Miłość czy zauroczenie  - Gina Wilkins - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Miłość czy zauroczenie ebook

Gina Wilkins

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Miłość czy zauroczenie - Gina Wilkins

Miłość czy zauroczenie? Lindsey zna odpowiedź na to pytanie. Wie, że kocha Dana. Niestety, on nawet się tego nie domyśla. Wciąż traktuje Lindsey jak małą dziewczynkę. Poznał ją wiele lat temu i nie zauważa, że jest już młodą kobietą. Jak sprawić, by pracoholik, z którym była żona rozstała się w atmosferze skandalu, chciał ponownie się zaangażować? Lindsey jest zdecydowana na wszystko…

Opinie o ebooku Miłość czy zauroczenie - Gina Wilkins

Fragment ebooka Miłość czy zauroczenie - Gina Wilkins







Gina Wilkins

Miłość czy zauroczenie

Tłumaczył Andrzej Lelito

Harlequin


Tytuł oryginału: Bachelor Cop Finally Caught?

Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2001

Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska

Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Ewa Długosz-Jurkowska







© 2001 by Gina Wilkins

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Orchidea są zastrzeżone.


Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona


ISBN 978-83-238-2872-3

Indeks 378577


ORCHIDEA – 131

Konwersja: Nexto Digital Services


Harlequin. Każda chwila może być niezwykła.


Czekamy na listy


Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21


Rozdział 1





Dwadzieścia sześć świec płonęło na urodzinowym torcie, stojącym przed Lindsey. Goście, wraz z jej przyjaciółką Sereną, tłoczyli się wokół stołu, czekając, aż solenizantka zdmuchnie świece. Wszyscy zastanawiali się, dlaczego nie ma Dana Meadowsa. Bohaterka wieczoru nabrała powietrza i zdmuchnęła wszystkie płomyczki. Rozległy się entuzjastyczne brawa.

– Sto lat, Lindsey. – Serena Schaff er North, mistrzyni ceremonii, objęła przyjaciółkę.

– Dziękuję ci bardzo, Sereno, wspaniała impreza – odpowiedziała ciepło Lindsey.

– Prawda? – Serena obrzuciła zachwyconym spojrzeniem gromadkę rozbawionych gości. – Wspaniale, że wszyscy przyszli.

Jednak nie wszyscy, pomyślała Lindsey.

– Szkoda, że nie ma Dana. Obiecał, że będzie.

– Prawdopodobnie robi wszystko, żeby złapać tego podpalacza. Ostatnio Dan wyglądał na bardzo zmęczonego. Powinien wziąć urlop.

Podszedł do nich Cameron North, od trzech miesięcy mąż Sereny, a zarazem redaktor naczelny gazety, w której pracowała Lindsey. Czule objął żonę.

Serena i Cameron poznali się w niezwykłych okolicznościach. Ona znalazła go na poboczu szosy, ciężko pobitego. Nie pamiętał, kim jest ani jak się tam znalazł. Pobrali się po pięciu miesiącach. Cameron odzyskał pamięć, jednak bez zażenowania zwierzył się Lindsey, że tak naprawdę jego życie zaczęło się wtedy, gdy w szpitalu, przy swoim łóżku, ujrzał Serenę. Wzruszyło ją to wyznanie.

Uśmiechnęła się promiennie i zażądała, żeby ktoś podał jej kawałek urodzinowego tortu. Rozbawiło ją, że przynajmniej sześć osób natychmiast podsunęło jej talerzyki. To uświadomiło Lindsey, ilu ma przyjaciół. Poza tym miała też pracę, którą lubiła.


Sobotniego ranka Lindsey zabrała się za sprzątanie. Odziedziczyła kilkupokojowy dom po ojcu. Zmarł w poniedziałek po Nowym Roku. Można się było tego spodziewać, bo chorował długo, a od świąt Bożego Narodzenia był coraz słabszy.

Jej starszy brat, B.J., zawodowy wojskowy, uważał, że dom się należy Lindsey ponieważ przez dwa ostatnie lata opiekowała się chorym ojcem. Mimo że Lindsey oponowała, twierdząc, że robiła to przecież z własnej woli, brat zrzekł się praw do domu. Zadowolił się skromną częścią ubezpieczenia na życie po ojcu.

Przez ostatnie dwa tygodnie Lindsey zastanawiała

się, czy nie wystawić domu na sprzedaż. Może wtedy brat wziąłby część pieniędzy. Ona poszukałaby pracy w Little Rock, Atlancie, a może nawet w Dallas. Zaczęłaby nowe życie. Miała przecież odpowiednie kwalifikacje, kontakty, no i była ambitna. Teraz nic jej już nie zatrzymywało.

