Młodzi żeglarze - Thomas Mayne Reid - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 318 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Młodzi żeglarze - Thomas Mayne Reid

Ciekawie skonstruowana powieść przygodowa o losach pewnej Angielki i jej siostry, które los sprowadził do Warszawy. Autorka, jak zwykła to czynić, mistrzowsko wykorzystuje karty książki, aby przekazać czytelnikowi jak najwięcej życiowych prawd, mających zarówno walor dydaktyczny, jak i wychowawczy. Powieść, wydana w 1843 r., została nazwana przez historyka literatury Piotra Chmielowskiego „pierwszą polską robinsonadą”. Paulina Krakowowa (1813–1882) jest znaną polską pisarką, publicystką, nauczycielką, zwłaszcza zaś działaczką społeczną, założycielką i przełożoną pensji dla dziewcząt. Współpracowała z licznymi czasopismami, m.in. „Przyjacielem Ludu” i „Światowidem”. Na uwagę zasługują, m.in. powieść Pamiętniki młodej sieroty (1839), zbiór opowiadań Powieści starego wędrowca (1839), powieść historyczna Branka tatarska (1842), opis życia i architektury stolicy Obrazy i obrazki Warszawy (1848). Opublikowała ponadto kilka zbiorów dydaktycznych. Autorka na trwałe zapisała się w pamięci społeczeństwa: po jej śmierci przełożone warszawskich pensji żeńskich ogłosiły w „Tygodniku Ilustrowanym” konkurs imienia Krakowowej na utwór ukazujący rolę kobiety we współczesnym społeczeństwie. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Młodzi żeglarze - Thomas Mayne Reid

Fragment ebooka Młodzi żeglarze - Thomas Mayne Reid






Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I  Kraina pięknych futer
  2. ROZDZIAŁ II Młodzi żeglarze
  3. ROZDZIAŁ III Łabędź i orzeł bosy
  4. ROZDZIAŁ IV Łabędzie amerykańskie
  5. ROZDZIAŁ V Polowanie przy pochodniach
  6. ROZDZIAŁ VI Rozbicie łódki
  7. ROZDZIAŁ VII Most z łosiowej skóry
  8. ROZDZIAŁ VIII Sidła na kozy
  9. ROZDZIAŁ IX Taniec ptasi
  10. ROZDZIAŁ X Walka Maurycego z żubrem
  11. ROZDZIAŁ XI Trzy osobliwe drzewa
  12. ROZDZIAŁ XII Budowanie łódki z kory
  13. ROZDZIAŁ XIII Sieć jezior
  14. ROZDZIAŁ XIV Jelenie, wilki i rosomak
  15. ROZDZIAŁ XV Dwaj nurkowie
  16. ROZDZIAŁ XVI Wielki obiad niedzielny
  17. ROZDZIAŁ XVII Świstaki amerykańskie
  18. ROZDZIAŁ XVIII Borsuk, świstaki kasztanowate i lamparty
  19. ROZDZIAŁ XIX Szczególny sposób zastawiania sideł na kaczki
  20. ROZDZIAŁ XX Kaczki amerykańskie
  21. ROZDZIAŁ XXI Dzierzba i kolibry
  22. ROZDZIAŁ XXII Rybołów
  23. ROZDZIAŁ XXIII Rybołów i jego prześladowca
  24. ROZDZIAŁ XXIV Przerwa w podróży
  25. ROZDZIAŁ XXV Połów ryb pod lodem
  26. ROZDZIAŁ XXVI Osobliwsze zwierzę
  27. ROZDZIAŁ XXVII Spotkanie z łosiem
  28. ROZDZIAŁ XXVIII Obóz zimowy
  29. ROZDZIAŁ XXIX Podróż po śniegu
  30. ROZDZIAŁ XXX Pustynia
  31. ROZDZIAŁ XXXI Flaczki skalne
  32. ROZDZIAŁ XXXII Zając podbiegunowy i wielka sowa
  33. ROZDZIAŁ XXXIII Mysz białonóżka i gronostaj
  34. ROZDZIAŁ XXXIV Lis podbiegunowy i wilk biały
  35. ROZDZIAŁ XXXV Pardwy i sokół białozór
  36. ROZDZIAŁ XXXVI Zając, ryś i orzeł rdzawy
  37. ROZDZIAŁ XXXVII Ptak przewodnik i renifer
  38. ROZDZIAŁ XXXVIII Potyczka z wilkami
  39. ROZDZIAŁ XXXIX Zakończenie
  40. KOLOFON

ROZDZIAŁ I 

Kraina pięknych futer

Młody czytelniku, czy zasłyszałeś kiedy o stowarzyszeniu handlowym zatoki Hudsona? Można by jednak pójść o zakład, że ono ci dostarczyło na zimę ciepłego futerka, a twojej siostrzyczce ładnej mufki i puszystego kołnierzyka. Czy miałbyś ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o krainach, skąd te piękne futra pochodzą? O zwierzętach, którym je wraz z życiem wydarto? Przekonany jestem, że ty i ja znamy się z sobą od dawna, śmiało więc sam odpowiadam za ciebie: – I owszem! – A więc pójdź za mną; odbędziemy razem podróż do krainy futer; przebiegniemy ją od południa do północy.

Będzie to podróż nie lada. Musimy tysiące mil przebywać, nie napotkamy po drodze pomocy ani kolei żelaznej, ani parowców, ani karetek pocztowych; najnędzniejszego zaprzęgu nigdzie nie dostaniemy. Żaden hotel nie przygotuje dla nas wykwintnego przyjęcia, ba! Nawet skromna gospoda nie wywiesi na gościńcu zachęcających znaków i napisów z zapewnieniem wygód. Żadnego noclegu; żadne ludzkie mieszkanie nie osłoni nas gościnnym swym dachem. Na popas rozłożymy się na twardym głazie, na pniu obalonym, lub wreszcie na nagiej ziemi; nocleg mieć będziemy pod namiotem, posłanie ze skóry dzikiego zwierza. Innych wygód nie możemy się spodziewać w tej podróży, i cóż, młody czytelniku, czy gotów jesteś dotrzymać mi towarzystwa? Czy cię ten obraz nie zraża?

Już słyszę odpowiedź twoje: – Nie, nie! Zgadzam się na wszystko; popas będzie wyborny – po cóż mi stół mahoniowy? I nocleg także – będę obozował pod namiotem, jak Arab na pustyni. I pościel – kwituję z miękkich puchów.

A więc dobrze, mój dzielny chłopcze! Zapuścimy się razem w dzikie strefy północno-zachodniej Ameryki, w oddalone krainy pięknych futer. Lecz najpierw – powiedzmy słówko o okolicy, wśród której podróżować zamierzamy.

