardzo, a co to znowu znaczy „paskudna”? To ordynarna dziwka. Nic więcej. Z tymi tlenionymi włosami i makijażem jak w jakimś cholernym hollywoodzkim filmie…

Leni chciała jeszcze coś dodać, ale rozległ się dzwonek jej komórki; najwidoczniej jej mąż się wściekał – czy naprawdę zapomniała, że trening karate środkowego syna jest odwołany i że ma po niego, proszę bardzo, przyjechać? Leni, w panice, że zdarzyło jej się to małe potknięcie, skoczyła na równe nogi, przewracając przy tym torbę. Gumowa kaczka, plastikowy samochodzik bez jednego kółka, jajko niespodzianka zamalowane długopisem i tubka żelu nawilżającego potoczyły się po kamiennej podłodze mojej kuchni. Tubka była wąska, różowa i ozdobiona błyszczącymi gwiazdkami, dobrze pasowała do świata zabawek w jej torbie. Kiedy Leni zorientowała się, że zauważyłam połyskujący przedmiot, zachowała się tak, jakby była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem: pozbierała wszystko, jak gdyby nigdy nic – żel demonstracyjnie na końcu – i wsadziła z powrotem do torebki. Od czasu, kiedy dorosłyśmy, miałyśmy śmiertelnie milczącą umowę o zachowaniu śmiertelnie absolutnego milczenia na temat spraw, które mogłyby powiedzieć coś o nas samych. A więc darowałam sobie komentarz.

Jednak gdy już stała w przedpokoju zbierając się do wyjścia, wyrwało mi się:

– Chyba uprawiacie dziki seks, co?

Uśmiechnęłam się i to było wspaniałe uczucie – jakbym znowu miała piętnaście lat i mogła tak otwarcie interesować się życiem seksualnym siostry.

– Co za durne pytanie, Stello!

Leni zalała się czerwienią, a ja wiedziałam, że cała kurczy się konwulsyjnie, zacisnęła dłonie w pięści.

– No co? Po prostu mnie to interesuje!

– Co cię interesuje? Czy i jak sypiam z moim mężem?

– Tak, dlaczego nie? Przecież jesteś moją siostrą, kiedyś wolno mi było zadawać ci takie pytania.

Zamknęłam za nią drzwi, oparłam się o nie i roześmiałam. Sytuacja była taka absurdalna… a jednocześnie przeraził mnie własny śmiech. Przeraził, bo wiedziałam, że to zerwanie z utartymi wzorcami wiąże się wyłącznie z kiedyś, a temu kiedyś było na imię Ivo.

Tulja zapowiedziała, że zrobi przyjęcie stulecia i każdego, kto nie skorzysta z jej zaproszenia, wykluczy z rodzinnego grona. Zadzwoniłam do ojca, ojciec zadzwonił do Leni, Leni zadzwoniła do mnie, Tulja znowu zadzwoniła do ojca, ojciec poskarżył się na zaborcze, mamuśkowate zachowanie Tulji, ja pocieszałam ojca, a Leni zadzwoniła do mnie i wygadywała na niego, narzekając, że się nie oszczędza. Tulja robiła uzgodnienia z mamą. Mama znów do mnie zadzwoniła, wygadywała na bezczynność Leni i wyrażała obawę, że moja siostra zepsuje powrót Ivo. I tak to się toczyło przez cały nerwowy tydzień.

Ivo zamieszkał w szopie na plaży w Niendorfie i pławił się w troskliwości Tulji. Nie dzwonił do nikogo z nas, przyjąwszy do wiadomości, że Tulja planuje powitalne przyjęcie i ponowne zjednoczenie rodziny.

Mark podpisał właśnie umowę na nowy film dokumentalny i zajmował się organizowaniem podróży na plan. Mieli kręcić na Cyprze. Przez większość czasu Theo i ja byliśmy sami.

Oczywiście zapomniałam o telefonie w sprawie imprezy koleżanki z pracy – chyba wszyscy w redakcji mieli mi to za złe. Leo, nasz redaktor naczelny, miał mi to za złe podwójnie, ponieważ upatrzył sobie Nadię, na której przyjęcie nie poszłam, i liczył na moje wsparcie, włącznie z próbami ich wyswatania. Pracowałam nad artykułem o biennale sztuki, które powinno być „nowoczesne, przełomowe i torujące nowe drogi”, a w rzeczywistości było tylko wtórne, zaściankowe i kompletnie konserwatywne. Poprosiłam o przesunięcie terminu oddania tekstu, co niekoniecznie poprawiło ogólnie panujący nastrój.

Do mojej pracy należało kłamanie w niektórych momentach. Przedstawianie rzeczy kompletnie pozbawionych sensu jako „nowoczesnych, przełomowych i torujących nowe drogi”, a dekadenckich, absolutnie nadętych i pozbawionych wszelkich pomysłów dzieł sztuki, wywiadów z artystami, premier filmowych i nowości wydawniczych jako ważnych wydarzeń. Ale w tej chwili zawodowe kłamstwo zdawało mi się zupełnie niemożliwe.

Theo sprawiał wrażenie rozdrażnionego, coś go zajmowało, kwękał i marudził. Marchewka wciąż jeszcze leżała na paterze, a on kazał Markowi i mnie złożyć przysięgę, że ani jej nie zjemy, ani nie wyrzucimy. Wyjaśnienie, o co mu chodzi z tą marchewką – to już było za wiele dla mojej obolałej głowy. Odłożyłam warzywo na bok, żeby zająć się sprawą później, po sobocie.

– Lecę już w piątek do Nikozji – powiedział Mark i rozpiął rozporek dżinsów. Właśnie wyszłam spod prysznica, owinięta w jego szlafrok. Nie chciałam kupić sobie własnego.

– A co z zaproszeniem Tulji? – zapytałam.

– Nie mogę przesunąć lotu.

– Ja muszę tam iść.

– Przecież nic nie mówię.

– Wezmę ze sobą Theo i przenocuję u Tulji. Wrócimy w niedzielę.

– W niedzielę ma trening.

– Ach tak. W takim razie spróbuję wrócić wcześniej.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.