Miłosne perypetie detektywów z Houston  - Diana Palmer - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Miłosne perypetie detektywów z Houston ebook

Diana Palmer

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Miłosne perypetie detektywów z Houston - Diana Palmer

A mogłem cię stracić…

Szef agencji detektywistycznej, Dane Lassiter, to mężczyzna, którego myśli krążą tylko wokół pracy. Skoncentrowany na realizacji zleceń, ignoruje uczucia zakochanej w nim sekretarki, Tess Merriwether. Wszystko zmienia się jednak, gdy Tess pada ofiarą napadu i zostaje ranna. Przerażony Dane roztacza nad nią czułą opiekę, próbując przekonać ją, że bezpieczeństwo znajdzie tylko w jego ramionach…Samotnik z wyboru Nick Reed, ceniony detektyw współpracujący z Dane’em Lassiterem, potrzebuje urlopu. Jedzie do Waszyngtonu i spotyka tam Tabby – dawną sąsiadkę, której miłość odtrącił kilka lat temu. Już wtedy wybrał samotne życie bez zobowiązań. Jednak kiedy oskarżona o kradzież sumeryjskiej wazy Tabby prosi o pomoc, Nick zgadza się wszcząć śledztwo. Ma też na uwadze własny cel – postanawia naprawić błędy z przeszłości i odzyskać serce Tabby. Cofnąć czas Kit Morris od lat skrycie podkochuje się w swoim szefie Loganie. Gdy Logan zaręcza się z kobietą o kompromitującej przeszłości, Kit ostrzega go przed nią. Jednak on, zaślepiony uczuciem, reaguje złością. Rozżalona Kit składa wymówienie. Ignoruje zabiegi byłego szefa, który robi wszystko, by odzyskać idealną sekretarkę. Lecz Kit ani myśli o powrocie - zatrudniona w agencji detektywistycznej Lassitera, dostaje swoje pierwsze zlecenie… od Logana. Czy rodzące się między nimi uczucie pomoże rozwiązać sprawę?

Opinie o ebooku Miłosne perypetie detektywów z Houston - Diana Palmer

Fragment ebooka Miłosne perypetie detektywów z Houston - Diana Palmer

Strona tytułowa
A mogłem cię stracić...
PROLOG
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI

Diana Palmer

Miłosne perypetie detektywów z Houston

Przełożyła Weronika Żółtowska

Harlequin

Warszawa 2011


Diana Palmer

A mogłem cię stracić...


PROLOG

Richard Dane Lassiter spoglądał na panoramę Houston z okna swego gabinetu w eleganckim biurowcu.

Patrzył niewidzącym wzrokiem na drobne krople deszczu spływające po szybie. W zapadającym zmroku lśniły neony i latarnie. Dane podświadomie usiłował odwlec nieuchronną konfrontację.

Lada chwila powinien przejść z gabinetu do poczekalni agencji detektywistycznej. Musiał zbesztać sekretarkę, którą uważał niemal za swoją krewną. Tess Meriwether była córką mężczyzny zaręczonego z jego matką. Nita Lassiter i Wyatt Meriwether zginęli tragicznie na krótko przed ślubem. Ich dzieci nie stały się wprawdzie powinowatymi, lecz mimo to Dane od paru lat czuł się za Tess odpowiedzialny. Dlatego, gdy dziewczyna straciła ojca, zatrudnił ją u siebie i czuwał nad nią z daleka.

Bolesne wspomnienia zawsze będą ich dzielić, ale uczucie pozostało.

Można by je nazwać miłością, gdyby nie to, że Dane za wszelką cenę chciał zachować dystans i świadomie zrażał do siebie Tess. Miał za sobą nieudane małżeństwo. Został również ciężko ranny, gdy jako teksaski strażnik tropił przestępców. Postrzał, który omal nie okazał się śmiertelny, spowodował w życiu Lassitera wielkie zmiany. Dane odszedł z policji i założył własną agencję detektywistyczną.

Skaptował do współpracy najlepszych miejscowych funkcjonariuszy. Jego firma od początku cieszyła się dobrą opinią i zaufaniem klientów. Znacznie gorzej układało się życie prywatne detektywa. Szczerze mówiąc, w ogóle go nie miał. Została mu jedynie Tess, która unikała go jak ognia.

Lassiter odszedł od okna. Był wysoki i szczupły.

Poruszał się zwinnie i lekko; głowę nosił wysoko i patrzył na ludzi z góry. Wygląd i postawa detektywa pozwalały się domyślać, że w jego żyłach płynie hiszpańska krew. Odziedziczył po przodkach czarne oczy i włosy oraz ciemną karnację. Był przystojnym mężczyzną, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Od lat unikał kobiet; nie obchodziło go, czy może się podobać.

Matka znienawidziła go, bo zbytnio przypominał ojca, który porzucił rodzinę, kiedy Dane był małym chłopcem.

Pragnął okazać matce, jak bardzo ją kocha, ale Nita po prostu nie miała dla niego czasu. Obojętność matki pozostawiła głęboką skazę w jego osobowości. Ożenił się, gdy pracował w policji Houston, jeszcze nim postanowił zostać teksaskim strażnikiem. Jane poślubiła jednak nie człowieka, tylko twarzowy uniform; to ją w narzeczonym najbardziej pociągało. Wspólne życie nie układało się dobrze. Dane nie mógł dać żonie tego, czego najbardziej pragnęła. Szybko doszła do wniosku, że popełniła niewybaczalny błąd. Odsunęła się od męża, nie chciała z nim sypiać, a w końcu uznała, że ma go dość. Gdy Dane został ranny, odeszła, zanim opuścił szpital. Gdyby nie Tess, musiałby samotnie zmagać się z tamtym koszmarem.

Na ironię losu zakrawało, że Tess była w nim zakochana. Dane myślał o tym z goryczą. Poznał ją jako nastolatkę; właśnie skończyła szkołę. Wyatt Meriwether zaniedbywał córkę, podobnie jak Nita Lassiter swego syna. Oddał ją babci na wychowanie, by mieć czas na liczne romanse. Niewinna i łagodna Tess pociągała Dane’a bardziej niż jakakolwiek inna kobieta. Po dziś dzień wstyd mu było, że tak źle ją potraktował w czasie swojej rekonwalescencji.

Siła uczuć, jakie dla siebie żywili, z niczym nie dała się porównać. Dane usiłował zdusić je w zarodku. Nie lubił kobiet i nie miał do nich zaufania. A jednak Tess znalazła drogę do jego serca. Nikt go dotąd tak nie kochał. Stracił ten dar losu, ulegając nagłemu wybuchowi namiętności; tak bardzo przestraszył Tess, że od tej pory trzymała się od niego z daleka.

Dane niecierpliwym gestem odgarnął ciemne włosy.

Dość tych wspomnień. Nic dobrego z nich nie wynika.

Życie przynosiło nowe problemy. Tess umyśliła sobie, że zostanie prywatnym detektywem w jego agencji. Ta praca bywała niebezpieczna. Dane niechętnie przydzielał ryzykowne zadania Nickowi oraz jego siostrze, Helen. Jednym z nich była zasadzka na groźnego przestępcę, której Tess przez głupotę i nieuwagę omal nie udaremniła. Trzeba jej za to porządnie natrzeć uszu.

Niewiele brakowało, by zdekonspirowała jego agentów.

Nie można ryzykować kolejnej takiej wpadki. Poza tym Tess musi się pożegnać z marzeniami o posadzie detektywa. Ryzyko było zbyt wielkie. Helen uległa prośbom dziewczyny, nauczyła ją chwytów skutecznych w samoobronie i pokazała, jak obchodzić się z bronią, chociaż Dane nie życzył sobie, by jego agencja przekształciła się w szkółkę dla początkujących detektywów. Tess była tak uparta, że w końcu zrobił dla niej wyjątek. Drżał na samą myśl, że mogłaby wykonywać ryzykowną pracę detektywa. W biurze była całkiem bezpieczna. Gdyby zmieniła posadę... Na szczęście nic nie wskazywało na to, by do tego doszło.

Należało jak najszybciej załatwić sprawę niefortunnego zachowania się Tess podczas zasadzki na podejrzanego. Dane przypomniał sobie, jak po raz pierwszy ujrzał Tess w restauracji, gdzie Nita i Wyatt po zaręczynach umówili się na spotkanie z dwójką dorosłych dzieci. Dane udawał, że poczuł niechęć do jasnowłosej nastolatki, która od pierwszej chwili pociągała go jednak z wielką siłą. Dla dorosłego, żonatego mężczyzny był to powód do niepokoju. Jane przyszła z nim na spotkanie, ale była tak uszczypliwa i arogancka, że odesłał ją taksówką do domu. Tess stanowiła jej przeciwieństwo. Była nieśmiała, milcząca i wyraźnie nim zainteresowana.

Na samą myśl o tym Dane machinalnie napiął mięśnie. Od pierwszej chwili pragnął Tess i mijające lata tego nie zmieniły. Żył samotnie. Miał ważny powód, dla którego nie pragnął trwałego związku, a tym bardziej małżeństwa. Męska duma nie pozwalała mu rozpamiętywać tej sprawy.

Skrzywił się i podszedł do drzwi oddzielających gabinet od sekretariatu i poczekalni. Nie można w nieskończoność odwlekać tej rozmowy. To byłby objaw tchórzostwa, a tego nikt mu nie śmiał zarzucić. Obawiał się jednak, że nie będzie w stanie patrzeć na smutną twarz bezlitośnie karconej dziewczyny. Nie chciał, by znów przez niego cierpiała. Bóg jeden wie, ilu zmartwień przysporzył jej przez te wszystkie lata.

Z drugiej strony jednak Tess powinna sobie uświado mić, że w ich pracy obowiązują żelazne zasady, których trzeba przestrzegać. Jeśli raz przymknie oczy na jej głupi postępek, kolejny błąd może kosztować ją życie. Nie wolno ryzykować.

