Miłość... i nieprzespane noce - Nick Spalding - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 342 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 9 godz. 31 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość... i nieprzespane noce - Nick Spalding

Zakochać się w drugim człowieku to nic trudnego. Wydanie na świat nowego człowieka to moment, w którym zaczynają się schody.

Miłość i nieprzespane noce to druga część zabawnych przygód Jamiego i Laury Newmanów, których czytelnik miał okazję poznać w Miłości... z obu stron. Poprzednia powieść, przedstawiająca perypetie dwójki trzydziestoparolatków poszukujących swojej drugiej połowy, kończy się podróżą poślubną bohaterów. Tym razem Jamie i Laura staną przed jeszcze większym wyzwaniem: przyjdzie im odnaleźć się w roli rodziców.

Jamie i Laura Newmanowie za sprawą dosyć swobodnego podejścia do kwestii antykoncepcji niebawem będą mieli dziecko. Dla świeżo poślubionej pary może to być przerażająca perspektywa, ale jeśli tylko będą się wspierać, wszystko powinno pójść jak po maśle... prawda?

A wzajemne wsparcie istotnie będzie konieczne, ponieważ ścieżka prowadząca od poczęcia dziecka do jego pierwszych nieporadnych kroków najeżona jest rozmaitymi przeszkodami, takimi jak poranne mdłości w miejscu publicznym, konieczność zawieszenia życia imprezowego czy nieprzewidywalna huśtawka nastrojów. Życie już nigdy nie będzie takie samo.

Miłość i nieprzespane noce opowiada o tym wszystkim, co następuje po „i żyli długo i szczęśliwie”. W rolach drugoplanowych spotkamy między innymi apodyktyczną teściową, przerażającą położną oraz co najmniej jeden chór spółkujących humbaków.

Opinie o ebooku Miłość... i nieprzespane noce - Nick Spalding

Fragment ebooka Miłość... i nieprzespane noce - Nick Spalding

Nick Spalding

Miłość…
i nieprzespane noce

Tytuł oryginału: Love… And Sleepless Nights

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Beata Słama

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska

Zdjęcie na okładce

© Lisa S./Shutterstock

© 2011, 2012 by Nick Spalding

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Jerzy Wołk-Łaniewski

ISBN 978-83-7758-723-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

To opowieść o byciu rodzicem, wydaje się zatem jak najbardziej właściwe, bym zadedykował mojej mamie Judy, która wychowywała mnie sama, dając mi tyle miłości i wsparcia, ile tylko potrzebowałem.

Spis treści

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

iTALK SARY

BLOG JAMIEGO

PAMIĘTNIK LAURY

Przypisy

PAMIĘTNIK LAURY

1 IV, PONIEDZIAŁEK

Droga Mamo,

cóż, wreszcie do tego doszło. Spełniła się moja życiowa ambicja. To, co pragnęłam zrealizować już od dawna.

Zajęło mi to wiele lat, ale w końcu mogę oznajmić, że ja, Laura Newman, zdołałam zwymiotować w obecności grupy osób na decydującej rozmowie o pracę.

Wiem, że w skali świata jest to skromne osiągnięcie. Inni dążyli do zdobycia Everestu lub wynalezienia lekarstwa na raka. A ja? Mnie zależało tylko na tym, by w możliwie spektakularny sposób upokorzyć się przed ważnymi i wpływowymi ludźmi.

Oj, tak. Kiedy mój czas na tym pięknym świecie dobiegnie końca, pozostanie mi wiele, bardzo wiele ciepłych wspomnień a wśród nich dzień, w którym udałam się do głównej siedziby Hotel Chocolat w Londynie i puściłam tęczowego pawia na trzech dyrektorów zarządzających firmy.

Wyczucie czasu, oczywiście, miałam idealne.

Zamiast dopaść mnie w jakimś bardziej adekwatnym momencie jak choćby przed telewizorem podczas kolejnej edycji programu Mam talent! czy kiedy wysłuchiwałam kolejnej biurowej anegdotki Jamiego nieodparta potrzeba zwymiotowania naszła mnie akurat w chwili, gdy starałam się zaimponować potencjalnym pracodawcom moją niezrównaną znajomością tajników produkcji i sprzedaży wyrobów czekoladowych.

do pawia wszystko szło całkiem nieźle. Rozmowa wypadła w najodpowiedniejszym momencie z punktu widzenia moich nerwów, zdrowia psychicznego Jamiego oraz stanu naszego wspólnego konta.

Stres związany z koniecznością zamknięcia sklepiku z powodu recesji wykańczał nas oboje, tak więc szansa w postaci rozmowy rekrutacyjnej na dobrze opłacane stanowisko w jednym z największych przedsiębiorstw branży czekoladowej w kraju spadła nam jak z nieba. Nie muszę chyba mówić, że nie takie miałam plany w chwili otwierania sklepu zanim gospodarka poszła na dno, a prowadzenie własnej, niezależnej firmy nagle stało się aktywnością równie rozsądną, co żonglowanie granatami ręcznymi bez zawleczki. Szczerze mówiąc, najprawdopodobniej i tak ciągnęłam to dłużej, niż należało. Gdybym kierowała się czystą logiką, sprzedałabym interes ze dwa lata temu i wykaraskała się z sytuacji bez najmniejszych kłopotów. Fakty natomiast takie, że włożyłam w ten sklepik tak dużo wysiłku, że zabicie okien deskami i zwrócenie kluczy właścicielowi lokalu byłoby dla mnie sprzeniewierzeniem się własnym marzeniom.

Marzeniami nie da się jednak opłacać rachunków, tak więc trzy miesiące temu nadeszło nieuniknione i ambitne plany Laury Newman, by zdobyć władzę nad światem poprzez sprzedaż czekolady, zniknęły jak sen złoty.

Jeśli mam być szczera, to koniec końców poczułam ulgę, uwolniwszy się od męczącego mnie stresu, aczkolwiek jeśli przyjrzeć się sprawie z bliska, zastąpienie stresu związanego z posiadaniem sklepu stresem związanym z szukaniem nowej pracy nie jest tak wspaniałą zmianą. Możesz sobie wyobrazić moje zadowolenie i podniecenie, gdy natknęłam się na ofertę zatrudnienia na wyższym stanowisku w Hotel Chocolat. Chodziło o pracę, którą moje kwalifikacje, talenty i doświadczenie pozwalałyby mi wykonywać z palcem w nosie.

Tak więc wyruszam do Londynu chybocząc się na najczarniejszych, najbardziej błyszczących i wzbudzających respekt wysokich obcasach, jakie mam, ubrana w najbardziej biznesową, czarną ołówkową spódnicę oraz żakiet, z włosami związanymi w najciaśniejszy, najbardziej profesjonalny kucyk, jaki tylko da się znieść, nie doprowadzając oczu do permanentnego łzawienia. Jestem lepiej przygotowana do tej cholernej rozmowy niż alianci do lądowania w Normandii. Mój biedny przeciążony umysł pełen jest wszelkich możliwych szczegółów dotyczących praktyk biznesowych i strategii działania firmy.

