Międzypiekle - Nikolina Rudol - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 529 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Międzypiekle - Nikolina Rudol

W Międzypieklu, miejscu rozgrywek pozaziemskich istot, spotykają się anioł Nathaniel i demon Felix. Są to pozornie różne osobowości – oddany, uwielbiający ład i porządek sługa boży oraz swawolny, bezustannie kokietujący, diabelski pomiot. Dziwnym trafem dogadują się zaskakująco dobrze.

Potyczka ma formę partii szachowej. Dowódcy przedstawiają sobie królów – Iana Avalone’a oraz Samarę Phantom. Zaczyna się niesamowity pojedynek, w którym pionkami stają się zwykli ludzie.

 

 

Witaj. Skąd jesteś? Nie było Cię tutaj jeszcze. Ziemia, mówisz? A to ciekawe, nie miałem jeszcze ludzkiego gościa. Ale wejdź, nie krępuj się, usiądź. Właśnie tu, przed szachownicą.

Zatem jakimś cudem trafiłeś do Międzypiekla. Wiesz, że bywają tu głów-

nie aniołowie? Komiczne, że tak bawi ich mieszanie w losach ludzi. Zde-

moralizowani mieszkańcy Niebios przychodzą, a ja oferuję miejsce, czasami nawet kieliszek wody święconej. Później rozpoczynamy grę w szachy. O co gramy? W zasadzie o nic wielkiego, jedynie o kilka ludzkich istnień. No dobrze, może kilkaset.

Opinie o ebooku Międzypiekle - Nikolina Rudol

Fragment ebooka Międzypiekle - Nikolina Rudol








Strona redakcyjna


Prolog
Na granicy

„Międzypiekle – rozgrywki”, głosił napis nad drzwiami komnaty, do której wkroczył piękny, wysmukły anioł. Powietrze było tam suche i chłodne. Przez gotyckie okna wpadało białawe światło, które równie dobrze można by określić mianem bezbarwnego. Anioł zatrzasnął drzwi i omiótł wzrokiem komnatę. Musiał przyznać, że tym razem demony przesadziły. Nie przegapiłyby żadnej okazji do ośmieszenia ludzkiej religii, ale to już była profanacja na miarę samej piekielnej Księżniczki Ciemności, mylnie branej przez ludzi za Księcia. A ta przecież nie maczała palców w budowie Międzypiekla.

Na ścianach wymalowano karykatury świętych z groteskowo powiększonymi lub zmniejszonymi częściami ciała, przeważnie bulwiastymi nosami lub uszami przypominającymi żaglowce. Gdy jednak dostrzegł świętego Piotra z papierosem i liśćmi konopi indyjskich, omal nie zachłysnął się z oburzenia. „Opanowanie – powtarzał w myślach. – Tylko ono cię uratuje”.

Spuścił wzrok, nie chcąc gorszyć się jeszcze bardziej. Podłoga wyłożona była czarno-białym marmurem, a przez środek biegł chodnik w wymyślne wzory. Anioł ruszył dumnie ku centralnemu punktowi komnaty: maleńkiemu stolikowi z krzesłami po obu stronach; blat stanowił planszę do gry w szachy. Tam czekał już wysoki, ciemnowłosy demon o grzywce opadającej zadziornie na jedno z oczu. Drugie płonęło malinową czerwienią, a demon mrużył je w tak sugestywny sposób, że grzeszne myśli same cisnęły się do głowy. Oczywiście, kto jak kto, ale anioł potrafił takowe poskromić.

– Jak zawsze przed czasem, Feliksie – powiedział melodyjnym barytonem.

– Spóźnialstwo to ludzka cecha... Nathanielu – odparł ochryple demon. Z pewnością tabuny nastolatek utraciłyby zmysły tuż po usłyszeniu jego głosu. Nathaniel musiał z żalem przyznać, że niejedna anielica uległa jego niebezpiecznej i jakże zmysłowej urodzie. – Co słychać w Królestwie Niebieskim? – spytał Felix, gładząc palcem rzeźbioną nóżkę stolika. Dłonie, jak i całe ciało demona wyglądały niczym marmurowy posąg, w który ktoś tchnął życie.

– Nawet mnie nie denerwuj – prychnął Nathaniel, zajmując wolne miejsce i potrząsając z irytacją skrzydłami. – Dobrze wiesz, że nie wolno mi tu przebywać.

– Ach, oczywiście, oczywiście... – westchnął Felix. Założył nogę na nogę i oparł podbródek na dłoni, przyglądając się aniołowi z zainteresowaniem. – Ale nie zaprzeczysz, że ta wizyta sprawia ci przyjemność.

– Może tylko twoje towarzystwo ratuje sytuację.

– To urocze z twojej strony – powiedział z uśmiechem demon, gładząc palcem obramowanie szachownicy ozdobione pięknymi ornamentami. Cały stolik wydał się aniołowi jednym z lepszych wytworów demonicznego stolarza – niemal idealnie wysmakowanym dziełem rzemieślnika.

Na planszy nie było ani jednego pionka, co najwyraźniej nie dziwiło żadnego z przyszłych graczy.

– Ale jeśli chodzi o wystrój, polegliście na całej linii – stwierdził chłodno Nathaniel.

– Och – Felix uniósł brew i uśmiechnął się szerzej. – Doprawdy? A co ci się konkretnie nie podoba? Nie, nie mów, sam zgadnę! Święty Paweł z butelką trunku? Nie, chwila! To będzie... Maryja Dziewica w pończochach! – wskazał zamaszystym ruchem gigantyczny posąg w odległym końcu sali.

– Widzę, że świetnie się bawisz – powiedział anioł, nie okazując nawet krztyny zdenerwowania.

– Wyśmienicie – przytaknął demon, spoglądając na szachownicę. – Ale nie odpowiedziałeś na pytanie. Jak się mają sprawy w Niebie?

– Cóż, tak jak zwykle. Koszmarna nuda. Bawią się tylko ci, którzy osobiście nadzorują Najwyższego, o ile to, co robią, można nazwać zabawą.

Demon parsknął śmiechem.­

– No tak. Szatan też nie próżnuje.

– Zauważyliśmy. Księgowi są urobieni po łokcie. Gdyby mogli, przeklinaliby was, aż by się kurzyło.

– Tak. Gdyby mogli – dodał z naciskiem Felix. – Czasem mnie bawią te wasze ograniczenia. Związków homoseksualnych wciąż nie zalegalizowaliście? – uniósł brwi, widząc obruszoną minę anioła. – Och, przestańże się burzyć. U nas to normalne.

– Wiem o tym!

– Dobrze, dajmy już spokój. Nie powiem, że nie czerpię zdrożnej przyjemności z wyprowadzania cię z równowagi, jednak o wiele bardziej ciekawi mnie, jak obsadziłeś szachowych zawodników.

Zapadła cisza. Anioł uśmiechnął się tajemniczo, a w jego błękitnych oczach niespodziewanie zapłonął entuzjazm. Tak długo czekał, by dostać się w to miejsce! Dać upust frustracjom i wreszcie zabawić się odrobinę kosztem śmiertelników. Skutki ukończenia partii mogły być jednak różne. Wielu ludzi będzie cierpiało jak nigdy dotąd, wielu straci życie. A najlepsze było to, że nikt nigdy nie dowie się, że on, Nathaniel, przyłożył do tego rękę! Demony wybudowały twierdzę w tajemnicy, na pograniczu Piekła i Czyśćca, który tak naprawdę zaistniał dopiero w ludzkiej wyobraźni. Gdy Bóg dowiedział się o miejscu rozgrywek między pozaziemskimi istotami, wpadł w szał. Grożąc swoją malutką rączką, stanowczo zabronił anielskim zastępom zbliżać się do Międzypiekla.

Ale Nathaniel nie musiał się obawiać. Znajomości w Piekle czasem popłacały.

– Drużyny uzgodniliśmy już wcześniej – powiedział gwoli ścisłości, a Felix skinął głową. – Cudownie. Ale obranie głównych dowodzących i tak przysporzyło mi wiele trudności.

– To tak jak mnie – wtrącił demon.

– Ludzie potrafią być nieprzewidywalni, prawda? To znaczy niektórzy ludzie. Z doświadczenia wiem, że bywają i tacy, z których można czytać jak z otwartej księgi.

– Tych jest, niestety, zdecydowanie więcej. Ale najbardziej frapujące są właśnie niespokojne duchy – dorzucił z fascynacją Felix. – Są niesamowite, o tak. Aż żałuję, że tylko demony-dręczyciele mogą zstępować na Ziemię. Śmiertelnicy, za których się zabieramy, to nieudane eksperymenty Najwyższego, prawda?

– Owszem.

– Zatem ubawimy się jeszcze bardziej, wyśmienicie! Zaprezentuj swojego króla, mój słodki aniele.

Nathaniel wychylił się do przodu i musnął palcem szachownicę. Zmarszczyła się i rozmyła, pozostawiając miejsce dla kłębów dymu i wyłaniającej się z nich chłopięcej twarzy. Felix przechylił głowę, uważnie lustrując wzrokiem dowódcę armii przeciwnika. Chłopak miał może piętnaście, szesnaście lat. Jego drobną twarz okalała czarna grzywa. Włosy z tyłu głowy sterczały bezładnie, a skóra była chorobliwie blada. Oczy chłopca przypominały dwa obsydiany otoczone ciemnymi sińcami. Feliksowi skojarzył się absurdalnie z misiem pandą.

– Oto i mój król – powiedział Nathaniel. – Ian Avalone.

Felix pokiwał z uznaniem głową, po czym dotknął szachownicy. Chłopak zniknął, a jego miejsce zajęło oblicze nastoletniej dziewczyny. Miała bielusieńkie włosy sięgające ramion i oczy o zmanierowanym spojrzeniu.

– Mój król... czy może królowa. W każdym razie będzie grała pierwsze skrzypce. Samara Phantom. Zapamiętaj to nazwisko, Nathanielu – dodał złowieszczo. – Swoją drogą zabawne, że obaj wybraliśmy cokolwiek... hm, młodych ludzi.

– Istotnie, ciekawe. W porządku. Zaczynajmy. Tylko nie oszukuj!

Demon wybuchnął śmiechem, odchylając głowę do tyłu.

– Ojej, aleś mnie rozbawił!

– Niby czym?

– Bo widzisz... już zostałeś oszukany!


Rozdział pierwszy
Płomienie

Mitaya była niezwykłym miastem. Nieuważny obserwator mógłby uznać ją za staroświecką i pospolitą, ale tak naprawdę stanowiła jedno z największych skupisk rzeczy niecodziennych. Właściwie nadnaturalne zjawiska traktowano tam jak elementy zwyczajnych, szarych dni – chociaż w Mitai nie mogło być mowy o szarym dniu. Wszystko tętniło życiem już od samego rana. Wraz z pierwszymi promykami słońca z domów wyłaziły leniwe kociska, wyrwane ze snu przez natarczywe ujadanie psów. Wyłaniały się także buzie dzieci łaknących zabawy. Na rynek wylegały chmary ludzi: malarzy, grajków ulicznych, przydrożnych handlarzy. Powietrze gęstniało od pokrzykiwań, rozmów i katarynkowych melodii. Ogólnie rzecz ujmując, w Mitai trwał wieczny festyn.