Z ponurą miną położył dłoń na klamce i otworzył drzwi.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tess Meriwether westchnęła ciężko. W napięciu zerkała na drzwi, czekając, aż otrzyma zasłużoną karę. Dzisiejszy dzień trudno było zaliczyć do udanych. Po tym, jak omal nie zdekonspirowała pary detektywów, szef traktował ją jak powietrze. Miała nadzieję, że zdoła się wymknąć ukradkiem, nim Dane wyjdzie z gabinetu, by zmyć jej głowę.

Uporządkowała biurko, zerknęła na zegar ścienny i z ulgą sięgnęła po płaszcz. Był to szykowny trencz – idealny strój dla detektywa. Była uradowana i dumna, kiedy go kupiła. Spełniło się marzenie wielkiej miłośniczki kryminałów. Praca w agencji Dane’a była interesująca, mimo że Dane uparcie odmawiał, ilekroć chciała pomóc w wykonaniu zlecenia. Przysięgła sobie w duchu, że pewnego dnia zostanie detektywem mimo protestów nadopiekuńczego szefa.

– Dokąd się wybierasz? – usłyszała nagle znajomy głos. Dane niespodziewanie stanął w drzwiach. W trzyczęściowym garniturze wyglądał jak główny bohater kryminału. Niechętnie odwróciła wzrok. Wprawdzie przed trzema laty potraktował ją okropnie, ale wciąż lubiła na niego patrzeć.

– Idę do domu – odparła. – Masz coś przeciwko temu?

– Owszem. – W milczeniu dał jej znak ręką, by poszła za nim do gabinetu. Zamknął drzwi i stanął obok niej. Mimo woli spostrzegł, że napięła mięśnie, jakby szykowała się do ucieczki. Ta reakcja była łatwa do przewidzenia. Zasłużył sobie na niechęć Tess, ale wyrzuty sumienia nie łagodziły bólu.

– Zapowiedziałem ci, że podczas akcji masz się trzymać z daleka od naszych ludzi – rzucił Dane tonem znacznie ostrzejszym, niż zamierzał.

– Nie zrobiłam tego umyślnie – odparła Tess, nawijając na palec kosmyk jasnych włosów. – Zobaczyłam Helen i pomachałam jej ręką. Wiedziałam o planowanej zasadzce, ale byłam przekonana, że zaczaicie się na podejrzanych wczesnym rankiem w jakimś ustronnym miejscu. Nie przyszło mi do głowy, że para detektywów zaszyła się na całe popołudnie w sklepie z zabawkami.

Byłam pewna, że Helen kupuje prezent bratankowi swego chłopaka. – Tess zerknęła na Dane’a. Miała duże szare oczy. – Nie zdradziłeś mi żadnych szczegółów tej akcji. Powiedziałeś tylko, że nie wolno mi się do tego mieszać. Miałam się trzymać z daleka. Z daleka od czego? – perorowała z irytacją. – Houston to duże miasto. Zwykli ludzie, w przeciwieństwie do teksaskich strażników, nie zastanawiają się nad tym, że może coś im grozić. Trzeba jasno i wyraźnie określić, gdzie nie powinni chodzić!

Dane wysłuchał tyrady swojej sekretarki z kamienną twarzą. Nie odrywał od niej ciemnych oczu.

Nagle uśmiechnął się prowokująco.

Stali nieruchomo.

Rozległo się ciche pukanie. Przez uchylone drzwi do gabinetu zajrzała brunetka w eleganckim kostiumie.

Była to Helen Reed. Zerkała z obawą na szefa.

– Czy mogę iść do domu? – zapytała cicho. Zapadło milczenie. Dziewczyna dodała nieśmiało: – Minęła piąta.

– Weź magnetofon i pomóż bratu. Może coś nagracie. Nick sam nie znajdzie dowodów przeciwko niewiernemu mężowi.

– Wykluczone! – odparła Helen. – Nie zamierzam tkwić z moim braciszkiem pod drzwiami pokoju wynajętego na godziny, skąd będą do nas dochodzić jęki i okrzyki wywołujące rumieniec na policzkach. Taka robota z Nickiem? Stanowczo odmawiam! Kochany braciszek zbytnio działa mi na nerwy! Poza tym mam randkę z Haroldem!

– Miałaś uświadomić tej młodej damie – mruknął Dane, ruchem głowy wskazując sekretarkę – gdzie zastawiacie pułapkę na podejrzanego, żeby się tam nie plątała.

– Moja wina! Przepraszam – jęknęła rozpaczliwie Helen.

– Przeprosiny to za mało. Pomóż Nickowi. To będzie pokuta. W przeciwnym razie stracisz posadę.

– Jeśli mnie zwolnisz – stwierdziła nonszalancko Helen – zatrudnię się w wydziale komunikacji, a wówczas lepiej nie składaj wniosku o rejestrację auta, bo i tak niczego nie załatwisz. Po moim trupie!

– Czyżbyś zapomniała, że dwa lata przepracowałem w miejscowej policji i mam tam wielu znajomych?

Helen z żałosnym westchnieniem podeszła bliżej, ostentacyjnie padła na kolana i pochyliła się, zamiatając podłogę długimi ciemnymi włosami. Zrobiła to z wdziękiem baletnicy. Nie na darmo brała lekcje klasycznego tańca.

– Na miłość boską! Przestań się wygłupiać. Idź do domu – rzucił zniecierpliwiony Dane i dodał mściwie:

– Mam nadzieję, że Harold zafunduje ci pizzę z tuńczykiem.

– Dzięki, szefie. Tak się składa, że uwielbiam tuńczyka! – Helen z uśmiechem pomachała Lassiterowi na pożegnanie. Zniknęła za drzwiami, nie dając mu czasu na zmianę decyzji.

– Cóż za arogancja! Wkrótce usłyszę, że należy jej się urlop na Bahamach. – Dane niecierpliwym gestem odgarnął włosy. Niesforny kosmyk opadł mu na czoło.

Tess pokręciła głową.

– Helen woli Jamajkę. Wiem, bo pytałam.

Dane chodził niespokojnie po gabinecie. Tess obserwowała go ukradkiem. Miał sylwetkę kowboja – zwycięzcy rodeo: szerokie ramiona, wąskie biodra, długie mocne nogi. Gdy był zmęczony, dawały o sobie znać rany odniesione podczas strzelaniny sprzed trzech lat i wówczas lekko utykał. Teraz wydawał się znużony.

Po trzech latach znajomości Tess nadal trochę się go obawiała, ale potrafiła ukryć lęk. Wiedziała, jak stawić czoło ukochanemu mężczyźnie. Raz jeden zapomniał się przy niej i to wystarczyło, by straciła ochotę na upojne sam na sam.

Poczuła na sobie uporczywe spojrzenie. Miała wrażenie, że Dane czyta w jej myślach. Na policzki wystąpiły jej rumieńce.

– Zawstydzona? – rzucił ironicznie. Jego taksujący wzrok wprawiał w zakłopotanie nawet starych policjantów.

– Zastanawiałam się, co bym czuła, gdyby przyszło mi złapać na gorącym uczynku niewiernego męża – skłamała i mocniej ścisnęła torebkę. – Muszę już iść.

– Randka? Nie możesz się doczekać, kiedy padniesz mu w ramiona? – rzucił obojętnie.

Tess unikała mężczyzn, ale nie chciała, żeby Dane o tym wiedział. Z uśmiechem wzruszyła ramionami i wyszła.

Zapadł zmrok; było chłodno. Blask ulicznych latarni w niewielkim stopniu rozpraszał mrok. Zimowy wieczór był mglisty, ponury i smutny. Tess zapięła płaszcz i powlokła się w stronę stojącego na parkingu auta.

Jeździła małym importowanym samochodem. Dzisiejszy wieczór będzie taki sam jak inne. Miała go spędzić samotnie w mieszkanku zwanym szumnie własnym domem. Urządziła je najlepiej, jak mogła: mała kuchenka, łazienka, pokój z rozkładaną kanapą, stanowiący zarazem salon i sypialnię. Wieczorami oglądała stare filmy, aż poczuła zmęczenie; wtedy szła do łóżka.

Kolejny wieczór będzie taki sam jak poprzedni. Zmieni się jedynie tytuł filmu.

Do niedawna mogła oglądać ulubione starocie w towarzystwie Kit Morris, przyjaciółki i sąsiadki w jednej osobie, która pracowała w pobliżu agencji. Tak się jednak złożyło, że szef Kit wyjechał na dwa miesiące w interesach, a sekretarka, ciesząca się całkowitym zaufaniem, musiała towarzyszyć szefowi; była dyspozycyjna, co miało znaczny wpływ na wysokość jej pensji.

Tess bardzo tęskniła za nieco starszą od niej przyjaciółką. Często się spotykały – także w pracy, bo agencja detektywistyczna Lassitera dostawała od szefa Kit wiele zleceń, odkąd za jej pośrednictwem znaleziono matkę milionera – szaloną kobietę, skłonną do ryzykownych eskapad.

Po wyjeździe sąsiadki Tess była osamotniona. Nie miała się komu zwierzyć. Lubiła Helen i uważała ją za przyjaciółkę, ale nie mogła wyznać koleżance z pracy, że Dane Lassiter złamał jej serce.

Zarzuciła torbę na ramię i wsunęła ręce do kieszeni płaszcza. Pomyślała, że jej życie przypomina tę okropną noc: chłód, pustka, samotność.

