Moi rodzice - Marta Kaczyńska, Dorota Łosiewicz - ebook
Wydawca: The Facto Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 188 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moi rodzice - Marta Kaczyńska, Dorota Łosiewicz

Najbardziej wyczekiwana książka ostatnich lat. O Lechu i Marii Kaczyńskich opowiada ich córka. To przede wszystkim historia wielkiej, czułej miłości. Poza tym to saga rodzinna - dowiemy się z niej, jakim ojcem i dziadkiem był Prezydent RP i jakie ubranka dla lalek szyła Pierwsza Dama. Ale Marta Kaczyńska nie unika też tematów politycznych. Opowiada o dawnych przyjaciołach ojca, którzy stali się jego wrogami. I kreśli portret Lecha Kaczyńskiego jako wizjonerskiego męża stanu. Szczególnie poruszające są wspomnienia Autorki z tragicznego kwietnia 2010 roku. Książkę ilustruje ponad 120 unikatowych zdjęć, głównie z prywatnego archiwum Marty Kaczyńskiej.

Opinie o ebooku Moi rodzice - Marta Kaczyńska, Dorota Łosiewicz

Fragment ebooka Moi rodzice - Marta Kaczyńska, Dorota Łosiewicz

MOI RODZICE

MOI RODZICE

MAR­TA KACZYŃSKA

Roz­ma­wia­ła
Do­ro­ta Łosiewicz

War­sza­wa 2014

Spis treści

  • *** [To była sobota rano...]
  • Babusik
  • O dwóch takich… braciach
  • Miłość
  • „Solidarność”
  • Mały Książę i dziewczyna w glanach
  • Powroty
  • Szeryf
  • Misja: stolica
  • Pałac
  • Święta
  • Trauma
  • Pożegnanie
  • Pytania
  • Testament
  • Kalendarium
  • Przypisy
  • Nota od wydawcy

Pro­jekt okładki:

To­masz Feliga

Zdję­cie na pierw­szej stro­nie okładki:

Ma­ciej Choj­now­ski/www.prezydent.pl

Opra­co­wa­nie redakcyjne:

Ka­ta­rzy­na Zdanowicz-Cyganiak

Re­dak­cja, ko­rek­ta, łamanie:

Bar­ba­ra Paw­li­kow­ska
Ber­na­de­ta Le­kacz
Aga­ta Mościcka

ISBN 978-83-61808-50-3

© Co­py­ri­ght by Mar­ta Ka­czyń­ska 2014

© Co­py­ri­ght by The Fac­to 2014

Wydawca:

The Fac­to Sp. z o.o.

ul. Skier­nie­wic­ka 21/53, 01-230 Warszawa

www.thefacto.pl

Dystrybucja:

DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 Warszawa

www.dictum.pl

tel.: (22) 663 98 13, fax: wew. 37

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

* * *

To była so­bo­ta rano. Jak za­wsze wsta­łam, żeby przy­go­to­wać śnia­da­nie dla dzie­ci. Mąż był za gra­ni­cą. Pla­no­wa­łam spo­koj­ny dzień z cór­ka­mi. Włą­czy­łam te­le­wi­zor. Chcia­łam zo­ba­czyć trans­mi­sję z uro­czy­sto­ści w Ka­ty­niu. Nie mia­łam za­mia­ru oglą­dać ca­ło­ści, bo za­wsze de­ner­wo­wa­łam się pu­blicz­ny­mi wy­stą­pie­nia­mi taty, choć on wy­pa­dał bar­dzo do­brze miał fe­no­me­nal­ną pa­mięć i za­zwy­czaj mó­wił bez kart­ki. Być może, pa­ra­dok­sal­nie, za­miast nie­go od­czu­wa­łam tre­mę i w związ­ku z tym mia­łam taki dziw­ny zwy­czaj: prze­waż­nie oglą­da­łam po­czą­tek i ko­niec wy­stą­pie­nia, a ewen­tu­al­nie już po wszyst­kim od­twa­rza­łam so­bie śro­dek. Na­gle usły­sza­łam, jak dzien­ni­karz mówi, że roz­po­czę­cie uro­czy­sto­ści opóź­nia się z po­wo­du pro­ble­mów z lą­do­wa­niem. W tam­tej chwi­li przy­po­mnia­łam so­bie wi­zy­tę ro­dzi­ców w Mon­go­lii, gdzie z uwa­gi na kło­po­ty tech­nicz­ne Tu-154M byli zmu­sze­ni wy­po­ży­czyć sa­mo­lot tam­tej­sze­go rzą­du. Za­czę­łam zmie­niać ka­na­ły te­le­wi­zyj­ne, by spraw­dzić, czy dzien­ni­ka­rze z in­nych sta­cji nie prze­ka­zu­ją bar­dziej ak­tu­al­nych in­for­ma­cji. Wie­rzy­łam, że za chwi­lę usły­szę, że sa­mo­lot z pre­zy­denc­ką de­le­ga­cją wła­śnie wylądował.

W me­diach po­ja­wia­ły się jed­nak ko­lej­ne nie­po­ko­ją­ce sy­gna­ły, więc po­sta­no­wi­łam za­dzwo­nić do funk­cjo­na­riu­szy BOR-u. Wy­da­wa­ło mi się wów­czas, że prze­kaz in­for­ma­cji w służ­bach od­po­wie­dzial­nych za bez­pie­czeń­stwo gło­wy pań­stwa jest bły­ska­wicz­ny. W BOR-ze nic nie wie­dzie­li. Za­te­le­fo­no­wa­łam więc do jed­ne­go z oso­bi­stych ofi­ce­rów mo­jej mamy, ale on rów­nież nie miał żad­nych do­dat­ko­wych wiadomości.

