Miasto - Tadeusz Jaroszyński - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 310 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miasto - Tadeusz Jaroszyński

Tadeusz Jaroszyński (1862–1917) był pisarzem, recenzentem teatralnym i rysownikiem. Wychował się we Lwowie, po studiach w Paryżu mieszkał w Warszawie. Kształcił się w zakresie rysunku i malarstwa, pracował jako rysownik i ilustrator m.in. „Tygodnika Ilustrowanego” i „Wędrowca”. Dał się też poznać jako człowiek pióra – pisywał artykuły z historii sztuki, recenzje teatralne, felietony, opowiadania i powieści. Spośród jego dorobku pisarskiego można wymienić takie dzieła jak „Chimera. Powieść z życia artystów” (1905), „Dla nich. Powieść” (1904), „Doktor Tomasz. Powieść” (1907), „Sąsiadka. Komedia w 3 aktach” (1909), „Wieża z kości słoniowej. Powieść” (1909), „Dobra krew. Powieść” (1911), „Wieczny płomień. Powieść” (1914), „Konspiratorka” (1916). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Miasto - Tadeusz Jaroszyński

Fragment ebooka Miasto - Tadeusz Jaroszyński





Spis treści

  1. Rozdział I
  2. Rozdział II
  3. Rozdział III
  4. Rozdział IV
  5. Rozdział V
  6. Rozdział VI
  7. Rozdział VII
  8. Rozdział VIII
  9. Rozdział IX
  10. Rozdział X
  11. Rozdział XI
  12. Rozdział XII
  13. Rozdział XIII
  14. Rozdział XIV
  15. Rozdział XV
  16. Rozdział XVI
  17. Rozdział XVII
  18. Rozdział XVIII
  19. Rozdział XIX
  20. Rozdział XX
  21. Rozdział XXI
  22. Rozdział XXII
  23. Rozdział XXIII
  24. Rozdział XXIV
  25. Rozdział XXV
  26. Rozdział XXVI
  27. Kolofon

Rozdział I

– Wejdźmy.

Zgiełk, szum, rozgwar głosów ludzkich, szelest kroków przebiegającej szybko służby, przesuwanie krzeseł, ostry szczęk stawianych na stole szklanek i talerzy. W głębi orkiestra gra walca. Mocniejszych taktów tony idą od czasu do czasu nad głowami zebranych, jak fale po morzu, chłoną w siebie inne odgłosy i w rytmicznym rozkołysaniu się namiętnej melodii chwilowo panują nad wszystkim. Gęste smugi dymu tytoniowego słaniają się u powały, niby mgły poranne nad błoniami, zasuwają przestrzeń delikatną przędzą, że dal wąskiej, przepełnionej tłumami sali rozwiewa się w perspektywie na miraż ułudny. Odbite tysiąckrotnie w lustrze jarzą się lampy elektryczne.

Doktor Tomasz Powalski, Michał Pawęża i Władysław Tonczyński przeciskają się z trudem pomiędzy stołami, które obsiedli gęsto panie i panowie. Chwieją się strusie pióra u kapeluszy, pstrzą barwne kwiaty – jedwab szumi, szeleści, mieni kolorami tęczy. Bije duszny zapach zmieszanych perfum, dzwoni wesoły śmiech kobiecy.

– Lubię ruch, gwar, blask świateł – lubię atmosferę dzisiejszej kawiarni!

Przystanął, wzdął pierś i zatrute wyziewy wdychał z lubością, jak się wdycha świeży powiew wiosennego poranka od rozkwitłych gajów.

Znaleźli stolik niezajęty.

– Doktor jest jakoś podniecony.

– Byłem kiedyś romantykiem – stara się tłumaczyć. – O, bardzo dawno, dajmy na to, widocznie jednak zostały gdzieś w organizmie zarodniki choroby... Te szelmy mają życie diabelnie twarde... Czasem tak... tak...

Rozedrgana dźwiękami fala uderza znowu silniej. Poddaje się czarowi tonów walca i bezwiednym ruchem głowy, ruchem całego ciała idzie za rytmem muzyki. Po chwili podchwytuje melodię i zaczyna nucić za orkiestrą półgłosem. Przerywa nagle...