Rozłóż atlas przed sobą; spójrz na kartę Ameryki Północnej. Zaznacz dwie wielkie wyspy, jedne po prawej stronie – to Newfundland; drugą po lewej – to wyspa Vancouver.

Przeciągnij prostą linią od jednej do drugiej; tym sposobem rozdzielisz ląd na dwie prawie równe części. Na północ od tej linii ciągnie się obszar rozległy. Pytasz, jak rozległy? Gdybyś wziął nożyczki, wykroiłbyś z niego pięć takich krajów, jak Anglia! Są tam jeziora tak wielkie, że mógłbyś w nich całą Anglią zatopić, lub pomieścić wygodnie pod postacią wyspy! A teraz masz już niejakie wyobrażenie o rozmiarach tego obszaru ziemi, który nazywają „krainą pięknych futer”.

Czy uwierzysz, że cała ta ogromna przestrzeń jest puszczą – dziką, głuchą puszczą, jeżeli lubisz wyrażenia malownicze. Od północy do południa, od oceanu do oceanu, wzdłuż i wszerz, nie ma tam ani miasta, ani wioski, nie ma nawet nic, co by można było nazwać „osadą”. Jedynym śladem cywilizacji są posterunki lub wędrujące tabory handlowego stowarzyszenia zatoki Hudsona, a śladów tych jest niewiele; nieraz przejść można całe setki mil, nie napotkawszy ich wcale. Co się tyczy mieszkańców, cały kraj liczy około dziesięciu tysięcy ludzi białej rasy, samych agentów handlowych; krajowcy zaś pochodzą z rozmaitych plemion indyjskich, snują się niezbyt licznymi gromadami wśród puszczy, utrzymując się z polowania i często głodu przymierając. W rzeczy samej kraina ta z trudnością nazwać się może zamieszkałą; na dziesięć mil przypadnie zaledwie jeden mieszkaniec, a nieraz podróżny przebywa i sto, i paręset mil, nie ujrzawszy żadnej ludzkiej twarzy, czy to białej, czy miedzianej, czy czarnej!

Krajobraz wszędzie jest nadzwyczaj dziki, chociaż nie we wszystkich okolicach jednakowy. Wyróżnia się szczególnie jedna część kraju, zwana powszechnie pustynią, zajmująca przestrzeń bardzo rozległą. Tak zwana pustynia ciągnie się w stronę północno-zachodnią od zatoki Hudsona i dochodzi prawie aż do brzegów rzeki Mackenzie. Grunt jej składa się ze skał pierwotnych. Jest to kraina wzgórz i dolin, głębokich, ciemnych jezior i rwących potoków. W strefie tej brak całkowicie lasów, w właściwym tego wyrazu znaczeniu, gdzieniegdzie tylko napotkać można karłowate brzozy, wierzby i sosny, a i te pojedynczo tylko wyrastają w niektórych dolinach. Wynioślejsze miejsca pokryte są grubym piaskiem, pochodzącym z rozkruszenia granitów lub kwarców; tam żadna roślinność utrzymać się nie może, oprócz mchów i porostów. Pod jednym względem wszakże pustynia ta różni się najzupełniej od afrykańskiej Sahary: jest bowiem obficie zaopatrzona w wodę. W każdej prawie dolinie znajduje się jezioro, gdzie żyją rozmaite gatunki ryb. Jeziora te częstokroć połączone są pomiędzy sobą bystrymi strumieniami, przepływającymi przez ciasne wąwozy, a większe rzeki nadmiar wód ich odprowadzają do morza.

Tak wygląda prawie cała kraina zatoki hudsońskiej, znaczna część wielkiego półwyspu Labrador i rozległe przestrzenie, które do niedawna były w posiadaniu Rosji.

Ta pustynia nie jest jednak całkowicie pozbawiona mieszkańców. Zwierzęta, nieznane w żyźniejszych okolicach, tu sobie siedlisko obrały. Dwa gatunki przeżuwających, renifer i wół piżmowy, znajdują obfite pożywienie w mchach i porostach, pokrywających twarde głazy. Łagodne te stworzenia służą znów za pokarm zwierzętom drapieżnym. Wilki najrozmaitszych odcieni, szare, czarne, białe, plamiste, snują się za nimi wielkimi gromadami. Ogromny niedźwiedź brunatny odrębnego gatunku, wyrównujący prawie szaremu niedźwiedziowi gór Skalistych, znajdowany jest tylko na tej pustyni; nawet i biały niedźwiedź podbiegunowy tam się pojawia, lecz ten trzyma się wyłącznie morskich wybrzeży i żywi się istotami wodnymi. Na bagnach i moczarach piżmoszczury (Fiber zibelkicus) budują swoje domki, na wzór pokrewnych, znacznie większych bobrów. Lecz i najbardziej zawzięty ich prześladowca, rosomak amerykański (Gulo luscus) przebywa w tej samej okolicy. Biały zając podbiegunowy żywi się liśćmi i gałązkami karłowatych brzóz, a gdy ten pokarm roślinny przetworzy sic we krwi jego na smaczne mięso, pożera je znów chciwie lis północny. Nędzne trawki nie wyrastają także na próżno; opadające ich ziarnka chwytane są przez lemingi i myszy polne, a te znów z kolei stają się pastwą zwierzątek z rodziny łasic, gronostajów i wizonów. A ryby w jeziorach czy nie mają wrogów? I owszem – do najgroźniejszych należy wydra kanadyjska, ale i wizon na nie poluje. Latem prześladuje je ptactwo drapieżne, orzeł rybołów, pelikan, kormoran i morski orzeł bosy, czyli bieleć (Haliaeetus leucocephalus).

Taką jest fauna pustyni; rzadko tam ludzi napotkać można. Na wybrzeżach morskich żyją Eskimosi, a dalej w głąb ładu zapuszczają się czasem Indianie z plemienia Chippewa; ci ustawicznie polują na renifery i zwani są zjadaczami reniferów. Biali ludzie prawie nigdy nie zaglądają na pustynią. Towarzystwo handlowe nie ma tam żadnego posterunku; zwierzęta o pięknych futrach niezbyt licznie tu przebywają, poszukiwania myśliwych przyniosłyby więcej trudów niż korzyści.

Inaczej się rzeczy mają w okolicach lesistych; te zajmują głównie południową i środkową część krajów zatok Hudsona. Tam żyją najokazalsze bobry i polujące na nie rosomaki; tam zając północny umyka przed swoim prześladowcą, kanadyjskim rysiem; soból ugania się za wiewiórką, przeskakując z drzewa na drzewo. Tam znaleźć można najrozmaitsze odmiany lisów, brunatne, czarne krzyżaki i najszacowniejsze lisy srebrzyste (Vulpes argentatus), których futro, mieniące się metalowym odbłyskiem, na wagę złota się sprzedaje. Tam także i czarny niedźwiadek amerykański, Baribal, ukrywa się przed bystrym wzrokiem strzelca, czyhającego na piękne jego futro, które ma przyozdobić dragona lub kołpak grenadiera. Oprócz tego można by naliczyć wiele innych zwierząt, których skóry, mniej kosztowne, są jednak poszukiwane w handlu, jak oto: jelenie kanadyjskie (wapiti), łosie, żubry leśne i inne.

