Milczenie duszy. Matka, syn, alkohol. - Silvana Di Nauta - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Jedność Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2005

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 111 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Milczenie duszy. Matka, syn, alkohol. - Silvana Di Nauta

Milczenie duszy – to historia kobiety podobna do wielu innych: historia lęków, błędów, samotności, ale również wyzwolenia i zwycięstwa. Cecylia, główna bohaterka książki, ma za sobą nieudane małżeństwo, wychowuje samotnie trudnego syna, który z czasem coraz częściej sięga po alkohol, jej życie jest smutne i szare. Pewnego dnia Cecylia decyduje się na protest i wyjście z kręgu milczenia, do którego zmusiła własną duszę – podejmuje drogę mającą doprowadzić ją do odkrycia nowego sposobu przeżywania miłości.

Opinie o ebooku Milczenie duszy. Matka, syn, alkohol. - Silvana Di Nauta

Fragment ebooka Milczenie duszy. Matka, syn, alkohol. - Silvana Di Nauta






Silvana Di Nauta

Milczenie duszy

Matka, syn i alkohol


Tytuł oryginału: I silenzi dell’anima. Una madre, il figlio e l’alcol

Paoline Editoriale Libri


© Figlie di san paolo, 2002

via Francesco Albani, 21-20149 Milano


© Copyright by Wydawnictwo Jedność, Kielce 2004


Przekład z języka włoskiego

Konrad Czuba


Redakcja i korekta

Renata Szwander


Redakcja techniczna

Anna Rzędowska-Zachara


Projekt okładki

Justyna Kułaga-Wytrych


ISBN 978-83-7660-559-3


Wydawnictwo JEDNOŚĆ

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży: tel. 41 349 50 50

Redakcja: tel. 41 349 50 00

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Wprowadzenie

Słyszałam o miłości. Słowa wielkie, głębokie, wypełnione poezją i słodyczą. Słowa delikatne i aksamitne jak płatki róż.

Słyszałam wiatr. Lekki podmuch unoszący nadzieje z pyłu. Gwałtowne wichury, które rozbijały fale o budzące podziw urwiska.

Widziałam delikatne i aksamitne płatki róż, gnane wiatrem, za­taczającym niesamowite kręgi, rozrzucane w powietrzu, znikające... bez śladu.

Widziałam miłość. Cała jej niewzruszona pewność jaśniała w oczach kobiety, która przytulała do siebie istotę odnajdującą w tej miłości życie!

Istnieją historie, których nie można opowiedzieć – czasem brakuje uszu gotowych uważnie słuchać, innymi razy brakuje odpowiednich słów, a może po prostu nikt nie powinien ich poznać.

Istnieją historie, których nie można opowiedzieć, co więcej, nie można ich nawet wyszeptać, tak silna jest potrzeba zachowania ich poza rzeczywistością słów.

Istnieją historie, które rzucają na kolana i chciałyby być wykrzyczane światu z całych sił.

Ale... zmuszamy naszą duszę do milczenia, ponieważ my pierwsi nie chcemy słyszeć jej głosu!


1

26 czerwca 1992 – data, której łatwo nie zapomnę.

To miał być dzień realizacji moich największych marzeń, taką przynajmniej miałam nadzieję. W ostatnich latach ciężko pracowałam, próbując dotrzeć z moimi opowiadaniami do któregoś z liczących się czasopism. Po latach odmownych odpowiedzi, niewielkich, niewiele znaczących recenzji uzyskałam wreszcie możliwość rozmowy z dyrektorem znanego tygodnika, co mogło zaowocować sławą i wyraźnym polepszeniem warunków finansowych.

Zawsze lubiłam pisać. Kiedy byłam dzieckiem i nauczycielka czytała moje wypra­cowania całej klasie, mówiłam sobie, że to dopiero początek, że pewnego dnia wszys­cy przeczytają moje książki... Marzenia!