Ale nie tylko dni były tam urokliwe. Złote noce, jak mawiali niektórzy, także wabiły hordy entuzjastów. Gdy wieczór spływał na miasteczko, nabierało ono nęcącego czaru. Ulice rozbłyskiwały złocistymi kulami latarń, a wokół klonu pośrodku rynku gromadziło się gigantyczne kłębowisko świetlików. Tłum nieco się przerzedzał, pozostawiając miejsce dla zakochanych par czy samotników na nocnych spacerach. Rzecz jasna, można było też spotkać bardziej mroczne istoty, ale o tym nikt nigdy nie mówił. Przypuszczalnie mieszkańcy przywykli do „tego czegoś”, co zamieszkiwało las i wydawało się emanować spomiędzy kostek brukowych. Zwłaszcza podczas złotych nocy takich jak ta, gdy miało wydarzyć się wiele dziwnych rzeczy.

Karciany Shaddy uwielbiał przebywać w miasteczku. Kochał w nim wszystko – każdą kostkę bruku, każdą cegłę i każdego świetlika, ale tym razem nie potrafił cieszyć się żadnym z nich. Krążył od uliczki do uliczki, między kamienicami, a obrazy rozmywały mu się przed oczyma. Słyszał ludzkie i nieludzkie głosy, odbijające się od czaszki niczym smętne echo. W ustach miał smak adrenaliny, a w nozdrzach mieszankę prochu strzelniczego i kwiatów jaśminu. Odciągając raz za razem kołnierz płaszcza i daremnie próbując porozpinać guziki, wypuszczał głośno powietrze z płuc. Wsparł się na murze jednej z kamienic, wlepiając wzrok w latarenkę na kamiennym pałąku. Oczy uciekały mu w głąb oczodołów, po plecach spływała lodowata struga potu. Czuł się, jak gdyby był już jedną nogą na tamtym świecie.

W pewnym momencie coś wypełniło jego kieszeń. Nie wiedzieć czemu maleńki ciężar sprawiał wrażenie palącego nawet przez materiał. Shaddy sięgnął po niego instynktownie i nie odrzucił, nawet gdy poczuł pieczenie na dłoni. Jakby trzymał kulę ognia, której żar przepalał skórzaną rękawiczkę.

W ręce spoczywał medalion – niepozorny i niezbyt ładny. Miał kształt kurzego jajka i był cały ze srebra. Cały, oprócz oczka pośrodku, wewnątrz którego wirowała jakaś dziwna... „Weź mnie, dotknij, czujesz już? Tak, to moc, dostaniesz ją całą!” ...substancja. Było jej niewiele, a konsystencją przypominała płynny węgiel. Bezdźwięcznie muskała szklane ścianki, próbując wydostać się na zewnątrz, wydrzeć wolność i siać zamęt. Zaraz. Skąd skojarzenie z zamętem i zniszczeniem? To było złe. Przeczuwał, ba, miał pewność, że nie powinien tego szukać.

„Oczywiście, że powinieneś. Tylko to rozbij, zniszcz barierę, a dostaniesz wszystko!” – szeptał sykliwy głos w jego głowie.

Ale pragnął. Tak bardzo pragnął.

– Shaddy? O rany, stary... znowu przeginasz nie w tę stronę! No już, wstawaj. Daj rękę.

Matt. Przyjaciel od zawsze i na zawsze. Matt o czerwonych włosach i budowie anorektyka, w dziwacznym ubraniu. Pochylał się. Swoją wychudzoną ręką dotykał dłoni Shaddy’ego w miejscu, gdzie jeszcze przed sekundą spoczywał medalion. Och, czyli upadł? Nie pamiętał.

– Wiesz, wbrew pozorom ważysz parę kilo więcej ode mnie, kolego. Wstawaj! Sam cię nie uniosę, a Ricka gdzieś wywiało. Jesteś skazany tylko na mnie. Ocknij się! – poklepywanie po policzku. – Ocknij, bo dostaniesz w mordę. Dobra, może nie jestem zbyt imponującej postury, ale gwarantuję, że jeśli zbiorę w sobie cały zapał, na pewno zaboli. Sam wiesz, że potrafię nieźle przefasonować twarzyczkę.

Matt musiał dużo mówić, bo kiedy Shaddy słyszał jego głos, zaczynał wracać do rzeczywistości. Medalion zaś znikał na jakiś czas. Był nic niewartą iluzją, w rzeczywistości mógł znajdować się wiele kilometrów stąd. Smak adrenaliny powoli ulatniał się z ust, a proch strzelniczy i jaśmin w nozdrzach pozostały już tylko wspomnieniami. Świat wokół był jak najbardziej prawdziwy i bliski – zwłaszcza nierówny bruk, wbijający się w policzek i klatkę piersiową.

Oczyma wyobraźni zobaczył własne ciało jako mrowisko, bo i czuł miliardy maleńkich nóżek spacerujących od czubka głowy aż po pięty.

– O Boże, cały się obśliniłeś. Jak ty wyglądasz, przecież jesteś trzeźwy! Dobra, leż sobie. Ale nie myśl, że tak łatwo dam ci spokój. Nie pozwolę, żeby tym razem to coś cię zabrało. Słyszysz? No jasne, że słyszysz, musisz. Póki jestem z tobą, żadna kretyńska siła nie zrobi ci krzywdy.

Usłyszał szuranie, a potem z trudem otworzył oczy. Zamiast podłoża ujrzał twarz Matta: jasnoniebieskie oczy i spiczasty podbródek oraz delikatnie zarysowane kości policzkowe. Uśmiechał się.

– Witaj wśród żywych – powiedział, owiewając Shaddy’ego smugą tytoniowego oddechu. Leżał na ziemi naprzeciw niego. Nieopodal przemykali ludzie, śmiali się i rozmawiali. Przechodząc obok, zwalniali i ściszali głosy, ale tylko na moment. Zresztą, kogo w ogóle obchodzili ludzie?

– To zaczyna być nie do zniesienia – wymamrotał Shaddy. Kolejna strużka śliny spłynęła po brodzie wraz z czymś ciepłym. – Krew mi leci.

– No. Z nosa poszła – Matt otarł kciukiem posokę z twarzy przyjaciela. – Co ci powiedział? Coś nowego?

– Nie. Znowu to samo. Boję się, Matt.

– Co ty. Nie możesz. Musisz być bohaterem, nie? – parsknął śmiechem, mierzwiąc czuprynę Shaddy’ego. Włosy opadły ciemnobrązową chmurą na oczy chłopaka. – Chryste, ostrzyż się! Wyglądasz jak kudłaty terier!

Zaczęli się śmiać, a śmiech złagodził strach i odpędził cienie.

Po kilku minutach bezczynnego leżenia wstali i ruszyli w stronę rynku. Shaddy wciąż odczuwał zawroty głowy, jednak było już o wiele lepiej: ustały mrowienie w ciele i krwotok z nosa. Matt podtrzymywał przyjaciela za ramię, trajkocząc bez ustanku. Jego głos przypominał Shaddy’emu dubbing postaci z kreskówki, ale nie mógł sobie przypomnieć której.

– ...nie mam pojęcia, dokąd polazł ten mały drań, Ricky. Pewnie się gzi. Nie cierpię go pilnować. Muszę być jego matką, ojcem i bratem, to strasznie wkurzające – Matt westchnął, a Shaddy przywołał na usta niemrawy uśmiech.

Pomimo ulgi, jaką poczuł, gdy owionął go wieczorny zefir, niepokój wciąż głaskał go chłodną dłonią po policzku. Miał wrażenie, że o czymś zapomniał, co tylko potęgowały dreszcze i zimno w żołądku. Bodźce z zewnątrz zaczęły docierać do niego o wiele szybciej i nagle uprzytomnił sobie, że powinien być zupełnie gdzie indziej.

– Cholera! – zaklął, zatrzymując się gwałtownie. – Cholera, cholera! – pociągnął nosem jak pies wietrzący trop. Już pamiętał. – Zrobiłeś to specjalnie! Nie przypomniałeś mi! – krzyknął, chwytając Matta za ramiona. – Ja... niech to! Muszę wracać.

– Ale dokąd? – zdumiał się czerwonowłosy. Sekundę później nadeszło olśnienie. – Nie ma mowy! Zawiadomimy Starszych, niech wyślą kogoś innego. Ty nie jesteś w stanie bezpiecznie się poruszać.

– Nie... nie rozumiesz... – Shaddy zanurzył drżące palce we włosach i poprawił nerwowo talię kart w kieszeni. Rozbiegane spojrzenie zdradzało graniczący z paniką lęk. – Dzieje się coś złego. On tam jest.

– Shaddy... który ON? – spytał z niepokojem Matt.

– Obaj!

Odnieśli wrażenie, jakby wszystko stanęło w miejscu. Delikatna muzyka ulatująca przez drzwi jednej z restauracji zastygła w niemalże materialnej wstędze dźwięków. Dwoje staruszków spacerujących środkiem rynku i kobiety rozmawiające pod klonem zmienili się w bezrozumne figury z wosku. Nagle cały świat zaczął się poruszać zbyt ślamazarnie, by nadążyć za przyspieszonym biciem ich serc i nerwowymi oddechami.

– Idę z tobą – rzekł po chwili Matt. Stanął naprzeciw przyjaciela i chwycił go stanowczo za rękaw. Shaddy natychmiast zaprzeczył ruchem głowy: cenił to, że chłopak się martwił, ale nie zamierzał wystawiać go na takie niebezpieczeństwo. Ten, z którym miał się zmierzyć, z pewnością go nie zabije, ale nie będzie miał skrupułów przed uśmierceniem Matta.

– Zapomnij. Nie, nawet tak nie patrz! Nazwij mnie sukinsynem, idiotą, wszystko jedno. Nie pójdziesz i koniec. A jak będziesz próbował sztuczek, to powieszę cię na skarpetkach nad Kaivą. Nie żartuję!

Matt ściągnął brwi.

– Co chcesz zrobić? – spytał. – Jesteś słaby. Nawet nie będziesz zdolny do przemiany w cień, a co dopiero...

– Nie zmienię się w cień – odparł krótko Shaddy i zaczął wodzić wzrokiem po placu w poszukiwaniu bardziej ustronnego miejsca.

Niewiele myśląc, ruszył zdecydowanie w kierunku zaułka pomiędzy sklepem monopolowym a cukiernią. Matt nawet nie próbował ingerować, patrzył tylko bezradnie, jak ciemna uliczka pochłania przyjaciela aż po skrawek płaszcza. Nie minęła minuta, a wyłoniło się z niej wielkie czarne psisko o zmierzwionej sierści i czekoladowych oczach, do bólu przypominających oczy jego ludzkiego wcielenia. Matt pokręcił z dezaprobatą głową, a pies szczeknął na pożegnanie i pognał ku najbliższej dróżce.

– Na razie – westchnął Matt. – I oby ci się udało.

