Miłość bez końca - Scott Spencer - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 621 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miłość bez końca - Scott Spencer

Kultowa opowieść o młodzieńczej miłości, o uczuciu, które staje się wyniszczającą obsesją.

Szaleńcza miłość Davida i Jade, pożądanie, budząca się seksualność i wzajemna fascynacja, wybucha z siłą, której sami nie potrafią zrozumieć. Kiedy ojciec Jade przerażony intensywnością uczuć Davida zabrania młodym kontaktów, chłopak wymyśla sposób, jak wrócić do łask jej rodziców: wywoła pożar, z którego wszystkich uratuje. Jednak sytuacja szybko wymyka się spod kontroli i przeradza w koszmar. Davida czeka nieunikniona kara za to, co było dla niego najważniejsze - Miłość bez końca do jedynej Jade .

Miłość bez końca została przetłumaczona na ponad 20 języków i sprzedana w nakładzie 2 milionów egzemplarzy.

Opinie o ebooku Miłość bez końca - Scott Spencer

Fragment ebooka Miłość bez końca - Scott Spencer










SCOTT SPENCER

MIŁOŚĆ
BEZ KOŃCA


Tytuł oryginału: Endless Love

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

© 1979 by Scott Spencer

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Julita Wroniak-Mirkowicz

ISBN 978-83-7758-611-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Coco Dupuy poświęcam


Anim nie pisał, anim nie czytał
Tej książki, która mną jest, a ja w niej ukryty
Przed wszystkimi, co widzą w pocałunku jasnym
Groźną, bezkształtną, martwą czerń przestrzeni.

Myliłem się: i dni, i lata na nic,
By dowieść prawdy miłości bez granic.

DELMORE SCHWARTZ
przeł. Jolanta Kozak


Część pierwsza

1

Kiedy miałem siedemnaście lat i byłem w pełni posłuszny natarczywym żądaniom serca, zboczyłem z normalnej drogi życia i w ciągu sekundy zniszczyłem wszystko, co kochałem – kochałem głęboko, i gdy odebrano mi miłość, gdy ulotne ciało miłości cofnęło się przerażone, a moje własne zostało uwięzione, trudno było uwierzyć, że ktoś tak młody może tak straszliwie cierpieć. Wiele lat już minęło, lecz wieczór dwunastego sierpnia 1967 roku to wciąż przełomowa chwila w moim życiu.

W Chicago zaczynała się gorąca, parna noc. Na niebie nie widziałem ani chmur, ani gwiazd, ani księżyca; trawniki były czarne, drzewa jeszcze czarniejsze. Światła samochodów kojarzyły mi się z lampkami na hełmach górników wędrujących wąskimi korytarzami kopalni. W tę typowo sierpniową, duszną noc podpaliłem dom ludzi, których uwielbiałem nade wszystko, dom, który ceniłem bardziej od domu rodzinnego.

Zanim podłożyłem ogień, stałem na dużej drewnianej półkolistej werandzie i zaglądałem do środka. Targała mną rozpacz: dzika, bezradna rozpacz chłopca, którym miotały głębokie uczucia przez nikogo niezrozumiane. Byłem młody i wrażliwy; kiedy przez szparę w zasłonach obserwowałem Butterfieldów, w oczach kręciły mi się łzy pełne szczerej, beznadziejnej tęsknoty. Widziałem i kochałem tę wspaniałą rodzinę, podczas gdy ona, zajęta sobą, mnie nie dostrzegała.

Spędzali razem ten sobotni wieczór. Anna i jej mąż Hugh siedzieli przed pustym kominkiem na gołej podłodze z sosny. (Jakże szanowałem ich za to, że nie zakryli dywanem pięknych drewnianych podłóg!) Siedzieli blisko siebie i oglądali album z reprodukcjami, wyjątkowo wolno i troskliwie odwracając strony. Sprawiali wrażenie oczarowanych sobą. Czasami ich małżeństwo przypominało niekończący się romans: byli nieśmiali, namiętni, wciąż czegoś poszukujący. Nigdy z góry nie zakładali uczuć partnera – nie znałem drugiej pary, od której w chwilach czułości promieniowałaby taka aura zwycięstwa i ulgi.

Keith Butterfield, najstarszy syn i mój rówieśnik, którego chwilowe zainteresowanie moją osobą umożliwiło mi wstęp do domu Butterfieldów, również siedział na podłodze, niedaleko rodziców, i manipulował przy radiu stereofonicznym, które sam budował. Ponieważ on też miał ruchy powolniejsze niż zazwyczaj, zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie oglądam ich w zwolnionym, koszmarnym śnie. Keith miał wygląd prymusa i rzeczywiście był najlepszym uczniem w szkole średniej Hyde Park. Uczył się bez najmniejszego wysiłku. Kiedy szedł na film radziecki, to czytając angielskie napisy, równocześnie przyswajał sobie kilkadziesiąt słów rosyjskich. Ilekroć miał w ręku zegarek, nie mógł się oprzeć pokusie, żeby nie rozebrać go na części. Gdy zerkał do menu, mimo woli zapamiętywał wszystkie dania. Blady, o niesfornych włosach i okrągłych okularach, ubrany w dżinsy, czarny podkoszulek i hippisowskie sandały, położył ręce na rozmontowanym radiu w taki sposób, jakby chciał je wyleczyć, a nie zbudować. Następnie podniósł niewielki śrubokręt i przykładając do oczu pomarańczową plastikową rączkę, spojrzał pod światło. Zasznurował usta – niekiedy sprawiał wrażenie starszego od swoich rodziców – po czym wstał i ruszył po schodach na piętro.

Sammy, młodszy, dwunastoletni syn, leżał wyciągnięty na kanapie, odziany tylko w krótkie spodenki koloru khaki. Był to opalony, niebieskooki blondyn, ładny w sposób aż komicznie konwencjonalny: przypominał z urody gwiazdorów, których zdjęcia dorastające panienki chętnie umieszczają w rogu lustra. Sammy był ulepiony z nieco innej gliny niż reszta Butterfieldów. W rodzinie, która ceniła swoją odmienność oraz poczucie własnej niezwykłości, wyjątkowość Sammy’ego właśnie polegała na jego zdumiewającej przeciętności. Dobry sportowiec i kumpel, zdolny tancerz, obiekt westchnień wielu dziewczyn, Sammy dorabiał roznoszeniem gazet i był najmniej zamkniętym w sobie, najmniej skrytym z Butterfieldów. Naprawdę wszyscyśmy wierzyli, nawet wówczas, kiedy miał dwanaście lat, że pewnego dnia Sammy zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych.

No i Jade. W luźnej, niemodnej bluzce i niezbyt gustownych szortach sięgających prawie kolan, siedziała zwinięta w fotelu. Sprawiała wrażenie zaspanej, cnotliwej szesnastolatki, którą zmuszono do spędzenia sobotniego wieczoru w gronie rodzinnym. Ledwo śmiałem na nią patrzeć z obawy, że zaraz rzucę się przez okno i pochwycę ją w ramiona. Minęło siedemnaście dni, odkąd Butterfieldowie zabronili mi wstępu do ich domu, i starałem się nie myśleć o tym, jakie zmiany tam zaszły w czasie mojej nieobecności. Jade siedziała bez ruchu, wpatrzona w ścianę; twarz miała pustą, bez wyrazu, nerwowy tik w kolanie ustąpił – czyżby wyleczony moim wygnaniem? W ręce trzymała gruby długopis z trzema wkładami – czarnym, niebieskim i czerwonym – lecz notes, w którym pisała, zsunął się w szparę między jej szczupłym biodrem a oparciem fotela.

Co mną wtedy kierowało? Nadal uważam, że owej nocy podpaliłem dom, żeby zmusić Butterfieldów do wyjścia na zewnątrz i stanięcia ze mną twarzą w twarz. Cały jednak kłopot polega na tym, że tłumacząc się z czegoś w kółko, w końcu człowiek z trudem sam sobie dowierza. Przypomina to grę, w którą bawią się dzieci: tak długo powtarzają jakieś słowo, aż wreszcie traci ono znaczenie. Noga. Noga. Po stu razach sami nie wiemy, co to jest. Ale choć prawda nieco uległa zatarciu (i w tych zatartych konturach szukam nowego obrazu, nowych pobudek), wciąż twierdzę, iż jedyne, o czym myślałem, podpalając werandę, to że w ten sposób skuteczniej wyrwę Butterfieldów z ich sielskiej idylli rodzinnej, niż gdybym zawołał ich z ulicy, rzucił kamieniem w okno albo wykonał jakikolwiek inny rozpaczliwy, a zarazem poniżający mnie gest. Dokładnie to sobie wyobraziłem: czują zapach dymu unoszący się znad sterty starych gazet, wymieniają zdziwione spojrzenia i wychodzą sprawdzić, co się dzieje.

Miałem następujący plan działania: gdy tylko gazety zajmą się ogniem, zbiegam z werandy i oddalam się o przecznicę. Kiedy znajduję się w bezpiecznej odległości, przystaję, żeby złapać oddech, i wolnym krokiem ruszam z powrotem, licząc, że Butterfieldowie wyjdą, akurat gdy będę mijał ich dom. Nie jestem pewien, co dalej zamierzałem robić. Czy rzucić się z pomocą do gaszenia pożaru, czy stanąć osłupiały, jakby zaskoczony tym, że ich widzę, i modlić się, aby Jade lub Anna dostrzegły mnie i zaprosiły do środka. Chodziło o to, żeby jeszcze dziś się z nimi zobaczyć.

Nie przypominam sobie, abym obmyślał ten plan. Zakochany i zniecierpliwiony, po prostu wpadłem na pomysł i wkrótce trzymałem w ręce zapaloną zapałkę. Przez chwilę czekałem (a nogi mi drżały, bo chciałem czym prędzej zeskoczyć z werandy i uciekać co sił), żeby upewnić się, czy gazety zajęły się ogniem. Płomień zaginał rogi, strona po stronie, sięgając coraz dalej w głąb sterty, ale nie rozchodził się na boki. Mogłem go bez trudu zgasić, przydeptując kilka razy nogą, i o mało tego nie zrobiłem – nie dlatego, abym przewidział konsekwencje, ale ze strachu. Pamiętam, co myślałem: to się nigdy nie uda.

Płomień, przedarłszy się przez wierzchnie warstwy, dotarł do środka sterty i do suchych desek werandy. Ogień bynajmniej nie był jeszcze imponujący. Kiedy dałem nogę, zostawiając go własnej sile i losowi, był za mały, aby upiec na nim pstrąga; od biedy, gdyby się uprzeć, można by podgrzać na nim kawałek kiełbasy. Ale grunt, że się palił; wiedziałem, że nie zgasi go ani lekki powiew wiatru, ani że sam nie wygaśnie. Płomienie były prawdziwe, żywe. Zeskoczyłem z werandy na długi, niestrzyżony trawnik, który odróżniał ogród Butterfieldów od sąsiednich. Na chwilę przystanąłem i jeszcze raz spojrzałem na drewniany dom – staroświecką, gotycką budowlę w samym sercu Chicago – na przyćmione światło w oknie salonu, z którego nie wyglądały żadne zdumione twarze, i na stertę gazet, które drżały za osłoną dymną, zwieńczone grzebieniem ognia. Następnie puściłem się pędem.

Dom Butterfieldów znajdował się na Blackstone w dzielnicy Hyde Park. Na niepewnych nogach biegłem na północ w stronę Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy. O ile pamiętam, nikogo po drodze nie spotkałem. Nikt też nie przechodził koło domu Butterfieldów i nie widział płonących gazet. W owym czasie mieszkańcy Hyde Parku nie zamykali się w domach ze strachu przed bandytami. Poruszali się swobodnie po dzielnicy i mimo że uniwersytet dysponował własną policją oraz specjalnymi autobusami, którymi studenci mogli bezpiecznie poruszać się po okolicy, Hyde Park nawet w nocy był pełnym życia, ruchliwym punktem miasta. (Zanim rodzice Jade zaakceptowali naszą miłość i jej nieustępliwe prawa, często łaziliśmy tymi ulicami o trzeciej i czwartej nad ranem, przystając przy zaparkowanych wozach, żeby się pocałować; obejmowaliśmy się, nawet kładli na ciemnych werandach, a jedyną naszą obawą było, że ktoś nam przeszkodzi). Ale tamtej nocy, kiedy jeden uważny przechodzień mógłby zmienić bieg wydarzeń, nikogo nie było.