Wieczoru poprzedzającego rozmowę poleciłam Fryderykowi, mojemu dziecku, które chciało być traktowane jak osoba dorosła, aby poszedł spać wcześniej niż zwykle. Mając jedenaście lat bardzo niechętnie słuchał moich poleceń, a tego dnia był szczególnie niespokojny i krnąbrny; wiedziałam, że się na mnie obraził, ponieważ nie pozwoliłam mu pójść na urodziny przyjaciela, na którym bardzo mu zależało. Chłopiec ten miał czternaście lat i nie dziwiło mnie, że rodzice pozwolili mu urządzić urodziny w pizzerii, Fryderyk był jednak jeszcze dzieckiem, nie mogłam się na to zgodzić. Dla Fryderyka odmowa była czymś niezwykłym i doprowadzała go do wściekłości.

Ryszard, mój mąż, nigdy nie wyrażał swojego zdania. Według niego wychowanie naszego dziecka należało wyłącznie do mnie. Wszystko było w porządku, bylebym tylko nie zmuszała go do podejmowania decyzji. Byłoby to zresztą wręcz niemożliwe, ponieważ dom stał się dla niego jedynie przystankiem w nieustannej włóczędze: z jednego miejsca pracy do drugiego, z jednej sali bilardowej do drugiej. Ta gra była dla niego życiem, jednak wraz z upływem lat zrujnowała nasze życie. Wiem, że nie mam prawa się użalać... Poślubiłam go z wyboru, ale jak to się niestety często zdarza, w rzeczywistości poślubiłam kogoś innego, lub może lepiej byłoby powiedzieć, że poślubiłam go przekonana, że jest inny. Widziałam w nim człowieka poważnego, pracowitego i stawiającego rodzinę ponad wszystko.

Takie miałam o nim wyobrażenie, kiedy trzymałam jego rękę przy ołtarzu i wypowiadałam słowa przysięgi, która miała nas złączyć na całe życie. Już po kilku latach chłopak okazał się niezdolny do decydowania o sobie, zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. Po kilku miesiącach małżeństwa stracił pracę księgowego, ponieważ był wybuchowy wobec kolegów i sprzeciwiał się przełożonym. W tym samym czasie zaczęli się pojawiać starzy przyjaciele, z którymi przesiadywał kiedyś godzinami w różnych barach i salonach gier. Zniknęli na cały okres narzeczeństwa – czas wystarczający, bym go poślubiła nie zdając sobie z niczego sprawy...

Fryderyk przyszedł na świat dokładnie rok po ślubie. Podczas gdy ja spędzałam całe dnie między pieluszkami i butelką, mój mąż przeżywał w dalszym ciągu swoją młodość. Jedyna różnica polegała na tym, że zamiast mamy i taty, to ja oczekiwałam w domu na jego powrót.

„Wolność jest najważniejszym czynnikiem udanego małżeństwa”, uwielbiał powtarzać. Szkoda, że jego koncepcja wolności dawała się zastosować jedynie w nielicznych, wybranych sytuacjach, dotyczących tylko jego!

Pamiętam, że rankiem 26 czerwca wstałam wcześnie. Kiedy brałam prysznic, pomyślałam, że nadszedł wreszcie czas na przewietrzenie mojego życia. Wiedziałam, że zbliżam się do zakrętu i niecierpliwie oczekiwałam na odkrycie tego, co kryło się za nim.

Spotkanie wyznaczone zostało na dziesiątą: miałam jeszcze dwie godziny. Obliczyłam, że wystarczy mi godzina na dojazd do siedziby „Onda Blu”, pozostawało więc wystarczająco dużo czasu na wypicie kawy.

Fryderyk spał jeszcze, co było trochę dziwne. Zawsze pragnęłam, aby moje dziecko było jednym z tych śpiochów, które każdego ranka każą ci z sobą walczyć o wstanie z łóżka. On natomiast punktualnie o siódmej był zawsze na nogach, w niedziele i dni powszednie... Kiedy on się budził, budzić musieli się wszyscy!