Pod pachą ściskam portfolio, które zawiera rozmaite nowe wzory i smaki czekoladek oraz receptury z mojego sklepiku, sporządzane do chwili, gdy nadeszło załamanie rynku i wszystko się posypało. Jestem zdeterminowana dostać robotę. Jestem silną, nowoczesną i kreatywną kobietą, która nie pogodzi się z odmową!

Niestety, gdy o ósmej piętnaście wsiadam w przemoczonym mżawką Southampton do pociągu jadącego na dworzec Waterloo, trochę mnie mdli. Winę za to zwalam na sobotnią noc i ekscesy podczas imprezy urodzinowej Charlie. Jeszcze nigdy powrót do formy po balandze nie zajął mi całych dwóch dni, ale uznaję, że skoro jestem już po trzydziestce, pod tym względem będzie już zapewne tylko gorzej.

Podróż pociągiem upływa mi na powtarzaniu materiałów i usilnych próbach niezwracania uwagi na dwóch gości na końcu wagonu. Obydwaj już ewidentnie pijani, a do tego jeden z nich to najwyraźniej ciężki przygłup. Ze swojej komórki puszcza na cały regulator wkurzającą piosenkę Pink pod tytułem Perfect i nie przepuszcza okazji, by odśpiewać każdy refren, szczególny wysiłek wkładając w możliwie głośne wywrzeszczenie linijki You are perfect, FUCKING perfect to me-ee! Jesteś idealny, dla mnie, KURWA, jesteś idealny! Muszą istnieć jakieś kursy, na które tacy ludzie uczęszczają, by się dowiedzieć, jak najbardziej uprzykrzać życie innym obywatelom. Wyobrażam sobie, że pierwsza lekcja przewiduje „zatrzymywanie się na środku ruchliwej ulicy, by przylać dzieciakom”, końcowy zaś wykład poświęcony jest najskuteczniejszym metodom doprowadzania najbliższych sąsiadów do szału za sprawą imprez ciągnących się do trzeciej nad ranem tudzież dzięki posiadaniu agresywnych i śmierdzących pitbuli. Dwójka, z którą siedzę w wagonie, widocznie wybijała się podczas zajęć z antyspołecznych zachowań w środkach transportu publicznego. Na szczęście przykrości ustają, gdy muskularnej budowy konduktor, wyraźnie nie w nastroju na tego typu swawole, mija mój fotel i sprawnie wywala obydwu gnojków na przystanku w Woking, nim zdążą narobić w wagonie szkód.

Już w Londynie za przejażdżkę taksówką do siedziby Hotel Chocolat płacę równowartość ręki, nogi i fragmentu jelita, ale przynajmniej docieram na miejsce łatwo i przed czasem, gotowa oczarować i olśnić moich przyszłych pracodawców tak bardzo, że przydałyby im się okulary przeciwsłoneczne.

Następuje pół godziny czekania przy recepcji. Obecnie to chyba obowiązkowy element każdego procesu rekrutacyjnego. Najwidoczniej istnieje jakiś podręcznik dla zatrudniających, który sugeruje, że dobrym sposobem na zmiękczenie kandydatów jest posadzenie ich na trzydzieści minut w niezręcznej ciszy oko w oko z recepcjonistką.

Ta akurat ma jakieś dwadzieścia dwa lata i makijaż mocniejszy niż Joker z Mrocznego Rycerza. Liczę, że gdzieś z boku rozlegnie się hałas, chciałabym bowiem się przekonać, czy przy gwałtownym ruchu głową cała ta tapeta nie odklei się od jej twarzy.

Dzwoni telefon na biurku i wypacykowana księżniczka zbrodni podnosi słuchawkę.

Może pani wejść, pani Newman informuje mnie spod czterech warstw podkładu.

Dzięki odpowiadam, po czym wstaję zmartwiona stanem mojej spódnicy, na której z niewiadomych przyczyn pojawiło się kilka widocznych fałd, choć przecież ostatnie pół godziny spędziłam, siedząc bez ruchu. Kiedy biorę leżącą na stoliku teczkę, serce wali mi w piersiach jak młot naszprycowanego kofeiną kowala. Niepewnym krokiem mijam Heatha Ledgera w spódnicy i docieram do drogich mahoniowych drzwi.

Otwiera je połyskliwy młodzieniec w eleganckim szarym garniturze, posyłając mi przy tym uśmiech z gatunku tych, które dotychczas widziałam jedynie na ustach sprzedawców używanych samochodów.

Dzień dobry, pani Newman mówi. Proszę spocząć. Wskazuje krzesło ustawione przed drogim mahoniowym biurkiem. Gdzieś w tym mieście z pewnością rezyduje handlarz mahoniem, który dorobił się na nim inkrustowanej złotem toalety.

Dzień boży odpowiadam.

„Dzień boży”? Co, do cholery, znaczy niby „dzień boży”? Chciałam oczywiście powiedzieć „dzień dobry”, ale nerwy wzięły górę. Teraz sobie pomyśli, że jestem jakąś porypaną, bogobojną fanatyczką religijną!

Dzień dobry wykrztuszam. Uśmiecha się do mnie raz jeszcze z lekko widocznym zmieszaniem i obchodzi biurko, aby usiąść obok swoich dwóch współpracowników. Jeden z nich to szczupły, sprawiający sympatyczne wrażenie czarnoskóry mężczyzna w błękitnym garniturze, drugi zaś to Christopher Biggins.

Mrugam parę razy. Jak to w ogóle możliwe? Czyżby Biggins tęgiej budowy ciała komik i gwiazdor wielu sprośnych widowisk telewizyjnych z lat osiemdziesiątych zmienił zawód i stał się menedżerem przedsiębiorstwa produkującego czekoladę?

Mrugam raz jeszcze. Dzięki Bogu to nie Christopher Biggins. Gość po prostu jest do niego łudząco podobny. Czuję ulgę. Nie potrafię się odnaleźć w obecności znanych osób choćby to były postacie drugorzędne. Pewnego razu w sklepie HMV wpadłam na Briana z Big Brothera i o mało nie posikałam się w majtki. Myśl, że musiałabym zachowywać się jak profesjonalistka pod niewzruszonym spojrzeniem aktora damskiej pantomimy tudzież postaci Lukewarma z sitcomu Odsiadka, potwornie mnie przeraża.

Ale chwila, moment. Czy Christopher Biggins w ogóle jeszcze żyje? Jestem pewna, że gdzieś czytałam, że… Jezu. Długo już tak stoję i zastanawiam się nad Christopherem Bigginsem?

Proszę usiąść mówi do mnie nie-Christopher Biggins. Wyraz jego twarzy sugeruje, że moment, który spędziłam, stojąc jak wryta i usiłując sobie przypomnieć, czy Christopher Biggins żyje, czy też nie, ciągnął się niezręcznie długo.

Przestań już myśleć o Christopherze Bigginsie, ty szurnięta babo!

Siadam, wdzięczna, że biurko maskuje przepastne zagniecenia mojej spódnicy. Wcześniejsze mdłości powróciły ze zdwojoną siłą, lecz przypisuję je kombinacji nerwów i kaca z soboty i robię, co mogę, by je zignorować.