***

Mężczyzna usiadł w fotelu, przejeżdżając palcami po miękkich podłokietnikach. Czuł powiewy wiatru i łaskotanie firany unoszącej się łagodnie w oknie, przez które niecałe pół godziny wcześniej wszedł do mieszkania. Mógłby to oczywiście załatwić szybciej i wygodniej, ale nie da się ukryć, że zabawa we włamywacza przysparzała Mishy mnóstwo frajdy.

Salonik tonął w poświacie księżyca i szmerach uśpionego domu. Mrok zabarwił meble, dywan i podłogę na granatowo, a tarcza zegara nabrała lustrzanego blasku. Miarowe tykanie, a nawet ruchy wahadła wydawały się rozpływać w ciszy. Misha założył nogę na nogę i podniósł zaciśniętą dłoń na wysokość oczu. Wyprostował palce, na których zawisł srebrny medalion z czarnym oczkiem.

– Jak mi dzisiaj pomożesz? – spytał cicho. – Jak mi pomożesz, kiedy naprawdę tego potrzebuję?

Nie uzyskawszy odpowiedzi, uniósł lekko kącik ust i zwinął łańcuszek, na powrót ściskając medalion w ręku. Nie rozstawał się z nim, odkąd go odnalazł. Już na początku wyczuł, że nie ma dobrych intencji. Absurd – jakby przedmiot myślał, posiadał inteligencję. A mimo wszystko starał się odgradzać od niego emocjonalnie, aby przypadkiem nie doszło do naruszenia granicy. Tę bowiem przekraczała tylko jedna osoba, a medalion przecież nią nie był – choćby nie wiadomo jak bardzo myślący się wydawał.

Wtedy Mishę nawiedziło osobliwe uczucie. Miał wrażenie, jakby z wnętrza dłoni coś promieniowało wprost do ciała. Następnie poczuł ból w wierzchniej stronie ręki, później w wewnętrznej. Jego oczy rozszerzyły się.

– Tak chcesz pogrywać? – syknął ze złością, wstając. Rozcapierzył palce, ale wisior jak gdyby przyrósł do dłoni. Potrząsnął nią – żadnego efektu. Wreszcie pociągnął z całej siły za łańcuszek. Wraz z naszyjnikiem oderwał kawałek naskórka, jednak to się nie liczyło. Medalion zaczął opadać ku ziemi, błyskając niby z groźbą. Szaroniebieskie oczy Mishy śledziły jego lot, usłyszał szmer powietrza, a później... huk. Osłonił się ramieniem, uskakując w bok. Dywan, na który powinien upaść medalion, stanął w płomieniach. Po wisiorze nie było już ani śladu. Pozostała jedynie kula ognia, wirująca z zatrważającą prędkością. Miała bardziej nasyconą barwę niż zwyczajny ogień. Na dodatek wydzielała ohydny odór, który nie kojarzył się Mishy z niczym, co znał – ni to zgnilizna, ni spalone białko, ni sadza.

Wreszcie kula znieruchomiała, a z jej wnętrza trysnął strumień czarnego dymu. Ogień rozprysnął się gradem iskier.

Mieszkanie płonęło.

***

Czarny pies gnał jak oszalały ulicami miasta. Samochody trąbiły, gdy przeskakiwał przed maskami. Zdezorientowani przechodnie złorzeczyli, kiedy przemykał między nimi i deptał stopy.

Nie zdąży.

***

Misha krążył po mieszkaniu, zasłaniając usta płaszczem. Smród wiszący w powietrzu był nie do wytrzymania.

Pożoga szybko rozlała się po pokojach niczym fala z ognistego oceanu. Objęła salon, przedpokój, przypuszczalnie także łazienkę i jedną z sypialń. Oplotła ściany złotymi sznurami, rozsiewając na tapetach czerniejące plamy. Medalion zniknął. Misha przekopał wszystko, co zostało z salonu. Daremnie. Pozostały dwa wyjścia: uciekać lub wykorzystać okazję i dokończyć to, co zaczął. Nie wychowano go na tchórza.

Stanął zatem w korytarzu rozjaśnionym blaskiem płomieni. Zmrużył oczy, a w tęczówkach zamigotało odbicie złocistych języków. Na ustach wykwitł złowrogi uśmieszek. W drugim końcu korytarza, pośród kłębów dymu, majaczyły drzwi. Ich opalona powierzchnia wydawała się przyzywać Mishę do siebie.

Ruszył naprzód, a jego stopy otaczały niskie, roztańczone płomyki. Będąc już blisko, wyciągnął rękę, gdy gdzieś w tyle usłyszał szmer.

Świst! Obrócił się na pięcie, jednocześnie odskakując w bok. Drzwi zostały przestrzelone. Płaszcz zajął się ogniem. Zerwał go z siebie i rzucił w płomienie.

Podniósł wzrok i ujrzał mężczyznę w rozpiętej koszuli. Stał w progu, trzymając pistolet i świdrując Mishę paraliżującym wzrokiem Cienia. Jedną dłonią zasłaniał nos i usta. Druga natomiast, ta, w której dzierżył broń, przybrała smoliście czarną barwę. Misha z doświadczenia wiedział, że nie było to zasługą rękawiczki.

Mężczyzna ruszył energicznie korytarzem. Misha wygiął wargi w subtelnym uśmiechu, ujrzawszy, że nogi przeciwnika nikną w odmętach ruchliwego, czarnego dymu. „Bycie niewidzialnym to wspaniała sprawa” – pomyślał, nim zaczął znikać. A później był już tylko blady cień, w który przeistoczył się przybysz, i szepty tysiąca osób – bezcielesna postać Mishy. Jednego z przeciwników walka na oślep wprawiła w ekscytację, drugiego zaś w śmiertelne przerażenie. Nigdy wcześniej nie pojedynkował się z Szeptem.

Łup! Doszło do zderzenia. Rozbłysło jasne światło, miejscami przechodzące w fiolet. Krew zakwitła na zwęglonych deskach niczym upiorny kwiat.

***

W sąsiednim pokoju jasnowłosa dziewczyna usiłowała podnieść się z podłogi. Dym wdarł się do sypialni, gdy spała, więc prawdopodobnie wciągnęła go sporo do płuc. Nie mogła oddychać. Mroczki podrygiwały drwiąco przed oczyma.

Przytrzymując się ramy łóżka, wstała na drżących nogach. Pożar objął prawie cały pokój, omal nie dosięgnął nogawki jej piżamy. Wokół unosił się paskudny, dławiący odór. Miała wrażenie, że przenika do jej wnętrza, rozrywając płuca. Zaczęła kaszleć, upadła. Pod palcami czuła rozgrzane deski. Płomienie docierały pomału do łóżka, ale nie zatarasowały jeszcze drogi do okna.

Poderwała się i zaczęła stawiać chwiejne kroki, gdy nagle powietrze rozdarł długi, przeszywający trzask, przypominający piorun. Zdążyła tylko spojrzeć w górę. Potem runęła na podłogę, zasypana gradem drzazg i desek.

Świat zawirował. Przedmioty nachodziły na siebie. Czaszka pulsowała bólem.

Musi wstać. Inaczej spłonie.

***

Gdy tak siłowali się w milczeniu, Misha spostrzegł, że tarcza niewidzialności Cienia zaczyna słabnąć. Pośród dymu ujrzał wypełnione przerażeniem zielone oczy, potem twarz i resztę ciała. „Szach mat – pomyślał. – Za chwilę zginiesz, niedoświadczony głupcze”.

Wykorzystując fakt, że Cień nadal nie mógł go zobaczyć, przeniknął swoją dłonią w jego dłoń. Poczuł ogromny ból, rozlewający się od nadgarstka aż po łokieć. Zdezorientowany Cień również wyczuł zmianę, nie wiedział jednak, co zwiastowała. Rzucił ostatnie rozpaczliwe spojrzenie na drzwi w końcu korytarza, jakby myślał, że jeszcze coś wskóra. Poczuł, jak jego ręka unosi się i odwraca ku twarzy. Przez dwie straszne sekundy miał przed oczyma czarny otwór lufy.

A później nastała ciemność.

Adrial Balltreace poległ w walce z Mishą Avalone’em. Upadł na podłogę jak szmaciana lalka z krwawą dziurą zamiast oka. Rzęsy drugiego zaczęły tlić się drobinkami żaru.

Misha dyszał jak po przebiegnięciu maratonu. Sekunda po sekundzie wracał do cielesnej postaci. Nie przypuszczał, że walka aż tak go wyczerpie. Gdy przemiana dobiegła końca, stanął nad ofiarą i westchnął cicho.

Nagle rozbrzmiało warczenie. Głuche i gardłowe, jakby wydobywało się z samego jądra wściekłości. Misha skinął głową. Wiedział, że prędzej czy później go dopadnie, nie przewidział jednak, że aż tak późno.

– Doczekałem się wreszcie – powiedział, powoli obracając się na pięcie. – Schodzisz na psy, Raphaelu.

Usłyszał szuranie pazurów po podłodze, a potem zamiast dzikiego dyszenia dobiegł go ludzki oddech. Odwrócił się. U wylotu korytarza prężył się dumnie chłopak o rozwichrzonych, przydługich włosach barwy hebanu. W jego oczach połyskiwała dzikość.

– To nie było zbyt trafne porównanie – powiedział chłodno Shaddy.

– A zasłużyłeś na trafniejsze?

Zapadła cisza. Misha rozmasował kark. Przez uchylone drzwi widać było, że pożar rozprzestrzeniał się już po kuchni. Czujnik dymu milczał – kolejny dowód na to, że płomienie bynajmniej nie należały do najzwyklejszych.

Shaddy obrzucił spojrzeniem ciało Adriala. Skóra Cienia wyschła i zbrązowiała. Wiedział, że przeciwnik zabił go od niechcenia, jakby w oczekiwaniu na wroga numer jeden, gwiazdę wieczoru. W oczekiwaniu na niego.

– Walcz, Raphael – powiedział po chwili Misha.

Shaddy przeniósł wzrok na mężczyznę. Jego twarz była pozbawiona wyrazu. Pomyślał, że powinna należeć do zombie, nie do żywej istoty. Nie było na niej zniecierpliwienia ani złości – niczego, co mogłoby świadczyć o gotowości do walki.

– Już czas? – wyszeptał chłopak. Głos miał ledwie słyszalny pośród trzasku ognia, jednak Misha bezbłędnie wychwycił każde słowo.

– Nie... ale walcz mimo to – odparł.

Shaddy skinął głową, po czym wyjął broń z kieszeni.

„Przedstawienie czas zacząć” – pomyślał, nim rzucił się w wir walki.


Rozdział drugi
Dama pik i czuwanie

Miał dość.

Vulneronie, cóż za noc! Nie potrafiłby wymienić części ciała, która nie wołałaby o odpoczynek. W dodatku strasznie bolała go szczęka. Jeśli się nie mylił – co było wielce prawdopodobne – to w nią właśnie oberwał podeszwą. Chociaż teoria ta mogła równie dobrze dotyczyć obtłuczonego siedzenia. Do wyboru, do koloru.

Wyciągnął przed siebie ręce. Ze skórzanych rękawiczek wystawały cztery palce – kciuk i serdeczny w prawej dłoni oraz środkowy i wskazujący w lewej. Uformował dłonie w szpony, pragnąc rozruszać stawy, zesztywniałe od długiego zaciskania pięści.

