Modlitwa nieznajomej - Davis Bunn - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 212 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Modlitwa nieznajomej - Davis Bunn

Amanda odpowiada na modlitwę nieznajomej i… rozpoczyna niezwykłą podróż.

Mniej więcej rok temu Amanda Vance urządzała wraz z mężem pokój dla dziecka, którego narodzin oczekiwali już wkrótce.

Dziś pokój ten jest pusty, podobnie jak serce Amandy. A w najbliższych dniach czeka ją świętowanie w gronie licznej i wielodzietnej rodziny męża, co budzi jej ogromną obawę.

Nadto musi jeszcze zdecydować, czy jest już gotowa wrócić do swej dawnej pracy, na oddział intensywnej opieki dla noworodków. Za dużo naraz.

Nieoczekiwanie Amanda otrzymuje propozycję, by towarzyszyć swej starszej sąsiadce, Emily, w podróży do Izraela. To okazja nie tylko, by zobaczyć Jerozolimę, ale i odsunąć na chwilę wszystkie troski. Amanda przyjmuje więc zaproszenie Emily. Niezwykły splot zdarzeń sprawia, że w Jerozolimie młoda Amerykanka staje się odpowiedzią na modlitwę nieznajomej kobiety. Ale czy jej własne wołanie zostanie wysłuchane? Wspaniała historia, pełna emocji i głębokiego duchowego piękna. Debbie Macomber, najlepsza amerykańska autorka wg rankingu „New York Timesa” (2012 i 2013) oraz „USA Today.”

Davis Bunn – wykładowca akademicki, podróżnik, pisarz o międzynarodowej sławie, swobodnie poruszający się po różnych gatunkach literackich. Trzykrotny zdobywca Christy Award. Jego książki, tłumaczone na kilkanaście języków, sprzedały się w łącznym nakładzie ponad 7 000 000 egzemplarzy.

Opinie o ebooku Modlitwa nieznajomej - Davis Bunn

Fragment ebooka Modlitwa nieznajomej - Davis Bunn





Rozdział 1

Amanda weszła do szpitala przez „wypadki”. Nazywali tak to wejście po części dlatego, że prowadziło do oddziału ratunkowego i intensywnej terapii. Ale głównym powodem był odgłos karetek podjeżdżających gwałtownie przed budynek oraz wózków do transportu rannych, wyciąganych z ambulansu i mknących w głąb oddziału. Letnie ulewy na Florydzie potrafiły w kilka godzin zalać to miejsce na stopę, a burze były tak intensywne, że rozbryzgi wody spod kół zmieniały się w mgiełkę sięgającą pięćdziesięciu stóp. Wiatry, które nierzadko towarzyszyły tym nawałnicom, zwłaszcza w porze huraganów, uniemożliwiały dojazd do oddziału ratunkowego. Roztropni architekci zaprojektowali więc dla pozostałych siedmiu pięter szpitala drugie, zadaszone wejście z osobnym podjazdem. Bez względu na to, jak silna była burza, ludzie mogli dotrzeć tu suchą nogą. To miejsce miało też jednak wadę: brak światła słonecznego. Nawet w dzień panował tu mrok.

Kiedy Amanda została osobistą asystentką dyrektora szpitala, od razu przerobiła tu oświetlenie i zorganizowała darmowy parking z obsługą. I choć parkingowi otrzymywali niewielkie wynagrodzenia, nazywała ich wolontariuszami. Na tablicach informacyjnych wypisano wielkimi literami, że napiwki są zabronione.

Sporą część pacjentów i odwiedzających stanowili ludzie starsi – w końcu to Floryda. Nie musieli już drałować pieszo z parkingu. A wolontariusze Amandy, w większości równie starzy jak odwiedzający, stanowili serdeczną przeciwwagę dla ponurego wejścia. Witali przybyszów z uśmiechem, zapewniając, że znajdą tu opiekę najlepszą z możliwych. I większość ludzi, witanych tak serdecznie, wierzyła ich zapewnieniom. A przynajmniej wchodzili do szpitala z mniejszym przerażeniem.

Intensywne światło w tej mrocznej enklawie pochodziło z nowej, miniaturowej choinki, którą Amanda ustawiła tu wczoraj. Bożonarodzeniowe ozdoby tu, na Florydzie, prezentują się dość osobliwie. Ale Amandzie to nie przeszkadzało – uważała, że choinka będzie miłym akcentem. Takie gesty były dla niej czymś naturalnym. Inni nazywali to darem; mówili, że dzięki niej ludzie czuli się lepiej – zarówno pracownicy, jak i pacjenci. Słyszała to na każdym kroku. Tyle tylko że ona sama nie lubiła swojej pracy. Nie polubiła jej od pierwszego dnia. Przyjęła ją, bo stanowiła dla niej rodzaj ucieczki. Nic ponadto.