Nazywam się Charles Lipman odzywa się sympatyczny czarnoskóry menedżer. Oto moi koledzy: David Presley wskazuje szczwanego sprzedawcę aut oraz Roger McDougal przedstawia nie-Bigginsa.

Bardzo mi miło panów poznać odpowiadam, kłamiąc w żywe oczy.

Nam również, pani Newman zapewnia Lipman. Z lektury pani curriculum vitae wnoszę, że ma pani kwalifikacje, których oczekujemy od kandydata na stanowisko menedżera kreatywnego Regionu Południe. Wyciąga egzemplarz mojego CV. Proszę nam opowiedzieć o swoim doświadczeniu zawodowym.

I oto rozpoczyna się właściwa rozmowa. Wypieram z głowy myśli o tandetnych gwiazdorach małego ekranu (żywych lub martwych, nie doszłam jeszcze do ostatecznego wniosku), pogniecionych spódnicach i złoczyńcach z Mrocznego Rycerza i przystępuję do oczarowywania trzech dżentelmenów moim idealnym przygotowaniem do objęcia tej wspaniałej posady.

Wszystko idzie jak z płatka. Przez mniej więcej dwadzieścia minut. Kiedy opowiadam o ich przedsiębiorstwie, kiwają z uznaniem głowami. Na propozycje zwiększenia produktywności oraz osiąganych zysków reagują przychylnymi uśmiechami. Śmieją się nawet z moich misternie wplatanych żarcików na temat prowadzenia własnej działalności w dobie recesji. Jamie wyuczył mnie ich zeszłej nocy podczas ostatniej błyskawicznej powtórki materiału. Nie byłam przekonana, czy powinnam po nie sięgać, on jednak stwierdził, że to doskonały sposób, by dowieść, jaka to jestem błyskotliwa.

Mniej przyjemne było opisywanie okoliczności upadku mojego sklepiku. Nikt nie lubi relacjonować czegoś, co kończy się niepowodzeniem. Najważniejsze to dać im do zrozumienia, że sklep musiałam zamknąć wyłącznie z powodu sytuacji gospodarczej, a nie dlatego, że moje talenty do interesów na poziomie opóźnionego w rozwoju wielbłąda. Wydaje się, że rozmówcy bez zastrzeżeń przyjmują mój wyszlifowany punkt widzenia, toteż prędko przechodzę do innych kwestii, zadowolona, że wyjaśnienie tej sprawy mam już z głowy.

Przedstawiam właśnie strategię marketingową, której wdrożenie planowałabym przy okazji najbliższej Wielkanocy, gdy mdłości, które powstrzymywałam od samego ranka, przełamują moją pieczołowicie wzniesioną zaporę mentalną i przelewają się przeze mnie niczym niezdrowa fala przypływu.

Dobrze się pani czuje, pani Newman? pyta mnie nie-Biggins, dostrzegłszy, że nagle zbladłam jak prześcieradło.

Tak skrzypię. Oddycham głęboko kilka razy i podejmuję: Jak więc mówiłam, kampania powinna skupić się na rodzicach, toteż opracowałam kilka sloganów, które w moim mniemaniu mogłyby…

Czuję w ustach zapowiedź wymiotów. W jednej chwili moja pusta jama ustna wypełnia się treścią żołądkową. Nigdy wcześniej nic podobnego mi się nie zdarzyło.

Dotychczas w takich przypadkach zazwyczaj otrzymywałam więcej sygnałów ostrzegawczych, na przykład bulgotanie w brzuchu, koszmarny posmak miedzi na języku, kurczące się mięśnie przełyku… Lecz tym razem przypomina to jakąś magiczną sztuczkę i to nawet nie dobrą sztuczkę z gatunku tych, które Paul Daniels zwykł przedstawiać w asyście uroczej Debbie McGee, czy też takich, jakie David Blaine wycina na środku ulicy Bogu ducha winnym przechodniom.

Wymioty tak po prostu w ułamku sekundy meldują się w moich ustach. Zaciskam wargi, starając się nie wypuścić ich w świat. Policzki mi się nadymają i przypominam teraz Alvina z tego cholernego filmu o wiewiórkach.

Ojej, czy pani jest niedobrze? pyta Charles Lipman.

Zapytana wiewiórka milczy. Jeśli wiewiórka spróbuje cokolwiek powiedzieć, z jej ust wydobędzie się jedynie strumień ciepłych wymiocin. Niektórzy mogą uznać, że byłby to w zasadzie postęp w porównaniu z wysokimi, piskliwymi pierdołami, jakie zazwyczaj wygłasza postać Alvina, lecz w obecnej sytuacji zdecydowanie chętniej wysłuchałabym całej płyty tych bredni, byle tylko nie musieć siedzieć tu z gębą pełną treści żołądkowej.

Wtem, ku mojemu przerażeniu, niczym tłusty pasażer ładujący się do wagonu metra podczas godzin szczytu, do mojej już przepełnionej buzi napływa kolejna fala wymiocin. Czym prędzej zakrywam usta dłonią, lecz to, co nieuchronne, już się zaczęło. Moje policzki więcej nie pomieszczą. Bariera zostaje przełamana. Mury Jerycha ostatecznie i nieodwołalnie padają.

Radośnie oswobodziwszy się z więzienia jamy ustnej, spomiędzy moich palców wytryska fontanna wymiocin. Zupełnie jakbym usiłowała zatkać ręką szlauch tyle tylko, że w tym przypadku bardziej cuchnie i będzie więcej zachodu z czyszczeniem.

Wszyscy trzej rekruterzy cofają się ze zgrozą. Charles Lipman i David Presley w jednej chwili podrywają się z krzeseł, lecz biedny tęgi nie-Biggins nie dorównuje im zwinnością i zamiast uskoczyć, by uniknąć ataku moimi wymiotami, po prostu wywija w tył slapstickowego koziołka, którego jego słynny sobowtór nie powstydziłby się w dowolnym popołudniowym przedstawieniu Jasia i łodygi fasoli.

Ja również zrywam się z miejsca, jedną ręką wciąż zakrywając usta. Drugą staram się pokazać, że muszę dostać się do najbliższej toalety. Wymachuję wściekle palcem, jednocześnie odskakując w tył, by zredukować pole rażenia. Wygląda to tak, jakbym opracowała nowy taniec, jakąś wersję charlestona urozmaiconą wygrażaniem palcem i nadymaniem policzków… oraz wzbogaconą o zawartość żołądka.

Na szczęście Charles Lipman domyśla się znaczenia moich pląsów.

Łazienka jest za tymi drzwiami! skrzeczy, wskazując gorączkowo kolejne drzwi z drogiego mahoniu po mojej prawej stronie.

Rzucam się w tym kierunku i wpadam do pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Wewnątrz zastaję jedną z tych dyrektorskich łazienek, gdzie bez wątpienia nikt jeszcze nie wymiotował. Najzwyczajniej w świecie nie w takim celu zaprojektowano. Łazienka ta poznała w swoim czasie wiele owłosionych, bogatych męskich zadów, lecz mogę się założyć, że jestem pierwszą kobietą w dziejach, która wpada tu, by wypluć swe podroby. Ochoczo chrzczę więc instalację w kabinie w rogu pomieszczenia.