Kiedy dotarłem do Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy, rozpocząłem drugi etap swojego planu. Przestępując z nogi na nogę, odczekałem na rogu mniej więcej minutę, choć mogło to być znacznie krócej (kiedy czuję się niepewnie, mam skłonność do pośpiechu). Następnie, usiłując szybko znaleźć jakieś wiarygodne wytłumaczenie na wypadek, gdyby któryś z Butterfieldów spytał, co robię na Blackstone, nerwowym krokiem ruszyłem z powrotem tą samą drogą, którą niedawno biegłem. Serce waliło mi jak młotem, ale jeśli dobrze pamiętam, nie żałowałem podłożenia ognia. Nie widziałem Jade i nie rozmawiałem z nią od siedemnastu dni (kiedy Hugh Butterfield, zakazując mi wstępu do domu, powiedział, że wraz z Jade postanowił, iż przez miesiąc mam się trzymać od niej z daleka, ogarnęło mnie silne, choć nieuzasadnione podejrzenie, że nasza rozłąka nigdy się nie skończy). Owo wygnanie, nagłe pozbawienie mnie czegoś, co stanowiło sedno mojego istnienia, zaprzątało mi wszystkie myśli i uczucia. Owszem, dręczyły mnie obawy, lecz nie zwracałem na nie uwagi, niczym na bzyczenie much. Byłem przerażony tym, że dopuściłem się tak niezrozumiałego czynu jak podpalenie gazet leżących na werandzie domu, ale zdenerwowanie oraz zdziwienie własnym zachowaniem nie miały nic wspólnego z żalem. Moim jedynym zmartwieniem było, czy plan się powiedzie.

Stanąłem przed ich domem. Od werandy dzieliło mnie jakieś piętnaście metrów i wyraźnie widziałem, że ogień nie wygasł. Ale też się nie powiększył. Chmura dymu unosiła się równomiernie znad sterty, lecz nie zdołała zaniepokoić Butterfieldów. W pierwszej chwili miałem ochotę podkraść się na werandę i podmuchać w palącą się stertę albo rozłożyć gazety, żeby lepiej zajęły się ogniem. Ale nie chciałem tak nachalnie sterować biegiem wypadków. Ponieważ spotkanie z Jade miało wyglądać na zupełnie przypadkowe, postanowiłem zostawić trochę miejsca na różne nieprzewidziane okoliczności: bałem się, że jeśli wszystko do końca wyreżyseruję, nie zdołam udać zaskoczenia, kiedy co do czego przyjdzie. Minąłem dom, kierując się tym razem na południe w stronę Pięćdziesiątej Dziewiątej Ulicy.

Po Pięćdziesiątej Dziewiątej spacerowało sporo osób, ale nie zauważyłem nikogo znajomego. Zwróciłem uwagę na atrakcyjną starszą kobietę (mogła mieć dwadzieścia kilka lat, ale wtedy każdy po dwudziestce był dla mnie stary), która prowadziła na smyczy duże nerwowe rude psisko. Była w okularach przeciwsłonecznych i miękkim słomkowym kapeluszu; paliła papierosa w długiej srebrno-czarnej cygarniczce. Chyba się na nią gapiłem, żeby zająć czymś myśli, bo kobieta przechyliła głowę i uśmiechając się, powiedziała: „Dobry wieczór”. Jej głos przestraszył mnie tak bardzo, że żołądek podjechał mi do gardła. Skinąłem szybko głową niczym żołnierz brytyjski (przywdziana na ten miesiąc maska wygrzebana ze składu porzuconych osobowości innych ludzi) i pomyślałem: cholera, nic nie wyjdzie z próby zgrania czasu. Życie musiałoby być filmem, żeby udało mi się zjawić przed domem Butterfieldów akurat w chwili, gdy będą z niego wychodzić. Czując, że czas straszliwie nagli, ruszyłem z powrotem, wpierw truchtem, potem ile sił w nogach.

Czy biegłem po to, żeby wszystko odbyło się zgodnie z planem, czy też przeczułem, że ogień, który podłożyłem, jest już nie do opanowania? Czy dotarł do mnie zapach dymu, czy też ta część mojej osoby, która od początku zdawała sobie sprawę z groźnych następstw, wreszcie zdołała się przedrzeć przez gąszcz uporu i tęsknoty, żeby wszcząć alarm? Biegłem i serce nie biło mi już jak serce udręczonego kochanka, lecz waliło o klatkę piersiową niczym wściekły pies o ogrodzenie.

Nie rozumiem zasad działania ognia, nie wiem, jak nauka tłumaczy jego spryt i zachłanność. Pojedynczy płomień szuka opału, miotając się niczym kot wokół mysiej nory. Bardzo młody płomień wciąż jest zależny od sił przyrody, kiedy jednak dojrzeje, staje się równie odważny i przebiegły jak grupa rewolucjonistów – tu odnosi łatwe sukcesy, tam powiększa zasięg swoich wpływów, jednoczy się, przystępując do ataku, promieniuje zwycięstwem. Gdy bucha pełną siłą, triumfując nad całym światem, a wszystko od kolumn doryckich po kioski z pismami zdane jest na jego łaskę, jego potęga jest iście boska: rządzi podległym sobie obszarem, narzucając zachłanną, absolutną władzę i wierząc, iż wszystko, co istnieje, powinno zniknąć w płomieniach. Kiedy dotarłem do domu Jade, ogień, który podłożyłem, jeszcze nie osiągnął niepohamowanej energii wieku dojrzałego, ale znajdował się w buńczucznym młodzieńczym stadium. Płomień przywódca, zajmujący kwaterę główną na stercie gazet, wysyłał do ataku na dom mniejsze grupy bojowe. Wzdłuż ścian języki ognia migotały niby pomarańczowe proporce. Mniejsze płomienie, odkomenderowane do zniszczenia podłogi werandy, przez chwilę ścigały się wokół płonącej sterty, po czym zachwycone tym, że w ogóle istnieją, i oszołomione swym zadaniem, rozproszyły się we wszystkie strony.

Cofnąłem się. Czułem na twarzy żar, którym nasycone było rozgrzane nocne powietrze. Cofałem się, aż ześlizgnąłem się z chodnika i wpadłem na wóz Hugh, dziesięcioletniego bentleya, o którego troszczył się i którego kochał do przesady. Jak kompletny kretyn potarłem plecy, sprawdzając, czy nie mam siniaka, podczas gdy ci, których kochałem, znajdowali się w płonącym domu. Płomienie, które tańczyły na ścianach, nie wyglądały groźnie, ale było ich wiele i odznaczały się taką pewnością siebie, że bez przerwy wypuszczały nowe języki. Nagle, zupełnie jakby jego wielkość można było regulować przykręceniem lub odkręceniem gałki w kuchence gazowej, ogień buchnął z potrójną siłą i mocą. Krzyknąłem i co tchu pobiegłem do drzwi.

Płonęła już połowa werandy: ogień niczym żarłoczna roślina na wszystkie strony wypuszczał nowe pędy. Otworzyłem siatkę i nacisnąłem klamkę wielkich drewnianych drzwi, których na ogół nie zamykano (nie z nadmiaru ufności do świata, ale z powodu nieustającego przepływu gości). Tej nocy jednak drzwi były zamknięte na klucz. Zacząłem w nie walić pięściami i krzyczeć – nie, nie krzyczałem: „Pali się!”, tylko: „Wpuśćcie mnie! Do jasnej cholery, wpuśćcie mnie! Wpuśćcie mnie!”.

Drzwi otworzył Sammy. Właśnie zamierzał sprawdzić, co się dzieje, bo wreszcie poczuli dym.

– David? – zdziwił się i podniósł małe ręce, jakby chciał zagrodzić mi wejście.

Wyciągnąłem go na werandę i wbiegłem do domu. W małym, zagraconym korytarzu czuć było dym, a kiedy skręciłem w prawo do salonu, zobaczyłem, że Hugh cofa się od okna, zasłaniając ręką oczy.

– Pali się – oznajmiłem. (Hugh później zeznał, że powiedziałem to tonem „obojętnym”. Wydaje mi się to nieprawdopodobne, ale nie pamiętam).

W salonie było goręcej niż w najbardziej upalny letni dzień. Miałem wrażenie, że to nie tyle dym dostaje się do środka, co że powietrze wewnątrz zamienia się w dym. Ogień, kierując się taktycznym instynktem, otoczył z zewnątrz duże okno, żeby przez nie wedrzeć się do domu. Buzował na spróchniałej framudze, zwiększając swą intensywność i tańcząc – niczym wojownicy rozgrzewający się do bitwy – aż wreszcie od samego żaru pękła szyba; wówczas długi pomarańczowy język wsunął się do środka i zasłony stanęły w ogniu.

Kiedy wyleciała szyba i zasłony zajęły się ogniem, biegu wydarzeń nie można już było zatrzymać. Jak większość ludzi, którzy kiedykolwiek znaleźli się w płonącym budynku, staraliśmy się pokonać strach, wmawiając w siebie, że nic nam nie grozi. Tylko Hugh, który walczył na wojnie i przebywał w obozie jenieckim, wiedział z własnego doświadczenia, jak często normalne życie może ulec całkowitemu zburzeniu. My zaś, mimo że wdychaliśmy żar i dym, mimo że płuca nas piekły, a oczy nam łzawiły, mimo że słyszeliśmy trzask drewna, łudziliśmy się, że niebezpieczeństwo nagle się zatrzyma, cofnie i zniknie.

Usiłując zachować spokój, podszedłem do Jade i objąłem ją ramieniem, jak ktoś, kto w pełni panuje nad krytyczną sytuacją – w rzeczywistości pragnąłem jej tylko dotknąć.

– Jak się czujesz? – szepnąłem jej do ucha. Włosy Jade pachniały płynem, którego używała do kręcenia loków. Jej szyja była odsłonięta i wyglądała bezbronnie.

– Sama nie wiem – odparła niskim, zachrypłym głosem. Nie patrzyła na mnie. – Cudownie, ale dziwnie… jakoś bardzo dziwnie. – Zasłoniła oczy przed dymem i zakasłała. – Boję się – dodała.

Może wyczułem coś z jej tonu, ale od razu domyśliłem się, że Butterfieldowie nie palili trawy. Od kilku miesięcy Anna korespondowała ze swoim kuzynem w Kalifornii, próbując go namówić, aby przysłał jej trochę LSD, do którego miał dostęp w laboratorium, i dzisiaj uroczyście i z powagą połknęli chemicznie spreparowaną bibułkę, osiągając stan nowej świadomości, tak jak osiągali stan więzi z Bogiem, gdy od czasu do czasu przyjmowali komunię w kościele protestanckim. Nagle z przerażeniem zrozumiałem, dlaczego Anna i Hugh tak wolno odwracali strony albumu, dlaczego Jade z tak pustym wyrazem twarzy siedziała bez ruchu na fotelu…

Anna stała przy oknie, trzymając za koszulę męża, który usiłował zerwać zasłony.

– Zostaw, Hugh – powiedziała.

Sammy wrócił do środka. Potknął się i upadł na kolana: starał się podnieść, lecz kosztowało go to zbyt wiele wysiłku. (A może wiedział, że podczas pożaru miejsce tuż przy podłodze jest najbardziej bezpieczne? Całkiem niewykluczone). Spojrzał z klęczek na rodziców i rzekł:

– Szkoda, że nie widzicie domu od zewnątrz. Jest cały w płomieniach.

Wreszcie Anna odciągnęła Hugh od niemal doszczętnie zniszczonych zasłon – stanowiły one teraz jeden wielki słup ognia, z którego wyrastały coraz to nowe płomienie. Ogień trawił ściany, a po chwili lizał już sufit.

– Dzwonię – oświadczyła Anna, kiedy sufit zaczął płonąć. Powiedziała to zniecierpliwionym tonem rozzłoszczonego człowieka, który zmuszony jest zwrócić się do władz o pomoc. Ale nie uczyniła żadnego kroku w stronę kuchni, gdzie znajdował się telefon, mimo że ogień jeszcze tam nie dotarł. Wszyscy, łącznie ze mną, stali w tej części domu, która najrychlej groziła zawaleniem, zbici w gromadę i znieruchomiali ze zdziwienia.

Miałem wrażenie, że dom pragnie ulec płomieniom, tak jak serce pragnie ulec miłości. Chwilę po tym, gdy spytałem Jade, jak się czuje, całą ścianę pożerał ogień. Swobodnie i beztrosko dom poddawał się płomieniom, z lekkomyślną namiętnością – niczym dziewczyna, która od lat czeka na wymarzonego kochanka – ofiarując wieczności swoje ciało. Wszelkie wątpliwości (jeśli ktokolwiek z nas jeszcze takowe miał), czy pożar stanowi drobną niedogodność, czy też poważne zagrożenie, rozwiały się: wiedzieliśmy, że sytuacja jest krytyczna i czym prędzej musimy się ratować.

– Od frontu nie wyjdziemy – powiedział Sammy, który podniósł się z kolan. – Weranda jest w płomieniach.

