Milcz nawet po śmierci - James Craig - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 10 godz. 10 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Milcz nawet po śmierci - James Craig

"Milcz nawet po śmierci" to druga książka Jamesa Craiga z serii opisującej perypetie inspektora Johna Carlyle’a.

Sądzisz, że elity władzy mogą więcej? Mylisz się. Mogą wszystko!

Jake Haggar został porwany przez własnego ojca, który grozi, że sprzeda dziecko gangowi pedofilów. Co prawda inspektor Carlyle oficjalnie nie prowadzi tej sprawy, stara się jednak pomóc zrozpaczonej matce chłopca. Równolegle, już w ramach swoich służbowych obowiązków, musi rozwiązać tylko pozornie prostą zagadkę śmierci wiekowej Agathy Mills. Staruszkę znaleziono zamordowaną w jej mieszkaniu obok British Museum; wszystkie poszlaki wskazują na jej męża, ale ten stanowczo twierdzi, że jest niewinny, przedstawiając tak dziwaczne dowody swojej niewinności, że Carlyle w końcu dochodzi do wniosku, iż warto ruszyć tropem wiodącym kilkadziesiąt lat wstecz. Niechcący trafia na trop mrocznej tajemnicy sięgającej korzeniami roku 1973 i wojskowego przewrotu w Chile; ludzie, którzy jej strzegą, uczynią wszystko, żeby tylko nigdy nie ujrzała światła dziennego. Pozornie nieskomplikowana sprawa kończy się międzynarodowym skandalem a inspektor Carlyle znowu naraża się swoim szefom i ich politycznym mocodawcom.

Inspektor Carlyle chce za dużo, osiąga za mało, a przy tym wchodzi w drogę niewłaściwym ludziom. Tym razem może to się dla niego naprawdę źle skończyć…

"Goodreads"

Szybka akcja, wciągająca rozrywka.

"The Times"Wciągająca, szybka akcja… Doskonały, nowoczesny brytyjski kryminał.

"Shots"

James Craig – urodzony w Szkocji autor kryminałów. Zadebiutował jako pisarz w 2011 roku powieścią "Londyn we krwi", która rozpoczyna serię z inspektorem Johnem Carlyle w roli głównej. Zanim zajął się pisaniem, przez trzydzieści lat pracował jako dziennikarz, konsultant i producent telewizyjny. Swoją twórczość nazywa „europejskim kryminałem" – pełnym odcieni szarości, niejednoznacznej moralności i niedokończonych spraw. Mieszka z żoną i córką w londyńskiej dzielnicy Covent Garden. Jest fanem Liverpool FC.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}

Opinie o ebooku Milcz nawet po śmierci - James Craig

Fragment ebooka Milcz nawet po śmierci - James Craig











JAMES CRAIG

MILCZ NAWET
PO ŚMIERCI


Tytuł oryginału: Never Apologise, Never Explain

Redakcja: Beata Słama

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Grażyna Muszyńska

Copyright NEVER APOLOGISE, NEVER EXPLAIN © James Craig 2012

All rights reserved.

First published in the UK by Robinson, an imprint of Constable & Robinson.

Cover design © JoeRoberts.co.uk

Cover illustration © Roy Bishop/Arcangel Images, Dawn Bowery/Arcangel Images

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Janusz Ochab

ISBN 978-83-7758-525-2

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2013

Wydanie I


1

Przekonawszy się, że znów nie zdążył przed zamknięciem do schroniska Parker House, Walter Poonoosamy, pijaczyna znany powszechnie jako Pies, przeszedł za róg, na Drury Lane, i ruszył na północ. Zmierzał do labiryntu uliczek wokół British Museum. Obszar ten przyciągał wielu turystów, którzy stołowali się w licznych restauracjach sprzedających posiłki typu „jedz, ile chcesz”, więc zwykle jedzenia tam nie brakowało.

Big Ben wybił właśnie pierwszą, gdy Pies skręcił w Great Russell Street. O tej porze ulica była pusta, co bardzo mu odpowiadało. Spojrzał na czarne worki ze śmieciami, czekające na bohaterskich śmieciarzy z Camden. Pierwsza śmieciarka przyjeżdżała koło siódmej rano. Do tej pory większość worków była już rozdarta, a ich zawartość rozwleczona po całym chodniku. Pies wiedział z doświadczenia, że resztkami mogą się najeść tylko ci, którzy przychodzą pierwsi. Pomimo przyjemnego stanu upojenia alkoholowego coraz wyraźniej odczuwał dokuczliwy głód, musiał się więc pospieszyć, by uprzedzić konkurencję, czyli kloszardów z Tottenham Court Road i Russell Square. Właśnie teraz mógł liczyć na najcenniejsze łupy w postaci resztek jedzenia, ubrań i innych przydatnych rzeczy, które wyrzucali okoliczni mieszkańcy.

Rozważywszy różne opcje, Pies podszedł do sterty worków ze śmieciami ułożonych przy latarni po wschodniej stronie ulicy, przed hinduską restauracją o nazwie Sitaaray. Wyjął z kieszeni nóż do wykładzin, pochylił się i ostrożnie rozciął najbliższy worek. Po kilku minutach poszukiwań znalazł całkiem przyzwoite resztki: jagnięce shaami i kurczaka z masalą oraz parę chlebków naan. Taki posiłek z pewnością przewyższał wszystko, co dostałby w schronisku, a przy tym doskonale pasował do resztki z dwóch litrów cydru Diamond White, które zachował na taką właśnie chwilę. Rozejrzał się po ulicy, a gdy był już pewny, że nikt go nie podgląda, odmówił krótką modlitwę dziękczynną za obfitość dóbr, jakimi obdarowało go miasto. Potem wycofał się w mrok pobliskiej alejki na tyłach olbrzymiej kamienicy, by rozpocząć nocną ucztę.


2

Agatha Mills nie mogła zasnąć. Wciąż ubrana, stała przy oknie i patrzyła na podświetloną fasadę British Museum. Ten widok był największą zaletą jej mieszkania, szczególnie w nocy: często kontemplowała jońskie kolumny i rzeźby na frontonie nad głównym wejściem, obrazujące Postęp cywilizacji.

Ładny mi postęp, pomyślała ze smutkiem, kręcąc głową.

To widok sprawił, że zakochała się w tym mieszkaniu, gdy zobaczyli je po raz pierwszy prawie czterdzieści lat temu. Wierciła Henry’emu dziurę w brzuchu, by natychmiast je kupił, choć nie było ich na nie stać. Zrobił to, ale potem przez długi czas chodził naburmuszony, co nawet teraz przywoływało uśmiech na usta Agathy. Jednak w miarę upływu lat, gdy okazało się, że ich mieszkanie to jedyna rozsądna inwestycja, jaką poczynili w ciągu całego życia, jej mąż pogodził się z tym zakupem i łaskawie przyznał, że miała rację.

Jednak dla Agathy radość z tego, że mieszka przy Great Russell Street, zawsze zaprawiona była odrobiną smutku. Od pierwszej wizyty w nim marzyła, że będzie zabierała swoje dzieci na drugą stronę ulicy, do muzeum. Wyobrażała sobie pikniki na dziedzińcu, popołudnia spędzone pośród egipskich mumii i rzymskich skarbów. Gdyby wtedy wiedziała, że nie będzie miała dzieci, byłaby zdruzgotana. Nawet teraz czuła ukłucie żalu i zdawała sobie sprawę, że to uczucie nigdy nie minie.