Za­czę­łam te­le­fo­no­wać do ro­dzi­ców. Kie­dy nie uda­ło mi się do nich do­dzwo­nić, tłu­ma­czy­łam so­bie, że na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu wy­łą­czy­li ko­mór­ki. Gdy po­ja­wi­ła się in­for­ma­cja o po­ża­rze, wciąż wie­rzy­łam, że ro­dzi­com nic po­waż­ne­go nie mo­gło się stać. Na ko­lej­ną in­for­ma­cję, tym ra­zem o śmier­ci kil­ku­dzie­się­ciu pa­sa­że­rów, za­re­ago­wa­łam po­dob­nie, cały czas wy­pie­ra­jąc ne­ga­tyw­ny sce­na­riusz i pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad lę­kiem. Nadal dzwo­ni­łam do ro­dzi­ców. Wy­bie­ra­jąc nu­me­ry jak au­to­mat, wciąż wie­rzy­łam, że prze­ży­li. A po­tem w te­le­wi­zji po­wie­dzia­no, że wszy­scy pa­sa­że­ro­wie zgi­nę­li. Gdy od­czy­ty­wa­łam po raz ko­lej­ny tekst wy­świe­tla­ny na żół­tym pa­sku in­for­ma­cyj­nym, na­dzie­ja ga­sła. Na­gle za­mknął się pe­wien roz­dział ży­cia, choć w tam­tych chwi­lach nie mo­głam w to uwie­rzyć. Prze­cież ka­ta­stro­fy z parą pre­zy­denc­ką na po­kła­dzie i de­le­ga­cją naj­wyż­szych przed­sta­wi­cie­li pań­stwa się nie zda­rza­ją, prze­cież wy­ma­ga­nia do­ty­czą­ce bez­pie­czeń­stwa lo­tów z ta­ki­mi oso­ba­mi tak ry­go­ry­stycz­ne, że nic złe­go nie ma pra­wa się stać…

Tego dnia nikt ofi­cjal­nie nie po­in­for­mo­wał mnie o śmier­ci mo­ich rodziców.

Babusik

Po­dob­no mia­ła pani być Kasią?

Rze­czy­wi­ście, ro­dzi­ce chcie­li mi dać na imię Ka­sia. Oka­za­ło się jed­nak, że Kaś w tam­tym cza­sie było spo­ro i zo­sta­łam Mar­tą. Do­my­ślam się, że wpływ na de­cy­zję o imie­niu mia­ła moja bab­cia Dada1, któ­ra przy­jaź­ni­ła się wów­czas z Mar­tą Fik2. Po­dej­rze­wam, że moje imię wzię­ło się wła­śnie od tam­tej Mar­ty. Z opo­wie­ści wiem też, że bab­cia przy­sła­ła ro­dzi­com całą li­stę imion, któ­re na­le­ża­ło­by roz­wa­żyć jako właściwe.

Ze wzglę­du na pro­ble­my z moim tęt­nem mama tra­fi­ła do szpi­ta­la wcze­śniej, niż wska­zy­wał ter­min po­ro­du. Oka­za­ło się, że ko­niecz­ne bę­dzie ce­sar­skie cię­cie. Tata bar­dzo prze­żył moje przyj­ście na świat. Do tego stop­nia, że za­raz po moim uro­dze­niu roz­bo­lał go brzuch. I to wca­le nie dla­te­go, że urzą­dził sza­lo­ne „pęp­ko­we”, tyl­ko z emo­cji. Mama żar­to­wa­ła, że współ­od­czu­wał z nią fi­zycz­ny ból.

Spę­dzi­ły­śmy z mamą w szpi­ta­lu jesz­cze kil­ka dni. Z uwa­gi na ów­cze­sne ry­go­ry­stycz­ne za­sa­dy tata nie mógł być obec­ny przy po­ro­dzie ani nas od­wie­dzać, więc przy­cho­dził pod szpi­tal­ne okna, by choć w ten spo­sób mnie zo­ba­czyć. Ro­dzi­ce pi­sa­li do sie­bie krót­kie li­ści­ki, któ­re prze­ka­zy­wa­ły im pie­lę­gniar­ki. Tata na­zy­wał w nich mamę „Ba­bu­si­kiem” i „Ma­lusz­kiem”. Mnie z cza­sem za­czął na­zy­wać „ma­łym Ba­bu­si­kiem” albo tak­że „Ma­lusz­kiem”. Tata był dla mamy „Lesz­kiem”, „Le­szecz­kiem” albo „Le­szuń­kiem” i tak już po­zo­sta­ło na zawsze.

Pierw­sze mie­sią­ce ży­cia spę­dzi­łam w dwóch po­ko­jach wy­naj­mo­wa­nych przez ro­dzi­ców w wil­li przy ów­cze­snej Ar­mii Czer­wo­nej (dziś Ar­mii Kra­jo­wej). Ro­dzi­ce nie mie­li w Trój­mie­ście ro­dzi­ny, więc wszyst­kie obo­wiąz­ki zwią­za­ne ze mną wy­ko­ny­wa­ła mama i od cza­su do cza­su tata. Od po­cząt­ku mama pra­wie wszę­dzie za­bie­ra­ła mnie ze sobą. Jeź­dzi­ła wów­czas czer­wo­nym fia­tem 126p, na któ­re­go przy­dział odzie­dzi­czy­ła po moim dziad­ku. Oj­ciec mamy zgi­nął w wy­pad­ku krót­ko po tym, jak ro­dzi­ce się po­zna­li. Ma­lu­szek był na wło­skich czę­ściach, z jed­nym lu­ster­kiem i ma­ły­mi trój­kąt­ny­mi szyb­ka­mi, któ­re trud­no było do­mknąć. Mama jeź­dzi­ła nim prze­szło trzy­na­ście lat. Czę­sto się psuł i gdy tak się dzia­ło, to za­wsze mó­wi­łam, że to może świe­ca. A mama śmia­ła się, że je­stem eks­per­tem od sa­mo­cho­dów. Nie pa­mię­tam pra­wie żad­nych nu­me­rów re­je­stra­cyj­nych, mam kło­pot na­wet z nu­me­rem swo­je­go sa­mo­cho­du, ale re­je­stra­cję tam­te­go auta pa­mię­tam do dziś: GDT 2618.