Większość treści żołądkowej zdążyła już przedostać się w górę przewodu pokarmowego, dzięki czemu nie szarpią mną koszmarne torsje na sucho. To zawsze najgorsza część procesu wymiotowania. Człowiek wydaje wówczas dźwięki jak ciężarowiec starający się wyrwać dwieście kilogramów, wygląda zaś niczym pies wykrztuszający tkwiący w przełyku gnat.

Już po paru minutach mogę odsunąć się od muszli klozetowej i przystąpić do oporządzania samej siebie. Pewne ślady po wymiotach pozostały mi na żakiecie, lecz generalnie rzecz biorąc, mogło być gorzej. Z twarzy co prawda przypominam otumanioną heroiną prostytutkę, ale moja odzież, zważywszy na to, co się stało, przedstawia się całkiem znośnie.

Rzecz jasna, nigdy już nie mogę z tej łazienki wyjść. Od teraz to mój dom. Będą mi tu musieli dostarczać jedzenie, napoje i całą resztę zaopatrzenia. Na szczęście telefon mam w kieszeni, tak więc wciąż mogę kontaktować się z bliskimi. Bez wątpienia będą za mną tęsknili, ale być może personel Hotel Chocolat zdoła ustalić godziny wizyt. Przyjdzie mi sypiać w kabinie toaletowej, będę też potrzebowała paru książek, by mieć się czym zająć przez następnych kilkadziesiąt lat, ale w ogólnym rozrachunku pozostanie tu zdecydowanie bardziej mi się uśmiecha niż otwarcie drzwi i konfrontacja z trzema mężczyznami, przed którymi dopiero co się porzygałam.

Pani Newman?

To ten cholerny nie-Biggins. Chce, żebym wyszła. Drań pragnie się radować moim wstydem, rozkoszować moim upokorzeniem. Nienawidzę cię, nie-Christopherze Bigginsie, ciebie i wszystkiego, co sobą reprezentujesz.

Czy wszystko w porządku, pani Newman? dołącza się do niego Presley.

Oczywiście, że nie wszystko w porządku, ty monumentalny kretynie. Dopiero co bezapelacyjnie straciłam szanse na dostanie posady w waszej firmie.

Tak! Nic mi nie jest! wykrzykuję przez drzwi trochę za głośno. Już wychodzę.

Otwieram drzwi i witają mnie trzy strapione oblicza. Trzeba przyznać, że na najbardziej zaniepokojonego wygląda nie-Biggins.

Proszę mi wybaczyć, panowie. Nie potrafię wytłumaczyć, skąd się to wzięło. Wnoszę, że jestem chora.

Oczy Charlesa Lipmana się zwężają.

Nie jest pani… w ciąży, prawda? pyta ostrożnie.

Ja? W ciąży? Też mi głupie żarty!

Oj, to zupełnie nieprawdopodobne, panie Lipman. Mój mąż i ja zawsze bardzo dbamy o zabezpieczenie.

A więc proszę. Oto omawiam moje nawyki seksualne z trzema mężczyznami, których poznałam niespełna pół godziny temu. Twarz oblewa mi jasnoczerwony rumieniec wstydu.

Och. Lipman wygląda na zaszokowanego. Presley sprawia wrażenie jelenia w snopie świateł samochodu. McDougal w dalszym ciągu, nie wiedzieć dlaczego, wygląda jak Christopher Biggins.

Cóż, pani Newman mówi Lipman może przerwiemy w tym miejscu naszą rozmowę, zważywszy na to, co właśnie się zdarzyło? Nie chcielibyśmy zmuszać pani do kontynuowania jej w obecnym stanie.

Masz na myśli wzbierające mdłości? Czy może zasychające wymioty, które tworzą teraz paskudną skorupę na klapie mojej marynarki?

Zapewne ma pan rację, panie Lipman. Robię możliwie skruszoną minę. Dziękuję za poświęcony mi czas. Przepraszam za niedyspozycję.

Nic się nie stało, pani Newman. Moja żona też cierpiała na poranne mdłości przy pierwszym dziecku nadmienia nie-Biggins.

Ja nie jestem w ciąży. Pieprz się, wdówko z pantomimy!

Podchodzę do biurka i biorę moje portfolio.

Jeśli pani chce, może nam je pani zostawić, pani Newman. Z chęcią się z nim zapoznam proponuje Charles Lipman. Spoza chmur nikczemnej zgryzoty przebija się iskierka nadziei.

Dziękuję, panie Lipman, tak też zrobię. Zdumiewa mnie drżenie w moim głosie. Znienacka z przerażeniem zdaję sobie sprawę, że jestem na granicy płaczu. Wystarczyło, że Lipman po prostu zgłosił gotowość do przejrzenia mojego portfolio, a ja rozryczę się zaraz jak pięcioletnia dziewczynka.

Co się, do diabła, ze mną dzieje?

Z wilgotnymi oczami i drżącymi wargami podchodzę, by uścisnąć dłoń Charliego. Ten spogląda na moją wyciągniętą rękę, bez wątpienia wypatrując na niej resztek soków gastrycznych. Uśmiecham się niczym trzymający zapałkę podpalacz i cofam dłoń, przełykając tkwiącą w gardle twardą gulę.

A zatem do widzenia, panowie rzucam w pośpiechu. Życzę panom nader udanego dnia.

Wszyscy trzej równie uprzejmie odpowiadają na moje pożegnanie.

Przez chwilę nie-Biggins wygląda, jakby miał mnie uściskać. Chybabym tego nie zniosła. Jeśli spróbuje, wybuchnę płaczem. Jakżeby inaczej? Ma przyjazną szczerą twarz legendy pantomimy. Szczęśliwie nie decyduje się na zawstydzający uścisk, więc nie mówiąc więcej ani słowa, wymykam się z gabinetu. Kiedy mijam przypominającą Jokera recepcjonistkę, słyszę, jak przez telefon pilnie wzywa do gabinetu pana Lipmana ekipę sprzątającą. Nie mogłabym czuć się w tej chwili bardziej niezręcznie, nawet gdyby mi powiedziano, że dopadła mnie denga…

Oczywiście to niemożliwe, że jestem w ciąży. Nigdy w życiu! To po prostu skutki kaca po sobocie i zapewne tajskiego żarcia na telefon z wczorajszego wieczoru. Tak, to musi być to! Ot, rezultat zbyt wielu drinków z wódką i nieświeżego pad thai z kurczakiem.

To, że idąc na dworzec kolejowy, zaglądam do drogerii, to zupełny zbieg okoliczności. Wchodzę tylko po to, by kupić jakieś pastylki na żołądek. Nie do końca wiem, skąd na kontuarze przy kasie ląduje test ciążowy, ale z jakiegoś powodu jednak go kupuję i chowam do kieszeni marynarki. Może później z niego skorzystam a może nie! z samej tylko ciekawości. Wyłącznie dlatego, że nigdy jeszcze nie robiłam takiego testu i czysto akademicko ciekawi mnie, na czym też one polegają.

Koniec końców to niemożliwe, żebym była w ciąży. Ja? W żadnym wypadku!