Jednak domem Millsów rządził stoicki pragmatyzm: musisz żyć z tym, co cię boli. Tak też postępowali, a życie toczyło się dalej. Znaleźli sobie inne zajęcia, które wypełniały im czas i absorbowały emocje. Czasami zastanawiała się, czy Henry jest równie rozczarowany jak ona – z mężczyznami różnie bywa – ale w sumie nie miało to większego znaczenia. Nie zamierzali przecież pokazywać sobie nawzajem, które bardziej cierpi.

Uśmiechnęła się na myśl o mężu leżącym teraz w ich małżeńskim łóżku. Był dobrym człowiekiem, wziął na siebie jej problemy i sam się z nimi zmagał. Po latach zrozumiała, że jest naprawdę niezwykłym towarzyszem, i że miała szczęście, wiążąc się właśnie z nim.

Dostrzegła jakiś ruch na ulicy. Podeszła do okna i zobaczyła kloszarda, który grzebał w śmieciach, szukając czegoś do jedzenia albo ubrania. Takie widoki były dla Agathy codziennością i nie wywoływały właściwie żadnej reakcji prócz odrobiny niezdrowej przyjemności, jaką jest podglądanie innych. Pracowała przez wiele lat w znacznie biedniejszych krajach, więc przywykła do ludzkiej nędzy. Poza tym w porównaniu z wieloma innymi miastami Londyn miał naprawdę sporo do zaoferowania tym, dla których śmietnik był głównym źródłem zaopatrzenia. Agatha zauważyła jednak, że ma już mniej zrozumienia dla niedoli innych. Może po prostu się starzeje, a może to miasto tak na nią działa.

Podobnie jak inni mieszkańcy Ridgemount Mansions, była wściekła, gdy rano ulicę zaścielały śmieci. Nie po to przecież starannie je sortowali i układali w workach, by potem rozrzucały je bezdomne duchy włóczące się nocą po okolicy. Czasami ktoś dzwonił po policję, ale nie miało to najmniejszego sensu: jeśli policjanci przyjeżdżali na miejsce – co nie zdarzało się często – nawet nie kryli braku zainteresowania tak błahą sprawą i wykonywali tylko podstawowe czynności, które miały na jakiś czas odstraszyć winowajców.

Agatha obserwowała, jak mężczyzna wyjmuje kilka rzeczy z worka wystawionego przed pobliską restaurację, a potem znika w mroku. Wiatr rozsypał po ulicy kilka pustych plastikowych pojemników. Poza tym na dole nic się nie działo.

Odsunęła się od okna i usłyszała jakiś hałas w kuchni. Henry najwyraźniej znów nie mógł zasnąć. Do niedawna nie zdarzało mu się wstawać w nocy, ale ostatnio dochodziło do tego coraz częściej. Im był starszy, tym bardziej robił się niespokojny.

– Henry? – Wyszła z salonu i spojrzała na korytarz. W kuchni paliło się światło. – Wszystko w porządku?

Hałas w kuchni ucichł, ale nie doczekała się odpowiedzi. Pomyślała, że mąż z dnia na dzień coraz gorzej słyszy. Oboje się starzeją. To kolejny problem związany z brakiem dzieci: kto się nimi zaopiekuje, gdy sami już nie będą dawali sobie rady? Matka Agathy zmarła w domu opieki, który przypominał raczej zakład dla obłąkanych. Poczucie winy i wstyd związane z tym, że ją tam zostawiła, bywały dokuczliwe, ale nie mogły się równać z determinacją, z jaką walczyła o to, by podobny koniec nie spotkał jej ani Henry’ego. Ojciec zmarł na zawał, kiedy pewnego dnia wyszedł do sklepu po chleb. Wtedy było to dla nich strasznym szokiem, ale patrząc z perspektywy czasu, Agatha doszła do wniosku, że to znacznie lepsze wyjście niż dogorywanie w domu wariatów.

– Henry! – powtórzyła ostro, zirytowana tymi ponurymi rozmyślaniami. – Co ty robisz? Jest już naprawdę późno.

Weszła do kuchni i ściągnęła brwi. Nie było tam nikogo. Kiedy odwracała się z westchnieniem, by zgasić światło, kątem oka dojrzała jakiś ruch.

– Co, u diab…

Pierwszy cios trafił ją w ramię, a nie w głowę, to jednak wystarczyło, by runęła na podłogę.

– Henry! – jęknęła Agatha, próbując się podnieść. Była już na kolanach, gdy dosięgło ją drugie uderzenie. Tym razem cios był celniejszy – trafiona w tył głowy, Agatha osunęła się w ciemność.


3

„Policja w Chile aresztowała tancerkę, która kilkakrotnie zrobiła striptiz w metrze w Santiago. Montserrat Morilles została nazwana La Diosa del Metro, Boginią Metra. Morilles powiedziała dziennikarzom: «Chile to wciąż kraj dla nieśmiałych. Ludzie wstydzą się bawić i okazywać uczucia. Chcemy się tym zająć i uczynić z Chile szczęśliwsze państwo»”.

Carlyle wysunął głowę spod kołdry i wyłączył radiobudzik. Przetarł zaspane oczy i spojrzał na żonę, która właśnie się ubierała. Stała po swojej stronie łóżka, odwrócona do niego plecami. Rzuciła na podłogę bawełnianą koszulkę i sięgnęła po perłowy biustonosz wiszący na krześle. Włożyła go i odruchowo zerknęła do lustra na drzwiach szafy. Carlyle obserwował, jak drgają jej pośladki, i też poczuł przyjemne drgnięcie.

Jedną z wielu rzeczy, za które kochał żonę, był jej piękny tyłek. Naprawdę śliczny tyłeczek: jędrny, kształtny, gładki i nie do końca symetryczny. Ogarnęła go nagle fala entuzjazmu, miał ochotę wyskoczyć z łóżka i złapać ją za pupę. Kolejne drgnięcie. Podrapał się energicznie, by potwierdzić to, co i tak już wiedział: jego poranna erekcja jest tego dnia po prostu spektakularna.

Ile mają czasu? Usłyszał, że w salonie włączył się telewizor. Przed pójściem do szkoły Alice przez piętnaście minut będzie jadła śniadanie i oglądała jakieś bzdury. Wystarczy. Najpierw jednak musi się wysikać. Już miał opuścić nogi na podłogę, gdy Helen odwróciła się do niego i obdarzyła go jednym z tych swoich strapionych uśmiechów. Oprócz biustonosza, przez który wyraźnie przebijały sutki, Helen była naga. Najwyraźniej nieświadoma swojego prowokacyjnego wyglądu, spytała od niechcenia:

– Przyjąłeś kiedyś upominek w pracy?

– Dzień dobry, ja też się cieszę, że już wstałaś.

Carlyle schował się pod kołdrę. Ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę, był powrót do rozmowy z poprzedniego wieczoru. Helen przeczytała w niedzielnym wydaniu jednej z gazet historię o inspektorze z komisariatu Harrow, który został aresztowany podczas nalotu na miejscowy burdel. Autor artykułu podejrzewał, że policjant zapewniał temu przybytkowi ochronę w zamian za pieniądze i usługi. Helen zaczęła głośno rozmyślać o nieodpartych pokusach, na jakie wystawieni są policjanci. Zamiast nie zdradzać się ze swoimi poglądmi, Carlyle jak ostatni idiota próbował bronić kolegów po fachu, a tym samym siebie.

Zerkając na jego krocze, Helen uniosła brwi.

– No więc?