Anna potrząsała głową. Irytacja przeszła w żal i w tak dziwne znużenie, że zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno chce się uratować. Ogień ją wabił, tak jak przestrzeń często wabi człowieka stojącego wysoko na balkonie.

Hugh masował dłońmi skronie, jakby pragnął uspokoić skołowany umysł.

– Nie rozdzielajmy się. Weźmy się za ręce – powtórzył to ze dwa lub trzy razy. – Wyjdziemy drzwiami kuchennymi. Wszyscy razem.

Ująłem Jade za rękę, która była zimna jak lód. Dziewczyna nie patrzyła na mnie, ale z całej siły trzymała się mojej dłoni.

– Najlepiej się wyczołgać. Na kolana! – poleciłem.

Ku mojemu zdumieniu wszyscy mnie usłuchali. Dopiero po chwili to zrozumiałem: może i nie panowałem nad sytuacją, ale byłem z nich najprzytomniejszy.

– Boję się. Naprawdę się boję – rzekła Jade.

– Nie wolno nam tracić głowy – powiedziałem.

– Boże – westchnął Hugh. – Wiedziałem, że nie powinniśmy byli tego brać. Nie potrafię zebrać myśli. – Przycisnął kłykcie do oczu.

Kucając na podłodze. Sammy rozmawiał z osobą, której nikt oprócz niego nie widział, mimo to jego głos brzmiał całkiem trzeźwo i logicznie.

– W porządku, nic mi nie jest – oznajmił Hugh. – Już dochodzę do siebie.

Jade przycisnęła sobie moją dłoń do piersi.

– Czy serce wciąż mi bije? – spytała szeptem.

– To niesamowite – rzekła Anna. – Mamy się stąd wydostać, a nie ruszamy się z miejsca. – Roześmiała się nerwowo.

– Gdzie Keith? – spytałem nagle.

– Na górze! – odparła Jade.

Siedzieliśmy na podłodze. W salonie było tak czarno od dymu, że ledwo widziałem schody. Rzuciłem się w ich stronę, mając nadzieję, że na piętrze będzie czym oddychać. Zapewne tysiące innych myśli przelatywało mi przez głowę, ale pamiętam tylko, że modliłem się, aby ktoś – Jade – chwycił mnie za nogę i powstrzymał.

Przeskakiwałem po dwa stopnie naraz, a im byłem wyżej, tym gęściej bezlitosny dym wypełniał powietrze. Czułem intensywny żar, lecz płomieni nie widziałem – ogień bowiem toczył ściany wewnątrz i dopiero za chwilę miał się przez nie przegryźć. Z trudem otwierając usta, zawołałem Keitha. Posuwałem się na czworakach, czując żar bijący z podłogi, żar tak silny, że myślałem, iż uniesie mnie do góry. Ogarnięty mdłościami, kaszląc, splunąłem na podłogę. Znajdowałem się na pierwszym piętrze. Na jednym końcu korytarza mieścił się pokój, w którym Jade i ja sypialiśmy z sobą przez ostatnie pół roku. Na drugim końcu była sypialnia Anny i Hugh, ogromny, zagracony pokój, do którego każdy miał wstęp. W połowie korytarza, po lewej stronie, była łazienka, po prawej zaś pokoik Sammy’ego. Kiedy na nie patrzyłem, zamknięte drzwi do pokoju Sama stanęły w ogniu.

Schody prowadzące na drugie piętro znajdowały się za pokojem chłopca; gdy spoglądałem przez warstwy dymu, zabarwione ogniem niczym mgła światłem reflektorów, wydawało mi się, że widzę ruszającą się postać. Zawołałem Keitha. Nie wiedziałem, czy mój głos w ogóle słychać, albowiem ogłuszony biciem własnego serca i hukiem ognia sam go nie słyszałem. Czołgałem się przez korytarz, starając się nie myśleć o śmierci; bałem się, ale mimo to nie zerwałem się do ucieczki. Postać znikła. Nie byłem pewien, czy zasłoniły ją nowe kłęby czarnego dymu, czy też Keith zawrócił. Przyszło mi do głowy, iż Keith może sobie nawet nie zdawać sprawy z tego, że dom się pali, że pożar nie jest narkotyczną wizją. Wiedziałem, że jest pod wpływem LSD i że spośród wszystkich Butterfieldów Keith – Keith somnambulik, Keith mistyk i filozof – najgorzej sobie radzi z rozpadem swojej osobowości. Podczas gdy u jednych ludzi inteligencja wiąże się z przenikliwością umysłu i głodem wiedzy, geniusz Keitha był wytworem niezwykłej wrażliwości: wszystko miało na niego wpływ i pozostawiało ślad. Kiedy indziej fakt zażycia przez Butterfieldów LSD uznałbym za kolejny dowód ich otwartości na świat i gotowości próbowania wszystkiego, co może dostarczyć im nowych przeżyć, bez względu na istniejące ryzyko. Jednakże kiedy przedzierałem się przez gęstniejący dym w poszukiwaniu Keitha i rozmyślałem o tym, jak Anna i Hugh błąkają się bez celu po salonie, osądziłem ich jak najsurowiej, zupełnie zapominając, że to ja podpaliłem dom.

Skręciłem na schody prowadzące na drugie piętro, gdy znów ujrzałem Keitha. Kasłał i płakał, zasłaniając twarz koszulą. Kiedy go zawołałem, ruszył w moją stronę, zataczając się, jakby ktoś go popychał. Twarz miałem tak gorącą, że ogarnięty paniką uderzyłem się w policzek, pewien, iż zająłem się ogniem.

– Ratunku! – jęczał Keith. – Nic nie widzę i nie wiem, co robić.

Podpełzłem do niego na czworakach. Długie, chude nogi miał zgięte w kolanach. Jedną ręką zasłaniał oczy, drugą zaś wyciągał przed siebie, choć zapewne nie orientował się, kim jestem. Kiedy chwyciłem go za rękę, usiłując ściągnąć na podłogę, zesztywniał, jakby został porażony prądem.

Krzyknąłem najgłośniej, jak mogłem, i znów chwyciłem go za rękę. Wyrwał mi się i cofnął niby duch, który za chwilę rozpłynie się w powietrzu.

Podniosłem się z kolan i ponownie wyciągnąłem dłoń. Ujrzałem w jego oczach krótki błysk rozpoznania.

– Do diabła, daj rękę! – zawołałem. – Daj rękę!

Keith popatrzył na mnie, po czym znów się odsunął. Przeraziłem się, że za moment stanie w ogniu, jak drzwi do pokoju Sammy’ego, albo rozbłyśnie jak supernowa. Rzuciłem się na Keitha i w chwili gdy łapałem go za barki, poczułem, że siły go opuszczają. Nogi się pod nim ugięły i zaczął się na mnie zsuwać. Był całkiem bezwładny, toteż wiedziałem, że go nie utrzymam.

Cofnąłem się, ale to nic nie pomogło: najpierw zderzyliśmy się czołami, potem poczułem na piersi jego kościstą klatkę piersiową i wkrótce obaj znaleźliśmy się na rozżarzonej podłodze. Leżałem pod nim, a serce waliło mi gwałtownie, w szalonym tempie, jakby zdawało sobie sprawę, że niedługo umilknie na wieki.

Wtem usłyszałem dudniące kroki na schodach. Przekręcając głowę, ujrzałem Hugh, który biegł na górę, wołając Keitha. Wściekłość Hugh była niemal tak przerażająca jak ogień; nawet przez zasłonę dymną oczy błyszczały mu nadludzkim blaskiem. Chociaż wiedziałem, że Hugh przybywa ratować syna, to jednak widząc, jak pędzi na piętro, przestraszyłem się, że przybywa po mnie – nie po to oczywiście, żeby ocalić mnie od ognia, lecz po to, by chwycić moją głowę w swoje silne ręce i zgnieść ją na miazgę. Niczym szaleniec wzniósł ręce do góry, przez zaciśnięte zęby wziął głęboki oddech, po czym podniósł Keitha z taką łatwością, jakby to był wór z pierzem, i postawił na nogi.

Była to ostatnia rzecz, jaką widziałem. Kiedy Hugh podnosił Keitha, ten resztkami sił, zapewne odruchowo, usiłował przytrzymać się mojej koszuli; w tym momencie straciłem przytomność. Świat znikł mi sprzed oczu. Widziałem tylko jeszcze, jak Hugh patrzy na mnie, i poczułem, jak zaciska palce na mojej ręce. Dopiero gdy zeznawał w sądzie, dowiedziałem się, że przerzucił mnie przez ramię (drugą ręką przytrzymywał Keitha, który szedł, płacząc i potykając się) i wyniósł przed dom, akurat kiedy wycie syren i czerwone migające wśród drzew światła oznajmiły przybycie straży pożarnej. Ku swojemu głębokiemu żalowi Hugh uratował mi życie.

Nazajutrz w szpitalu Jackson Park przyznałem się do winy. (Butterfieldowie byli leczeni w tym samym szpitalu, ale położono mnie w sali z obcymi). Ani w karetce pogotowia, ani w izbie przyjęć, ani też w ciągu nocy, kiedy na przemian traciłem i odzyskiwałem przytomność, nie zdradziłem się słowem, że jestem sprawcą pożaru. Ale gdy rano zbudziłem się i zobaczyłem rodziców, którzy siedzieli na składanych krzesłach – Rose, z nogą założoną na nogę, uderzała palcami w lakierowaną skórzaną torebkę, Arthur z kropelkami potu na pochylonej łysiejącej głowie tkwił bez ruchu – chrząknąłem i z miejsca oświadczyłem:

– To ja podłożyłem ogień.

Wyprostowali się i spojrzeli po sobie, po czym Rose przysunęła się do mnie i zaciskając swoje małe, pełne usta, potrząsnęła głową.

– Nic nie mów – szepnęła konspiracyjnie, spoglądając w popłochu na moich śpiących współtowarzyszy. Nie zamierzałem jednak żyć w ciągłym strachu przed wykryciem, wolałem od razu się przyznać – fakt ten, który pociągnął za sobą proces, zeznania, obronę oraz karę, na długie lata przesądził o moim życiu.

Arthur uchodził za prawnika o lewicowych poglądach. Chociaż minęło piętnaście lat, odkąd w 1952 roku oboje rodzice wystąpili z partii komunistycznej, ojciec pozostał „lewicującym” prawnikiem, czyli nigdy nie brał strony bogatego przeciwko biednemu i nigdy nie żądał wygórowanego honorarium. Z powodu nadmiaru pracy starzał się szybciej niż inni. Często zostawał w biurze do północy; kiedyś – Rose uwielbiała przytaczać tę historyjkę – przepaliła się żarówka w lampie na biurku, w pokoju zrobiło się ciemno, Arthur zaś wciąż siedział w swoim starym, skrzypiącym fotelu obrotowym, zapisując na podłużnych żółtych stronach notesu genialną linię obrony, którą chciał wykorzystać w sprawie pewnego wypadku. Bał się, że jeśli wstanie, żeby zapalić górne światło, straci natchnienie. Gdyby to był dowcip, to nazajutrz bohater zobaczyłby jakieś niewyraźne bazgroły albo zdania zupełnie pozbawione sensu, kiedy jednak Arthur zaczął przeglądać notatki, okazało się, że te trzy strony pisane po ciemku są całkowicie czytelne i absolutnie niezbędne do wygrania procesu. To, że całym sercem przykładał się do każdej sprawy, nie wynikało z tak banalnej przyczyny jak zamiłowanie do pracy: on szczerze pragnął bronić słabych przed silnymi. Pragnął tego bardziej od pieniędzy, od sławy, od luksusów. Z taką pasją bronił swoich klientów, że niekiedy psuło to jego wystąpienia sądowe. Czasem, kiedy czuł, że przegrywa, wpadał we wściekłość i głos mu się załamywał jak nastolatkowi.

Arthur chciał sam mnie bronić, tak jak chirurg pragnie sam operować bliską mu osobę. Jednakże nie wchodziło to w grę: oskarżony o podpalenie domu i lekkomyślne narażenie życia ludzkiego, okryty hańbą niczym szatą obrzędową, potrzebowałem bardziej wiarogodnego obrońcy od własnego ojca. Arthur wyświadczył ludziom wiele przysług, toteż kiedy okazało się, że ja jeden ponoszę winę za to, co się stało, zgłosili się do niego dwaj przyjaciele i zaofiarowali, iż za darmo poprowadzą sprawę: Ted Bowen, którego znałem od urodzenia, oraz Martin Samuelson, który w oczach rodziców uchodził za bohatera transcendentalnego o wielkiej inteligencji i odwadze; był to nadzwyczajny mówca, człowiek, który równie pięknie i lirycznie cytował Engelsa, co Hugona Blacka i którego Arthur oraz Rose, jeszcze w okresie przynależności do partii, uważali za ważniejszego od siebie samych. Toteż ze zdumieniem, a zarazem wdzięcznością przyjęli jego propozycję.