Przesunął językiem po zębach. Niech to wszyscy diabli, w całym tym zamieszaniu wyszczerbił sobie dwójkę. Zakasłał. Smak dymu – a zwłaszcza tamtego dymu – rozłaził się po jamie ustnej i zastygał między zębami, a także na tylnej części języka, zamiast spłynąć do gardła. W nozdrzach błąkał się jeszcze zapach ognia – nie spalenizny, a prawdziwego, żywego ognia. Był trudny do opisania. Może go sobie wymyślił? Tamten wieczór był naprawdę wyjątkowy, pamiętał wszystko jak przez mgłę. Jak sen.

Ileż by dał, aby to wszystko było jedynie kolejnym koszmarem!

Opuścił ręce i przeniósł wzrok na pokój, w którym – mógłby przysiąc – znalazł się za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Uciekał? Kiedy, z kim, jak? Pamiętał ucieczki spod straganów z jabłkami, ze sklepów ze słodyczami bądź alkoholem, ale tej jednej ni w ząb. Ot i zagwozdka.

Pokoik tonął w zielonkawej poświacie, bijącej od lampki pod sufitem. Był w całości wyłożony drewnem, z jedną komódką i małym łóżkiem oraz ustawioną tuż obok aparaturą. Aparatura pikała, syczała, powarkiwała cichutko i odrobinę Shaddy’ego przerażała. Od maszyn odchodziło mnóstwo kabelków i rurek. Jedną z nich poprowadzono w górę, do plastikowej maski. Twarz, na której spoczywała maska, należała do chudej szesnastolatki. Shaddy nie mógł długo na nią patrzeć, bo od kilku godzin leżała nieprzytomna. A z czyjej winy? Oczywiście z jego.

Włożywszy ręce do kieszeni, na powrót utkwił wzrok w suficie. Obrazy w kółko to traciły ostrość, to znów jej nabierały. O tak, obrazy to wyjątkowo kapryśne łotry, których w dodatku nie można chwycić i stłuc na kwaśną... gruszkę? Nie, chwila. Chyba coś pokręcił.

Nagle jednym z palców wystających z dziurawej rękawiczki wyczuł w płaszczu coś miękkiego i gładkiego. Wyjął to i obrzucił spojrzeniem.

Karta. Stara, wyświechtana karta, której kanty zaczynały powoli przypominać puchatą pleśń na chlebie. Brzydka, gruba matrona w zielonej sukni – dama pik. Ohydna!

Dlaczego był taki senny? Brał coś? Ach, tak. Oczywiście. Clein, „nadworny lekarz”, jak czasem go nazywał, nie przepuściłby okazji nafaszerowania kogokolwiek co najmniej kilkunastoma rodzajami leków. Chociaż tym razem gdzieś we wnętrzu Shaddy’ego, pośród niespożytych pokładów przewrotnego humoru, a teraz także zmęczenia, zatlił się maleńki płomyczek wdzięczności.

Pamiętał już, jak wchodził do izolatki i kładł małą na łóżku. Potem opadł na wybitnie niewygodne krzesło i poczuł, że opuszczają go siły.

Spomiędzy kolorowych cętek przed oczami co chwila spozierała cielęcym wzrokiem dama pik. Machinalnie pogładził kartę palcem, po czym obrócił ją na drugą stronę, wypełnioną zielonymi listeczkami. Kochał wszystkie karty poza pikową damą. Dlaczego? Ponieważ raz, jeden raz w życiu przegrał partię makao. W ręku została mu właśnie ta przeklęta dama, która z głupawym uśmiechem patrzyła, jak przeciwnik zgarnia czternaście funtów i dwie gumy do żucia. Durna dama. I przygłupia karta. Od tamtego czasu nigdy z nikim nie przegrał – ale też nigdy nikomu dobrowolnie nie zaproponował gry w makao.

Na wspomnienie przegranej partii zapragnął rozedrzeć kartę na pół.

Skrzypnęły zawiasy w drzwiach, a może po prostu w jego szyi, gdy przechylał głowę i zamykał oczy. Tracił czucie sukcesywnie od prawej do lewej strony ciała. Osunął się lekko na krześle. Z kieszeni prosto na podłogę wypadło kilka srebrnych naboi.

Dama pik wysunęła się spomiędzy palców i również wylądowała miękko na ziemi. Tak oto Karciany Shaddy zakończył rozmyślania o niczym i zasnął snem (nie do końca) sprawiedliwego.

***

Matt Deline przytrzymał się gałęzi, przyjmując wygodniejszą pozycję i uważając przy okazji, by nie podrzeć nowych dżinsów. A fakt, że i tak były podarte, nie miał tu nic do rzeczy, wyrażały bowiem jego osobowość. Niezwykle barwną, dodać trzeba.

Przetarł oczy i wypuścił nosem strugi dymu. Pomimo mało komfortowego położenia doskonale radził sobie z utrzymywaniem papierosa w jednej ręce. Potrafiłby zapalić niezależnie od okoliczności, a przyjaciele mawiali, że nawet na dnie Rowu Mariańskiego znalazłby sposób. Osobiście traktował takie żarty jako komplementy.

Spojrzał na rząd szeregowych domków. Na ścianie z białych paneli, które nocą wydawały się szarobure, jaśniał prostokąt światła. W jednym z pokoi na najwyższym piętrze chłopiec o jasnobrązowej czuprynie siedział pod namiotem z kołdry oraz koca. Przyświecając sobie latarką, studiował zapamiętale kolejny tom mangi Death Note. Matt uśmiechnął się w duchu. Sam po dziś dzień zaczytywał się w japońskich komiksach, zaś jako dziecko potrafił posunąć się do kradzieży (co robił niezwykle chętnie i często, chociaż funduszy nigdy w rodzinie nie brakowało), by zdobyć kolejny numer. Zapożyczył nawet pseudonim i ogólny wizerunek od jednego z bohaterów. Tom mangi, który czytał chłopiec, otrzymał właśnie od Matta.

Zaklął pod nosem, gdy wypalił ostatniego papierosa, a popiół spadł na rękaw jego ulubionej bluzki – w czarno-białe paski, wykrojonej na ramionach. Natychmiast strząsnął szary proszek. Tajemnicą poliszynela było, że Matt lubił się sobie podobać. Kochał swoje rzeczy i swoją fryzurę, ale nigdy, przenigdy nie otarł się o narcyzm! Och, dobrze, może raz lub dwa.

Zwrócił oczy na księżyc w nowiu, odcinający się bielą na fioletowym, poznaczonym pomarańczowymi łunami niebie. Noc jak każda inna – spokojna, chłodnawa. Aż dziw, że nie przejawiała żadnych oznak wyjątkowości, bo Matt miał pewność, że zdarzyło się coś niesamowitego. Niemal czuł sensację w kościach, w każdej komórce i każdym czerwonym włosie na głowie. Było tak od momentu, w którym rozstał się z przyjacielem.

Nie powinien na to pozwolić. Nacja nacją, godność godnością, ale dobro przyjaciół było najważniejsze, prawda? Rzecz jasna, gdy będzie po wszystkim i okaże się, że poszło dobrze (bo innej opcji nie przewidywał), zacznie udawać, że gdzieś ma całe zamieszanie. Będą go interesowały tylko kolejne paczki fajek i wieczorki przy butelce whisky. Tak, whisky była dobra. Matt ubóstwiał wszelakie alkohole – poza piwem – chociaż nie mógł poszczycić się najmocniejszą głową. Na pewno nie dorównywał pod tym względem Shaddy’emu.

Nagle Matt zesztywniał. Pośród podmuchów zefiru dosłyszał szelest. Przywoławszy na twarz cyniczny uśmieszek, zerknął na trawnik i powiedział:

– Nadal nie umiesz się skradać, co?

– Złaź na dół, pedale – odwarknął ktoś.

Matt rzucił mu przesycone wyższością spojrzenie. Chłopak pod drzewem, Ricky, był odrobinę niższy od niego i miał wielkie jasnoniebieskie oczy, o odcieniu identycznym jak oczy Matta. Była to właściwie jedyna cecha łącząca dwóch, bądź co bądź, braci.

Matt zeskoczył z gracją na dół i wylądował na trawie zwinnie jak kot. Ricky tylko spojrzał wymownie w niebo.

– Popisy – prychnął. – Odebrałem wiadomość z Cienistej Metropolii. Clein mówi, że Shaddy przybył do szpitala jakieś dwie godziny temu.

– No i co?

– To, że jest ranny, półgłówku.

Ruszyli trawiastym skwerem. O pierś niższego z chłopaków obijał się aparat cyfrowy. W przeciwieństwie do brata, który zawsze nosił w kieszeniach najnowsze cacka od firmy Apple lub Sony, Ricky nie lubował się w najdroższych markach i nie każda z jego rzeczy musiała mieć metkę. Mimo wszystko ubierał się dość oryginalnie – skórzana kamizelka oraz kolczatka na szyi z pewnością dodawały indywidualizmu.

– Myślisz, że to coś poważnego? – spytał Matt odrobinę mniej lekceważąco, niż zamierzał.

– Nie wydaje mi się. Shaddy nie dałby się załatwić. I przestań udawać, że cię to nie obchodzi, bo i tak nie uwierzę. Nie umiesz kłamać.

Nie umiał?! Toż to bzdura. W swojej opinii był znakomitym kłamcą. Cóż z tego, że kilka razy zadrżał mu głos lub spojrzał na rozmówcę zbyt śmiało czy niepewnie? Obraza majestatu.

– Wcale nie udaję! – zaperzył się Matt. – Po prostu jestem jeszcze trochę za bardzo przestawiony na... na ojca.

Pospiesznie odegnał wyraźne jeszcze wspomnienie chłopca pod kocem.

– No tak. Kiedy jesteś przy Jacku, stajesz się nie do wytrzymania. W zasadzie to nic nowego. Ale wiesz, kiedy masz wymalowany na twarzy taki błogostan, aż odbija mi się niedzielnym obiadem.

– Nie czepiaj się Jacka, bo zaraz poczujesz na facjacie zły dotyk mojej pięści. A wiesz, że zły dotyk boli przez całe życie, nie?

***

Było cicho. Ciemna szpitalna izba przyjęć wyglądała jak pogrążona we śnie. Pomimo padającego na nią zielonkawego światła nastrój był ponury i zniechęcający. Wokół unosił się gorzki, typowo szpitalny zapach.

Gdy dłoń w skórzanej rękawiczce przekręciła gałkę u drzwi, rozbrzmiał zgrzyt zamka. Bracia Deline weszli do środka i obrzucili pomieszczenie chłodnym spojrzeniem. Po obu stronach kontuaru – za którym wyjątkowo nie stała pielęgniarka o ciemnorudych lokach, a szkoda – ciągnęły się dwa korytarze. Matt pohamował uśmiech na myśl, że jeszcze nie tak dawno te same korytarze pękały w szwach od młodych skrytobójców, rannych podczas nieudanych akcji. Był to miesiąc prób; Starsi testowali świeżą krew. Tylko nielicznym udało się pomyślnie i w miarę możliwości bezpiecznie sfinalizować zlecenia.