Frank, jej ulubiony parkingowy, a zarazem sąsiad, pełnił właśnie dyżur. Kiedy jego jedyna siostra, która nigdy nie wyszła za mąż, ciężko zachorowała, Frank i jego żona sprowadzili się tutaj, by towarzyszyć jej podczas tych ostatnich dni. Nigdy nie zostawiali jej samej. Przez dziewięć trudnych miesięcy siostra Franka krążyła między domem a szpitalem. Witając nowo przybyłych i odprowadzając ich samochody na parking, Frank chciał podziękować. Uśmiech nie znikał mu z twarzy, a jego serce było tak wielkie jak niebo nad Florydą.

– Coś mi się wydaje, że to będzie burzliwy dzień – powiedział.

– Nic z tego – zapewniła go Amanda. – Widziałabym notatkę służbową.

– A ja ci mówię, że coś się święci.

Amanda zeszła ze schodów i poczekała, aż Frank pomoże starszej kobiecie rozstawić balkonik i przekaże kluczyki innemu pomocnikowi.

– Doktor Henri się śmieje – oznajmił pogodnie.

– Żartujesz?

– Nie. Wcisnął brodę w kołnierzyk koszuli i szczerzy zęby.

– Gdybym cię nie znała, powiedziałabym, że tym razem przesadziłeś.

Doktor Henri, ordynator oddziału ratunkowego, był ciemnoskórym, pomarszczonym człowiekiem pochodzącym z Republiki Dominikany i najlepszym specjalistą od nagłych przypadków, jakiego Amanda kiedykolwiek spotkała. Nie znosił amerykańskiej wymowy swojego imienia, ale skoro nawet francuskie Henri przekraczało możliwości wielu pracowników szpitala, tym okrutniej męczył się słysząc, jak wymawiają jego nazwisko: Beausejour.

– Zawsze uważałam, że ten srogi mars na jego czole to tylko tatuaż.

– Wszystkie pielęgniarki są w szoku – zgodził się Frank. – To może oznaczać tylko jedno, prawda? Moira kopnęła w kalendarz.

– Nic z tego – odpowiedziała Amanda i odwróciła się, by odejść. – Dziś rano otrzymałam od niej pięć e-maili.

¦

Amanda postanowiła osobiście sprawdzić ową plotkę o śmiechu.

Już miała zapytać siostrę dyżurną, czy to prawda, kiedy zdarzyło się coś niesłychanego. Przez otwarte drzwi gabinetu zabiegowego dobiegła ją melodia.

– Jeśli śnię, to mnie nie szczyp. Nie chcę się obudzić – powiedziała cicho pielęgniarka.

– Czy to on jest w środku? – zapytała Amanda.

– A któżby? Zdumiewające, co?

– Co się stało?

– Bałam się zapytać.

Doktor wyłonił się z gabinetu i uśmiechnął się.

– Czyż to nie moja ulubiona dama? Jak się masz, Amando?

Obie szeroko otworzyły oczy.

– W porządku, doktorze Henri.

– Proszę pójść za mną.

Wszystkie sale chorych, z wyjątkiem jednej, były wolne – nic dziwnego o tej porze dnia. Doktor Henri szybko zbadał jedynego pacjenta.

– Pani sąsiad Frank nas opuszcza – powiedział.

– Dlaczego?

– Ma bóle w biodrach. Prawdopodobnie zauważyła pani jego chwiejny chód. Ma silne zwyrodnienia w obu stawach.

– Mówił mi, że to reumatyzm.

– Wszystkim to mówi. Nawet swojej żonie. Chce zachować całą sprawę w tajemnicy, ale uważam, że powinna pani wiedzieć.

– Też tak sądzę.

– Frank nie chce żadnego zamieszania. Jego zdaniem najlepiej będzie, jeśli założy, że wkrótce tu wróci.

Amanda pokiwała głową ze zrozumieniem. Franka czekało sześć miesięcy męczarni, a może i więcej. Operacja, rehabilitacja, a potem jeszcze raz to samo z drugim biodrem.

Doktor Henri zatrzymał się przy windzie.

– Pierwszą operację powinien przejść w styczniu.

– Czy wie pan, że Frank i Emily wybierają się w przyszłym tygodniu do Izraela? Frank mówi, że ona marzy o tej wycieczce od lat.

– Mówił mi. Nie chce jechać. Dobrze by było, gdyby to pani powiadomiła o wszystkim Emily. Jeśli Frank pojedzie, będzie tam musiał chodzić z balkonikiem, a może i jeździć na wózku inwalidzkim.

– On tego nie zdzierży.

– Podróż będzie dla niego bolesna. I ryzykowna: jego stan może się tam pogorszyć.