Gdy zamknęły się za nią drzwi wejściowe biurowca, spostrzegła dwóch elegancko ubranych mężczyzn rozmawiających w blasku ulicznej latarni. Obserwowała ich z ciekawością, gdy dokonywali wymiany: otwarty neseser wypełniony plastikowymi torebkami z białą zawartością za gruby pakiet banknotów. Minęła nieznajomych, uśmiechnęła się z roztargnieniem, skinęła im głową i poszła dalej. Nie zdawała sobie sprawę, że wprawiła obu panów w osłupienie. Zmierzała w stronę parkingu.

– Widziała? – zapytał jeden z mężczyzn.

– O rany! Pewnie, że tak! Za nią!

Tess nie słyszała tej rozmowy, ale zaniepokoił ją dobiegający z tyłu odgłos kroków. Odwróciła się powoli i ujrzała biegnących mężczyzn. Miała wrażenie, że chcą jej zrobić krzywdę. Krzyczeli coś. Osłupiała ze strachu.

Nie była w stanie zrobić kroku. Nagle blask latarni zalśnił na metalowym przedmiocie trzymanym przez jednego z biegnących. Nim się zorientowała, że to świetlny refleks wypolerowanej lufy pistoletu, rozległ się głośny trzask i coś uderzyło ją w ramię. Krzyknęła, zachwiała się i upadła na asfalt.

– Zabiłeś ją! – krzyknął jeden z mężczyzn. – Ty idioto! Wsadzą nas za za morderstwo, a nie za handel kokainą!

– Zamknij się! Daj pomyśleć! Może nie zginęła na miejscu...

– Wiejmy stąd! Na pewno ktoś usłyszał strzały!

– O rany! Ta kobieta wyszła z budynku, w którym mieści się agencja detektywistyczna – jęknął facet z pistoletem w dłoni.

– Coraz lepiej! Wspaniałe miejsce na sfinalizowanie transakcji. Wiejmy! To syreny radiowozów!

Przestępca się nie mylił. Nadjechał patrol zaalarmowany przez wystraszonego przechodnia. Radiowóz zablokował wyjazd z parkingu. W świetle reflektorów policjanci ujrzeli dwóch mężczyzn pochylonych nad osobą leżącą nieruchomo na asfalcie.

– O rany! – krzyknął jeden z przestępców. – Wiejmy!

Tess jak przez mgłę słyszała tupot kroków. Była w szoku. Daremnie próbowała się podnieść. Asfalt pod jej policzkiem był wilgotny i chropowaty. Nic więcej nie czuła.

– Kogoś postrzelili! – dobiegł ją nieznany głos.

– Trzeba ich zatrzymać!

Usłyszała kilka wystrzałów. Stopy w czarnych butach przemknęły obok jej twarzy. Dwaj policjanci ścigali eleganckich przechodniów.

– Tess!

W pierwszej chwili nie rozpoznała głosu Dane’a. Jej szef był zawsze opanowany i chłodny. Rzadko się denerwował i mówił głośno.

Ostrożnym ruchem odwrócił zszokowaną dziewczynę. Patrzyła na niego niewidzącym wzrokiem. Czuła, że jej ramię staje się wilgotne, ciężkie i gorące. Chciała opowiedzieć, co się stało, ale nie była w stanie wykrztusić słowa.

Dane od razu dostrzegł ciemną plamę na rękawie płaszcza. Tkanina szybko nasiąkała krwią płynącą obficie z rany.

– Boże! – jęknął rozpaczliwie, ale zachował kamien ną twarz, nie ujawniając swych obaw. Tylko oczy lśniące od gniewu płonęły jak dwie ciemne gwiazdy.

– Jest ranna? – zapytał jeden z policjantów, podbiegając z pistoletem w dłoni do leżącej nieruchomo dziewczyny. Ukląkł obok Tess.

– Tak. Niech pan wezwie karetkę. – Dane na moment podniósł wzrok. – Szybko. Dziewczyna bardzo krwawi.

Policjant ruszył pędem do radiowozu.

Dane nie tracił czasu. Zsunął płaszcz z ramienia Tess.

Skrzywił się, widząc rozdarty pociskiem rękaw bluzki.

Krew płynęła obficie. Lassiter zaklął, oczyścił ranę czystą chusteczką do nosa i mocno ucisnął, by zatrzymać krwawienie. Nie zwrócił uwagi na okrzyk bólu, który wyrwał się z ust rannej.

– Cicho – próbował ją uspokoić. – Nie ruszaj się, maleńka. Jestem przy tobie. Wszystko będzie dobrze.

Tess drżała. Łzy spływały jej po policzkach. Zaczęła odczuwać ból dopiero, gdy Dane zrobił prowizoryczny opatrunek. Bardzo cierpiała. Krzyknęła, gdy owinął ranę chusteczką i mocno zacisnął opaskę.

Lassiter zdjął płaszcz i przykrył drżącą z zimna dziewczynę. Wsunął jej torbę pod stopy, by zapobiec omdleniu. Potem zajął się obficie krwawiącą raną. Tess zdawała sobie sprawę, że jej stan jest poważny, ale miała świadomość, że znajduje się w dobrych rękach, i dlatego nie uległa panice. Obecność Dane’a dodawała jej otuchy. Bywał okrutny, ale w potrzebie mogła na nim polegać.

– Czy wykrwawię się na śmierć? – zapytała spokojnie.

– Wykluczone. – Dane spojrzał na jadący w ich kierunku radiowóz. Mamrotał przekleństwa, jakich Tess do tej pory nie słyszała z jego ust. Zerwał się na równe nogi i krzyknął do policjanta: – Nie czekamy na karetkę.

Dziewczyna się wykrwawi, zanim lekarz tu dojedzie.

Niech mi pan pomoże umieścić ją w aucie.

– Przed chwilą dostałem wiadomość od kolegi. Złapał jednego z tych łobuzów – oznajmił policjant, wraz z Dane’em przenosząc ranną na tylne siedzenie. – Jeśli nie zjawi się tutaj, nim uruchomię silnik, będzie musiał piechotą wrócić na posterunek.

– Jasne. – Dane ułożył głowę Tess na swoich kolanach. – Ruszajmy.

Gdy rozległ się warkot silnika, na parking wbiegł funkcjonariusz prowadzący skutego kajdankami mężczyznę. Dane zacisnął pięści.

– Wezwałem patrol. Już tu jadą – zawołał siedzący za kierownicą policjant do kolegi. – Mamy tu ranną dziewczynę. Dasz sobie radę?

– Pewnie! Zawieź ją do szpitala – usłyszał w odpowiedzi.

Kierowca prowadził z wyczuciem, którego Tess pewnie by mu pozazdrościła, gdyby nie cierpiała tak bardzo z powodu bólu i mdłości.

Po kilku minutach radiowóz zatrzymał się przed izbą przyjęć szpitala miejskiego. Ranna nie miała o tym pojęcia. Straciła przytomność.

Kiedy otworzyła oczy, było całkiem jasno. Zamrugała powiekami. Była lekko oszołomiona. Całkiem przyjemne uczucie. Bark i ramię były spuchnięte i zbolałe.

Poruszyła się i dopiero wówczas spostrzegła, że jest podłączona do kroplówki i aparatury medycznej.

– Uważaj – mruknął Dane siedzący na krześle przy szpitalnym łóżku. – Podłączanie tych wszystkich rurek po raz drugi nie będzie przyjemne.

– Było ciemno... – wymamrotała sennym głosem, odwracając głowę w jego stronę. – Gonili mnie tamci dwaj. Jeden z nich chyba mnie postrzelił.

– Zgadza się – odparł Dane. – To byli handlarze narkotyków. Co się właściwie stało? Weszłaś przypadkiem między przestępców i policję? Była jakaś strzelanina?

– Nie – odparła z wysiłkiem. – Widziałam, jak tamci faceci finalizowali transakcję. Wpadli w panikę, a ja byłam tak roztargniona, że początkowo nie skojarzyłam, co się dzieje. Dopiero kiedy za mną pobiegli, doznałam olśnienia.

– Widziałaś, jak wymieniali narkotyki i pieniądze?

– Dane znieruchomiał. Znużona pacjentka pokiwała głową.

– Obawiam się, że miałam tę wątpliwą przyjemność.

– Jeśli dobrze ci się przyjrzeli i rozpoznali budynek, z którego wyszłaś... – Dane gwizdnął cicho.

– Jeden zdołał uciec, prawda?

– Ten, który do ciebie strzelał – odparł ponuro.

– Drugiego policja nie może zbyt długo przetrzymywać w areszcie. Zbyt mało na niego mają. Złapali łobuza, ale lada chwila wyjdzie za kaucją. Jeśli zdecydujesz się zeznawać, pójdzie do pudła za handel narkotykami.

– Jego kumpel do mnie strzelał – przypomniała mu Tess. – To wspólnicy. Nie można go oskarżyć o współudział?

– Kto wie? Trudna sprawa. Nie potrafię się w tym wszystkim rozeznać.

– Na pewno sobie poradzisz – mruknęła sennym głosem. – Tylu przestępców wpakowałeś już za kratki...

– Znam ich sposób myślenia – przyznał Dane, mrużąc ciemne oczy – ale tym razem nie potrafię zebrać myśli, bo napadli na bliską mi osobę.

Tess miała wrażenie, że śni. Czyżby Dane się o nią martwił? Bezsensowne mrzonki! Przecież był do niej uprzedzony. I cóż z tego, że kierowany litością zatrudnił niedoszłą powinowatą, gdy straciła ojca? Wyjątek potwierdza regułę. Był wrogo nastawiony do Tess, więc dlaczego miałby się o nią martwić?

– Jak się dzisiaj czujesz? – zapytał, pochylając się nad pacjentką, która mimo woli podziwiała grę jego mięśni pod cienką koszulą.

– Lepiej niż ostatniej nocy. – Odruchowo dotknęła opatrunku. – Co ze mną robili lekarze?

– Wyjęli kulę. Kaliber trzydzieści osiem. – Wyciągnął z kieszeni pocisk i pokazał go Tess. – Pamiątka.