– Zdefiniuj „upominek”.

– Dobrze wiesz. – Oparła ręce na biodrach, prowokując go i się z nim drażniąc.

– Czy kiedykolwiek spałeś z… dziwką?

„Dziwka”. Określenie wybrane nieprzypadkowo. Obraźliwe i oskarżycielskie zarazem.

Carlyle zamrugał i wbił wzrok w sufit. Czuł, jak jego erekcja powoli słabnie. Fatalnie zaczął się dla niego ten poniedziałkowy poranek – jego własna żona wypytuje go o jego historię seksualną i standardy etyczne. Poczuł się jak w pracy: nie musiał być winny, by czuć się winnym.

Zastanawiał się przez moment nad swoją sytuacją, świadomy, że ma mało czasu. W końcu usiadł prosto i zrobił obojętną minę, co o tej porze dnia nie było zbyt trudne.

– Nie.

Helen włożyła wyblakłe figi, które nie pasowały do biustonosza.

– Jesteś pewny? Bo większość mężczyzn to robiła. To nic wielkiego.

Carlyle ani przez moment nie wierzył w to ostatnie zdanie. Dobrze wiedział, że sprawa jest śmiertelnie poważna. Podrapał się po głowie i udał, że ziewa, by zyskać na czasie. Musi to rozegrać bardzo delikatnie. Przestał udawać obojętność, uśmiechnął się od ucha do ucha i spytał:

– Co masz na myśli? Pytasz o to, czy przypadkiem nie zapomniałem, że dmuchnąłem kiedyś dziwkę, czy nie jesteś pewna, czy mówię ci prawdę?

– Jedno i drugie.

Helen włożyła jasnobrązowy sweter i sięgnęła po czarne dżinsy.

Uznawszy, że najlepszą formą obrony jest atak, Carlyle odrzucił kołdrę i wstał z łóżka. Drapiąc się po jądrach, podszedł do żony i delikatnie pocałował ją w czoło.

– Nie sądzę… to znaczy, na pewno bym pamiętał.

Helen odsunęła się od niego i zapięła dżinsy. Carlyle złapał się za penisa i ścisnął go lekko, a potem znów podrapał z błogością po jądrach. Teraz naprawdę chciało mu się sikać, ale nie mógł wyjść z pokoju zbyt szybko, bo wyglądałoby to na ucieczkę.

– Więc jesteś pewny?

Obok jego dżinsów leżały bokserki, które nosił poprzedniego dnia. Podniósł je i szybko powąchał – nie jest źle, wytrzymają jeszcze jeden dzień.

– Posłuchaj – zaczął, wkładając bieliznę – są dziwki i dziwki. Wiem z doświadczenia, że przeciętna kokainistka nie przypomina Julii Roberts z Pretty Woman.

Helen zmierzyła go wzrokiem, przypominając – choć wcale tego nie potrzebował – że częścią małżeństwa jest również nieustanne ocenianie się nawzajem.

– Więc gdyby były ładniejsze albo czystsze…

No tak, w tym momencie odwrót był już niemożliwy. Znów spróbował uśmiechnąć się szelmowsko.

– Julia Roberts nie jest w moim typie.

– Ale gdyby wyglądały jak… hm, powiedzmy, ta dziewczyna Bonda, Eva Green?

Eva Green?

– Nie, nie wyglądają tak.

Helen zaczęła szczotkować włosy.

– Ale gdyby jednak wyglądały? I gdybyś musiał tylko wręczyć jej pieniądze?

Tym razem uśmiech Carlyle’a był szczery.

– Policjanci nie muszą płacić. Dostajemy „upominki”, nie pamiętasz? I dobrze, biorąc pod uwagę, ile mam – a raczej, ile nie mam – pieniędzy w kieszeni.

Helen uśmiechnęła się triumfalnie.

– Więc zrobiłbyś to? A może już zrobiłeś?

I po żartach. Carlyle przestał się uśmiechać i opuścił ramiona.

– Muszę się wysikać – powiedział cicho.


4

Inspektor siedział przed Il Buffone i napawał się łagodnym porannym słońcem. Maleńka włoska kawiarnia w stylu lat pięćdziesiątych znajdowała się naprzeciwko jego apartamentowca, po drugiej stronie Macklin Street, na rogu Drury Lane w północno-wschodniej części Covent Garden. W środku był tylko bar i dwa małe boksy, które mogły pomieścić najwyżej po sześć osób. Goście lokalu mogli zaryzykować i jeść w towarzystwie obcych ludzi albo usiąść przy jednym z małych stolików na ulicy, gdzie raczej nikt by im nie przeszkadzał. Poza tym mogli się za darmo nawdychać spalin.

Choć Carlyle wolał jadać śniadania sam, zwykle siedział w środku, pod plakatem zwycięskiej drużyny Juventusu z 1984 roku. Plakat był stary i wyblakły, posklejany w kilku miejscach taśmą samoprzylepną. Marcello już kilkakrotnie próbował go wymienić, ostatnio na plakat drużyny, która w 2006 roku zdobyła mistrzostwo świata. Zawsze jednak, po protestach Carlyle’a i kilku innych bywalców znających się na piłce, zmuszony był powiesić zdjęcie zespołu Trapattoniego i Platiniego.

Dziś jednak Carlyle trafił na poranną godzinę szczytu, więc oba boksy w kawiarni były zajęte. Przyjrzał się gościom i stwierdził, że żaden z nich nie wygląda tak, jakby miał za chwilę wyjść. Wciąż stojąc w drzwiach, spojrzał błagalnie na Marcella, właściciela, który skinął tylko głową i powiedział:

– Przyniosę.

Gdy tylko inspektor usiadł, pojawił się przy nim Marcello i postawił na stoliku podwójne macchiato i kawałek wyjątkowo apetycznego ciasta z wiśniami, które wprost prosiło się o to, by je zjeść.

Carlyle spojrzał na ciasto i poczuł, jak ślinka napływa mu do ust. Potem zerknął na Marcella z miną, która miała wyrażać pokorną wdzięczność.

– Wiedziałem, że ci się spodoba – powiedział z uśmiechem Marcello, który wracał już do środka. – Widzisz? To będzie dobry dzień.

Carlyle wypił łyk macchiato, pozwalając, by kawa sparzyła mu gardło. Kiedy wypił wszystko, wziął do ręki nóż i podzielił ciasto na cztery części. Wziął do ręki największą, zamknął oczy i przez moment rozkoszował się myślą o czekającej go uczcie.

– Hej!

Zamierzał właśnie wziąć do ust pierwszy kęs, gdy usłyszał klakson, a potem pisk opon. Jakaś kobieta zaczęła krzyczeć. Podniósł wzrok i zobaczył starszego mężczyznę w kremowym płaszczu przeciwdeszczowym, który leżał na ulicy przed białą furgonetką dostawczą z owocami i warzywami, obok przejścia dla pieszych przed pubem Sun przy Drury Lane, niecałe dwadzieścia metrów dalej. Carlyle spojrzał na kawałek ciasta i odłożył go na talerz. Ignorując burczenie w brzuchu, wstał od stołu i ruszył na miejsce wypadku, pokazując Marcellowi – który nie okazał najmniejszego zainteresowania minidramatem rozgrywającym się tuż obok jego lokalu – że będzie potrzebował jeszcze jednej kawy.