Pokrótce bieg wydarzeń był następujący: aresztowano mnie w szpitalu i bez przesłuchania umieszczono w zakładzie poprawczym na West Side. Obrońcy toczyli zaciekłe spory z policją oraz prokuratorem w kwestii mojego statusu prawnego: chodziło o to, czy zostanę potraktowany jako dorosły, czy też jako młodociany przestępca. Miałem siedemnaście lat i Samuelsonowi udało się – był to jego główny sukces; wkrótce bowiem znudziła mu się moja sprawa, a zwłaszcza ja sam – osiągnąć to, że uznano mnie za małoletniego, mój los zatem zależał nie od ławy przysięgłych, lecz od decyzji sędziego. Zwolniono mnie z zakładu na West Side i poddano długiej serii testów psychologicznych: było to jakby połączenie testów na inteligencję z dziwnymi, krępującymi pytaniami, jakie pomylony zboczeniec mógłby zadawać dziecku, dorwawszy je na boisku szkolnym. Odpowiadałem, z czym mi się kojarzą rozmazane kleksy, dodawałem kolumny trzycyfrowych liczb, rozpoznawałem na zdjęciach Washingtona, Lincolna, Kennedy’ego i mówiłem „tak” lub „nie” na pytania typu: „Czy chodzisz do ubikacji częściej od innych ludzi?”. Dwukrotnie przechodziłem przez te testy, najpierw badał mnie wyznaczony przez sąd psycholog, potem zaś doktor White, łagodny staruszek, chory na zapalenie spojówek, którego wynajął Ted Bowen. (Dr White był pierwszym lekarzem, z jakim się zetknąłem, który nie należał do grona osobistych ani politycznych przyjaciół rodziców: partia wykształciła sporo internistów i stomatologów, lecz niewielu psychiatrów).

Przez cały ten czas byłem pod kuratelą rodziców. Tej jesieni miałem rozpocząć studia. Kilka miesięcy wcześniej zostałem przyjęty na University of California, ponieważ jednak Jade jeszcze nie skończyła szkoły średniej i siłą rzeczy musiała pozostać w Chicago, przeniosłem papiery na Roosevelt University, na którym co prawda nie było wydziału astronomii, lecz który znajdował się w centrum Chicago. Teraz to już nie miało żadnego znaczenia: wszystko było przekreślone. Ostrzegano mnie – policja, psychologowie, adwokaci i rodzice – żebym pod żadnym pozorem nie starał się nawiązać kontaktu z Jade czy którymkolwiek z Butterfieldów. Na początku nie było to trudne do wykonania. Po tym, co się stało, nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić naszego spotkania. Nie miałem się co łudzić, że Butterfieldowie zlitują się nade mną albo zrozumieją niewinne, wynikające z miłości, pobudki mojego karygodnego czynu. Ciągle żyłem nadzieją, że Jade się odezwie, ale milczała, mimo że stosunkowo łatwo mogłaby się ze mną porozumieć.

Pewnego dnia zmusiłem się do przejścia obok domu, w którym byłem tak upojnie szczęśliwy, a który podpaliłem, omal nie powodując śmierci pięciu osób. Policja zagrodziła drzwi sznurem przywiązanym do przeciwległych końców żelaznych poręczy werandy, na sznurze zaś powiesiła tabliczkę z napisem „Wstęp wzbroniony”. Zdumiałem się, że dom w ogóle jeszcze stoi; wyglądał tak jak dawniej, tyle że miał wybite szyby i był brudnoczarny zamiast brązowo-biały. Weranda spłonęła, poddasze zapadło się do połowy, lecz reszta domu zachowała się w niezmienionym stanie. Z początku doznałem ulgi, jakby to, że dom Butterfieldów stoi, mogło mi pomóc w zapełnieniu straszliwej pustki, która się we mnie zrodziła tamtej sierpniowej nocy. Chociaż nie, nie tyle czułem ulgę, co bardzo pragnąłem ją poczuć – podobnie jak czasem tak silnie pragnie się ujrzeć ukochaną osobę, która od nas odeszła, że często bierze się za nią kogoś zupełnie obcego. Prawdę mówiąc, widok domu był dla mnie tysiąc razy bardziej bolesny, niż byłby widok zgliszczy: nie tylko nie zapełniał pustki, ale stanowił wyrzut. Zrozumiałem, że należę do licznej rzeszy potępieńców; miłość sprowadziła mnie na drogę zbrodni. Nie różniłem się od zboczeńców, co dyszą do słuchawki, od podglądaczy, od natrętów, wariatów, którzy obcinają sobie uszy, od desperatów, co z zemsty popełniają widowiskowe samobójstwa, od typów wynajmujących prywatnych detektywów czy od średniowiecznego króla, który wysyła dziesięciotysięczną armię po to, żeby zdobyć przychylność królewny z dalekiego kraju, a gdy stosy trupów leżą na słońcu wśród spalonych pól, chwyta się za serce i woła: „Zrobiłem to z miłości!”. Poczucie ulgi znikło; patrzyłem na dom i łzy lały mi się ciurkiem, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy, bo od dnia pożaru nieustannie płakałem, tak jak na moim miejscu robiłby każdy człowiek przy zdrowych zmysłach.

Od tego, czy w istocie byłem przy zdrowych zmysłach, zależał mój przyszły los. Zarówno obrońcy, jak i rodzice uważali psychiatrię za coś w rodzaju astrologii dla bogatych, jednakże przejęci moją sprawą traktowali mnie jak bezwolną ofiarę, którą pchnęła do przestępstwa irracjonalna siła podświadomości.

Matka, czy to z poczucia winy, czy też z głębokiej nienawiści, chciała, żeby linię obrony oparto na tym, że Butterfieldowie to dziwacy, którzy zasłużyli na nieszczęście. Zdaniem Rose nie mieli prawa czynić mnie odpowiedzialnym za to, co się stało, tak jak gospodarz, który upija do nieprzytomności gościa, nie może go winić, gdy ten stłucze filiżankę z porcelany. Według matki to obyczaje Butterfieldów doprowadziły mnie do zguby. Chodziło jej o to, że pozwalali Jade brać pigułki antykoncepcyjne, a kiedy doszli do wniosku, że odkąd u niej nocuję, Jade za mało się wysypia, postanowili, naradzając się nad tym – o zgrozo, całą rodziną! – kupić nam od Armii Zbawienia szerokie używane łóżko na rolkach, które, zdezynfekowane i spryskane perfumami Chanel Nr 5, jeździło po całym pokoju, gdy się kochaliśmy. Rose oddałaby diabłu duszę, żeby tylko udowodnić, iż pamiętnej nocy Butterfieldowie byli pod działaniem narkotyków, ale nie wspomniałem na ten temat ani słowa.

Matka chciała, aby sąd powołał na świadków połowę mieszkańców Hyde Parku i żeby ci zeznawali przeciwko Butterfieldom. Wyśmiewałem się z tego pomysłu, lecz już wtedy zdawałem sobie sprawę, że setki ludzi nie cierpią Anny i Hugh. Anna sama mi o tym powiedziała. Kiedyś, próbując poprzez religię uporządkować swoje chaotyczne życie, poszła na nabożeństwo do pobliskiego kościoła unitariańskiego. Chociaż nie znała modlących się tam parafian, wchodząc do kościoła, czuła na sobie ich spojrzenia i słyszała szepty. „Słyszałam ich wyraźnie – zwierzyła mi się. – Całkiem wyraźnie. Nie jestem paranoiczką, którą nawiedzają majaki. Nie ma się co oszukiwać, plotkowali o mnie”. Odparłem, że pewnie była napalona, wrogo nastawiona do unitarianizmu i innych bezsensownych religii (oficjalnie uznany w domu Butterfieldów za radykała, mogłem sobie pozwolić na takie stwierdzenia). Ale przypuszczalnie Anna miała rację: mimo że sama nie znała ludzi zgromadzonych w kościele, oni ją znali i poddawali surowej krytyce. Może byli wśród nich rodzice dzieci, które całymi dniami przesiadywały u Butterfieldów, które uciekały z domu i spędzały noce na ich kanapie albo w ich ogrodzie, które przebywając u Butterfieldów, nauczyły się palić i używać terminu „stosunek przerywany”. A może byli wśród nich sąsiedzi, którzy widzieli w oknach tego pięknego domu jaskrawe światła palące się latem niemal do świtu – po dziś dzień, gdy patrzę na okna, w których światło gaśnie dopiero z nastaniem poranka, wydaje mi się, że stoję przed domem, który przed chwilą opuściłem po spędzeniu nocy z Jade. Kiedyś przyszła kobieta, która zbierała datki na pomoc dla chorych na heinemedinę, i zobaczyła, jak Anna leży na plecach, słuchając tybetańskiej muzyki obrzędowej, a obok pali się (w środku dnia!) wielka sześcienna świeca. Oczywiście wieść w błyskawicznym tempie rozniosła się po okolicy. Sąsiedzi zawsze o wszystkim wiedzieli. To, że Anna i Hugh ukończyli najlepsze uniwersytety i że pochodzili z tak zwanych dobrych rodzin, wywarło, jak się przekonałem, znacznie większe wrażenie na mnie, synu wieloletnich komunistów, niż na kimkolwiek innym. Myślałem, że tradycje rodzinne Anny i Hugh, ich szczupłe, zdrowe ciała, proste zęby, proste włosy i akcent typowy dla ludzi z wyższych sfer przynajmniej w pewnym stopniu obronią ich przed złośliwymi plotkami. Z drugiej strony, może to właśnie na skutek pochodzenia społecznego Butterfieldów – fakt, że nie mieli pieniędzy, się nie liczy – ludzie poddawali ich surowszej krytyce, niż gdyby byli zwykłymi śmiertelnikami.

To, że ojciec i obrońcy poważnie potraktowali propozycję Rose, świadczy o tym, jak bardzo ta cała sytuacja pomieszała wszystkim wartości moralne. Nie wiem dlaczego, lecz wciąż się łudzono, że sąd mnie uniewinni. Ja zaś nie tylko nie zgodziłem się zeznawać, iż Butterfieldowie to rozpustne, bezwartościowe męty, jak ich określiła matka („głupawi, niedorozwinięci egoiści, nawet dzieci mają niedorozwinięte”), ale i nie zamierzałem uchylać się od odpowiedzialności. Nie, nie byłem zimny i opanowany (przecież przez miesiąc dręczyłem się i płakałem; gryzłem kołdrę, zostawiając na niej ślady swoich zębów; pisałem listy, których nie wysyłałem), ale naprawdę chciałem być ukarany. Wiedziałem, że dom zajął się ogniem przez przypadek, lecz nie przypadek zrządził, iż wybuchł pożar, toteż pragnąłem, żeby ktoś bezstronny, ktoś całkiem z zewnątrz wziął sprawy w swoje ręce i kazał mi ponieść konsekwencje.

Miałem nadzieję, że fakt, iż znalazłem się w rękach policji i czeka mnie proces, osłabi nienawiść, jaką Butterfieldowie do mnie czują. Jeśli ktoś obcy wymierzy mi karę i nazwie mnie łobuzem niegodnym żyć wśród porządnych ludzi, to może wtedy Jade zdobędzie się na to, żeby mi przebaczyć, a nawet stanie po mojej stronie.

Nie zamierzałem więc zdradzać, że tego wieczoru Butterfieldowie byli pod wpływem LSD, ani też opowiadać anegdotek o ich niekonwencjonalnym stylu życia. Ted Bowen, który pod wieloma względami przypomina mojego ojca, mężczyzna o silnych żółtych zębach, zrośniętych brwiach ciągnących się przez całą szerokość czoła, pachnący miętą, umówił się ze mną na rozmowę w cztery oczy. Zaprosił mnie do typowo robotniczego baru na Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy, gdzie z zatroskaniem i powagą wygłosił długie przemówienie na temat następstw wynikających z wyroku skazującego. Opisał zakład poprawczy i upokorzenia, na jakie mogę być narażony. „Tam są faceci z dołów społecznych, David. Proste tezy socjologiczne wykazują, jak złe warunki bytowe kształtują charakter człowieka. Ci ludzie nic nie mają, w nic nie wierzą, gotowi są zabić dla jednego papierosa”. Następnie pochylił się i spojrzał na mnie tak, jakby chciał powiedzieć, że jestem mężczyzną, toteż nie będzie niczego przede mną ukrywał. „Nie wiem, czy słyszałeś o czymś takim jak homoseksualizm…” – zaczął, lecz głos uwiązł mu w gardle, a oczy tak bardzo posmutniały i spoważniały, że ze zdenerwowania się uśmiechnąłem.