– Zajmę się tym – obiecała Amanda.

– Tak, pani to zrobi najlepiej.

Doktor Henri zamierzał już wyjść, ale Amanda zatrzymała go.

– Szukałam pana, by zapytać, co tu się dzisiaj dzieje. Co pana tak cieszy?

Promienna twarz doktora Henriego znów stała się groźna.

– Nieładnie, Amando Vance, wstydź się. Lekarze nie zajmują się plotkami. Powinniśmy być ponad to.

¦

Amanda nalegała, by przydzielono jej najmniejszy gabinet. Był on niewiele większy od szafy, długi, wąski i załamany, niczym ramię zgięte w łokciu. Jedyne okno znajdowało się zbyt wysoko, by można było zobaczyć przez nie cokolwiek poza skrawkiem nieba. Na początku, gdy podjęła tę pracę, siedziała sama przy pustym biurku i obserwowała kwadrat światła przesuwający się po ścianie naprzeciw niej. Potrzebowała w szpitalu miejsca, które odgradzałoby ją od pielęgniarek i w którym mogłaby wracać do zdrowia. Ale w ciągu kilku tygodni przekonała się, że jej praca jest równie stresująca jak wszystko, co dotąd znała.

Ale znalazła też nowy dom.

Amanda zatrzymała się przy biurku Harriet, która pełniła rolę sekretarki jej i jeszcze czterech innych osób pracujących w administracji szpitala.

– Coś się wydarzyło?

– Ta wiedźma dzwoniła do ciebie. Pięć razy.

Żadna niespodzianka.

– A poza tym? – zapytała Amanda.

Harriet była na wpół zgorzkniałą osobą, której uśmiech polegał na wzruszeniu ramionami.

– Nic takiego.

Amanda usłyszała dzwonek telefonu, ruszyła więc do swojej kanciapy.

– Mówi Amanda.

To pielęgniarka z izby przyjęć.

– Czy doktor Henri powiedział ci, co wprawiło go w pląsy?

– To doktor Henri teraz tańczy?

– Coś w tym stylu. Powiedział coś?

– Nic. Ani słowa.

– A zapytałaś?

– Oczywiście. Tylko się uśmiechnął. – Amanda zmieniła temat. – Słyszałaś już, że Frank od nas odchodzi?

– Tak. I chce, byśmy mu pozwolili odejść po cichu.

– Czy my się na to zgodzimy?

– A odkąd to słuchamy, co mówią mężczyźni?

Amanda odłożyła słuchawkę. Z jej twarzy zniknął uśmiech.

– Idę na górę – powiedziała do Harriet.

Kobieta obdarzyła ją znużonym uśmiechem.

– Dobrze, że nie ja.

¦

Kiedy drzwi windy otworzyły się na siódmym piętrze, Amanda wyczuła, że coś się stało. Pielęgniarki potrafią zauważać drobne zmiany w atmosferze swojego oddziału. Być może ludzie spoza szpitala wyśmiewali ten ich szósty zmysł, ale Amanda nie miała wątpliwości, że jej zdolność do odbierania subtelnych sygnałów ocaliła wiele ludzkich istnień. Tego ranka jej antena zadrżała.

Tak naprawdę nie chciała podejmować pracy asystentki dyrektora. Ale doktor Henri, jeden z trzech lekarzy zarządzających sprawami medycznymi, postawił sprawę jasno: albo weźmie tę posadę, albo wróci na etat pielęgniarki. Nie mogła tam wrócić. Nie w tym momencie. Być może nigdy.

Stało się to, gdy Amanda szukała cichego kąta, w którym mogłaby pozbierać się po tamtej bożonarodzeniowej gehennie, jak ją w myślach nazywała. To było rok temu, tydzień po Święcie Dziękczynienia. Doktor Henri był wówczas nieugięty. Lekarze znali Amandę i ufali jej. Nie mogli jednak tego samego powiedzieć o nowej dyrektorce szpitala, Moirze Campbell.

Moira zraziła do siebie wszystkich już pierwszego dnia. Amanda była na zwolnieniu lekarskim, dzięki czemu uniknęła najgorszego. Nowa dyrektorka najwyraźniej wetknęła nos do dawnego gabinetu dyrektorskiego i zażądała go dla siebie. Fakt, że jakiś czas temu przerobiono go na pokój dla lekarzy, nic dla niej nie znaczył. Lekarzy wyeksmitowano, Moira się zainstalowała i rozpoczęła się bitwa.

Sala tronowa, jak ją teraz nazywano, mieściła się w południowo-wschodniej części najwyższego piętra szpitala. Zbiegały się tutaj trzy skrzydła: w pierwszym mieściło się centrum kardiologiczne, w drugim radiologia, a w trzecim – krótkim, dobudowanym najpóźniej – biura dyrekcji administracyjnej i medycznej. Gabinet Moiry Campbell znajdował się na końcu pustego korytarza; stąd sprawowała swe feudalne rządy, otoczona splendorem.