Matko święta, ja jestem w ciąży. Zapłodniona. Brzuchata. Na starcie ścieżki do macierzyństwa. Noszę w sobie pierwszych parę komórek ludzkiej istoty, która za jakiś czas spróbuje się przecisnąć przez moją waginę… co, rzecz jasna, jest niewykonalne. To niemożliwe. Że niby człowiek miałby wyślizgnąć się z mojej zdrowej, zadbanej szparki? No nie bądźcie śmieszni!

Mamo, naprawdę chciałabym mieć Cię teraz przy sobie. Jestem przerażona.

Kocham Cię i tęsknię,

Twoja niebawem ogromna córka

Laura

xxx

BLOG JAMIEGO

WTOREK, DRUGI KWIETNIA

„Nie martw się, wyciągnę przed końcem i spuszczę ci się na plecy”.

Z tego, co wiem, to wraz z wypowiedzeniem powyższych słów moje dotychczasowe życie dobiegło końca. Przyznaję, że jak na kres ludzkiego istnienia, nie była to deklaracja wybitnie apokaliptyczna, nader uczona bądź też warta cytowania. Niemniej to właśnie oświadczenie oznaczało wyrok śmierci dla beztroskiej i pełnej igraszek egzystencji Jamiego Newmana. Dużo nad tym myślałem i jestem pewny, że mam rację.

A zdarzyło się to miesiąc temu.

Nie… cofnijmy się nieco dalej w czasie, do minionej jesieni, kiedy to Laura musiała przestać brać pigułki, bo miała od nich bóle głowy. Nie był to jakiś kłopot, z biura miałem niedaleko do kliniki planowania rodziny, z chęcią zatem podskoczyłem po darmowy zapas gumek, który miał wystarczyć do chwili, Laura dobierze inną pigułkę, po której nie będzie musiała spędzać reszty dnia, chowając się w zaciemnionych pomieszczeniach. Albo też do momentu, gdy zdecydujemy się na alternatywną formę zabezpieczenia.

Miało to trwać zaledwie parę tygodni, lecz jeśli Laurze i mnie można coś zarzucić, to zdolność do absurdalnego wręcz odkładania wszystkiego na potem. Świadectwem niechaj będzie ośmioletnia kanapa, którą mieliśmy wymienić. Bez względu na to, ile razy pokazują w telewizji reklamę tego cholernego centrum meblowego, nadal nie jesteśmy w stanie wziąć dup w troki, zapoznać się z najnowszą kolekcją sof i skorzystać z niekończącej się wyprzedaży.

Ale przewińmy do sytuacji sprzed kilku tygodni do niewiarygodnie nudnego marcowego wieczoru. Winę za całe zdarzenie zwalam na Simona Cowella. Gdyby świry uczestniczące w tej edycji Mam talent! prezentowały wyższy poziom, być może na dłużej przyciągnęłyby naszą uwagę i nie zaproponowałbym Laurze szybkiego numerku przed początkiem Top Gear.

Mam świadomość, że brzmi to mniej więcej równie romantycznie jak opowieść o hemoroidach, ale w rzeczywistości nie jest tak źle. Laura i ja prowadzimy bardzo zdrowe życie seksualne, obfitujące w długie, zmysłowe i romantyczne sesje miłosne. W życiu jednak liczy się różnorodność, więc od czasu do czasu lubimy wykorzystać wolną chwilę na szybki numerek. Obydwoje pracujemy do późna, dlatego te przelotne numerki stały się niestety częstsze niż niespieszne seanse w blasku świec ot, poważny minus życia w Wielkiej Brytanii XXI wieku.

Przez ostatnie miesiące naprawdę dopracowaliśmy ten system. Możemy uprawiać seks rano przed wyjściem do pracy, wieczorem, gdy czekamy, rozmrozi się kurczak, w łazience tuż przed wyprawą na zakupy a pewnego pamiętnego razu, kiedy obydwoje byliśmy nad wyraz napaleni, w windzie dla niepełnosprawnych w supermarkecie. Nie martwcie się, po wszystkim było nam strasznie wstyd.

Wystarczy powiedzieć, że gdyby istniały mistrzostwa w bzykaniu na czas, mielibyśmy spore szanse na miejsce medalowe.

I w takich oto okolicznościach Jamie Newman umieścił swoją kochaną, pełną wdzięku i niezwykle piękną żonę na wspomnianej już ośmioletniej kanapie, na kolanach, przygotowując się do porządnego, szybkiego i ostrego rżnięcia.

Lecz nagle nieszczęście!

Jasna cholera. Nie mam żadnych gumek stwierdzam, energicznie trzepiąc się po wacku, by utrzymać erekcję do czasu rozwiązania problemu.

Naprawdę? odpowiada moja wspaniała żonka z wypiętym tyłkiem i rękami zaciśniętymi na oparciu kanapy. Ja też nic nie mam!

Nie ruszaj się polecam. Sprawdzę jeszcze w szafce przy łóżku.

Odbiegam więc z penisem wesoło sterczącym przede mną niczym różdżka radiestety, pozostawiając Laurę z głową opartą na dłoniach, idealną półkulą jej wybornego tyłeczka wciąż zadartą w górę, co sprawia, że jej plecy tak kusząco wyginają się w łuk.

Niestety, w szafce nocnej nie znajduję żadnych prezerwatyw. Przechodzę do łazienki i przeglądam zawartość tamtejszej szafki, cały czas młócąc wacka, aby w razie gdybym jednak natknął się na jakieś opakowanie gumowych ratowników, być zwartym i gotowym. Tak oto rozpoczyna się pięciominutowa rewizja wszelkich szafek i szuflad, jakie tylko przychodzą mi na myśl a wszystko to jedną ręką. Wyglądam jak jakiś dewiant seksualny z fetyszem domowych mebli służących do przechowywania przedmiotów.

No, chodź już, Jamie! woła Laura. W jej głosie wyraźnie słychać zniecierpliwienie.

Przepraszam! Może… może popieść się chwilkę sama. Będę tak szybko, jak się da! Tak jest, nie ulega wątpliwości, że tej szczególnej nocy nastrój jest romantyczny jak cholera.

A więc oto jesteśmy ja z obłędem w oczach jedną ręką szarpię za szuflady, a drugą za członek, podczas gdy Laurze pozostała samoobsługa z tłem w postaci wygłupów Anta i Deca w Mam talent!, gawędzących z delikwentem, który właśnie odśpiewał w pełnym akwalungu Camptown Races jurorce Amandzie Holden.

To bez sensu mówię, kiedy wracam do salonu. W całym domu nie ma już ani jednej.

Cholera jasna rzuca Laura. To będziemy musieli się wstrzymać.

Ma rację, powinniśmy się powściągnąć. Byłoby to działanie rozsądne. Mam jednak pewien kłopot: moja żona jest bardzo atrakcyjną kobietą, w tym natomiast momencie klęczy na kanapie z szeroko rozstawionymi nogami i wypiętym tyłkiem. Nadeszła pora, by Jamie Newman wypowiedział słowa, które przypieczętują jego los:

Nie martw się, wyciągnę przed końcem i spuszczę ci się na plecy.

