Miłość, która się spóźnia - Michał Adamski OP - ebook
Wydawca: W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 110 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość, która się spóźnia - Michał Adamski OP

Rekolekcje głoszone przez dominikanina Michała Adamskiego. Niezwykłe źródło pomocy dla wszystkich tych, w których życiu pojawiają się takie dni, kiedy nie można dostrzec miłości, bo, jak pisze autor, "miłość przychodzi, choć spoźniona. Ona nas szuka, choć my ją nieustannie gubimy".

"Skoro Bóg jest Miłością i skoro doskonale zna czas i porę przychodzenia i naszego nawiedzenia, to dlaczego cała Biblia jest najeżona takimi słowami jak: „przyjdź i nie zwlekaj”? Jeżeli ktoś wydusił z siebie prośbę zapisaną w psalmie, a pokolenia skrybów pieczołowicie przepisywały ten krzyk modlącego: „Przyjdź, Panie, i dłużej nie zwlekaj”, czy: „Przyjdź i się nie spóźniaj”, to znaczy, że ten wołający człowiek we własnym życiu doświadczył jednak zwlekania Pana Boga."

Michał Adamski OP - dominikanin, święcenia kapłańskie przyjął w 2003 roku. Studiował teologię w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Polskiej Prowincji Dominikanów i filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie; obecnie jest doktorantem na Uniwersytecie Warszawskim problematyka fundamentalizmu islamskiego). Duszpasterz, przeor klasztoru św. Jacka w Warszawie. Autor książki Przejść pustynię, czyli od rozpaczy do nadziei (2006).