– Psiakość, zasiedziałem się w mikrobach, nosa na świat nie wytykałem... i oszołomiło... Po prostu oszałamia mię to szumne, bujne, natężone życie wielkiego miasta.

Nuci znowu.

– He, he, he – śmieje się – tu mam wspomnienia. Już to muzyka ma przewściekłą moc przywoływania wspomnień. Naturalnie, przychodzą one zazwyczaj z podniet zmysłowych: zapach, smak, dźwięk... ale, wiecie, bywają tak dalekie, zjawiają się w tak dziwacznie niepochwytnym szeregu skojarzeń, że niepodobna odszukać podobieństwa, czy przyległości... Czego mi ten walc nie przypomina...! Przyniesiono piwo w cienkich, wysokich szklankach. Trącił się z towarzyszami i wesoło, hulaszczo zawołał:

– Pijmy, panowie! Co tam, trzeba się przecież od czasu do czasu rozerwać. Jakżeż ja dawno nie byłem w takiej kompanii przy... piwie! Zagrzebałem się, jak kret, w tych obrzydłych kulturach, hoduję, jak co poczciwego, cholerę, dżumę, błonicę, nosaciznę... Nie, do stu diabłów, nie macie pojęcia, jakim ja wam wdzięczny, żeście mnie wreszcie wyciągnęli na miasto. Zresztą podobne wstrząśnienia potrzebne są po prostu dla równowagi nerwowej. Śniadecki radził dla podtrzymania tej właśnie równowagi upijać się rzetelnie raz na miesiąc. Gotów jestem upić się dziś z wami na trupa.

Pociągnął tęgi haust piwa, musnął wąsa i ciągnął:

– Przypomina mi to czasy studenckie. Siadywaliśmy tak we trzech pod Gwiazdą: Edwin, Tymowicz i ja. Kilku ślepców tworzyło orkiestrę. Boże, co to była za orkiestra! Ale cieszyła... wszystko wtedy cieszyło. Ba, jak się to człowiek bawił rzęsiście za marnego rubla. Nie, nie do wiary doprawdy, jakie to nieprzebrane oceany rozkoszy i użycia miało się wtedy za jednego, jedynego rubla. Wiecie, przepadałem za gwarem, zaduchem, całą okropnością tej brudnej, trzeciorzędnej knajpy. Dziś jeszcze we wspomnieniu pieści mi słuch charakterystyczny ogromnie klekot fortepianu, piski skrzypiec, ochrypłe krzyki gości i szum nakrochmalonych spódnic kelnerki Józi – Józia jej było na imię!

– Cóż do diaska, nie stać doktora na wspomnienia w lepszym stylu? – śmiał się Michał.

– Niestety! – wybuchnął głośnym śmiechem, ale w tej chwili zabawnie melancholijnym tonem powtórzył:

– Niestety! Cóż chcecie, nie stać.

Ruch w kawiarni wzmagał się. Wiele osób nie mogło znaleźć miejsca, przechodzili więc, tłocząc się w tę i tamtą stronę. Kiedy jedni wstawali, inni zajmowali ich miejsca natychmiast. Władysław niecierpliwił się i klął siarczyście.

– Depce hołota po nogach.

Doktor był zachwycony.

– Właśnie to lubię, jest życie, jest mocne tętno krwi tego wielkiego potwora – tłumu. Ciekawy jest tłum. Nie rozróżniam pojedynczych fizjonomii, głosów, indywidualności... Przedstawia mi się, jak rój pszczelny, huczy, jak w ulu. Staram się wyodrębnić jakąś osobistość, ale mi natychmiast pokrywają ją inne. Kto są ci ludzie?

– Kanalie! – przeciął krótko Władysław.

– No... czy wszyscy?

– Przeważnie, zaręczam.

Władysław, prawnik z wykształcenia, dziennikarz z zawodu, z temperamentu był cholerykiem.