Amanda chciała zostać na dole, a lekarze ją w tym wspierali. Tłumaczyli Moirze, że asystentka musi mieć kontakt z personelem, a zatem, by dobrze wypełniać swoje zadania, powinna przebywać w najbardziej newralgicznym punkcie szpitala. Tak naprawdę było to najlepsze rozwiązanie dla nich obu. Amanda potrafiła znosić Moirę w drobnych dawkach. Dopóki nie musiała przebywać zbyt długo w jej towarzystwie, potrafiła tolerować Moirę z taką samą cierpliwością, jaką okazywała wrzeszczącemu niemowlakowi – skontrolować funkcje życiowe, sprawdzić, czy czegoś nie brakuje, a jeśli dziecko dalej chce wrzeszczeć, pozwolić mu na to. Moira najlepiej czuła się przy komputerze i przy swoich formularzach rachunkowych. Za to z ludźmi nie dawała sobie rady.

Amanda zapukała do zamkniętych drzwi.

– Wzywała mnie pani…

Moira nie przerywała przekładania zawartości szuflady do kartonowego pudła.

– Przenoszą mnie.

Przez głowę Amandy przeleciały trzy myśli. Pierwsza: doktor Henri naprawdę miał powód do radości. Druga: ona sama wkrótce będzie miała ogromną przyjemność przekazać oficjalnie tę wiadomość. Trzecia: niebiosa są bardzo przychylne dla pacjentów, którzy dziś tu przybędą po pomoc.

– Nie ma pani nic do powiedzenia? – zapytała Moira.

Amanda wzruszyła ramionami. Nie znosiła, gdy praktykanci reagowali w ten sposób. Ale nie mogła powiedzieć, co myśli. Dolałaby tylko oliwy do ognia.

– Kto panią zastąpi? – zapytała wreszcie.

– Och, nie wiem. Ktoś z zarządu.

Właściciele szpitala rezydowali w Bostonie. I to stamtąd pochodziła Moira. Myśl, że przybędzie tu jakiś jej klon, stłumiła radość Amandy. Troszeczkę.

Moira Campbell prawdopodobnie była kiedyś całkiem atrakcyjna. Ale coś się musiało wydarzyć – Amanda podejrzewała, że chodziło o mężczyznę. Teraz Moira była parodią samej siebie. Jej bladoniebieskie oczy straciły blask. Nosiła zbyt krzykliwe ubrania, strzygła się na chłopczycę, co zupełnie do niej nie pasowało, a jaskrawopomarańczowa barwa jej włosów z pewnością pochodziła z tubki. Ściągnięta twarz i podejrzliwe spojrzenie zniechęcały ludzi.

Amanda odwróciła się w stronę okna i stłumiła w sobie chęć śpiewania. Rozciągał się stąd zdumiewająco rozległy widok na dachy ciągnące się wzdłuż brzegu laguny. Długa mierzeja wyglądała stąd jak lśniąca zielona wstęga.

– Kiedy przybędzie pani następca? – zapytała Amanda.

– Jutro.

Moira przesypała do kartonu zawartość kolejnej szuflady.

– Poproszono mnie, bym zwolniła gabinet przed jego przyjazdem. Żadnego oficjalnego przekazania funkcji. Nic. To skandal!

– Czy mogę pani pomóc w pakowaniu?

– Nie, dzięki. Bez wątpienia woli pani oglądać moje plecy.

Amanda przyłapała się na tym, że kiwa głową twierdząco. Za oknem żaglówka przecinała wodę. Zastanawiała się, jak by to było, spędzić kilka dni w tak beztroski sposób, daleko od świata i jego nieszczęść, żeglując tam, dokąd zabierze ją wiatr.

Moira wciskała papiery do i tak pełnych kartonów.

– Ma pani swoje specjalne miejsce w moim końcowym raporcie, mogę to pani obiecać.

Amanda uznała, że ma dość. Wyszła z biura, cicho zamknęła drzwi i wreszcie odetchnęła głęboko – nie robiła tego od jedenastu miesięcy.

¦

Kiedy wchodziła do windy, dopadły ją najdziwniejsze myśli, tak jakby czekały tam na nią. Palec Amandy krążył wokół przycisku trzeciego piętra. Winda nagle szarpnęła i sama ruszyła w dół, jakby zbyt długo czekała na jej decyzję.

Amanda wcisnęła przycisk.