Gdy myślę o tym, w jaki sposób podpaliłem stos gazet na werandzie Butterfieldów, stwierdzenie, iż nie byłem wtedy przy zdrowych zmysłach, wydaje mi się słuszne, to znaczy wcale nie tchórzliwe czy wykrętne. A co było przyczyną tej chwilowej niepoczytalności? Oczywiście tęsknota za Jade, tęsknota spotęgowana zakazem wstępu do domu Butterfieldów. Miłość, a raczej tęsknota, odebrała mi rozum. Podłożenie ognia nie było szczeniackim wybrykiem, nie wynikało z nienawiści ani z rozpaczliwej chęci zemsty.

Od chwili gdy pokochałem Jade i związałem się z Butterfieldami, aż do momentu wydania decyzji przez sędziego każda sekunda w moim życiu się liczyła, wszystko miało swoiste, ukryte znaczenie, wszystko kojarzyło mi się z czymś, co z braku lepszego określenia nazwę opatrznością. Jeśli miłość oznacza nagłe zespolenie z najbardziej niesforną, najbardziej żywotną częścią samego siebie, uczucie wyostrzonej świadomości nie osłabło we mnie, tak jak po pewnym czasie słabnie u większości ludzi. Gdyby moja świadomość mogła wydać okrzyk, dźwięk ten roztrzaskałby rząd kieliszków. We wszystkim widziałem zbieg okoliczności; znaczenia tańczyły i wirowały niczym rozgrzane molekuły. Wszystko było przeraźliwie skomplikowane, a zarazem przeraźliwie proste. Nic nie uchodziło mojej uwadze, a każda rzecz była emocjonująca. Ból i radość nie opadły, gdy Hugh oświadczył, że przez miesiąc nie wolno mi się widywać z Jade, pożar ich nie zniszczył, nie minęły też w ciągu tych kilku tygodni, kiedy żyłem w zawieszeniu, nie wiedząc, co się ze mną stanie, i nie mogąc się z nią spotkać. Jednakże mimo nieustannie pobudzonej czujności sam moment zapadnięcia decyzji umknął mojej uwadze. Nie zorientowałem się, że zbliża się dzień, kiedy sędzia Rogers ma wydać orzeczenie, i nagle wszystko zostało uzgodnione za moimi plecami. „Mieliśmy szczęście” – powiedziała Rose, gdy Ted Bowen, prokurator oraz sędzia Rogers doszli do porozumienia.

Nie groził mi pobyt w więzieniu. Ani w domu poprawczym. Ani nawet w szpitalu stanowym, jeśli tylko rodziców stać było na opłacenie prywatnej kliniki. Uznano mnie za jednostkę psychicznie niezrównoważoną i skierowano do szpitala psychiatrycznego na rok, to jest do chwili ukończenia osiemnastu lat, kiedy to sąd ponownie rozpatrzy moją sprawę. Pobyt u czubków nie był przecież prawdziwą karą, raczej czymś w rodzaju zwolnienia warunkowego.

Niechęć, z jaką rodzice odnosili się do psychiatrii, była tak silna i tak głęboko w nich zakorzeniona, że chyba łatwiej pogodziliby się z decyzją, iż najbliższy rok mam spędzić w seminarium duchownym. („Mieliśmy dużo, dużo szczęścia” – powiedziała przez łzy matka, ale wiedziałem, że wkrótce zacznie myśleć – jeśli już tak nie myślała – iż więzienie, choć straszne, dostarczyłoby mi przeżyć podobnych do tych, które mieli Stalin, Eugene Dennis, hiszpańscy bojownicy o wolność oraz tysiące innych bohaterskich rewolucjonistów, podczas gdy pobyt w szpitalu dla umysłowo chorych stawiał mnie w jednym szeregu z cyrkowymi klownami i rozpieszczonymi, zapatrzonymi w siebie głupcami). Decyzja sędziego sprawiła mi jednak ulgę i w sumie uznałem, że obszedł się ze mną sprawiedliwie. Często w wyobraźni widziałem, jak sędzia ogłasza wyrok uniewinniający – „David nie miał złych zamiarów” – ale wizja ta mnie przerażała. Uważałem, że będzie najlepiej dla wszystkich, jeśli Rogers wymierzy mi karę, i byłem mu wdzięczny, że mogę ją odbywać w prywatnej klinice pośród rozległych zielonych trawników, w towarzystwie lekko niezrównoważonych nastolatków z bogatych, tolerancyjnych rodzin. Sędzia powiedział, co prawda, że po roku sprawa będzie ponownie rozpatrzona, ale miałem nadzieję, że przy odrobinie szczęścia, jeśli znajdzie się człowiek, który ze zrozumieniem mnie wysłucha i pozna ogrom oraz stałość moich uczuć, opuszczę szpital po kilku miesiącach i zacznę od nowa budować życie.

Sędzia wydał orzeczenie dopiero wtedy, gdy kurator przeprowadził wywiad środowiskowy z ludźmi, którzy mogli rzucić światło na mój charakter. („Cholera, zachowują się jak agenci FBI” – zdenerwował się Arthur. „Masz rację” – przyznała Rose i skinąwszy głową, popatrzyła na mnie ze smutkiem, jakby chciała mi uzmysłowić, czego mogę oczekiwać jako dziecko komunistów). Kurator rozmawiał z psychologami, którzy mnie badali. Rozmawiał też ze mną. (Był to młody Japończyk, który za wszelką cenę chciał sprawiać przyjazne wrażenie. „A jak ty myślisz, Dave, dlaczego podpaliłeś im dom?” – spytał ostrożnie, jakby dotąd nikt nie odważył się zadać mi tego pytania wprost. Jąkając się, zacząłem szukać odpowiedzi, po czym zakryłem twarz rękami i rozpłakałem się – po części z przyzwyczajenia, bo w ciągu tych kilku tygodni płakałem bez ustanku, po części z bezradności, a po części, co zabrzmi dziwnie, lecz jest faktem niezaprzeczalnym, ze znużenia, gdyż pożar, mimo całej swojej okropności i zniszczenia, jakie poczynił, był zaledwie cząstką mojego życia, cząstką mojej namiętności i mojego losu i uważałem, iż to jawna niesprawiedliwość, że traktuje się to zajście tak, jakby nic innego się nie liczyło).

Spotkał się z moimi nauczycielami, którzy powiedzieli mu, że byłem dobrym uczniem. Pytał o mnie moich kolegów i ich rodziców. Nie wiem, czego się od nich dowiedział – może że interesuję się astronomią i jazzem, że lubię baseball, czytam książki i umiem piec ciasta, że czasem wyłączam dźwięk w telewizorze i naśladując głosy aktorów, prowadzę za nich zwariowane, nieprzyzwoite dialogi. Wziął ode mnie nazwiska dawnych sympatii i rozmawiał z nimi i ich rodzicami. Wątpię, czy Linda Goldman zdradziła mu, jak w obitej boazerią piwnicy – jedynej tego rodzaju w całym Hyde Parku – pozbawiła mnie dziewictwa. Goldmanowie byli ludźmi interesu i w piwnicy urządzili pomieszczenie relaksowe, wyposażone w barek z napojami, dwie kanapy, stół pingpongowy i ośmiokątny stolik do pokera pokryty soczystozielonym filcem, z okrągłymi wgłębieniami na żetony. Nie, Linda na pewno słowem nie wspomniała o naszej szarpaninie, może nawet jej nie pamiętała. Południe, które u niej spędziłem, tym tylko mogło się różnić od poprzednich i późniejszych, kiedy to Linda z niesłabnącym zapałem zabawiała się z różnymi chłopakami, że w pewnej chwili z szybu wentylacyjnego doleciał nas głos jej ojca: „Mógłbym przysiąc, że w lodówce jest jeszcze kurze udko. Mógłbym przysiąc”. Reszta znajomych oraz dawnych sympatii należała do tego samego świata co Arthur i Rose. Zwłaszcza ojciec nie chciał, żebym był typowym „czerwonym dzieckiem”, czyli dzieckiem komunistów, które zadaje się wyłącznie z dziećmi komunistów, jednakże sytuacja polityczna w owym czasie i obawy rodziców sprawiły, że z braku innych możliwości większość moich przyjaciół pochodziła z zaprzyjaźnionych rodzin. Toteż żadne z nich nie powiedziało Japończykowi nic, co mogłoby mnie postawić w niekorzystnym świetle. Dorośli, od lat zaprzyjaźnieni z Arthurem i Rose, dawno już opanowali sztukę składania zeznań, ich dzieci zaś, które nauczyły się przez osmozę ostrożnie rozmawiać z przedstawicielami prawa, odpowiadały na pytania płynnie, chętnie, niczym się nie zdradzając.

Sędzia Rogers dał mi tydzień na przygotowanie się do wyjazdu do szpitala Rockville, który znajdował się mniej więcej sto sześćdziesiąt kilometrów na południe, w Wyon. Nadal oczywiście nie wolno mi było kontaktować się z Butterfieldami ani nawet o nich pytać. Powiedziano mi, że Butterfieldowie, a zwłaszcza Hugh, domagali się dla mnie jak najsurowszej kary. Hugh odwoływał się wielokrotnie; to jego zeznania sprawiły, że sędzia Rogers wyznaczył mi aż tak długi pobyt u czubków. Wiadomość ta nie zdziwiła mnie, chociaż zabolała: poczułem okropną słabość w dołku, jaką czasem się czuje, gdy trzeba przyznać słuszność człowiekowi, który nas oskarża. Rozumiałem Hugh i na swój nielogiczny, szalony sposób w pełni się z nim zgadzałem, uważając, iż ma prawo domagać się jak najsurowszej kary, ale wierzyłem, że działa w pojedynkę, że Anna, a przede wszystkim Jade nie podzielają jego poglądów. Jeśli zaś chodziło o zakaz kontaktowania się z Butterfieldami, to nawet gdybym chciał uczynić rozpaczliwą próbę zobaczenia się z nimi, nie wiedziałbym, od czego zacząć. Nie miałem pojęcia, dokąd się przenieśli. Do hotelu? A może się rozdzielili i zamieszkali w kilku różnych miejscach? Może pojechali do Nowego Orleanu do rodziny Hugh albo do matki Anny w Massachusetts?

Napisałem setkę listów, których nie miałem odwagi wysłać. Pisałem do Keitha, do Sammy’ego i do Hugh. Napisałem ponad dziesięć listów do Anny i blisko osiemdziesiąt do Jade. Przepraszałem, wyjaśniałem, przeprowadzałem wywody, atakowałem siebie z wściekłością, jakiej zapewne oni sami w sobie nie czuli. Pisałem listy miłosne – jeden podpisałem krwią z rozciętego palca. Błagałem ich, myślałem o nich i z desperacką żarliwością wygnańca czyniłem obietnice poprawy. Pisałem o świcie, pisałem w łazience, budziłem się pośród ponurych ciemności nocy i siadałem do pisania. Zamieszczałem wiersze, cudze oraz własne. Dowodziłem światu, że to, co łączyło mnie z Jade, było prawdziwsze od wszystkiego, prawdziwsze od czasu, od śmierci, a nawet od niej i ode mnie.

I nagle w piątek, w przeddzień wyjazdu do Wyon, przyszedł list zaadresowany do mnie, list w kopercie Związku Studentów Walczących o Pokój, do którego należałem i który rodzicom kojarzył się z pozytywną stroną mojego poprzedniego życia. Zaadresowany jak pismo urzędowe do „Pana D. Axelroda”, leżał w skrzynce razem z „Saturday Review”, który to tygodnik przyjaciele rodziców zaprenumerowali mi na siedemnaste urodziny. Matka wręczyła mi tygodnik oraz list – chyba przez złośliwość, bo cóż mógł zawierać? Zawiadomienie o zebraniu, na które nie mógłbym się wybrać? Rozdarłem kopertę w obecności rodziców i ujrzałem charakter pisma tak pozbawiony jakichkolwiek cech, że trudno mi było uwierzyć, iż długopis trzymała ludzka ręka, w dodatku młoda, drżąca ręka Jade.

„David, David, jak bardzo bym chciała, żeby wszystko się dobrze skończyło!”

Nie miałem od niej żadnych więcej wiadomości przez cały czas pobytu w zamknięciu.


2

Człowiek, który zbudował szpital Rockville, nazywał się James Marshall Nelson. Budynek, wzniesiony w prostym, modernistycznym stylu (według modnej w latach dwudziestych koncepcji Bauhausu), cechowała, zgodnie z zamierzeniem architekta, zarówno elegancja, jak i funkcjonalność; i tak z szerokich, biegnących łukiem schodów żaden samobójca nie mógłby się rzucić w dół, a lśniący, nowoczesny parkiet, wykonany z orzecha włoskiego, przywodził na myśl podłogi w luksusowych rezydencjach bogaczy. Mówiono, że kiedy Nelson zaczął podejrzewać, iż traci zmysły, wybudował dla siebie szpital, w którym mógłby się czuć jak w domu. Nelson, dziedzic dużej sieci banków, brał udział w pierwszej wojnie światowej, tej tak zwanej wielkiej wojnie, po której został w Europie, gdzie prawdopodobnie poznał Freuda. Freud nie poddał go psychoanalizie, lecz gdy młody dziedzic powrócił do Stanów, oznajmił, że jest uczniem Freuda, po czym włożył dużo serca i mnóstwo pieniędzy w założenie w Wyon Fundacji Zdrowia Psychicznego.