Możesz go sobie umieścić w gablotce.

– Wolałabym, żeby policja umieściła za kratkami faceta, który mnie postrzelił – odparła Tess. Dane kpiąco uniósł brwi.

– Przekażę tę odkrywczą uwagę miejscowym funkcjonariuszom.

– Czy mogę wrócić do domu?

– Jeszcze za wcześnie. Najpierw musisz odzyskać siły. Straciłaś dużo krwi. Operowali cię pod narkozą.

– Helen będzie wściekła, gdy się dowie o tej przygodzie – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. – Jest prywatnym detektywem i ciągle ryzykuje, a tymczasem bandyci wzięli na cel zwyczajną sekretarkę.

– O, tak – przyznał Dane. – Nasza urocza koleżanka pozielenieje z zazdrości. – Długo nie odrywał zmrużonych ciemnych oczu od bladej twarzy otoczonej wijącymi się jasnymi włosami.

– Pytałeś, jak się czuję. Zapewniam, że całkiem nieźle, choć nie wiem, dlaczego cię to interesuje. Przecież mnie nienawidzisz – powiedziała sennym głosem, by przerwać milczenie. Przymknęła powieki.

Głos Tess cichł z wolna. Musiała odpocząć. Dane pozostawił jej słowa bez odpowiedzi, ale wyraz jego oczu dowodził, że byłby w rozpaczy, gdyby jedyna bliska mu osoba straciła życie.

Za wszelką cenę starał się ukryć swoje uczucia, a zatem trudno się dziwić, że Tess przypisywała mu nienawiść. Udawał obojętnego, gdy go unikała. Ratował swoją dumę, udając, że celowo robi jej przykrości, żeby wreszcie się od niego odczepiła.

Ciche pukanie do drzwi wyrwało go z zadumy. Do separatki weszła uśmiechnięta pielęgniarka. Sprawdzała odczyty na wskaźnikach aparatury medycznej.

– Miała szczęście, prawda? – rzuciła z roztargnieniem, spoglądając na termometr. – Gdyby kula poszła trochę bardziej w bok, byłoby po niej.

Ta przypadkowa uwaga całkiem zbiła z tropu Dane’a.

Mrugał powiekami, spoglądając na śpiącą Tess. Gdyby jej zabrakło, zostałby na świecie sam jak palec. Nie miałby nikogo.

Przerażony tą myślą nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Wymamrotał jakieś usprawiedliwienie i wybiegł ze szpitalnego pokoju. Ruszył w głąb korytarza, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. Starał się myśleć tylko o swoim białym mercedesie, który Helen na prośbę szefa zostawiła pod szpitalem, gdy Tess była operowana. Przypomniał sobie, że obiecał wpaść do biura i przekazać informację o stanie zdrowia rannej koleżanki. Spojrzał na zegarek; jego podwładni zapewne są już w agencji. Potem zajrzy do siebie, żeby wziąć prysznic i zmienić ubranie.

Wyszedł z budynku i odnalazł auto. Westchnął ciężko i wsiadł. Nie od razu uruchomił silnik. Jego wzrok przykuła czerwona plamka na rękawie marynarki. Krew Tess. Poprzedniego wieczoru patrzył bezradnie, jak uchodzi z niej życie. Niewiele brakowało, by Tess umarła w jego ramionach.

Do niedawna była pogodną, zawsze uśmiechniętą dziewczyną, która za wszelką cenę pragnęła sprawić mu radość. Nie ulegało wątpliwości, że była w nim zakochana. Dane zacisnął powieki. Sam zabił tę miłość. Przeraził śmiertelnie Tess, gdy jak ostatni gbur uległ żądzy silniejszej niż wszelkie skrupuły i próbował zdobyć tę dziewczynę, nie zważając na jej opór. Chciał ją mieć; nie próbował zapanować nad tym pragnieniem. Nie potrafił okazać czułości i śmiertelnie przeraził Tess. Nie zrobił tego umyślnie, ale całkiem możliwe, że ujawnił się w ten sposób podświadomy lęk przed dziewczyną, która mogła się stać najważniejszą osobą w jego życiu. Usiłował zapobiec owemu uzależnieniu. Nieudane małżeństwo sprawiło, że był nieufny jak skrzywdzone zwierzę.

Z goryczą wspominał pierwsze spotkanie z Tess...

Po wieczorku zapoznawczym w restauracji, podczas którego ojciec Tess i matka Dane’a czynili wysiłki, by stworzyć pozory rodzinnego szczęścia, nastolatka i młody policjant widywali się tylko w święta. Dane i jego żona Jane byli coraz bardziej poróżnieni. Nita, nie bez złośliwej satysfakcji, oznajmiła synowi, że młodsza pani Lassiter romansuje z innym mężczyzną. Można by pomyśleć, że niewierność Jane i cierpienie syna sprawiły jej osobliwą przyjemność.

Dane’a czekało wiele trudnych chwil. W dniu gdy Wyatt Meriwether i Nita Lassiter ogłosili swoje zaręczyny, został poważnie ranny w strzelaninie, do której doszło podczas napadu na bank. Jego życie wisiało na włosku.

Tess przyjechała do szpitala najszybciej, jak mogła.

Przywiózł ją ojciec. Kiedy zorientował się, że Nita siedzi w domu, a Jane jest nieuchwytna, postanowił się ulotnić.

Tess została przez całą noc i następny dzień. Wyjaśniła pielęgniarkom, że wkrótce będzie przybraną siostrą rannego, który nie ma innej rodziny. Pozwolono jej czuwać przy nim na oddziale intensywnej terapii. Trzymała go za rękę, ocierała spocone czoło i z lękiem obserwowała groźne rany na plecach, ramieniu i udzie.

Kule przeszły na wylot przez ciało.

– Będę chodzić? – dopytywał się Dane zbolałym głosem, ledwie odzyskał przytomność.

– Oczywiście – zapewniła z uśmiechem. Dotknęła jego policzka i odgarnęła z czoła potargane włosy.

Czuła, że ma prawo do takich czułych gestów. Ranny przymknął oczy.

– Gdzie jest moja matka? – jęknął. Po chwili dodał chrapliwym szeptem: – A Jane?

Tess milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

– Sypia z moim najbliższym współpracownikiem – powiedział głucho Dane, otwierając szeroko czarne oczy roziskrzone nienawiścią. – Sam mi powiedział...

Tess zmarszczyła brwi.

Ranny uśmiechnął się z goryczą i ponownie zapadł w sen.

Następne tygodnie przyniosły wiele przykrych niespodzianek. Jane przyszła do szpitala tylko raz. Była zakłopotana, ponieważ zjawiła się jedynie po to, by oznajmić, że złożyła pozew o rozwód. Zamierzała powtórnie wyjść za mąż, gdy tylko rozprawa dobiegnie końca. Matka rannego wpadła na moment. Uchyliła drzwi, zajrzała do pokoju i stwierdziła, że syn nie zamierza przenieść się na tamten świat. Uspokojona pojechała żeglować z Wyattem. Tess była wściekła na bliskich rannego; nie odstępowała od szpitalnego łóżka.

Obojętność rodziny nie była ostatnim ciosem, jaki spadł na Lassitera. Okazało się, że postrzał w plecy będzie miał trwałe skutki, a zatem Dane nie będzie w stanie pracować jako policjant w pełnym wymiarze godzin.

Na wieść o tym chory popadł w głębokie przygnębienie.

– I cóż ci przyjdzie z tego, że będziesz się zamartwiać? – tłumaczyła cierpliwie Tess, zaniepokojona wyrazem twarzy chorego. Uklękła obok jego krzesła i przez kilka minut mocno ściskała silną dłoń. – Nie wolno się poddawać, Dane – przekonywała. – Nie jest wcale przesądzone, że będziesz musiał odejść z policji, chociaż trzeba się liczyć z taką możliwością. Nie daj sobie odebrać nadziei.

– Jak? Najgorsze już się stało – odparł krótko i odwrócił wzrok. – Po co tu ze mną siedzisz? Szkoda czasu.

– Wkrótce staniemy się rodziną – przypomniała mu.

– Chcę, żebyś wyzdrowiał.

– Niepotrzebna mi smarkata siostrzyczka.

– Będziesz na mnie skazany, gdy nasi rodzice wezmą ślub – odparła z pobłażliwym uśmiechem. – Dość tych ponurych min. Przecież jesteś twardzielem. Teksaski strażnik nie poddaje się tak łatwo. Przez jakiś czas będziesz w gorszej formie. I co z tego? Wierz mi, Dane, z twoim doświadczeniem w ściganiu przestępców na pewno znajdziesz ciekawą pracę. Los wyrzuca cię drzwiami? Trudno, wejdziesz oknem. Z pewnością szybko wpadniesz na dobry pomysł, jeśli tylko zechcesz popatrzeć na swoją sytuację w takim świetle.

Dane milczał, ale z uwagą przysłuchiwał się wywodom swojej opiekunki. Zmrużył lekko powieki i popatrzył jej prosto w oczy.

– Nie lubię kobiet – oznajmił.

– Tak sądziłam. Muszę przyznać, że nie miałeś do nich szczęścia.

– Ożeniłem się z Jane na złość matce. Nie będę się wypierał, że pragnąłem tej dziewczyny. Ona chciała mieć dom i dzieci. To jej największe marzenie. – Odwrócił twarz, jakby wspomnienie o nieczułości Jane sprawiało mu ból. – Odejdź, Tess. Dość tej zabawy w siostrę miłosierdzia.

– Wykluczone. – Tess wzruszyła ramionami. – Jeśli odejdę, kto ci wybije z głowy skłonność do użalania się nad sobą?

– Idź do cholery! – burknął i groźnie popatrzył jej w oczy. Uśmiechnęła się na dowód, że trudno ją przestraszyć. Była uradowana, że otrząsnął się z apatii, w którą popadł, kiedy mu powiedziała, że chyba będzie musiał zrezygnować z pracy.