Wejście na oddział ginekologiczno-położniczy i neonatologię znajdowało się na wprost windy i miało własną portiernię. W przypadku dzieci trzeba dziś zachowywać szczególną ostrożność. Nikomu zatem nie było wolno wejść na oddział, jeśli się wcześniej nie umówił. Każdego sprawdzano.

Dyżur pełniła nowa siostra, młoda i uważna. Amanda jej nie znała – nic dziwnego, nie było jej na oddziale niemal od roku. Pielęgniarka sprawdziła jej identyfikator służbowy, poprosiła, by Amanda wpisała się do rejestru, i uśmiechnęła się.

Wszystko tu było znajome i zarazem tak bardzo obce. Poprzedni ordynator, doktor Frost, przeszedł na emeryturę dwa tygodnie po jej odejściu. Znała oczywiście nowego szefa oddziału, ale rozmawiała z nim tylko wtedy, gdy było to konieczne. Przypuszczała, że wiedział o jej załamaniu, bo traktował ją z pewną delikatną cierpliwością, jak traktuje się najbardziej przerażone matki.

Amanda przeszła szybko przez oddział, który niegdyś był jej światem; minęła salę porodową, pokoje pacjentek, swój niegdysiejszy pokój radiologiczny, o którego urządzenie tak bardzo walczyła. Szła korytarzem wzdłuż przeszklonych sal dla noworodków i zatrzymała się dopiero na pododdziale intensywnej opieki. Przez szklane szyby widziała dziewięć inkubatorów, w trzech z nich leżały wcześniaki. To było jej miejsce. Jej świat.

Siostra, którą rozpoznała pomimo maski i błękitnego czepka na głowie, sprawdzała właśnie funkcje życiowe noworodka i odwróciła się, by odnotować to w karcie. Zauważyła Amandę. Szeroko otworzyła oczy. Pomachała jej niepewnie. Amanda chciała odpowiedzieć. Ale nie zdołała podnieść ręki, była zbyt ciężka; a uśmiech byłby nieszczery. Stała tak u wejścia do sali, przepełniona tęsknotą i żalem, następnie odwróciła się i odeszła. Kiedy drzwi windy zamknęły się za nią, Amanda wyszeptała: „Któregoś dnia…”.

Gdyby tylko potrafiła przekonać samą siebie, że to prawda.


Rozdział 2

Nim wróciła na parter, nowiny z gabinetu Moiry Campbell rozniosły się po całym szpitalu. Śmiech i paplanina wypełniały korytarze, co najmniej jak przed jakąś imprezą. Kiedy otworzyła drzwi działu administracyjnego, zobaczyła dwie pielęgniarki obejmujące się z radości i praktykantów przybijających piątkę. No tak. Już wiedzą.

Harriet, zmęczona życiem sekretarka, która z radością odliczała dni dzielące ją od emerytury, przywitała Amandę słowami:

– Tylko nie mów, że ty też odchodzisz.

– Słucham?

– Nie myśl sobie, że twoja praca tutaj jest skończona.

Ku zaskoczeniu Amandy zza drzwi poszczególnych pokoi wyłoniło się kilka zaniepokojonych twarzy.

– Niemożliwe. Czyżby już ktoś doniósł, że zajrzałam po drodze na neonatologię?

– Ależ moja droga. CNN przy nas wysiada.

Starszy księgowy wystawił głowę ze swojego biura.

– A więc to prawda? Odchodzisz?

– Kto się za nami wstawi, gdy przyjdzie nowa miotła? – zapytała Harriet.

– A kto powiedział, że będzie taka potrzeba? – odparowała Amanda. Zaraz się pohamowała.

– Przyjdzie ktoś z centrali. Zgadza się?

– Skąd wiecie?

– Tylko w ten sposób możemy przetrwać w tej norze.

– W porządku. Tak. Boston przysyła kogoś z zarządu.

– No i dostaniemy drugą Moirę.

– Skąd wiecie? Może to będzie jakiś ideał? No nie patrzcie na mnie jak…

Amanda ucichła, ponieważ w drzwiach pojawił się doktor Henri.

– Tak, doktorze?

– Chciałbym z tobą raz jeszcze porozmawiać, Amando.

– Niech jej pan powie, żeby została – powiedziała sekretarka. – Niech ją pan przywiąże do biurka. Proszę dać znać, jeśli będzie pan potrzebował pomocy.

Doktor Henri podszedł do drzwi pokoju Amandy i zatrzymał się.

– Proszę.

¦

Doktor Henri usiadł na krześle naprzeciwko biurka i studiował białe tablice, które zapełniały boczną ścianę. Światło z wąskiego okna odbijało się w śrubach mocujących tablice do ściany.

– Prawidłowość twojego myślenia nie przestaje mnie zdumiewać.