Absolutnie nic, pomyślała ze smutkiem.

Dzwonek do drzwi rozległ się akurat wtedy, gdy skończyła odkurzać w salonie. Spojrzała na siebie krytycznie. Miała na sobie za duży, zielony podkoszulek, workowate dżinsowe szorty a do tego fioletowe, puszyste kapcie. Potargane włosy sterczały na wszystkie strony. Wyglądam jak sierotka z musicalu „Annie", pomyślała, kręcąc z niezadowoleniem głową.

Otworzyła drzwi i zamarła. W progu stał Dan Meadows.

– Nie zaglądasz w kalendarz? Jest początek marca, a nie środek lata.

– Sprzątałam – wyjaśniła krótko. – Skoro już posprzątałam, to nawet ty możesz wejść.

– Nie śmiałbym nie skorzystać z tak miłego zaproszenia.

Zza pleców wyciągnął prawą rękę i wręczył jej niewielki pakunek.

– Sto lat, Lindsey. Przepraszam, że z jednodniowym opóźnieniem.

– Niemożliwe, żebyś sam tak pięknie zapakował.

– Masz rację. Zapakowali mi w sklepie.

– To jest takie ładne, że aż szkoda otwierać. Uśmiechnął się szeroko.

– A skąd wiesz, czy jest coś w środku? Może ci przyniosłem tylko atrakcyjne opakowanie?

– A może gadasz głupstwa?

Śmiejąc się, zwichrzył jej włosy tak samo jak wtedy, gdy jako dzieci bawili się razem.

– Rozpakuj prezent, księżniczko.

Rozpromieniła się, słysząc ten przydomek z dzieciństwa.

– Z przyjemnością.

Dan czuł się swobodnie w domu, w którym spędził dużo czasu w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Usiadł wygodnie na kanapie, położył rękę na oparciu i wyciągnął nogi przed siebie. Kasztanowe włosy opadały mu na czoło, tworząc grzywkę nad ciemnobrązowymi oczami. Na skroniach pojawiły się pierwsze siwe włosy, ale Lindsey ciągle pamiętała go jako urodziwego nastolatka, który zmienił się w przystojnego mężczyznę.

Siedziała na krześle, trzymając prezent na kolanach. Chociaż zazwyczaj rozpakowywała podarunki niemal natychmiast, tym razem robiła to nadzwyczaj wolno, żeby zrobić na złość Danowi.

– W tym tempie doczekasz następnych urodzin, zanim przekonasz się, co jest w środku – zauważył ironicznie, dając tym satysfakcję Lindsey.

– Chcę się nacieszyć chwilą. Zazwyczaj mnie denerwujesz, zamiast dawać prezenty.

– Ja cię denerwuję!? To ty jesteś upartą reporterką, która ciągle depcze mi po piętach i szuka sensacji, tak jakby to było w ogóle możliwe w tym naszym Edstown.

– Taką mam pracę.

– Pewnie. Nic tylko czekasz, żeby mnie na czymś przyłapać.

Lindsey słyszała to już wielokrotnie i wiedziała, że ten wątek do niczego nowego nie prowadzi, pozwoliła więc sobie nie odpowiadać. Zajęła się odpakowaniem podarunku.

– Dan, to jest przepiękne. Dzięki.

Uśmiechnął się, zadowolony z siebie.

Od dawna Lindsey zbierała figurki jednorożców. Kiedyś miała ich u siebie pełno; nawet na ścianach wisiały plakaty przedstawiające jednorożce. Dan kupił jej teraz figurkę ze szkła. Postawiła na małym stoliku do kawy ten klasyczny symbol marzeń niemożliwych do spełnienia.

– Jesteś głodny? Właśnie zamierzałam coś zjeść.

– Szczerze mówiąc, umieram z głodu. Co proponujez?

– Kanapki.

– Właśnie o tym marzyłem – powiedział ze swoim teksańskim akcentem.

Śmiejąc się, poprowadziła Dana do kuchni. Przez następne pół godziny jedli kanapki z chleba ryżowego ze szwajcarskim serem, kiełki i surowe jarzyny maczane w wiejskim sosie. W czasie posiłku rozmawiali o bracie Lindsey, a jednocześnie najlepszym przyjacielu Dana i wspólnych przyjaciołach z Edstown. Zapytała o rodziców Dana, którzy jak zwykle spędzali zimę na polu campingowym w południowym Teksasie. Zapewnił ją, że czują się dobrze, bo rozmawiał z nimi nie dalej jak wczoraj.