Kie­row­cą była mama. Tata zro­bił pra­wo jaz­dy do­pie­ro w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych i tak na­praw­dę nig­dy nie miał oka­zji z nie­go sko­rzy­stać. W ostat­nich la­tach żar­to­wał, że kie­dy bę­dzie już na po­li­tycz­nej eme­ry­tu­rze, wró­ci do sa­mo­dziel­nej jaz­dy sa­mo­cho­dem. Ro­dzi­ce z przy­mru­że­niem oka na­zy­wa­li swój po­jazd „po­mi­do­rem”. Mama po­ru­sza­ła się nim głów­nie w ob­rę­bie So­po­tu. Pa­mię­tam z wcze­sne­go dzie­ciń­stwa, że men­tal­ną gra­ni­cą był dla mnie po­stój tak­só­wek za ta­bli­cą z na­pi­sem „Gdańsk”, na skra­ju dziel­ni­cy Ża­bian­ka. Kie­dy tata jeź­dził do Le­cha Wa­łę­sy, wła­śnie tam go pod­wo­zi­ły­śmy. Po­cząt­ko­wo my­śla­łam, że Wa­łę­sa miesz­ka w tam­tej oko­li­cy, po­tem do­wie­dzia­łam się, że tata w dal­szą dro­gę uda­je się taksówką.

Z czer­wo­nym ma­lusz­kiem wią­że się jesz­cze jed­no moje wspo­mnie­nie, któ­re za­pew­ne dziś wie­lu oso­bom może wy­da­wać się wręcz sur­re­ali­stycz­ne. jed­nak z pew­no­ścią tacy, któ­rzy pa­mię­ta­ją kło­po­ty z ku­po­wa­niem to­wa­rów w la­tach osiem­dzie­sią­tych, na przy­kład pa­pie­ru to­a­le­to­we­go. W na­szym domu za­wsze czy­ta­ło się mnó­stwo ga­zet, więc mama w swo­jej za­rad­no­ści po­sta­no­wi­ła zbie­rać je na tak zwa­ną ma­ku­la­tu­rę. Nie za­po­mnę pew­ne­go po­po­łu­dnia, gdy po szko­le po­je­cha­ły­śmy z mamą do sku­pu ma­ku­la­tu­ry i w za­mian za zgro­ma­dzo­ne ga­ze­ty otrzy­ma­ły­śmy kil­ka ro­lek pa­pie­ru to­a­le­to­we­go. Tam­te­go dnia nasz ma­lu­szek zo­stał wy­peł­nio­ny pa­pie­rem nie­mal po brze­gi, a ja przez całą po­dróż ba­łam się, że za­trzy­ma nas milicja.

Z opo­wia­dań ro­dzi­ców wiem, że byli bar­dzo szczę­śli­wi z po­wo­du mo­je­go przyj­ścia na świat. Nie by­łam jed­nak dziec­kiem szcze­gól­nie dłu­go wy­cze­ki­wa­nym czy pla­no­wa­nym. Ro­dzi­ce nie mie­li wów­czas miesz­ka­nia, wy­naj­mo­wa­li wspo­mnia­ne dwa po­ko­je bez kuch­ni i z ła­zien­ką dzie­lo­ną z po­zo­sta­ły­mi lo­ka­to­ra­mi. Oj­ciec dzia­łał w Wol­nych Związ­kach Za­wo­do­wych, pra­co­wał nad swo­im dok­to­ra­tem. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że przy­szłam na świat w cie­ka­wym cza­sie tuż po pierw­szym zwy­cię­stwie w spra­wie Anny Wa­len­ty­no­wicz, na kil­ka mie­się­cy przed po­wsta­niem „Solidarności”.

I to dla­te­go tata nie mógł zbyt dłu­go w spo­ko­ju się pa­nią cieszyć…

Względ­ny spo­kój ro­dzi­ce mie­li do sierp­nia 1980 roku. Póź­niej tata bar­dzo za­an­ga­żo­wał się w „So­li­dar­ność” i miał znacz­nie mniej cza­su dla nas obu. Tak po­zo­sta­ło wła­ści­wie na za­wsze. Mama była na szczę­ście oso­bą nie­zwy­kle sa­mo­dziel­ną. Za­wsze też ota­cza­ło wie­lu przy­ja­ciół, któ­rzy wspie­ra­li i któ­rym ona po­ma­ga­ła. Przez dłu­gie lata nie mie­li­śmy pral­ki, więc mama wo­zi­ła pra­nie do swo­jej przy­ja­ciół­ki, a po­nie­waż cio­cia nie mia­ła sa­mo­cho­du, to mama po­ma­ga­ła jej ro­bić za­ku­py. Mama nig­dy się nie zmie­ni­ła. Do koń­ca po­zo­sta­ła oso­bą nie­zwy­kle otwar­tą i chęt­ną do udzie­la­nia po­mo­cy lu­dziom, na­wet w naj­bar­dziej pro­za­icz­nych sprawach.

Przez wie­le lat by­ły­śmy wła­ści­wie nie­roz­łącz­ne. Nie cho­dzi­łam do przed­szko­la, bo nie mie­li­śmy na nie szans. Po pierw­sze dla­te­go, że mama zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy, żeby się mną zaj­mo­wać, po dru­gie ze wzglę­du na ak­tyw­ność opo­zy­cyj­ną ojca.

Na zdję­ciach z mo­je­go naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa wi­dać tatę, któ­ry mnie kar­mi i usy­pia. Wiem jed­nak, że gdy by­łam nie­mow­la­kiem, oba­wiał się zo­sta­wać ze mną sam na sam. Ro­dzi­ce opo­wia­da­li mi na przy­kład, że pew­ne­go dnia, gdy tata prze­jął nade mną cał­ko­wi­tą opie­kę, po po­wro­cie mama za­sta­ła mnie sie­dzą­cą na roz­ło­żo­nej pie­lusz­ce. Tata po­ra­dził so­bie z po­zby­ciem się brud­nej pie­lu­chy i hi­gie­ną, ale nie był w sta­nie pra­wi­dło­wo za­wią­zać świe­żej. Zu­peł­nie nie wiem, jak uda­ło mu się mnie prze­ko­nać, że­bym z tej pie­lusz­ki nie zeszła.