Tablice były podzielone na segmenty, dla każdej sprawy jeden. Widniały tam wszystkie aktualne problemy i zadania – wszystkie terminy, powiązania z innymi sprawami. Kiedy Moira lub któryś ordynator prosili Amandę o aktualne dane, musiała tylko podejść do ściany. Tablica przypominała nieco kartę funkcji życiowych noworodka, jakiej używa się na oddziale intensywnej opieki medycznej, kartę taką aktualizowało się co godzinę, widać na niej było dokładnie każdą zmianę w stanie dziecka. Cały personel administracyjny uznał wynalazek Amandy za coś wspaniałego. Z wyjątkiem Moiry, oczywiście. Ona nigdy nie wchodziła do biura Amandy.

– Dziękuję.

– Amando, czy ty naprawdę chcesz wrócić do pielęgniarstwa?

– To nie powinno nikogo obchodzić.

– Proszę, odpowiedz na pytanie.

– Nie wiem, czego chcę. – Amanda wiedziała, że jej głos zabrzmiał ostro. – Jeszcze w ubiegłym roku chciałam tylko jednego: zajmować się dziećmi.

Doktor Henri wskazał dłonią drzwi sekretariatu.

– To nie było przedstawienie. Personel adminis­tracyjny jest przerażony myślą, że mogłabyś odejść.

– Ale dlaczego?

– Bo ci zależy. Myślisz o nich. Wstawiasz się za nimi u dyrektora, lekarzy, przed radą nadzorczą, Bostonem. Za nimi. Czy wiesz, jak o tobie mówią? „Wiceprezydent od uciszania burzy”.

Amanda siedziała w milczeniu. Zawsze traktowała to stanowisko jako tymczasowe, dlatego nigdy nie prosiła, by wyznaczono jej zakres obowiązków służbowych.

– Ja nie… Ja tylko wykonuję swoją pracę.

– Tak, wiem. I robisz to wspaniale. Jeśli chcesz wrócić do pielęgniarstwa, to ci pomogę. Ale w tej chwili mogę jedynie powiedzieć to samo, co oni. Zostań. Pomóż nam przejść przez te zmiany.

– Nie wiem, czy to możliwe – powiedziała Amanda i zrelacjonowała swoją ostatnią rozmowę z Moirą.

Doktor Henri miał zdumiewającą zdolność do marszczenia się całym swoim ciałem.

– Jej końcowy raport zniechęci do ciebie nowego dyrektora. Czy właśnie dlatego chcesz wrócić na neonatologię?

– Nie, to nie jest… – Amanda westchnęła. – Nie wiem, po co tam poszłam. Nie byłam nawet w stanie otworzyć drzwi.

Nie okazał zdziwienia.

– Jesteś pielęgniarką. Wiesz, że powrót do zdrowia wymaga czasu i że zawsze trwa to dłużej, niżbyśmy sobie życzyli. Zwłaszcza gdy chodzi o rany serca.

– Czy ja mogę, naprawdę? Mogę wyzdrowieć?

– Ty już zdrowiejesz. I będziesz znów w pełni zdrowa.

Z niewiadomego powodu słowa lekarza, który był postrachem pielęgniarek, sprawiły, że z oczu Amandy popłynęły łzy.

– Chciałabym panu wierzyć.

– Proponuję, byś wyjechała. Weź urlop. Planowałaś wziąć go jakoś niedługo, nieprawdaż?

– Tak, za trzy tygodnie.

– Jedź. Pozwól, by nowy dyrektor usłyszał od nas wszystkich, jak bardzo jesteś potrzebna.

Tym razem Amanda musiała obetrzeć oczy.

– Nie możemy wyjechać. Firma Chrisa tnie zatrudnienie. To dla niego bardzo trudny czas i…

Urwała, ponieważ doktor Henri podniósł się z krzesła.

– Prawdę mówiąc, proponuję, by zaczęła pani urlop już dzisiaj.

¦

Wszystkie te nowości kotłowały się w głowie Amandy przez cały dzień: odejście Moiry, rychła operacja Franka, wizyta na neonatologii, wolne. Pracownicy szpitala, z którymi nigdy dotąd nie rozmawiała, zatrzymywali się, by zapytać, jak zamierza spędzić urlop, i zapewnić, że wszyscy będą za nią tęsknić. Postanowiła, że zajrzy do sklepu z upominkami i kupi kartkę dla Franka. A podczas pożegnalnego przyjęcia, którego Frank tak bardzo próbował uniknąć – chciał przecież odejść bez zamieszania – porozmawia z jego żoną, tak jak prosił doktor Henri.

Do świąt zostały niespełna cztery tygodnie, więc Boże Narodzenie zdominowało sklepy. Z głośników rozchodziły się kolędy. Wystawy życzyły wszystkim nastrojowych świąt. Jedenaście miesięcy temu tak bardzo lubiła ten przedświąteczny czas.