– Znów jesteś sobą – rzuciła ironicznie. – Masz ochotę na filiżankę kawy?

Po chwili wahania z irytacją skinął głową, jakby miał dość tej ciągłej troskliwości. Tess zerwała się skwapliwie i wybiegła z pokoju na korytarz, gdzie stał automat z kawą. Do tej pory żadna kobieta nie zachowywała się tak wobec Lassitera. Był zbity z tropu, bo Tess postanowiła się nim zaopiekować i okazała mu troskę. Nitę interesowało jedynie to, co syn może dla niej zrobić.

Jane okazała się jeszcze większą egoistką. Tess była ulepiona z innej gliny. Dzieliło ich tak wiele, że Lassiter czuł się zaniepokojony – tym bardziej że śliczna i miła dziewczyna wkradła się podstępnie do jego serca. Odczuwał wobec niej nie tylko wdzięczność. Gdy ukradkiem zerkał na zgrabną postać, pożądanie ogarniało go z nieznaną dotąd siłą. Pragnął jej bardziej niż Jane, co mogło mu z czasem przysporzyć kłopotów. Tess miała zaledwie dziewiętnaście lat. Z drugiej strony jednak, podobnie jak większość jej rówieśniczek, zapewne miała już za sobą pierwsze doświadczenia erotyczne. W dzisiejszych czasach to niemal oczywiste. Dane przymknął oczy. Pomyśli o tym jutro. Na wszystko przyjdzie pora.

Posłuchał rady Tess i zastanawiał się, co mógłby robić w przyszłości. Zagryzł usta i rozważał kolejne warianty.

Uśmiechnął się, gdy przyszedł mu do głowy ciekawy pomysł.

Przez kilka tygodni Tess przychodziła regularnie.

Przesiadywała w jego separatce, a później w mieszkaniu, bawiąc rekonwalescenta rozmową. Dane milcząco zgodził się na te odwiedziny i przestał się mieć na baczności.

Z wolna stawali się sobie bliscy. Dane walczył z coraz silniejszym pożądaniem.

Nie mógł się pochwalić wielkimi sukcesami. Chroniczne napięcie usunęło w cień potrzebę ciepła i życzliwości.

Pewnego dnia był wyjątkowo podminowany. Przewracał się w łóżku z boku na bok.

– Znowu ty? Czego chcesz, do jasnej cholery? – zapytał lodowatym tonem, gdy Tess weszła do separatki.

– To proste. Żebyś wyzdrowiał – odparła spokojnie.

Przywykła do wybuchów gniewu i nagłych zmian nastroju Dane’a.

– Wynoś się. – Dane opadł na poduszkę i zamknął oczy. – Uciekaj. Spóźnisz się do szkoły.

– Zdałam już wszystkie egzaminy. Poza tym są wakacje.

– Idź do pracy.

– Zapisałam się na kurs dla sekretarek.

– A w ciągu dnia pracujesz?

– W pewnym sensie.

– Jak to? – Zaciekawiony Dane odwrócił głowę ku Tess.

– Tata powiedział, że opieka nad tobą to ciężka praca.

Moim najważniejszym zadaniem jest teraz postawić cię na nogi.

Tess była nie tylko dobrą samarytanką, lecz także zakochaną dziewczyną. Uwielbiała Lassitera. Odchudzała się i pracowała nad swoim wyglądem w nadziei, że podczas długiej rekonwalescencji zyska jego względy.

Jej starania przynosiły marne efekty, ale nie traciła nadziei, że pewnego dnia dopnie swego.

– Zapewne jesteś dyplomowanym psychologiem z uprawnieniami terapeuty – rzucił uszczypliwie Dane.

Tess nie zwracała uwagi na jego złośliwości. Wiedziała, że jej podopieczny bardzo cierpi, znosiła więc owe docinki ze stoickim spokojem. Odłożyła torebkę i pochyliła się nad chorym. Długie włosy związane w koński ogon spłynęły na szczupłe ramię.

– Mój ojciec poślubi wkrótce twoją matkę. Będziemy rodziną. Musisz przywyknąć, że będę się tobą opiekować – oznajmiła dziewczyna.

– Nie potrzebuję opieki. – Dane spojrzał na nią wrogo.

– Wręcz przeciwnie – odparła uprzejmie. Zmierzyła wymownym spojrzeniem blizny na ramionach widoczne spod białej koszulki. Plecy Lassitera wyglądały jeszcze gorzej. Tess widziała je, gdy ranny spał, lecz wolała mu o tym nie wspominać.

– Wiem, że bardzo cierpisz – powiedziała cicho i spojrzała na niego z czułością. – Bardzo ci współczuję, Richardzie.

– Jestem Dane – burknął. – Nie używam pierwszego imienia.

– Rozumiem.

– Nie życzę sobie, by smarkata uczennica dorabiała sobie jako moja pielęgniarka.

– Dlaczego matka tak rzadko cię odwiedza? – zapytała Tess, zmieniając temat. Dane odwrócił wzrok.

– Nienawidzi mego ojca. Jestem do niego bardzo podobny.

– Ach tak. – Podeszła bliżej. Po chwili dodała z przekonaniem, a zarazem trochę niepewnie: – Dobrze jest mieć rodzinę, prawda? Najbliższa była mi babcia, lecz i ona wychowywała mnie tylko dlatego, że nie miała innego wyjścia. Mama umarła, kiedy byłam małą dziewczynką. – Tata... – Wzruszyła ramionami. – Rodzina niewiele dla niego znaczy. Właściwie na nikim nie mogłam polegać. A ty... Wybacz, że o tym mówię, ale jesteś chyba w podobnej sytuacji. – Umilkła i objęła się ciasno ramionami. – Moglibyśmy wspierać się nawzajem w trudnych chwilach.

– Nie potrzebuję żadnego wsparcia! – Dane zacisnął zęby i popatrzył na dziewczynę ze złością. – Przestań się mną opiekować!

– Przywykniesz – odparła z wymuszonym uśmiechem, choć w głębi serca bardzo przeżywała okrutne słowa. To jasne, czemu Dane nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Takich jak ona nikt nie potrzebuje.

Lassiter milczał uparcie. Nie zwracał uwagi na samozwańczą opiekunkę, która ani myślała zostawić go na pastwę losu. Zjawiała się codziennie. Przynosiła książki i taśmy z muzyką. Dokarmiała go domowym jedzeniem i długo z nim rozmawiała. Kłóciła się z Dane’em i zachęcała go, by ćwiczył dla odzyskania pełnej sprawności. Z czasem zakochała się w nim na śmierć i życie.

Nie zdawała sobie sprawy, że tak jawnie okazuje uczucia. Trudno się było nie domyślić prawdy, skoro dziewczęca twarz promieniała na widok ukochanego.

Tess nie spostrzegła, że Dane często wodzi za nią pożądliwym spojrzeniem. W czasie rekonwalescencji, mimo kłótni, bardzo się zbliżyli. Przywykł do obecności swej opiekunki i polubił miłe towarzystwo. Bardzo pragnął Tess. Różniła się od kobiet znanych mu do tej pory. Była łagodna i kochająca, delikatna i wrażliwa.

Potrzebował tej dziewczyny. Pochlebiało mu jej zainteresowanie. Z niecierpliwością czekał na codzienne wizyty.

Mimo to z obawą myślał, że zbytnio się przywiązał do Tess. Po nieudanym małżeństwie bał się trwałego związku jak diabeł święconej wody. Poślubił Jane na złość matce, która nie pochwalała jego wyboru, ale początkowo żona bardzo go pociągała. Był przekonany, że go kocha. Takie sprawiała wrażenie. Wkrótce po ślubie zmieniła zdanie i nie chciała z nim sypiać. Czara goryczy dopełniła się, gdy wyszedł na jaw szalony romans Jane z policjantem, który był dawniej najbliższym współpracownikiem Lassitera. Zemściła się na mężu, który nie spełnił jej oczekiwań. W nieudanym związku Dane odniósł rany znacznie groźniejsze od gangsterskich postrzałów. Był przekonany, że Tess zwodzi go, jak to czyniły inne kobiety. Nie mógł wykluczyć, że sprytna małolata chce go po prostu omotać. Współczucie i troska to środek do celu. Pożądanie miało go uczynić bezbronnym, zdanym na łaskę i niełaskę tej dziewczyny.

Podejrzliwość sprawiła, że Dane ulegał zmiennym nastrojom; był wrogo nastawiony wobec Tess. Przy każdej sposobności odpychał ją złym słowem. Nie zrażała się jednak i nadal wierzyła, że w głębi ducha pragnie jej towarzystwa.

Dane stanął na własnych nogach i zaczął chodzić szybciej, niż oczekiwali lekarze. Szybki powrót do zdrowia sprawił, że poczuł się mężczyzną, a w swojej opiekunce dostrzegł ponętną kobietę, co miało dla nich obojga fatalne następstwa.

Pewnego dnia około południa Tess w białej letniej sukience z tęczowym paskiem weszła tanecznym krokiem do jego mieszkania. Przyniosła domowe ciasto.

Dane chodził po pokoju na bosaka; miał na sobie dżinsy i białą koszulkę mokrą od potu, bo przed chwilą pilnie ćwiczył, by odzyskać formę. Na widok Tess nogi się pod nim ugięły. Poczuł dziwną słabość.

Pragnął jej szaleńczo. Nie panował nad żądzą. Od dawna nie miał kobiety. Dosyć wegetacji w dobrowolnym celibacie! Postanowił zdobyć Tess. Nie miał wątpliwości, że i ona go pragnie. Od dawna wodziła za nim rozmarzonym wzrokiem.

Tess nie zorientowała się, że Dane mierzy ją taksującym spojrzeniem; jego oczy lśniły jak w gorączce.