Pewna strona Laury zamieszkująca jej duszę romantyczna, subtelna i nieśmiała dama z pewnością jest oburzona moją propozycją. Tak się jednak nieszczęśliwie składa, że w danym momencie jej ośrodkiem decyzyjnym zawiaduje inne wcielenie zwierzęca, sprośna, rozerotyzowana kocica, którą można znaleźć w każdej kobiecie, o ile tylko wystarczająco dobrze poszukać i połechtać, gdzie trzeba.

Niech będzie, ale postaraj się tego nie schrzanić dyszy głosem ochrypłym z podniecenia.

Na swoją obronę powiem, że istotnie tego nie schrzaniłem. Wykazuję się, jak mi się wtedy wydaje, nadludzkim poziomem opanowania i potrafię wstrzymać się z dojściem do celu do chwili, gdy Laura podkula z rozkoszy palce u stóp, a ja usuwam się z równania.

Celność, z jaką na koniec całego zajścia wystrzeliwuję moją półpłynną męskość, nie jest szczególnie wybitna, więc przynajmniej teraz mamy już nader solidny powód, by wreszcie ruszyć tyłek i udać się do sklepu po nową kanapę.

Sęk w tym, że ta akurat metoda improwizowanej antykoncepcji nie jest wystarczająco skuteczna. To, że wyciągnąłeś przed czasem, wcale nie oznacza, że nic ci nie grozi, choćbyś nawet tak sądził. Wiedzą to nawet nastolatki o umysłach nieskażonych krztyną zdrowego rozsądku, my jednak postanowiliśmy wygodnie ten fakt zignorować. do wczoraj do pierwszego kwietnia.

A pierwszy kwietnia był dla mnie wyjątkowo podły, jeszcze zanim o osiemnastej wróciłem do domu. Cały dzień spędziłem na kłótniach z zastępcą redaktora w kwestii przestrzeni reklamowej na ostatniej stronie gazety. Powiedziałem „na kłótniach”, lecz w rzeczywistości polegało to głównie na wymianie pasywno-agresywnych e-maili, czego zwieńczeniem była ostra pięciominutowa „pogawędka” pod drzwiami działu poligraficznego.

Na początku mojej kariery twórczej wyobrażałem sobie, że dni będą mi wypełniały inne rozrywki. Sądziłem, że moja praca będzie polegała na nurzaniu się w wirze kreatywności i trzaskaniu genialnych i wnikliwych artykułów na wszelkie ważkie tematy, które wymagałyby fachowej opinii Jamiego Newmana. Moim przeznaczeniem było tworzenie najlepszych komunikatów prasowych, tekstów informacyjnych oraz materiałów reklamowych, jakie kiedykolwiek zostały przelane na papier.

Niestety, Wszechświat jak dotąd postanowił, że nie dogodzi moim potrzebom, toteż na razie dla zabicia czasu tkwię w lokalnej gazecie i spieram się o niezwykle prozaiczną kwestię zagospodarowania szpalty mającej siedem i pół centymetra. Spór ten ostatecznie przegrałem, tak więc w chwili powrotu do domu nastrój miałem mroczniejszy aniżeli dusza dorosłego miłośnika Justina Biebera.

Dobry wieczór, skarbie rzucam posępnie żonie, gdy dostrzegam, że stoi w kuchni.

Dobry wieczór odpowiada bardzo cicho, kiedy daję jej zwyczajowego buziaka na powitanie.

Gdybym nie był w tak podłym nastroju, już w tym momencie zauważyłbym pewne oznaki. Tymczasem jednak ściągnąłem po prostu krawat, przeszedłem do salonu i opadłem na poplamione spermą (i przewrócone na drugą stronę) siedzisko kanapy, zamierzając przez jakieś pół godzinki pooglądać na Sky News wiadomości o ludziach, którym układa się gorzej niż mnie. Jest to cecha ludzkiej natury, której nigdy szczególnie nie lubiłem, lecz kiedy masz za sobą koszmarny dzień w robocie, często naprawdę robi ci się lepiej, gdy wysłuchasz historii kogoś, kto miał dzień tak beznadziejny, że postanowił opowiedzieć o tym reporterowi telewizji informacyjnej. W dalszym ciągu jestem nieświadomy stanu emocjonalnego mojej zdenerwowanej i rozdrażnionej żony, która przychodzi i siada obok mnie.

Jak dzień? W porządku? pytam z nadzieją, że odpowie twierdząco, po czym zada to samo pytanie, co umożliwi mi wyrzucenie z siebie epickiej diatryby o tym, jak skończonym idiotą jest zastępca redaktora Colin Forbes.

Hm. Nie… raczej niezbyt. Skubie przy tym róg siedziska.

Naprawdę? To kiepsko odpowiadam, chcąc wykorzystać ten moment w rozmowie, aby skierować na moje własne zmartwienia. Wiem, co czujesz. Sam miałem dzień do dupy. Kojarzysz tego palanta Forbesa? Tego z zezującym okiem? No to zachowywał się dziś jak ostatni chujek. Musiałem mieć dodatkowe pół strony na potrzeby wielkanocnej kampanii reklamowej, ale niee… On mi mówi, że to miejsce na doniesienia o rugby. Akurat na cholerne rugby. Kogo w ogóle obchodzi rugby? Co za durny sport. Mówię ci, kotku, czasem ta robota naprawdę działa mi na nerwy. I bardzo chciałbym móc rzucić w diabły, ale w tej chwili nie stać mnie na całe to zawracanie dupy z szukaniem czegoś nowego. Jak pomyślę, że musiałbym się pieprzyć z tymi durnymi rozmowami o pracę, to krew mnie… Jasssny gwint.

Krew zastyga mi w żyłach. Zupełnie zapomniałem, że Laura była na rozmowie w sprawie pracy. To właśnie dziś pojechała do Londynu na spotkanie z gośćmi z Hotel Chocolat. (Swoją drogą, słowo „czekolada” chocolate po angielsku pisze się z „e” na końcu. Do licha ciężkiego, jesteśmy w końcu w Wielkiej Brytanii. Jeśli któregoś dnia zacznę stosować francuską pisownię, niech odwiozą mnie do czubków z diagnozą ogólnego obłędu). Jak, do cholery, mogłem zapomnieć o tak ważnym wydarzeniu? Przecież zanim rano wyruszyłem do kieratu, życzyłem jej powodzenia. Minęło dziewięć godzin, a zupełnie wyleciało mi to z głowy. Uznam, że to przez Colina Forbesa i zjedzoną na lunch zeschniętą kanapkę z kurczakiem.

Gdy staram się ogarnąć świadomością totalny kataklizm, jaki właśnie na siebie ściągnąłem, z moich ust wydobywa się cichy skowyt. Zdaję sobie sprawę, że następne parę minut mojego życia będzie straszliwe. A także, że najbliższą noc prześpię najpewniej na obryzganej spermą sofie.

Biorę się do przepraszania… i milknę. Najzwyczajniej w świecie nie znam słów, którymi umiałbym wyrazić szczery i niepohamowany żal. Nie sposób ukoić fali gniewu, która z całą pewnością zaraz na mnie spadnie niczym posępny zwiastun apokalipsy Jamiego Newmana. Gdybym sądził, że odrąbując sobie rękę, zdołam załagodzić sytuację, tobym to teraz uczynił. Co tam, nawet bym sobie odgryzł.