Amanda minęła starszą kobietę oglądającą pluszowe zabawki i zatrzymała się przy stoisku z kartkami. Nagle skurczyła ramiona i cofnęła się.

Tuż przed nią widniały rzędy kartek gratulacyjnych z okazji narodzin dziecka. Lśniące, pełne najlepszych życzeń. Amanda nie mogła zaczerpnąć powietrza.

Wzdrygnęła się, jakby chciała otrząsnąć się z sennego koszmaru.

Ale po drugiej stronie sklepowej alejki czekało na nią coś jeszcze gorszego. Stała teraz przed rzędami kartek urodzinowych. A tuż przed jej twarzą błyszczała kartka z najlepszymi życzeniami z okazji pierwszych urodzin dziecka.

Wyszła ze sklepu, by złapać oddech, kiedy usłyszała, że ktoś woła ją po imieniu. I choć nogi miała jak z waty, uciekła stamtąd.


Rozdział 3

Chris Vance, z telefonem komórkowym w ręku, chodził w tę i z powrotem po swoim gabinecie, myśląc o tym, jak bardzo chciałby stąd uciec. Kochał wolną przestrzeń niczym chart. Kiedy biegał, był nie tylko wolny. Był w swoim żywiole.

Wszyscy wiedzieli, że biega każdego dnia w południe. Wiedziała o tym również Claire, jego siostra, ale ona zdawała się czerpać dziwną przyjemność z przeszkadzania mu w tym. Była trzecim dzieckiem z pięciorga rodzeństwa i z tego właśnie powodu uważała, że jej rolą jest scalać rodzinę.

– W tym roku Boże Narodzenie zapowiada się fantastycznie – oświadczyła. – Siostra Tonny’ego wreszcie przyjedzie. Błagałam ją o to od sześciu lat. Mówiłam ci już, że spodziewa się trzeciego dziecka?

– Nie, Clair, nie mówiłaś.

Chris nie był uradowany tą perspektywą. Ostatni raz widział rodzeństwo swego szwagra na ślubie Claire. Jej mąż, Tony, był świetnym człowiekiem i genialnym ortodontą; najstrachliwsze dzieci siedziały u niego spokojnie, nawet jeśli zakładał któremuś aparat korekcyjny.

Chris starał się stłumić odruch zazdrości. Claire i Tony nigdy nie będą musieli obawiać się utraty pracy i domu. Świat zawsze będzie pełen dzieciaków ze złym zgryzem.

– Tata oczywiście przyjedzie. I Pete ze swoją dwójką, i Samanta ze swoimi. I Sally. To razem będzie nas chyba… dziewiętnaścioro plus was dwoje… dwadzieścia jeden osób! Czy to nie wspaniałe?

– Claire, obawiam się, że w tym roku nie damy rady przyjechać.

– Ależ musicie. Zawsze obchodziliśmy Boże Narodzenie razem. To najlepszy czas w roku!

– Nie… przykro mi.

– Czy Amanda nie rozumie, jakie to ważne?

– Nie rozmawialiśmy o tym.

– Zadzwonię do niej. Ona musi ci pozwolić…

– Nie rób tego – jego głos spoważniał. – Jeśli będziesz naciskać, ona się zgodzi. Ale ja nie chcę.

– Ale dlaczego?

– Czy ty w ogóle pamiętasz, co się wydarzyło w ubiegłoroczne święta?

– Chris. Minęło tyle miesięcy. Powinieneś już to mieć za sobą.

– A gdyby umarło któreś z twoich dzieci, Claire, sądzisz, że po roku miałabyś to „za sobą”?

Odebrało jej na chwilę mowę. Ale po chwili wypaliła:

– To zupełnie nie to samo!

– Dla Amandy to jest to samo.

– Cóż, nie ma racji. Chris, chcę, żebyś tu był! Z nami! Tu, gdzie twoje miejsce.

To było drugie oblicze Claire, które mało kto znał; większość brała to za jej entuzjazm. Chris był jedną z tych niewielu osób, które nie podporządkowywały się jej natychmiast. Nie kłócił się, po prostu nie ustępował. Był to jeden z powodów, dla których cieszył się, że mieszka na Florydzie, a nie gdzieś bliżej tej gromadki. Kochał Claire. Niemniej jednak jego siostra bywała despotyczna.

– Musisz zrozumieć, że…

– Rozumiem doskonale. Zadzwoniłam do was w sprawie świąt. A wy dwoje zamierzacie je popsuć.

Claire rzuciła słuchawką.

Chris stał przez dłuższą chwilę, patrząc beznamiętnie przez okno. Słoneczne światło już go nie kusiło. To nie rozmowa przykuła go do biurka. Claire była żywiołowa, ale teraz martwił się czym innym. Niczym ciche echo wróciły do niego słowa modlitwy, które wypowiadał przez ostatnie jedenaście miesięcy. Bardziej niż o cokolwiek, błagał o to, by jego żona wróciła do życia.