Naj­trud­niej­sze chwi­le dla mo­jej mamy to gru­dzień 1981 roku. W nocy z 12 na 13 grud­nia za­pu­ka­no do na­szych drzwi. Byli to funk­cjo­na­riu­sze, któ­rzy przy­szli po tatę. Po­zwo­li­li mu za­brać je­dy­nie kil­ka pod­sta­wo­wych rze­czy. Mama była prze­ra­żo­na. Nie po­zwo­li­ła, by przy niej tatę sku­to kaj­dan­ka­mi. Wy­obra­ża­ła so­bie, że ojca za­mknię­to w wię­zie­niu w Czar­nym. Z ko­lei tata pod­czas trans­por­tu naj­bar­dziej bał się o ro­dzi­nę, co bę­dzie z nami, je­śli nie wró­ci. Mama, od­cię­ta od świa­ta, bez te­le­fo­nu, na­stęp­ne­go dnia rano za­pa­ko­wa­ła mnie na san­ki i za­bra­ła do pań­stwa Pa­dlew­skich3, któ­rzy byli dla mnie póź­niej jak przy­szy­wa­ni dziad­ko­wie. Pro­wa­dzi­li bar­dzo otwar­ty dom i bez wa­ha­nia przy­ję­li nas do sie­bie. O tym, że oj­ciec jest w ośrod­ku od­osob­nie­nia w Strze­bie­lin­ku, mama do­wie­dzia­ła się do­pie­ro 23 grud­nia. Cały okres in­ter­no­wa­nia ojca prze­miesz­ka­ły­śmy z mamą wła­śnie u pań­stwa Pa­dlew­skich. Mama czu­ła się tam bez­piecz­nie. Wiem, że od­wie­dza­ły­śmy tatę tak czę­sto, jak było to możliwe.

Tata opo­wia­dał pani bajki?

Naj­le­piej pa­mię­tam te, któ­re opo­wia­dał wspól­nie ze stry­jem, gdy mia­łam czte­ry–pięć lat. Oj­ciec i stryj wy­my­śla­li róż­ne hi­sto­rie. Naj­wię­cej było jed­nak opo­wie­ści o wiel­kim ko­cu­rze. Obaj uwiel­bia­li koty, więc i baj­ki opo­wia­da­li o ko­tach. Pe­ry­pe­tie ko­cu­ra cią­gnę­ły się przez kil­ka lat. Ko­cur prze­ży­wał przy­go­dy, więk­sze i mniej­sze dra­ma­ty. Cza­sem się ba­łam, ale za­wsze chcia­łam usły­szeć wię­cej i nig­dy nie mia­łam dość. Kie­dy już tro­chę pod­ro­słam, a ojcu i stry­jo­wi skoń­czy­ła się wena twór­cza do wy­my­śla­nia ko­lej­nych opo­wie­ści, kot wy­je­chał do Afry­ki i zo­stał tam na zawsze.

Tata wie­czo­ra­mi dużo mi czy­tał, choć czę­sto zda­rza­ło się, że był już zmę­czo­ny i za­sy­piał w no­gach mo­je­go łóż­ka. By­łam jed­nak nie­prze­jed­na­na i gdy wi­dzia­łam, że już za chwi­lę za­śnie, upo­mi­na­łam go sło­wa­mi: „Tata, po­czyt­kaj jesz­cze”. Nie „po­czy­taj”, tyl­ko wła­śnie „po­czyt­kaj”. Cza­sa­mi ka­za­łam ma­so­wać so­bie sto­pę. Zresz­tą to był bar­dzo czu­ły czło­wiek. Miał zwy­czaj pro­sić mnie o naj­mniej­sze­go na świe­cie ca­łu­si­ka i ja wte­dy, trak­tu­jąc to zu­peł­nie po­wa­ża­nie, ca­ło­wa­łam go w policzek.

Gdy by­łam mała, gry­wa­li­śmy też w pił­kę. Z tego po­wo­du szcze­gól­nie w pa­mięć za­pa­dło mi po­dwór­ko w So­po­cie przy uli­cy Mie­ro­sław­skie­go. Były tam dwa są­sia­du­ją­ce ze sobą bliź­nia­ki wy­bu­do­wa­ne przed woj­ną dla pra­cow­ni­ków za­kła­dów mię­snych. Miesz­ka­li­śmy na par­te­rze jed­ne­go z nich. W cen­tral­nym punk­cie po­dwór­ka stał śmiet­nik, o któ­rym mama ma­wia­ła, że był kró­le­stwem ko­tów. Stał tam też wy­so­ki trze­pak, któ­ry miał wadę, że nie dało się na nim wi­sieć, bo był po pro­stu za wy­so­ki. To było zwy­kłe kle­pi­sko, ale gra­li­śmy tam z tatą w pił­kę. Pod­czas tej za­ba­wy tata nie zaj­mo­wał się ni­czym in­nym, zu­peł­nie go to po­chła­nia­ło. Kie­dyś, bro­niąc, rzu­cił się za pił­ką na zie­mię. Zmar­twi­łam się, że może so­bie zro­bić krzyw­dę. Mia­łam wte­dy może z sześć lub sie­dem lat, ale pa­mię­tam, że uję­ło mnie to, że jest taki za­an­ga­żo­wa­ny w za­ba­wę. Ze wszyst­kim tak było. Kie­dy już wy­go­spo­da­ro­wał dla mnie czas, nie zaj­mo­wał się ni­czym in­nym. Jak bro­nił, to ca­łym sobą.