Starannie omijali sprawę burzliwego rozwodu Dana

sprzed dwóch i pół roku, zaledwie sześć miesięcy przed tym, nim Lindsay wróciła, by zająć się chorym ojcem. Dan nie dopuszczał do tego, żeby ktokolwiek w jego obecności nawet wspomniał imię jego byłej żony.

– Tak czy owak, hałas, który słyszała pani Treadway za oknem, to była tylko złamana gałąź, która stukała w okno. Zanim wraz z Jackiem to odkryliśmy, byliśmy przemoczeni do suchej nitki, ubłoceni, przemarznięci, a końcu ledwo uciekliśmy przed jej rottweilerem.

– Tak więc miałeś bliskie spotkanie z Bobaskiem?

– Niewiele brakowało, a Bobasek ugryzłby mnie w czułe miejsce.

– Nie jest taki groźny, na jakiego wygląda. To wielki, głupkowaty szczeniak.

– Jasne. Tyle że przez niego o mało co nie musiałem się w chórze kościelnym przepisać z sekcji basów do sopranów.

Lindsey uśmiechnęła się i wskazała pusty talerz Dana.

– Zjadłbyś coś jeszcze? Zostało mi trochę tortu z urodzin. Serena nalegała, żebym zabrała resztki do domu.

– To brzmi nieźle… Jeżeli zostało ci jeszcze trochę…

– Mam mnóstwo – zapewniła go i podniosła się, żeby ukroić kawałek.

– Przepraszam, że nie przyszedłem na urodziny. Musiałem zostać w komisariacie i wyszedłem dopiero przed północą.

– Co tłumaczy twoje podkrążone oczy.

Przyjrzała mu się uważnie, nakładając kawałek tortu na talerz.

– Ostatnio za dużo pracujesz, Dan. Serena uważa, że powinieneś wziąć urlop.

– Naprawdę tak uważa?

– Kiedy ostatnio miałeś więcej niż dobę wolnego?

– Jakiś czas temu. Na razie nie wybieram się na urlop. Przynajmniej dopóty, dopóki podpalacz pozostaje na wolności.

– Podpala zazwyczaj co kilka tygodni. Mógłbyś wyrwać się chociaż na kilka dni, a przez ten czas twoi koledzy podjęliby trop.

– W tym cały problem, że nie ma żadnego tropu – odparł Dan. – Facet jest cwany, to mu muszę przyznać. Nie zostawia śladów.

– W końcu coś przeoczy i wtedy go złapiesz.

– Co oznacza, że najpierw musi wzniecić pożar. Jak na razie, mamy jedną ofiarę śmiertelną. Nie chcę, żeby ktokolwiek był narażony, łącznie z naszymi strażakami.

– Złapiesz go – zapewniła Lindsey.

– Oczywiście, ale dlatego nie mogę brać urlopu. Poza tym, kto bierze wolne o tej porze roku?

– Ludzie, którzy są zmęczeni i potrzebują odpoczynku.

Dan wzruszył ramionami i nabrał na widelczyk solidną porcję tortu.

– Bardzo mi smakowało – stwierdził kilka minut później po spałaszowaniu ostatniego kęsa i wypiciu mrożonej herbaty. – Ostatnio nie mieliśmy za dużo czasu, żeby spokojnie pogadać.

– Rzeczywiście. Byłeś taki zajęty, że właściwie prawie się nie widywaliśmy od pogrzebu taty.

– Radzisz sobie? To znaczy sama tutaj?

– Jakoś sobie radzę. Smutno mi bez ojca, ale wiem, jak bardzo cierpiał, jaki był już słaby. Wyczuwałam, że chce odejść.

– Daj mi znać, jak będziesz czegoś potrzebowała. Obiecałem B.J., że będę miał na ciebie oko.

– Dzięki, ale potrafię o siebie zadbać.

– Oczywiście. Wiem, że potrafisz.

W tym momencie Dan zerknął na zegarek i nie zobaczył zirytowanej miny Lindsey. Nie podobał jej się ten nadmiernie opiekuńczy ton.

– Było bardzo miło, ale muszę zmykać. Mam jeszcze dużo pracy.

Odprowadziła go do drzwi.

– Spróbuj wrócić do domu o przyzwoitej porze – poradziła. – Nie będzie z ciebie żadnego pożytku, jeśli nie odpoczniesz.