A teraz szedł na spotkanie z kumplem, który sam omal nie zginął podczas wykonywania zadania. I pomyśleć, że trochę ponad miesiąc temu nabijał się z zawodzących żałośnie nowicjuszy.

– Sprawdzamy wszystkie sale... – odezwał się Ricky i wskazał głową na prawo, w stronę dłuższego z korytarzy – ...czy od razu walimy do gabinetu Cleina? I przestań się szczerzyć, do jasnej cholery!

– Co? – mruknął Matt, wyrwany z zamyślenia. – Kto się szczerzy, ja? Ach... nieważne. Tak, idziemy do Cleina. Nie będę się bawił we włażenie do każdej sali po kolei.

Ruszyli w stronę korytarza po lewej. Był krótszy od poprzedniego, a na jego końcu majaczyły ciemne drzwi. Gdy znaleźli się bliżej, Matt spojrzał na wiszącą na nich tabliczkę z napisem: „Clein Balltreace – Uzdrowiciel”.

Wpakowali się bez pukania do środka, wnosząc silny zapach męskich perfum oraz tytoniu.

Clein, chudy mężczyzna o brązowych włosach, siedział za biurkiem pośrodku pokoju i kartkował niespiesznie opasłe tomiszcze. Dziesiątki podobnych ksiąg oblegały biblioteczki, którymi zastawiono wszystkie ściany. Na biurku leżała paczka nawilżanych chusteczek o zapachu bzu, których Clein używał podejrzanie często. Było to jedyne z natręctw, którego nie pozbył się w trakcie leczenia nerwicy, i jedyna rzecz dotycząca uzdrowiciela, z jakiej nie żartowali Shaddy i Matt. Wiedzieli, że jego poczucie humoru nie obejmowało tak delikatnych spraw jak zdrowie psychiczne.

Lekarz podniósł leniwie oczy i domknął usta, ukrywając tym samym wyszczerbiony kieł.

– Kultura poszła się... – zaczął z westchnieniem, lecz Matt przerwał mu niecierpliwie:

– Tak, tak, poszła się pierniczyć. Wiemy, że nie umiemy pukać.

– To ty nie umiesz – wtrącił zgryźliwie Ricky, poprawiając słuchawkę w uchu. Przez chwilę było słychać stłumione dźwięki gitary elektrycznej, gdy Matt szturchnął brata w bok, a kabel zawisł luźno na piersi Ricky’ego.

Clein przewrócił oczami.

– Znając życie, przyszliście, żeby zobaczyć Shaddy’ego, czyż nie? – spytał przesadnie uprzejmie, wracając do przeglądania książki. Jedna z chusteczek poderwała się i wskoczyła wprost do rąk Cleina, który zaczął natychmiast wycierać dłonie.

– Znając życie, właśnie po to przyszliśmy – powtórzył przekornie Matt. – Powiesz, gdzie jest?

– Nie.

– Bo?

– Bo w ostatnich godzinach dość sporo przeszedł. No wiesz, kolega opuścił go w największej opresji, takie tam. Został narażony na odebranie licencji skrytobójcy, a jego podopieczna omal nie zginęła. No, stoczył jeszcze dość wyczerpujący pojedynek. W sumie nic wielkiego, ale dziwnym trafem przywlókł się do mnie kompletnie wykończony, z na wpół żywą dziewczynką na rękach. Nafaszerowałem go więc proszkami nasennymi, a teraz bardziej potrzebuje spokoju niż natrętnej gadaniny takiego upierdliwca jak ty, Matt – uśmiechnął się pod nosem. Ton jego głosu wprost tryskał sarkazmem.

Matt nawet się nie zirytował. Przeciwnie, oczekiwał podobnej reakcji – Clein po prostu był taki. Traktował jego i Shaddy’ego niczym jednokomórkowce niezdolne do pojęcia najprostszych prawd życiowych. Takich na przykład jak fakt, że po walce na śmierć i życie przeciętny osobnik ma prawo odczuwać wyczerpanie. Matt wiedział jednak, że w głębi duszy Clein tolerował ich towarzystwo. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że trochę ich... lubił.

Postanowił zatem przyczepić się do jedynego elementu wypowiedzi lekarza, który w pewien sposób ugodził w jego godność.

– Wcale go nie opuściłem – powiedział z wyrzutem. – Sam poprosił... zażądał, żebym zostawił to jemu. Chciałem pomóc, ale mówił, że sprawa jest poważna i musi zająć się nią sam.

– Sprawa jest poważna, co? – prychnął Clein. – W takim razie tym bardziej nie powinieneś zostawiać go samego. Wiesz, jaki z niego narwaniec. Jesteś niepoprawny, Matt, obaj jesteście. A właściwie to po co odciągałeś go wtedy od roboty? – zmarszczył brwi.

– Chciał się spotkać. Załatwialiśmy coś ważnego – Matt zdjął okulary i potarł palcami skronie. – To ściśle tajne.

– Ściśle tajna gadka przy butelce whisky. Jasne.

Ricky wyciszył muzykę. Postanowił włączyć się do rozmowy. Co prawda, brat przeważnie go irytował, ale nawet między tak kłótliwym rodzeństwem jak Deline’owie obowiązywała lojalność.

– Przestań się pluć. To prawda – rzekł niechętnie do Cleina. – Byłem z nimi tej nocy, a przynajmniej przez jakiś czas. I możesz być pewny, że nie poszli wtedy na dziwki ani do knajpy.

– Prawda czy nie – rzekł Clein, zatrzaskując z hukiem księgę – to nie ma znaczenia. Pamiętacie tego zabójcę, Adriala, który miał ochraniać małą od wewnątrz? No więc poległ prawie od razu. Zanim Shaddy dotarł na miejsce, dziewczynka zdążyła już oberwać w głowę zwęgloną belą, nałykać się sporo dymu i wypaść przez okno. Szczęście, że mieszkali na parterze. Straciła przytomność. Nie wiem, czy zdołam ją jeszcze obudzić, bo nie reaguje na żadne bodźce, więc módl się... – wycelował palec w Matta, który mimowolnie przełknął ślinę – ...żeby jednak się udało. Bo jak nie, to obydwu wam będzie ciepło. Shaddy’emu w dodatku grozi co najmniej zawieszenie, jeśli nie wydalenie z Cienistej Społeczności. Zakładając oczywiście, że Cienista będzie nadal istnieć po śmierci dziewczyny.

Ostatnie zdanie wypowiedział z tak lodowatą obojętnością, że Mattowi i Ricky’emu dreszcze przebiegły po karkach. Spojrzeli po sobie ukradkiem.

– A ja się nie pluję – dodał na zakończenie Clein, po czym wstał i odłożył książkę na półkę.

Ricky pokiwał wolno głową i spytał:

– Powiesz nam, kiedy się obudzi, prawda?

– Zastanowię się.

– Clein...

– Och, dobrze, w porządku! Powiem. Ale zejdźcie mi już z oczu. Nie mogę na was patrzeć. No, uciekajcie.

Wyszli z gabinetu pogrążeni w milczeniu. Matt opadł na krzesło z zasępioną miną i wyjął z kieszeni komórkę. Włączył grę zręcznościową. Przez głowę cały czas przemykał mu obraz Shaddy’ego poprawiającego talię kart w kieszeni i mówiącego, że musi wracać na posterunek. Że z jego protegowaną dzieje się coś niedobrego.

– Nieciekawie – podsumował sprawę Ricky, na powrót pogłaśniając dźwięk starego, poobcieranego iPoda.

– Racja, brachu – odrzekł Matt, z nieustannym pikaniem naciskając właściwe pola na ekranie telefonu. Kolorowe strzałki i ludziki migotały mu przed oczami. Zabijał je na oślep.

„Zapomnij. Nie, nawet tak nie patrz! Nazwij mnie sukinsynem, idiotą, wszystko jedno. Nie pójdziesz i koniec. A jak będziesz próbował sztuczek, to powieszę cię na skarpetkach nad Kaivą!”

Tak, to dla Shaddy’ego typowe. Był lekkomyślny, porywczy i głupi jak lewy but. Matt wyobraził sobie własne ciało dyndające radośnie nad rzeką, uwiązane na konstrukcji mostu, i po raz kolejny uśmiechnął się bezwiednie.

– Znowu się szczerzysz – zauważył Ricky. – Widać, że przejąłeś się jak cholera. A, i zostało ci trochę sera między zębami.

– Nie będę przecież płakał, nie? Gdzie ten ser? – przejechał językiem po górnej szczęce. – Już?

– Już. Słuchaj, czemu nie powiedziałeś Cleinowi...

– Bo nie. Słyszałeś przecież jego myśli. Idę o zakład, że na początku specjalnie pozwolił nam je odczytać. Był wkurzony i nie ucieszyłby się, gdybym wyjaśnił, czego szukaliśmy w Mitai, uwierz. A już na pewno nie wykorzystałby tych informacji właściwie, tylko nabrałby podejrzeń i musielibyśmy... A zresztą. Lepiej niech nie wie. I ty też się nie interesuj!

Ricky zamyślił się, przygryzając paznokieć kciuka. Powstrzymał chęć dociekania, co tak bardzo frapowało Matta i Shaddy’ego, choć nie ukrywał, że był tego bardzo ciekaw już od dłuższego czasu.

Matt westchnął cicho i udał, że po uszy pogrąża się w grze. W rzeczywistości zostawił za sobą kolorowy ekranik, a myślami był gdzie indziej.

Z ulgą przyjął do wiadomości, że Shaddy nie wyjawił Cleinowi szczegółów wczorajszego wieczoru. Uwolnił w ten sposób Matta od gradu niewygodnych pytań i składania bezsensownych wyjaśnień. Gdyby Clein zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej na temat poczynań Shaddy’ego, zapewne zmusiłby do mówienia zarówno jego, jak i Matta. I nawet jeśli któremuś wcześniej rozwiązałby się język, bez wątpienia nie odmówiłby sobie sadystycznej przyjemności przesłuchania także drugiego.

Ale Clein nic nie podejrzewał. I bardzo dobrze.

A Shaddy? Co mu się stało? Powierzchownie Matt – zgodnie z planem – wyglądał na zrelaksowanego, jednakże wewnątrz miał ochotę zwyczajnie zapaść się pod ziemię ze wstydu. Lekarz miał rację. Zostawił kumpla w potrzebie i pal licho wszystko, co powiedział Shaddy. Powinien pójść za nim, a Clein bardzo słusznie miał mu za złe, że tego nie zrobił. Dlatego nie wyjawił, gdzie umieścił Shaddy’ego i Samarę Phantom, dziewczynę, którą tamten ochraniał. Nawet czytając w myślach, Matt nie potrafił odszyfrować położenia kolegi. A trzeba wiedzieć, że w telepatii był bardzo, bardzo dobry. Clein zastosował prostą, acz niezawodną taktykę, która skutecznie uniemożliwiła Mattowi wgląd w jego umysł: po prostu co chwila zaglądał do książki. Chłopak słyszał jedynie ciąg łacińskich nazw leków.

Wyłączył komórkę i utkwił w ścianie beznamiętny wzrok. Gdyby Shaddy zginął, świat Matta ległby w gruzach.