Kraina futer posiada także rozległe łąki. Owe niezmierzone obszary, znane pod nazwą Prairie, ciągnące się na wschód od gór Skalistych, biegają na północ aż do gruntów zatoki hudsońskiej. Lecz łąki te zwężają się stopniowo, posuwając się ku północy i kończą się na wybrzeżach Niewolniczego jeziora. Kraina łąk ma znów swoje odrębne zwierzęta. Tu hasają trzody żubrów, chyżo pomykają jelenie i antylopy o widłatych rogach (Antilocapra americana). Tu snują się gromadami szczekające wilki, pokrewne szakalom i lisy trójbarwne łąkowe (Vulpes cinereoargenteus). Tu sadowią się najchętniej gromady piesków łąkowych i torbo szczurów; tu także przebiegają równinę tabuny dzikich koni.

Krajobraz zmienia się w zachodniej części, gdzie ukazują się z daleka szczyty gór Skalistych. Potężny ten łańcuch, zwany niekiedy Andami północnej Ameryki, ciągnie się wzdłuż krainy futer, od południowego jej krańca, aż do brzegów morza Lodowatego. Wyniosłe wierzchołki piętrzą się na samem wybrzeżu, jakby chciały zajrzeć na dno morskich toni; niektóre pokryte są wiecznym śniegiem. Góry te zajmują miejscami znaczną szerokość, kryją sic pomiędzy nimi głębokie, przepaściste wąwozy; wielu z nich oko ludzkie nigdy nie widziało, jedne przedstawiają widok ponury i dziki, inne wyglądają, jak czarowne oazy, zachwycają bogactwem roślinności wzrok podróżnika, który przez długi czas tylko nagie i ogołocone skały napotykał po drodze. W tych cienistych puszczach żyją także odmienne gatunki zwierząt. Po stokach gór wspina się skalny baran, Argali, o wielkich, zakręconych rogach; po nad przepaściami przeskakują dzikie kozły. Czarny niedźwiedź snuje się wśród leśnej gęstwiny, a potężny jego krewniak, niedźwiedź szary, najstraszniejszy ze wszystkich zwierząt amerykańskich, zstępuje ociężale ze spadzistości skał.

Po przekroczeniu gór, kraina futer rozciąga się dalej na zachód aż do brzegów Oceanu Spokojnego. Tu już często napotykają się puste równiny, pozbawione lasów i wody. Gdzieniegdzie bystre, spienione strumienie, przeciskają się przez ciasne wąwozy pomiędzy stromymi, wysokimi skałami; ta część kraju jest daleko dziksza i bardziej górzysta, aniżeli przestrzeń, leżąca na wschodniej stronie głównego łańcucha. Im bliżej Oceanu Spokojnego, tym klimat staje się cieplejszy, a miejscami ukazują się wspaniałe lasy. Mnóstwo zwierząt o pięknych futrach szuka w nich schronienia; łagodność klimatu zwabia tu nawet przedstawicieli rodziny kotów; na zachodniej stronie gór niektóre zwierzęta daleko wyżej zapuszczają się na północ, niż na stronie wschodniej. W lasach należących do stanu Oregonu można już niekiedy napotkać jaguara i kuguara.

Ale na teraz nie mamy zamiaru przekraczać gór Skalistych. W podróży naszej będziemy się trzymali wschodniej strony głównego łańcucha. Przejdziemy od granic cywilizowanego świata aż do brzegów morza Lodowatego. Długa to i niebezpieczna podróż, młody czytelniku; ale ponieważ już raz odważyłeś się na nią, nie traćmy czasu na próżną gadaninę i wyruszajmy, co żywo. Czyś gotów? Dalej więc w drogę!


ROZDZIAŁ II

Młodzi żeglarze

Na fale rzeki Czerwonej, niezbyt daleko od jej źródeł, wypłynęła mała łódka i szybko pomyka z prądem wody. Wątła ta łódka, z kory brzozowej zrobiona, mieści w sobie cztery osoby – czterech młodzieńców; najstarszy z nich ma zaledwie lat dziewiętnaście, najmłodszy około piętnastu.

Najstarszy odznacza się wzrostem wyniosłym, chociaż postać jego nie ma jeszcze tych silnych i muskularnych kształtów, które znamionują wiek męskiej dojrzałości. Cera jego jest śniada, prawie oliwkowa, włosy jak węgiel czarne, długie, gładko spuszczone na skronie, oczy duże i błyszczące, rysy wydatne. W całej powierzchowności jego, w wyrazie twarzy, w kształtnych ustach, maluje się odwaga, wytrwałość i determinacja. A te pozory nie mylą, gdyż młodzieniec posiada w wysokim stopniu wszystkie te przymioty. W ułożeniu jego, w ruchu każdym, przebija powaga, niezwykła w tym wieku; nie pochodzi to jednak z flegmatycznego usposobienia, ale jest oznaką panowania nad sobą, i przedwczesnego doświadczenia. Nikt by go o brak roztropności nie posądził. Z oczu tego młodzieńca przegląda głębsze zastanowienie, musi to być umysł niepospolicie bystry. Ten spokój zewnętrzny, ta pozorna obojętność, świadczy jedynie, że nieraz już w życiu spotkał się z niebezpieczeństwem i nigdy się przed nim nie cofał. Taki wyraz twarzy właściwy jest szczególnie myśliwym dalekiego Zachodu (Far West), tym ludziom nieustraszonym, którzy życie spędzają wśród rozlicznych przygód, przebiegając puszcze rozległe. Na usposobienie ich dziwnie wpływa samotność. Nieraz przez całe miesiące nie napotykają żadnej ludzkiej istoty, do której by mogli przemówić, przez całe miesiące nie widzą ludzkiej twarzy. Żyją osamotnieni wśród wspaniałych widoków przyrody.

Nie dziwne, że nawykają do milczenia. Młodzieniec, którego wizerunek nakreśliliśmy tutaj, pędził także życie podobne. Chociaż nie był myśliwym z powołania i polował tylko dla własnej przyjemności, niemniej jednak dalekie wycieczki narażały go nieraz na niebezpieczeństwa i długą samotność wśród puszczy. W tak młodym wieku odbył on już niejedne podróż wśród wielkich łąk i dziewiczych lasów Zachodu. Tropił niedźwiedzie i bawoły, jaguara i pumę. Nie mało doznał przygód i wrażeń, a wszystko to wycisnęło na twarzy jego szczególno piętno powagi i zadumy.