Miesz­ka­nie na Mie­ro­sław­skie­go było wa­szym trze­cim lo­kum z kolei?

Tak. Naj­pierw miesz­ka­li­śmy na Ar­mii Czer­wo­nej, ale tego miej­sca zu­peł­nie nie pa­mię­tam. Póź­niej było miesz­ka­nie w blo­ku na Mic­kie­wi­cza (z prze­rwą na okres sta­nu wo­jen­ne­go, któ­ry spę­dzi­ły­śmy z mamą u pań­stwa Pa­dlew­skich), a w na­stęp­nej ko­lej­no­ści ka­mie­ni­ca na Mierosławskiego.

Moje naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa wią­żą się z osie­dlem przy uli­cy Mic­kie­wi­cza. Pa­mię­tam jak dziś sto­ję na swo­im osioł­ku na bie­gu­nach, opie­ram się o ba­lu­stra­dę i pa­trzę w dół. Wi­dzę mnó­stwo ko­lo­rów każ­dy z bal­ko­nów jest inny. Kwia­ty, sznur­ki od pra­nia, ro­we­ry… Wie­lu są­sia­dów po­dob­nie jak ja spo­glą­da na traw­nik pod blo­kiem. W ja­skra­wej, póź­no­wio­sen­nej zie­le­ni tło­czy się kil­ka­na­ście war­chla­ków. Pil­nu­ją ich dwa do­ro­słe dzi­ki. Lu­dzie rzu­ca­ją im chleb.

Miesz­ka­li­śmy na dzie­sią­tym pię­trze. Z bal­ko­nu, na któ­ry lu­bi­łam wy­cho­dzić, był pięk­ny wi­dok na mo­rze i las. Miesz­ka­nie było nie­wiel­kie, na­wet z mo­jej per­spek­ty­wy. Choć mia­łam za­le­d­wie kil­ka lat, pa­mię­tam przed­po­kój w kształ­cie li­te­ry L. Po­kój na wprost od wej­ścia był mój. Słu­żył tak­że jako miej­sce pra­cy mo­je­go taty. Pod oknem sta­ło biur­ko, w po­przek usta­wio­ne było łóż­ko dla go­ści. Naj­czę­ściej spa­ła tam bab­cia Li­dia, któ­ra miesz­ka­ła w Rab­ce, ale przy­jeż­dża­ła do nas na­wet na kil­ka ty­go­dni. Co naj­mniej jed­na ze ścian w tym po­ko­ju była brą­zo­wa. Przy niej usta­wio­ne było moje łó­żecz­ko ze szcze­bel­ka­mi. W nocy czę­sto cho­dzi­łam spać do ro­dzi­ców. Na brą­zo­wej ścia­nie był za­ciek, któ­ry w ciem­no­ściach wy­da­wał mi się strasz­ny. Mó­wi­łam ma­mie i ta­cie, że to „sztylt”. Kła­dłam się mię­dzy ro­dzi­ca­mi i po kil­ku se­kun­dach moc­no zasypiałam.

Kuch­nia na Mic­kie­wi­cza była śle­pa. Są­sia­do­wa­ła z ła­zien­ką. Tam też nie było pral­ki. Mama w dal­szym cią­gu jeź­dzi­ła z pra­niem do przy­ja­ciół­ki, któ­ra miesz­ka­ła nie­da­le­ko nas. Mie­li­śmy wie­lu za­przy­jaź­nio­nych są­sia­dów. Pań­stwo Stra­szew­scy zza ścia­ny czę­sto wy­jeż­dża­li. Zo­sta­wia­li ro­dzi­com klucz, by tata mógł po­pra­co­wać w ich miesz­ka­niu. Tata miał taki zwy­czaj, że gdy za­bie­rał się do pra­cy, lu­bił zdej­mo­wać ob­rącz­kę. Któ­re­goś dnia zgu­bił. Do koń­ca swo­ich dni zdej­mo­wał ob­rącz­kę po po­wro­cie do domu i od­kła­dał w miej­sce, któ­re już po kil­ku chwi­lach oka­zy­wa­ło się trud­ne do od­na­le­zie­nia. A więc tata nie wie­dział, gdzie zo­sta­wił ob­rącz­kę. Szu­kał jej, pro­sił o po­moc mamę i mnie. Oglą­da­łam miesz­ka­nie są­sia­dów z per­spek­ty­wy błysz­czą­ce­go par­kie­tu. Zna­la­złam ob­rącz­kę pod krze­słem. Ro­bi­łam to w dzie­ciń­stwie wie­le razy. Tata nie po­tra­fił bez niej wyjść z domu.

Ba­łam się jeź­dzić win­dą w tam­tym blo­ku. Win­da za­trzy­my­wa­ła się co dru­gie pię­tro, zda­rza­ły się awa­rie. Tata ro­zu­miał moje oba­wy i nig­dy nie na­rze­kał na nad­pro­gra­mo­we spa­ce­ry po scho­dach. Po ja­kimś cza­sie lęk mi­nął. Gdy mia­łam je­de­na­ście lat, a tata zo­stał mi­ni­strem sta­nu w Kan­ce­la­rii Pre­zy­den­ta, za­miesz­kał w ho­te­lu przy uli­cy Klo­no­wej. Bu­dy­nek miał naj­wy­żej trzy pię­tra i no­wo­cze­sną win­dę. Tam­tej już się nie bałam.