***

Minęły trzy dni wypełnione irytującą bezczynnością. Clein podrapał się po brodzie, spoglądając na leżącą w bezruchu dziewczynę. Wyjął chusteczkę o zapachu bzu, wytarł ręce i siłą woli wyrzucił ją do kosza.

Shaddy siedział przy pacjentce dzień i noc, opuszczając krzesło obok łóżka tylko okazjonalnie. Bardzo martwił się stanem protegowanej i Clein wcale mu się nie dziwił. Zmarszczył czoło i zerknął na kroplówkę, a później na monitor elektrokardiogramu. Serce małej biło szybko i nieregularnie. Przyłożywszy dłoń do jej bladego jak wosk czoła, stwierdził, że dziewczyna ma podwyższoną temperaturę.

Zapadła w śpiączkę albo przynajmniej w jakiś letarg, z którego nie potrafił jej za nic wyrwać. Zastosował nawet elektrowstrząsy – bez rezultatu. Było to cokolwiek dziwne zjawisko, bowiem dziewczyna nie doznała żadnych cięższych obrażeń. Mimo wszystko jej organizm wyglądał na skrajnie wyczerpany, wobec czego Clein był przygotowany na najgorsze. Nie miał tylko pewności, czy pozostali także przyjmą to ze spokojem.

Samara Phantom była ważna. O tak, bardzo ważna. A Clein musiał ją wyleczyć – nie miał wyboru. Cóż jednak miał zrobić, kiedy pozostawało tylko czekanie?


Rozdział trzeci
Trzepot skrzydeł

Spała.

Świat wydawał się ogromnie odległy, zaś tysiące mil dzielące ją od życia – tak namacalne i prawdziwe. Pod czaszką czuła płytki, ćmiący ból, po jakimś czasie powodujący nudności.

– Samaro?

Uderzała stopami o krawędź stromego zbocza. Podejrzewała, że nie byłoby najrozsądniej przesunąć się o kilka cali w przód. Nie miała ochoty na upadek z urwiska, z którego wysokości nie widziała nawet ziemi. Wokół dominował mdły odcień szarości. W przestrzeni snuły się setki obłoków i biały dym, tworzące kuriozalną imitację mgły.

– SAMARO!

Lepki wietrzyk oplótł ciało dziewczyny. Przypominał czyjś oddech, był ciepławy i pachniał całkiem przyjemnie. Dotknęła dłonią podłoża pokrytego czymś miękkim i puszystym. Spojrzawszy w dół odkryła, że są to poszarpane pióra. Całe mnóstwo piór – pierzasty dywan. Miejscami splamione lepką, metalicznie srebrną substancją, sprawiały wrażenie powyrywanych z ciała skrzydeł.

Skrzydeł anioła?

Aniołowie. Tak, musieli tam być. Zatem to niebo. Ale nie takie, o jakim tyle się nasłuchała. To niebo stanowiło zaledwie żałosną atrapę prawdziwego, obrosłego w legendę Raju, miejsca wiecznej szczęśliwości. Oszukano ją. W prawdziwym, nieskończonym Niebie cierpienie nie miało prawa bytu, a ją przecież tak bardzo bolała głowa. I nie tylko głowa. Całe ciało. Czuła resztki gryzącego dymu w płucach, a gdy dotknęła koniuszków włosów, spostrzegła, że są czarne i opalone. W normalnych okolicznościach pewnie żałowałaby kosmyków opadających miękko na szyję, policzki i ramiona, ale skoro już umierała, ziemska powłoka utraciła wartość. Prawda?

Ktoś dotykał jej ramion od tyłu. Spojrzała za siebie, ale nikogo nie ujrzała. Biaława zawiesina stale utrudniała widzenie, jak gdyby ktoś rozpuścił mleko w proszku, a potem zmusił je do lewitacji.

– Wstań. Chodź do mnie. Musimy...

Do kogo należał głos? Nie wiedziała. Był ochrypły i niski – jak u chłopca przechodzącego mutację w okresie dojrzewania.

– ...wejść, inaczej zamknie się na zawsze, musimy wejść...

Wejść dokąd? Tam nic nie ma. Są tylko przestrzeń, pióra i mgła, są też głos i czyjeś palce starające się jej dosięgnąć.

– Proszę, wstań, my...

W porządku. Wstała. Po raz ostatni rzuciła przelotne spojrzenie na przepaść, po czym odwróciła się i stanęła twarzą do nieprzeniknionej bieli. Kłębowisko chmur i dymu zasłaniało wszystko. Instynktownie wyciągnęła ręce do przodu i natychmiast wyczuła, że czyjeś dłonie splatają jej palce ze swoimi. Przez moment je widziała. Były chorobliwie blade i delikatne. Niemożliwe, by należały do chłopaka.

Zanurkowała w bieli. „Wszystko zaczyna się od czerni, czerń jest straszna” – mówią. Boją się mroku i nieznanego. A jednak ta biel była o wiele gorsza, o wiele bardziej przerażająca. Jak pusta kartka papieru, na którą ktoś chciał nanieść ją w charakterze rysunku. Kreśliła w wyobraźni kolejne pociągnięcia ołówka, delikatny zarys androgenicznej sylwetki, jasne włosy, duże oczy i wiecznie wykrzywioną twarz. Własną postać – jednocześnie bliską i odległą. Jakby zostawiła ciało gdzieś daleko, na dnie przepaści.

Obce ręce odsunęły się, pozostawiając jedynie chłód. Sekundę później uzmysłowiła sobie, że zostały zastąpione prętami wielkiej srebrnej bramy. Była tak wysoka, że nie potrafiła dostrzec jej końca, który ginął gdzieś w mlecznych przestworzach.

– Jest otwarta. Trzeba tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Musimy tam wejść – powiedział głos niewidocznego chłopaka.

I wtedy go ujrzała. Stał obok, drobny i szczupły, z burzą czarnych włosów i mocno podkrążonymi oczyma. Nie znała go, a mimo to miała wrażenie, że gdzieś już go widziała.

Zaczęła obmacywać bramę w nadziei, że w końcu natrafi na słaby punkt. Dotarło do niej, że słyszy krzyki dobiegające z oddali, z przepaści. Były coraz bliżej, krzyki i jak gdyby...

– Trzepot skrzydeł... – wyszeptała i zaczęła mocniej szarpać pręty, czując narastający strach. Jak stado ptaków, jak szarańcza, coś zbliżało się z zatrważającą szybkością.

– Prędko!

„Nie potrafię prędzej, nie potrafię, Boże, co się dzieje, chcę uciec!”

Naraz brama ustąpiła pod naporem ich dłoni – jej i nieznajomego chłopaka. Rzucili się do przodu, pędząc w nieznane, byle jak najdalej od wszechogarniającego trzepotu, który teraz przerodził się w huk. Nie widzieli nic.

Łup! Upadła na kolana, targana do tyłu przez niewidzialną siłę. Krzyknęła. Chłopak obejrzał się i zbladł, co wydawało się niemal niemożliwe przy naturalnym porcelanowym kolorycie skóry. Jego oczy zrobiły się ogromne jak dwa talerze.

– Podaj rękę! – wrzasnął, rzucając się ku niej.

Próbowała. Naprawdę próbowała, chciała dosięgnąć, ale zaczęła tracić grunt pod nogami. Wiedziała już, że za chwilę spadnie, zacznie dryfować bezwładnie we mgle, a potem przyspieszy niespodziewanie, uderzy o ziemię i roztrzaska się na kawałeczki. Chociaż nie była wcale pewna, czy kiedykolwiek napotka na drodze ziemię.

Musnęła palce chłopaka, a potem zsunęła się z piskiem z urwiska.

Spadała, otoczona trzepotem miliardów skrzydeł.

***

Shaddy zaklął cicho i potarł palcami wciąż przekrwione oczy. Ocknął się dopiero niedawno i czuł piasek pod powiekami. Otępiony lekarstwami, odnosił wrażenie, jakoby znajdował się wewnątrz potężnego przezroczystego balonu. A te zesztywniałe od siedzenia mięśnie!

Oparł łokcie na kolanach i coraz bardziej zdenerwowany zaczął tarmosić twarzą rękaw płaszcza. Miał wrażenie, że dzień wcześniej ostro zabalował i naprawdę – naprawdę! – chciałby w to wierzyć. Niestety, wspomnienie poprzedniej nocy z całą pewnością długo jeszcze będzie prześladowało go w sennych koszmarach. Wizja zmęczonych oczu napastnika, wewnątrz których wyraźnie połyskiwało znudzenie pomieszane z bezustanną czujnością, przyprawiała go o drżenie.

Odjął rękę od twarzy i spojrzał na łóżko. Nadaremnie jednak robił sobie nadzieję – dziewczyna pozostawała nieprzytomna. Czyli wszystko na marne? Cóż, najwidoczniej tak. Jaka szkoda. Nawet nie chciał myśleć o czekającej go wizycie u przełożonego. Zapewne zostanie srogo zrugany za narażenie życia tak ważnej dla społeczności skrytobójców osóbki.

Nagle drzwi otworzyły się ze skrzypieniem i do izolatki wszedł Clein odziany w lekarski kitel i ze zwisającym na piersi stetoskopem. Trzymał w rękach podkładkę do notowania, a jego ponury uśmieszek nie zwiastował niczego dobrego. Zresztą czy w ogóle istniała szansa na to, że w najbliższym czasie wydarzy się coś, czego nie można określić mianem katastrofy?

– Witaj, śpiąca królewno – rzekł Clein, poprawiając maskę tlenową na twarzy Samary. Ciepłe powietrze wydychane przez dziewczynę osadzało się parą na plastikowej powierzchni. Przespałeś bite osiemnaście godzin. No... oboje przespaliście – odrzucił z twarzy dziewczyny kosmyk nadpalonych, jasnych włosów, po czym zwyczajowo wytarł ręce w wilgotną chusteczkę. – Jak się czujemy?

– W porządku – wymamrotał, drapiąc się po karku i przeciągając. – Powiedzmy.

– Obiecałem komuś, że będzie mógł się z tobą zobaczyć, kiedy względnie powrócisz do stanu używalności.

„Matt” – pomyślał od razu Shaddy, a na jego twarzy zagościł mizerny, aczkolwiek przepełniony ulgą uśmiech.

– Wspaniale.

– Ale, ale. Najpierw prochy – Clein zaczął grzebać w kieszeni i po chwili wydobył dwa listki tabletek – jeden biały, drugi ciemnozielony. Na widok lekarstw Shaddy skrzywił się z obrzydzeniem. – I bez gadania, bo rozmyślę się co do odwiedzin – dodał z nutką groźby lekarz.

– Nie potrzebuję...

– Oczywiście, że nie potrzebujesz. Bez powodu chcę wyniszczyć twój żołądek, bo strasznie bawi mnie twoje nieszczęście, więc bądź tak miły i połknij po dwie z każdego rodzaju, okej?

Shaddy przewrócił oczami i wziął pigułki, po czym połknął wszystkie cztery na sucho. Natychmiast zaczął się krztusić.

– Otaczają mnie kretyni – rzekł Clein i podał mu stojącą na nocnym stoliku szklankę z wodą. Shaddy chwycił ją i popił leki.

– Sorry. Wciąż jestem trochę... – odkaszlnął dwa razy – ...na haju.