O ludziach mówił zazwyczaj zgoła bez optymistycznych uprzedzeń. Wszędzie widział szubrawców i tylko szczupłe grono swych ściślejszych przyjaciół wyłączał z ogólnej reguły.

– Kanalie, urwipołcie, ptaki niebieskie, co to nie sieją ani orzą, a przeto żyją, i to żyją wygodnie, szelmy jedne. Jak myślicie – objaśniał, wskazując oczami jegomościa przy sąsiednim stoliku – co robi na przykład taki żółty pan w binoklach, tam na prawo? Ten jest ciekawy. Posiada on, uważacie, w kieszeni od surduta wielki skład jubilerski, przy czym kilka mniejszych filii w kieszonkach od kamizelki i innych. O, proszę nie drwić, jest to bardzo poważny interes, przedstawiający kilkanaście tysięcy rubli rocznego obrotu. Obserwuję go od dawna, możecie zresztą zrobić to sami, gdyż rezyduje tu stale od rana do wieczora i bynajmniej się ze swym procederem nie ukrywa. Otóż w każdym tłumie jest sporo specjalnie naiwnych, których my nie poznajemy, których jednak od razu wywącha ten pan i te panie.

Tu ręką powiódł dookoła.

– Panie przymawiają się tedy naiwnym o prezenty pod postacią czegoś z biżuterii, a że właśnie na to, jak w bajce, zjawi się żółty pan z kieszonkowym interesem jubilerskim, pierścienie, kolczyki, brosze, tudzież inne tym podobne diamenty i perły z kieszeni jego wędrują na parę wesołych wieczorów do tych pań, ażeby po tym znowu wrócić skąd wyszły. I tak w kółko. Byle tylko byli naiwni, handel idzie. Poza tym warunki są podobno stałe i transakcje odbywają się w sposób budująco zgodny.

– Dobry proceder.

– Prawda? Bajeczny jest stosunek pośrednictwa do wytwórczości w takim handlu, co?

Doktora zajęła fizjonomia mężczyzny, siedzącego przy sąsiednim stoliku w liczniejszym towarzystwie. Przyglądał mu się od chwil kilku; zdawało mu się, że już gdzieś kiedyś widział tego człowieka. Próbował sobie przypomnieć.

Niewątpliwie widział już tę twarz, kiedyś, bardzo dawno. Takiej twarzy się nie zapomina. Był to mężczyzna przystojny, o rysach wybitnie regularnych, a jednak miał w sobie coś odpychającego. Jeżeli nie zna, nie spotkał na swej drodze tego mianowicie człowieka, to w każdym razie pewny jest, że doznawał już raz w życiu zupełnie podobnego uczucia.

Stara się przypomnieć sobie okoliczności, czas, miejsce. Przebiega myślą swoje dzieje od dzieciństwa, przebywa retrospektywnie wszystkie podróże po świecie, wszystkie etapy życiowej wędrówki.

– Przystojny brunet – zwraca uwagę towarzyszów, bo czuje nieprzepartą potrzebę mówienia o tym człowieku.

Władysław spojrzał z ukosa z niechęcią i wzruszył pogardliwie ramionami.

– A taki pan czym handluje? – pyta dalej, niby żartobliwie, ażeby przeciągnąć rozmowę.

– Kryminalista! To nie znaczy bynajmniej, żeby miał być adwokatem od spraw kryminalnych.

Tomasza niewypowiedzialnie uderzyła ta odpowiedź, gdyż zdało mu się, że ją sam zasugestionował. Nie śmiał pytać, na jakich podstawach Władysław przychodzi do podobnych wniosków. Ale Michał osłabił efekt spokojną uwagą:

– Ten w ogóle ładnie ludzi rekomenduje.

W przejściu między stołami ukazała się dziewczyna o wydłużonej elastycznej postaci, w białej bluzce, w czarnej obcisłej sukni, uwydatniającej jej smukłe, okrągłe biodra. Na głowie miała skromną pasterkę z bukietem konwalii, spod której spadały w półkulach sute kasztanowate włosy, zaczesane a la vierge na uszy.