Postawiła pudełko z ciastem na kuchennym blacie i zaczęła je otwierać.

– Co tam masz? – dopytywał się zmysłowym tonem, którego do tej pory nie używał w ich rozmowach.

Podszedł bliżej.

– Ciasto – odparła. Traciła głowę, ilekroć się do niej zbliżał. Krew coraz szybciej pulsowała jej w żyłach.

Tess z zachwytem wpatrywała się w ukochanego.

– Pomyślałam, że masz pewnie ochotę na coś słodkiego. Jak się czujesz? Wyglądasz... lepiej. – Spuściła oczy. Była uszczęśliwiona i zakłopotana.

Dane nie zaprzątał sobie wcześniej głowy jej życiem erotycznym. W przeciwnym razie, jako bystry obserwator, domyśliłby się od razu, że Tess Meriwether jest wcieleniem niewinności. Pragnął tylko jak najszybciej zaspokoić pożądanie.

– No proszę, sama słodycz – odparł cicho. Podszedł bliżej. Tess oparła się o kuchenną szafkę. Dane przylgnął do niej całym ciałem. – Oboje mamy na coś ochotę. Od dawna pożerasz mnie oczyma. Musiałbym być ślepy, żeby się nie zorientować, co do mnie czujesz. Tego pragniesz, Tess? – zapytał namiętnym szeptem i zuchwale otarł się biodrami o jej biodra, żeby poczuła, jak bardzo jej pragnie.

Spłonęła rumieńcem, ale zajęty sobą Dane w ogóle tego nie zauważył. Nie odrywał wzroku od jej rozchylonych ust. – Na litość boską, pragnę cię jak szaleniec!

Tess była tak wstrząśnięta i przerażona, że na moment straciła zdolność logicznego myślenia. Nim zdobyła się na odruch protestu, Dane zmiażdżył jej usta namiętnym pocałunkiem. Mocne dłonie uniosły ją wyżej, by poczuła, jak bardzo jej pragnie. Natarczywy język wślizgnął się między zaciśnięte wargi. Nawet czysta i niewinna dziewczyna zrozumiałaby natychmiast, do czego zmierza oszołomiony pożądaniem mężczyzna.

Tess Meriwether całowała się tylko parę razy – i to z chłopcami świadomymi jej zahamowań. Pieszczoty namiętnego mężczyzny, jakim stał się nagle Dane, mogła odwzajemnić jedynie doświadczona kobieta.

Tess zesztywniała i próbowała odepchnąć Lassitera, ale ten zaślepiony żądzą nie zwrócił uwagi na jej wysiłki.

Dłonią objął mocno pierś dziewczyny, a kolano wsunął między jej nogi. Było oczywiste, do czego zmierza.

– Dane... nie! – jęknęła przerażona. Zlekceważył jej okrzyk.

– Tak – szepnął drżącym głosem, przyciskając ją mocniej. – Na miłość boską, tak, tak... Pragniesz mnie, prawda, skarbie? – Poczuła gorące wargi na obnażonych ramionach, szyi, ustach. Całował ją mocno i zachłannie.

– Chcę cię mieć tu, natychmiast – jęknął głucho. Silne dłonie objęły jej uda, nagie pod sukienką. Dane uniósł drobną dziewczynę wyżej, by łatwiej w nią wejść.

Wstrzymała oddech zaskoczona intensywnością namiętnych pieszczot. Jęknęła wystraszona zaborczymi pocałunkami.

– Tutaj – szeptał drżącym głosem Dane. – Wezmę cię na stojąco. – Czuła jego gorące i natarczywe dłonie.

Żaden mężczyzna nie dotykał jej w ten sposób. Pożądanie całkiem zamroczyło Dane’a. Tess czuła się jak przedmiot, którym zamierzał się posłużyć, by zaspokoić swoje potrzeby.

Oddychając ciężko, uwolnił ją nagle z uścisku, aż Tess dotknęła stopami podłogi. Uniósł głowę. Oczy lśniły mu jak w gorączce. Drżał na całym ciele. Silne dłonie o długich, mocnych palcach ścisnęły piersi Tess.

Pocałował ją zachłannie i jęknął:

– Moje plecy. Kręgosłup mi wysiada. Chodźmy do łóżka, tam będzie nam wygodniej...

Tess zorientowała się, że to jedyna szansa, by wyrwać się z męskich objęć i uciec. Odepchnęła Dane’a i uskoczyła w bok. Na jej twarzy malował się tak wielki strach, że nawet oszołomiony żądzą Dane wreszcie to spostrzegł. Tess bała się, że weźmie ją siłą, nie okazując żadnej czułości. Płakała. Urywany szloch rozbrzmiewał głośno w obszernym mieszkaniu. Szeroko otwarte oczy były pełne łez.

– Nie podchodź! – krzyknęła, gdy zrobił krok w jej stronę. Jego rozpalone pożądaniem oczy nadal lśniły jak w gorączce. – Odczep się ode mnie!

Dane zrozumiał wreszcie, że Tess się go boi. Do tej chwili był tak oszołomiony pocałunkami i namiętnymi pieszczotami, że nie zwracał uwagi na żadne protesty.

Westchnął głęboko, próbując nad sobą zapanować. Całkiem się zapomniał. To niewybaczalne.

Obserwował Tess pociemniałymi ze złości oczyma.

Jego twarz odzyskiwała powoli obojętny wyraz.

– Sama tego chciałaś – stwierdził ostro, próbując odzyskać spokój.

– Nie! – krzyknęła z rozpaczą.

– Pragnęłaś mnie – powiedział. – W przeciwnym razie po co byś mnie nachodziła?

– Ja cię kocham! – szlochała, dygocząc na całym ciele. Objęła dłońmi wstrząsane łkaniem ramiona, zasłaniając piersi przed jego zachłannym spojrzeniem.

– Ach, jest i miłość! – Czarne oczy ponownie zalśniły ogniem żądzy. Smukłe, mocne ciało przebiegł dreszcz.

Dane nadal był podniecony aż do bólu. – Wszystko jasne.

Skoro mnie kochasz, chodź tu i daj mi dowód, że nie rzucasz słów na wiatr, ty mała kusicielko.

– Nie mogę. – Tess zrobiło się ciężko na sercu. Łzy płynęły jej po policzkach. Po chwili milczenia dodała szeptem: – Przez ciebie wszystko mnie boli!

Jej obawy doprowadzały go do rozpaczy i wściekłości. Tak samo czuł się, gdy Jane przestała z nim sypiać; kpinom i oskarżeniom nie było końca.

– Czyżby? – powiedział lodowatym tonem. – Skoro nie pójdziesz ze mną do łóżka, to idź stąd. Chciałem się z tobą przespać. Na litość boską! – jęknął, gdy Tess cofnęła się odruchowo. – Dlaczego ci się nie podobam?

Czemu jestem gorszy od innych, z którymi sypiałaś?

Tess otworzyła szeroko oczy i spłonęła rumieńcem.

Przebiegł ją dreszcz. Dane pojął wreszcie, że nie było w jej życiu innych mężczyzn. Nie patrzyłaby na niego w ten sposób, gdyby miała choćby jednego kochanka.

– Tess, jesteś dziewicą? – zapytał, śmiertelnie przerażony własną głupotą.

Nie była w stanie patrzeć w rozszerzone strachem czarne oczy. Chwyciła torebkę i wybiegła z mieszkania.

Dane patrzył za nią. Nie pobiegł za uciekinierką; nie usłyszała od niego przeprosin. Wmawiał sobie, że to najlepsze wyjście. Niech myśli, że go to wcale nie obeszło. Bardzo cierpiał, ale cóż mógł ofiarować tej dziewczynie? Najwyżej odrobinę życzliwości. Wrócił do kuchni. Chłód ścisnął mu serce, a ciemne oczy spoglądały ponuro. Obiecał sobie, że nigdy więcej nie zaufa kobiecie – nawet Tess. Istne wcielenie niewinności! Skąd miał wiedzieć? Oby tylko dzisiejsze przeżycie szybko zatarło się w jej pamięci.

Dość wspomnień, skarcił się w duchu. Uruchomił mercedesa i pojechał do biura. Cały personel czekał na wieści o zdrowiu koleżanki. Dane wcale się nie dziwił.

Tess była ogromnie lubiana.

– Co z nią? Wyjdzie z tego? – Helen odezwała się pierwsza. Patrzyła na niego z obawą.

– Czuje się lepiej – zapewnił. – Nadal jest oszołomiona po narkozie, ale wkrótce odzyska siły. Rana szybko się goi.

– Kiedy zostanie wypisana ze szpitala? – wypytywała niecierpliwie Helen. – Mogłaby zamieszkać u mnie.

Będę się nią opiekować.

– Zabiorę ją do siebie – oznajmił Dane. Był zaskoczony własną deklaracją. Jego pracownicy nie kryli zdziwienia. – Pojedziemy na ranczo. Jose i Beryl mogą się nią zająć, kiedy będę w agencji. – Zwrócił się do Helen.

– Potrzebujemy sekretarki. Znajdziesz jakieś zastępstwo?

– Już o tym pomyślałam. Ta dziewczyna wkrótce tu będzie – odparła. – Szybko pisze na maszynie, znakomicie stenografuje. Z referencji wynika, że potrafi trzymać język za zębami.

– Świetnie. – Dane mimo woli popatrzył na biurko, przy którym siedziała zwykle Tess. Dziś jej fotel był pusty.

– Orientujesz się w jej notatkach? – wypytywał zirytowany, rzucając Helen badawcze spojrzenia. – Nie mam pojęcia, co mnie dzisiaj czeka. Jestem z kimś umówiony?

– Masz zjeść obiad z Harveyem Barrettem – przypomniała Helen. – Chodzi o wymuszenia. Po południu czeka cię spotkanie z małżeństwem poszukującym córki.