Tego poranka byłam zbyt podekscytowana, aby zaniepokoić się faktem, że wszystko było dziwnie spokojne i że nie słyszałam jeszcze z jego pokoju telewizora włączonego na cały regulator.

Poprzedniego wieczoru wyprasowałam ubranie na tę okazję: niebieską garsonkę z bluzką w kolorze kremowym. Wydawało mi się, że jest to strój zarazem elegancki i stonowany, odpowiedni na tę okazję.

Zdałam sobie sprawę, że coś jest nie w porządku, kiedy zauważyłam strzępki niebieskiego materiału na podłodze pokoju, którego używałam jako garderoby i w którym wykonywałam większość prac domowych. Te niebieskie strzępki nie przygotowały mnie jednak wystarczająco na widok tego, co zobaczyłam, kiedy podniosłam oczy na wieszak z moim ubraniem. Spódnica była całkowicie pocięta wzdłuż, przypominając spódniczki hawajskie, a żakiet miał obcięte rękawy. Po bluzce nie było śladu. Znalazłam ją następnego dnia, z oberwanym kołnierzem, w koszu na brudną bieliznę.

Ogarnięta paniką i zdesperowana, pobiegłam do pokoju Fryderyka, który siedział na środku łóżka z rękami założonymi na piersiach. Zmierzwione włosy i zaspane oczy. Wydawało się, że czekał na mnie.

– Fryderyku, co się stało z ubraniem mamy?

Nie miałam żadnej wątpliwości, że zrobił to on. W domu było nas troje, a Ryszard, mimo że nie zasługiwał na zaufanie, nie zrobiłby nic podobnego.

– Jak ty nie pozwoliłaś mi wyjść, to i ja ci nie pozwolę!

Spojrzenie bez skruchy, uniesiony podbródek. Piegi tańczące na okrągłej twarzy.

Pomimo gorąca ciarki przeszły mi po plecach.

Rozumowanie było proste. Oko za oko, ząb za ząb! Był tylko jeden mały szczegół: ja byłam matką, a on synem, nasze decyzje nie powinny być podejmowane na tej samej płaszczyźnie!

Znacznie później zrozumiałam, że był to pierwszy, niewielki sygnał problemu, który miał nas dotknąć. W tym momencie byłam jedynie zdecydowana, aby pójść na moje spotkanie. Ponieważ duma nie pozwalała mi na poniechanie sprawy, odłożyłam wszystko do powrotu.

Pobiegłam do pokoju, pewna, że znajdę tam coś przyzwoitego do ubrania. Z przerażeniem stwierdziłam, że wszystkie, powtarzam, wszystkie moje ubrania spotkał taki sam los jak garsonkę. Na niektórych dokonano tylko jednego cięcia nożyczkami, inne padły ofiarą drobiazgowej pracy, wszystkie natomiast były bezpowrotnie zniszczone.

Chciałam krzyczeć i kopnąć wszystko to, co stanęło na mojej drodze, nie zrobiłam tego jednak.

Rozpłakałam się.

Po prostu.

Spotkanie było oczywiście stracone, a wraz z nim moje marzenia. Niektóre okazje w życiu są jak pędzące pociągi, do których można wskoczyć tylko w momencie, gdy się zatrzymają. Gdy ruszą, odjadą już na zawsze. Jeśli ma się szczęście, będą przejeżdżać podobne, ale już nie ten...

Tracąc wówczas brutalnie życiową szansę, powinnam była uświadomić sobie, że mam problemy z synem. Tak się jednak nie stało.

Fryderyk był jeszcze dzieckiem, moim dzieckiem, dorastającym w niezbyt radosnej atmosferze rodzinnej. Wszyscy, włączając w to dziadków, staraliśmy się, aby nie cierpiał zbytnio i tego, co udawało nam się dla niego robić, nie uważaliśmy nigdy za wystarczające, aby zrekompensować brakującą harmonię i panujące w rodzinie wręcz namacalne napięcia.