Drury Lane była stosunkowo spokojną jednokierunkową ulicą, biegnącą z południa na północ. Można nią było przejechać z Aldwych aż do High Holborn, unikając bardziej zatłoczonych ulic. Żeby dotrzeć nieco szybciej do świateł po północnej stronie ulicy, wielu kierowców wciskało pedał gazu w podłogę i pędziło tak szybko, jak się dało. Nie miało to większego sensu, jako że wszystkie pojazdy w centrum Londynu zmuszone były poruszać się ze średnią prędkością piętnastu kilometrów na godzinę, a więc mniej więcej z taką samą, z jaką sto lat temu jeździły dorożki. Carlyle, który nie miał samochodu, nie mógł zrozumieć, dlaczego kierowcy pokonują te dwieście metrów, gnając na złamanie karku tylko po to, by potem dłużej stać na światłach. Może było to uwarunkowane genetycznie, a może – co bardziej prawdopodobne – ci kierowcy byli po prostu dupkami. Tak czy inaczej, należało uznać za cud to, że do takich wypadków nie dochodziło częściej.

Przednie koła furgonetki zatrzymały się na pasach, trudno było jednak powiedzieć, czy pieszy rzeczywiście został potrącony. Kierowca wychylał się przez okno i kłócił z kobietą stojącą na skraju chodnika.

– Tu jest przejście dla pieszych! – wrzeszczała, nie zauważywszy przybycia Carlyle’a.

– Ten stary pierdziel wszedł mi prosto pod koła – warknął kierowca z taką miną, jakby miał ochotę złapać kobietę za gardło. Zwiększył obroty, ale nie mógł pojechać dalej, bo na ulicy wciąż leżał staruszek w kremowym płaszczu. Za furgonetką zatrzymała się taksówka, a jej kierowca trąbił przez kilka sekund, na wypadek gdyby ktoś nie zauważył, że tam stoi.

– Nie doszłoby do tego, gdyby pan nie jechał tak szybko – tłumaczyła kobieta.

– Pilnuj swoich spraw, głupia suko – odparował mężczyzna, po czym spojrzał na Carlyle’a, który zapisywał właśnie jego numer rejestracyjny.

– Hej, kutafonie! – Kierowca wychylił się jeszcze bardziej. – Co ty, kurwa, robisz?

Na jego ogolonej głowie lśniły krople potu. Miał na sobie koszulkę Tottenhamu ze stylizowanym numerem. Carlyle pomyślał, że chętnie aresztowałby go tylko za to. Pohamował się jednak i pokazał mu legitymację, a potem kazał zgasić silnik. Spotkało się to z niezadowoleniem taksówkarza, który dał temu wyraz, znów naciskając klakson. Carlyle nie zwracał na niego uwagi. Korek, który utworzył się za furgonetką, sięgał już Great Queen Street, ale to nie był jego problem. Mogą poczekać. Inspektor odwrócił się do staruszka i pomógł mu wstać.

– Wszystko w porządku, Harry? – spytał.

Harry Ripley otrzepał płaszcz i uśmiechnął się smutno jak człowiek, który pogodził się z tym, że co jakiś czas musi wylądować pod kołami samochodu.

– Cześć, inspektorze.

– Potrącił cię?

Mężczyzna spuścił wzrok.

– Nie. Nic mi nie jest.

– To była jego wina?

– Powiedziałbym raczej, że pół na pół.

Carlyle wskazał głową kawiarnię.

– Piję właśnie kawę w Il Buffone. Może się do mnie przyłączysz?

Staruszek skinął głową, wszedł na chodnik i ruszył powoli w stronę kawiarni. Kierowca uznał, że to zamyka sprawę, i uruchomił silnik. Jednak Carlyle stanął przed furgonetką i podniósł rękę jak policjant z drogówki.

– Nie tak szybko, słoneczko. Wstrzymaj konie.

Korek liczył już kilkadziesiąt samochodów, a kakofonia klaksonów z każdą chwilą przybierała na sile. Kobieta, która kłóciła się z kierowcą, stała teraz na chodniku przed Sun, jakby nie wiedziała, czy ma pójść, czy zostać. Carlyle uśmiechnął się do niej, co wprawiło ją w jeszcze większe zakłopotanie.

– Proszę się nie martwić. Już po wszystkim. Poradzę sobie z tym.

– Nie chce pan, żebym złożyła zeznania? – spytała.

W żadnym wypadku, pomyślał Carlyle. Musiałby się zająć papierkową robotą, a dzień skończyłby się, nim jeszcze na dobre się zaczął. Dlaczego ludzie chcą pomagać policji tylko wtedy, kiedy nie jest to potrzebne?

– Nie, to nie będzie konieczne – odparł, starając się, by w jego słowach zabrzmiała nuta wdzięczności. – Dam sobie radę. Dziękuję pani bardzo.

– Jest pan pewny?

– Cóż… – Carlyle spuścił wzrok, skrywając uśmiech. „Jest pan pewny?”. Ile razy w ciągu jego kariery zadawano mu to pytanie. Jest policjantem. Oczywiście, że jest pewny. – Jestem pewny.

– Gdyby zmienił pan zdanie, pracuję w pralni na drugim końcu Betterton Street – powiedziała kobieta, wskazując za siebie. – Tam mnie pan znajdzie.

– Wiem – odrzekł, co było prawdą. Kiedy kilka miesięcy temu pralka rodziny Carlyle’ów eksplodowała, regularnie bywał w tym zakładzie. – Dziękuję.

Kobieta odwróciła się z ociąganiem i odeszła, zostawiając Carlyle’a sam na sam z kierowcą furgonetki. Inspektor podszedł do drzwi samochodu.

– Nazwisko?

Mężczyzna miał tak zbolałą minę, jakby spodziewał się, że lada moment ktoś wsadzi mu w tyłek rozżarzony do czerwoności pręt.

– Smith.

Carlyle uniósł brwi.

– Naprawdę – zarzekał się mężczyzna, sięgając do tylnej kieszeni dżinsów po portfel. – Nazywam się Smith. Dennis Smith. – Wyjął z portfela prawo jazdy i przyłożył je do szyby.

– No dobrze, Dennis, wygląda na to, że złamałeś kilka przepisów, a do tego zachowywałeś się w sposób, który można śmiało podciągnąć pod zakłócanie spokoju. – Carlyle wiedział, że gada bzdury, ale przynajmniej miał pewność, że kierowca będzie go uważnie słuchał. – A nie wspominałem jeszcze o uszkodzeniu ciała ofiary. Ani o tym, że nazwałeś mnie kutafonem.

– Ale właśnie odesłał go pan na kawę – protestował Smith. – Nic mu się nie stało. Poza tym to była jego wina.

Carlyle przyglądał się przez chwilę wnętrzu furgonetki.

– Często tu bywasz?

Smith poprawił się nerwowo na fotelu.

– Czasami.

– A widzisz, za to ja jestem tutaj codziennie i nie chcę więcej oglądać rajdowych popisów… – Przechylił głowę, by spojrzeć na nazwę wypisaną na burcie furgonetki: Fred’s Fabulous Fruit’n’Veg.

– Ale…

– Żadnych „ale”. Jeśli zobaczę, że ta furgonetka jedzie po Drury Lane szybciej niż trzydzieści na godzinę, trafisz do komisariatu, a twój szef dowie się o wszystkim. A teraz wypierdalaj stąd i jedź ostrożnie. I postaraj się nie potrącić już dzisiaj żadnego emeryta.