Nazywają się Allisonowie. Potem rozmowa z facetem, który chce, żebyśmy śledzili jego żonę.

– Mam coś przed południem?

– Nic pilnego.

– Doskonale. Wstąpię do siebie. Potem będę w szpitalu. Stamtąd pojadę na obiad z klientem.

– Sądziłam, że Tess czuje się lepiej. – Helen zmarszczyła brwi. Dane bez słowa ruszył ku drzwiom.

– Jeśli to będzie konieczne, szukajcie mnie telefonicznie w jej separatce. – Podał numer do szpitalnego pokoju.

– Jasne, szefie. Powiedz tej biedulce, że za nią tęsknimy.

Dane z roztargnieniem skinął głową. Myślami był już przy Tess.


ROZDZIAŁ DRUGI

Tess nieświadomie jęknęła z bólu. Miała dziwny sen.

Powoli wracała do rzeczywistości. Zapewne śniła o ukochanym. Tylko on pojawiał się w jej wizjach. To śmieszne, zważywszy, jak okrutnie ją potraktował.

Jakiś dźwięk wyrwał ją z sennego odrętwienia. Otworzyła oczy i ujrzała Dane’a siedzącego na krześle przy łóżku.

– Dlaczego wróciłeś? – zapytała, odruchowo napinając mięśnie. – Powinieneś być w pracy.

– Moja praca polega między innymi na zapewnieniu ci właściwej opieki – odparł z kamienną twarzą.

Na dźwięk znajomych słów powróciły wspomnienia sprzed kilku lat, kiedy to Dane był ranny. Zbyt dobrze pamiętała, co się później wydarzyło. Zamknęła oczy, by łatwiej znieść ból.

– Odejdź, proszę – szepnęła. Dane westchnął głęboko. Nie mógł patrzeć na jej wykrzywioną cierpieniem twarz.

– Nie masz nikogo prócz mnie.

Tak rzeczywiście było. Babcia Tess umarła przed rokiem.

– Jesteś moim szefem, Dane – odparła z pozornym spokojem. Mówiła cicho i patrzyła mu prosto w oczy.

– To wcale nie oznacza, że masz się mną opiekować.

– Muszę cię o coś zapytać. – Dane usiadł na brzegu krzesła i oparł łokcie na kolanach, obserwując uważnie chorą. – Powinienem zrobić to już dawno. Czy nadal cierpisz z powodu... tamtego dnia? Jak bardzo to przeżyłaś?

– Nie wiem, o czym mówisz – odparła chłodno.

Zarumieniła się i odwróciła głowę.

– Czyżby? – odparł z kpiącym uśmiechem. – Od trzech lat unikamy tego tematu. Byłaś wobec mnie tak chłodna i oficjalna, że nie mogłem z tobą normalnie porozmawiać, a nawet przeprosić.

– Dlaczego miałbyś zaprzątać sobie tym głowę? – powiedziała. – Przecież chciałeś się ode mnie uwolnić.

Dopiąłeś swego. Za żadne skarby świata nie będę próbowała się do ciebie zbliżyć.

– Innych mężczyzn także będziesz unikała – dodał ponuro.

– Przestań mnie dręczyć. Znajdź sobie inną rozrywkę. – Tess naciągnęła wyżej kołdrę i utkwiła spojrzenie w okiennej szybie.

– Zabieram cię na ranczo. Tam szybko odzyskasz siły.

Tess pobladła. Uniosła się na łokciu i patrzyła na niego oczyma wielkimi jak spodki. Twarz miała nieruchomą jak maska.

– O Boże! – jęknął Dane. – Nie patrz na mnie w ten sposób.

– Nie pojadę – szepnęła, ściskając drżącymi dłońmi brzeg prześcieradła. – Nie chcę u ciebie mieszkać.

Wykluczone!

Dane zacisnął powieki. Nie był w stanie patrzeć na wystraszoną dziewczynę. Poderwał się z krzesła i podszedł do okna.

– Tamtego dnia... nie miałem pojęcia, że jesteś dziewicą – rzucił ostro. – Zorientowałem się poniewczasie, gdy byłaś już śmiertelnie przerażona. Sądzisz, że nie wiem, czemu w ogóle nie spotykasz się z mężczyznami?

– Odwrócił głowę i popatrzył Tess prosto w oczy. – Nie waż się myśleć, że jestem bez serca. Zapewniam, że miałem i nadal mam wyrzuty sumienia.

– To przeszłość... – Westchnęła, przyglądając się uporczywie swoim dłoniom zaciśniętym na pościeli.

– Nie dla mnie. Mam wrażenie, jakby to było wczoraj – odparł ponuro. – Na miłość boską, nie odtrącaj mnie!

– Wcale tego nie robię.

Dane natychmiast podszedł do łóżka. Był równie blady jak ranna dziewczyna. Popatrzył jej w oczy.

– Tess, zdaję sobie sprawę, że odczuwasz lęk, ilekroć się do ciebie zbliżam. Tylko ślepiec by tego nie dostrzegł. Zapewniam, że z mojej strony nic ci nie grozi.

Chcę tylko, żebyś była pod dobrą opieką do czasu, aż wyzdrowiejesz. Gdy wyjadę, Beryl się tobą zaopiekuje.

– Nie znam Beryl. Helen powiedziała, że mogę u niej zamieszkać...

– Helen spędza dużo czasu w agencji, potem biegnie na lekcje tańca, a gdy ma wolną chwilę, umawia się z Haroldem na pizzę. To oznacza, że całymi dniami będziesz sama jak palec.

– Nic nie szkodzi. Dam sobie radę.

– Posłuchaj mnie uważnie – rzucił Dane przez zaciśnięte zęby. Podszedł bliżej. Z irytacją spostrzegł, że Tess skuliła się pod kołdrą. – Widziałaś, jak doszło do sprzedaży narkotyków. Będziesz musiała zeznawać. Policji przy transakcji nie było, prawda? Mają tylko po szlaki. Pamiętaj, że widziałaś na własne oczy tamto zdarzenie. Jeden z gangsterów wciąż jest na wolności.

Z pewnością zdążył się dowiedzieć, kim jesteś. Rozumiesz, co to oznacza?

– Chyba nie spodziewasz się najgorszego – powiedziała z namysłem Tess.

– Do cholery! Nie bądź naiwna! Od dziesięciu lat mam do czynienia z takimi łobuzami. Wiem, do czego są zdolni. Będziesz mogła czuć się bezpieczna dopiero wtedy, gdy obaj przestępcy trafią za kratki. Do zakończenia procesu trzeba cię chronić. Potrafię o to zadbać.

Jeśli wyjadę, na miejscu będzie zarządca rancza, który w latach czterdziestych sam był teksaskim strażnikiem.

Strzela niemal tak celnie jak ja.

Tess ukryła twarz w dłoniach. Nie chciała przystać na propozycję Lassitera. To dla niej zbyt ciężka próba.

Szczerze mówiąc, łatwiej byłoby stanąć oko w oko z gangsterami.

– Możesz traktować mnie jak wroga, jeżeli ci to doda pewności siebie, tylko jedź ze mną. Nie ryzykuj własnego życia.

– A co ja mam za życie? – mruknęła żałośnie Tess, odgarniając potargane włosy. – Tylko praca i telewizja.

– Masz zaledwie dwadzieścia dwa lata – przypomniał Dane. – Za wcześnie na cynizm.

– Miałam dobrego nauczyciela – rzuciła drwiąco i spojrzała mu w oczy. – Sam dawałeś mi lekcje.

Wyraz twarzy Tess sprawił, że Dane poczuł się winny.

– Nie miałem w życiu nikogo bliskiego – tłumaczył.

– Kiedy ojciec postanowił odejść, byłem jeszcze chłopcem. Uwielbiałem tatę. Matka nie mogła na mnie patrzeć, ponieważ byłem do niego podobny. Jane zaraz po ślubie twierdziła, że mnie kocha, a potem zmieniła zdanie i odeszła. – Pochylił się nad Tess, która spojrzała w czarne lśniące oczy. – Szczerze i otwarcie wyznałaś mi swoją miłość, a ja cię odepchnąłem. Cierpiałaś przeze mnie, odczuwałaś strach. Rozumiesz, do czego zmierzam, maleńka? Ja po prostu nie wiem, czym jest prawdziwa miłość!

Umilkł widząc, że Tess mimo woli spogląda na niego z czułością. Po chwili zapytał śmiało:

– Czy na mój widok odczuwasz jedynie lęk? – Popatrzył na usta Tess, które rozchyliły się lekko pod jego uporczywym spojrzeniem. Delikatnie musnął kciukiem różowe wargi. Pieszczota była tak łagodna i czuła, że Tess wstrzymała oddech. – A może pomimo złych doświadczeń sprzed lat nadal coś do mnie czujesz?

Dziewczyna odsunęła się na bezpieczną odległość.

Zdawała się nie słyszeć ostatnich słów Dane’a. Za wszelką cenę musiała przerwać czułe dotknięcie, które przyprawiało ją o zawrót głowy. Oczy miała szeroko otwarte; serce kołatało niespokojnie.

Dane popatrzył jej w oczy. Oddychał z trudem. Nie musiała niczego tłumaczyć. Strach nie zabił uczucia, które do niego żywiła. Poczuł ulgę; daremnie próbowała ukryć zmieszanie wywołane niewinną pieszczotą. Dane miał wprawdzie aż trzydzieści cztery lata, ale po raz pierwszy w życiu dotknął kobiety tak czule i łagodnie.

– Przyznaj się. Lęk to nie wszystko, prawda?

– Dane...

– Lekarz powiedział, że wypiszą cię rano. Nie przestrasz się, jeśli zobaczysz pod drzwiami umundurowanego funkcjonariusza. Będzie cię pilnował, póki nie wyjdziesz ze szpitala.