– Zrozumiałe.

– Ale mam maleńką prośbę...

– O nie. Już ja znam ten wyraz twarzy. Nie ma mowy! Nie... Zabieraj te łapska! Już powiedziałem: nie ma nawet o czym mówić.

– Tylko jedna! – zawył Shaddy, niemal padając na kolana i składając dłonie jak do modlitwy. – Błagam cię, o miłościwy, najwspanialszy, najbłyskotliwszy! Jedna mała fajka! Proszę, przecież mały papieros jeszcze nigdy nikogo z miejsca nie uśmiercił, prawda? Prawda?

– W twoim wypadku każdy jeden może przeważyć szalę. Mało ci było dymu? Jeszcze chcesz się truć? Nie, nie szukaj nawet – dodał, widząc, że Shaddy właśnie podejmuje próbę przetrzepania całego płaszcza od góry do dołu w poszukiwaniu napoczętej paczki cameli. – Zabrałem je, kiedy zasnąłeś.

Chłopak spojrzał na Cleina z iście morderczym wyrazem twarzy, który ani odrobinę nie wzruszył mrocznego i nieugiętego doktora numer jeden (za wymyślenie tego uroczego pseudonimu Shaddy i Matt zostali nieomal pozbawieni głów).

– Jesteś świnią. Pospolitą, śmierdzącą, włochatą świnią. Bez fajek czuję się... nagi!

– Uwierz, że nie chciałbym oglądać twojej nagości, więc gdybym musiał ryzykować czymś podobnym... Cóż, wolałbym już skazać cię na raka płuc – Clein uśmiechnął się zjadliwie, przygryzając dolną wargę kłem.

Shaddy jeszcze przez kilka minut usiłował naciągnąć go na chociażby gumę o smaku nikotyny. Lekarz jednak pozostawał nieubłagany. Po stanowczym zakazie opuszczania pomieszczenia oraz dotykania czegokolwiek, co pika i świeci przy łóżku Samary, jak i nagabywania samej zainteresowanej, opuścił izolatkę z nosem ostentacyjnie wycelowanym w sufit. Shaddy również utkwił wzrok w ciemnym drewnianym sklepieniu pokoiku. Każde zajęcie, nawet liczenie sęków i dziur po kornikach, wydawało się lepsze niż rozpamiętywanie porażki.

Kiedy ciemnowłosy chłopak kołysał się na krześle i gapił bezmyślnie w górę, leżąca na łóżku dziewczyna poruszyła się nieznacznie. Shaddy początkowo niczego nie zauważył, jednak później zaczęły dobiegać go niewyraźne pomrukiwania oraz szelest pościeli. Gdy stopa Samary wyrżnęła głucho w łożnicę, zmarszczył brwi i wychylił się do przodu, by lepiej widzieć poczynania dziewczyny. Poprzestała jednak na paru ruchach i jękach, a kilka następnych minut upłynęło w ciszy. Shaddy zastanawiał się, czy nie poinformować o tym Cleina, ale doszedł do wniosku, że pewnie i tak niewiele by pomógł.

Powiódł wzrokiem po zakurzonej podłodze. Przemknęło mu przez myśl, że od dawna nikt nie odwiedzał izolatki – nawet salowa. Z braku okien powietrze było tam dość duszne. Z pewnością nie były to dogodne warunki dla powrotu do zdrowia, jednak Clein nigdy nie położyłby Samary na oddziale. Panoszyło się tam zbyt wiele bakterii, ponadto wśród bardziej zorientowanych pacjentów jej obecność mogłaby wzbudzić sensację.

Na podłodze oprócz kłębów kurzu („Moje kurzowe króliczki!” – powiedziałby pewnie Matt) walały się zużyte długopisy i parę wacików, a także dama pik, którą Shaddy porzucił nieświadomie, nim zasnął. Podniósł kartę i raz jeszcze obrzucił ją obojętnym spojrzeniem. Tłustawa kobieta w szumnej ciemnozielonej szacie z jednej strony była szczerbata – w miejscu, gdzie zwykle dociskał kciuk podczas trzymania karty. Musiał zdrapać farbę paznokciem.

Ostatnim razem dama pik pomogła mu zasnąć. Może przyda się i teraz? Ledwie to pomyślał, a na nowo ogarnęło go znużenie. Usadowił się wygodniej na krześle i zatopił w czeluściach płaszcza, gdy rozległ się ogłuszający trzask drzwi o ścianę.

Otworzył oczy. W progu stał wysoki, szczupły chłopak, w którego włosach igrał zielonkawy blask lampy. Miał na sobie czarną bluzę z krzykliwym żółtym emblematem.

Shaddy powitał Matta słabym uśmiechem. Po chwili do pokoju wtoczył się Ricky, tupiący głośno glanami i zostawiający za sobą zaschnięte błoto, jak zwykle odcięty od świata za pomocą głośnej muzyki. O dziwo, słyszał często o wiele więcej niż inni, czasem nawet aż za wiele. Aparat cyfrowy dyndał mu u szyi, a z kieszeni wystawał szkicownik.

– Cześć wam – rzucił Shaddy z ulgą.

– Cześć. Opowiadaj – odparł bez zbędnych wstępów płomiennowłosy.

***

– Cześć – powiedział chłopak o znajomym głosie.

– Czemu tu jest tak ciemno? – dziewczyna odpowiedziała pytaniem, błądząc dłońmi wokoło.

– Śpisz. Pewnie dlatego.

– Nie śpię.

– Jak to nie? Oczywiście, że śpisz, Samaro. Ja też. I wiesz, ktoś na nas czeka.

– Na mnie nikt nie czeka.

Nie miała pojęcia, że zupełnie niedawno, całkiem niedaleko ktoś walczył na śmierć i życie, by mogła znów otworzyć oczy. I że czekał na nią – naprawdę czekał – dokładnie w chwili, gdy pomyślała, że jest odwrotnie.

***

– Kiedy dotarłem na miejsce, on już tam był – Shaddy wsunął odruchowo dłoń do kieszeni w poszukiwaniu utraconej paczki papierosów. Gdy jego palce zacisnęły się nerwowo na podszewce, stęknął zawiedziony i kontynuował opowieść: – Stał nad tym biednym Adrialem ze spluwą w ręce, facet już nie żył.

– To prawda, że strzela ze zwykłej beretty? – spytał niby obojętnie Ricky, oparty niedbale o jedno z urządzeń koło łóżka. – Słyszałem, że potrafi wyczyniać z nią niezłe cuda.

– Tak, to prawda – odrzekł Shaddy. – Tym bardziej jest mi łyso. Dajcie spokój, gość wyszedł do mnie z normalnym pistoletem i rozniósł w puch mojego mitis occisora. Dosyłacz mi się zakrztusił. Słyszycie, jak kasła? – wyjął z kieszeni wyraźnie pogruchotany pistolet, na którego lufie widniało długie pękniecie. Broń posykiwała cicho, wypuszczając od czasu do czasu obłoczki szarego dymu. Po chwili z jej wnętrza wypełzł maleńki, podobny do jaszczurki stworek o siedmiu ogonach, zanoszący się suchym kaszlem – mindgrim. Matt syknął i pokręcił z niedowierzaniem głową. – Ostatecznie raz udało mi się go trafić, ale... sami rozumiecie – mruknął posępnie Shaddy. – Dobry jest i tyle.

Matt westchnął cicho, w dalszym ciągu nie mogąc pojąć, jak ktoś wyposażony w ludzki pistolet, ewentualnie miecz lub sztylet, mógł przetrwać w pojedynku z cichym zabójcą pokroju Shaddy’ego. Ba, przetrwać! Skończyć z całkiem przyzwoitym wynikiem!

No dobrze, fakt, że przeciwnik był Szeptem, czyli Nietykalnym, odrobinę zmieniała postać rzeczy. Cienie i Nietykalni byli śmiertelnymi wrogami. Ci drudzy mordowali pierwszych w pochwały godnej służbie dla Korony Brytyjskiej oraz organizacji międzynarodowych.

– I co dalej? – spytał Matt. – Oberwał kulą paraliżującą?

– Jadową – sprostował Shaddy. – Musiała nieźle zadać mu bobu. Ulotnił się po paru minutach, ledwie trzymając się na nogach. W gruncie rzeczy nic dziwnego, to trucizna rzędu Z.

Matt i Ricky unieśli jednocześnie brwi.

– Pieprzysz – Pokręcił głową Ricky.

– Stary, skąd wytrzasnąłeś takie świństwo? Zabronili to sprzedawać! – wyszeptał podekscytowany Matt.

– Mnóstwo czarowników w Cienistej Metropolii zajmuje się pokątnym handlem – odrzekł wymijająco Shaddy. – Tak się złożyło, że Thomas miał akurat na podorędziu kilka flaszeczek. W każdym razie podziałało – i to nieźle.

– Mogłeś go zabić – Matt osunął się po ścianie i wpatrzył tępo w oparte na kolanach dłonie. W jego oczach, jak i uniesionym kąciku ust, malowały się fascynacja i podziw. – Tak mało brakowało! Gdybyś trafił w odpowiednie miejsce, zafundowałbyś mu niezapomniane... przeżycia. Jad Cieni bardzo powoli rozchodzi się po ciele. Sakramencko!

– Skoro starczyło mu energii, żeby nawiać – rzekł Ricky, podpierając podbródek na dłoni – wygląda na to, że jeszcze trochę się pomęczy, zanim wykorkuje. Jest bardzo silny, ale teraz jego siła jest dla niego przekleństwem. Pewnie modli się o śmierć. Nie chciałbym być na jego miejscu – wyjął szkicownik i zaczął oglądać świeżo rozpoczęty rysunek: małego chłopca zastygłego w bezruchu na krańcu przepaści, z balonem w grafitowej rączce.

Zapadła cisza, przerywana jedynie miarowymi odgłosami pracujących maszyn. Shaddy zerknął przelotnie na dziewczynę. Wiedział, że Matt również na nią patrzy, marszcząc brwi. Przypuszczalnie spodziewał się czego innego po najsłynniejszej przedstawicielce rodu Phantomów. Na pewno nie cherlawej budowy ciała i prawie białych włosów. Mała stanowiła dokładne przeciwieństwo swego ojca, Jamiego. Jego postawna sylwetka i puszyste kasztanowe włosy, przypominające trochę lwią grzywę, bez porównania bardziej pasowały do zaszczytnego tytułu Lidera skrytobójców.

– Wygląda zupełnie jak Ellie – stwierdził po chwili Matt. – Wypisz wymaluj.

Shaddy pokiwał głową. Doskonale zrozumiał aluzję kolegi: Elizabeth, matka Samary, była w stu procentach zwyczajnym człowiekiem. Co prawda wtajemniczono ją w sprawy Cienistej Społeczności, jednak nie zmieniało to faktu, że przy zgrai Cieni w ich charakterystycznych czarnych płaszczach i z chmurnymi spojrzeniami wyglądała raczej mało okazale.

– Ach, właśnie – zaczął znów Matt. – Musimy porozmawiać o... – urwał, bo Shaddy przyłożył palec do ust i rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. Następnie przeniósł wzrok na drzwi, w których kilka sekund później stanął Clein.

