Minione życie - Wojciech Baran - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 597 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Minione życie - Wojciech Baran

Pewnej burzliwej nocy do Piotra Wolskiego przybywa młoda Rosjanka – Nadia Prokotov. Mężczyzna zaskoczony porą niecodziennej wizyty każe jej się wynosić. Jednak słowa, które słyszy przez zamknięte drzwi sprawiają, że zaczyna on rozumieć, jak wiele ich łączy. Stare niedokończone rzeczy, o których Piotr wolałby zapomnieć, powracają za sprawą najbliższej mu osoby – jego syna.

Następne kilkanaście minut rozmowy determinują dalsze życie Piotra.

 

Piotr z Nadią usiedli, staruszka zaś zajęła miejsce naprzeciwko nich, odkładając palącą się latarnię na stół.

– Sama pani tu mieszka? – spytał Piotr, rozglądając się po kuchni.

– Tak – odparła rzeczowo kobieta. – Dwóch moich synów aresztowano jeszcze w pięćdziesiątym drugim roku. Mąż zaś tydzień temu zaginął bez śladu.

– Jak to zaginął? – spytała poważnie Nadia.

Kobieta spojrzała na nią swoimi szarymi oczami, z których emanowała jakaś dziwna pustka. Następnie popatrzyła w okno i szepnęła złowrogo:

– Te moczary. Około dwóch tygodni temu zaczęła się seria tajemniczych wypadków. Ludzie zaczęli ginąć bez śladu. Domy znajdujące się na obrzeżach miasta znajdowano nad ranem zdewastowane, a mieszkające w nich rodziny... – Rozłożyła ręce i z bezsilnym uśmiechem dodała: – ...jak kamień w wodę.

– Gdzie znajdują się te domy? – spytał poważnie Piotr.

– Wszędzie wokoło Stołeczna. Dwa z nich stoją sto metrów od nas. – Wskazała ręką dalszą część drogi biegnącej za oknem.

– A co się stało z resztą ludności? – spytała Nadia.

– Wszyscy tutaj znali przecież legendę północnych ziem – odparła z tajemniczym uśmiechem staruszka. – Pouciekali...

Opinie o ebooku Minione życie - Wojciech Baran

Fragment ebooka Minione życie - Wojciech Baran





Strona redakcyjna


Prolog

Szept z przeszłości

Piotr od wielu lat unikał przepychu życia nocnego, jaki potrafiła ofiarować Warszawa swoim mieszkańcom. Był jedną z wielu osób, które nosiły blizny po przeszłych przeżyciach, blizny na tyle głębokie, że nawet czas nie bardzo potrafił sobie z nimi poradzić. To dlatego Piotr uciekał w apatię i strach, lecz przede wszystkim w samotność.

Tego wieczoru siedział obojętnie w wygodnym skórzanym fotelu, który stał na środku salonu, naprzeciw kominka. Zmęczone spojrzenie Piotra utknęło w spokojnym płomieniu, który zdawał się hipnotyzować go swoim ciepłem i migoczącymi barwami. Mężczyzna nie myślał o niczym. Dzień, który przeminął, znów był pusty i nic nieznaczący, jak setki czy już może tysiące jego poprzedników. Za oknem deszcz grubymi kroplami dudnił w parapet. Dźwięk ten co jakiś czas milkł, jakby w pokorze wobec narastających podmuchów wiatru. Lecz cała ta złowroga symfonia miała w sobie o wiele subtelniejsze przesłanie i Piotr je wyczuwał. To dlatego dzisiejszego popołudnia coś kazało mu opuścić gabinet wcześniej niż zwykle, pomimo natłoku spraw. Ten sam szept nakazał mu usiąść spokojnie w domu i po prostu czekać. Tego wieczoru ktoś przybył do miasta, a wraz z nim cała ta szalejąca na zewnątrz nawałnica.

Dziesięć minut po jedenastej rozległo się pukanie do drzwi. Pukanie to wyrwało Piotra ze stanu drzemki. Dźwięk był na tyle donośny, że mężczyzna upuścił kieliszek z niedopitym koniakiem na dywan...

– Cholera – wycedził przez zęby.

Wstał i stanowczym krokiem podszedł do biurka. Otworzył górną szufladkę, z której wyjął swój rewolwer. Delikatnie odciągnął kurek w broni, który ze szczękiem znalazł się w pozycji gotowej do strzału. Praca, którą wykonywał Piotr, nie należała do bezpiecznych. Znał wielu ludzi z branży, których chwilowy brak ostrożności kosztował dosłownie wszystko.

Podszedł do drzwi wejściowych i stanowczym głosem spytał:

– Kto tam?

Ledwie usłyszał kobiecy głos zza drzwi:

– Nazywam się Nadia Prokotow. Czy możemy porozmawiać?

Piotr przymrużył oczy w zastanowieniu, po czym odparł:

– Nie uważa pani, że to dość niestosowna pora na wizytę?

– Zdaję sobie z tego sprawę, jednak jestem już drugi dzień w podróży... Powiedziano mi, że może mi pan pomóc w pewnej kwestii...

– W jakiej kwestii?

Dyskutowali wciąż przez zamknięte drzwi.

– W kwestii Stołeczna – odparła dziewczyna.

Piotr w jednej chwili zbladł, jego duże oczy spojrzały z przerażeniem na ścianę. Jednak wzrok ten w istocie biegł o wiele dalej, biegł prosto w przeszłość, biegł w coś, o czym Piotr wolałby zapomnieć. Dawne wspomnienia odnalazły go znów, niczym upiory powoli osaczając jego głowę. Wiedział, że coś, co pochował cztery lata temu, zaczyna rościć sobie prawa do życia. Ten ledwie słyszalny stukot spod ziemi znów chciał wyjść i zaczerpnąć powietrza... powietrza żywych.

– Czy jest pan tam jeszcze?

Piotr ocknął się w jednej chwili i otworzył drzwi. Jego oczom ukazała się młodziutka dziewczyna o bardzo drobnej budowie i wyjątkowo jasnej cerze. Jej szmaragdowo--zielone oczy były jakby lekko nieobecne, emanowały jakąś dziwną pustką.

Piotr przerwał chwilową ciszę.

– Teraz ja zadam pani pytanie. – Popatrzył jej prosto w oczy i z wyjątkowym spokojem i powagą dodał: – Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, w co pani brnie?

– Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że tak, ale teraz wiem, że nikt nie doszedł tam, gdzie pan... nikt z żywych. – W jednej chwili łzy napłynęły jej do oczu. Łamiącym się już głosem ledwie wykrztusiła: – Tu chodzi o Marcina, on odnalazł pańskie notatki!

– Że co? – Otworzył szeroko usta, ale przez chwilę nie potrafił nic powiedzieć. Potem dodał: – Proszę wejść!

Oboje znaleźli się w przedpokoju. Piotr wskazał Nadii sofę w salonie, po czym odparł:

– Proszę spocząć, zaraz do pani przyjdę.

Kiwnął głową i szybkim krokiem poszedł do pokoju obok, w którym trzymał wszystkie swoje archiwa prowadzonych spraw. Podszedł do szafki, której nie ruszał przez wiele lat, i spojrzał na nią jakby z obawą. W tej samej chwili wiatr za oknem się nasilił. Wibrujący dźwięk przeciągu, brzmiący jak chór duchów, był teraz wyraźnie słyszalny w całym mieszkaniu. Piotr włożył kluczyk do drzwi i przekręcił go z lekkim zgrzytem. Nieoliwione już dłuższy czas zawiasy zaskrzypiały. Piotr popatrzył z przerażeniem i niedowierzaniem.

– Jasna cholera...

Szafka była pusta. Mężczyzna usiadł na podłodze i złapał się za głowę. W tym samym momencie Nadia weszła do pokoju.

– Nie znalazł pan, prawda?

– Nie znalazłem czego? – Podniósł głowę i spojrzał na dziewczynę.

– Archiwów. Wiem, że ich tam nie ma. – Spojrzała w okno, po czym ciągnęła spokojnie: – Osiem miesięcy temu byliśmy z pańskim synem w Warszawie. Tego dnia wiele o panu opowiadał.

Piotr spojrzał na nią z miną pełną żalu oraz skruchy, a ona kontynuowała:

– Najbardziej zaintrygowało mnie to, co mówił na temat pańskiego śledztwa w osadzie górniczej w Stołecznie. On wiedział, że papiery dotyczące sprawy trzyma pan nadal w swoim mieszkaniu, i – co było dla nas najważniejsze – miał również klucze. Wiedziałam wtedy, że Marcin nie powiedział mi wszystkiego na temat waszych stosunków. Nie wnikałam w to, dlaczego nie chce się z panem spotkać i po co te całe podchody. Wolałam sobie wmówić, że wasze spotkanie mogłoby nasunąć kilka podejrzeń, a plan był prosty: poczekać, aż wyjdzie pan do pracy, następnie wejść do mieszkania i zabrać papiery, które kryły tajemnicę syberyjskiego złota oraz zaginięć żyjących tam ludzi...

– Czy tylko po to przyjechaliście do stolicy? – przerwał nagle dziewczynie.

– Tak – wyszeptała i opuściła głowę w akcie skruchy.

– Ale jak? To znaczy skąd to nagłe zainteresowanie sprawą i tą przeklętą kopalnią, którą zamknięto wiele lat temu? Czy potrafi mi to pani wytłumaczyć!? – podniósł lekko głos, następnie rozłożył ręce i spojrzał na dziewczynę, czekając na odpowiedź.

Nadia milczała chwilkę, po czym bardzo cichuteńko odparła:

– Michaił, nasz kolega z uniwersytetu z działu geodezji, natknął się w bibliotece moskiewskiej na notatki dotyczące ziem wokół Stołeczna. Według tych zapisków tamtejsze okolice, a zwłaszcza strumienie, po prostu kipią od złota. Z dalszej części notatek wynikało, że rząd sowiecki wyraźnie zainteresował się wydobyciem kruszcu z tamtejszych rejonów. Sprawę oczywiście nagłośniono w gazetach, lecz później z niewiadomych przyczyn wszystko umilkło. Kopalnię odkrywkową zamknięto, a więźniów politycznych deportowano stamtąd do obozów na południu. Trop się urwał, ale tylko na kilka tygodni. – Nadia zamyśliła się, po czym westchnęła z lekkim uśmiechem i wyszeptała jakby do siebie: – Kilka tygodni... Otóż po tym czasie na prywatce u kolegi Marcin poznał Michaiła. Jakby to wszystko było pisane. Tam oboje wypili sporą ilość wódki. Michaił mówił Marcinowi o tym, jak zdobędzie to bogactwo i ucieknie ze Związku Radzieckiego do Ameryki, wymienił parę razy nazwę „Stołeczno” i wspomniał o notatkach, na które natknął się w bibliotece. Marcin na początku bardzo sceptycznie podszedł do całej sprawy i nie odezwał się słowem. Bał się, że Michaił może pracować dla policji politycznej. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mówi tak otwarcie o chęci wyjazdu na Zachód, nawet wśród przyjaciół i nawet po alkoholu. Lecz cała sprawa nie dawała Marcinowi spokoju i po kilku dniach odezwał się do Michaiła. Obu chłopców połączyła pasja, która miała doprowadzić do ich zguby. – Nadia skrzyżowała ramiona na piersiach, po czym zaczęła chodzić po pokoju i zbierać wszystkie fakty w jedną całość. – Po niedługim czasie, bo po paru dniach, do chłopców dołączyłam ja i dziewczyna Michaiła, młoda Ukrainka o imieniu Natasza. Wiedzieliśmy, że dokładna lokalizacja oraz prawdziwy przebieg wydarzeń są zapisane w notatkach ojca Marcina... w pańskich notatkach. – Nadia popatrzyła na Piotra poważnie, po czym opuściła wzrok. – Wtedy to właśnie oboje podjęliśmy decyzję o wyjeździe do Warszawy, a kilka dni później wszystkie notatki były już w naszych rękach...

– Chryste Panie... – przerwał Nadii stanowczo Piotr. – Przecież wyraźnie jest w nich napisane, dlaczego zamknięto kopalnie i dlaczego z moim kolegą z Warszawy opuściliśmy to miejsce... To nas omal nie zabiło... – Popatrzył dziewczynie w oczy z grymasem.