Z uli­cą Mic­kie­wi­cza ko­ja­rzą mi się jesz­cze ja­rzę­bi­ny, za­trzy­mu­ją­cy się przy szko­le czer­wo­ny au­to­bus i kiosk, do któ­re­go za­glą­da­łam z ro­dzi­ca­mi nie­mal co­dzien­nie, bo jak już wspo­mi­na­łam, za­wsze czy­ta­li dużo pra­sy. Pa­mię­tam, że pew­ne­go dnia wra­ca­łam z tatą do domu i zo­ba­czy­łam na wy­sta­wie w kio­sku żół­ty dłu­go­pis. By­łam pew­na, że moż­na nim pi­sać na żół­to. Po­pro­si­łam tatę, żeby mi go ku­pił. On za­pew­niał mnie, że dłu­go­pis z pew­no­ścią nie pi­sze w tym ko­lo­rze. Ale ja za­wsze by­łam upar­ta. Wte­dy też. Wró­ci­li­śmy do domu z dłu­go­pi­sem, któ­ry pi­sał na nie­bie­sko. Gdy po la­tach my­ślę o tym zda­rze­niu, wi­dzę jego dru­gie dno. Tata nie na­le­żał do oszczęd­nych. Nie od­ma­wiał mi ni­cze­go. Na dłu­go­pis jed­nak nie chciał się zgo­dzić. Po la­tach stryj uświa­do­mił mi, jak trud­ną sy­tu­ację fi­nan­so­wą mie­li wów­czas moi ro­dzi­ce. Mama nie pra­co­wa­ła, a uczel­nia­na pen­sja taty była nie­wiel­ka. Jako dziec­ko zu­peł­nie nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z ist­nie­nia tego ro­dza­ju pro­ble­mów, bo ro­dzi­ce za­wsze sta­ra­li się, by nig­dy ni­cze­go mi nie brakowało.

Czy w miesz­ka­niu na Mic­kie­wi­cza po­ja­wia­li się dzia­ła­cze „Solidarności”?

Tata za­zwy­czaj pro­wa­dził roz­mo­wy poza do­mem. Po po­nad trzy­dzie­stu la­tach do­wie­dzia­łam się od Sła­wo­mi­ra Cenc­kie­wi­cza, że w wy­naj­mo­wa­nym przez ro­dzi­ców miesz­ka­niu był za­in­sta­lo­wa­ny pod­słuch. Tata słusz­nie nie chciał roz­ma­wiać w domu o swo­jej dzia­łal­no­ści. Pa­mię­tam pe­wien pięk­ny dzień. Do taty przy­je­chał wte­dy Ja­cek Mer­kel. Fa­scy­no­wał mnie jego sa­mo­chód czer­wo­ny trzy­drzwio­wy golf. W tam­tym cza­sie je­den z nie­wie­lu sy­no­ni­mów do­bro­by­tu. Po­szli­śmy na spa­cer na Łysą Górę. Pa­no­wie byli bar­dzo za­afe­ro­wa­ni roz­mo­wą, a mnie zaj­mo­wał wi­dok wej­ścia do lasu ze szczy­tu góry. Spra­wiał wra­że­nie bar­dzo ta­jem­ni­cze­go. Chcia­łam tam tyl­ko zaj­rzeć. Po­pro­si­łam tatę, że­by­śmy po­szli na skraj lasu. We­szli­śmy do nie­go. Tata i pan Ja­cek wciąż roz­ma­wia­li. Za­głę­bia­li­śmy się co­raz bar­dziej w las, by po kil­ku go­dzi­nach krą­że­nia od­na­leźć ścież­kę, któ­ra za­pro­wa­dzi­ła nas na znacz­nie od­da­lo­ną od na­sze­go domu uli­cę Reja. Jesz­cze wie­le lat póź­niej tata wspo­mi­nał, jak szu­ka­jąc dro­gi po­wrot­nej, niósł mnie na rękach.

W na­szym miesz­ka­niu nie było me­blo­ścian­ki ty­po­wej dla lat sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych. Mie­li­śmy naj­prost­szy re­gał z Ikei ścią­gnię­ty przez mamę od przy­ja­ciół ze Szwe­cji, stół, krze­sła. W więk­szym z po­koi, któ­ry peł­nił funk­cję sy­pial­ni ro­dzi­ców i po­ko­ju dzien­ne­go, przez lata le­ża­ły na pod­ło­dze dwa ma­te­ra­ce je­den na dru­gim, któ­re w zu­peł­no­ści im wy­star­cza­ły. Do­pie­ro po prze­pro­wadz­ce do domu przy uli­cy Mie­ro­sław­skie­go ma­te­ra­ce zo­sta­ły uło­żo­ne na drew­nia­nym ste­la­żu. Ży­li­śmy skrom­nie. W kuch­ni na Mie­ro­sław­skie­go był piec wę­glo­wy. Mama kil­ka razy dzien­nie scho­dzi­ła z wia­drem do piw­ni­cy po wę­giel. Pa­mię­tam też ta­pe­ty w tam­tym miesz­ka­niu, ta­kie chro­po­wa­te, ze wzor­kiem, zo­sta­wio­ne przez by­łych wła­ści­cie­li. Przed oknem sy­pial­ni ro­dzi­ców był pięk­ny bez, któ­ry prze­ślicz­nie pach­niał. Rósł też orzech, na któ­rym uwiel­bia­łam prze­sia­dy­wać i ba­wić się z ma­ły­mi kot­ka­mi. Mama ho­do­wa­ła tru­skaw­ki, po­rzecz­ki, agrest i kwia­ty. W ogro­dzie ro­sła też sta­ra śli­wa. Wła­ści­wie kwa­li­fi­ko­wa­ła się do wy­cię­cia, ale nikt nie miał oczy­wi­ście ser­ca, by skró­cić ży­cie drze­wu. Czę­sto przy­jeż­dża­ła do nas bab­cia Li­dia, czy­li mama mo­jej mamy. No­co­wa­ła wów­czas na ka­na­pie, któ­ra sta­ła w sa­lo­nie. Na tej sa­mej ka­na­pie zda­rza­ło się też no­co­wać Bar­ba­rze La­bu­dzie czy Wła­dy­sła­wo­wi Frasyniukowi.

Kto jesz­cze u was by­wał w la­tach osiemdziesiątych?