Opinie o ebooku Miłość, która się spóźnia - Michał Adamski OP

Cytaty z ebooka Miłość, która się spóźnia - Michał Adamski OP

wiele bardziej niebezpieczna niż całkowite i otwarte odrzucenie wiary, niż wyrzucenie brzęczącego budzika przez okno. Największe ryzyko kryje się w unikaniu decyzji i wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny, w braku skonfrontowania się z tym, co faktycznie
Miłość odłożona na później to miłość zalękniona „o siebie” i „o swoje”. Miłość odkładana na potem z czasem karleje i dziczeje, stając się infantylnym sposobem zabiegania o siebie i prymitywną próbą chronienia siebie.
Trzeba pytać Boga i siebie: „dlaczego tak późno”, bo z tego pytania, powoli, krok po kroku, wyłaniać się będzie fundamentalna odpowiedź dla całego naszego życia: najgłębsza tajemnica nas samych, tego, kim
jesteśmy i do czego prowadzą nas – nawet te najbardziej paradoksalne, pozornie bezcelowe i bezsensowne zdarzenia. Odpowiedź kryje się w człowieczeństwie Jezusa Chrystusa, w tej „pełni”, którą Bóg-człowiek nam objawił: pełni sensu, pełni miłości. Bez jakiegokolwiek braku.
Warto dostrzec cierpliwą miłość samego Boga. Jak długo czekał na człowieka? Cała Biblia – historia Izraela, proroctwa, Ewangelie – to jest świadectwo cierpliwej miłości Boga, który czeka na człowieka. Od początku istnienia do końca świata. O tym mówi także dramat w rajskim ogrodzie, gdzie Bóg poszukuje ukrytego ze strachu człowieka, któremu stawia pytanie – aktualne do dziś: „Gdzie jesteś, Adamie?” (por. Rdz 3,9). Czy nie widział człowieka zhańbionego i ukrytego w krzakach? Czy mógł zareagować inaczej? Jakże wielka jest miłość Boga, który w tym stanie czeka, aż człowiek odezwie się i powie: „Ukryłem się…”.
Modlitwa uczy nas rozpoznawać głos Boga, który nie krzyczy i nie podnosi głosu (por. Iz 42,2), choć krzykliwe oskarżenia naszego serca potrafią Go często zagłuszać. Jeśli serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko, dlatego możemy przed Nim uspokoić nasze serce (por. 1 J 3,19–20), bo Jezus nie przyszedł po to, by nas potępić, ale po to, by nas zbawić (por. J 3,17).
A Jezus? On natychmiast chwycił go za słowa, tak jak się chwyta tonącego: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze mną w raju” (Łk 23,43). To wypowiedziane przez Jezusa „dziś” w jednej chwili ogrom czasu zamkniętego w mrokach przeszłości zanurza w teraźniejszości i mówi: nic nie jest przegrane, nic się nie kończy! Jezusowe „dziś” łamie bezlitosną ludzką logikę, która podpowiada nam, że co się stało, to się nie odstanie, że rany przeszłości może zaleczyć tylko upływający czas, czyli zapomnienie. Zbyt dobrze wiemy, że czas nie wymazuje ran, że są takie, które latami krwawią i bolą. A jeśli się zabliźnią, to blizna, nawet jeśli nie wywołuje już emocji, nie pozwala jednak całkiem zapomnieć. Dlatego Jezusowe „dziś” leczy rany, a nie je unieważnia.
Bóg kocha dziś, miłość Boga przychodzi teraz, ale jest tak radykalna, że obejmuje w nas całą naszą przeszłość i teraźniejszość, to, co zagubione i wyparte z pamięci, jak i to, co żywe i pulsujące w nas po dzień dzisiejszy. To „dziś” ofiarowane Łotrowi u kresu życia pokazuje, że nie ma definitywnego końca, ale są możliwe zaskakujące nieustanne początki. Dla Boga trwa nieustanne dziś, którym chce się z miłości do nas dzielić! To „dziś” pokazuje, że miłość Boga jest gwałtowna, to znaczy gotowa odpowiedzieć natychmiast człowiekowi, który całkowicie pokłada nadzieję w Bogu.
Niezależnie jednak od tego, co przeszliśmy w życiu, ile kochaliśmy i jak bardzo zostaliśmy pokochani tu na ziemi, w każdym z nas są punkty, które potrzebują szczególnie Bożego miłosierdzia. Te miejsca są jak rozpadliny albo głębokie przepaści, do których nie może zejść nawet najbardziej heroicznie kochający człowiek, bo tylko zraniłby nas i siebie samego. Te nasze kaniony nigdy nie zostaną zasypane, one mogą być tylko (albo aż) wypełnione Bożą obecnością, pełną czułej miłości.
Gdyby jedna nuta rzekła: nie jestem tą, która tworzy melodię – nie powstałaby symfonia. Gdyby kamień stwierdził: nie jestem tym, który jest w stanie wznieść mur – nie zbudowano by domu. Gdyby człowiek powiedział: tym gestem miłości nie mogę uratować ludzkości – nigdy nie nastałyby na ziemi sprawiedliwość i pokój, szczęście i szacunek wśród ludzi.

Fragment ebooka Miłość, która się spóźnia - Michał Adamski OP






© Copyright Michał Adamski 2012

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze 2012

Redaktor

Aleksandra Kuźma

Jolanta Czapczyk

Redaktor techniczny

Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych

Radosław Krawczyk

Na okładce:

John Everett Millais, Chrystus w domu rodziców, 1850,
Tate Gallery, London

ISBN 978-83-7033-827-5

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów

W drodze 2012

ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań

tel. (61) 852 39 62, faks (61) 850 17 82

sprzedaz@wdrodze.pl www.wdrodze.pl

Konwersja do postaci elektronicznej:
Legimi Sp. z o.o.