Krzywiąc się i mamrocząc coś pod nosem, Smith wrzucił pierwszy bieg, dodał gazu i odjechał. Carlyle wrócił na chodnik, odprowadzany gwizdami kierowców, którzy utknęli w korku. Kiedy szedł do kawiarni, zerknął przypadkiem na okna wystawowe pobliskiego sklepu, w którym odbijały się samochody i kierowcy wykonujący obraźliwe gesty, postanowił to jednak zignorować. Gdy tylko dotarł do stolika, pojawił się Marcello z drugą macchiato i z kubkiem herbaty dla Harry’ego Ripleya. Carlyle usiadł bez słowa, wypił kawę i powoli zjadł ćwiartki ciastka, jedną po drugiej.

Harry mieszkał trzy piętra pod rodziną Carlyle’ów w Winter Garden House. Był niegdyś bliskim przyjacielem nieżyjącego już teścia Carlyle’a i znał Helen od dnia jej narodzin. Dobiegający osiemdziesiątki Harry służył w 1952 roku w Korei, w Londyńskim Pułku Królewskich Fizylierów, za co otrzymał odznaczenia brytyjskie i koreańskie. Choć Carlyle nie miał pojęcia, co jego sąsiad robił w Korei, kilkakrotnie miał okazję podziwiać jego medale. Po dwudziestu latach służby w wojsku Harry został listonoszem w sortowni Mount Pleasant przy Farringdon Road, niedaleko King’s Cross. Już od prawie piętnastu lat był emerytem, a od ponad dziesięciu wdowcem. Nie miał dzieci ani bliskiej rodziny. Teraz chciał tylko umrzeć – „dopóki mam jeszcze zdrowie”, jak to ujmował. Wiele razy mówił przy kuflu chiswick bitter w Sun, że marzy mu się śmierć podczas meczu, w którym Arsenal zdobywa mistrzostwo Anglii, dlatego w pubie nazywano go Zawałowiec Harry.

Carlyle miał ogromną ochotę zjeść jeszcze jeden kawałek ciasta, jednak oparł się pokusie.

– Co to właściwie było, Harry? – spytał swobodnym tonem.

Mężczyzna siorbnął herbatę i zapatrzył się w dal.

– Facet powinien był się zatrzymać. Jechał za szybko.

– Dobrze, że nie szybciej. – Carlyle westchnął. – Poza tym to był kibic Tottenhamu, więc powinieneś był się domyślić, że nie trafi.

Harry zachichotał.

– To nie jest zabawne. Próbowałeś już kiedyś zrobić coś takiego?

– Nie.

– To więcej nie próbuj, bo cię zabiję.

Harry spojrzał na niego żałośnie.

– To był wypadek.

– Bzdura, Harry, zrobiłeś to celowo. Nieźle nastraszyłeś tego faceta, choć i tak był z niego dupek. Nie możesz się tak zachowywać. – Podniósł wzrok na błękitne niebo. Temperatura dawno już przekroczyła dwadzieścia stopni, to zdecydowanie nie była londyńska pogoda. Zapowiadał się naprawdę gorący dzień. – A po co ci ten płaszcz?

Harry wzruszył ramionami.

– Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie padać.

Carlyle zerknął na zegarek. Powinien już iść do komisariatu.

– Cholera, dzisiaj ma być około trzydziestu stopni. Najgorętszy dzień roku. A ty nie rób więcej takich głupot. Nic ci nie jest. Najprawdopodobniej to ja wcześniej kopnę w kalendarz niż ty. Założę się o dwadzieścia funtów, że bez problemu dożyjesz setki. Gwarantuję ci, że dostaniesz telegram od królowej – mówił inspektor, zastanawiając się, czy telegramy jeszcze w ogóle istnieją. Miał nadzieję, że tak. Harry był równie żarliwym monarchistą, jak on republikaninem, i jeśli nie mogła pocieszyć go myśl o wiadomości: Dobra robota, przesłanej z pałacu Buckingham, to chyba nic innego nie byłoby w stanie tego zrobić.

Choć wydawało się to niemożliwe, Harry zrobił jeszcze bardziej żałosną minę.

– Tego się nie dostaje tak po prostu.

– Czego?

– Telegramu od Jej Wysokości.

– Tak? – Carlyle uświadomił sobie, że nie powinien był poruszać tego tematu.

– Ktoś musi ją o to poprosić.

W porównaniu z tym starym pierdołą, Carlyle był niepoprawnym optymistą. Odetchnął głęboko i postanowił mimo wszystko nie tracić dobrego humoru.

– Dobrze przynajmniej, że nie każą ci za to płacić – powiedział, zastanawiając się, czy może jednak każą.

– I musisz udowodnić, że naprawdę masz tyle lat – dodał Harry.

– Więc daj Helen swój akt urodzenia – warknął Carlyle, straciwszy w końcu cierpliwość. – W odpowiednim czasie wyśle go, komu trzeba.

– Ona nie będzie już wtedy żyła.

– Kto? – zaniepokoił się inspektor. – Helen?

– Nie – Harry pokręcił głową. – Królowa. Jest starsza ode mnie.

Carlyle odetchnął z ulgą i irytacją jednocześnie.

– Nieważne. Tak czy inaczej, będzie dobrze.

– Daj spokój… – żachnął się Harry, a w jego głosie pojawiła się gniewna nuta. – Nie próbuj mnie oszukiwać. Dobrze przeżyłem swoje życie, ale nie muszę go na siłę przeciągać. „Kończ, kiedy jeszcze wygrywasz”, mawiał mój tata i miał świętą rację. Nie chcę zostawiać tego na później, żeby zamienić się w warzywo i trafić do jakiegoś okropnego domu opieki. Albo dogorywać na wózku inwalidzkim na szpitalnym korytarzu. Nie mam rodziny, więc to powinien być mój wybór. Nazywają to samobójstwem wspomaganym. To teraz bardzo modne. Niedawno w telewizji pokazywali, jak umierał jakiś facet.

Carlyle jęknął w duchu. Wiedział, o którym programie mówi Harry. Sama myśl o tej historii wpędzała go w depresję. Kiedy Helen upierała się, żeby to oglądać, on położył się do łóżka z książką. Nawet teraz wzdrygał się na wspomnienie tego okropieństwa.

– No więc ten facet w telewizji był nieuleczalnie chory. Zapłacił trzy tysiące, żeby wyjechać do Szwajcarii i żeby tam zabili go w jakiejś alpejskiej klinice.

Carlyle spojrzał na Harry’ego.

– No tak, a co najmniej następne siedem musiał wydać, żeby sprowadzili go z powrotem do kraju i urządzili mu pogrzeb. Masz dziesięć patyków?

– Nie.

– Więc nie możesz umrzeć, prawda? – Inspektor się uśmiechnął.

– Są inne sposoby – wyjaśnił spokojnie Harry. – Nie trzeba jechać do Szwajcarii. Jakiś gliniarz, zdaje się w Walii, wszedł na górę z butelką whisky i zamarzł tam na śmierć.

Carlyle pamiętał i tę historię, bo swego czasu był to główny temat rozmów w komisariacie.

– No tak, Walia to dobre miejsce na taką śmierć. Mają tam mnóstwo gór – stwierdził.

Z zalanej światłem ulicy nadeszło wybawienie w postaci anioła. Z Drury Lane wyłoniła się właśnie ładna blondyneczka w bardzo krótkiej spódnicy i szła powoli po drugiej stronie Macklin Street, rozmawiając przez komórkę. Miała bardzo długie i zgrabne nogi, a pod pachą trzymała portfolio. Carlyle przypuszczał, że szuka agencji modelek, która mieści się przecznicę dalej, przy Parker Street. Jak powiedział kiedyś Keats: Rzecz piękna jest radością wieczną. Było to najlepsze znane mu lekarstwo na depresję.