Zdziwionym wzrokiem dziewic Botticellego wodziła po zebranych.

Szczególne zjawisko w tym miejscu. Mężczyźni podnieśli z zaciekawieniem głowy. Posypały się uwagi, żarty, koncepty.

Primavera!

Tomasz przywarł do niej wzrokiem, jak oczarowany.

– Szczególne zjawisko tu...

Mężczyzna o odpychającym wyrazie twarzy zerwał się od stołu, pożegnał towarzystwo i podbiegł do przybyłej. Na razie w oczach jej zaznaczył się jakby wyraz przerażenia, ale przywitała się z nim, jak z dobrym znajomym, jak z człowiekiem, którego właśnie szukała. On wziął ją pod rękę i zaprowadził w głąb sali, gdzie usiedli w kącie, w połowie zakryci liściem sztucznej palmy.

Doktor olśniony urodą, wdziękiem, skromnością, gonił wzrokiem wytworną, elastyczną postać dziewczyny.

– Ach – westchnął mimo woli.

– Doktor ma ochotę kupić sobie coś z biżuterii – śmiał się Michał, mrużąc filuternie jedno oko.

Oburzył się.

– Nie, to nie – żartował tamten dalej. – Można inaczej, jeżeli chcecie. Właściwie kawiarnia dzisiejsza wyrabia sobie istotnie specjalny charakter. Ze zmianą warunków ekonomicznych stosunki towarzyskie ulec muszą pewnym przeobrażeniom. Familijne zabawy w salonikach stają się coraz bardziej absurdem. Poczciwy mieszczuch prowadzi dziś rodzinę do kawiarni i przy szklance kawy lub herbaty spędza wieczór arcymile, słuchając dobrej muzyki. Uczciwa filisterska rodzina bawi się w knajpie, przyjmuje w knajpie, w knajpie konkurent odbywa termin narzeczeństwa. Po co salonik, meble w pokrowcach, gorące kolacje? Czasy są ciężkie.

W towarzystwie przy sąsiednim stoliku, od chwili, kiedy opuścił je mężczyzna o odpychającym wyrazie twarzy, zapanowało silne podniecenie. Dyskutowano namiętnie, sprzeczano się. Sprzeczka potężniała w tempie coraz bardziej, nabrzmiewały siłą głosy, gesty ożywiały się – nie panowano nad tonem. Słychać było najwyraźniej mocniej rzucane słowa.

– Mańka, ty go jeszcze bronisz, ty? – mówił jeden z mężczyzn.

– Pani go broni? – powtórzył drugi.

– A bronię, bronię – odpowiadała z uporem kobieta.

– Po tym, co ci zrobił... po tym, po takiej krzywdzie?

– A bronię, bronię.

– Don Juan! – syknął ten, który kobietce mówił pani.

– To jego szczęście, co komu do tego.

– Szubrawiec! – wołał drugi.

– Nieprawda! – krzyknęła gwałtownie kobieta w nerwowym podnieceniu, a podniecenie to wylało się nagle w potoku słów ostrych, przenikliwych, które aż świstały w jej ustach.

– Warn zazdrość. Ma szczęście do kobiet, to cóż? Wy nie macie. Nie każdy ma takie... On inny... On ma coś, coś... Bo ja wiem co, ale innemu bym nie przebaczyła... Prawda, słyszycie, żadnemu... Tobie bym nie przebaczyła! – mówiła, przykładając zaperzoną twarz swoją do twarzy mężczyzny. – Widzisz, szczera jestem... Chcesz, wypędź... szczera jestem... Tobie bym nie przebaczyła, to ci mówię, tak mi Panie Boże przy skonaniu dopomóż... Panu bym nie przebaczyła, nikomu!... Zazdrość wam... zazdrość...

– Szubrawiec! – wołał tamten. – Szubrawiec! Szubrawiec!

I bił z pasją w stół sygnetem, jaki miał na palcu, chcąc przywołać służącego.

– Płacę.