Kiedy zbudowano Rockville, Nelson, dysponując ogromnym majątkiem, ściągnął do pracy w szpitalu wielu psychiatrów. Nieraz się zastanawiałem, jakiego lekarza skusiłaby praktyka w Wyon w stanie Illinois. Farmerzy i biznesmeni mieszkający w pobliżu prędzej powiesiliby się na belce w stodole, niż przekroczyli próg szpitala. Rockville służył niekiedy za izbę wytrzeźwień miejscowym pijakom, którzy woleli uniknąć więzienia oraz domowych wymówek. Niebawem zyskał w okolicy barwną, swoistą sławę: matki groziły niesfornym dzieciom, że je wyślą do Rockville, a mężowie nieposłusznym żonom; poza tym wciąż krążyły plotki, że w Rockville straszą duchy, że odbywają się orgie, gwałty i podejrzane zabiegi, że ukrywają się tam niemieccy generałowie.

Kiedy w 1929 roku nastąpił Wielki Kryzys, sieć banków Nelsona wkrótce splajtowała. Fundacji zabrakło pieniędzy, toteż wszyscy pracownicy opuścili szpital, zostawiając czterdzieści dziewięć pustych łóżek i jedno zajęte przez Jamesa Marshalla Nelsona. Przeprowadził się ze swojego pokoju do niewielkiego, surowo urządzonego apartamentu ordynatora i nadal mieszkał w Rockville. Leczył się sam, robiąc dokładne notatki z wyników prowadzonej na sobie psychoanalizy – notatki te, zredagowane przez kuzynkę Nelsona, Marie Nelson Abish, zostały wydane w latach pięćdziesiątych pod tytułem Wewnętrzna pielgrzymka. Książka sprawiała wrażenie napisanej przez chłodnego teoretyka o przeciętnym umyśle, chociaż może to Abish w wypaczonym poczuciu przyzwoitości usunęła z tekstu bardziej osobiste, ludzkie wspomnienia dotyczące jego cierpień.

Z czasem jednak marzenia Nelsona się spełniły. Rockville latami stał pusty, ale wkrótce po ukazaniu się Wewnętrznej pielgrzymki grupa psychiatrów zawiedzionych istniejącą sytuacją w lecznictwie psychiatrycznym (i, jak sądzę, z głową do interesów) postanowiła kupić szpital. Rozległe tereny uprawne i nowo powstające osiedla podmiejskie nie zapewniały bogatej klienteli, mimo to Rockville szybko zyskał w środkowo-zachodnich stanach opinię jednego z najbardziej humanitarnych, postępowych ośrodków psychiatrycznych, do którego rodzice – bez obaw i wyrzutów sumienia – mogli przysyłać swoje niezrównoważone, niespokojne dzieci i mieć nadzieję na ich pełne wyleczenie. W Rockville człowiek powracał do zdrowia; personel, nie wyłączając pielęgniarek i sanitariuszy, ze zrozumieniem podchodził do różnych form zachowania ludzkiego, w myśl niepisanej zasady, że to, co dziś uważane jest za odchylenie od normy, jutro może być uznane za objaw geniuszu. Oczywiście leczenie oparte na tak łagodnych przesłankach było dostępne głównie dla ludzi uprzywilejowanych. Od czasu do czasu szpital pokrywał koszty leczenia uboższego pacjenta – ponieważ personel naprawdę głęboko wierzył, iż młody, nękany troskami człowiek nigdzie nie znajdzie tak fachowej opieki jak w Rockville, wybór jednego pacjenta spośród setek zgłaszających się biedaków był niezwykle trudną decyzją. Cóż bowiem mieli robić ci, którzy odchodzili z kwitkiem? Lekarze czuli się tak, jakby skazywali ich na cierpienie, gorzej, na poniewierkę, jakby zamykali przed nimi drzwi arki.

Gdyby nie pieniądze dziadka, na pewno nie trafiłbym do Rockville. Oszczędności Rose i Arthura oraz pieniądze odłożone na moje studia nie starczyłyby na pokrycie opłaty wynoszącej dwadzieścia pięć tysięcy dolarów rocznie. (Tak mi się przynajmniej wydaje. Nigdy do końca nie znałem sytuacji finansowej rodziców. Od dzieciństwa wpajano mi, że istnieje kilka nieprzyzwoitych tematów, na które nie wypada rozmawiać, i pieniądze były pierwsze na tej liście. Nie odpowiadano mi, kiedy pytałem o cenę zabawek, butów czy choćby mięsa na talerzu. Gdybym zaś chciał obejrzeć książeczkę oszczędnościową rodziców, spojrzeliby na mnie tak – może to ordynarne porównanie, niemniej trafne – jakbym ich poprosił, żeby nie spuszczali wody w klozecie, bym mógł obejrzeć ich odchody). Jednakże ojciec Arthura, Jack Axelrod, był bogaty i chociaż zerwał z synem, kiedy ten w czasie studiów prawniczych wstąpił do partii komunistycznej, nadal pozostał moim dziadkiem; kontaktował się ze mną sporadycznie i na odległość, a swoje uczucia do mnie starał się przykryć płaszczykiem dbałości o ciągłość rodu – „Jesteś moim jedynym wnukiem, inni mają same córki”. W domu dziadka, który już jakiś czas temu wycofał się z interesów i prowadził samotne, wygodne życie w małym miasteczku na Florydzie zamieszkanym głównie przez emerytów, wisiały na ścianie fotografie wuja Harrisa, wuja Seymoura, ciotki Hannah oraz moja, tam gdzie powinno znajdować się zdjęcie Arthura.

Sprzeciwiając się obcym wartościom, które mi wpajano, a może i lękając się ich, Jack nigdy nie wiedział, co mi dać na urodziny czy z okazji Chanuki, toteż dwa razy do roku przysyłał dwadzieścia pięć dolarów w gotówce, sądząc zapewne, że tacy ludzie jak my nie potrafią posługiwać się czekami. Trzymałem je na oddzielnym koncie i któregoś dnia, w wieku lat trzynastu, kiedy nudziłem się podczas letnich wakacji, niewiele się namyślając, podjąłem pieniądze, kupiłem bilet lotniczy na Florydę, włożyłem pod dżinsy kąpielówki i nie mówiąc nic rodzicom, udałem się do dziadka. Przez dwa dni Jack nie informował rodziców, gdzie jestem; przedstawiał mnie znajomym, z którymi grywał w karty, mrugnięciem oka dając mi znać, że nie są to ludzie, z jakimi naprawdę lubi się zadawać, przyglądał się, jak pływam u niego w basenie, a do kolacji pozwalał mi wypić pół szklanki importowanego piwa. Powiedziałem mu, że chcę z nim zostać, chociaż nie wyjaśniłem dlaczego. Nie wierzyłem, że zrozumie. Gdyby nawet zrozumiał, byłaby to zdrada wobec rodziców. Nie chodziło o to, że Arthur i Rose się nade mną znęcają czy mnie zaniedbują. Chciałem – a przynajmniej tak mi się zdawało – zamieszkać u Jacka z tej prostej przyczyny, że znudziło mi się życie z rodzicami, znudziły mi się ich łagodne upomnienia, westchnienia i ostrożne, zamknięte twarze. Znudziło mi się to, jak łatwo dają się nabrać, jak prędko ułagodzić, jak prosto okłamać oraz jak nigdy nie mówią mi prawdy o swoim życiu. Byli to ludzie, którzy obłudnie twierdzili, że nie ma rzeczy złych, rzeczy dziwnych, niewyjaśnionych czy niezwykłych. Gdybym im powiedział, iż każdej nocy śni mi się, że podróżuję na latającym talerzu, a rano po obudzeniu mam w ręce mały czerwony kamyk, usłyszałbym: „Nie martw się, w twoim wieku to normalne”. Życie na Florydzie, gdzie słońce świeci niestrudzenie, życie z tym człowiekiem o dużym, zaokrąglonym brzuchu i twardych, silnych dłoniach wydawało mi się bardziej atrakcyjne – mógłbym tak siedzieć, czując w ustach zapach importowanego piwa, w uszach zaś cichy szum oceanu, i słuchać Jacka: jego wspomnień z Europy, opowieści o tym, jak dzięki smykałce do interesów przemieniał jednego dolara w dwa, a dwa w dwadzieścia, oraz różnych zabawnych anegdot o tym, jak zwolnił z pracy człowieka za to, że „dziwnie” na niego spojrzał, a drugiego za to, że chwycił kobietę za piersi.

Często pisałem do Jacka z Rockville – błahe liściki o tym, co słychać, zaczynające się słowami „Drogi Dziadku”, a kończące „Twój kochający wnuk”. Listy stanowiły obłudny zabieg taktyczny: wmawiałem w siebie, a to dodawało mi sił podczas tych długich, ponurych dni, że muszę zabiegać o przychylność Jacka, aby zapewnił mi dalszą pomoc finansową. Totalna bzdura oczywiście, ale potrzebna mi była wiara w to, że sprytnymi posunięciami kieruję swoim życiem, że trzymam rękę na pulsie. Niczym samotny paranoik żyjący wśród setek obrzędów i intryg, wzniosłem wokół siebie mur ochronny, zza którego lękliwie i bacznie mogłem spoglądać na otaczające mnie morze prawdy. Wiązało się to nie tylko z podlizywaniem się w listach Jackowi Axelrodowi, ale również z wąchaniem jedzenia i odmawianiem brania aspiryny i witamin, choć nie miałem żadnego powodu sądzić, że lekarze lub pielęgniarki usiłują mi dać środki uspokajające – karcenie chorych za pomocą izolacji, leków odurzających czy terapii wstrząsowej było praktyką właściwie niespotykaną w Rockville, a nawet jeśli tego typu rzeczy się zdarzały, ja jako jeden z najbardziej potulnych członków „społeczności terapeutycznej” na pewno nie miałem się czego obawiać. Ostrożność dodawała mi fasonu; czułem się jak żołnierz, jak jeniec wojenny, a przymilne listy do dziadka świadczyły o mojej przebiegłości, chciałem bowiem doprowadzić do rozejmu nie między mną a resztą świata, lecz między tą częścią mojej osoby, która przystosowywała się do życia w szpitalu, a tą, która cały czas nękana była wstydem.

Zastanawiałem się, czy personel otwiera i czyta listy do Jacka i czy ogląda krótkie, starannie wystukane na maszynie kartki, które czasem od niego dostawałem. Gdybym chciał mu przekazać jakąś bulwersującą wiadomość, zapewne mógłbym wręczyć list rodzicom podczas ich codwutygodniowej wizyty, z prośbą, aby po wyjściu na ten swobodny, wolny świat wrzucili go do skrzynki. Nie wiem, co takiego musiałbym napisać, żeby wzbudzić podejrzenie personelu, który i tak nie za bardzo dowierzał mojej chorobie; w każdym razie wydawało mi się, że warunki, w jakich żyjemy – Jack w spokojnej, zorganizowanej społeczności, spacerujący między obcymi po wspólnym ogrodzie, ja w szpitalu uczący się grać na gitarze i śpiewać popularne piosenki z ludźmi, którymi na wolności nawet bym się nie zainteresował – mają z sobą wiele wspólnego. Ale Rose i Arthur nie zgodziliby się pośredniczyć, gdybym chciał prowadzić z Jackiem rozległą, nieskrępowaną korespondencję; niepokoił ich nasz związek, i to do tego stopnia, że kiedy Jack przyjechał mnie odwiedzić, zostali w domu.