Drugi młodzieniec, o którym z kolei mówię, całkiem inaczej wygląda. Jasnowłosy, cerę ma nieco bladą, miękkie, jedwabiste kędziory ocieniają skroń jego i spływają na ramiona; nie jest on wcale silnie zbudowany, przeciwnie, szczupłe i wątłe ma kształty, nie widać jednak, ażeby był chorowity lub osłabiony. Dość spojrzeć, jak się z wiosłem obchodzi, aby się przekonać, że na zdrowiu i siłach mu nie zbywa, chociaż nie może się porównać pod tym względem z młodzieńcem ciemnowłosym. Za to w wyrazie twarzy jego znać wyższe umysłowe rozwinięcie i usposobienie bardziej towarzyskie. Niebieskie oczy pełne są słodyczy, lecz na wyniosłem czole łatwo wyczytać ślady głębszych myśli i naukowej pracy.

Wskazówki te są trafne, gdyż młodzian uczył się wiele i niepospolitymi zdolnościami się odznacza. Ma on dopiero lat siedemnaście, a jest już biegłym przyrodnikiem i zapędziłby w kąt z pewnością wielu studentów uniwersytetów europejskich, nie książkową nauką, ale gruntowną znajomością rzeczywistego świata i praktycznym rozsądkiem.

Trzeci i najmłodszy z towarzyszy ze wszystkich względów różni się znacznie od tamtych obu. Nie ma on w sobie ani powagi pierwszego, ani umysłowej wyższości drugiego. Twarzyczka jego okrągła, pełna i rumiana, rozjaśniona jest nieustannym uśmiechem. Błyszczące oczy przelatują jak iskry po wszystkich przedmiotach. Usta ciągle się poruszają, gdyż chłopak ani na chwilę nie przestaje gawędzić lub śmiać się wesoło. Z pod zgrabnej jego czapeczki wysuwają się zwoje ciemnych włosów, a odbijając od rumianych policzków, nadają mu wyraz zdrowia i młodzieńczej świeżości. Chłopak musi być roztrzepany, nie wygląda on wcale na pilnego szkolarza, lub zapalonego myśliwca. Do niczego też prawdopodobnie nie przykłada się zbyt, nie lubi się nużyć pracą i poważnymi myślami, ale jak motyl wolałby z kwiatka na kwiatek przelatywać.

Trzej młodzieńcy ubrani byli prawie jednakowo. Najstarszy miał ubiór zbliżony bardzo do tego, jaki jest zwykle używany przez myśliwych amerykańskich, którzy całe życie spędzają wśród puszczy – krótką zwierzchnią suknią ze skóry łosiowej, w kształcie bluzy, spodnie i mokasyny1 z tegoż samego materiału, wszystko to nie wyłączając obuwia, ozdobnie naszywane drobnymi kolcami jeżozwierza, jaskrawo zabarwionymi. Oprócz tego suknia oszyta była u kołnierza i u dołu kolorowe frędzle, zdobiąca także mokasyny u góry. Na głowie miał czapeczkę kosmatą ze skóry jakiejś malej łasiczki, z tyłu zwieszał się z niej ciemny ogon zwierzątka, jakby kita wojskowego kołpaka. Przez plecy przewiesił dwa paski rzemienne, skrzyżowane na piersiach. Jeden podtrzymywał ładownicę, przybraną w piórka jaskrawe, połyskujące na słońcu zieloną i fioletową barwą. Były to szczątki leśnej kaczki (Anas sponso). Ptak to najpiękniejszy z całej rodziny kaczek. Na drugim rzemyku wisiał zakrzywiony róg bawoli, ozdobiony rozmaitymi wycinanymi rysunkami. Obok ładownicy, na krótkich rzemykach uczepione były inne drobne przybory podróżne, jak nożyk składany, krzesiwko, mały młoteczek. Młodzieniec miał oprócz tego około bioder szeroki pas z mocnej skóry aligatora; za tym pasem zatknięty był pistolet i większy nóż w skórzanej pochwie, a strzelba, przez lewę ramię przewieszona, dopełniała tego myśliwskiego stroju.

I drugi chłopak ubrany był podobnie, lecz nie tak zbrojnie wyglądał. Miał on także na sobie rożek z prochem i ładownicę, ale zamiast pistoletu i noża myśliwskiego, przewiesił u boku spory worek skórzany, a gdyby, kto zajrzał do niego, obaczyłby, nie żadne wojownicze przybory, lecz najrozmaitsze przedmioty upodobane przyrodnikom, jak muszle, kamyki, rzadkie rośliny; młodzieniec zbierał to wszystko po drodze i pakował do worka, a wieczorem, na noclegu, oglądał i rozpoznawał, siedząc przy rozpalonym ognisku. Zamiast czapeczki futrzanej, miał na głowie biały filcowy kapelusz z szerokim rondem, a w miejsce obcisłych spodni skórzanych i mokasynów, szerokie spodnie z błękitnej dymki i zwyczajne lekkie buciki.

Takiż sam był strój najmłodszego, z tą różnicą, że miał na głowie czapeczkę z błękitnego sukna, krojem wojskowym zrobioną i z fantazją włożoną na bakier. Wszyscy trzej mieli pod spodem kolorowe koszule, najdogodniejsze do podróży w krajach, gdzie trudno o mydło, a trudniej jeszcze o praczkę.

Chociaż tak niepodobni do siebie, trzej młodzieńcy byli rodzonymi braćmi. Najstarszy zwał się Maurycy, drugi Lucjan a trzeci Franciszek. Ojciec ich, Francuz rodem, sam ich wychował na dzielnych chłopaków; zahartował w trudach i wszelkich ćwiczeniach ciała, rozwinął przy tym ich umysł; Lucjan szczególnie z prawdziwym zapałem oddawał się nauce botaniki i zoologii, Maurycy zawołanym był myśliwym; młodziutki Franciszek dziecinne miał jeszcze upodobania, bo też i wiekiem zaledwie z dzieciństwa wyszedł. Chłopcy bardzo wcześnie stracili matkę, ale ojciec umiał im nawet troskliwość macierzyńską zastąpić, a przede wszystkim starał się o to, ażeby nawykli sami sobie we wszystkim radzić. Najprzód zabierał ich z sobą na dalsze wycieczki, przyzwyczajał do niebezpieczeństw i trudów, potem pozwalał samym wędrować po lasach i puszczach. Przeczuwał może, iż wkrótce zostaną sami na świecie.