– Północne ruiny... – odparła Nadia, wciąż patrząc w pustą szafkę biurka – ...jak to miejscowi panu opisali. To nas jeszcze bardziej zaintrygowało, pragnęliśmy zobaczyć to miejsce, pragnęliśmy stanąć twarzą w twarz z przebudzonymi upiorami.

– Dlaczego Marcin dzisiaj z panią nie przyjechał? – zmienił tok rozmowy. – Mógł odsunąć nasze kłótnie na bok i skonsultować się ze mną...

– Boże, pan o niczym nie ma pojęcia, prawda?

– Widocznie nie – odparł powoli.

– Kiedy pan ostatnio rozmawiał ze swoją żoną?

– Ostatni raz rozmawiałem... – Opuścił głowę. – ...czy może powinienem rzec: kłóciłem się z nią w dniu wyjazdu z Moskwy... jakieś osiem lat temu – dodał po dłuższej przerwie.

– W takim razie ona o niczym panu nie wspomniała. – Nadia rozwarła delikatnie usta, a jej zielone oczy zaczęły nerwowo błądzić po pokoju. Była wyraźnie zakłopotana. – Marcin razem z pozostałą dwójką studentów około trzech miesięcy temu zorganizował wyprawę na te przeklęte ziemie. Od tamtej pory nikt nie ma z nimi żadnego kontaktu.

Piotr przymknął oczy. Chciał, aby cała rozmowa rozpłynęła się w spokojnych przestworzach percepcji, chciał, aby wszystko okazało się tylko złym snem, aby jego błędy nie skrzywdziły tym razem nikogo... Nie tym razem... nie jego syna.

– Proszę mi wybaczyć – przerwała ciszę Nadia – ale nie wiedziałam, do kogo innego mogę się udać. Pański przyjaciel kazał mi się wynosić, gdy tylko usłyszał samą nazwę Stołeczno...

– Czy ma pani gdzie się zatrzymać na noc? – znów uciekł od tematu Piotr.

– Tak... Przed wyjazdem nadałam depeszę do mojego stryja, który mieszka w swojej posesji za miastem...

– Proszę mi wybaczyć, ale... chciałbym zostać sam... muszę ochłonąć i wszystko przemyśleć. Widzi pani, to, co zostawiamy za sobą, a czego nie kończymy, te wszystkie wielkie, a niekiedy też błahe sprawy zawsze do nas powracają w taki czy inny sposób... ale powracają. To jest tak, jakby każde nasze słowo i każdy gest niosły ten subtelny, ale i niewyobrażalny ładunek, który z niesłychaną łatwością i wirtuozerią komponuje naszą przyszłość. – Westchnął głęboko i spojrzał w okno.

Nadia patrzyła z rosnącym niesmakiem w podłogę. Tak wiele chciała jeszcze powiedzieć, lecz nie mogła. Pomimo młodego wieku zdawała sobie doskonale sprawę z tego, o czym mówił Piotr. Ból i wyrzuty sumienia targały nią już od wielu miesięcy, ale tylko ona jedna wiedziała dlaczego. Nie była z Piotrem do końca szczera, lecz potężne uczucie było tutaj niepokonanym strażnikiem tajemnicy.

– Nadio, co łączyło ciebie i Marcina? – spytał jeszcze na koniec.

– Był moim narzeczonym – odparła łamiącym się głosem.

Słowa te uderzyły Piotra niczym grom, przez chwilę nie docierało do niego to, co usłyszał. Jednego wieczoru ujrzał, jak wiele chwil z życia najbliższych na świecie mu osób umknęło mu bezpowrotnie. Świat tymczasem mknął do przodu, nie czekając na niego i na jego chęci naprawy tego, co zepsuł osiem lat temu. On nigdy na nic nie czekał...

– Pójdę już – wyszeptała delikatnie. – Na stole w dużym pokoju zostawiłam swój numer telefonu.

Piotr tylko kiwnął głową i odprowadził dziewczynę do drzwi.

Koniec prologu


Chęć powrotu...

Po wyjściu Nadii dom znów wydał się pusty i mroczny. Piotr stał chwilę przy drzwiach, wsłuchując się w milknące echo jej kroków. Z krótkiego stanu otępienia wyrwał go wibrujący dźwięk zegara bijącego w dużym pokoju. Była już druga nad ranem, czas w dziwny sposób zwalniał swój naturalny bieg. Piotr wszedł ponownie do salonu i dorzucił belkę drewna do tlącego się leniwie ognia w kominku. Martwa czerwono-pomarańczowa poświata w pokoju przybrała żółtawą, migoczącą barwę, a skrystalizowane zazwyczaj cienie zaczęły tańczyć po pokoju niczym małe rozbawione diabliki. Trzeszczący i migoczący płomień rzucał na pokój ciepłą paletę barw, która wręcz w baśniowy sposób komponowała się ze starymi dębowymi meblami. Za oknem tymczasem deszcz powoli zwalniał swój impet. Krople, już nie tak wielkie, uderzały w parapet ze specyficznym blaszanym dźwiękiem. Wydawało się, że najgorsze już minęło, że zmęczona pogoda powolutku tuli się do snu i, tak jak całe miasto, w swym naturalnym rytmie wchodzi w ciszę i mrok. Cała ta atmosfera ciepła i chłodu oraz mroku i światła w swym niezdecydowaniu pytała: co dalej?

Ale to nieme pytanie padło w momencie, gdy odpowiedź już istniała. Piotr wiedział, co musi zrobić. Wiedział to już od dawna, albowiem życie dobitnie pokazywało mu dzień po dniu, że ścieżka, która została mu narzucona, była w istocie pozbawiona głębszego sensu.

Zegar wskazywał już wpół do trzeciej nad ranem, gdy Piotr udał się na spoczynek do pokoju obok. Nie ścielił nawet łóżka, okrył się narzutą i zasnął niemal natychmiast. Potrzebował wytchnienia od swojej świadomości i wszelkich problemów dnia. Lecz tej nocy Nadia raz jeszcze złożyła mu wizytę. Ujrzał we śnie starą spaloną cerkiew, wokół której znajdował się zwęglony las. Czarne i poskręcane konary martwych już drzew wyglądały niezwykle wyraziście na tle stalowoszarego nieba. Chmury skrywały cały widnokrąg niczym stary płócienny całun. Wisiały jak niemy świadek, rzucając ołowianą poświatę na kamienną świątynię i pobliski cmentarzyk. Piotr wyraźnie słyszał kobiecy szloch rozchodzący się echem w budynku. Bez namysłu podszedł do strzelistego portalu w kształcie zaostrzonego łuku. Drewniana brama miała na sobie ślady sadzy i paznokci, nie było to jednak dzieło ludzkich rąk...

Piotr powoli pchnął wrota, które zaskrzypiały, i niepewnie wszedł do wnętrza cerkwi, gdzie panowały półmrok i chłód. Wyraźnie wyczuwał tu smród gnijącego mięsa. Świątynia, w której się znalazł, miała kształt krzyża, w środku którego znajdowały się trzy ołtarze. Jeden z nich był usytuowany na samym końcu, dwa pozostałe zaś znajdowały się na ramionach krzyża. Przy głównym ołtarzu stał zakapturzony mnich, który trzymał w dłoni stary manuskrypt. Za plecami mnicha paliły się czerwone świece. Wszędzie wokoło unosiła się woń parafiny oraz ten specyficzny fetor. Płacz kobiecy wydawał się przenikać całe wnętrze, lecz Piotr nie był w stanie zlokalizować jego źródła. Niepewnie krocząc do przodu, zbliżył się do zakapturzonego mężczyzny, który bez słowa podniósł ramię i wskazał mu lewy ołtarz. W srebrzystym półmroku Piotr ledwie był w stanie dostrzec klęczącą pod ołtarzem kobietę, która kogoś trzymała w swych ramionach. To jej szloch przez ten cały czas roznosił się echem. Piotr ruszył w ich kierunku. W tym momencie przez wybite okna do środka zaczęło wpadać blade światło księżyca, które przybierało kształt podłużnych snopów. Jeden z tych widmowych słupów spoczął na dwóch osobach znajdujących się pod ołtarzem i wtedy dopiero Piotr ujrzał, że klęczącą istotą była Nadia.

Kobieta miała na sobie czarną suknię, która ścieliła się na kamiennej posadzce niczym rozgniewany ocean. Jedno z ramiączek było delikatnie zsunięte ze smukłego, bladego ramienia. Na udach Nadii leżały zmasakrowane zwłoki mężczyzny, które przyciskała do serca. Jedną dłonią podtrzymywała jego bezwładną już głowę tak, aby tulić swój załzawiony policzek do jego twarzy. Piotr początkowo nie był w stanie rozpoznać oblicza nieżyjącego, gdyż kruczoczarne włosy Nadii, układając się jak strużki atramentu, spływały na twarze obojga młodych. Nagle dziewczyna jakby drgnęła, wyczuła, że ktoś im się przygląda. Powoli podniosła głowę i popatrzyła błyszczącymi w mroku oczami na Piotra. Mężczyzna znów poczuł na sobie to kocie szmaragdowe spojrzenie, lecz tym razem oczy te były jak najbardziej obecne. Nie było już w nich śladu pustki, były przepełnione smutkiem i cierpieniem.

– Lecz i co gorsza doświadczy... – wyszeptała z płaczem do Piotra i skierowała swój wzrok na nieżyjącego mężczyznę.

Wtedy to Piotr zorientował się, że na kolanach dziewczyny nie leży Marcin, lecz ktoś zupełnie mu obcy. Zdumiony odwrócił się w stronę głównego ołtarza, przy którym jeszcze chwilę temu stała zakapturzona postać. Teraz nie było tam już niczego prócz palących się świec. Ich żółte światło było zbyt słabe, by oświetlić całe wnętrze, i szybko ginęło w chłodnym i nieprzystępnym mroku.

Piotr opuścił głowę i skierował się ku głównemu portalowi, aby wyjść na zewnątrz. Kroki oraz oddalający się za jego plecami szloch roznosiły się echem po strzelistym, ponurym wnętrzu. Zaraz nad główną bramą mężczyzna zobaczył malutkie twarze demonów wyrzeźbione w kamieniu. Były żywe i uśmiechały się do niego z dziwną demoniczną kokieterią. Starał się unikać ich spojrzeń, lecz nie potrafił. Najbardziej niepokoiło go ich milczenie oraz uśmiech, który mógł zwiastować jakiś fortel, lecz gdy tylko dotknął jednej z kołatek głównej bramy, twarze zamarły w kamiennym milczeniu, a on znalazł się na zewnątrz.

Na dworze znów panował dzień. Piotr rozejrzał się wokoło. Jego wzrok przykuła łopata wbita w ziemię przy jednym ze świeżych grobów. Podszedł do kamiennej tablicy, na której odczytał napis: „Tato, ja żyję... Pomóż!!!”. Widząc te słowa, instynktownie chwycił łopatę i zabrał się za kopanie. Najpierw odgarniał warstwy srebrzystego popiołu wzbijającego się w powietrze i utrudniającego oddychanie. Powoli zaczynał słyszeć stłumione przez ziemię uderzenia w drewniane wieko trumny. Im głębiej kopał, tym uderzenia stawały się wyraźniejsze.

– Tato, pomóż, oni pochowali mnie za życia. – Usłyszał przytłumiony głos Marcina wydobywający się głęboko spod ziemi. – Nie zostawiaj mnie, proszę!!! – Słowa młodzieńca przerodziły się w panikę. – Proszę!

W tym momencie Piotr przerwał kopanie, gdyż wyczuł kogoś nad swoją głową. Popatrzył w górę i ujrzał kilku mężczyzn ubranych w czarne szynele oraz kapelusze. Jeden z nich wyjął pistolet z kieszeni i wycedził przez zęby:

– Ty głupi skurwielu!

Wymierzył w czoło Piotra i pociągnął za spust. Lufa wypluła kulę z ogłuszającym hukiem i jasnym błyskiem. W tym samym momencie Piotr zerwał się z kanapy w swojej sypialni. Oddychał ciężko i powoli; czuł się tak, jak gdyby przebudzenie uratowało mu życie. Siedział teraz na krańcu łóżka z opuszczoną głową. Usta miał szeroko otwarte. Wydawało się, że delikatnie szczerzy zęby. Z każdym oddechem starał się zaczerpnąć więcej powietrza i uspokoić pobudzone adrenaliną serce.