Harry zobaczył, na co patrzy Carlyle, i uśmiechnął się znacząco.

– Za młoda dla mnie.

Carlyle milczał, obserwując, jak dziewczyna zawraca i znika w Drury Lane.

– Dla ciebie też za młoda.

– Harry…

– Czytałem o tym w gazecie. – Harry wrócił do swojego ulubionego tematu.

– O czym?

– O tym policjancie, który wszedł na górę, żeby się zabić.

– A tak… – Gdyby Keats żył w dzisiejszych czasach, rzecz piękna byłaby radością przez jakieś dziesięć sekund, pomyślał gorzko Carlyle.

– Miał skomplikowane życie erotyczne czy coś takiego.

– Musiało być cholernie skomplikowane, skoro się zabił. – Carlyle sięgnął do kieszeni po portfel i jęknął głucho, gdy zobaczył, ile ma gotówki. Ledwie starczyło mu na rachunek. – Posłuchaj, Harry, muszę lecieć.

– Nie znałeś go, prawda?

– Nie. Może to dziwne, ale był jednym ze stu czterdziestu tysięcy policjantów w tym kraju, których nie znam osobiście.

Jak na zawołanie pojawił się Marcello i sprzątnął ze stolika ich kubki i filiżanki. Carlyle dał mu dziesiątaka, pokazał, że nie chce reszty i wstał od stołu.

– W gazecie pisali, że miał poważne problemy z kobietami. – Harry również podniósł się z krzesła.

– A któż ich nie ma? – Carlyle był zadowolony, że wreszcie rozmawiają o czymś innym niż śmierć.

– Nie – Harry pokręcił głową. – On nie był pantoflarzem, jak ty. Chodziło o to, że rżnął ich za dużo, o wiele za dużo. Nie mógł utrzymać fiuta w spodniach.

Inspektor spojrzał zmrużonymi oczami na bezczelnego staruszka. Pantoflarz? Zastanawiał się, czy powinien na to zareagować, ale dał sobie spokój. Pomachał Marcellowi na pożegnanie i spojrzał na Harry’ego.

– Do zobaczenia wkrótce. Wpadnij kiedyś do Helen i Alice, na pewno się ucieszą. I nie rób więcej problemów. To rozkaz.

– Inaczej mogę trafić do aresztu?

– Tak.

Harry nagle się rozpromienił.

– Mógłbym umrzeć w areszcie. Spaść ze schodów.

Carlyle parsknął śmiechem i ruszył w drogę.

– Nigdy nie wiadomo, Harry. Nigdy nie wiadomo.


5

– Gdzieś ty był, do cholery?

Carlyle odchylił się na krześle i spojrzał zdumiony na swojego sierżanta.

– Dzwoniłem do ciebie na komórkę. – Joe był wyraźnie zirytowany.

Inspektor wyjął telefon z kieszeni marynarki i spojrzał na wyświetlacz. Miał cztery nieodebrane połączenia. Cztery cholerne połączenia. Właściwie nie powinien być zdziwiony, bo zdarzało mu się to nagminnie. Podniósł wzrok i starał się zrobić skruszoną minę.

– Przepraszam.

Sierżant Joseph Szyszkowski, który wrócił właśnie z tygodniowego urlopu w Portugalii, był opalony i – pomimo irytacji wywołanej zachowaniem jego szefa – zrelaksowany. Carlyle pomyślał, że chyba trochę schudł. I odespał zarwane noce.

Szczęściarz.

Inspektor cieszył się z jego powrotu. Joe nie był przeciętnym gliniarzem. Jego rodzice pochodzili z Polski, a on sam wydawał się nieco oderwany od życia. Pracowali razem już od ponad pięciu lat, Joe był jednym z niewielu – bardzo niewielu – policjantów, których Carlyle lubił i którym ufał.

– No dobra, skoro już jesteś, to musimy iść – powiedział Joe, rzucając na biurko inspektora kartkę.

Carlyle wziął ją, ale nie przeczytał ani nie wstał z krzesła.

– Co to jest?

– Agatha Mills.

– A kim ona jest?

– Jest drobną starszą panią, której wczoraj w nocy ktoś rozwalił głowę w jej mieszkaniu przy British Museum – odparł z uśmiechem Joe.

– W takim miejscu musi się przyjemnie mieszkać. – Carlyle pokiwał głową.

– Ona już z tego nie skorzysta. Rano zadzwonił do nas jej mąż.

Inspektor spojrzał na kartkę.

– I co z nią?

– Nie żyje.

Carlyle czuł tylko obojętność. Podniósł dokument do światła, jakby sprawdzał jego autentyczność.

– I przysłali to do nas? Powinien się tym raczej zająć któryś z geniuszy w komisariacie Holborn. Oni są bliżej British Museum niż my.

– A jednak przysłali to do nas.

Joe przywykł już do tego, że na początku każdej sprawy inspektor podchodzi do wszystkiego bez entuzjazmu. Często potrzebował czasu, by nabrać do niej przekonania i zaangażować się w śledztwo. Kiedy docierał do tego etapu, a sprawa nie była jeszcze rozwiązana – bo zdarzało się i tak – Carlyle działał w poczuciu misji i wciągał w to swojego sierżanta. Joe wiedział więc, że wcześniej czy później jego szef zabierze się do pracy.

Carlyle westchnął teatralnie.

– Dobra – powiedział, zrywając się z krzesła z udawanym entuzjazmem. – Chodźmy tam.

Po wyjściu z komisariatu Carlyle ominął kilku pijaczków siedzących na chodniku i skręcił w lewo, na północ. Przeciął Henrietta Street i poprowadził Joego żwawym tempem przez plac Covent Garden, a potem Endell Street, w kierunku Bloomsbury. Niecałe pięć minut później dotarli do Ridgemount Mansions, solidnego sześciopiętrowego apartamentowca przy Great Russell Street, zwróconego fasadą ku British Museum.

Agatha Milss żyła – i umarła – w mieszkaniu numer osiem, na pierwszym piętrze. Kiedy Carlyle wszedł do budynku, skinął głową dwóm umundurowanym policjantom, którzy przesłuchiwali sąsiadów, minął windę i wszedł po schodach na piętro. Kiedy stanął przed drzwiami mieszkania, właśnie wychodzili z niego dwaj technicy kryminalistyczni obładowani sprzętem. Carlyle rozpoznał jednego z nich, ale nie pamiętał jego imienia.

– Ciało jest w kuchni – powiedział technik. – Basset też tam jest.

Sylvester Basset był patologiem, który pracował dla komisariatu Charing Cross, więc Carlyle znał go całkiem dobrze. W ciągu ostatniego roku współpracowali przy trzech czy czterech sprawach.

– Dzięki.

Carlyle ominął techników, wszedł do mieszkania i pociągnął nosem. Przywitał go typowy zapach jedzenia i ludzi. Nie wyczuł woni śmierci, ale to go nie dziwiło. Wiedział z doświadczenia, że śmierć nie lubi się afiszować.