Po chwili towarzystwo rozeszło się zwarzone. Doktor tarł ręką czoło, jakby z mózgu chciał usunąć cierń kłującej myśli. Uśmiechnął się.

– Słyszeliście – scena? Wiecie, ja wierzę, że legenda o Don Juanie ma racjonalne uzasadnienie w pewnych objawach, które się spotyka w formie mniej lub bardziej zdecydowanej po wsze czasy, pod wszystkimi stopniami szerokości i długości geograficznej. Należałoby przypuścić, że od czasu do czasu rodzą się osobniki ze szczególniejszą predestynacją do znieprawiania dusz kobiecych, że istnieją mężczyźni obdarzeni tajemniczą, niewyjaśnioną siłą opanowywania tych nawet niewiast, które w ogóle wobec innych mężczyzn wydają się najszczelniej opancerzone.

– Bagatela!

– Nie przerywajcie. Ja to stwierdziłem. I nie trzeba koniecznie być grandem hiszpańskim, jak ów słynny uwodziciel legendowy, ani wielkim wojownikiem, jak Maurycy Saski, ani natchnionym poetą, ani słynnym artystą. Osobniki zgoła pod każdym względem pospolite, najzwyczajniejsze popychadła społeczne, komiwojażerowie myśli i serca szerzą nieraz spustoszenia wśród najwznioślejszych dusz niewieścich. Zamagnetyzowane niepojętym urokiem ofiary, niby ćmy do ognia, lecą na pewną zgubę, bez szemrania, bez protestu, owszem z jakąś rozkoszną gotowością poświęcenia się, jakby z góry przyznawały takim drapichrustom konieczny przywilej znęcania się nad sobą. Dla mnie są to istoty skazane przez jakieś przemożne złośliwe bóstwo i dlatego nie umiałbym ich potępić, są to jednostki dotknięte fatalistyczną niemocą – jednostki chore.

– Do licha, doktorze, brodzisz po kolana w mistycyzmie – śmiał się Władysław.

A może doktor właśnie bierze to całkiem eksperymentalnie. Co? Może wyhodował mikroba upadku niewieściego. Ten byłby ciekawy. Dalibóg. Co chcecie. Dzieją się rzeczy na niebie i ziemi, o których się filozofom nie śniło:

– Pan Bois pogodził doświadczenia Ribota i Charcota z wiedzą okultystyczną fakirów indyjskich. Z alchemii powstała chemia dzisiejsza. Dokąd nauka zajdzie? Zapewne nie bez racji istnieje w farmakopei ludowej ziele – lubczyk. Cóż, lubczyk znachorów, napój miłosny czarowników średniowiecznych, bacyllus doktora Tomasza... Pourquoi pas?...

Ale doktor nie zrażał się żartami; wychylił resztę piwa, kazał podać drugą szklankę i ciągnął dalej:

– Nie, bacyllusa nie znam, wytłumaczyć tego nie umiem, ale mam mnóstwo faktów z własnej obserwacji. Ot wiecie, przecież nie roszczę sobie tytułów do przydomka „okrutnego”, nie byłem nigdy królem kastylijskim, a miałem przyjaciela, którego sprawki mocno przypominają historię owego Don Juana Tenorio y Salaraz, czy jak mu tam było na imię, znanego zresztą z dramatu i opery. Nie zamordował on wprawdzie żadnego komandora i w ogóle w przejawach okrucieństwa swego był całkiem zmodernizowany, więc niesłychanie mniej krwawy od swego pierwowzoru z XIV wieku, ale zginął śmiercią równie tajemniczą i istotnie w ciągu krótkiego swego żywota stał się przyczyną mnóstwa zajść niezmiernie tragicznych, bolesnych, rozdzierających – wycisnął nieprzebrane strumienie łez z oczu lekkomyślnie porwanych za sobą kobiet. Dało mi to nawet pewnego razu sposobność odegrania zabawnie naiwnej roli Don Kichota...

Zamilkł nagle. Oczy zaćmiły mu się krepą melancholii, kąciki ust wygięły dziwnie bolesnym uśmiechem smutku. Władysław i Michał nie przerywali, wpatrzeni weń z odcieniem współczucia, nie zdając sobie sprawy z przyczyn, jakie nastrój ten wywołały.