Spoglądam na Laurę. Jest nawet gorzej, niż myślałem.

Spodziewałem się złowrogiego spojrzenia obrazu powściąganej kobiecej furii, której uderzenie zaraz przyjmę na swą durną zapominalską męską gębę. Ale nie, tym razem wygląda to o wiele, wiele gorzej. Laura jest blada, podenerwowana i bardzo, ale to bardzo zagubiona.

W mordę jeża! Z wściekłą bestią jeszcze jakoś umiem sobie radzić, lecz Laura wygląda po prostu na głęboko dotkniętą moim brakiem uwagi. Czuję się z tym nieskończenie gorzej. Nie rozzłościłem jej, ale zwyczajnie zasmuciłem. Najchętniej bym się teraz zabił, dławiąc na śmierć poduchą kanapy.

Tak bardzo mi przykro, kochanie mówię i biorę za rękę. Powiedz, jak ci się udała rozmowa? Spoglądam na jej przygnębioną twarz. Dobrze ci poszło?

Inteligentne pytanie, nie ma co. To tak, jakby w 1939 roku spytać Żyda, czy w następnych wyborach zamierza zagłosować na Hitlera. Laura spogląda na mnie tymi cudownymi niebieskimi oczami, jej usta drżą. Spinam pośladki i zaczynam układać w myślach listę zakupów zawierającą lody Häagen Dazs, kwiaty, a być może również nowiusieńkie auto. Ściska mnie za rękę. Nabieram powietrza i przygotowuję się na to, co mi powie.

Jestem w ciąży.

Cóż, mniejsza z tym zaczynam. Z pewnością nadarzy się coś innego, a to…

Hm. Coś tu nie gra. Mój umysł jest pewny, że Laura właśnie oznajmiła, rozmowa poszła nie tak, tymczasem moje uszy upierają się, że tak naprawdę powiedziała coś zupełnie innego. Najlepiej będzie, jeśli odsłucham raz jeszcze parę ostatnich sekund i ocenię…

Nie, bez wątpienia nie wspomniała nic o rozmowie w sprawie pracy.

Ale co to za dziwaczne zdanie właśnie wypowiedziała? Brzmiało zupełnie jak „jestem w ciąży”… ale to oczywiście niemożliwe. Czegoś takiego Laura w żadnym wypadku nie może wypowiedzieć, a przynajmniej nie przez najbliższych sześć-siedem lat, dopóki wciąż pracujemy nad rozwojem naszych karier i podczas wakacji mamy do zaliczenia wiele odległych kurortów. Prawdopodobnie to dobry moment, by poprosić, aby powtórzyła ostatnie zdanie, co pozwoli nam odrzucić niemądre przypuszczenie, jakoby wspomniała coś o ciąży.

Słucham? Co powiedziałaś?

Powiedziałam, że jestem w ciąży.

O mój…

Wydaje mi się, że moje uszy dziś koszmarnie szwankują. To nadal brzmi tak, jakby mówiła, że jest w ciąży. Najlepiej spytam jeszcze raz, żeby ostatecznie dobrnąć do sedna sprawy.

Co?

Powiedziałam, kurwa, że jestem w ciąży, Jamie. Ogłuchłeś czy co?

Staram się odpowiedzieć.

Blurben hurmen?

Wygląda na to, że w ośrodku mowy w moim mózgu doszło do krótkiego spięcia. Nie jestem już w stanie formułować prawidłowo słów i do końca swoich dni będę się porozumiewał w sposób zrozumiały jedynie dla Pana Galaretki oraz mieszkańców Szwecji.

Co? pyta Laura.

Tym razem udaje mi się tylko wydać świst przypominający odgłos powietrza uchodzącego z przebitej opony. Moje myśli pędzą z prędkością światła, zarazem z niewyjaśnionych przyczyn umysł zastyga w bezruchu. Jak to w ogóle możliwe? Dlaczego dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie od trudów wydalania wczorajszej tajszczyzny (naprawdę powinienem przystopować z niezdrowym żarciem na wynos), następnie w porze lunchu przyniósł mi koszmar pod postacią kanapki z kurczakiem, po południu osiągnął apogeum wraz z kłótnią z Colinem Forbesem, a zakończył się oświadczeniem mojej żony, że jest w ciąży? Jak to wszystko mogło się dzisiaj stać? Dziś, pierwszego dnia kwie…

Ach! Teraz rozumiem! Wszystko staje się zupełnie jasne. Dziś jest pierwszy kwietnia! Laura, z której jest niezły łobuziaczek, robi mi primaaprilisowy dowcip. Że też trafiła mi się taka inteligentna i dowcipna żonka!

Uwielbiam dobre primaaprilisowe numery. Swego czasu sam padłem ofiarą paru niezłych żartów. Na przykład jeszcze podczas studiów Carlo, mój kolega z zajęć, zmienił termin oddania mojej pracy z kreatywnego pisania na drugiego kwietnia. Wprost pękał ze śmiechu, gdy przez sześć godzin zasuwałem przy klawiaturze jak szympans na amfetaminie, starając się wysmażyć tekst na trzy tysiące słów przed upływem zmyślonego przez niego terminu. Tak naprawdę była to moja wina. Wiedział, że nie zwracam należytej uwagi na wyznaczane terminy, i koncertowo wykorzystał moje rozkojarzenie.

Był też słynny Czwartek z Superklejem. Miałem jedenaście lat, mój brat Chris trzynaście i uznał za wspaniały pomysł wysmarowanie klejem UHU wnętrza moich sztucznych uszu Spocka z serialu Star Trek. Jejku, jak on się zaśmiewał, kiedy całe popołudnie spędziłem z mamą na izbie przyjęć, czekając, aceton powoli rozpuści klej, przy okazji lekko przypiekając czubki moich uszu. Kiedy wróciliśmy do domu i dostał szlaban na dwa miesiące, już się tak nie śmiał. Z wielką rozkoszą obnosiłem się z nowymi uszami Spocka, przy każdej możliwej okazji przejeżdżając rowerem tuż pod oknem jego pokoju.

Ten akurat żarcik, na który zdecydowała się tym razem Laura, jest bardziej prozaiczny i nie wymagał takiego namysłu, ale muszę przyznać, że jej przekonująca gra aktorska zasługuje na najwyższe noty.

O, ho, ho! To było niezłe, Lauro! wołam radośnie.

Tak się cieszę, że udało mi się przejrzeć jej dowcip. Na moment zdołała zamącić mi w głowie, ale teraz już pojąłem, o co chodzi.

Co?!

Zabawne, powinna się teraz uśmiechać, zadowolona z tego, że jej drobny podstęp wyszedł na jaw. Zrywam się na nogi, rozładowując nieco nagromadzone napięcie.

Powiedziałem, że to było niezłe! Naprawdę udało ci się mnie nabrać, kotku. Że niby ty… w ciąży! Genialne!