Tego dnia nie byłam w stanie go ukarać, tak jak nie byłam w stanie wielokroć.

Mówiłam sobie, że jeśli ważył się na tak wiele, to jego wewnętrzny brak akceptacji musiał być bardzo silny. Wówczas, jak zresztą i później, zdołałam jedynie zadać sobie pytanie: w którym miejscu się pomyliłam? Właśnie tak, ponieważ gdzieś musiałam się pomylić, jeżeli mój syn – mój syn! – ośmielił się zrobić coś podobnego.

Wyrzuty sumienia to moja specjalność, ale tego poranka dopadły mnie wszystkie naraz, odbierając mi wszelki obiektywizm w stosunku do czynu Fryderyka.

W tej sytuacji nie przytuliłam go, aby uwolnić od hipotetycznych frustracji, które prawdopodobnie nosił w sobie i za które oczywiście obwiniałam samą siebie, nie przetrzepałam mu też jednak skóry, aby ­nigdy nie odważył się zrobić czegoś podobnego w przyszłości. Czy wolałabym – mówiłam sobie – żeby nie uzewnętrzniał swojego złego samopoczucia? Jakie inne sposoby mógł wykorzystać w wieku jedenastu lat, aby skupić moją uwagę na swoich problemach? Niewiele mógł zrobić – myślałam!

Kilka lat później, przyparta do muru przez niewiarygodne zdarzenia, zdałam ­sobie niestety sprawę, że problemy Fryderyka nie wymagały jedynie uzewnętrznienia, ale również przyjęcia, wysłuchania, rozwiązania.

A jednak... nic sobie z tego nie robiłam.

Tego wieczoru, kiedy Ryszard dowiedział się, co się stało, ograniczył się do jednego komentarza, oczywiście w obecności syna.

– Narozrabiał, to prawda, ale nie zniszczył wszystkiego. Przecież mogłaś puścić go śmiało na te urodziny przyjaciela!

No pewnie, łatwo tak się zachować. Umyć od wszystkiego ręce, unikając odpowiedzialności... Oprócz tego pozwoliło mu to zdobyć wdzięczność syna, a ponieważ często się tak zdarzało, Fryderyk wolał ­swojego ojca ode mnie. Jednak to jego zachowanie doprowadziło do o wiele poważniejszych konsekwencji niż zniszczona garderoba.

Przed tą jedyną odmową dla Fryderyka nie istniały zakazy; cieszył się praktycznie swobodą osiemnastolatka. Rzeczywiście od najmłodszych lat wszystko, o co prosił, znajdowało się na wyciągnięcie jego pulchnych rączek.

Dlaczego byłam wobec niego tak ustęp­liwa? Dlaczego też byliśmy tak niejedno­myślnymi rodzicami? Patrząc na różne wydarzenia z perspektywy czasu, mogłabym wiele wyjaśniać i usprawiedliwiać, ale w rzeczywistości przyczyną było głównie to, że nasze małżeństwo praktycznie nie istniało, nasze zdolności wychowawcze również, byliśmy nieustannie sfrustrowani i nie czuliśmy się oczywiście zdolni, by znosić długo wymagania i kaprysy naszego syna.

O wiele prostsze było uleganie mu we wszystkim.

Oprócz tego obydwoje pracowaliśmy. Ryszard wydawał swoją pensję na grę w bilard, ja natomiast na życie rodziny. Uważałam się za osobę szczęśliwą, ponieważ pracowałam w biurze, w znanej wytwórni żywności. Zwłaszcza po tej pamiętnej próbie zmiany pracy uważałam, aby nie stracić posady. Fryderyk, gdy nie chodził jeszcze do przedszkola i do szkoły, czekał na mój powrót w domu dziadków. Był jedynym wnukiem moich rodziców, można więc sobie wyobrazić, ile uwagi mu poświęcali. Biada, jeżeli dziecko płakało z jakiegoś powodu, należało natychmiast przyjść z pomocą. Ich pomoc – moja zresztą również – polegała na jak najszybszym usunięciu powodu niezadowolenia.