Po dłuższej chwili podszedł do telefonu, aby zadzwonić do swojego starego wspólnika, z którym prowadził sprawę w Stołecznie. Kolejny telefon w przeszłość, kolejna wiadomość do ludzi, którzy za życia umarli. Podniósł słuchawkę i wykręcił numer.

– Marcin żyje. – Przed całą rozmową szepnął do siebie w skupieniu. Zaraz potem usłyszał znajomy głos w słuchawce.

– Tak, słucham.

– Witaj, Waldku, Piotrek z tej strony – odparł spokojnie.

– Pio... Piotrek? Chryste Panie, kopę lat! Co słychać u ciebie? – Waldek był wyraźnie podekscytowany.

– Jeszcze wczoraj mógłbym powiedzieć, że stara bieda, lecz po ostatniej nocy powiem... nowa bieda... Waldku, jest coś, o czym muszę z tobą porozmawiać. – Piotr spoważniał.

– Stołeczno?

– Nie inaczej.

– Cholera, oboje czuliśmy, że wcześniej czy później to do nas wróci. Nie lubię mieć racji. Odwiedziła cię ta Rosjanka, prawda? – spytał zaniepokojony Waldek.

– Owszem, wczoraj w nocy. Dlatego właśnie chcę się z tobą spotkać i porozmawiać.

– Lepiej, żeby Anna o tym nie słyszała. Lepiej, żeby...

– ...spotkać się gdzieś na mieście? – wtrącił Piotr.

– Dokładnie.

– Słuchaj, Waldku, mógłbyś przyjechać do mnie do biura?

– Jak najbardziej.

– Którą teraz mamy?

– Jedenasta dochodzi.

– Zajrzyj do mnie koło czternastej. Dobrze? – spytał Piotr.

– W porządku.

– W takim razie do zobaczenia.

– No, trzymaj się! – Umilkł na chwilkę, po czym szybko dodał: – Piotrku?!

– Tak?

– Miło, że się odezwałeś – powiedział ciepło Waldek.

– Mnie również miło było cię usłyszeć, przyjacielu – dodał na zakończenie Piotr i odłożył słuchawkę.

Nadia

Nadia wyszła z kamienicy, w której mieszkał Piotr, zaraz po skończonej rozmowie. Powietrze na zewnątrz było nadzwyczaj wyraźne i chłodne. Bruk starej ulicy, przy której znajdował się dom mężczyzny, błyszczał w smutnym rtęciowym świetle pobliskich latarni. Wszystko wokół milczało, słychać było jedynie dźwięk kropel spadających leniwie z nieba. Nadia rozejrzała się jeszcze błyszczącymi w mroku oczami po dwóch szeregach kamienic, które stały wzdłuż ulicy niczym milczące szare kolosy. Zatrzymała się na chwilę, aby przyjrzeć się ich ciemnym oknom, które bardziej przypominały wpatrzone w nią źrenice... martwe i smutne. Przez chwilę nie potrafiła się ruszyć z miejsca. Cała ta sytuacja już wiele miesięcy temu wymknęła się spod kontroli i ona dobrze o tym wiedziała, lecz wtedy nie musiała okłamywać niewinnych osób, narażając przy tym ich życie.

Ze stanu letargu wyrwało ją dźwięczące echo rozbitej gdzieś koło kosza butelki i sylwetka mknącego w ciemność kota. Dziewczyna ruszyła szybkim krokiem w stronę skrzyżowania, na którym stało czarne auto z już włączonym silnikiem. Wsiadła bez wahania na tylne siedzenie. Zaraz potem zapaliły się przednie lampy i samochód ruszył do przodu, mijając z lewej strony ulicę, przy której znajdował się dom Piotra.

– Coś tak stała jak zaczarowana? – odezwał się mężczyzna siedzący obok kierowcy, nie odwracając nawet głowy w kierunku Nadii. – Zadałem ci pytanie. Co, zapomniałaś, jak się mówi po polsku?

– Łukasz, jedźmy... proszę – odparła cicho Nadia.

Mężczyzna nienawidził jej i dawał jej to wyraźnie do zrozumienia od momentu, w którym zostali sobie przedstawieni.

Cała trójka szybko opuściła miasto, jadąc główną drogą prowadzącą na północ od stolicy. Samochód swoimi lampami wnikał w mrok nocy niczym malutka łupinka. Było to jedyne auto, które mknęło po wilgotnej jeszcze od deszczu szosie. Niebo nad nimi powolutku strzępiło swoje chmury, odsłaniając całe legiony chłodnych gwiazd i tarczę księżyca. Wszystko wokoło zaczynało wdzięczyć się srebrzystobiałym światłem... trupie obłoki na niebie, korony bezlistnych jeszcze drzew oraz morze wilgotnych traw po obu stronach drogi.

Powietrze było chłodne i przejrzyste niczym górski kryształ, z łatwością pozwalało dostrzec odległe malutkie chatki, których okna majaczyły pomarańczowymi światełkami. Noc czysta i wyraźna niczym diament mieniła się teraz lśniącym srebrem i granatem.

Około dwudziestu pięciu kilometrów za Warszawą skręcili w lewo i dalej jechali już nieasfaltową trasą. Po drodze minęli stary kamienny kościółek, który przed rokiem uległ pożarowi. Jego postrzępiony, ugięty dach błyszczał białym światłem, mącąc w głowie chłodnym niepokojem. Nadia patrzyła jak zahipnotyzowana w milczące witraże, które przeszywał chłodny wiatr, szepcąc w języku tylko ziemi znanym. Kościół zawsze napawał serce Nadii zimnym lękiem, a ona nie potrafiła wyjaśnić dlaczego.

W końcu auto dotarło do niewielkiej posesji ogrodzonej ceglanym murkiem. Przejechało przez bramę i zatrzymało się na żwirowym placu. Nadia wysiadła z samochodu pierwsza i nie czekając na Łukasza i szofera, skierowała się szybkim krokiem do głównego wejścia, w którym stał starszy mężczyzna.

– Jak minęła droga, Nadio? – spytał ciepło.

Ona nie mówiąc ani słowa, przeszła obok niego i zniknęła w środku. Mężczyzna spojrzał wyjątkowo poważnie na Łukasza.

– No co? – spytał Łukasz.

– Kark ci kiedyś skręcę, gówniarzu jeden. Zostaw dziewczynę w spokoju – powiedział wolno starszy mężczyzna. – Ona nie może się teraz załamać.

– Wiem...

– Wiesz – przerwał mu stanowczo – a i tak robisz swoje! – Wziął głębszy wdech, pokręcił głową, jakby brakowało mu słów, i powiedział: – Idź do środka, ja porozmawiam z Nadią.

– Tak, ojcze – odparł Łukasz i wszedł do domu.

Mężczyzna spojrzał na dwie osoby z bronią stojące przy bramie i skinął głową. W tym samym momencie brama została zamknięta. Postał jeszcze chwilę w drzwiach, napawając się chłodnym powietrzem nocy, po czym również wszedł do środka.

Miał opuszczoną głowę, gdy szedł przez długi mroczny korytarz. Podłoga zrobiona z ciemnych drewnianych bali skrzypiała rytmicznie pod jego stopami. Wszystkie figury były już niemal rozłożone na szachownicy jego misternego planu.

Przeszedł jeszcze parę kroków i zatrzymał się przed drzwiami do pokoju dziewczyny. Widział delikatną smużkę rdzawego światła, które uciekało wąskim przesmykiem nad progiem. Wiedział, że Nadia nie śpi. Zapukał delikatnie.

– Nadio, to ja, Marek. Czy mogę wejść?

Usłyszał, jak dziewczyna podchodzi do drzwi. Po chwili lekko je uchyliła.

– Przepraszam za mojego syna. Wiem, że często brakuje mu rozwagi. Czy możemy chwilkę porozmawiać?

Nadia spojrzała mu w oczy, po czym opuściła wzrok i odparła:

– Wejdź, proszę.

Marek wszedł do jej pokoiku, w którym panował przytulny półmrok, i usiadł przy kremowym biurku. Nadia usiadła na łóżku, które stało przy zasłoniętym oknie.

– Nadio, jeśli chodzi o Łukasza, to...

– Zdaje pan sobie sprawę z tego – przerwała mu stanowczo – że wszystko to niebezpiecznie zaczyna wymykać się spod kontroli? Narażamy kolejnego niewinnego człowieka, nie mówiąc mu całej prawdy.

– Obiecuję ci, że nic mu się nie stanie – odparł spokojnie Marek. – Masz na to moje słowo.

– Pana słowo? – Uśmiechnęła się, przecierając oczy. – Czy jest to to samo słowo, które gwarantowało mi powrót Marcina? Czy to to samo słowo, przez które stąpam po piekielnych czeluściach, będąc jeszcze żywą? – Popatrzyła na Marka, oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi, choć i tak wiedziała, że jej nie usłyszy. – Nikt tak naprawdę nie wie, co czyha za zaułkiem budzącego się dnia. Nie wolno nam handlować ludzkim życiem, bawiąc się w bogów upadłego świata. Największe imperia padały, najbardziej niezawodne maszyny ulegały awarii. Nie ma planów czy rzeczy niezawodnych! To czysta fikcja. Czy jest pan gotów znów wziąć cudze życie na swoje sumienie? Bo ja na pewno nie, nawet w imię uczucia. Już i tak ledwo mogę patrzeć na swoje oblicze. Przeze mnie jedna niewinna osoba najprawdopodobniej nie żyje.

– Nie ma w tym twojej winy, nikogo do niczego nie zmuszałaś. – Przerwał na chwilkę, po czym pełnym troski głosem powiedział: – Posłuchaj, Nadio, wiem, że nie mogę obiecać ci kolei losu, to niezaprzeczalny fakt. Mogę ci jednak obiecać jedną rzecz. Jest nią moja postawa. Odnalezienie Marcina jest dla mnie priorytetową sprawą. – Pokiwał spokojnie głową, tak jakby chciał ją zapewnić, że wszystko jest pod kontrolą. – Możesz być pewna, że dołożę wszelkich starań, aby nikt na tym nie ucierpiał. Kocham was oboje, ale jak sama powiedziałaś, nie wolno nam ryzykować nawet w imię uczuć. Piotr zna jeszcze wiele informacji na temat Stołeczna, których nie ma w jego notatkach. Chcę tylko, aby mi je wyjawił. Wtedy będę mógł zorganizować drugą wyprawę w to miejsce. To tylko jedna krótka rozmowa. Nie ma potrzeby mówić mu całej prawdy, tak będzie najlepiej dla nas wszystkich. – Po tych słowach podszedł do łóżka i usiadł koło Nadii, popatrzył na nią oczami zbitego psa i powiedział: – Proszę, nie opuszczaj mnie teraz... Zaufaj mi – dodał już szeptem.

Nastała nieprzenikniona cisza. Po pokoju niosło się jedynie miarowe i spokojne tykanie starego zegara stojącego w przedpokoju. Ten wiekowy strażnik wciąż odmierzał czas, który tak wiele przyniósł i tak wiele zabrał. Odwieczna wymiana tego świata, który niczego nigdy nie potrafił zagwarantować, prócz dalszych przemian. Marek w tej ciszy wciąż przyglądał się Nadii, czekając ze zniecierpliwieniem na jakąś jej reakcję, ale ona wciąż torturowała go ciszą. Nie robiła tego specjalnie, ale sama nie bardzo wiedziała, komu i czemu może jeszcze ufać. Nie chciała też rzucać słów na wiatr i uspokajać Marka pustymi frazesami o tym, że ufa mu w pełni. Nigdy nie należała do osób, które mącą komuś w głowie słodkimi słówkami. Była wyjątkowo twardą osobą, ale przy tym emanowała niepojętą kobiecą wrażliwością i delikatnością.

– Jeszcze ten jeden jedyny raz – wyszeptała, wciąż patrząc w podłogę. – Ten jeden raz dla niego. Wiem, że to niedorzeczne, ale ja wciąż wierzę, że on żyje... że Bóg ma go w swojej opiece.