Dziś rzeczywiście trzej chłopcy byli sierotami; ojciec ich padł ofiarą żółtej febry, gdyż nasi młodzi podróżni mieszkali w południowej Ameryce, gdzie straszna ta choroba często grasuje. Ale skądże teraz dostali się w te strony? Po cóż zabiegli tak daleko na północ? Zaraz to zrozumiecie. Jedyny ich krewny, z rodzoną siostrą ich ojca ożeniony, mieszkał w Kanadzie. Ten wuj nie był Francuzem, ale rodowitym Szkotem. Dowiedziawszy się o śmierci szwagra, postanowił przygarnąć pozostałe sieroty, natychmiast napisał do nich w najczulszych wyrazach i oto w skutek tego zaproszenia, trzej młodzi podróżnicy, przebywszy ocean na okręcie parowym, dostali się potem w głąb lądu na mniejszym statku, żeglującym po rzece Missisipi, aż wreszcie puścili się w dalszą drogę przez puszczę, sami, małą łódką, nie obawiając się wcale niebezpieczeństw i przygód, z którymi dobrze byli obeznani.

Pozostawało im jeszcze ze dwa tysiące mil do przebycia; była to podróż długa i uciążliwa, ale oni już nieraz odbywali dalekie wędrówki, znali niezmierzona równiny środkowej Ameryki, lasy jej dziewicze, pragnęli więc poznać z kolei rozległą krainę rzek i jezior, krainę gór śniegiem ubielonych, gdzie w miejscu palm rosną wyniosłe jodły i cedry, a w miejscu małp i drapieżnych kotów, hasają stada żubrów i uganiają jelenie.

I cóż, młody czytelniku, czy będziemy im towarzyszyli? O, bez wątpienia. Czekają nas w tej podróży niezwykłe przygody i widoki wspaniałe roztoczą się przed oczyma naszymi. To nam wynagrodzi trudy i niebezpieczeństwa, na które się narażamy. Ale nie myślmy o trudach. Róże nie wyrastają bez cierni, a bez znużenia nie ma odpoczynku. Nie zważajmy na niebezpieczeństwa; gdyby nam nic nigdy nie groziło, nie moglibyśmy spokoju ocenić. Bez doświadczenia nie ma mądrości. Pójdź zatem, młody przyjacielu, pójdź śmiało za mną, puszcza północna wabi nas dzikim swym urokiem.

Ale nim się w drogę puścimy, zapoznajmy się z jednym jeszcze towarzyszem. Wszak powiedzieliśmy na początku, że w łódce siedziało czterech młodzieńców. Któż jest ten czwarty? Musi być w jednym wieku z Maurycym, jest tegoż samego wzrostu, ma włosy jasne, nie tak miękkie, złociste, jak u Lucjana, ale kędzierzawe, zburzone w nieładzie nad czołem. Cera jego ogorzała świadczy, że spędza życie na otwartym powietrzu, nie lękając się ani wichrów, ani upału, oczy ma szafirowe, a brwi i rzęsy czarne, co dziwnie wygląda przy jasnych włosach. Chłopak odziedziczył po ojcu jasne włosy, a brwi czarne po matce i wcale mu z tym do twarzy. Jest on równie przystojny, jak trzej inni, których opisaliśmy wyżej, ale tamci mają wyraz bardziej inteligentny, znać z pierwszego wejrzenia, że staranniejsze odebrali wychowanie, bo wyższy umysłowy rozwój nawet na twarzy wyciska piętno wybitne. Ale w oczach chłopaka maluje się wrodzona roztropność, szczerość i szlachetność uczuć.

Nie darmo też rysy jego przedstawiają pewne rodzinne podobieństwo z trzema towarzyszami, jest to bowiem brat ich cioteczny, jedyny syn tego wuja, do którego teraz jechali. On to właśnie przywiózł im list od swojego ojca i miał być przewodnikiem ich w podróży. Ubiór jego mało się różni od ubioru towarzyszy, ale ponieważ ma pełnić obowiązki sternika, a tym samem łatwiej może oziębnąć, więc ma jeszcze zwierzchnie okrycie z białej wełnianej tkaniny, z kapturem, spuszczonym teraz na plecy.

Ale jest jeszcze jeden podróżny w łódce; z tym także warto zabrać bliższą znajomość, jakkolwiek jest on tylko czworonożnym zwierzęciem i skromne miejsce zajmuje, skulony na dwie łódki na skórze bawolej. Jest to wielki pies kasztanowaty, z rodzaju ogarów; z daleka można by go wziąć za kuguara. Poczciwe zwierzę wychowało się razem z trzema braćmi, a ojciec ich, stary wojak napoleoński, nadał mu imię Marengo.

Łódka wyładowana jest najrozmaitszymi podróżnymi przyborami. Są tam ciepłe kołdry wełniane, mały namiocik płócienny składany, parę worków z żywnością, niewielki kociołek, motyka i siekierka, sieć na ryby i wiele innych przedmiotów. Pomimo takiego ładunku, małe czółenko lekko unosi się na falach i szybko płynie z prądem rzeki.

1Obuwie przez krajowców amerykańskich używane.