Orkiestra huknęła zamaszystego marsza... Porwał się, jakby zbudzony z zadumy, napił się piwa i zaczął opowieść.

– Na imię miał Edwin. Śmieszne pretensjonalne imię, a jednak kobiety pieściły się jego dźwiękiem, he, he, he... Dziwne są kobiety. Nie odznaczał się ani zbyt wybitną urodą, ani imponującą postawą. Ot, przystojny sobie brunet z małym cienkim wąsikiem i ubogą czupryną, rozdzieloną symetrycznie przez środek głowy. Zresztą nie był ani bardzo dowcipny, ani oryginalny, ani... a jednak...

Z kąta za palmą wydarł się nagle przeraźliwy okrzyk i niby ostrzem sztyletu przeszył monotonne brzęczenie roju ludzkiego. Był to krzyk bólu, czy rozpaczy. Oczy wszystkich obecnych zwróciły się w tamtą stronę; jeden ze służących podbiegł do stolika tych dwojga ludzi.

– Czego chcesz? – warknął mężczyzna, odwracając się.

Twarz nabiegła mu krwią, oczy świeciły złym blaskiem. Kobieta siedziała sztywno, przygryzając do krwi wargi, ręce złożyła na piersiach, jak święta na obrazie.

– Czego chcesz? – powtórzył.

– Państwo wołali.

– Nie... Tak – płacę.

Sięgnął do kieszeni po pieniądze. Po chwili wstali. Prowadził ją pod rękę, a palce jego wpijały się kurczowo w mięśnie ramienia kobiety.

– Pamiętaj! – syczał jej do ucha zduszonym chrapliwym głosem.

Mocowała się z sobą, ażeby nie krzyczeć. Twarz jej mieniła się. Zaciśnięte gwałtownie usta dusiły jęk bolesnej skargi. Oczy zaszły łzami – wielkie smutne przerażone oczy zranionej sarny, błądziły w beznadziejnej trwodze wśród twarzy obojętnych i zda się, słały ciche, lękliwe wołanie o pomoc do sił nienazwanych.

Doktor czytał w nich ten ból, smutek okropny, słyszał rozpaczliwe wołanie o pomoc i uczuł w sercu przypływ bezmiernej, tkliwej litości i żalu.

Oczy ich spotkały się, a zdało mu się, że w tym jednym skrzyżowaniu spojrzeń zawarli ze sobą jakiś związek mistyczny. Ona jest w szponach okrutnej przemocy... Krew zawrzała mu oburzeniem. Chciał zerwać się, spieszyć z pomocą.

Przeszli. Obecni przeprowadzali ich spojrzeniem. Posłali za nimi kilka uwag...

– Co to?

– Kto to?

– No, doktorze, wasz Don Juan? – pytał Michał po chwili.

Ocknął się.

– Co? A tak, tak... Mówiłem wam... broił, broił, o, wiele nabroił i przepadł bez wieści... Kadawera nawet nie znaleziono...

Próbował żartować, zmuszał się do wesołości.

– Tak, ha, ha, ha, czy go żywcem porwał do piekła jaki posąg... ha... ha... Czy?

Nagle zawołał dziwnym tonem:

– Hej psiakość, upiłbym się okropnie... Wiecie, chodźcie gdzie na kolację, kupię wam butelkę dobrego wina.

W restauracji zasiedzieli się, jak zwykle, za długo, przy tym przebrano trochę miary w ochocie. On postawił butelkę węgrzyna, tamci uważali za konieczne zrewanżować się, a że temperatura serdeczności przy kieliszku podnosiła się istotnie w sposób niezmiernie sympatyczny, po cóż było przerywać chwile przyjemnego nastroju, gwarzono więc, cykając dobre wino drobnymi haustami aż do rana.