Rozpoczęcie

Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię Józefa
bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec
tylko fachowiec
zawsze z tą siekierą
bez siekiery chyba się czuł
jakby miał ramię kalekie
i chociaż ciężko mu było
wychowywał Dzieciaka
o którym wiedział
że nie jest jego synem
tylko Boga
albo kogo innego
a jak uciekali przed policją
nocą
w sztafażu nieludzkiej architektury Ramzesów
(stąd chyba policjantów nazywają faraonami)
niósł Dziecko
i najcięższy koszyk

Andrzej Bursa, Święty Józef

Pierwszy raz usłyszałem wiersz Andrzeja Bursy[1] o św. Józefie w jednym z dominikańskich kościołów. W czasie homilii, bardzo wzruszonym i drżącym głosem, przeczytał go mój współbrat. Zapadł mi w pamięć paradoks tamtej sytuacji: z jednej strony wiersz nieco surowy, o dość ironicznym wydźwięku, z drugiej mój współbrat ewidentnie poruszony i „rozmiękczony” treścią utworu na gorąco składał homilię o św. Józefie. Popłakał się chyba nawet. Uzmysłowiłem sobie, że musiał odkryć jakieś intymne pokrewieństwo ze św. Józefem w wydaniu Bursy, ponieważ w swojej dość oryginalnej biografii współbrat ów zaliczył między innymi szkołę zawodową i był stolarzem. Siekiera, stolarka, kapłaństwo i absurd wrzucenia w jakąś świętą historię, w którą nagle wkracza Pan Bóg, to chyba było to, co w moim odczuciu łączyło wówczas poruszonego wierszem kaznodzieję i św. Józefa z wiersza Andrzeja Bursy.

W naszych bosko-ludzkich historiach: tych małżeńskich, zakonnych czy samotnych, nie wszystko rozumiemy od razu. Nie zawsze od początku widoczny jest jasny cel tego Bożego wtargnięcia w nasze życie; zwłaszcza wtedy, kiedy miłość Pana Boga wydaje się spóźniona. Spóźnić się bowiem, to nie przyjść na czas. To ominąć kogoś lub coś ważnego. Rozminąć się z Bogiem, z drugim człowiekiem, znamy to odczucie dobrze.

Czasami trudno jest uwierzyć miłości, która wciąż nie ma konkretnej ludzkiej postaci albo zwleka z odsłonięciem swojej boskiej twarzy. Trudno uwierzyć zwłaszcza wtedy, kiedy jest się od zawsze, lub prawie zawsze, w Kościele, a jednocześnie doświadcza się w nim banicji, niejednokrotnie na własne życzenie. Choć bywa i tak, że jest się wykluczonym przez innych. Trudno wierzyć i nie doświadczać miłości, będąc w samym środku Kościoła, nie gdzieś tam w „kruchcie” i nie wtedy, kiedy świadomie jest się zdystansowanym do Boga i Kościoła, kiedy uprawia się „duchowe wagabundztwo”, gdy człowiek mówi o sobie „agnostyk”, „szukający”, i bezpiecznie może się jeszcze wycofać, powiedzieć: „to nie dla mnie”. Sytuacja się zmienia i jest o wiele trudniejsza, kiedy podejmuję decyzję – jestem, wiążę się na całe życie albo wierzę i kocham we wspólnocie Kościoła. Nie zajmuję już bezpiecznie tylnych ławek, żeby w ciężkiej sytuacji móc szybko skierować się do wyjścia, ale angażuję się w wiarę, w nadzieję, w miłość.

Tak samo trudno jest – i może tak po ludzku, na dodatek wstyd – wtedy, gdy jest się blisko ołtarza, kiedy jest się księdzem! Ktoś z boku może powiedzieć: człowiek „profesjonalnie”, zawodowo, „na mocy” elegancko utkanej na poziomie teologii definicji tożsamości kapłańskiej czy zakonnej „ma świadczyć o miłości”. Bo przecież w życiu każdego pojawiają się i takie dni, kiedy miłości nie można dostrzec, mówimy potocznie: „Nie czuję jej”. A tu proszę – Ewangelia, którą trzeba skomentować w homilii, i to wersety o wielkiej miłości Boga do człowieka. A co dzieje się w sercu? Ciemność i chłód, tak że słowa przeczą myślom i zaczyna się jakaś nieznośna walka z samym sobą. I ksiądz mówi, a jakże, o miłości, o spotkaniu, o przebaczeniu. Często mówi. Ale bywa, że rodzi się w nim tęsknota za tą miłością Boga i człowieka, którą wydobywa z zamierzchłej przeszłości. Słodko-gorzkie wspomnienie miłości, miniona bliskość staje się piekącym stygmatem, przywołującym Boże miłosierdzie.