Oczywiście listów, które najbardziej pragnąłem wysłać – listów do Jade – nie miałem odwagi włożyć do koperty. Nawet gdybym znał jej adres, nic by to nie dało, bo i tak bałbym się wpadki – te rozpaczliwie zapisywane strony zawierały bowiem moje najskrytsze myśli, z którymi nigdy świadomie bym się nie zdradził nawet mojemu psychiatrze, doktorowi Clarkowi, mimo że go lubiłem i rozmawiałem z nim pięć godzin tygodniowo. Miałem nadzieję, że Jade domyśli się, że piszę do niej listy, których nie dostaje. Wierzyłem, bo musiałem, w różne parapsychiczne zjawiska, na przykład w to, że za pomocą telepatii mogę przekazać Jade wszystko o moim życiu lub że siłą myśli i bogatej wyobraźni mogę wyczarować jakiś wyraźny, łatwy do rozpoznania znak – konstelację gwiezdną w kształcie serca, wiatr, który mówi, albo liszkę, która odszuka Jade siedzącą samotnie na łące porośniętej wysoką trawą, wpełźnie jej po ręku aż do łokcia i spoglądając na dziewczynę swoimi czarnymi wyłupiastymi oczami, uzmysłowi jej nie tylko to, że bez przerwy chorobliwie o niej myślę, ale również co myślę. Może gdyby ktoś mi powiedział, że mam spędzić w Rockville dwa, pięć albo dziesięć lat, znalazłbym sposób i odwagę, aby przesłać Jade list. Ale od chwili gdy wszedłem do pokoju i zacząłem rozpakowywać zwinięte skarpety oraz złożone podkoszulki, układając je w szafce z sosny, której zapach przywodził mi na myśl dom Butterfieldów, czekałem tylko zwolnienia i powrotu do Jade. Nie myślałem o zwolnieniu jako o czymś odległym – czułem, że może nastąpić lada dzień, lada moment.

Nie chciałem wzbudzać żadnych podejrzeń. Podobnie jak Rose, zdawałem sobie sprawę, iż powinienem był trafić do więzienia, a nie do domu wariatów, toteż czułem ogromną ulgę, że znalazłem się akurat w Rockville. Doktor Clark wspominał kiedyś, że gwałt analny stanowi dla wielu ludzi najbardziej przerażający aspekt pobytu w więzieniu, bardziej przerażający niż myśl o rozłące z bliskimi, poczucie bezpowrotnie straconego czasu czy świadomość zrujnowanej kariery zawodowej. Nie wiem, do czego Clark zmierzał, czy uważał gwałt analny za pozostałość z czasów, gdy byliśmy małpami, czy też sugerował, iż strach przed gwałtem jest jakby maską karnawałową, za którą kryje się podświadoma chęć doznania takich przeżyć. W każdym razie wzdrygałem się na samą myśl o tym, iż mógłbym być zamknięty w celi pełnej zwyrodniałych przestępców. Gwałt homoseksualny wydaje mi się czymś niewiarygodnie okrutnym. Tak, wiem, że otwór znajduje się w dogodnym miejscu. Ale jest to fizyczne wykorzystanie człowieka. Jak strojenie min do ślepca. Zdaję sobie sprawę, że bez względu na to, co się powie na ten temat, jest się podejrzanym. Jeśli ktoś się przyzna, że lubi stosunki analne, ludzie patrzą na niego dziwnie, jeśli powie, iż sam pomysł jest mu obrzydliwy, jeszcze dziwniej. Zastanawiałem się nad tym, kiedy moja sprawa była w toku i nie miałem pewności, czy sędzia uzna mnie za osobę niepoczytalną, czy też wyśle do więzienia. Nigdy w życiu nie brałem udziału, ani jako strona bierna, ani czynna, w brutalnym akcie seksualnym, nawet zwyczaj praktykowany w szkole średniej, gdy upijało się dziewczynę, żeby ją obmacać, uważałem za głupi i niemoralny (choć świadom jestem, że wiele z tych pijanych panienek o niczym innym nie marzyło).

Pewnego razu, mniej więcej w tym czasie, gdy dostaliśmy to nowe, szerokie łóżko, kochaliśmy się tak długo, że Jade, cała mokra w środku, ledwo mnie czuła (ja też niewiele już czułem, ale mieliśmy dziwną potrzebę, nie tyle nawet fizyczną, co psychiczną, kochania się dalej); nagle Jade przekręciła się na brzuch i uniosła na kolanach. Myślałem, że chce, abym wszedł w nią, jak to wielokrotnie robiłem, od tyłu, gdyż w tej pozycji pochwa sprawia wrażenie bardziej suchej i ciasnej. Plecy Jade lśniły od potu, prześcieradła były mokre, jakby je dopiero wyjęto z pralki. Spocony i obolały dyszałem ciężko, ale nie miałem ochoty, żadne z nas nie miało ochoty, odpocząć. W owej chwili seks nie miał właściwie nic wspólnego z przyjemnością. Była to raczej próba unicestwienia ciał, przemiany ich w czystą materię. W pokoju panował łagodny popołudniowy półmrok; kiedy Jade rozsunęła nogi, wypinając do góry pośladki, ujrzałem jej pochwę, wokół której wiły się mokre, poskręcane włosy. Nigdy dokładnie nie zrozumiem, jak działa na mnie widok jej ciała, a raczej dlaczego ma na mnie taki wpływ – wpływ tak silny i potężny, iż wierzyłem, i zawsze będę wierzył, że przyszedłem na świat po to, by je oglądać, aby móc patrzeć na twarz Jade, na jej szyję, piersi, genitalia i czuć żar oraz napięcie, których nawet nie potrafię opisać. Po kilku wyczerpujących godzinach w łóżku członek nieco mi zmalał, ale na widok jej nowej pozycji znów odzyskałem erekcję. Kiedy zacząłem w nią wchodzić, Jade powstrzymała mnie i szepnęła: – Nie, wyżej. – Chociaż nie nazwała rzeczy po imieniu, od razu pojąłem, co ma na myśli. Nie chciałem się sprzeciwiać, lecz natychmiast ogarnęło mnie zdenerwowanie. Nigdy nie kochaliśmy się w ten sposób, więc przykro mi było odmawiać, skoro pragnęła spróbować czegoś nowego. Niezdarnie zacząłem wpychać członek w jej fioletowy otwór. Inicjatywa wyszła od Jade, podobnie jak za pierwszym razem, kiedy się kochaliśmy, teraz jednak wskazywała mi drogę, przeciwko której buntowałem się całym sercem i umysłem. Odsunąłem się. – Nie mogę, będzie cię bolało, musi boleć. – Tak sądzisz? – spytała. – Ludzie to często robią, nie tylko pedały. – Czytała książkę o Indianach Mochica zamieszkujących chyba Peru. Stosunek analny był wśród nich tak rozpowszechniony, że zarówno konkwistadorzy, jak i Inkowie karali ich śmiercią, chcąc ich zmusić do bardziej „reprodukcyjnej” pozycji, lecz Indianie Mochica uparcie trwali przy swoim. (Nie pamiętam, czy ten wykład z antropologii odbył się od razu w łóżku, czy dopiero później). Jade przyciągnęła mnie do siebie i odpowiednio nakierowała mi członek. Wolną rękę zacisnęła na poduszce i odetchnęła głęboko jak przy ćwiczeniu jogi, żeby rozluźnić mięśnie, nadal jednak była potwornie ciasna. Zaskoczony otwór bronił się przed moim natarciem. – No widzisz? – powiedziałem. Jade, nie dając za wygraną, wsunęła palec do pochwy i zwilżyła nim okolice odbytu. – Teraz spróbuj – rzekła. – Albo najpierw wejdź normalnie, żeby się zamoczyć. – Jaka zaradna! Zacząłem odczuwać lęk. Dlaczego się tak zawzięła? Dlaczego nagle z takim uporem łaknęła nowych doznań? Czy chodziło jej o samą nowość, czy też chciała do reszty wyzwolić nasz związek z wszelkich zahamowań? – Nie chcę – powiedziałem, wciąż napierając czubkiem członka na jej pomarszczony fioletowy otwór. Powiększył się nieco pod moim mimowolnym naporem. Drżał jak zmarznięty psiak, jak przestraszone serduszko; przez moment widziałem jego wewnętrzną ściankę, jaskrawoczerwoną niczym rozgrzana lawa. – Dlaczego? – spytała Jade. Głos miała przytłumiony. Cały ciężar ciała wspierała na czole. – Nie wiem, chyba nie jestem w nastroju. – Starałem się jej nie zranić. Nagle przekręciła się na plecy. Szare, wystrzępione pióro z poduszki przylepiło się do jej małych spoconych piersi; Jade ujęła je w dwa palce i zaczęła nim obracać. – Myślałam, że ci się spodoba – powiedziała. – Nie, jakoś nie mogę. – W brzuchu waliło mi tak, jakbym miał tam drugie serce. Wyciągnąłem się obok Jade, kładąc nogę na jej udzie, i objąłem ją. – Nie jestem w stanie – rzekłem. – To byłoby nie w porządku. Bolałoby cię. Nie chcę. – Dlaczego? – spytała. – Byłoby w porządku, ponieważ się kochamy. Chciałam spróbować, bo żadne z nas tego nie robiło. Spróbowalibyśmy razem. – Zapadło milczenie. Dochodziły nas odgłosy domowników. Sammy z kumplami grał na dole w pokera i co rusz rozlegały się dzikie krzyki. (Nie wyobrażam sobie, co by się działo, gdyby grali na pieniądze). Keith słuchał u siebie płyt, ale adapter miał nastawiony na cały regulator, więc głos Joan Baez brzmiał jak głos podstarzałej pijaczki. „Nie śpiewaj o miłości. Zbudzisz moją matkę”. Słowa piosenki zawisły nad nami, kiedy lekko zażenowani leżeliśmy, nie odzywając się do siebie: najpierw ja się roześmiałem, a po chwili Jade mi zawtórowała. Jednakże dopiero później, po wyjściu z Rockville, dowiedziałem się, że w naszym wypadku te słowa miały znacznie głębsze znaczenie, Anna bowiem zwierzyła mi się, jak bardzo fascynowała ją nasza młodzieńcza miłość i jak żar, który wytwarzaliśmy, pomagał jej rozniecić własną ulotną namiętność.

Wprawdzie doktor Clark był temu przeciwny, mimo to powiesiłem na ścianie kalendarz i minutę po północy, jeśli jeszcze nie spałem, skreślałem miniony dzień. Czas nieustannie mnie przerażał. Raz płynął zbyt szybko, oddzielając mnie od tego, co przeżyłem, kiedy indziej niemal stał w miejscu, nie przybliżając chwili wyjścia na wolność. Toteż każdy dzień niósł z sobą zarówno zwycięstwo, jak i upokorzenie. Część mojej osoby żyła w całkowitym oderwaniu od czasu, nie obchodziły jej bolesne udręki mijających dni. Tą częścią było moje prawdziwe, utajone ja, którego nie zamierzałem zmuszać do beznadziejnej walki z czasem, tak jak żaden rozsądnie myślący rząd nie wysyła w sam ogień walki swoich najzdolniejszych taktyków i najbardziej utalentowanych poetów. Przez cały mój pobyt w Rockville cząstka mnie pozostawała ukryta w głębokim, niedostępnym bunkrze wieczności.

Jak się okazało, owo ukrycie się w wieczności zgubiło mnie. Sprawiło, że właściwie z nikim się nie zaprzyjaźniłem i czułem się bardziej odizolowany, niż to było konieczne, bardziej odosobniony, niż tego pragnąłem; przez większość czasu samotność mnie przytłaczała. W społeczności złożonej prawie wyłącznie z ludzi wrażliwych to, że trzymałem się z dala od naszej wspólnej rzeczywistości, nie umknęło niczyjej uwadze: jedni stronili ode mnie, krytykowali mnie, wyszydzali, ignorowali, inni – co było znacznie gorsze – starali się mi przypodobać, rozruszać mnie, przekonać, wyzwać, zajść podstępem. Kiedy jasno i starannie usiłowałem przedstawić psychiatrze swój stan uczuciowy, ten siedział z rękami założonymi na piersi i kiwając głową, słuchał, co rusz – chyba aż za często – komentując: „No, no, David”. „Jaki jest twój ulubiony kolor?” – spytał pewnego razu. „Niebieski” – odparłem, myśląc o Jade, o jej ulubionej niebieskiej koszuli, o niebieskim atramencie, którym napisała ostatni list. Lekarz pochylił się, zbliżając do mnie swoją drobną twarz; na wysokim, gładkim czole pulsowała mu żyła szerokości dziecięcego palca, zupełnie jakby serce i mózg Clarka były z sobą połączone niczym bracia syjamscy. „Niebieski?” Przytaknąłem, unikając jego wzroku. „Nie wierzę” – rzekł. Klepnął dłońmi kolana i wstał. Wzdrygnąłem się, kiedy położył mi ręce na ramionach. „Nie wierzę, że najbardziej lubisz kolor niebieski. Czy nawet w tak błahej sprawie musisz kłamać? Czy w ogóle potrafisz mówić prawdę?”.