Problem był zawsze gdzieś poza Fryderykiem; nikt z nas nie zastanawiał się nigdy – aż do momentu, kiedy przekroczył wszelkie dozwolone granice – czy przypadkiem przyczyna jego zachowania nie leży po części również w nim samym.

Ponadto, pragnąc zrekompensować ­długie okresy nieobecności, wynikające z cha­rak­teru mojej pracy, obdarowywałam Fryderyka wszystkim, na co pozwalał mi ­budżet. Wyrzekałam się przy tym niezbędnych mi rzeczy, byle tylko kupić mu kolejny samochodzik czy kolejną grę komputerową.

„Wszyscy rodzice poświęcają się dla dzieci – mówiłam sobie – spełniam jedynie swój obowiązek”.

Poświęcenie dla syna dawało mi zadowolenie.

Przekreślanie siebie samej dla niego nadawało sens mojemu istnieniu.

Po tamtym wydarzeniu moje życie powróciło na dawne tory, chociaż wyglądało kiepsko, jak te kilka ubrań, które udało mi się odzyskać.

Wieczorami, po kolacji, powróciłam do pisania opowiadań. Ponieważ brakowało mi entuzjazmu, kończyły w koszu na śmiecie. I tak pozostała mi jedynie praca w biurze.

Ryszard spędzał coraz więcej czasu poza domem, bywało, że jego nieobecność prze­dłużała się do kilku dni. Życie, które pro­wadziłam poza biurem, naznaczone było samotnością. Kiedy mąż wracał ze swoich wypadów, żądałam oczywiście wyjaśnień – nawet jeśli było dla mnie jasne, że miał romans z inną kobietą – na moje pytania odpowiadał jednak obelgami i wściekłością.

Kolacja była jedyną okazją do rozmowy.

Schemat był zawsze ten sam: pozornie spokojna atmosfera, jak elektryzująca cisza przed burzą; pozornie normalna rodzina, ukrywająca przerażającą obojętność.

– Gdzie byłeś w ciągu tych dni? – Zwykle rozpoczynałam tymi słowami.

Głos dziennikarza zmagającego się z wiadomościami nakładał się na stukanie ­sztućców o talerze. Fryderyk, słysząc moje pytanie, zastygał z łyżką w powietrzu, podczas gdy jego zielone oczy penetrowały moją duszę.

Czasami w jego spojrzeniu można było dostrzec błaganie: bądź cicho, proszę, nie ciągnij tego dalej!

Czasami obecne było w nim wyzwanie: chcę zobaczyć, czy masz odwagę pójść dalej, skoro już wiesz, jak się to za każdym razem kończyło!

Pomimo świadomości bólu jaki zadawałam mojemu synowi, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wyrzucić z siebie całej wściek­łości i wrogości, którą żywiłam wobec męża i pośrednio również wobec samego życia.

Ryszard, pytany, ignorował mnie. Czułam, że napięcie rosło szybko powyżej mojej wytrzymałości.

Wyłączałam więc telewizor i stawałam przed czarnym ekranem.

– Jestem twoją żoną i mam prawo ­wiedzieć, gdzie spędzasz dnie, a przede wszystkim noce! – Mój ton był lodowaty. Wspierałam ręce na biodrach, podczas gdy oczy płonęły gniewem.

– Nie zanudzaj mnie, z łaski swojej! – odpowiadał.

Włączał ponownie telewizor, jadł dalej i omijając mnie wzrokiem patrzył na zmieniające się obrazy.

W końcu decydowałam się na krzyk:

– O nie mój drogi, tego ci nie wolno! Żyć w tym domu na mój rachunek i robić, co ci się podoba...

– Rozumiem, już czas, żebym odszedł! – Ryszard wstawał i unosząc brzegi serwetki zrzucał na podłogę talerze i szklanki z całą ich zawartością.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com