Bywa i w życiu księdza wygłodniała miłość za człowiekiem, tęsknota za bliskością drugiego, pustka pozostawionej relacji pełnej zmysłowości i namacalnej obecności, która pali – jak podpowiada resztkami sił wiara – po to, by wypalić i oczyścić. Ale nie tylko wypala, czasem i płonie. I tak głosi się Boga, którego trzeba poszukiwać w mrokach niepewności kolejnego dnia, wyzwań, jakie przynosi codzienność. Królestwo powszedniości – to tu realizuje się nasza miłość, w relacji, zawsze w stosunku ja i „ten drugi”, czy jest nim Bóg, czy człowiek.

Bardzo mocno utkwiły mi w pamięci słowa homilii jednego z braci, wówczas jeszcze dominikanina, obecnie trapisty, ojca Michała Zioło, który mówił o czekaniu na miłość w życiu księdza. A mówił wówczas tak:

Chciałbym powiedzieć, że Chrystus mnie kocha. Właśnie, że Chrystus mnie kocha, to wam chciałem powiedzieć dzisiaj. Bardzo długo na Niego czekałem. Wiecie, największą męką księdza jest taka męka, że odprawia Mszę i tak do końca nie wie, czy Chrystus go kocha. To, że jest powołany, że został wyświęcony, to jeszcze jakby mało. Bo człowiek chce być kochany, człowiek tęskni do miłości, do Wielkiej Miłości. Do mnie Jezus Chrystus przyszedł po wielu latach, przyszedł w tamtym roku w Wielki Piątek. I to chciałbym wam dzisiaj powiedzieć, że On przychodzi i że jest, bo bardzo nas kocha. Ja dawniej takich słów nie mówiłem i może już więcej nie powiem. Ale wiem, że wam muszę to dzisiaj powiedzieć, kiedy wiele serc czeka i może jest bardzo smutnych i bardzo zgnębionych.

Te słowa są bardzo aktualne w życiu wielu chrześcijan. Wiem o tym, bo spowiadam, bo rozmawiam z ludźmi, w których odsłania się życie zarówno tych wszystkich, którzy bardzo świadomie zawierzyli Bożej miłości, jak i tych, którzy siłą rozpędu „wiary przodków i dziadów”, i poniekąd „po dziadowsku” wierząc, pchają się do tej Bożej miłości, która czasem, bywa, znika z pola widzenia. Mówią o tym historie ludzkich miłości, zdrad i rozstań, samotnych oczekiwań i głodu kochania, niedającego się zapchać pieniędzmi, karierą czy religią.

Ale one mówią jeszcze o czymś. I to chyba o najważniejszym: o wielkiej mocy, jaką ma decyzja na rzecz miłości, Miłości, która potrafi czekać tak cierpliwie, jak tylko sama Miłość potrafi być cierpliwa. Ludzkie losy mówią o tym, że w tej decyzji, w tym trwaniu najbardziej zaskakujące jest zakończenie: porażka, bezsilność, pustka, które w chwilach największego zmęczenia, poczucia absurdu i rezygnacji z oczekiwania na jakiekolwiek zmiany otwierają zupełnie nowy rozdział. Te chwile stają się rozrastającymi i pulsującymi na mapie życia punktami mocy w słabości, bezsilności, która jest mocna, pustki rozrośniętej do granic wytrzymałości, tak by w końcu pomieścić tak bardzo wiele. Bo miłość przychodzi, choć spóźniona. Ona nas szuka, choć my ją nieustannie gubimy.