Rzeczywiście na dworze brzask już jaśniał opałowy, kiedy ich wyprowadzono bocznym wejściem przez bramę. Świeży, chłodny, wilgotny wiew poranka uderzył w twarze ożywczym tchnieniem. Doktor aż krzyknął przerażony.

– Dalibóg, biały dzień!

Łypał zabawnie oczami, które, chłonąc w siebie długo żółte, niepewne światło świec restauracyjnych, mrużyły się teraz lękliwie wobec przewspaniałej białości świtu słonecznego, rozproszonego czarodziejsko w oparach mgły porannej.

– Dalibóg, biały dzień – powtarzał. – Ludzie do pracy już wstali!

Dwóch jegomościów prowadziło się pod ręce, zataczając się gwałtownie na całej szerokości chodnika.

– Co do tych mam pewne wątpliwości – zauważył Michał.

Środkiem ulicy waliły ostro dwie dorożki parokonne. Dziarski tupot kopyt końskich, rozbijając się wśród murów ulicznych, mieszał się z piskliwymi okrzykami i ostrym śmiechem, który, jak przykry dysonans, rozdzierał poważny nastrój ciszy poranka.

Odwrócili się.

Jechał w powozie podtatusiały jegomość, otoczony gronem niewiast w jasnych, strojnych sukniach, w wielkich kapeluszach, ubranych jaskrawymi kwiatami. Stłoczeni na jednym siedzeniu wymachiwali rękami i śmieli się, jak szaleni.

W drugiej doróżce rozparło się dwóch młodzieńców. Na koźle obok woźnicy elegancka dama w liliowej, jedwabnej bluzce wywijała zamaszyście biczem nad końmi. Długie puszyste boa z piór, trzepocząc się figlarnie, porwane pędem wiatru w fantastycznych skrętach od szyi jej rwało się w przestworza.

– Do Nipponu kanalia jedzie – objaśniał zgryźliwie Władysław.

– A my co zrobimy z resztą wieczoru? – pytał Michał.

– Z resztą wieczoru?! – przeraził się naiwnie doktor i zaczął najpoważniej przedkładać, że przecież najpilniejszy czas wracać do domu:

– Bójcie się Boga – biały dzień. Skandal, słowo daję...

Przeleciało jeszcze kilka pojazdów z równie gwarnym i rozbawionym towarzystwem. Konie rwą z kopyta, koła gumowe warczą matowo, dzwoni uprząż, trzaskają resory.

– Miasto – mówi doktor wyciągając rękę za pędzącą w szalonych podskokach po wybojach drewnianego bruku dorożką. – Miasto, nie znałem go z tej strony. Wesołe!

– Ohyda wieku! – syknął Władysław.

– No tak, zapewne, ale znowu... Uważacie... – Język mu się skręcił w ustach nieposłusznie.

Zauważył to Michał.

– Ha, ha, ha – śmiał się – doktorowi język w pantoflu chodzi... Chcieliście doktorze powiedzieć: To jest piorunochron nad dachami cnoty domowego ogniska... A no – można i tak...

Czuł istotnie, iż mu jest trudno wypowiedzieć się, a miał nieprzepartą potrzebę gadania, długo, wyczerpująco, bez przerwy. Starał się zapanować nad sobą, zmagał się w gwałtownym wysiłku na mowę łatwą i płynną, a wyrzucał słowa twardo, sztucznie, przy czym od czasu do czasu język zwijał się w ustach, jak figlarz złośliwy, i wydobywało się wtedy z ust niezrozumiałe bełkotanie.

– Uważacie...

Miał całą świadomość swego stanu, czuł się tym upokorzony, wstydził się siebie, niemniej przecież dziwna radość pierś mu rozsadzała, przepełniała ją przemożna potrzeba krzyku, ruchu, gwałtownego wyładowania energii.

– Hej, życie psiakość – wołał, podnosząc w górę ręce – życie nie jest teorią do stu tysięcy diabłów! Dobrze jest czasem upić się... Było mi dziś źle, diabelnie źle... nie mogłem sobie miejsca znaleźć... Jest mi dobrze... Dajcie chłopy pyska.

Brał ich po kolei w objęcia.