Tess popatrzyła z obawą na Dane’a, który długo obserwował ją w milczeniu.

– Dla ciebie chcę być czuły i delikatny. To duży postęp – wyznał cicho. – Jeśli się postaram, może z czasem pozwolisz, żebym cię dotknął.

– Nie – odparła pospiesznie. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. – Z pewnością nie zgodzę się, abyś mnie potraktował tak... jak kiedyś.

– Zrozum, maleńka. Nie znałem do tej pory dziewczyny takiej jak ty. Jesteś czysta i niewinna – powiedział, z trudem dobierając słowa. – Czułość była mi obca, ale to nie usprawiedliwia tamtego postępku. Zachowałem się jak dzikus i bardzo tego żałuję.

– Nie chcę o tym rozmawiać, Dane – oświadczyła, spoglądając na splecione dłonie. Sprawiała wrażenie znacznie starszej niż w rzeczywistości. – Zostaw mnie w spokoju, Dane. Nie mam sił na sprzeczki.

Czemu nie domyślił się od razu, co dręczy Tess? Po wielu latach znajomości w ogóle jej nie znał. To oczywiste, że poczuła się odrzucona, gdy ojciec oddał ją babci na wychowanie, by mieć czas na niezliczone romanse.

Ślub z matką Dane’a z pewnością spowodował dalsze rozluźnienie więzów między ojcem i córką. Tess pragnęła obdarzyć kogoś uczuciem i wybrała fatalnie; trafiła na człowieka, który niewiele wiedział o miłości, chował w sercu urazy i uprzedzenia, miał za sobą nieudane małżeństwo, a jego ciało poznaczone było niezliczonymi bliznami.

Dane skrzywił się, gdy ujrzał wyraz twarzy Tess. Miał wrażenie, że ponosi winę za wszystkie jej cierpienia.

Z pewnością często przez niego płakała.

– Lubisz konie? – zapytał.

– Zawsze się ich bałam.

– Zapewne dlatego, że mało o nich wiesz. Gdy wyzdrowiejesz, nauczę cię jeździć konno.

– Nie trzeba – odparła Tess drżącym głosem. – Daj spokój. Nie potrzebuję litości.

Dane chciał odpowiedzieć, lecz daremnie szukał właściwych słów. Westchnął głęboko.

– Wpadnę do ciebie jutro – rzucił na odchodnym.

– Odpoczywaj.

Tess skinęła głową. Przymknęła oczy. Chciała o nim zapomnieć – choćby na krótko. Nie pozwoli, by znów ją omotał. Tym razem zdoła się uchronić przed niebezpiecznym urokiem tego mężczyzny.


ROZDZIAŁ TRZECI

Na swoim ranczu Lassiter hodował rasowe bydło.

Jose Dominguez doglądał zwierząt, Hardy był kucharzem. Dan, mąż Beryl, pracował jako zarządca; miał do dyspozycji sześciu kowbojów oraz kilku fachowców niezbędnych do sprawnego działania farmy.

Tess nie chciała opuszczać szpitala i jechać na ranczo szefa, ale brakło jej sił, by z nim walczyć. Dane porozumiał się z lekarzem i z pomocą Helen spakował wcześniej rzeczy chorej. Walizkę miał w bagażniku, gdy zajechał pod szpital. Dopilnował, by wypisano Tess, zaprowadził ją do mercedesa i ruszył prosto do Branntville.

Tess z obawą myślała o nadchodzących dniach, które miała spędzić w towarzystwie szefa. Dane zachowywał się dziwnie. Niepokoiła się bardziej niż zwykle.

Lassiter był na co dzień dość milczący. Jedynie podczas rozmów z klientami ożywiał się trochę. Przez całą drogę do Branntville w aucie panowała martwa cisza. Pogrążona w zadumie Tess spoglądała w okno. Od czasu do czasu krzywiła się, czując ból w ramieniu.

– To już ranczo? – zapytała, gdy wyjechali z miasteczka i ujrzeli biały płot okalający posiadłość aż po horyzont. Na bramie widniał znak farmy: stylizowana czarna ostroga. Dane ożywił się nieco i zaczął opowiadać Tess o zamożnych rodzinach z sąsiedztwa. Było wśród nich dwoje młodych ludzi, którzy wyraźnie mieli się ku sobie.

– Pewnie wezmą ślub i połączą dwie fortuny. Oby żyli długo i szczęśliwie – stwierdziła Tess.

– Są jeszcze bardzo młodzi. Poza tym małżeństwo wcale nie gwarantuje szczęścia – odparł z goryczą.

– Moim zdaniem, ludzi decydujących się na trwały związek wiele musi łączyć.

– Na przykład? – zapytał, zerkając na Tess.

– Wzajemny szacunek, podobne zainteresowania i doświadczenie życiowe.

– A łóżko?

– Bez tego nie byłoby potomstwa... – Tess poruszyła się niespokojnie i utkwiła spojrzenie w przedniej szybie.

– Bywa, że ludzie nie mogą mieć dzieci. Czy to znaczy, że nie powinni razem sypiać? – odrzekł ponuro Dane.

– Ależ nie. – Tess oglądała własne dłonie. – Silne więzi erotyczne to dla wielu osób rzecz całkiem naturalna.

– Tess... – Dane szukał odpowiednich słów. – Chyba nie masz pojęcia, na czym polegają te sprawy.

– Tak sądzisz? – Tess spłonęła rumieńcem.

Zerknął na jej profil i krew zaczęła szybciej krążyć w jego żyłach. Tess nie miała pojęcia, jak to jest między kobietą i mężczyzną. Przez niego nabawiła się owych zahamowań. Skrzywdził ją i przestraszył. Szkoda, że tak się stało. Gdyby potrafił zdobyć się na odrobinę czuło ści... cudownie byłoby leżeć, trzymając w objęciach śliczną kochankę i dzielić rozkosz jak tysiące innych par.

Mięśnie Lassitera sprężyły się natychmiast pod wpływem tej wizji. Gdyby Tess nadal go kochała... Stłumił jęk. Pochopnie odrzucił bezcenny dar. Cóż za ironia losu! Przed laty narobił głupstw, gdy po niebezpiecznym postrzale odzyskiwał zdrowie. Trzeba było kolejnego nieszczęścia, by uświadomił sobie bezsens własnego postępowania.

– Jesteśmy na ranczu.

Uśmiechnął się mimo woli. Zbliżali się do obszernego parterowego budynku wzniesionego z drewna i pomalowanego na biało. Otaczały go kwietne rabaty i wysokie drzewa.

– Jak tu pięknie! – wykrzyknęła Tess.

– Posiadłość należała do mojego dziadka – wyjaśnił Dane. – Zapisał mi ją w testamencie.

– Cudowne miejsce – zachwycała się Tess. Ze wzruszenia brakło jej tchu. – Jakie piękne rabaty! Idę o zakład, że wiosną masz tu istny dywan z kwiatów.

– To zasługa Beryl. Wie, jak upiększyć otoczenie.

Jeśli zechcesz, pokaże ci cały ogród.

– Uwielbiam rośliny – wyznała Tess. – Nie mam ich gdzie uprawiać. Zastawiłam doniczkami wszystkie parapety w moim mieszkaniu. Gdy mieszkałam u babci, zajmowałam się ogrodem.

– Widzisz? Nic o tobie nie wiem. – Dane podjechał do schodów prowadzących na werandę, wyłączył silnik i obrzucił Tess badawczym spojrzeniem. – Nie mam pojęcia, kim naprawdę jesteś.

– Dlaczego miałoby cię to interesować? – odparła wymijająco. – Spójrz! To Beryl, prawda? – Na schody wybiegła niska, siwowłosa kobieta.

– Zgadłaś.

– Nareszcie jesteś! – gderała starsza pani. – Jak zwykle spóźniony. To ona? – Beryl zmierzyła Tess taksującym spojrzeniem. – Blada i wychudzona, biedactwo. Muszę ją odkarmić. Jak ramię, dziecinko? Wciąż boli?

– Znacznie mniej niż przedtem. – Tess od razu poczuła się na farmie jak u siebie w domu.

– Dość gadania – wtrącił Dane. – Trzeba zaprowadzić pacjentkę do pokoju. Jeśli dłużej tu postoimy, na pewno się przeziębi.

– Wcale nie jest chłodno – stwierdziła Beryl. – Nim upłynie miesiąc, wszystko tu zakwitnie!

Tess potrafiła sobie wyobrazić ten widok. Z żalem pomyślała, że go nie zobaczy, bo wkrótce wyjedzie.

Pozwoliła, by Dane objął ją ramieniem i wprowadził po schodach, ale napięła mięśnie, jakby zamierzała uciec.

– Nie bój się – mruknął, gdy Beryl ruszyła przodem, wskazując drogę do jednego z pokoi gościnnych. – Nie mam złych zamiarów.

– Dane... – Tess zarumieniła się mimo woli. Jej zakłopotanie wprawiło Lassitera w irytację.

– Przestań być taka spięta. Jesteś wśród przyjaciół.

– Siebie również do nich zaliczasz? – odparła chłodno.

– Skończyłem trzydzieści cztery lata – mruknął, gdy szli korytarzem. – Nie przyszło ci do głowy, że mam dosyć samotności? Pamiętasz, jak powiedziałaś, że oboje jesteśmy osamotnieni. Nie mamy bliskich.

– Twierdziłeś, że nikt ci nie jest potrzebny.

– Od czternastu lat jestem gliną. – Dane wzruszył ramionami. – Ludzie mego pokroju z trudem zmieniają poglądy.

Na samą myśl o ryzykownym zajęciu Dane’a Tess ogarnął niepokój. Stanęli jej przed oczyma handlarze narkotyków, których przyłapała na gorącym uczynku.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com