ROZDZIAŁ III

Łabędź i orzeł bosy

Była to pora wiosenna. Śnieg stopniał zupełnie na wzgórzach, a lód na strumieniach; stąd znacznie przybyło wody we wszystkich rzekach. Młodzi nasi żeglarze prawie nie potrzebowali robić wiosłami, gdyż woda wezbrana sama unosiła czółenko; wiosła służyły im tylko do kierowania małym statkiem, który nie miał żadnego steru. Ale zręczny żeglarz umie sobie zawsze poradzić, a Maurycy, Lucjan i Franciszek byli wszyscy trzej doświadczeni w tym rzemiośle; nieraz już odbywali dalekie wycieczki na małych łódkach podobnych i wybornie nimi kierować umieli. Norman, tak się nazywał kanadyjski ich kuzynek, był jeszcze bieglejszym od nich żeglarzem, to też jednogłośnie powierzono mu dowództwo i usadowiono na przedzie łódki. Lucyna zasiadł z tyłu, trzymał w ręku ołówek i małą książeczkę, w której zapisywał swoje spostrzeżenia. Drzewa, rosnące na brzegu, okryte były liśćmi, a niektóre i kwiatem; ile razy czółenko zbliżyło się do brzegu, młody botanik bystrym rzutem oka rozpoznawał kształt liści i kwiatów i oznaczał gatunki drzew i krzewów. Roślinność jest bardzo bogata na wybrzeżach Czerwonej rzeki, rosną tu wszystkie gatunki drzew, właściwe północy; dęby, wiązy i topole pomieszane są z brzozami, wierzbami i klonami. Lucjan spostrzegł także w zaroślach rozmaite jagody leśne, maliny, porzeczki, Chróściny; uwagę jego zwróciły szczególnie piękne czerwone jagódki, rosnące na niewielkich krzakach, o liściach pierzastych. Jest to gatunek świdośliwki, noszący nazwę naukową Amelanchier ovalis. Jagody te mają smak przyjemny i wysoko są cenione zarówno przez krajowców, jak i przez Europejczyków, którzy je suszą, smażą i rozmaitymi sposobami przechowują na zimę. Nasz botanik rozpoznał także inny piękny krzew, rosnący obficie na wybrzeżu, pospolity w tej strefie roślinnej. Niezbyt wysoki, gdyż nie przechodzi ośmiu stóp, krzew ten ma gałęzie szeroko rozpostarte, korę szarawą, liście obszerne, wycinane na kształt dębowych; owoc w tej porze nie był jeszcze dojrzały, ale Lucjan znał go wyśmienicie. Gdy dojrzeje, owoc ten wygląda jak małe wisienki czerwone; podobniejszy jest jeszcze do porzeczek, które też kwaśnym smakiem przypomina. Krajowcy nazywają go Anepeminan, od nepen – lato i minari – jagoda. Koloniści europejscy przerobili to na krzew, zarówno jak owoc, znany jest powszechnie pod tą nazwą w Ameryce. Botaniczna jego nazwa jest Viburnum oxycoccus. Wiadomo, że tą samą nazwę Viburnum nosi pospolita nasza kalina, blisko spokrewniona z tą amerykańską rośliną; nie mniej podobne do niej z liści i kwiatów są ogrodowe buldeneże, ale też trzeba wiedzieć, że ta świetna ozdoba ogrodów jest po prostu odmianą leśnej kaliny, przekształconą przez hodowanie, a chociaż piękne ma kwiaty, nigdy owoców nie wydaje. Lucjan udzielał tych wszystkich ciekawych uwag swym towarzyszom, a Norman, słuchając słów jego, wydziwić się nie mógł, że uczony kuzynek, pierwszy raz będąc w tym kraju, daleko więcej od niego wiedział o drzewach i ziołach tutejszych. Maurycy przysłuchiwał się także z zajęciem opowiadaniu brata, ale Franciszek, co innego miał w głowie, mało go obchodziła botanika lub jaka bądź nauką. Siedział on po samym środku łódki z strzelbą w ręku i pilnie czatował na zwierzynę. Mnóstwo ptactwa wodnego unosiło się ponad rzeką, gdyż zwykle o tej porze, na wiosnę, stada dzikich gęsi i kaczek nadciągają od południa. Franciszek zastrzelił już tego dnia trzy gęsi, a każdą inną, gdyż w Ameryce są liczne gatunki dzikich gęsi. Zabił także i parę kaczek, ale nie dość mu było tych łatwych zdobyczy. Z daleka widział na rzece piękne ptaki, ale niepodobna było się do nich przybliżyć, bo czujne te stworzenia umykały natychmiast, jak tylko łódka podpłynęła, a młody strzelec nie miał nigdy czasu wycelować. Przez cały dzień czatował na próżno, ptaki migały mu przed oczyma, to pojedynczo, to parami, czasem nawet ukazywały się w liczniejszych gromadkach, zawsze jednak umknęły w porę. Trudności te zwiększały tylko zapał myśliwski chłopaka, i nie dziw – ten ptak upragniony to był łabędź dziki, król wodnego ptactwa.

– Słuchaj, braciszku – rzekł wreszcie Franciszek, zwracając się do Lucjana – marudzisz już z tą swoją pembiną czy kaliną. Powiedz nam lepiej coś o łabędziach. Patrz, patrz! Znów jeden odleciał! Co za prześliczne stworzenie; dałbym coś za to, żebym tak mógł palnąć do niego!

Gdy to mówił, wspaniały ptak śnieżnej białości ulatywał w oddali. Był to łabędź najpiękniejszego gatunku, zwany trębaczem (Cygnits biiccinator). Podniósł się z za rośli dzikiego ryżu (Zizania aquatica), ulubione to jego pożywienie; spostrzegł zapewne zbliżającą się łódkę, albo plusk wiosła zasłyszał, zerwał się nagle z głową podniesioną, rozwinął potężne skrzydła i przed oczyma naszych podróżnych uleciał w powietrze z tym wdziękiem, który nie ma równego sobie wśród całej skrzydlatej rzeszy. Przez chwilę unosił się nad woda, potem spuścił się na fale i zakreśliwszy szerokie półkole, płynął wspaniale z prądem rzeki, po samym jej środku.

Piękny ptak w całej okazałości widziany był z łódki, od której go niezbyt wielka przestrzeń dzieliła. Franciszek, uszczęśliwiony tym jego zuchwalstwem, sądził, że mu się uda wreszcie zbliżyć do pożądanej zdobyczy, pochwycił więc strzelbę, błagając towarzyszy, aby co prędzej wiosłowali. Maurycy wziął także dubeltówkę do ręki, a dwaj inni w milczeniu robili wiosłami; łódka przyśpieszyła biegu i pomykała, jak koń wyścigowy; jeszcze chwilka a już strzał pewny miał dosięgnąć łabędzia... Ale nie udało się naszym myśliwym. Trębacz nie dał się podejść tak łatwo, obliczył się z siłami i spokojny był o siebie. Nie widział potrzeby wysilać się przedwcześnie, a pewny był, że zawsze w porę uratuje się ucieczką. Wolał też pływać, niż latać, bo to go mniej nużyło; dopomagał mu w tym szybki prąd rzeki, postanowił więc wpław wyprzedzić swoich prześladowców.

Pokazało się wkrótce, że miał zupełną słuszność; nasi żeglarze spostrzegli ze smutkiem, że przestrzeń pomiędzy łódką a łabędziem, która zrazu zdawała się zmniejszać, teraz się szybko zwiększała. Ptak miał nad nimi ogromną przewagę: on rozporządzał potrójnymi siłami, oni podwójnymi tylko. Miał za sobą prąd rzeki – ten mieli i oni; szerokie płetwowate nogi służyły mu za wiosła, ale on posiadał jeszcze żagiel, którego im brakło. A właśnie wiatr w stronę prądu powiewał, i wielkie skrzydła łabędzia, rozwinięte ponad powierzchnią wody, siłą wiatru pędzone, pomykały z szybkością strzały. Czy sądzicie, że on nie wiedział o tej swojej przewadze, gdy z łódką stanął do wyścigu? Wyobrażacie sobie może, iż ten ptak nie umiał myśleć? A ja przekonany jestem, że w tym, co nazywamy instynktem zwierząt, musi być także i zdolność myślenia i rozumowania. Nie tylko ten wielki łabędź umiał myśleć, ale i wasza papuga i szpak, co gwiżdże w klatce, i mały kanarek, co dziobie cukier z ręki, prawdopodobnie myślą tak, jak i my wszyscy.