Zachichotał i lekko rozczochrał jej włosy.

– Mówisz zupełnie jak moja siostra.

– Nie jestem twoją siostrą i jak mi jeszcze raz potargasz włosy, to cię stłukę na kwaśne jabłko.

– Zupełnie jakbym słyszał moją siostrę.

Lindsey otworzyła drzwi i, zmuszając się do miłego tonu, powiedziała:

– Do widzenia, Dan. Jeszcze raz dziękuję za prezent urodzinowy.

– Proszę bardzo.

Kiedy Dan schodził po schodkach, coś ją podkusiło, żeby dodać:

– Myślę o sprzedaży domu.

Odwrócił się i spojrzał na nią zaskoczony.

– Chyba żartujesz! Dlaczego? Nie stać cię na utrzymanie domu?

– Z tym akurat nie mam problemu. Zastanawiam się, czy nie poszukać pracy w większym mieście. Na przykład w Dallas albo w Atlancie.

– Rozumiem, że tam miałabyś lepsze perspektywy, ale… będziemy za tobą tęsknić.

Zauważyła oczywiście, że nie powiedział, kto konkretnie będzie za nią tęsknił.

– Jeszcze się nie zdecydowałam. Waham się.

– Rozumiem. Zrobisz to, co uważasz za najlepsze dla siebie. Muszę lecieć. Do zobaczenia … na mieście.

Lindsey oparła się o framugę i patrzyła, jak Dan wsiada do samochodu.


Po pewnym czasie zaniosła jednorożca do sypialni i postawiła na toaletce. Już dawno tu nie było kolekcji z dzieciństwa, ale Dan o tym nie wiedział. Od lat nie miał przecież okazji zobaczyć, jak wygląda jej pokój. On ciągle myśli o mnie jak o małej dziewczynce, pomyślała posępnie.

W lustrze mignęło jej odbicie. Aż jęknęła, kiedy przyjrzała się ubraniu karykaturalnie pomniejszającemu jej drobną figurę i puszystym kapciom nadającym się dla nastolatki. Zaczęła przygładzać sterczące włosy i wycierać plamy brudu na nieumalowanych policzkach.

– Nic dziwnego, że on ciągle traktuje mnie jak dwunastolatkę – orzekła Lindsey.

Przypomniała sobie jego byłą żonę, bardzo atrakcyjną, o pięknych włosach, regularnych rysach twarzy i imponujących piersiach. Lindsey stanęła bokiem do lustra.

– Żałosne, po prostu żałosne.

Zaniedbana kobieta w lustrze niespodziewanie zbladła, ale w spojrzeniu zielonych oczu pojawiły się zdecydowanie i determinacja.

Dan Meadows wkrótce się przekona, że ma poważny problem do rozwiązania.








Rozdział 2





– Co tu robisz o tak wczesnej porze? – zapytała z lekką irytacją sekretarka Dana, stając w progu jego gabinetu.

Podniósł głowę znad stosu papierów, zalegających biurko.

– Słucham?

– Podobno wczoraj ślęczałeś nad dokumentami do nocy, a nie ma nawet ósmej i znowu tu jesteś. – Hazel Sumners potrząsnęła głową z dezaprobatą. – Nie jesteś Supermanem, Danie Meadows. Musisz odpocząć.

Westchnął, przeciągając się.

– Przespałem w nocy osiem godzin. To w sam raz jak na dorosłego faceta.

– Wypoczynek to nie jest tylko kilka godzin snu – nie ustępowała Hazel. – A co z rozrywkami? Nie wziąłeś sobie wolnego nawet w ostatni piątek, żeby pójść na urodziny do Lindsey.

– Widziałem się z Lindsey w sobotę. Nie zapomniałem o jej urodzinach.

– Nie w tym rzecz. Powinieneś zabawić się wśród przyjaciół. Dobrze by ci zrobiło, gdybyś w sobotę po południu wybrał się z Cameronem na ryby, nie mówiąc o pójściu w niedzielę do kościoła, a później na obiad. A ty co robiłeś? Cały czas pracowałeś, z wyjątkiem małej przerwy na zjedzenie kanapki z Lindsey.

– A skąd ty…?

– Spotkałam Lindsey w kościele wczoraj rano i zapytałam, czy widziała się z tobą. Powiedziała mi, że wpadłeś na krótko złożyć jej życzenia i wróciłeś do pracy.