Część przy­ja­ciół ro­dzi­ców to byli lu­dzie zwią­za­ni z „So­li­dar­no­ścią”, a część po pro­stu po­pie­ra­ła idee so­li­dar­no­ścio­we, nie an­ga­żu­jąc się jed­nak bez­po­śred­nio w dzia­łal­ność związ­ko­wą. Pa­mię­tam, że by­wał u nas Wi­told Mar­czuk, Krzysz­tof Do­wgiał­ło, Adam Mich­nik, Jan Krzysz­tof Bie­lec­ki, Bog­dan Lis, Je­rzy Trzciń­ski, Róża Jan­ca-Brzo­zow­ska z mę­żem. To przez tych ostat­nich ro­dzi­ce po­zna­li Bog­da­na Bo­ru­se­wi­cza i to oni wcią­gnę­li ojca w dzia­łal­ność na Wy­brze­żu. Na uli­cy Mic­kie­wi­cza by­li­śmy są­sia­da­mi. W la­tach osiem­dzie­sią­tych by­wał u nas tak­że An­drzej Gwiazda.

Po­ja­wiał się u was Do­nald Tusk?

Nie przy­po­mi­nam so­bie. Być może od­wie­dził nas za cza­sów, gdy miesz­ka­li­śmy na Ar­mii Kra­jo­wej. Wcze­śniej przez do­brych kil­ka lat by­li­śmy są­sia­da­mi z jed­nej dziel­ni­cy. Pa­mię­tam, że kie­dyś mama zwró­ci­ła się z proś­bą do Mał­go­rza­ty Tusk o prze­ka­za­nie ta­cie ko­szu­li, kie­dy był w Warszawie.

Trze­ba jed­nak przy­znać, że oj­ciec lu­bił z Tu­skiem roz­ma­wiać. Po­rów­nu­jąc opo­wie­ści taty z za­cho­wa­niem Do­nal­da Tu­ska w me­diach, mia­łam wra­że­nie, że to czło­wiek o dwóch twa­rzach. Moż­na z nim było kil­ka go­dzin o czymś roz­ma­wiać, uma­wiać się na kon­kret­ne roz­wią­za­nia, a po­tem oka­zy­wa­ło się, że usta­le­nia nie były do­trzy­my­wa­ne. Taka sy­tu­acja mia­ła miej­sce kie­dyś w Ju­ra­cie. Tata spo­tkał się z Do­nal­dem Tu­skiem w 2008 roku. Roz­ma­wia­li o trak­ta­cie li­zboń­skim i o tym, żeby nie po­pie­rać re­fe­ren­dum w spra­wie przy­ję­cia trak­ta­tu. Roz­mo­wa trwa­ła wie­le go­dzin. Oj­ciec był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, a po­tem oka­za­ło się, że Do­nald Tusk nie do­trzy­mał sło­wa. Po­dob­nie zresz­tą było przed wy­bo­ra­mi w 2005 roku. Było dużo roz­mów, wy­da­wa­ło się, że ko­ali­cja PO–PiS jest pew­na, jed­nak wszyst­ko pry­sło po prze­mó­wie­niu Do­nal­da Tu­ska na Tor­wa­rze. Po śmier­ci ro­dzi­ców pe­wien pro­mi­nent­ny po­li­tyk usi­ło­wał mi tłu­ma­czyć, że w po­li­ty­ce się gra, a więc w do­my­śle wszyst­kie chwy­ty do­zwo­lo­ne. Oj­ciec był za­wsze sobą.

1.1. Bab­cia Li­dia i dzia­dek Czesław

1.2. Bab­cia Dada

1.3. Dzia­dek Rajmund

1.4. Tata i stryj na pla­nie fil­mu O dwóch ta­kich, co ukra­dli księżyc

1.5. Mama za cza­sów liceum

1.6. Tata pod ko­niec lat 70.

1.7. Mama w Pa­ry­żu, lata 60.

1.8. Ro­dzi­ce w Rab­ce, 1978

1.9. Za­wia­do­mie­nie o ślu­bie rodziców

1.10, 1.11. Ślub ro­dzi­ców, War­sza­wa, 27 kwiet­nia 1978

1.12. Ślub rodziców

1.13. Mama, So­pot 1980

1.14. Je­den z wie­lu li­ści­ków taty do mamy krót­ko po moim uro­dze­niu, 22 czerw­ca 1980

1.15. Li­ścik taty do mamy, 22 lub 23 czerw­ca 1980

1.16. Na bal­ko­nie wil­li przy uli­cy Ar­mii Czer­wo­nej (obec­nie Ar­mii Kra­jo­wej) w So­po­cie, lato 1980

1.17. Ro­dzi­ce i ja na spa­ce­rze, So­pot, lato 1980

1.18. Tata i ja, So­pot, zima 1981

1.19. Tata, stryj i ja, So­pot, lato 1980

1.20. Tata i ja, So­pot, je­sień 1980

1.21. Ro­dzi­ce, uli­ca Mie­ro­sław­skie­go w So­po­cie, po­czą­tek lat 90.

1.22. Tata i ko­ci­ca Kla­ra w miesz­ka­niu przy uli­cy Mie­ro­sław­skie­go w So­po­cie, 1989

O dwóch takich… braciach

O dwóch takich… braciach

Jaka była bab­cia Ja­dwi­ga?

Bab­cia Dada była nie­zwy­kłą oso­bą. Mia­ła w so­bie wie­le ener­gii i ra­do­ści ży­cia. Była praw­dzi­wą eru­dyt­ką i ko­cha­ją­cą mat­ką. Sy­no­wie byli dla niej naj­waż­niej­si, ale na nich świat się nie koń­czył. Bab­cia uro­dzi­ła mo­je­go tatę i stry­ja na stu­diach i nie zre­zy­gno­wa­ła z po­lo­ni­sty­ki, któ­rą uwiel­bia­ła. Po­tra­fi­ła przy­jeż­dżać na za­ję­cia z wóz­kiem. Zda­rza­ło się, że wspól­nie z pro­fe­so­ra­mi mu­sia­ła uspo­ka­jać pła­czą­ce dzie­ci. Bab­cię bar­dzo za­sko­czy­ło to, że uro­dzi­ła bliź­nię­ta. Po pierw­sze – spo­dzie­wa­ła się jed­ne­go dziec­ka, a po dru­gie – była prze­ko­na­na, że to bę­dzie cór­ka.