Wyszedł z biura i zaczął biec.

¦

Hrabstwo Brevard było regionem robotniczym. A wszystko to za sprawą Przylądka Canaveral. Nawet najbogatsze dzielnice były zamieszkane w większości przez ludzi zarabiających na życie pracą fizyczną. Leżące na południe od Brevard hrabstwo Indian River wyglądało zupełnie inaczej. Te dwa tak odmienne światy łączył most Sebastian Inlet. Wyspę Vero Beach zamieszkiwali najbogatsi ludzie świata. Położone nad oceanem rezydencje warte były po trzy miliony dolarów, w garażach stały bentleye, a ich właściciele spędzali tu tylko niewielką część roku: przyjeżdżali w pierwszym tygodniu po Nowym Roku, a wyjeżdżali na tydzień przed Wielkanocą.

Amanda zawsze prosiła Chrisa, by w tym czasie wybrali się tam na obiad. Traktowała to jak wyprawę do zoo. Wsiadając teraz do samochodu, uświadomiła sobie, że nie pojechali tam w ubiegłym roku. W gorączkowej walce, by odepchnąć od siebie grudniowe wydarzenia, wyrzuciła z pamięci i to.

Chris jeszcze nie wrócił. Nie była tym zaskoczona. Przed kryzysem ekonomicznym starali się tak układać swój plan dnia, by zjeść wspólnie obiad. Ale odkąd firma Chrisa zaczęła walczyć o przetrwanie, pracował w zwariowanych godzinach. Amanda spojrzała na dom Wrightów stojący po drugiej stronie ulicy. Mogłaby załatwić sprawę od razu, zamiast siedzieć w pustym domu.

Mieszkali przy ślepej uliczce w Melbourne Beach, w największej osadzie willowej hrabstwa. W miasteczku nie było hoteli, jedynie trzy bloki mieszkalne nad brzegiem oceanu. Plaże były publicznie dostępne, ale korzystali z nich jedynie mieszkańcy tej okolicy. Matki rozsiadały się tam w pogodne dni i wspólnie doglądały swoich pociech. Jeśli jakieś dziecko źle się zachowywało, wszyscy przywoływali je do porządku.

Atmosfera ta przenosiła się nawet na wodę. Surferzy z Melbourne Beach pozdrawiali nowo przybyłych i podpowiadali początkującym, jak obchodzić się z linami. Sebastian Inlet, położone dwadzieścia mil na południe, było rejonem największych fal na Wschodnim Wybrzeżu. Tam atmosfera była całkowicie inna – tłumy przyjezdnych, a każdy chciał się znaleźć w centrum zainteresowania. I w kręgu najlepszych.

Melbourne Beach przypominało niegdysiejsze Cocoa Beach – miejsce, w którym Amanda dorastała, a które z biegiem lat stało się tłoczne i ruchliwe. Jej ojciec był emerytowanym pracownikiem NASA, a matka nauczycielką. Amanda zawsze marzyła o tym, by zapuścić korzenie w hrabstwie Brevard i doczekać się szczęśliwie gromadki dzieci, sześciorga lub siedmiorga. Ale gdy nadszedł kryzys ekonomiczny, sytuacja zawodowa Chrisa stała się niepewna. To pokrzyżowało ich plany rodzinne. Może na zawsze. Amanda przeszła na drugą stronę ulicy, myśląc o tym, czy jest jakiś sposób, by odmienić los. Zacząć na nowo. Zbudować życie, o którym oboje z Chrisem marzyli.

Ich sąsiedzi, Frank i Emily, mieszkali w typowym dla tej okolicy domu, wykończonym tynkiem i drewnem, bliźniaczo podobnym do domu Amandy i Chrisa. Ale o tej porze roku te dwie posesje różniły się tak bardzo, jak to tylko możliwe. Na trawniku przed domem Wrightów stały dwa sztuczne drzewka bożonarodzeniowe, ściany domu były obwieszone światełkami; a każdego dnia po zachodzie słońca figlowało na nich dwanaście elektrycznych reniferów. Amanda spuściła więc zasłony we frontowych oknach i czekała, aż okres świąteczny wreszcie minie.

Emily otworzyła drzwi.

– O, dobrze, że przyszłaś!

– Coś się stało?

– Popatrz na to. Co mam w ręce?

Amanda spojrzała na telefon.

– Czy to jakieś podchwytliwe pytanie?

Emily wciągnęła ją do środka i zamknęła drzwi.

– Chwyciłam za telefon, by do ciebie zadzwonić, i oto jesteś! Istny cud.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.