Niezawodnie więc łabędź nasz, spostrzegłszy zamiary podróżnych, namyślił się, zastanowił i ostatecznie uważał za rzecz najrozsądniejszą płynąć dalej swoją drogą, nie zadając sobie zbytecznego kłopotu i nie narażając się na trudy dźwigania pod obłoki ociężałej swojej postaci, ważącej co najmniej trzydzieści funtów. Wyrachowanie nie omyliło go wcale, gdyż nie upłynęło i dziesięciu minut od rozpoczęcia wyścigów, a już dzielny pływak wyprzedził łódkę znakomicie i coraz więcej się od niej oddalał. Kiedy niekiedy podnosił dziób do góry i wówczas do uszu naszych żeglarzy dolatywał szczególny, przeciągły głos jego, jakby pobudka szyderska i wyzywająca.

Byliby może zaniechali dalszej pogoni, gdy spostrzegli, że rzeka przed nimi raptem zwracała się na prawo. Tam wypłynąwszy, łabędź nie miałby już wiatru za sobą i to ich nową nadzieją natchnęło. A nuż im się uda dogonić ptaka na tym zawrocie, lub przynajmniej zmusić go do lotu! Nie spodziewali się już wprawdzie, aby się dał podejść i zastrzelić, ale to niefortunne polowanie tak ich rozdrażniło, że chcieli przynajmniej napędzić trochę strachu i kłopotu trębaczowi. Znowu więc z podwójnym zapałem pochylili się nad wiosłami i puścili się dalej za zbiegiem. Łabędź przekroczył wreszcie zakręt rzeki, łódka popłynęła za nim i młodzi żeglarze z radością spostrzegli, że ptak zwolnił nieco biegu. Zabrakło mu żagli, nie miał już wiatru za sobą. Stulił więc wielkie skrzydła, pozostawały mu tylko płetwowate nogi i prąd rzeki, który stał się także znacznie słabszy, gdyż rzeka w tym miejscu płynęła szerszym korytem wśród płaszczyzny. Teraz łódka wzięła górę nad pływakiem i wyraźnie się przybliżyła do niego.

Łabędź na próżno się wysilał, w parę minut pobity był na głowę; czuł to nieborak, wyciągnął szyję, pochylił się cały naprzód, postać jego utraciła swój wdzięk wspaniały, wreszcie podniósł dziób w górę i zakołysał się na wodzie; widocznie miał już podlecieć. Maurycy i Franciszek obaj jednocześnie podnieśli strzelby.

W tej chwili krzyk przeraźliwy przebił powietrze; było w nim coś dzikiego, drapieżnego; głos ten w końcu zdawał się zmieniać w śmiech szyderski, szalony.

Po obu stronach rzeki rozciągał się las, zarośnięty wysokimi drzewami z rodzaju topoli (Populus angustifolid). Dziwny ten krzyk ozwał się z lasu, z prawego brzegu rzeki, a jeszcze odgłos jego nie przebrzmiał w powietrzu, gdy drugi podobny odpowiedział mu z lewej strony. Dwa te głosy zupełnie były jednakowe, zdawało się, że jakieś dzikie istoty szydzą z siebie nawzajem; wrzask to był straszny, zdolny przerazić każdego, kto by go pierwszy raz usłyszał, ale nasi podróżnicy byli z nim dobrze obeznani, wiedzieli, że to krzyk wielkiego bosego orła.

I łabędź poznał go także, ale na nim ten dziki odgłos straszliwe wywarł wrażenie. Trwoga go ogarnęła i nagle zmienił zamiar; nie wzleciał w powietrze, jak to przed chwilą zamyślał, lecz szybko schylił głowę i zanurzył się w wodę.

Po raz drugi ozwał się wrzask przeraźliwy i śmiech szalony, a po chwili wielki orzeł wyleciał z gęstwiny leśnej i uderzywszy potężnymi skrzydłami zawisnął w powietrzu ponad miejscem, gdzie piękny łabędź zniknął pod wodą. Jednocześnie nadleciał z drugiej strony drugi orzeł, zapewne samica poprzedniego.

Łabędź wyjrzał z wody, lecz głowę tylko wynurzył na jej powierzchnię; orzeł znów się odezwał przeraźliwym, dzikim głosem i zwinąwszy skrzydła, z szybkością strzały spuścił się na dół. Łabędź to przewidywał i miał się na baczności; zanim orzeł go dosięgnął, on znów się zanurzył, a napastnik na próżno dotknął szponami wody, z wściekłym krzykiem odlecieć musiał w górę i począł krążyć nad rzeką, zakreślając wielkie koła nad tym samem miejscem, gdzie zdobycz znikła mu z przed oczu. Drugi przyłączył się do niego i obaj z krzykiem złowieszczym czyhali na swoje ofiarę.

Raz jeszcze łabędź wyjrzał na powierzchnię wody, ale żaden z orłów nie miał czasu go pochwycić, tak szybko skrył się znowu, łabędź nie należy do najlepszych nurków. Lecz w chwilach niebezpieczeństwa ratuje się wszelkimi sposobami. Walka ta jednak nie mogła trwać długo, biedny ptak musiał raz po raz głowę podnosić, bo mu tchu brakło i siły go opuszczały, a okrutny nieprzyjaciel czyhał wytrwale, pewny, że wcześniej czy później zapuści straszne szpony w białą szyję pływaka. Taki jest zwykle koniec podobnej zasadzki; czasem łabędź po rozpaczliwych wysileniach wzlatuje w powietrze i przyśpiesza swoje zgubę; lecz nasz trębacz inne widocznie miał zamiary. Zdało mu się, że potrafi się ukryć w wysokich trzcinach (Scirpus lacustris), rosnących wzdłuż brzegów rzeki i zmierzał w tę stronę w podwodnej swej żegludze. Głowa jego ukazywała się coraz bliżej tych zarośli, aż w końcu nie ukazała się więcej. Ptak wśliznął się w gęstwinę wodnych roślin, ukrył się cały pod wielkimi liśćmi grzybieni, na wierzch wytknąwszy tylko głowę, którą trudno było odróżnić od białych kwiatów lilii wodnych.

Orły poczęły teraz krążyć ponad sitowiem, uderzając potężnymi skrzydłami o wierzchołki trzcin i wściekłe wydając okrzyki. Bystrym swym wzrokiem nie zdołały jednak wykryć schronienia swej ofiary. Byłyby zapewne długo jeszcze pozostały na czatach, gdy przybliżyła się łódka, na którą drapieżne ptaki dotąd żadnej nie zwracały uwagi; same więc, czując się zagrożone, wzniosły się w powietrze i z wrzaskiem odleciały w stronę lasu.