– Czy każdego tak wypytujesz o moje sprawy, czy tylko niektórych? – Dan próbował mówić spokojnie, ale z trudem panował nad rozdrażnieniem. Do obowiązków Hazel należało pilnowanie spraw biurowych, a nie osobistego życia szefa.

– Twoi przyjaciele martwią się o ciebie, Dan. Koledzy z pracy też. Pracujesz za dużo, za ciężko i jak nie zwolnisz tempa, to się źle skończy.

– Wezmę urlop, jak tylko złapiemy tego podpalacza.

Ciągle nadąsana, Hazel potrząsnęła głową.

– To jest tak samo jak z włamaniami, którymi zajmowałeś się przez całe lato w zeszłym roku. Obiecałeś, że jak tylko się z tym uporasz, weźmiesz urlop. Delbert Farley od dawna siedzi w więzieniu, a ty ciągle swoje. Złapiesz podpalacza i wydarzy się coś nowego. Zanim się obejrzysz, życie ci minie.

– Dziękuję ci bardzo za budujące prognozy, ale może zajęłabyś się raczej odbieraniem telefonów?

Hazel okręciła się na pięcie i odeszła, mrucząc coś o upartych, lekkomyślnych mężczyznach.

O co w tym wszystkim chodzi? – zastanowił się Dan. Własna sekretarka beszta go, że za dużo pracuje, a koledzy z pracy suszą mu głowę, żeby wziął urlop. Siostra marudzi, że on zaniedbuje rodzinę. Nie mówiąc o Lindsey. Wypytuje o najdrobniejsze szczegóły prowadzonych przez niego dochodzeń i na dodatek oznajmia, że niedługo zamierza wynieść się z miasta.

To prawda, że radziła sobie całkiem nieźle przez dwa lata w Little Rock, zanim wróciła w rodzinne strony. Jednak w gruncie rzeczy jest dziewczyną z małego miasteczka, a nie przebojową reporterką z metropolii. Zresztą Dan wcale nie chciał, żeby to się zmieniło.

Oczywiście Lindsey nie musiała przejmować się jego zdaniem ani pytać go o opinię. Po prostu powiedziała, że zamierza wystawić dom na sprzedaż. To akurat nie była jego sprawa, chociaż obiecał jej bratu, że będzie się nią opiekował.

Młodsza o dziesięć lat od Dana i B.J., Lindsey była przecież dorosłą kobietą, w pełni zdolną do podejmowania samodzielnych decyzji. Jeżeli postanowiła przeprowadzić się do Dallas, Atlanty czy diabli wiedzą gdzie, nikt nie mógł jej tego zabronić. A już na pewno nie ktoś, kto był jedynie przyjacielem jej starszego brata.

Usiłując się skoncentrować na obowiązkach, rzucił okiem na zalegające biurko papiery. Najważniejsze były raporty o podpaleniach w mieście, którym początek dał pożar w starej mleczarni zeszłego lata. Kilka tygodni później, w bardzo podobnych okolicznościach, spłonął niezamieszkany dom. I znowu krótko po tym stary garaż. Aż wreszcie doszło do pożaru, w którym zginął człowiek. Spalił się domek letniskowy Trumana Kellogga z właścicielem w środku. Spał, kiedy zaczęło się palić, i chyba nawet nie zdążył się obudzić.

Oczywiście było prawdopodobne, że podpalacz nie wiedział, że w domku ktoś jest: Truman bywał tam rzadko, a i to zazwyczaj tylko latem. Były inne szczegóły odróżniające ten pożar od poprzednich, jednak podejrzenia, że dzieła zniszczenia dokonał ten sam przestępca, nasuwały się same. Zarówno Dan, jak i komendant straży pożarnej nie wykluczali podpalenia w przypadku Kelloga, chociaż nie mieli na to dowodów, w przeciwieństwie do innych pożarów, gdzie ślady były ewidentne, a jednak nie doprowadziły do złapania podpalacza.

Nastąpiła przerwa między tym pożarem a następnym, kiedy to przed tygodniem spaliła się opuszczona fabryka. Wystarczająco długa, by ludzie zaczęli mieć nadzieję, że pożary się skończyły. Ostatecznie nikt nie zginął w ostatnim pożarze. Dan za wszelką cenę chciał złapać przestępcę, zanim znowu ktoś zginie.

– Szefie? – Głos Hazel w biurowym interkomie brzmiał sucho i oficjalnie, co świadczyło o tym, że ciągle jest lekko nadąsana. – Burmistrz dzwoni.