– Nacieszyliście się już sobą? – spytał, notując coś zawzięcie. – To świetnie, bo właśnie skończyły się godziny odwiedzin. Do widzenia panom. – Wskazał Mattowi i Ricky’emu otwarte drzwi.

– Ale...

– Do widzenia!

Chcąc nie chcąc, rzucili Shaddy’emu krótkie pożegnanie, po czym poczłapali do wyjścia. Clein również nie zabawił długo w izolatce – czekało na niego jeszcze kilkoro pacjentów.

Shaddy nie znosił zostawać sam na sam z własnymi myślami. Cudze znosił doskonale, swoje – wręcz przeciwnie. Nigdy nie potrafił kontrolować ich natłoku; wdzierały się w każdy zakamarek umysłu i usiłowały rozsadzić go od wewnątrz. O tak, Karciany Shaddy stanowczo musiał się czymś zająć. Przyrzekłszy sobie jednak, iż nie opuści podopiecznej aż do momentu przebudzenia, nie mógł wyjść nawet do baru na kieliszek czegoś mocniejszego. Alkohol niewątpliwie pomógłby nieco ujarzmić nerwy.

Po przetasowaniu starej talii kart uznał jednak, że każdy względnie normalny człowiek – tudzież Cień – potrzebuje czasem porządnego kopa, czy to w postaci napoju wyskokowego, czy też innej używki. Przypomniało mu się, że w mieszkaniu zostało odrobinę olejku amfitiumowego – silnego narkotyku produkowanego przez czarodziejów. Gdyby tak sprzedać Cleinowi bajeczkę o wyjściu do toalety, mógłby spokojnie zaszyć się na moment w sypialni i dać upust frustracjom.

Już wstał, już szedł do drzwi, już gotował się w duchu na cudowną chwilę zapomnienia, gdy nagle...

– Hrrr... Ghh...

Podskoczył jak oparzony.

– Cieniu blady...

Oparł się o krawędź łóżka i pochylił nad Samarą. Czyżby naprawdę... Ale przecież wcześniej także się poruszała, nawet dosyć gwałtownie. To pewnie kolejny fałszywy alarm.

Odwrócił się, jednak nim zdążył zrobić choćby krok, poczuł na nadgarstku delikatny uścisk wątłej dłoni dziewczyny. Zakaszlała w maskę tlenową, a jej powieki rozkleiły się niemrawo.

Shaddy stanął jak wryty.

– Witaj z powrotem – powiedział i uśmiechnął się, podczas gdy oczy Samary rejestrowały pierwsze od trzech dni realne obrazy.


Rozdział czwarty
Radosny Nieboszczyk

Wodziła wzrokiem po pomieszczeniu. Chciała się odezwać, ale coś dużego i twardego nie pozwalało jej wydusić słowa. Zresztą cóż mogłaby powiedzieć? Że jest jej niedobrze? Że chce jej się pić albo że czuje w ustach irytujący gorzki posmak? Że coś pali jej trzewia? A może, że tak strasznie, przeokropnie boli ją głowa?

Samara nie wiedziała, czym chciała się podzielić ze światem w pierwszej kolejności. Wiedziała jedno: nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Ba, nie orientowała się nawet, gdzie była wcześniej lub dokąd chciałaby pójść. Nie pamiętała nic. I to było okropne.

***

– Shaddy, jeśli odciągasz mnie od roboty tylko po to, żeby prosić o fajki, to wiedz, że boska ręka cię dosięgnie! I urwie ci ten zakuty łeb! Wiesz, ilu nowych pacjentów przyjmuję? Nie wiesz? No to cię oświecę: ponad pięćdziesięciu każdego dnia. Szpital jest ogromny, a razem ze mną mamy tylko siedmiu uzdrowicieli. Właśnie otrzymałem wiadomość od doktora Deline’a, że przywieźli pacjenta poparzonego kwasem pelcytowym, a sam wiesz, co to za świństwo. Swoją drogą, czy istnieje jakakolwiek trucizna albo substancja żrąca, której nie przetestowałeś na własnej skórze?! A poza tym...

– Clein...

– ...nie mam ochoty...

– Clein, do cholery! Dasz mi się wysłowić czy będziesz ciągnął ten wspaniały monolog?

– Dobrze, mów. Byle szybko i z sensem, bo wychodzę.

– Mała odzyskała przytomność.

A potem Shaddy nie widział już Cleina – tak szybko lekarz pomknął do izolatki, zapominając o natłoku obowiązków.

***

Wiszący na ścianie zegar wskazywał czwartą trzydzieści. Samara siedziała na łóżku z opuszczonymi bosymi stopami. Prezentowała sobą obraz nędzy i rozpaczy: miała nadpalone włosy, podkrążone oczy i pożółkłą cerę. Piżama zwisała fałdami z jej chudziutkich ramion. W jednej ręce trzymała maskę tlenową, drugą pokrywały liczne oparzenia i zaczerwienienia. W zagięciu łokcia tkwił wenflon. Podniosła na Cleina zapadnięte ciemnoniebieskie oczy, z których biło jedno jedyne pytanie: „Co ja tutaj robię?”.

I istotnie – zadawała je sobie.

Po chwili w izolatce pojawił się Shaddy. Na widok Samary jego wargi wygięły się w niepewnym półuśmiechu.

– Nie wygląda wcale najgorzej... – mruknął, skrobiąc się za uchem.

Clein spojrzał na niego sceptycznie, po czym westchnął głęboko i przyklęknął naprzeciwko dziewczyny. Uważnie zlustrował jej wymizerowaną twarzyczkę. Przygryzł wargę i ściągnął brwi zamyślony.

– Eee... – bąknęła, odgarniając z policzków wystrzępione kosmyki. – Przepraszam, ale...

– Pokaż język. Spokojnie, jestem lekarzem, nie musisz się bać. W porządku... Teraz oczy – wyciągnął z kieszeni maleńką latarkę i zaczął badać oczy dziewczyny. Ta siedziała sztywno z nieco ogłupiałym wyrazem twarzy, gdy odginał jej powieki i oglądał gałki oczne. Następnie spytał, czy boli ją głowa, w którą podobno się uderzyła. Usłyszawszy twierdzącą odpowiedź, podał pigułkę przeciwbólową. – Zdaje się, że oprócz tego wszystko jest na miejscu... – wymruczał lekko zaskoczony. – To już teraz czysta formalność: jak się nazywasz?

Cisza.

Shaddy zamrugał nerwowo i przykucnął obok Cleina.

– I co?

– Ja... chyba...

W głowie zaświtało jej pewne wspomnienie, mgliste i niewyraźne. Ktoś wypowiedział słowo, które wzięła za swoje imię. Niestety, nie potrafiła dokładnie przypomnieć sobie owego słowa, spuściła więc wzrok i skuliła się w sobie. Każda kość w jej ciele jęczała boleśnie przy najmniejszym poruszeniu.

– Nazywasz się Samara Phantom. Dobrze, bez nerwów. A może adres? – próbował Clein. – Nazwa szkoły, imię opiekuna? Albo... bo ja wiem, ile masz lat?

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem – powiedziała po chwili.

Clein i Shaddy wymienili zaniepokojone spojrzenia. Samara czuła się już nie tyle zdezorientowana, co zwyczajnie przestraszona. Miała ochotę uciec, wskoczyć do najciemniejszej dziury, jaką zdoła znaleźć, i w spokoju uporządkować myśli. Lub po prostu pospać jeszcze trochę. Nie wiedziała, co ci dwaj obcy jej zrobili bądź chcieli zrobić. Nie miała pojęcia, czy może czuć się bezpiecznie. W dodatku była strasznie głodna.

– Chyba mamy problem – stwierdził Clein.

– Chyba mamy – przytaknął Shaddy.

Kilkakrotnie jeszcze próbowali odświeżyć pamięć Samary, jednak na próżno. Dziewczyna ciągle kręciła głową i wlepiała w nich przerażone spojrzenie. Na koniec kłopotliwą ciszę, jaka zaległa w izolatce, przerwało głośne burczenie brzucha. Clein uznał, że jedyną rzeczą, jaką teraz mogą zrobić dla Samary, jest zabranie jej na porządny obiad. Ostrożnie odłączył ją od kroplówki i pozostałego sprzętu. Następnie przywołał pielęgniarkę, która odprowadziła dziewczynę do drugiego pokoju, aby pomóc jej doprowadzić się do porządku.

– Zaprowadź ją do Tony’ego – mruknął zafrasowanym głosem, gdy obie zniknęły za drzwiami. Był lekko nieprzytomny. Jakby w myślach już usiłował znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji, a o jedzeniu wspomniał tylko mimochodem. – Potem możesz zabrać ją do swojego domu, tylko niech dużo odpoczywa. Przyprowadź ją do mnie za parę dni. Starszyzną będziemy martwić się potem. Nie muszą wiedzieć, że już odzyskała przytomność. Znasz ich, od razu rzucą ci się do gardła, a ją...

– Clein – szepnął Shaddy. – A co będzie, jak ona nigdy sobie nie przypomni?

– Nic – odrzekł gorzko lekarz – W gruncie rzeczy wspomnienia... cóż, jeżeli można tak powiedzieć, nie są jej obecnie niezbędne. To znaczy, oczywiście amnezja nie jest niczym przyjemnym, ale spójrz na to z drugiej strony: jako dziecko mieszkała w sierocińcu. Osoba, która później się nią zaopiekowała i z którą w jakiś sposób nawiązała emocjonalną więź, zginęła. Może będzie lepiej, jeśli zapomni?

– Nick będzie wściekły.

– To prawda, ale nie wścieknie się nawet w połowie tak bardzo, jak wściekłby się, gdyby umarła.

Shaddy wplótł palce we włosy. Przed chwilą zdał sobie sprawę, że dopóki Samara leżała nieprzytomna, a on był otumaniony środkami uspokajającymi, wszystko wydawało się... inne. Łatwiejsze? Być może. Chociaż groziło mu wyrzucenie na bruk z powodu śmierci protegowanej, wiedział, że nie może zrobić nic oprócz czuwania przy łóżku Samary. Teraz, gdy sytuacja się wyklarowała, poczuł nadpływającą falę paniki. Został obarczony odpowiedzialnością za kogoś, kto nie wiedział nawet, jak się nazywa, wyglądał jak siedem nieszczęść i słaniał się na nogach.

– Co mam zrobić?

– To proste. Nauczyć ją żyć od nowa.

***

– Co ci się stało z włosami, skarbie? – spytała śliczna brązowooka pielęgniarka, pomagając Samarze założyć koszulkę. Kobieta była naprawdę miła, miała ciepłe dłonie i kojący głos.

Dotknęła końcówek włosów Samary, ta jednak cofnęła się gwałtownie. Pielęgniarka zrobiła zaskoczoną, lecz nie urażoną minę, po czym uśmiechnęła się promiennie. Samara stęknęła. Spuściła wzrok i powiedziała przepraszającym tonem:

– Właściwie nie pamiętam.

– W porządku – odrzekła kobieta, wyjmując z szafki nożyczki i szczotkę. – Daj, sprawimy, że twoje włosy będą wyglądały jak nowe.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.