– Mamy łabędzia na wieczerzę! – zawołał Franciszek, podnosząc strzelbę.

Łódka skierowała się ku zaroślom, w których łabędź zniknął przed chwilą i po kilku uderzeniach wiosła wcisnęła się pomiędzy trzciny. Ale łodygi ich były tak wysokie i rosły tak blisko przy sobie, że nasi żeglarze nic nie mogli dojrzeć w tej gęstwinie; obawiali się o łódkę, aby nie straciła równowagi, gdyż z takimi czółenkami z brzozowej kory z szczególną ostrożnością obchodzić się należy. Nie mogli także i wiosłami poruszać w gęstwinie, przystanęli więc na chwilę, zanurzeni w zielonym przestworzu. Spostrzegli, że nic nie dokażą tym sposobem i zaczęli cofać się z zarośli, a tymczasem Marengo wysłany został na poszukiwanie zwierzyny; zmyślne psisko, wietrząc i dysząc przetrząsało trzciny na wszystkie strony. Marengo nie bardzo lubił pływać, ale ułożony był wybornie do polowania i znakomicie tropił zwierzynę na lądzie i w wodzie. Można więc było liczyć na pewno, że wypłoszy łabędzia z kryjówki.

Ale nasi myśliwi trochę za wcześnie wypuścili psa; jeszcze łódka nie wydobyła się z gąszczów, gdy usłyszano najprzód głuche warczenie, potem plusk wody, wreszcie silne trzepotanie ogromnych skrzydeł i piękny ptak biały wspaniale wzleciał w powietrze. Żaden ze strzelców nie miał jeszcze czasu podnieść broni i wymierzyć, gdy łabędź już był daleko; obaj chłopcy ze wstydem spuścili lufy, nie chcąc na próżno marnować nabojów. Marengo, spełniwszy swój obowiązek, powrócił do łódki i z dobrą miną usadowił się na swoim miejscu.

Łabędź, wydobywszy się z sitowia, wzleciał prosto w górę. Ptaki te latają zwykle bardzo wysoko i nigdy nie odpoczywają na lądzie tak, jak dzikie gęsi lub kaczki, lecz zawsze spuszczają się na wodę. Nasz trębacz miał widocznie zamiar opuścić na zawsze widownię groźnych przygód, które go dnia dzisiejszego raz po raz spotykały: może postanowił dostać się aż na jezioro Winnipeg.

Wzniósłszy się dostatecznie w górę, poleciał dalej, trzymając się kierunku rzeki. Unosił się szybko w przestrzeni, z szyją wyciągniętą, wydając kiedy niekiedy szczególny swój krzyk. Czuł on zapewne to zadowolenie wewnętrzne, którego doznaje każda żyjąca istota, po uniknięciu wielkiego niebezpieczeństwa i sądził, że mu już nic więcej nie grozi. Ale jakże się zawiódł! Trzeba mu było biedakowi wzlecieć jeszcze wyżej i powstrzymywać okrzyki tryumfu. Niestety! Usłyszał je zawzięty nieprzyjaciel i odpowiedział niezwłocznie, gdyż z dwóch stron naraz ozwały się wściekłe i szydercze wrzaski orłów bosych. W tejże samej chwili oba wyleciały z ukrycia; była to taż sama para, która już przedtem czyhała na życie łabędzia. Orły nie wzniosły się prosto w górę tak, jak piękny ptak wodny, lecz w zygzakowatych zakrętach podlatywały, spotykając się i rozłączając raz po raz; chciały wyprzedzić łabędzia i zagrodzić mu drogę, ale on spostrzegł straszne niebezpieczeństwo i zamiast lecieć naprzód, zaczął się wznosić wyżej, wyciągając szyję do góry. Nie łatwo mu jednak przychodziło dźwignąć tak wysoko trzydziestofuntowy ciężar: ptak był znakomicie wypasiony. Tymczasem samica orła, odznaczająca się od samca dłuższymi skrzydłami, miała zaledwie siedem funtów wagi, cóż więc dziwnego, że daleko zwinniej puściła się za nim w pogoń. Łatwo odgadnąć zakończenie tej nierównej walki. Nim łabędź zdołał się wznieść wyżej, orlica krążyła już około niego, opasując go coraz ciaśniejszym kołem. Łabędź stracił głowę, zaczął się spuszczać w dół, to znów w górę podlatywał, a krzyk jego odzywał się coraz żałośniej. Lecz daremne to były wysilenia. Orlica z wrzaskiem przeraźliwym tuż przy nim trzepotała skrzydłami, w końcu rzuciła się gwałtownie i ostre szpony zagłębiła w śnieżnym skrzydle swej ofiary. Rozdarte skrzydło opadło, wspaniały ptak zachwiał się w powietrzu i szybko wt dół się spuszczał. Ale drapieżne orły wcale sobie nie życzyły, ażeby raniony łabędź spadł w wodę, bo musiałyby go stamtąd z trudnością wyciągać; skoro więc samiec, który dotąd trzymał się na uboczu, spostrzegł, że towarzyszka jego zraniła łabędzia, podleciał natychmiast, rozłożył skrzydła i utrzymywał się prawie nieruchomo w powietrzu, znacznie niżej, czatując na spadającą zdobycz. Wszystko to stało się w mgnieniu oka, biały ptak spadał szybko, orzeł pochwycił go w przelocie potężnymi szponami i pchnął gwałtownie w bok. Prawie w tej samej chwili dał się słyszeć głuchy chrzęst łamiących się gałązek; konający łabędź spadł pomiędzy krzaki nadbrzeżne, a dwa orły spuściły się w ślad za nim i ukryły się w krzakach wraz ze swą zdobyczą.

Łódka skierowała się do brzegu; Franciszek wraz z Maurycym wysiadł na ląd, Marengo poskoczył za nimi. Ujrzeli wkrótce łabędzia rozciągniętego na ziemi. Pierś jego była rozdarta, krew z niej płynęła strumieniem i broczyła śnieżne pióra pięknego ptaka. Orły, przestraszone widokiem dwóch młodzieńców, a bardziej jeszcze szczekaniem ogara, rozwinęły skrzydła i umknęły szybko; strzelcy znowu spóźnili się ze swoimi strzałami.

Była to właśnie pora podwieczorku, rozpalono ognisko na brzegu i ze zwierzyny, wydartej drapieżnym ptakom przyrządzono wyborne pieczyste. A podczas gdy płomień skwierczał wesoło i przyjemny zapach rozchodził się od ogniska, młody przyrodnik, na zadanie towarzyszy, rozpoczął opowiadanie o łabędziach amerykańskich.