Dan podniósł słuchawkę, wiedząc, że akurat ten rozmówca na pewno nie będzie go nudził, żeby wziął urlop. Burmistrz byłby zadowolony, gdyby Dan pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę, jeżeli to doprowadziłoby do szybkiego rozwiązania problemu podpaleń.

– Zrób z tym coś.

W odpowiedzi na to kategoryczne polecenie Paula Campbell wsparła ręce na swoich rozłożystych biodrach i przyjrzała się Lindsey z uwagą.

– A co byś chciała?

Studiując swoje odbicie w lustrze gabinetu kosmetycznego, Lindsey wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Podetnij. Nakręć loki. Jakoś ułóż. Zrób coś, żebym nie wyglądała jak dwunastoletni chłopak.

Paula zachichotała i sięgnęła po ręcznik i pelerynkę.

– Przecież nikt cię nie pomyli z chłopakiem. Nie z tymi pięknymi, dużymi oczami i wspaniałą cerą. Ale jeśli chcesz zmienić swój styl, którego i tak stanowczo za długo się trzymasz, to możemy coś z tym zrobić. Chcesz przejrzeć żurnale?

– Nie. Polegam na tobie. Chodzi mi tylko o to, żebym później nie traciła dużo czasu na ułożenie włosów.

– Mówisz i masz.

Zaintrygowana, co też mogło spowodować chęć odmiany u Lindsey, Paula energicznie zabrała się do dzieła.

– A czemu zamierzasz zmienić styl? Chcesz się komuś spodobać?

Lindsey zdawała sobie aż nadto dobrze sprawę, że tej rozmowie przysłuchują się inne klientki. Odpowiedziała ze śmiechem, który w jej przekonaniu był swobodny.

– Mam nadzieję, że Brad Pitt zostawi swoją żonę i znajdzie mnie na jednej z ulic Edstown. Czy kobieta nie może zmienić fryzury, żeby nie być posądzoną o chęć zła pania faceta? Właśnie miałam urodziny – czy to nie jest wystarczający powód, żeby zrobić coś dla siebie?

– Trzydzieste, czterdzieste albo pięćdziesiąte urodziny to rzeczywiście okazja do zmiany, ale skończyłaś zaledwie dwadzieścia sześć lat, a z takiej okazji kobiety na ogół nie zmieniają radykalnie makijażu ani nie przeprowadzają operacji plastycznych. Dlatego pomyślałam, że to musi być z powodu faceta.

– Fatalnie, że twój nowy szef już jest zajęty, co, Lindsey? Carmen North to przystojny mężczyzna – zauważyła klientka, siedząca na sąsiednim fotelu.

Lindsey się uśmiechnęła.

– Oczywiście, że jest przystojny i, niestety, zajęty. On i Serena są najwspanialszymi nowożeńcami, jakich ostatnio spotkałam.

Lila Forsythe westchnęła smutno spod osobliwego hełmu z lokówek.

– Ta historia jest taka romantyczna. Ona uratowała mu życie, a on się w niej zakochał, jeszcze zanim na dobre odzyskał pamięć. Wiecie, mama Sereny uważa, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Dlatego nie przejmowała się tym, że tak szybko się pobrali.

– Miłość od pierwszego wejrzenia – powtórzyła Paula, obracając fotel Lindsey, aby go obniżyć i przysunąć do umywalki. – Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby coś takiego się udało. Może Serena i Cameron będą wyjątkiem.

Lindsey milczała. Nie miała ochoty się zwierzać, że miłość od pierwszego wejrzenia może trwać dwadzieś cia lat i więcej. Już sobie wyobrażała, co Paula by powiedziała na ten temat.

A może jej się tylko wydawało, że jest zakochana w Danie Meadowsie? Jeśli nie przekona się o tym, pytanie to będzie ją dręczyło do końca życia.


Południowy posiłek Dana składał się z kanapki, którą Hazel przyniosła, wracając z lunchu. Przy okazji zrobiła mu pięciominutowy wykład o jego zapracowywaniu się, aż w końcu musiał ją wyprosić z gabinetu, żeby zjeść w spokoju.

Ostatnie dwie godziny spędził na dyskusji z naczelnikiem straży pożarnej i dwoma specjalistami od podpaleń z Little Rock. Mimo że plik nowych notatek zalegał biurko, śledztwo nie posunęło się naprzód. Eksperci sprawdzili bardzo dokładnie wszystkie poszlaki związane z pożarami w Edstown, łącznie z drobiazgowym śledztwem na miejscu ostatniego podpalenia, jednak ich wnioski nie różniły się zasadniczo od wyciągniętych przez Dana i naczelnika Johna Forda.