– Nadio, znasz moje podejście do wiary. Ludzie tak szybko mnie jej pozbawili, że nie miałem nawet czasu, aby zastanowić się, czy słusznie. Chcę ci tylko powiedzieć jedną rzecz. Gdy zaczynamy żyć nieistniejącymi rzeczami, wtedy i nasze życie przestaje istnieć. Nie mam tutaj na myśli Boga, chodzi mi o to, że... – Westchnął głębiej, gdyż czuł, że wchodzi na niebezpieczny grunt. – Ty żyjesz teraz tylko tęsknotą. Musisz wziąć się w garść, nie możesz żegnać życia, mając jedynie dwadzieścia dziewięć lat. Im bardziej zgłębiasz temat bezsensowności, tym bardziej osacza ona twoją duszę. W tym wszystkim jest pewna iluzja, która cały czas mąci twój umysł, podszeptując ci, że w każdym momencie możesz uciec. Ale nasza psychika nie jest rzeczą, którą możemy sobie handlować do woli. Pewne zmiany zapadają tak głęboko, że później ucieczka staje się niemożliwa. Rzeczy zewnętrzne uciekają, a i w środku nie możemy się już niczego złapać. – Popatrzył na nią oczami pełnymi troski i dodał cicho: – I w pewnym momencie zostajemy nagle sami bez siebie. To jest chyba największe piekło, jakie istota ludzka może sobie stworzyć na tym świecie.

– Ale to jest silniejsze ode mnie... – wyszeptała Nadia. – Nie mogę przestać o nim myśleć, nie mogę tego tak zostawić, póki sprawa nie zostanie wyjaśniona. Choć wiem, że mogę się mylić, to wiem też to, że nawet najlogiczniejsze wyjaśnienia niczego tu nie wskórają. Serce wydaje się mieć swój własny szept, dużo silniejszy od pustej logiki.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Musisz jednak być ciągle świadoma tego, na co się narażasz. Musisz spróbować chociaż podjąć walkę. Nie poddawać się przed bitwą. Ci, którzy nie mają nic do stracenia, są wbrew pozorom najsilniejszymi oponentami w walce z losem. Ktoś, kto nie boi się przegranej, najczęściej wygrywa, ponieważ jego ruchy są płynne i nieskrępowane strachem. Musisz wrócić do świata, a jeśli ci na nim nie zależy, to tym łatwiej to osiągniesz.

Nadia kiwnęła głową, chcąc w ten sposób powiedzieć, że spróbuje.

– Nie będę ci zajmował więcej czasu, bo na pewno chcesz wypocząć. Mnie również odrobina snu nie zaszkodzi.

Po tych słowach Marek wstał, podszedł do drzwi, ale zaraz po ich otwarciu odwrócił się i dodał kojącym głosem:

– Dobrej nocy ci życzę i proszę, pamiętaj, co ci powiedziałem.

– Postaram się. Dobrej nocy.

Mężczyzna wyszedł do przedpokoju i spojrzał w prawo. Z pokoju gościnnego uciekało migoczące światło palącego się kominka – ktoś jeszcze nie spał tej nocy. Marek nie myśląc ani sekundy, poszedł w stronę salonu i wszedł do środka. W pokoju ujrzał siedzącego na skórzanej kanapie Łukasza, który trzymał w dłoni lampkę wytrawnego wina, lśniącego brylantową czerwienią. Szare zamyślone oczy chłopaka utknęły w kominku, łykając każdy ruch spokojnego płomienia. Marek przyglądał się chwilkę synowi, po czym zapytał:

– Nie śpisz jeszcze?

Łukasz wyrwał się z zamyślenia i spojrzał na ojca. Prawą ręką przetarł twarz, jakby chcąc rozbudzić uśpioną przed chwilką świadomość.

– Ano nie. Udobruchałeś ją już?

Marek pokiwał głową i ruszył w stronę dębowego barku.

– To jest niesamowite, jak sumienie potrafi targać człowiekiem. – Stał odwrócony plecami do Łukasza i nalewając sobie kieliszek drogiej wódki, kontynuował: – Zawsze to w niej podziwiałem, jej siłę i niewinność. Te rzeczy normalnie nie chodzą w parze... nie na tym świecie.

– Ano malutka ma wielkiego ducha i temu nie można zaprzeczyć. – Patrzył w lampkę wina, którą przechylał z boku na bok, po czym podniósł wzrok i dodał: – Zdajesz sobie sprawę z tego, że jeżeli Piotrek spotka się z Waldemarem, to ona w zasadzie do niczego nie będzie nam już potrzebna? Cały plan legnie w gruzach, a my będziemy musieli rozpocząć fazę drugą nieco wcześniej.

– Ona się z tym nigdy nie zgodzi...

– A po cholerę przejmujesz się jej „zgodzi” czy „nie zgodzi”? O co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi, tato?

– Jest częścią rodziny...

– Doklejaną! – zaznaczył z naciskiem Łukasz. – Jest coś jeszcze, prawda?

Marek na chwilkę umilkł, po czym podszedł do fotela i cichszym nieco głosem zaznaczył:

– Jest jedyną osobą, która widzi we mnie jeszcze jakieś ludzkie odruchy...

– Ludzkie odruchy? – przerwał ironicznie Łukasz. – Nie rozśmieszaj mnie, proszę. Przypomnij mi, ile to już osób gryzie teraz piach przez ciebie. Nie wykluczając nawet członków tej twojej części rodziny. – Popatrzył Markowi głęboko w oczy z delikatnym demonicznym uśmiechem.

Po tych słowach twarz Marka nagle zastygła. Patrzył wyjątkowo uważnie na Łukasza, jak kobra gotowa do ataku, i odparł mocnym, ale przyciszonym głosem:

– Posłuchaj mnie teraz uważnie. Straciłem już żonę, straciłem jedno dziecko i jak widzisz, dobrze się z tym czuję, a ty, chcę zauważyć, ostatnio zbyt często mi podpadasz. Jeżeli nie chcesz, aby tobie również coś się stało, to radzę ci, abyś od tej pory robił wszystko to, co ci mówię. Stawka jest zbyt wysoka, abym pozwolił tobie czy komukolwiek innemu coś spieprzyć. Zrozumiano?

Łukasz wciąż patrzył na ojca, ale nie miał w oczach pokory. Skinął tylko delikatnie głową, aby pokazać, że wszystko doskonale pojmuje. Po tych słowach nastała krótka cisza, po której Marek jak gdyby nigdy nic spokojnie powiedział:

– Tak więc jutro Piotr powinien zadzwonić do Nadii. Chcę go tutaj ściągnąć, aby z nim porozmawiać. Nadia poda mu adres i on na pewno przyjedzie, stawką w końcu jest jego syn. Chcę również, aby rola dziewczyny na tym się skończyła, ona nie może uczestniczyć w rozmowie. Zbyt wiele wysiłku i pieniędzy mnie kosztowało dowiedzenie się, jakimi informacjami on dysponuje, aby teraz grał przy niej idiotę. O ile szanuję Nadię, o tyle też wiem, że krępuje mi ręce. Będzie trzeba to jakoś zaaranżować i proszę, zostaw to na mojej głowie. Tak a propos, czy Piotr ma już ogon?

– Dwóch naszych chłopców pojedzie koło piątej nad ranem pod jego dom i tam już zostaną na czatach. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz...

– A mianowicie? – Marek oderwał oczy od kominka i spojrzał na Łukasza.

– A co, jeśli się mylimy? A co, jeśli ten pamiętnik to tylko fikcja? Zwykła bajeczka dla kochających duchy romantyków.

– Bajka? – Starzec się uśmiechnął. – Podobnie jak bajka dotycząca potwora? Zbyt wielu carskich żołnierzy, bolszewików, no i moich ludzi to miejsce już pochowało, abym był gotów uwierzyć, że to zwykła bajeczka. Te drzewa i to błoto coś w sobie kryją. Według miejscowych legend gdzieś tam, na północ od najdalszych ludzkich osiedli, jest pogrzebane całe miasteczko i nikt się nie zapuszcza w te knieje, bo czeka tam tylko śmierć.

– Ale zdjęcia lotnicze niczego nie wykazały. Żadnych ruin, żadnych zabudowań, absolutnie nic!

– Tam coś jest, zaufaj mi. Jest to coś, czego nawet carom nie udało się odnaleźć.

– Złoto?

– Nie byłbym tego taki pewien. Bolszewicy i carowie szukali tam czegoś innego i na pewno nie było to złoto.

Łukasz spojrzał na ojca przymrużonymi oczami, jakby dopytując się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Marek zauważył to spojrzenie i odparł krótko:

– Wszystkiego się dowiesz najprawdopodobniej jutro. Na razie nie chcę ci zatruwać głowy pustymi poszlakami. Ja wiem, co tam jest, i wie to jeszcze tylko garstka zaufanych mi osób. Obiecuję ci, że odpowiedzi nadejdą, i to już na dniach.

Łukasz patrząc na ojca, pokiwał tylko spokojnie głową. Nie podobało mu się to, że dowiaduje się wszystkiego niemal ostatni, wolał jednak przemilczeć ten fakt i nie kłócić się z Markiem, od dobrych kilku lat wręcz opętanym sprawą północnej osady. Wiedział, że ojciec nie zawaha się poświęcić teraz nikogo ani niczego w dojściu do celu. Zastanawiały go tylko dwie rzeczy. Pierwszą z nich były tajemnicze depesze przychodzące do Marka od ludzi pracujących dla niego w Rosji. Łukasz czuł, że na coś się natknęli. Drugą sprawą było to, co staruszek spodziewa się tam znaleźć. Chłopak wiedział już, że na pewno nie chodzi o złoto. A więc o co?

Kurtyna powoli opada...

Piotr wyszedł ze swojego domu około wpół do pierwszej po południu. Na zewnątrz wszystko było wysuszone niczym wiór od palącego niemiłosiernie słońca. Wszędzie wokoło unosił się specyficzny zapach gorącego kurzu. Piotr przeszedł parę kroków na drugą stronę ulicy i wsiadł do rozgrzanego samochodu. Całe wnętrze pachniało wrzącym wręcz tworzywem i tapicerką. Od razu otworzył oba okna, aby poczuć lekką ulgę i wpuścić chłodne powietrze do środka.

– Już, cholera, lepiej było, jak padało – powiedział do siebie, po czym ruszył na spotkanie z Waldemarem.

Zaraz potem drugi samochód na ulicy zapalił swój silnik.

Jadące za Piotrem od około dwudziestu minut auto nie zwróciło jego uwagi – był zbytnio pogrążony w swoich myślach. Chciał poukładać w jedną spójną całość wszystkie fakty, które mu przedstawiła Nadia. Starał się odtworzyć w głowie wydarzenia sprzed czterech lat mające miejsce w tamtych zapomnianych przez Boga lasach, te wszystkie wydarzenia, przez które omal nie stracił życia. Bał się tego miejsca wtedy i bał się go teraz.

Dojechał na miejsce kilka minut po drugiej. Pod ceglanym budynkiem stał już zaparkowany samochód Waldka. Piotr wiedział, że jest spóźniony, więc wysiadł w pośpiechu z auta i wszedł głównym wejściem do budynku.

– Panie Piotrku! – odezwał się dozorca z portierni. – Na górze ktoś na pana czeka

– Tak, wiem, wiem. Cholera, znowu się spóźniłem.

– Może powinniśmy zainstalować ławki na górnym korytarzu dla pańskich gości? – spytał ironicznie starszy mężczyzna.

– Łóżka lepiej... – szepnął do siebie Piotr i pognał na schody.

Na górze przed drzwiami do gabinetu zobaczył Waldka, który patrzył przez okno na pobliską szkołę i grające na boisku dzieci. Ich głośne krzyki bardzo często przeszkadzały Piotrowi w pracy, dlatego też najczęściej przychodził do gabinetu w godzinach wieczornych, kiedy cała wrzawa milkła i nastawał kojący ducha spokój. Tym razem jednak wolał nie przekładać spotkania na wieczór, ponieważ oboje nie chcieli, aby żona Waldka nabrała jakichkolwiek podejrzeń. Anna już od czterech lat próbowała zakończyć temat Stołeczna, gdyż wiedziała, że miejsce to omal nie zabiło jej męża.

W pewnym momencie Waldemar odwrócił się, usłyszawszy zbliżające się kroki przyjaciela. Jego smukła twarz od razu rozpromieniła się w serdecznym uśmiechu. Pokręcił głową i lekko się śmiejąc, powiedział:

– Wyprzystojniałeś...

Piotr nic nie odrzekł, tylko się uśmiechnął i podszedł do Waldka. Objął go mocno i energicznie poklepał po plecach. Następnie sięgnął do kieszeni po klucz i otwierając zamek, spytał:

– Długo czekasz?