Całe ży­cie to­wa­rzy­szy­ła jej li­te­ra­tu­ra. Uwiel­bia­ła dzie­więt­na­sto­wiecz­ne po­wie­ści, a spo­śród nich naj­bar­dziej ce­ni­ła Anię z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza Lucy Maud Mont­go­me­ry, do któ­rej wie­lo­krot­nie wra­ca­ła. Dziś wiel­bi­ciel­ką Ani jest moja star­sza cór­ka. W ostat­nich la­tach swo­je­go ży­cia bab­cia Dada czę­sto ma­wia­ła, że książ­ki po­zwa­la­ją jej choć tro­chę ode­rwać się od rze­czy­wi­sto­ści, na chwi­lę o niej za­po­mnieć, i chy­ba dla­te­go czy­ta­ła przede wszyst­kim po­wie­ści z daw­nych epok. Ce­ni­łam ją bar­dzo za in­te­lekt. Za­wsze umia­ła traf­nie oce­nić bie­żą­cą sy­tu­ację po­li­tycz­ną, była świet­nym ob­ser­wa­to­rem lu­dzi. Pięk­nie mó­wi­ła i mia­ła w so­bie nie­zwy­kłą ko­bie­cą de­li­kat­ność.

Z pew­no­ścią bar­dzo prze­ży­wa­ła me­dial­ne ata­ki na swo­ich sy­nów. Uwa­ża­ła, że są one nie­spra­wie­dli­we. Była dum­na ze swo­ich dzie­ci przede wszyst­kim dla­te­go, że – jak ma­wia­ła – uda­ło się jej wy­cho­wać do­brych lu­dzi. Nie ro­zu­mia­ła na­to­miast, dla­cze­go uwa­ża się mo­je­go stry­ja za po­li­tycz­ne­go ra­dy­ka­ła i czło­wie­ka nie­zwy­kle bru­tal­ne­go w ży­ciu pu­blicz­nym. W jej oce­nie stryj był oso­bą wy­jąt­ko­wo ła­god­ną. Zda­wa­ła so­bie oczy­wi­ście spra­wę z tego, że w po­li­ty­ce trze­ba być wy­ra­zi­stym, mimo to z bru­tal­ny­mi ata­ka­mi po­go­dzić się nie mo­gła. Stryj opie­ko­wał się bab­cią z nie­zwy­kłym za­an­ga­żo­wa­niem. Był ko­cha­ją­cym sy­nem, po­dob­nie jak mój oj­ciec, któ­ry też był na każ­de za­wo­ła­nie. Tata wpa­dał do bab­ci choć­by na pięć mi­nut, gdy tyl­ko miał wol­ną chwi­lę. Dzwo­nił też czę­sto i py­tał, czy bab­ci cze­goś nie po­trze­ba. Chciał wie­dzieć, jak się czu­je. Przed ka­ta­stro­fą tata roz­ma­wiał ze stry­jem o sta­nie zdro­wia bab­ci.

A dzia­dek Raj­mund?

W dzie­ciń­stwie taty i stry­ja dzia­dek cięż­ko pra­co­wał na kil­ku eta­tach, chcąc za­pew­nić ro­dzi­nie jak naj­lep­szy byt. Był bar­dzo opie­kuń­czym oj­cem. Może na­wet tro­chę na­do­pie­kuń­czym. Są­dzę, że było to spo­wo­do­wa­ne tra­gicz­ny­mi do­świad­cze­nia­mi z dzie­ciń­stwa. Jego ro­dzeń­stwo ode­szło przed­wcze­śnie, dla­te­go dzia­dek tak bar­dzo dbał o zdro­wie sy­nów. Dzia­dek Raj­mund sta­rał się dużo z tatą roz­ma­wiać, po­dob­nie jak mój tata ze mną. Za­wsze bar­dzo współ­czu­łam dziad­ko­wi, bo u pra­wej ręki nie miał kciu­ka. Stra­cił go w pierw­szych dniach Po­wsta­nia War­szaw­skie­go, w któ­rym do­wo­dził dru­ży­ną4.

Dzia­dek uwiel­biał czy­tać i czę­sto stro­fo­wał mnie, gdy oka­za­ło się, że któ­rejś z jego lek­tur nie znam. Zde­ner­wo­wał się na przy­kład, że nie prze­czy­ta­łam Woj­ny i po­ko­ju, a on czy­tał tę książ­kę wie­lo­krot­nie i uwa­żał ją za bar­dzo waż­ną. Był in­ży­nie­rem, więc miał też zwy­czaj prze­py­ty­wa­nia mnie z ma­te­ma­ty­ki, cze­go, szcze­rze przy­znam, tro­chę się oba­wia­łam. Wie­le razy chciał się też prze­ko­nać, na ja­kim po­zio­mie jest mój an­giel­ski, ale nie za­wsze uda­wa­ło mu się wcią­gnąć mnie w roz­mo­wę w tym ję­zy­ku. Pod ko­niec ży­cia dzia­dek cięż­ko za­cho­ro­wał. Mnó­stwo pa­lił i to bar­dzo za­szko­dzi­ło jego zdro­wiu. Dzwo­nił do mnie ze szpi­ta­la, na­rze­ka­jąc, jak bar­dzo nie chce w nim być. Zmarł, nie do­cze­kaw­szy wy­bo­rów pre­zy­denc­kich w 2005 roku. Tata i stryj bar­dzo prze­ży­li jego odej­ście. Wte­dy pierw­szy i ostat­ni raz wi­dzia­łam, jak tata pła­cze.

Bę­dąc dziec­kiem, oglą­da­ła pani film O dwóch ta­kich, co ukra­dli księ­życ?

Oglą­da­łam. To