I tak sobie myślimy, że pewni ludzie nigdy nie powinni się spotkać, pewne wydarzenia nigdy nie powinny mieć miejsca, pewne wyznania nigdy nie powinny być usłyszane, a pewne miłości nigdy nie powinny się wydarzyć, bo nigdy nie zostaną spełnione.

Czy Bóg się spóźnia na spotkanie z człowiekiem? Czy to może człowiek się spóźnia? Czy spóźniamy się, by spotkać się ze sobą nawzajem? Niemożliwe jest, byśmy się rozminęli. Bóg nas znajdzie. Być może w tym naszym spóźnieniu jest nasze spotkanie. Być może w tym, czego nie chcemy, przychodzi jakoś nasze zbawienne otwarcie oczu. Na miłość, już nie na naszą tylko miarę, ale na miarę boską.


część 1

Czy Bóg się spóźnia?


Przychodzą chwile, trwające jak wieczność, kiedy jest w nas bardzo bolesny i dotkliwy brak. Coś jakby deficyt miłości przy jednoczesnym odczuwaniu ogromnego jej pragnienia. Te sytuacje potrafią zaprowadzić nas w ślepe zaułki chybionych czasem wyborów, a nawet dalej, w grząskie moralne bagno.

Z pewnością w Kościele, zwłaszcza w ostatnich latach, bardzo często wypowiada się słowa mówiące o tym, że Bóg nas kocha, że Bóg jest Miłością. Ale przyznać trzeba, że chwilami te słowa zupełnie nie przebijają się do środka, do serca, spływają jak po przysłowiowej kaczce, jak po jakiejś wodoszczelnej powłoce. Potrafią irytować i karmić w nas cynizm wobec nostalgicznych i życzeniowych zawodzeń roznamiętnionego na ambonie „siewcy Bożej Miłości”. Bo skoro „Bóg jest Miłością”, to gdzie ta Miłość podziała się w moim życiu?

Jasną sprawą jest, że nie każdy w Kościele permanentnie czuje się tak fatalnie, jakby „sroce spod ogona wypadł”, ale przyznać należy, że w niejednym kościele, małżeństwie rodzinie czy wspólnocie zakonnej „chłodem wieje”, a nie miłością pali. Mają miejsce takie sytuacje, kiedy naprawdę trudno jest mówić o miłości. I nie jest to doświadczenie tak zwanych „współczesnych czasów” i „współczesnego człowieka”, ale stygmat na stałe wpisany w człowieka, niezależnie od miejsca i czasu.

Bo skoro Bóg jest Miłością i skoro Bóg doskonale zna czas i porę przychodzenia i naszego nawiedzenia, to dlaczego cała Biblia jest niemalże najeżona takimi słowami jak „przyjdź i nie zwlekaj”? Jeżeli ktoś wydusił z siebie prośbę zapisaną w psalmie, a pokolenia skrybów pieczołowicie przepisywały ten krzyk modlącego: „Przyjdź Panie i dłużej nie zwlekaj” czy: „Przyjdź i się nie spóźniaj”, to znaczy, że ten wołający człowiek we własnym życiu doświadczył jednak zwlekania Pana Boga, a następni w tym wołaniu także odkrywali siebie. Wsłuchajmy się w te nawoływania: „Tyś wspomożycielem moim i wybawcą, Boże mój nie zwlekaj” (Ps 40,18), „Boże, szybko przyjdź mi z pomocą” (Ps 70,6). Prorok Izajasz mówi w imieniu Boga: „Przybliżyłem moją sprawiedliwość, już jest niedaleko, nie opóźni się moje zbawienie” (Iz 46,13), jakby uspokajając tych, co jednak mają podstawy, by obawiać się opóźnienia.

Natomiast autorzy listów apostolskich, konfrontując się z bolesnymi pytaniami współczesnych, tracących ufność, wiarę w bliskość Boga i Jego powtórnego przyjścia, pisali: „Jeszcze bowiem za krótką, za bardzo krótką chwilę, przyjdzie Ten, który ma nadejść, i nie spóźni się” (Hbr 10,37).