Podpalacz bardzo starannie zacierał za sobą ślady i prowadzący śledztwo nie mieli pojęcia, kto by to mógł być. Przynajmniej na razie.

Dan przeczesał palcami bujną czuprynę i to mu przypomniało, że powinien odwiedzić fryzjera. Zadał sobie w duchu pytanie, ile czasu będzie potrzebowała Lindsey, aby wywiedzieć się, o czym mówili na spotkaniu z ekspertami. Miał nadzieję, że cokolwiek zdoła wyszperać, napisze tylko ogólnikowy artykuł, który uspokoi lokal ną społeczność. Był pewien, że mieszkańców zadowoliłaby wiadomość, iż zasięgnięto opinii rzeczoznawców od podpaleń.

Po niecałej godzinie Hazel odezwała się przez interkom.

– Masz reportera z „Evening Star".

Słysząc ironię w głosie sekretarki, Dan zdał sobie sprawę, że reporterka wie o jego obecności.

– Dobra, Hazel, wpuść ją.

Znowu przeczesał dłonią czuprynę i bez większego entuzjazmu próbował uporządkować biurko, tak żeby żadne poufne dokumenty nie znalazły się na widoku. Nie chciał, by Lindsey myszkowała w papierach, gdyby na moment spuścił ją z oczu.

A jednak to nie Lindsey powolnym krokiem weszła po kilku minutach do jego biura. Był to wysoki, tyczkowaty, długonogi mężczyzna z lekko zblazowanym uśmiechem, błąkającym się na kwadratowej twarzy.

– Cześć, Riley – powiedział ze swoim teksańskim akcentem Dan. – Komu Lindsey zakłada podsłuch? Naczelnikowi straży pożarnej czy burmistrzowi?

– Lindsey wzięła dzisiaj wolne – odparł Riley O’Neal i rozsiadł się wygodnie w fotelu naprzeciwko biurka Dana. – Cam mnie tu przysłał, żebym się dowiedział, czy wiecie coś nowego w sprawie podpaleń.

– Mówisz, że Lindsey wzięła wolne? – powtórzył Dan, zaskoczony. – Czy jest chora?

– Nic mi o tym nie wiadomo. Wiesz, niektórzy ludzie mają jeszcze oprócz roboty życie osobiste.

Jak wszyscy w Edstown, Riley doskonale wiedział o pracoholizmie Dana. Filozofia życiowa nakazywała Rileyowi robić dokładnie tyle, ile od niego wymagano, a pozostały czas spędzać lekko i przyjemnie.

Trzydziestoletni Riley pracował nad powieścią, a przynajmniej tak twierdził, od czasu ukończenia studiów. Nie spędził dzieciństwa w Edstown, lecz jego dziadkowie ze strony matki tu żyli, a także ulubiony wujek, który nadal utrzymywał tutaj dom. Riley przyjeżdżał do nich często jako nastolatek, tak że właściwie mieszkańcy Edstown go znali, zanim jeszcze zaczął pracować w miejscowej gazecie. Twierdził, że wolniejsze tempo życia w małym mieście bardziej mu odpowiada. Tłumaczył, że łatwiej mu tutaj znaleźć czas na twórczość literacką.

Dan uważał Rileya za trochę ekscentrycznego, samotniczo usposobionego, przemądrzałego typa, którego mimo to lubił. Poza wszystkim Riley nie był nawet w połowie tak natarczywy jak Lindsey, co bardzo Danowi odpowiadało.

Tak więc w sumie Danowi wcale nie przeszkadzało, że zamiast Lindsey pojawił się Riley. Poza tym gdyby Lindsey rzeczywiście się wyprowadziła, Dan i tak musiałby się przyzwyczaić do współpracy z innym przedstawicielem miejscowej gazety.

– Czyli nie jesteście bliżej znalezienia sprawcy podpaleń niż miesiąc temu?

Dan uzmysłowił sobie, że musi bardzo uważać, by nie palnąć głupstwa. Przestał myśleć o Lindsey i całą uwagę skupił na Rileyu. Przypomniał mu, że jak dotąd nie ma żadnych dowodów, świadczących o tym, żeby można łączyć podpalenie u Trumana Kelloga z innymi pożarami. Riley zaakceptował takie wyjaśnienie w przeciwieństwie do Lindsey, która na pewno drążyłaby dalej. Dan ponownie sobie uświadomił, że będzie tęsknił, jeśli Lindsey wyjedzie.