Z jakiejś przyczyny Laura wciąż się nie uśmiecha. Moje stopy, o wiele lepiej orientując się w sytuacji aniżeli umysł, prędko prowadzą mnie do kuchni, żebym przygotował herbatę. Laura idzie za mną. Przez chwilę obserwuje, jak tłukę się z kubkami i czajnikiem, wreszcie mówi:

Jamie, to nie jest prima aprilis. Mówię serio. Jestem w ciąży!

Widzicie, taki jest właśnie kłopot z moją żoną: nigdy nie wie, kiedy żart dobiega końca. W numerach tego typu liczy się przede wszystkim wyczucie czasu, ja zaś połapałem się w jej psocie, więc naprawdę nie ma po co tego ciągnąć.

No już, kotku, możesz przestać. Wiem, że sobie żartujesz.

Laura z marsem na twarzy podchodzi do mnie, tupiąc, i wyrywa mi z ręki ścierkę, którą następnie mnie uderza. Dwa razy.

Ja wcale nie żartuję, ty kretynie! Wali mnie jeszcze raz, by podkreślić znaczenie swych słów. JES szast! TEM szast! W CIĄŻY! Szast! Szast! Szast!

Przestań mnie napieprzać cholerną ścierką! jęczę.

Opuszcza rękę. Drżącymi palcami odstawiam kubek na blat. Zapada cisza… straszliwa, straszliwa cisza.

Patrzę na wycieńczoną twarz mojej żony.

Ale jak to? pytam.

Wyczerpanie ustępuje miejsca poirytowaniu.

Być może ma to jakiś związek z tym, że wychędożyłeś mnie jak wyposzczony nosorożec. Na ogół tak to się właśnie zaczyna.

Ale… ale przecież uważamy.

Dopiero parę godzin później przypomnę sobie wieczór masturbacyjnego szału na tropie prezerwatyw.

Widać niedostatecznie.

Robię parę głębokich wdechów. Nie przychodzi mi do głowy nic, co mógłbym powiedzieć, ale coś powiedzieć trzeba. Nie mogę przez resztę tego małżeństwa porozumiewać się mlaśnięciami i pomrukami.

Niezdolny wydobyć z siebie nic więcej na temat ciąży, uśmiecham się niepewnie i pytam:

No to jak ci poszło na rozmowie?

Posyła mi spojrzenie pełne głębokiej, nieskażonej rozpaczy, a oczy zachodzą jej łzami.

Zwymiotowałam na Christophera Bigginsa!

A to on jeszcze nie umarł?

Laura wybucha gwałtownym, urywanym szlochem. Obejmuję niezdarnie. Nie mam wyboru, bo jeszcze chwila i nogi odmówią mi posłuszeństwa.

Godzinę później za sprawą dwóch browarów, które w siebie wlewam, jestem odrobinę spokojniejszy. Laura poszła nalać sobie kieliszek wina, lecz zrezygnowała, gdy przypomniała sobie, dlaczego miała ochotę się napić. Siedzi więc teraz i ściska kubek ze słodzoną herbatą bo tak się właśnie postępuje po doznanym wstrząsie: pije się słodką herbatę. Nie do końca pojmuję, jak niby porcja cukru z teiną miałaby ukoić nerwy, ale co ja tam wiem? Przecież nawet nie potrafię przelecieć mojej pani, nie ładując jej przy tym do brzucha dzidziusia.

Co teraz zrobimy, Jamie? pyta Laura, wpatrując się w telewizor, w którym Joey Jones, reporter Sky News, stoi przed numerem dziesiątym przy Downing Street i opowiada o nowych ulgach podatkowych dla pracujących rodzin. Wzruszający zbieg okoliczności.

Nie wiem, kotku. Naprawdę nie wiem.

To znaczy istnieje pewna propozycja, którą mógłbym przedłożyć… ale jest to propozycja straszna. Propozycja, której masz nadzieję nigdy w życiu nie brać pod uwagę. Czasami jednak potrzeba bierze górę nad wszelkimi innymi względami a to jest właśnie jeden z takich momentów.

Czy chcesz… czy chcesz je urodzić? pytam. No bo wiesz, nie musisz. Słowa w moich ustach smakują jak popiół. Nie wierzę, że je wypowiedziałem.

Masz na myśli a… abo…

Tak mówię, wchodząc jej w słowo. To jedna z możliwości. Okropna, przeokropna możliwość.

Sama nie wiem. A ty jak uważasz?

Logiczna, rozsądna część mnie mówi: „Tak! Jezu, tak! Nie mamy ani tyle pieniędzy, ani czasu, ani pieniędzy, by pozwolić sobie teraz na dziecko”. Lecz kiedy spoglądam na Laurę, w jej piękne, błyszczące od łez niebieskie oczy, nie wyobrażam sobie, bym mógł poddać tego rodzaju… zabiegowi.

Oto kobieta, którą kocham. Jest w ciąży, właśnie dlatego że kocham. Że się z nią kochałem. To dziecko jest owocem tej miłości. No dobra, nie był to może najbardziej romantyczny seans miłosny w dziejach ludzkości, ale nie był też to jakiś przygodny seks bez znaczenia.

Nie stwierdzam z naciskiem. Tak zrobić nie chcę. Biorę za rękę. Kocham cię, skarbie, bez względu na wszystko, a skoro masz mieć ze mną dziecko, to będziesz je ze mną miała. Trochę się rozluźniam. Chyba że sama tego nie chcesz.

Śmieje się. To dźwięk kruchy i ulotny, ale jednak się śmieje.

Szczerze mówiąc, nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym go nie mieć. Cały czas się tylko zastanawiam, jak bardzo urośnie mi tyłek.

Nie zapominaj o cyckach dodaję, uśmiechając się chyba po raz pierwszy od stuleci. Będą ogromne. Poruszam brwiami i symuluję obsceniczne gesty obłapiania, sprawiając, że moja wymęczona żona zdobywa się na chichot.

Ociera oczy i pociąga nosem.

Będzie nam cholernie ciężko, skarbie mówi. No wiesz, jestem bez pracy. Pieniądze ze sprzedaży sklepiku kiedyś się skończą.

Obejmuję ją.

Poradzimy sobie. Mogę poszukać jakichś dodatkowych zleceń. A może i ty coś znajdziesz.

Posyła mi miażdżące spojrzenie.

Niby co? Freelancerski wyrób czekolady?

No jasne! Czemu nie? Jest coś takiego, prawda?

Oczywiście, durniu, że nic takiego nie istnieje. Chwytam się brzytwy, ale w tym momencie jestem gotów powiedzieć cokolwiek, bylebyśmy tylko nie popadli w czarną rozpacz.

Może odpowiada i znów chichocze. Mogłabym chodzić po domach i robić ludziom od chuja czekoladek.

No i proszę! Ja mógłbym zająć się marketingiem. Wyciągam rękę. „Laura Newman: Zrobi wam od chuja czekoladek”.

Na te słowa skręca się ze śmiechu, co z kolei wzbudza wesołość i we mnie. Jeśli godzinę po przejściu największego wstrząsu w życiu rechoczemy jak opętani, to sytuacja nie jest chyba tak tragiczna.

Prawda?

PAMIĘTNIK LAURY

22 V, ŚRODA

Droga Mamo,