– Około piętnastu minut. Z tego, co pamiętam, z tobą zawsze należało się umawiać pół godziny przed prawdziwą godziną spotkania, abyś był na czas – odparł ciepło Waldemar.

– Dozorca chce mi tutaj już ławki instalować. – Otworzył drzwi i gestem zaprosił przyjaciela do środka. Zobaczywszy pokój, energicznie dodał: – Przepraszam za bałagan.

– Nic nie szkodzi.

– Napijesz się herbaty? – zaproponował Piotr.

– Chętnie.

Piotr wziął garnuszek i wyszedł na korytarz. Waldek rozejrzał się po gabinecie. Wszędzie, na blacie i nawet na podłodze, porozrzucane były papiery. Podszedł do biurka, które stało pod przestronnym oknem, i zobaczył zdjęcia nieżyjącej dziewczyny w wieku około kilkunastu lat. Wziął do ręki jedno z nich i pokręcił głową.

– I czym mogłaś komuś zawinić, malutka? – powiedział do fotografii, po czym odłożył ją na biurko i westchnął z niesmakiem. Patrzył jeszcze chwilę na jej piękne, ale nic niemówiące już oczy, a następnie spojrzał w chmurzące się niebo. – A Ty wciąż nie grzmisz.

W tym samym momencie Piotr wszedł do środka z wodą.

– Wciąż próbujesz ratować ten cholerny świat? – Waldek podniósł jedno ze zdjęć z biurka, aby pokazać je koledze.

– Wciąż – wyszeptał Piotr, po czym postawił garnuszek z wodą na małym stoliczku koło drzwi i wsadził do niego grzałkę.

– Co to za sprawa?

– Mała zaginęła około dwóch tygodni temu. Wyszła na miejscową dyskotekę i już nie wróciła. Rodzice zawiadomili milicję. Niecały tydzień temu znaleziono ją w lesie.

– Masz już coś konkretnego?

– Na razie nic. Jej ojciec był u mnie przedwczoraj. Jutro do niego zadzwonię i powiem mu, że jednak nie wezmę tej sprawy.

– Wypadło coś pilniejszego? – Popatrzył wymownie na Piotra.

Piotr spojrzał na Waldka poważnie i pokiwał głową, a następnie usiadł na krześle pod ścianą. Jasna poświata słonecznego dnia zaczynała powoli ustępować miejsca stalowoszaremu światłu, które nadciągająca burza rzuciła na ziemię. Co jakiś czas było słychać nasilające się podmuchy wiatru oraz głośniejsze pomrukiwanie ciągnącego z południa kolosa. Obaj patrzyli jak zahipnotyzowani w ołowiane chmury, które wypuszczały z narastającym hukiem świetliste pajęczyny. Pierwsze liście targane przez wiatr jeszcze chwilę wcześniej ciepłozielone, teraz kolorem przypominały toń sztormowej wody. Cała przyroda wokoło praktycznie w jednym momencie zmieniła swoje oblicze.

– Nadia Prokotow – przerwał milczenie Piotr. – Czy to ta dziewczyna złożyła ci wizytę parę miesięcy temu?

– Owszem, próbowała ze mną porozmawiać o ekspedycji, którą organizowała wraz z przyjaciółmi w to przeklęte miejsce.

– Czy wspomniała ci, co było celem wyprawy?

– Z tego, co zdążyła mi powiedzieć, dowiedziałem się, że chodziło o jej narzeczonego. Następnie próbowała mi wszystko wyjaśnić dokładniej, nie pozwoliłem jej jednak na to. Nie chciałem nawet słuchać o tym, co miała mi do powiedzenia. Wiesz sam, że zaraz po naszym powrocie ze Stołeczna rzuciłem zabawę w detektywa...

– Wiem. – Piotr pokiwał głową. – Sam o mały włos nie zrobiłem tego samego. Zaraz potem nasze drogi się rozeszły. Ale tylko na cztery lata.

– Wszystko powraca, sam mi to cały czas powtarzałeś. Los ma głupie upodobanie do kręcenia się w kółko.

– Póki coś nie wpadnie między tryby tej ogromnej maszyny. – Piotr spojrzał na gotującą się w garnuszku wodę, po czym wstał, aby zaparzyć herbatę dla przyjaciela. – Tym czymś, co blokuje kręcące się zębatki, jest ziarno zrozumienia. Tylko w ten sposób można uniknąć odradzania się wciąż w tej samej sytuacji. To jedyny sposób, aby uciec z kręcącego się wiru wydarzeń. – Mówiąc to, podszedł do Waldka i postawił herbatę na stole obok niego i wrócił na swoje miejsce.

– Piotrku, ale ani ty, ani ja nie musimy tego znów przerabiać. Miejsce to przerosło nasze możliwości, to nic. Żadna rzecz ani jakaś złowroga siła nie każe nam wracać w te lasy, nic nas już z tym miejscem nie łączy. – Popatrzył z przekonującym uśmiechem na Piotra.

– To nie jest tak do końca prawda – odparł Piotr z miną pełną grymasu.

Waldemar popatrzył na niego i już wiedział, że to, co zaraz usłyszy, nie będzie kojące. Coś się wydarzyło. Coś, co odcięło Piotrkowi możliwość ucieczki ze ssącego tornada.

– Jak już wspomniałem, Nadia odwiedziła mnie wczorajszej nocy. Początkowo też chciałem, aby się ode mnie odpieprzyła i nie zawracała mi nawet głowy Stołecznem.

Waldek przyglądał się Piotrkowi w wielkim skupieniu.

– Ale coś również mówiło mi, że muszę jej wysłuchać, i... – Piotr przerwał na chwilę i spojrzał w okno, na którym zaczynały pojawiać się pierwsze łzy wiosennej burzy. – ...nie myliłem się. Pamiętasz mojego syna?

– O Chryste... – Waldek już wiedział, co Piotr chce mu powiedzieć.

– Około trzech miesięcy temu zaginął w okolicach Stołeczna wraz z paroma innymi studentami. To jego właśnie Nadia chciała odnaleźć...

– Piotrku, gdybym tylko wiedział, to...

– Nic się nie stało – przerwał mu Piotr. – Nie wiedziałeś.

– Czekaj, czekaj! – wtrącił energicznie Waldek.

Piotr spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Powiedziałeś trzy miesiące? – zapytał Waldek.

– Tak ona mi powiedziała... – powiedział wciąż lekko oszołomiony Piotr.

– I jesteś tego w stu procentach pewien?

– No tak.

Waldemar patrzył poważnie na Piotra, jakby czekając na zmianę jego stanowiska. Ale ona nie nadchodziła. Po krótkiej chwili spojrzał jakby z lekką złością w bok i odparł:

– No to coś tu naprawdę poważnie nie gra.

– Nie rozumiem...

– Otóż Nadia złożyła mi podobną wizytę i również chciała mnie przekonać do wzięcia udziału w tej szalonej krucjacie, aby odnaleźć jej narzeczonego. Na razie wszystko trzyma się kupy, prawda?

Piotr tylko kiwnął głową.

– I wszystko by się trzymało dalej, gdyby nie fakt, że wizyta ta miała miejsce... – Waldek przerwał na chwileczkę, po czym dodał z naciskiem: – ...dziesięć miesięcy temu!

– Że co? – szepnął Piotr.

– Nasza panienka najwyraźniej prowadzi jakąś nieczystą grę.

– Jasna cholera! – Oczy Piotra zaczęły nagle gorączkowo błądzić po pokoju. Wszystkie elementy układanki, które rano tak idealnie do siebie pasowały, nagle rozsypały się niczym domek z kart na wietrze. – Więc dziewczyna kłamała, ale w jakim celu? – Wstał i podszedł do okna. W tym samym momencie dźwięk siąpiącej z nieba wody stał się wyraźniejszy dla obu rozmówców. Piotr patrzył chwilkę na asfaltowe boisko, które jeszcze kilka minut temu roiło się od dzieci. Teraz było puste, szare i martwe. – Niczego tutaj, Waldku, nie wymyślimy, będę musiał się z nią skontaktować.

– Masz jej adres?

– Nie, ale mam numer do jej stryja. Zostawiła mi go wczoraj.

Piotr wstał z krzesła i sięgnął do kieszeni, z której wyjął mały świstek papieru. Podszedł następnie do telefonu i podniósł słuchawkę, którą przytrzymał między policzkiem i barkiem. W jednej dłoni miał kartkę, drugą zaś wykręcał numer. Waldek również wstał z krzesła i podszedł bliżej telefonu, aby słyszeć całą rozmowę. Po chwili ciszy Piotr rzekł do słuchawki:

– Dzień dobry, nazywam się Piotr Wolski. Czy mogę rozmawiać z panną Nadią Prokotow?

– Dzień dobry, panie Piotrze, to ja.

Waldemar słyszał jej głos dobiegający ze słuchawki.

– Wybacz mi, nie poznałem cię. Słuchaj, Nadio, dzwonię do ciebie, ponieważ chciałbym się z tobą spotkać i porozmawiać na temat wyjazdu do Stołeczna. Będę chciał wyruszyć już na dniach, aby odnaleźć mojego syna, ale potrzebuję więcej informacji.

– Wszystko panu wyjaśnię, o to się proszę nie martwić. Mój stryj chce pokryć wszelkie koszty związane z wyprawą.

– To bardzo hojnie z jego strony. – Piotr odwrócił się lekko i spojrzał zastanawiająco na Waldemara. – Gdzie się spotkamy?

– Za Warszawą, na północy znajdują się zgliszcza kościoła.

– Tak...

– Czy słyszał pan może o pożarze tamtejszego kościółka?

– Chyba. – Piotr przeciągnął, wciąż się zastanawiając.

– Niecały rok temu. Dość głośna sprawa.

– Ależ tak, oczywiście! – odparł energicznie.

– Czy będzie pan wiedział, jak tam dotrzeć?

– Z mapą bez najmniejszego problemu.

– W takim razie jutro o drugiej po południu proszę tam przyjechać. Będę na pana czekać. Posesja mojego stryja znajduje się około kilometra stamtąd.

– A więc do zobaczenia jutro, Nadio.

– Do zobaczenia. – Rozłączyła się.

– A więc za miastem? – powiedział Waldemar.

– Pamiętasz ten pożar? – spytał Piotr, wciąż myśląc o dziwnym zakończeniu rozmowy z dziewczyną.

– Tak. Z tego, co sobie przypominam, tamtejszy proboszcz miał romans z kobietą ze wsi. Na jego nieszczęście była żoną jednego z większych kozaków w tamtej okolicy. Cała sprawa skończyłaby się pomyślnie dla unikającego celibatu księdza, gdyby nie fakt, że kobieta ta naprawdę się w nim zakochała. Którejś sierpniowej nocy wyjawił jej, że za niecały miesiąc ma wyjechać na stałe do jednej z diecezji krakowskich. Ona chciała jechać z nim. No, ale jak? – parsknął lekko Waldek. – To w żaden sposób nie mogło się spodobać młodemu księdzu. W końcu był duchownym, prawda?

– Oczywiście – odparł z niesmakiem Piotr.

– Tak więc jeszcze tej samej nocy kazał jej się wynosić i trzymać gębę na kłódkę, aby uniknąć skandalu. Ksiądz miał wielki autorytet we wsi, więc wiedział, że w razie czego może się spokojnie za nim schronić. Pijana nieszczęściem kobieta wybiegła z kościoła, chcąc jak najszybciej dostać się do domu. To wszystko było pisane, albowiem tej nocy jej mąż miał być na libacji u swojego przyjaciela. Wyobrażasz sobie jej zaskoczenie, kiedy zastała go w kuchni przy butelce z dwoma znajomymi? Wszyscy oczywiście pijani niemalże w trupa. Okazało się, że niesforny po alkoholu chłop pokłócił się ze swoim przyjacielem i wrócił z butelką oraz znajomymi do domu, by dalej pić. Gdy tylko zobaczył żonę w drzwiach, zaczął krzyczeć i pytać, gdzie się włóczyła i czemu płacze. Wybuchła awantura, w której kobieta wyjawiła wszystko swojemu mężowi. W rezultacie została skatowana przez mężczyzn.

– Chryste Panie...

– Słuchaj dalej. Kobieta leżała nieprzytomna na podłodze, a oni jeszcze godzinę pili wódkę. Z tego, co milicja ustaliła, jeden ze znajomych męża zaczął namawiać pozostałą dwójkę, aby pomogli mu dać reprymendę księdzu. Cała trójka wyszła więc z domu i skierowała się do szopy. Tam ściągnęli z ciągnika kilka litrów ropy i wlali do siedmiu butelek.