Drzwi wejściowe otwierały się na korytarz, który ciągnął się przez całą długość mieszkania i prowadził do różnych pomieszczeń po obu jego stronach. Kiedy Carlyle wszedł głębiej, zobaczył łazienkę, salon – gdzie grubokoścista nieznana mu policjantka rozmawiała z jakimś starszym facetem, zapewne mężem ofiary – i dwie sypialnie. Na samym końcu korytarza, po prawej, znajdowała się kuchnia. Kiedy tam dotarł, zaskoczyły go jej rozmiary: była co najmniej dwa razy większa od kuchni w jego mieszkaniu. Na środku stał duży okrągły stół, a przy nim trzy krzesła. Podobnie jak w całym mieszkaniu podłoga była drewniana, a białe płytki na ścianach sprawiały, że kuchnia wydawała się czysta i jasna.

W pomieszczeniu stał mężczyzna odwrócony plecami do drzwi, Carlyle jednak od razu rozpoznał Basseta, zarówno po złocistych kręconych włosach (z tej odległości nie widać było siwizny), jak i po ubraniu, które zdradzało brak gustu. Tym razem Bassett wystroił się w elegancki brązowy garnitur ze sztruksu, różowe skarpetki i mokasyny ze śliwkowego zamszu. Carlyle nie mógł zrozumieć, dlaczego mężczyzna w średnim wieku poświęca tyle czasu i energii swojemu wyglądowi, w dodatku z tak fatalnym skutkiem. Bassett wyglądał przez okno, które wychodziło na schody przeciwpożarowe zamontowane na zewnątrz budynku. Nucił coś pod nosem i palił papierosa.

– Co my tu mamy? – spytał inspektor.

Bassett, zaskoczony, cofnął się o krok i uderzył głową w ramę okna. Przeklinając pod nosem, jedną ręką pocierał obolałe miejsce, a drugą zgasił papierosa. Wyrzucił niedopałek przez okno, odwrócił się do Carlyle’a i wskazał zwłoki. Leżały na brzuchu, w połowie pod stołem. Głowę i ramiona otaczała kałuża zakrzepłej krwi. Agatha Mills miała metr pięćdziesiąt, może metr pięćdziesiąt pięć wzrostu i siwe włosy. Była ubrana w białą bluzkę, niebieską spódnicę, która sięgała niemal do kostek, i szary zapinany sweter.

– Została uderzona w głowę jakimś tępym przedmiotem – wyjaśnił Bassett. – Może ciężką patelnią albo wałkiem do ciasta. – Rozejrzał się wymownie. – Nie brakuje tu odpowiednich przedmiotów.

– Znaleźliśmy narzędzie zbrodni? – spytał inspektor.

Bassett wyjął z kieszeni marynarki pudełko papierosów Benson & Hedges i zaczął się nim bawić.

– Jeszcze nie.

– Kim jest ten facet w salonie?

– To jej mąż. – Bassett otworzył pudełko kciukiem, po czym je zamknął. – Pan Henry Mills. Jest trochę roztrzęsiony.

– Wyobrażam sobie.

– Pił.

– To zrozumiałe – odparł Carlyle. – To on?

– Ty jesteś detektywem, inspektorze – odparł Bassett z uśmiechem. Wreszcie wyjął papierosa z paczki i wsunął go między wargi.

Carlyle znów rozejrzał się po kuchni. Oprócz ciała i kałuży krwi wszystko było w idealnym porządku.

– Pytam cię tylko o zdanie.

Teraz Bassett bawił się zapalniczką.

– Całkiem możliwe – przyznał.

Zwykła statystyka, pomyślał Carlyle. Zaczynasz od najbardziej prawdopodobnego wyjaśnienia, a potem sprawdzasz inne hipotezy. Popieprzone rodziny stanowiły stały element jego pracy. Rozejrzał się raz jeszcze. Kuchnia była dobrze wyposażona, właściciele postawili na dobry sprzęt: Miele i AEG, a nie tanie gówno, które kupuje większość ludzi i które psuje się zaraz po wygaśnięciu gwarancji. Zanotował w pamięci, że w kuchni jest lodówka, pralka, kuchenka i jakiś drogi ekspres do kawy, prawie tak duży jak Gaggia, którego używał Marcello w Il Buffone. Wzrok inspektora zatrzymał się na zmywarce do naczyń. Paliła się na niej pomarańczowa kontrolka, co oznaczało, że urządzenie jest włączone. Inspektor ominął szerokim łukiem ciało i przeszedł przez kuchnię. Zmywarka została nastawiona na drogi sześćdziesięciopięciostopniowy tryb, a nie na oszczędniejszy, czterdziestopięciostopniowy, i z pewnością dawno już zakończyła cykl. Carlyle ostrożnie przysunął dłoń do maszyny, starając się jej nie dotykać. Była raczej letnia, nie gorąca, co oznaczało, że nie pracuje już od kilku godzin.

Odwrócił się do Bassetta, który palił kolejnego papierosa tak zachłannie, jakby nie robił tego od wielu miesięcy, i wskazał zmywarkę.

– Ktoś do tego zaglądał?

Bassett zastanawiał się nad tym przez moment.

– Nie wiem. Chyba nie.

Inspektor odwrócił się do Joego, który obejrzał wcześniej inne pomieszczenia, a teraz stanął w drzwiach kuchni.

– Dowiedz się, czy pobrali z tego odciski, a potem to otwórz.

– Dobra. – Joe poszedł sprawdzić, czy w kamienicy został choć jeden z techników kryminalistycznych.

– I spytaj, jak idzie przesłuchiwanie sąsiadów! – zawołał za nim Carlyle.

– W porządku.

– Chcesz ją teraz zabrać? – zwrócił się Carlyle do Bassetta.

– Tak. Tutaj zrobiłem już, co mogłem.

– Raport?

– Powinien być w miarę szybko. Jeśli znajdę coś ciekawego, od razu do ciebie zadzwonię.

– Dzięki.

Tymczasem w salonie policjantka siedziała na sofie i wpatrywała się w przestrzeń. Henry Mills stał przed dużym wykuszowym oknem i patrzył na tłumy wchodzące do British Museum. Billboard na dziedzińcu reklamował wystawę zatytułowaną Babilon, mit i rzeczywistość. Helen próbowała go namówić, żeby wybrali się na nią razem, ale Carlyle wiedział, że to jeden z tych planów, których nigdy nie uda im się zrealizować. Za bardzo się tym nie przejmował: mógł spokojnie żyć bez wieży Babel i szaleństwa króla Nabuchodonozora.

Po kilku sekundach Mills odwrócił się do niego. Był ubrany w dżinsy i białą koszulę w delikatną zieloną kratkę. Miał zaczerwienioną twarz. W jednej ręce trzymał szklaneczkę whisky, a w drugiej butelkę. Inspektor zerknął na etykietę – Famous Grouse – zauważył też, że butelka jest prawie pusta.

Carlyle gestem poprosił policjantkę, by zostawiła ich samych. Gdy wstała ciężko z sofy, o mało nie skrzywił się z niesmakiem. Określenie „grubokoścista” było eufemizmem. Od kiedy to zaczęli przyjmować do policji grubasów? – zastanawiał się ponuro. Pewnie odkąd większość społeczeństwa zaczęła tyć na potęgę.

Pozwolił, by Mills mu się przyjrzał. Wdowiec upił kolejny łyk whisky. Jego mina świadczyła o tym, że alkohol wcale go nie rozluźnia, a picie nie sprawia przyjemności.

– Na pana miejscu przestałbym pić – powiedział sztywno inspektor.

– Doprawdy? – Mills się skrzywił. – Cóż, to mój dom, kupiony za moją krwawicę. – Ostentacyjnie opróżnił szklaneczkę. – I moja żona.