Ściskając w prawej dłoni kredkę do oczu, Lindsey zaświeciła lampkę oświetlającą lustro. Następnie stwierdziła kategorycznie, rozsmarowując jednocześnie ślady kredki na prawym policzku.

– W życiu. Nigdy tego nie zrobię.

Connie Peterson roześmiała się i wręczyła Lindsey wilgotny płatek do zmywania makijażu.

– Oczywiście, że potrafisz to zrobić. Co prawda, wymaga to trochę wprawy, ale makijaż przychodzi kobietom z łatwością, i to młodszym od ciebie, nawiasem mówiąc.

Lindsey zmarszczyła się, co utrudniło zmycie makijażu.

– Nie miałam czasu, żeby sobie zawracać tym głowę. Zawsze nakładałam tylko trochę tuszu do rzęs, potem róż, błyszczyk do warg i… już.

– Dlaczego zdecydowałaś się na taką zmianę właśnie teraz? – zapytała kosmetyczka.

– No wiesz, starzeję się i staram się to jakoś ukryć. – Lindsey miała nadzieję, że ta odpowiedź jest wystarczająco ogólnikowa, a zarazem wiarygodna.

Connie parsknęła śmiechem.

– Akurat. Nie wyglądasz nawet na osobę, która może sama prowadzić samochód. Założę się, że jeżeli za mawiasz drinka w barze, to barman sprawdza, czy jesteś pełnoletnia.

Ze wzrokiem utkwionym w lustrze, Lindsey skrupulatnie stosowała się do wskazówek Connie, jak nakładać makijaż. Tym razem rezultat był trochę lepszy.

– Może rzeczywiście powinnam zacząć wyglądać na swój wiek?

– Miałam rację, że to facet? – nie dawała za wygraną Connie.

Lindsey znowu zadrżała ręka i w rezultacie rozmazała sobie kredkę na drugim policzku. Sięgnęła po płatek do zmywania.

– Dlaczego wszyscy przypuszczają, że chcę się zmienić z powodu jakiegoś mężczyzny?

– Bo my wszystkie to robimy – odpowiedziała Connie z uśmieszkiem. – Masz wspaniałą nową fryzurę, a teraz inwestujesz w barwy wojenne.

– Zmieniłaś aparycję, żeby się spodobać facetowi?

Atrakcyjna i otwarta Connie zawsze czuła się swobodnie w towarzystwie mężczyzn, była chętnie zapraszana, a miejscowe plotki głosiły, że w ostatnich latach złamała niejedno męskie serce. Ostatnio była związana z mężczyzną z sąsiedniego miasteczka i, jak powszechnie uważano, tym razem sprawa była poważna.

– Oczywiście. Pamiętasz, jak próbowałam sobie rozjaśnić włosy w ostatniej klasie liceum? Wielki błąd. A zrobiłam to, bo Curtis Hooper powiedział, że lubi blondynki. Lindsey nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

– Curtis Hooper? Żartujesz? Przez myśl by mi nie przeszło, że możesz się interesować Curtisem.

– No cóż, skąd miałam wiedzieć, że jemu chodzi o blondynki płci męskiej. On był słodki. Jednak powinno mi dać do myślenia, że właściwie jedyna rzecz, jaka nas łączyła, to zamiłowanie do makijażu.

– Czy to działa? Kobieta zmieniająca wygląd, żeby zainteresować mężczyznę?

– Oczywiście. Bardzo często. Jeżeli kobieta zmieni styl, mężczyzna zaczyna patrzeć na nią zupełnie inaczej. Czasem tak, jakby ją widział po raz pierwszy.

To był efekt, na jaki liczyła Lindsey.

– A czy nie wydaje ci się, że to jest rozpaczliwe działanie?

Connie się roześmiała.

– Dziewczyno, czasem musisz faceta zdzielić po głowie, żeby do niego dotarło. Przecież oni nie są subtelni.

– Słyszałam o tym – przyznała Lindsey. – Przypomniała sobie wszystkie te sygnały, jakie wysłała Danowi w ostatnich miesiącach.

– Nie spodziewam się, że mi powiesz, kogo chcesz poderwać?

Lindsey pokręciła głową i odpowiedziała szorstko:

– Nie zajmuj się tym. Lepiej mnie naucz, jak się nakłada tę farbę.

– To moja praca. – Connie ochoczo sięgnęła po tusz do rzęs. – Zrobię ci taki makijaż, że tego faceta, kto by to był, po prostu zwali z nóg, jak cię zobaczy.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com