– Koktajle Mołotowa? – wtrącił pytająco Piotr.

– Tak. Później skierowali się w stronę kościoła i obrzucili go tymi butelkami. Zeznali później, że chcieli duchownego tylko nastraszyć. Sprawić, aby wyszedł na zewnątrz, i następnie porozmawiać sobie z nim po męsku. Ale pożar rozprzestrzeniał się bardzo szybko w kamienno-drewnianym kościele, a ksiądz wciąż nie wychodził. Jak się potem okazało, miał już nigdy stamtąd nie wyjść. Całą trójkę aresztowano i wydano wyroki. Miejscowi twierdzą, że po dziś dzień w księżycową noc można ujrzeć zakapturzonego upiora, który kręci się po spalonych ruinach, szukając czegoś.

– W mordę... Nie miałem zielonego pojęcia o prawdziwej genezie tego pożaru. Wiem, że swego czasu sprawa była dość głośna, ale nie wnikałem w nią. Czekaj! – Oczy Piotra nagle się powiększyły, a usta szeroko rozwarły. – Mój sen! To nie może być przypadek...

– Jaki sen?

Piotr jakby wyrwał się z letargu i spojrzał przytomnie na Waldka.

– Dzisiejszej nocy śniła mi się spalona cerkiew oraz zakapturzony mnich, który wskazał mi Nadię i jakiegoś obcego mężczyznę na jej kolanach... Nieżywego już – dodał.

– Obcego?

– Tak. Zwróciłem uwagę na ten fragment, ponieważ wyglądali jak para kochanków rozdzielonych przez los, ale wciąż się kochających. Ten mężczyzna... to nie był Marcin.

– Hm – westchnął Waldek. – Słuchaj, nie podobają mi się już dwie rzeczy w całej tej zabawie. Pierwsza z nich to niepoukładane wydarzenia, które zaczęły przypominać teraz historyjkę wyssaną z palca. Druga to to całe spotkanie poza miastem, w jakiejś bliżej nieokreślonej okolicy. Nie wzbudza to w tobie co najmniej kilku podejrzeń? O co tej małej tak naprawdę chodzi?

Piotr wstał z krzesła i podszedł do okna. Stale obserwując strumienie wody spadające z nieba, delikatnie kiwał głową. W tej ciszy powoli zaczynał rozumieć, o co może chodzić młodej Rosjance. Waldemar przyglądał mu się w milczeniu. Zaczynał dostrzegać, jak wiele faktów mu umknęło.

– Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć? – spytał.

Piotr odwrócił głowę i spojrzał na zdezorientowanego przyjaciela. Westchnął lekko i wciąż patrząc mu prosto w oczy, odparł:

– Nie zakończyłem sprawy Stołeczna zaraz po naszym wyjeździe stamtąd.

– Wiedziałem, że powiesz coś, czego wolałbym nie usłyszeć – odpowiedział Waldemar.

– Złoto to mit, Waldku. Nam obu wydawało się wtedy, że szukamy nie w tym miejscu, co trzeba, ale odpowiedź jest taka, że szukaliśmy nie tego, co trzeba. Ktoś nas zaatakował tej pamiętnej nocy, a my woleliśmy sobie wmówić, że to był człowiek. Tak było wygodniej. Ale przez ten czas doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mydlimy sobie oczy. Ty zrezygnowałeś, i nic dziwnego, miałeś rodzinę, żonę; żadne pieniądze nie są warte ich straty. Moja sytuacja była natomiast zgoła inna. Rozsypana rodzina, samotność. W takich okolicznościach człowiek znacznie mniej ceni sobie swoje życie i znacznie łatwiej chwyta się nieosiągalnego.

Waldemar wciąż patrzył w pełnym skupieniu na Piotra.

– Więc dwa tygodnie po naszym wyjeździe byłem znów w Stołecznie. Tym razem jednak za własne pieniądze i z sercem szukającym prawdy, a nie zysku. Swoje poszukiwania zacząłem od tego, co na wstępie zupełnie zignorowaliśmy... od miejscowego folkloru. Przez pierwsze dwa tygodnie moje wysiłki były daremne. Dowiedziałem się tego, czego dowiedzieliśmy się obaj pierwszego dnia naszego pobytu tam.

– Nawiedzone moczary, przeklęta wioska, upiory – odparł mechanicznie Waldek.

– Nie inaczej – przytaknął Piotr. – Jednak później, a dokładnie dwa tygodnie po moim przybyciu na miejsce, nastąpił przełom. Tego wieczoru byłem strasznie przybity, dużo myślałem o Magdzie i o moim prywatnym dochodzeniu, które dosłownie stało w miejscu... nie licząc kilku mało znaczących poszlak. Całe szczęście, że miejscowi byli wyjątkowo ufni i na swój sposób interesowali się moim pobytem w Stołecznie. Dlatego też dość szybko znalazłem sobie towarzyszy do kufla, i to już w pierwszych dniach. Tamten wieczór miał jednak okazać się decydujący. Ileż to już informacji znaleźliśmy właśnie w takich miejscach?

– Całe multum.

– Otóż to. W tym wypadku również reguła mnie nie zawiodła. Gdy tylko wszedłem do tamtejszej speluny, jeden z moich nowych znajomych podszedł do mnie i powiedział mi, że w barze znajduje się osoba, która chce ze mną pomówić. Następnie wskazał mi stolik, przy którym siedział młody mężczyzna. Ów młodzian nie wiedział zbyt wiele na temat zagadki północnych rejonów, znał jednak kogoś, kto zbierał poszlaki na ten temat praktycznie przez całe swoje życie. Tym kimś był mieszkający poza miastem starzec. Miejscowi znali go jako pustelnika, odludka, lecz przede wszystkim jako kompletnego dziwaka. To zaskakujące, jak często właśnie te odstające od „normalnego” świata osoby są najbliżej rzeczy prawdziwych. – Piotr westchnął sarkastycznie. – Choć mój staruszek na pewno nie był oświeconym mędrcem głoszącym prawdy o życiu, to posiadał swego rodzaju klucz do rozwikłania zagadki. Otóż udało mu się dojść do pewnego faktu, którego dalej sam nie był w stanie zgłębić. W pobliskiej cerkwi odkrył jedną księgę z roku 1567, która na pierwszy rzut oka była mało istotna. Jednak po dokładnym przeanalizowaniu jej treści można było dojść do fenomenalnego odkrycia. Tym odkryciem było istnienie drugiej, bliźniaczej księgi napisanej przez tego samego autora, a opisującej narodziny miejscowego upiora. Jest to coś w rodzaju krótkiego pamiętnika, którego treść dotyczy wydarzeń sięgających roku 1549.

– Udało ci się ją odnaleźć? – wtrącił żywo Waldemar.

– Tu robi się nieco ciekawiej. Drugiej księgi nie było w cerkwi, i to już od około 1745 roku. Staruszek nie potrafił dokładnie przypomnieć sobie daty. Pamiętał za to z precyzją mikroskopową wszystkie wydarzenia z tamtego okresu. Otóż cerkiew została wtedy doszczętnie zrabowana. Ale niecały tydzień później około stu kilometrów od miejsca zdarzenia jeden z rabusiów wdał się w bójkę w karczmie z miejscowym żulem, którego zamordował. Na ich nieszczęście zajście to miało miejsce w większym miasteczku na południu, gdzie stacjonował garnizon wojska. Żołnierzy od razu wezwano. Wywiązała się strzelanina, w której śmierć poniosło czterech rabusiów. Rosyjski oficer przeszukał pokoje bandytów i odnalazł wszystkie kosztowności z cerkwi oraz owe dwie księgi. Wszystko oczywiście wysłał pod eskortą na północ, z powrotem do Stołeczna. – Piotr przerwał na chwilkę, po czym dodał: – Niemalże wszystko. Jedna z ksiąg powędrowała do Moskwy. Tam słuch o niej zaginął. Władze tymczasem wszystko zatuszowały, a późniejsze zainteresowanie oraz przybywające tam oddziały armii tłumaczono istnieniem potężnych złóż złota gdzieś na północ od osady. Tak narodziła się legenda, Waldku, dzięki której obaj wyruszyliśmy w to miejsce w poszukiwaniu fortuny, której nigdy tak naprawdę tam nie było. – Rozłożył ręce, kręcąc przy tym głową. – Tak czy owak, dwa tygodnie po rozmowie z pustelnikiem wyruszyłem do Moskwy, do mojego przyjaciela, który wykładał wtedy historię na uniwersytecie. To właśnie z jego pomocą odkryłem, że księga została wywieziona z Moskwy do Paryża przez żołnierzy Napoleona w 1812 roku. Wtedy to wymknęła mi się po raz pierwszy, i to aż za żelazną kurtynę. Czy wierzysz w przeznaczenie, Waldku? – rzucił żywo pytanie w stronę przyjaciela.

– Raczej w przyczynowość – odparł niepewnie Waldek. – Dlaczego pytasz?

– Bo moje poszukiwania miały w sobie zbyt wiele prawidłowości. Księga zawsze była w miejscach, w których miałem życzliwych znajomych, co więcej, ludzi, którzy orientowali się w historii i mieli dostęp do archiwów... w taki czy inny sposób. Tak też było w Paryżu.

– Czekaj, czekaj – przerwał mu Waldemar. – Czyli ty twierdzisz, że jakaś wyższa prawidłowość prowadzi cię do odnalezienia tej księgi? – spytał z lekko ironicznym uśmiechem.

– Twierdzę tylko tyle, że moje poszukiwania nigdy nie stanęły w martwym punkcie, choć mogło się tak stać co najmniej kilkakrotnie.

– To czysty zbieg okoliczności – powiedział Waldek, kręcąc głową.

– A nie przyczynowość?

Waldemar nic nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko, aby zatuszować chwilowy brak argumentów.

– Słuchaj – powiedział, jakby chciał odpowiedzieć na ostatnie pytanie Piotra, po czym zupełnie uciekł od tematu. – Więc księga jest teraz w Paryżu?

– Nie – odparł pewnie Piotr. – Mój przyjaciel dopiero dwa miesiące temu natknął się na zapiski, dzięki którym odkrył, że w 1940 roku, dwa miesiące po zdobyciu Paryża, hitlerowcy przewieźli ją do klasztoru znajdującego się na południe od Braumstein. Spójrz tylko, jaki niesamowity zbieg okoliczności i czasu... znowu – dodał po krótkiej przerwie. – Wszystko ożyło niemalże w jednym momencie. Tak jakby coś specjalnie czekało na tę odpowiednią dla siebie chwilę. Trzy miesiące temu mój syn wyruszył ze swoimi znajomymi w te lasy. Dwa miesiące temu otrzymałem depeszę z Paryża, dzięki której wiem, gdzie zacząć poszukiwania. Gdyby ta depesza przyszła pół roku wcześniej, byłaby w rękach Marcina i Nadii.

– Jak to?

– A widzisz, nie wspominałem ci. Około ośmiu miesięcy temu byli u mnie w mieszkaniu i wykradli notatki dotyczące naszego dochodzenia w Stołecznie. Tyle że w tych notatkach praktycznie niczego nie było oprócz naszych spekulacji i kilku domniemanych miejsc, w których mogło znajdować się złoto.

– A ostatnia noc?

Po tym pytaniu obaj umilkli. Deszcz, który zdawał się niemy podczas ich rozmowy, teraz jakby odzyskał swą mowę. W pokoju z łatwością można było wyczuć strach i niepewność obu mężczyzn.

– Czy to był człowiek, Piotrku?

– Naprawdę w to wątpię, Waldku. Wydaje mi się, że tej nocy zapuściliśmy się zbyt daleko na północ. Gdyby nie konie, najprawdopodobniej nigdy byśmy stamtąd nie wrócili.

– Jesteś pewien, że chcesz tam wracać?

– Muszę. Sytuacja mnie do tego zmusza. Choćbym miał zginąć, odnajdę Marcina.

– Rozumiem, ale jest ktoś, kto może mieć problemy ze zrozumieniem tej sytuacji.

– Wiem, Waldku, i wcale się jej nie dziwię – odparł ciepło Piotr. – To jest moja krucjata i tylko moja.

– Zbierajmy się więc – odparł Waldek, energicznie klepiąc się w uda.