Ale niedługo będziesz w moim komisariacie, pomyślał Carlyle. Stał w odległości niemal półtora metra od Millsa, ale i tak czuł alkohol w jego oddechu. Miał nadzieję, że dzięki nadmiarowi whisky wdowiec będzie bardziej rozmowny albo zapomni poprosić o prawnika.

– W tych okolicznościach to chyba niezbyt fortunny dobór słów – zauważył.

Henry Mills się uśmiechnął.

– Słuszna uwaga, panie…

– Inspektorze. – Carlyle sięgnął do kieszeni po legitymację. – Inspektor John Carlyle z komisariatu Charing Cross.

Nim schował legitymację, Mills odwrócił się do okna i znów napełnił szklaneczkę.

– Ma pan ochotę? – spytał przez ramię.

Carlyle zignorował tę propozycję.

– Może pan usiądzie?

Upewniwszy się, że szklanka jest wypełniona co najmniej w trzech czwartych, Henry Mills opadł ciężko na wielki fotel stojący w rogu pokoju przy oknie, a potem postawił butelkę na podłodze obok siebie. Licząc na to, że sofa nie zarwała się pod policjantką, Carlyle zajął zwolnione przez nią miejsce. Mieli już za sobą wstępne uprzejmości, postanowił więc od razu przejść do rzeczy. Spoglądając przez okno na błękitne niebo, spytał:

– Dlaczego zabił pan żonę?

Mills ściągnął brwi i zacisnął dłoń na szklance. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Carlyle odczekał chwilę. Już miał powtórzyć pytanie, kiedy z korytarza dobiegł jakiś hałas. Po chwili obok drzwi pokoju przeszedł Bassett, a za nim przesunęło się zamknięte w worku ciało ułożone na noszach z kółkami. Gdy Agatha Mills na zawsze opuściła swoje mieszkanie, jej mąż jęknął cicho i zgiął się wpół. W tym samym momencie w drzwiach stanął Joe.

Równie dobrze mógłbym pracować na środku cholernego Piccadilly Circus, pomyślał Carlyle z irytacją.

Gestem poprosił sierżanta, by wszedł. Joe przysiadł na poręczy sofy przy drzwiach, jak najdalej od Millsa, który wpatrywał się posępnie w szklaneczkę whisky.

Nadal nikt się nie odzywał.

Carlyle z przyjemnością wciągnął zapach szkockiej, a potem rozejrzał się po salonie. Większą część jednej ze ścian zajmował wielki pusty kominek. Na półce nad kominkiem stało kilka zdjęć Henry’ego i Agathy na wakacjach. Nieco wyżej wisiał duży plakat przedstawiający zaciśniętą pięść na tle nieznanej Carlyle’owi flagi. Napis na górze plakatu głosił Venceremos, a na dole Unidad Popular. Miejscami pożółkły i lekko naddarty w dolnym lewym rogu, kojarzył się raczej ze studenckim mieszkaniem sprzed trzydziestu lub czterdziestu lat, został jednak umieszczony w drogiej aluminiowej ramie, wartej zapewne więcej niż sam plakat.

Dwie pozostałe ściany były zakryte rzędami półek, na których piętrzyły się stosy książek, głównie powieści i pozycji historycznych. Niektóre były po angielsku, nie brakowało jednak licznych dzieł w innych językach – hiszpańskim, francuskim i niemieckim. Większość z nich wyglądała na często czytane. Prawie metrowe kolumny książek stały również po obu stronach fotela, na którym siedział Henry Mills. Kolejna sterta wznosiła się przed małym telewizorem kineskopowym ustawionym w rogu przy oknie. Na telewizorze stał magnetowid, ale Carlyle nie widział nigdzie żadnych kaset. Oba urządzenia były wyłączone i pokryte grubą warstwą kurzu. Inspektor nie zauważył nigdzie ani odtwarzacza DVD, ani dekodera telewizji satelitarnej.

Spojrzał na półki z książkami i przeczytał na chybił trafił kilka tytułów: Pinochet na Piccadilly, Wielka Brytania i ukryta historia Chile, Wywrotowe księgi, Rewolucyjne chrześcijańskie interpretacje Biblii w Ameryce Łacińskiej, Stany, ideologie i rewolucje społeczne, Analiza porównawcza Iranu, Nikaragui i Filipin. Odwrócił szybko wzrok w obawie, że od samych tytułów rozboli go głowa. Lubił czytać, ale nie wyobrażał sobie, by kiedykolwiek mógł przebrnąć przez setki książek zgromadzonych w tym pokoju. Rocznie zaliczał siedem, może osiem tytułów. Zwykle były to „autobiografie” piłkarzy albo thrillery, w których najpóźniej na trzeciej stronie ktoś musiał zostać pozbawiony głowy, rozczłonkowany albo wypatroszony – powieści, gdzie szalony seryjny zabójca działał w przekonaniu, że sprowadza na świat dusze mściwych nordyckich bogów albo coś w tym rodzaju. Dobra zabawa. W prawdziwym życiu nigdy nie miał do czynienia z seryjnym zabójcą i wiedział, że nigdy do tego nie dojdzie. W końcu to Londyn, a nie jakieś amerykańskie miejskie piekło.

Zachichotał w duchu. Państwo Mills nie należeli do ludzi, którzy czytają o seryjnych zabójcach, prawdziwych czy wymyślonych. Wyglądali na intelektualistów niezniżających się do takiego poziomu. I na ludzi trochę oderwanych od rzeczywistości. Nieco zabałaganiony salon sprawiał wrażenie, że mieszkają tu mili ludzie. A właściwie mieszkali do wczoraj, gdy jedno z nich postanowiło z jakiegoś powodu zabić drugie.

Carlyle zamknął oczy i policzył w myślach do trzydziestu. Potem otworzył je i jeszcze raz rozejrzał się po pokoju. Nie dostrzegłszy niczego nowego, odwrócił się do Henry’ego Millsa, który opróżnił już szklankę, ale jej nie napełnił. Inspektor już chciał wznowić przesłuchanie, ale do pokoju zajrzała młoda kobieta z ekipy techników.

– Proszę pana… – zaczęła, nie wiedząc, do którego z dwóch policjantów powinna się zwrócić – może pan przyjść na moment do kuchni?

– Dobrze. – Carlyle westchnął. Wstał i poszedł za nią. Po usunięciu ciała kuchnia wydawała się większa. Inspektor znów obszedł z daleka plamę krwi i zatrzymał się przy otwartej zmywarce. Kiedy zajrzał do środka, przekonał się, że nie licząc dwóch kubków i kilku sztućców, jest pusta. Jednak na blacie obok zmywarki stała stalowa patelnia, której wcześniej tam nie było, zamknięta w foliowej torebce.

Carlyle spojrzał wyczekująco na kobietę. Nie zamierzał się jej przedstawiać ani nie oczekiwał tego od niej.

– To mogło być właśnie to – odpowiedziała na jego nieme pytanie.

Inspektor skinął głową.

– Na pewno wszystko dokładnie się zmyło.

– Tak – potwierdziła technik. – Ktoś wytarł też starannie zmywarkę z zewnątrz. Ale powinniśmy znaleźć coś w filtrach albo przewodach.

– Doskonale. – Carlyle wreszcie poczuł przypływ energii. Powinni rozwiązać tę sprawę jeszcze przed wieczorem, jeśli nie wcześniej. Na myśl o tak łatwym zwycięstwie, od razu poczuł się lepiej. – Doskonale – powtórzył. – Świetnie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.