Oczywiście, że potrafiłem, chodziło jednak o to, że nie mogłem. Trafiłem do Rockville z innych przyczyn niż pozostali. Nie byłem narkomanem, żarłokiem ani też wariatem, który uważa, że trawnik płacze w nocy, jeśli się po nim przejdzie. Lekarze zachęcali mnie, abym swobodnie analizował swoje uczucia i zwierzał się ze wszystkiego, co myślę, gdyż pomoże mi to wyzdrowieć, lecz przecież nie po to przybyłem do Rockville, by odzyskać zdrowie. Przybyłem tu dlatego, że tak zarządził sędzia i miałem się tu zmienić. Nawet byłem skłonny się zmienić. Ale jeśli chciałem, aby Clark wystąpił o moje uwolnienie, to pewne sprawy musiałem trzymać w tajemnicy. Nie mogłem mu mówić, że piszę ukradkiem do Jade. Nie mogłem się przyznać, że naprawdę „wyleczony” będę wtedy, gdy odnajdę Jade, Annę, Hugh, Sammy’ego oraz Keitha, lecz głównie Jade, i kiedy będę ją mógł wziąć w ramiona i przekonać, że wszystko jest po dawnemu. Chętnie rozmawiałem na każdy inny temat, ani razu jednak nie przyznałem się Clarkowi, że ta część mojej osoby, której sąd kazał się zmienić, wciąż była równie głucha na głos rozsądku jak dawniej.

Wiara w to, iż moja miłość do Jade stanowi najwyższą i niezłomną prawdę, uratowała mnie od rozpaczy, która targała innymi pacjentami, jednocześnie zaś sprawiła, że po rocznym pobycie w Rockville nadal nie miałem co liczyć na rychłe zwolnienie. Ted Bowen, który pracował za darmo, odmawiając przyjęcia pieniędzy od rodziców i nie realizując czeków wysyłanych mu do biura na Oak Street, kilkakrotnie odwoływał się do sędziego Rogersa o złagodzenie mi kary, ale wiadomo było (choć Rose i Arthur starali się to przede mną ukryć), że wcześniejsze zwolnienie ze szpitala właściwie nie wchodzi w grę.

Kilka dni po pierwszej rocznicy zamknięcia w Rockville Rose i Arthur przyjechali mnie odwiedzić. Była sobota, połowa września. Niebo miało szary jesienny odcień, a miękkie, rozległe niczym pola golfowe trawniki straciły już swoją świeżość. Tak jak w czasach szkolnych, nadal przywiązywałem wagę do pór roku – pierwszy chłodny dzień zawsze kojarzy mi się z ambitnymi planami, z szelestem kartek w pustych zeszytach, z nowymi nauczycielami oraz z powitaniem kolegów; ogarnął mnie tym większy lęk i przygnębienie, że nastał wrzesień, a ja wciąż przebywałem w zamknięciu. Życie toczyło się naprzód, ja zaś tkwiłem w miejscu.

Ilekroć Rose i Arthur odwiedzali mnie w Rockville, zawsze sprawiali wrażenie skrępowanych i zagubionych. Nie wierzyli oczywiście w skuteczność psychiatrii. Bardziej po ich myśli byłoby wysyłanie znerwicowanych nastolatków na rok do pracy w parku narodowym lub przy taśmie montażowej. Kosztowny Rockville i jego siłą rzeczy bogata klientela wzbudzały w moich rodzicach pogardę. Poza tym, tak jak większość rodziców, których dziecko leczy się u psychiatry, czuli się zagrożeni: byli przekonani, że mówię o nich potworne rzeczy. Bali się, że opowiadam o ich długiej przynależności do partii komunistycznej (i nie mylili się) i że przedstawiam ich jako ludzi złych i samolubnych (co nie było prawdą). Chodzili po Rockville cicho, prawie na palcach, tak jak ja, kiedy wracałem o szóstej rano od Jade. Ubierali się na ciemno i rozmawiali szeptem, jeśli tylko ktoś znajdował się w pobliżu. Doktor Clark unikał ich, co z jednej strony napawało ich lękiem, z drugiej zaś ulgą. Przeczytali książkę Clarka Wiek młodzieńczy i cierpienie, która ich zaniepokoiła. Była to przystępnie napisana, dość ciekawa książka, która cieszyła się sporym rozgłosem. Biblioteka w Rockville nie posiadała ani jednego egzemplarza; przeczytałem Cierpienie dopiero po wyjściu na wolność, z trudem rozpoznając w autorze stanowczego, sceptycznego człowieka, który mnie leczył – książka bowiem była lekko rewolucyjna w tonie i zawierała różne rady, na przykład, że raz w tygodniu rodzice powinni pozwolić, aby dzieci nimi rządziły. („Clark pisze książki? Jeśli tak, to na pewno nie dla pieniędzy. Tu zbija fortunę” – powiedziałem kiedyś rodzicom. Pragnęli usłyszeć właśnie tego typu nieszczere stwierdzenie, Rose bowiem ścisnęła mnie za ramię i rzekła: „Dzielny chłopak”).

Tym razem jednak Rose i Arthur czuli się jeszcze bardziej nieswojo niż zazwyczaj. Z początku myślałem, że też są przygnębieni rokiem, który mi stuknął, ale coś w ich stłumionych głosach, sztywnych ruchach i chłodnych, bolesnych spojrzeniach przekonało mnie, iż ten smutek wynika z innej, bardziej konkretnej przyczyny. Rodzice sprawiali wrażenie potwornie nieszczęśliwych. I nagle z lodowatą obojętnością uświadomiłem sobie, że ich smutek nie ma nic wspólnego ze mną, że dotyczy tylko i wyłącznie ich samych oraz zaniku uczuć między nimi. Pewnego razu, gdy Rose zjawiła się sama, napomknęła, iż wymówka ojca, że leży w domu chory na grypę, nie całkiem pokrywa się z prawdą, innym zaś razem Arthur specjalnie – jak mi oświadczył – przyjechał bez matki, żebyśmy mogli swobodniej i poważniej porozmawiać. (Nie doszło do tego; zabrał mnie na obiad do miasta, po czym zawiózł na pustą, nieuczęszczaną drogę, którą niegdyś „odkrył”, i pozwolił mi prowadzić samochód – usiłowałem go przestraszyć, jadąc z nadmierną prędkością w kierunku zachodzącego słońca, lecz ojciec siedział wygodnie oparty i się uśmiechał. Było to bardzo dziwne). Miłość rozbudza w człowieku świadomość, dzięki której lepiej poznaje świat, złość natomiast pozwala postrzegać rzeczywistość dokładnie, na chłodno. Siedząc na krześle w swoim malutkim pokoju, obserwowałem rodziców, którzy przycupnęli na brzegu wąskiego łóżka. Arthur skubał nerwowo włochatą narzutę, Rose zaś szukała w torebce odświeżacza do ust – zdałem sobie sprawę, że moja nieobecność w domu pozbawiła ich ostatniego pretekstu, żeby być razem.

– Mam pomysł. Pojedźmy do tego wiejskiego domu, który mijamy po drodze. – Mówiąc to, Arthur patrzył na Rose. – Jest w świetnym stanie – dodał, zwracając się do mnie. – Wszystko wygląda tak jak w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Meble są oryginalne. Warto zobaczyć.

– Możemy pojechać – odparła Rose, krzywiąc się, jakby chciała nas ostrzec, że nawet jeśli zainteresuje ją ta dawna budowla, nie wpłynie to na poprawę jej humoru.

– Nie możemy tu zostać? – spytałem. – To potwornie męczące. Najpierw pół dnia jedziecie do mnie, po czym wsiadamy w samochód i znów gdzieś jedziemy.

– Dobrze, zostańmy. Jest śliczna pogoda. Możemy pójść na spacer.

– Myślałam, że będziesz chciał wyrwać się stąd na parę godzin – rzekła Rose.

– Nie robi mi różnicy. Jeden z chłopaków ma w domu świetny teleskop, który rodzice przywiozą mu w przyszłym tygodniu. W nocy jest tu niezła widoczność, a jak wam wiadomo, nie narzekam na brak czasu, zwłaszcza w nocy. Noce są bardzo długie, a ponieważ dają nam kolację o wpół do szóstej, mamy potem mnóstwo wolnego czasu. Nawet sobie nie wyobrażacie, ile mamy tu wolnego czasu.

– Nie lubię, kiedy się tak zachowujesz – powiedziała Rose.

– Jak?

Potrząsnęła głową.

– Jak? – powtórzyłem.

– Nie tobie jednemu ta cała sprawa dała się we znaki.

– Przestańcie. – Zabiegi psychologiczne Arthura wydały mi się nagle niezdarne i bardziej niż kiedykolwiek przejrzyste: uwielbiał wkraczać do akcji, jakby tylko jego interwencja mogła powstrzymać matkę i mnie od pozabijania się. To prawda, niezliczoną ilość razy udało mu się zapobiec naszym kłótniom, lecz nigdy nie doprowadził między nami do autentycznego porozumienia – chciał nas pogodzić, ale nie zbliżyć.

– Powinniśmy odetchnąć świeżym powietrzem. Niedługo nadejdzie zima. – Zacisnął usta i przełknął ślinę; niechcący napomknął, że czeka mnie jeszcze długi pobyt w Rockville.

– Oczywiście, bo tu nie możemy przecież siedzieć – zezłościłem się. – Nie możemy po prostu siedzieć i rozmawiać. To właśnie zdumiewa mnie u… – świadomie zrobiłem przerwę, a niech się martwią, że zaraz tabu zostanie złamane – …Butterfieldów. Tam wszyscy z sobą szczerze o wszystkim rozmawiają.

– To coś nowego – rzekła ironicznie Rose.

– Bynajmniej. Ty wiesz swoje, a ja wiem to, co się naprawdę stało. Mam tu wiele okazji, aby mówić i rozmyślać o przeszłości. I, jak wiesz, mam w tym celu fachową pomoc. Butterfieldowie interesowali się sobą nawzajem, nie było tematu, na który nie mogliby rozmawiać. Anna i Hugh nie zabraniali mówienia o czymkolwiek, a jeśli któreś z dzieci powiedziało coś niestosownego, nie czynili mu wyrzutów. Traciliśmy poczucie czasu, bo albo ja o czymś opowiadałem, albo Anna, niekiedy chłopcy albo… ktokolwiek. Wszyscy mówili i wszyscy słuchali. Takie pomysły, myśli i uczucia byłyby niemożliwe gdzie indziej, bo tylko w tej rodzinie o każdego się troszczono i każdego słuchano.

– O tak, zwłaszcza o ciebie się troszczyli – powiedziała Rose.

– Nie kłóćcie się – wtrącił Arthur.

– To banda zapatrzonych w siebie głupców! – Rose pochyliła się do mnie, czerwieniejąc ze złości. – A ciebie mieli w nosie.

– Kiedy u nich zamieszkałem, poczułem się tak, jakby uratowali mi życie.

– Może się tak czułeś, ale byłeś w błędzie. Jak sam zresztą widzisz – dodała po chwili.

– W porządku. Dyskusja zakończona – oznajmił Arthur, podnosząc ręce.

– Lepiej, że tu trafiłem, niż gdybym miał…

Rose spojrzała na mnie wyczekująco.

– Gdybyś miał co?

– W ogóle ich nie poznać. Gdybym wyrósł na takiego syna, o jakim marzyliście.

– Niepotrzebnie robimy z siebie widowisko – powiedział Arthur.

Z wściekłością uderzyłem dłońmi o blat biurka. Wstając, przewróciłem krzesło. Kiedy je podnosiłem, miałem wielką ochotę je cisnąć – w rodziców, przez okno, w ścianę. Rodzice siedzieli w milczeniu i przyglądali mi się z mieszaniną zażenowania, dezaprobaty i zazdrości, jaka nas ogarnia, kiedy ktoś daje upust swoim najohydniejszym, najbardziej irracjonalnym uczuciom. Postawiłem krzesło i podszedłem do łóżka. Nie zamierzałem wyrządzać rodzicom krzywdy, choć przez ułamek sekundy korciło mnie, żeby potrząsnąć nimi za ramiona.

– David – powiedział ojciec, starając się dać mi do zrozumienia, że zajmuje neutralne stanowisko.

Rose postawiła mocno obie nogi na podłodze i pochyliła się do tyłu niczym pijak, który chce usiąść prosto, ale źle obliczył kąt nachylenia.

– Nigdy was o nic nie prosiłem.

– David – powtórzył Arthur głosem, który brzmiał już bardziej normalnie i ciepło.

– Jestem tu ponad rok i przez ten czas nie kiwnęliście palcem, żeby mnie stąd wydostać.

Odwróciłem się od nich gwałtownie, podszedłem do biurka i dosunąłem krzesło.

– Szkoda pogody, lepiej wyjdźmy na dwór – powiedziała Rose.

– A idźcie sobie. Wracajcie do domu.

– Przestań! – zdenerwowała się matka.

– Wcale nie chcemy wracać do domu – oznajmił Arthur.

– To odwiedźcie kogoś innego. Wtedy wasz przyjazd nie pójdzie na marne.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.