– Dokąd?

– Pojedziemy do tego miejsca, w którym Nadia chce się z tobą spotkać. Chcę jutro towarzyszyć ci podczas spotkania, ale...

– ...z ukrycia – dokończył Piotr.

Waldemar kiwnął spokojnie głową.

– Mam jeszcze tylko jedno pytanie. Gdzie trzymasz te wszystkie zapiski, które zgromadziłeś podczas swojego prywatnego dochodzenia?

– Tutaj, w gabinecie. Coś mi mówiło, że w tym miejscu będą bezpieczne.

Po tych słowach obaj wyszli na zewnątrz i stanęli pod blaszanym daszkiem, który znajdował się przed wejściem do budynku. Samochód, który śledził Piotra, był zaparkowany po skosie po przeciwnej stronie ulicy. Dwaj mężczyźni siedzący w aucie nie starali się nawet ukryć, gdyż wiedzieli, że dżdżysty deszcz znacznie ogranicza widoczność. Przyglądali się w milczeniu Piotrowi i Waldemarowi, którzy rozmawiali ze sobą, gestykulując energicznie. W jednym momencie obaj niemalże sprintem pobiegli w stronę swoich samochodów. Piotr wsiadł natychmiast do swojego auta, Waldemar miał zaś wyraźne problemy z otwarciem drzwi.

– Ale go, kurwa, zleje – odparł jeden z mężczyzn, śmiejąc się do rozpuku.

Drugi tylko uśmiechnął się lekko, mrużąc przy tym oczy.

– No, nareszcie – powiedział z naciskiem, gdy Waldemarowi udało się otworzyć drzwi.

Zaraz potem w samochodzie Waldemara zapaliły się lampy i auto ruszyło z miejsca. Piotr pojechał za samochodem przyjaciela.

– I co teraz? – spytał kierowca.

– To, co mówił staruszek. Na nasze szczęście oni wciąż nie wiedzą, w jak głębokie gówno wdepnęli. – Samochód ruszył, a mężczyzna siedzący na miejscu pasażera kontynuował: – W przeciwnym razie nie popełnialiby tak oczywistych błędów.

Samochody bardzo szybko wydostały się z Warszawy. Pasażer auta jadącego za samochodem Piotra przyglądał się leniwie wycieraczkom, które z lekko skrzypiącym dźwiękiem zbierały wodę z przedniej szyby. Różowe światła jadącego przed nimi pojazdu rozmywały się w deszczu niczym podłużne mgliste snopy. Ta jaśniutka czerwień była jedynym żywym kolorem we wszechobecnej ołowianej szarości. Co jakiś czas z wielkim sykiem mijały ich samochody jadące z naprzeciwka, wyrywając pasażera ze stanu płytkiej drzemki. W pewnym momencie mężczyzna wyprostował się, wlepiając oczy w auto Piotra. Zmarszczył czoło, a jego twarz bardzo szybko przybrała gniewny wyraz.

– Co jest? – wyszeptał do siebie.

Kierowca w tym samym momencie zaczął łypać żywo oczami to na drogę, to na swojego towarzysza. W końcu spytał:

– O co chodzi?

– No nie widzisz? – Spojrzał na kierowcę wymownie.

– O w mordę, faktycznie. Dokąd te ciule jadą?

– Coś tu... – przerwał i zaraz bardzo energicznie rzucił: – Czekaj!

W tym momencie samochody Waldemara i Piotra zatrzymały się na poboczu. Auto z przodu zaczęło mrugać lewym kierunkowskazem. Kierowca widząc to, zaczął powoli hamować.

– Co robisz, baranie?! – krzyknął pasażer. – Jedź! Zawrócimy za chwilę. Pogubili się chyba. – Westchnął, kręcąc głową.

– A co, jeśli się zorientowali?

– Szczerze w to wątpię... Dobra, skręć tutaj, za chwilę zawrócimy.

Samochód skręcił w boczną drogę i zawrócił. Zaraz potem mężczyźni wyjechali na główną trasę i zaczęli jechać w kierunku Warszawy. Po przejechaniu około pięciuset metrów obaj spojrzeli w lewo, na drogę prowadzącą do kościółka i posesji Marka. Widzieli majaczące w oddali światła obu aut. Pasażer pokiwał tylko głową i odparł:

– Tak jak myślałem. Dobra, jedziemy do Marka.

– Leśną dróżką?

– Tak – odparł krótko drugi.

Jakiś czas wcześniej Waldemar zatrzymał swoje auto na mokrej trawie koło błotnistej drogi. Spojrzał w lusterko i ujrzał bujające się na wybojach reflektory samochodu Piotra. Deszcz wciąż lał niemiłosiernie, roztrzaskując z głuchym dźwiękiem krople na przedniej szybie. Waldemarowi wyjątkowo nie chciało się wysiadać z auta w taką ulewę, ale gdy zobaczył Piotra wychodzącego ze swojego samochodu, wysiadł mozolnie i spojrzał na spalony kościół, który wydawał się lekko przymglony przez obfity deszcz. Wyraźnie można było dostrzec granatowe kontury spalonych ruin, które stały pośrodku małego cmentarzyka niczym niemy i posępny pomnik. Owa tragedia miała miejsce niecały rok temu, lecz w miejscu tym wciąż krążyło uwięzione echo tamtejszych wydarzeń. Aura, która otaczała świątynię, nie była przesiąknięta gniewem czy nienawiścią, lecz smutkiem oraz ludzką bezsilnością wobec losu popychającego na ścieżki, z których niestety często nie ma odwrotu.

Piotr ruszył do przodu, patrząc jak zahipnotyzowany na przepalony dach dzwonnicy, który wbijał się w niebo niczym czarna postrzępiona włócznia. Oddech mężczyzny stawał się coraz cięższy, a oczy były coraz szerzej otwarte. Twarz obmywał mu zimny deszcz, który ciurkiem spływał na przylepioną do ciała białą koszulę. Piotr bardzo dokładnie przyglądał się ruinom, które napawały jego serce niepokojem. To nie szept z przeszłości wzbudzał jego strach, to nie tragedia, która odbiła swoje piętno na tych zimnych kamiennych ścianach, lecz coś, co wisiało w powietrzu, coś, co dopiero miało się tutaj wydarzyć. Jego myśli podświadomie zaczęły analizować wczorajszy sen, który przeraził go swoją realnością. To nie mógł być przypadek, ta prawdziwość i to miejsce. W pewnym momencie Piotr zatrzymał się, patrząc na poprzewracane granitowe nagrobki. Coś w środku szeptało mu, że to nie ludzie są winni tragedii, do której tutaj doszło. Czuł również, że nie była to jedyna zbrodnia, jakiej tu dokonano. Mrużąc oczy, syknął do siebie:

– Ta ziemia jest przeklęta...

Zaraz potem odwrócił się i spojrzał na Waldemara, który wciąż stał przy samochodach. Waldemar ujrzawszy wzrok Piotra, ruszył do przodu. Piotr podniósł otwartą dłoń, dając znak przyjacielowi, aby się nie zbliżał. Następnie sam ruszył w kierunku aut.

– W którym roku to wzniesiono? – Wskazał kciukiem za swoje plecy, zbliżając się do samochodu.

– W tysiąc sześćset którymś, tak przynajmniej było w gazetach.

– Wcale nie przypomina architektury z tamtego okresu – odparł, patrząc na kościół. – Powiedziałbym raczej, że to mogło być zbudowane niedługo po pierwszej wojnie światowej.

– Czytałem, że jest to czwarty kościół, jaki w tym miejscu wzniesiono.

– Czwarty?! – spytał zaskoczony Piotr.

– Tak – odparł pewnie Waldemar.

– Waldku, mam więc do ciebie prośbę... Przyjadę tutaj jutro, ale sam. Mam dziwne przeczucia.

– Dlatego właśnie potrzebujesz mojej pomocy – odparł z naciskiem mężczyzna.

– Waldku! Posłuchaj, mnie nic nie zrobią, zbyt wiele wiem. Ty mógłbyś być zbędnym balastem. A zresztą i tak pewnie sobie zbyt wiele wyobrażamy.

– Dziewczyna kłamała – odparł przez zaciśnięte zęby Waldemar. – I doskonale zdajesz sobie z tego sprawę.

– Na pewno miała jakiś powód i jutro się tego dowiem. To moja sprawa i moje brzemię. Uwierz mi, nic się tutaj nie stanie, ale pod warunkiem że będę sam. Cokolwiek by było, jestem dla nich zbyt wartościowy – podkreślił ponownie Piotr.

– Jak więc uważasz... – odparł Waldek, patrząc z niedowierzaniem w oczy Piotra.

– Przysięgnij, że jutro będziesz się trzymał z daleka od tego miejsca.

– Przysięgam – odrzekł niechętnie, a jego wzrok automatycznie uciekł w ziemię.

– Dobrze więc. Zbierajmy się. Jutro wieczorem zadzwonię i dam ci znać, co się działo.

Waldemar nic nie odpowiedział, tylko przytaknął głową. Zaraz potem uścisnęli sobie dłonie i rozeszli się do swoich samochodów. Ruszyli tą samą trasą, którą przyjechali. W mieście, na jednym z rond Piotr dał przyjacielowi sygnał światłami i skręcił w stronę swojego gabinetu. Waldemar tymczasem pojechał prosto do siebie. Jechał w absolutnej ciszy. Wciąż nie potrafił się pogodzić z decyzją Piotra i z myślą, że mógłby go zostawić samego...

Zimne wyrachowanie

Marek stał samotnie przy oknie z bordowymi zasłonami, czekając ze zniecierpliwieniem na wieści od ludzi, których wysłał, aby śledzili Piotra. W pokoju panował półmrok i delikatny chłód. Minuty ciszy rozciągały się w nieskończoność, wywołując lekki niepokój w sercu Marka. Zdawał sobie sprawę z tego, że informacje, jakie dziś otrzyma, będą kluczowe i wpłyną na dalszy przebieg wydarzeń. Dlatego czuł tę specyficzną pustkę w żołądku, która przyprawiała go o zawroty głowy.

Nagle ujrzał wyłaniające się z lasu światła samochodu, który po chwili wjechał z szumem na żwirowy plac posesji. Marek tylko uśmiechnął się do siebie i wyszedł na ganek, aby przywitać dwóch mężczyzn, którzy wysiedli z auta powoli i ociężale, jakby nie zwracając uwagi na panującą wokół ulewę.

– Dzień dobry, Marku – powiedział głośno jeden z mężczyzn.

– Wejdźmy do domu, straszny ziąb dzisiaj – odparł Marek, po czym gestem zaprosił mężczyzn do środka.

Po tych słowach cała trójka weszła do domu. Marek szedł z przodu i prowadził mężczyzn prosto do swojego gabinetu, który znajdował się na końcu korytarza na parterze. Gdy tylko weszli do pokoju, starszy mężczyzna wskazał ręką dwa skórzane fotele i zamknął zasuwane drzwi.

– Napijecie się czegoś?

– Prosiłbym o odrobinę koniaku – odparł Tomasz.

Marek popatrzył pytająco na drugiego.

– Dla mnie również – rzekł ze spokojem drugi mężczyzna. – Strasznie zmarzłem.

– Zapal światło, Jarku – powiedział Marek, po czym odkorkował zieloną butelkę.

Jarek tymczasem wstał z fotela i włączył światło. Starszy mężczyzna poczuł wyraźny aromat drogiego koniaku. Nachylił butelkę i rozlał ciemnobursztynowy trunek do trzech kielichów o kulistym kształcie. Następnie odwrócił się, podał obu mężczyznom kieliszki i usiadł w fotelu.

– A więc... – przerwał na chwilkę, aby skosztować odrobiny trunku. – Na czym stoimy? – Popatrzył przenikliwie na jednego, a później na drugiego rozmówcę.

– Jesteśmy sami? – spytał Jarek.

– W domu tak... Na posesji nie – dodał Marek, spoglądając w okno.

Jarek uśmiechając się delikatnie, pokiwał spokojnie głową, następnie spoważniał, spojrzał na Marka i odparł:

– Nie stało się nic, czego żeśmy nie przewidzieli. Piotr wyjechał po dwunastej do swojego gabinetu. Siedział tam około dwóch godzin. Na początku myśleliśmy, że był sam, ale jak się potem okazało, myliliśmy się.