A św. Piotr w swoim liście wyznaje: „Nie zwleka Pan z wypełnieniem Obietnicy – jak niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich chce doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3,9).

To ludzkie doświadczenie Boga spóźniającego się w perspektywie tęsknot i oczekiwań człowieka dobrze zostało uchwycone w XIII wieku przez Mojżesza Majmonidesa w Trzynastu Zasadach Wiary, które streszczają wiarę Izraela. Sentencja przypisywana żydowskiemu filozofowi mówi: „Wierzymy, że Mesjasz przyjdzie, choć się spóźnia”. W tym samym duchu współcześni chasydzi wołają: „Wierzę mocno, że Mesjasz przyjdzie, a nawet jeśli się spóźnia, wierzę, że przybędzie”. Czy Bóg rzeczywiście się spóźnia?

Czy spóźniona Miłość?

Mamy dwa porządki: obiektywny porządek wiary i subiektywny porządek naszego ludzkiego doświadczenia, które niestety, nie zawsze idą w parze.

Pierwszy mówi, że Bóg jest Miłością, która ogarnia każde stworzenie i pragnie zbawienia wszystkich ludzi, bez wyjątku. Bóg w swojej nieskończonej miłości do nas stał się jednym z nas i objawił nam swoją miłość jako Bóg-człowiek. W swojej miłości do każdego nie zawahał się ani na chwilę, nie zwątpił, do końca nas pokochał, oddając nam całego siebie. Jego miłość zwyciężyła śmierć, usuwając ją tak, jak się usuwa przeszkodę na drodze. Ofiarował nam prawdziwy dar życia, otwierający nam drogę wiary, nadziei i miłości, prowadzący do życia wiecznego. O tym mówi całe Pismo Święte, to podstawowa prawda teologiczna chrześcijaństwa.

Ale jest i ten drugi porządek – ludzkie doświadczenie wiary, uwarunkowane tyloma zmiennymi, ile jest ludzkich historii, zarówno tych mniej lub bardziej pięknych, jak i tych dramatycznych, które często są opowieścią pełną boleści o Bogu Nieobecnym, o Bogu Ukrytym, o Miłości, której brak, a za którą boleśnie się tęskni. Dlatego nasze ludzkie doświadczenie wiary postawione wobec obiektywnego porządku objawienia – że oto Bóg jest Emmanuelem, to znaczy tym, który jest wśród nas i dla nas – w niektórych sytuacjach będzie podpowiadało nam coś całkowicie przeciwnego. Zdarzy się nam wręcz oskarżać Boga o nieobecność. Możemy zaryzykować powiedzenie, że artykuł wiary wręcz się spóźnia, wchodząc i realizując się w naszym życiu nie w porę. Tak jakby był kilka kroków za nami, w tym, co nazwalibyśmy naszym doświadczeniem wiary w życiu codziennym. Wówczas bardzo łatwo się pogubić. Nierzadko i dzisiaj można usłyszeć to wołanie, pytanie, które pierwsi pisarze chrześcijańscy stawiali, rozważając tajemnicę wcielenia: Cur tam sero? (Dlaczego tak późno?).

Dlaczego tak późno ludzkie oblicze Boga odsłania się w znienawidzonym przeze mnie moim własnym ludzkim życiu, kiedy nie potrafiąc kochać siebie, gardzę sobą, czasem aż do samozniszczenia?

Dlaczego tak późno Bóg, który staje się bezbronnym dzieckiem z Betlejem, pozwala nam przyjąć i pokochać w nas samych to bezbronne dziecko, które pomimo upływu lat wciąż w nas jest – zapłakane, porzucone i wystraszone?

Dlaczego tak późno mamy odwagę przebaczać tym, którzy nam zawinili, skoro Miłość pierwsza nam przebaczyła i przygarnęła nas wtedy, kiedy byliśmy grzesznikami?

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com