– Spotkał się z nim jednak? – spytał poważnie starszy mężczyzna.

– Tak. Ale to nie wszystko...

– Doprawdy? – wtrącił lekko podenerwowanym głosem Marek.

– Obaj pojechali do kościółka. Co tam się stało, nie wiemy. Jechać tą dróżką za nimi... to tak jak podejść i spytać wprost, co kombinują.

– Jasna cholera – odparł Marek, odkładając kieliszek na stoliczek, następnie przetarł obiema dłońmi twarz i wstał z fotela.

Obaj mężczyźni przyglądali mu się z pełną powagą, gdy podchodził do okna.

– Jednak nie obejdzie się bez drastycznych środków. Oto na czym teraz stoimy. Cała wczorajsza historyjka przestała się trzymać kupy, a co za tym idzie – on na pewno przestał ufać Nadii. To są błędy, które zostały popełnione osiem miesięcy temu, a za które teraz przychodzi nam płacić. Za chwilę będę musiał wykonać kilka bardzo ważnych telefonów i wszystko ustawić do jutra, do czternastej. Ja muszę mieć, kurwa, te notatki! – podniósł głos.

– A nie prościej byłoby wpaść z paroma chłopakami do jego mieszkanka i po prostu mu je zabrać? – spytał Tomasz.

Marek odwrócił się i spojrzał na niego, po czym odparł:

– Niestety nie. Notatek nie ma w jego mieszkaniu. Gdyby tam były, Marcin wykradłby je podczas swojego pobytu z Nadią w Warszawie. Zbyt wiele znaków zapytania mamy, abyśmy mogli sobie pozwolić na gwałtowne posunięcia. Tu trzeba rozwagi. Trzeba sprawić, aby on sam wyśpiewał wszystko jak na spowiedzi. – Uśmiechnął się złowrogo.

– No tak, ale w jaki sposób?

Jarek spojrzał najpierw na swojego przyjaciela, który postawił słuszne pytanie, a następnie na Marka, czekając na odpowiedź.

– Otóż każda istota na tym świecie posiada coś, czego nawet nie wyobraża sobie stracić. Dla Piotra tym czymś jest jego żona, z którą się rozstał wiele lat temu, ale wciąż czuje się zobowiązany, aby ją chronić, mimo że ona jest już z kimś innym i najprawdopodobniej ma go daleko gdzieś.

– Idealista? – rzucił lekko Tomasz.

Marek spojrzał na niego i pokiwał głową. Następnie dodał:

– Widzicie, ja nigdy nie gram z przeciwnikiem, którego w pełni nie poznam. To pozwala uniknąć wielu zaskoczeń.

A jednak nie wszystko dało się przewidzieć. W rozmowie uczestniczyły trzy osoby, ale słyszały ją cztery. Nadia stała pod drzwiami i podsłuchiwała rozmawiających mężczyzn od samego początku. Wiedziała już, że absolutnie nie może ufać Markowi, że stał się zagrożeniem dla Piotra i co gorsza, dla jego rodziny. Zgodziła się na zbyt wiele, ciągnęła tę grę zdecydowanie za długo.

W tym momencie stanęła przed wyborem, jednak pęd spowodował, że rozdarcie pomiędzy dwoma decyzjami trwało zaledwie ułamek sekundy. Nie czekając na finał rozmowy, poszła szybkim krokiem do salonu, aby zadzwonić do Piotra i ostrzec go przed wydarzeniami, jakie miały nastąpić.

Weszła do pokoju gościnnego i podeszła do hebanowego stołu, na którym stał telefon. Obok aparatu leżał czarny notes, w którym Marek zapisywał wszystkie ważne numery telefonów. Nadia doskonale wiedziała, że znajdzie w nim numer do Piotra. Przewertowała nerwowo kartki, gnąc niektóre w pośpiechu. W końcu zatrzymała się na jednej ze stron, na której dużymi czarnymi literami było napisane imię, nazwisko oraz kontakt do Piotra. Podniosła słuchawkę i wykręciła numer. Była przestraszona, wyraźnie czuła przyspieszoną akcję serca oraz swój drżący oddech.

Sygnał zdawał się przeciągać w nieskończoność, ale niestety nikt nie odbierał. Nadia odłożyła trzęsącą się ręką słuchawkę, po czym podniosła ją ponownie i jeszcze raz wybrała numer. Znowu cisza.

– Odbierz, cholera... – wyszeptała do siebie.

Łukasz schodził z góry po schodach, gdy usłyszał kogoś w salonie. Wyrwał się z chwilowego zamyślenia i odwrócił głowę, aby zobaczyć, kto to. Ujrzał Nadię stojącą tyłem do wejścia i trzymającą w ręku słuchawkę. Zwolnił swój chwiejny krok i cicho zaczął się do niej zbliżać. Nadia wciąż go nie słyszała, gdyż była zbytnio zaabsorbowana telefonem.

Dziewczyna była ubrana w obcisłe jasne spodnie oraz delikatny czarny podkoszulek, który był na tyle krótki, że lekko eksponował ciało nad spodniami. Łukasz wchodząc do salonu, nie mógł oderwać oczu od jej wąskiej talii oraz podkreślonych bioder. Pożerał ją wzrokiem, czując coraz większe podniecenie. Gdy znajdował się bardzo blisko niej, spytał:

– Do kogo dzwonisz?

Nadia podskoczyła przerażona, wypuszczając z dłoni słuchawkę, która spadła na stół ze specyficznym trzaskiem. Odwróciła się i odparła żywo:

– Chryste, Łukasz! – Jedną dłoń przyłożyła do szyi, jakby próbując złapać oddech. – Przestraszyłeś mnie.

– Przepraszam, nie chciałem – powiedział z lekkim uśmiechem i zbliżył się do niej.

Nadia uświadomiła sobie, że na stole za nią wciąż leży otwarty notes Marka z telefonem do Piotra. Cofnęła się o krok, tak że uderzyła lekko pośladkami o krawędź stołu, i zaczęła po omacku szukać notesu. Łukasz również podszedł jeden krok i delikatnie przycisnął dziewczynę do stołu.

– A więc?

– A więc co, Łukasz? – Patrzyła na niego swoimi dużymi zielonymi oczami, ciężko przy tym oddychając. Była lekko sparaliżowana.

– Do kogo dzwonisz?

W tym momencie Nadia znalazła notes i szybko go zamknęła.

– Nie wiem, o czym mówisz. – Nabrała lekkiej pewności siebie, gdy usunęła dowody. – Dzwoniłam do Niny.

– Niny? – Łukasz oparł jedną rękę na blacie stołu zaraz koło biodra dziewczyny i spytał: – Co u niej?

– Właśnie po to dzwoniłam, aby się dowiedzieć – odparła ironicznie, lecz wciąż czuła lekki niepokój.

Znała Łukasza i wiedziała, że potrafi być nieobliczalny. Łukasz tymczasem oparł drugą rękę na blacie, odcinając dziewczynie drogę ucieczki. Stał teraz nachylony nad nią i patrzył jej głęboko w oczy.

– Łukasz, puść mnie, chcę iść do pokoju – powiedziała z niesmakiem.

– Myślałem, że chciałaś dzwonić. – Zbliżył obie dłonie do jej bioder.

Nadia odwróciła się zaskoczona i spojrzała lekko w dół, na jego ręce. W tym momencie oboje usłyszeli głosy mężczyzn wychodzących z gabinetu. Łukasz uśmiechnął się do Nadii i powoli cofnął się o parę kroków. Dosłownie chwilę później Marek z mężczyznami weszli do pokoju.

– Witaj, Nadio – powiedział serdecznie. – Myślałem, że jesteś w mieście.

– Przełożyłam spotkanie – odparła wciąż lekko oszołomiona.

– Wszystko w porządku? – spytał Marek.

– Tak, muszę po prostu odpocząć.

Po tych słowach Nadia wyszła szybko z salonu i poszła do siebie do pokoju. Mężczyźni słyszeli, jak trzasnęła drzwiami. Marek spojrzał na syna pytająco. Łukasz wzruszył ramionami i zrobił pytającą minę.

– Usiądź. – Marek wskazał synowi fotel. – Właśnie cię szukałem. Jest robota, którą będziecie musieli jutro wykonać. Piotr spotkał się z Waldkiem.

Na twarzy Łukasza nie było widać żadnej reakcji, tak jakby w ogóle go to nie obchodziło.

– Dlatego – kontynuował Marek – trzeba nieco zmienić nasze plany. Chcę, abyś razem z Jarkiem i Tomaszem pojechał jutro o jedenastej rano pod kościół. Weźmiecie ze sobą automaty i poczekacie w samochodzie na naszych dżentelmenów. Waldek nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Najlepiej, jakby jeden z was potrzymał go parę godzin na muszce, to powinno dać mi wystarczająco dużo czasu na rozmowę z Piotrem. On ma być jutro w tym pokoju najpóźniej o wpół do czwartej po południu. Czy są jakieś pytania? – Popatrzył na rozmówców, ale nikt nic nie odpowiedział. – Dobrze więc. Widzimy się jutro o dziesiątej rano.

Obaj mężczyźni wstali i uścisnęli Markowi dłoń, po czym wyszli z salonu i skierowali się do głównego wyjścia. Łukasz zaś poszedł przygotować broń.

Marek patrzył jeszcze chwilę na schody, po których syn wszedł na górę, a potem opuścił wzrok. Nagle przymrużył oczy, jakby coś do niego dotarło, i podniósł głowę. Usłyszał bowiem cichuteńki i pulsujący miarowo sygnał dobiegający ze słuchawki, którą Nadia przypadkiem upuściła na biurko. Spojrzał na leżącą na blacie słuchawkę i zaraz potem na swój notes. Na jego twarzy pojawił się wyraz zastanowienia, a myśli zaczęły błądzić wokół sytuacji, jaka miała miejsce dosłownie chwilę temu. Zaczęło go zastanawiać dziwne zachowanie Nadii, za które wcześniej całkowicie obwinił Łukasza.

Podszedł do biurka, odłożył powoli słuchawkę i położył notes na swoim miejscu. Trzymał jeszcze chwilę dłoń na telefonie, po czym odwrócił się i poszedł do swojego gabinetu. Zdawał sobie sprawę z tego, że mógł wyjaśnić całą tę sytuację, rozmawiając z Nadią i Łukaszem, ale nie zrobił tego... bo się bał. Bał się, że Nadia może być winna. Dlatego też wolał wszystko przemilczeć.

Gdy znalazł się ponownie w gabinecie, zasunął drewniane drzwi i podszedł do telefonu, aby zadzwonić do swoich pracowników znajdujących się w Moskwie, w mieście, w którym obecnie mieszkała Magda, żona Piotra...

Decyzje, które zmieniają życie

Waldemar stanął przed drzwiami swojego domu usytuowanego na przedmieściach Warszawy. Widział świecące się w kuchni światło, co znaczyło, że Anna jest już w środku. Tego dnia wolał uniknąć widzenia się z nią, ale nie miał wyboru. Wyjął z przemoczonej kieszeni klucz i otworzył lekko skrzypiące drzwi. Anna stała już w przedpokoju z lekkim uśmiechem, który od razu zniknął, gdy zobaczyła Waldemara.

– Jezu, aleś przemókł. Gdzie byłeś? – spytała zatroskana i podeszła, aby go objąć.

Przytuliła się do jego przemoczonej koszuli. Waldemar objął żonę jedną ręką w tali, drugą zaś złapał jej głowę i przycisnął do piersi, wciąż milcząc.

– Kochanie, co się dzieje? – Anna podniosła lekko głowę i spojrzała pełnymi troski oczami na jego twarz.

– Nic takiego – odparł. – Muszę... muszę pójść się wykąpać. Nie chcę złapać zapalenia płuc. – Po tych słowach odsunął ją od siebie i dodał: – Jesteś taka śliczna.

Na twarzy Anny malowało się wzruszenie, ale wciąż była zaniepokojona zachowaniem męża. Waldemar jeszcze przez chwilę patrzył jej w oczy, po czym minął ją i bez słowa poszedł do łazienki. Zamknął za sobą drzwi i oparty o nie osunął się na podłogę.

– Co jest? – wyszeptał przez zęby. – Przecież prosił cię, żebyś nie jechał. – Dłonią przysłonił oczy i czoło. Na jednym z palców lśniła obrączka. – Ma przecież świętą rację, nic mu nie zrobią, zbyt wiele wie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.