– O, doktora rozebrało – śmiał się Michał – może by już naprawdę wracać do domu na resztę wieczoru.

– Do domu, do domu – powtarzał spiesznie. Pożegnali się.

Kiedy doktor Tomasz został sam na ulicy, spostrzegł, że nie tylko język, ale i nogi odmawiają mu posłuszeństwa i zdradzają niepohamowaną skłonność do fantastycznego zygzakowania. Próbuje iść po linii prostej, wytkniętej przez płyty betonu, a one go noszą po całej szerokości trotuaru od muru kamienic do krawędzi chodnika.

– Ha, ha, ha, gdyby mnie spotkał teraz kto ze znajomych...

Nagle nadbiegła lekka parokonna doróżka. Woźnica z szaloną fugą podjechał do chodnika, aż gumy kół otarły się o jego brzegi, ściągnął lejce gwałtownie i osadził konie na miejscu, że stanęły, jak wryte. Z powozu wychyliła się wykwintnie ubrana kobieta.

– Panie ładny, zapłać pan dryndziarzowi za dwa kursy.

Nie zdziwiła go bynajmniej ta propozycja, owszem wydało mu się to naturalne, jakby oczekiwane.

– Ile? – zapytał, unosząc kapelusza z galanterią.

– Dwa rubelki – odpowiada z kozła dorożkarz, kłaniając się czapką z uśmiechem filuta.

Doktor wsuwa mu w garść dwa srebrniki, on kłania się zamaszyście, zacina konie, a dama, mówiąc „miłego dnia”, obciśniętą w czarną rękawiczkę ręką posyła mu od ust całusa i znika uniesiona przez dudniący głucho powóz.

Jest niezmiernie rad ze siebie, zdarzenie podobało mu się niesłychanie.

– Zabawna historia... Pyszna historia... He, he, he – mruczy pod nosem, i zaganiając, jak to mówią, przed sobą gęsi między dwoma szeregami drzew w szerokiej alei, spieszy do domu. Rozebrał się, rzucił na łóżko w błogim usposobieniu i niebawem pogrążył się w sen kamienny.

*

Obudził się jednak niedługo z drżeniem w piersiach i pełen niepokoju wewnętrznego. Spojrzał na zegarek, dochodziła szósta – nie spał więcej nad godzinę. Do głowy tłoczą się roje przypomnień. Obsiadły mózg, jak muchy natrętne i dokuczają ukłuciami ostrych żądeł. Rozsnuwa długie, splątane pasmo wydarzeń dnia poprzedniego... Mówił wiele, wiele, za wiele!... Czy mówił o niej?... o tym dziwnym opętaniu, które mu popsuło doskonały spokój pracy systematycznej, które go wygnało na miasto, do gwaru, ruchu, zgiełku, oszołomienia się?

Czy mówił o Jadwidze? Przebiega myślą wszystkie etapy wczorajszej wędrówki, stara się odtworzyć wszystkie rozmowy, widzi, że był dziwny, niemęski, rozmarzony, rozczulony... i nagle spostrzega na drodze tej miejsca puste, których zupełnie nie pamięta... Pamięć się załamuje, miesza... Był nieprzytomny. Paplałem po pijanemu.

Obrzydliwość. Jest wściekły na siebie za wszystko – za paplanie, za serdeczne zwierzenia, za dziecinne dowodzenia. Nie posiada się ze złości. Szarpie na sobie koszulę, przewraca z boku na bok. Próbuje zasnąć – daremnie.

Za wiele piłem czarnej kawy... Za wiele wina... Obrzydliwość! Fe, fe, fe...

Sen już tego ranka nie przyszedł.


Rozdział II

Wąska, kolisto biegnąca sala, podparta w środku dwoma żelaznymi słupami, oświetlona w całej swej długości wielkim oranżeryjnym oknem, po trochu zapełniać się zaczęła pracownikami. Na wysokim, ciągnącym się wzdłuż okna stole ustawiano mikroskopy, mikrotomy, flaszki z barwnikami wszelkiego koloru, lejki, słoje, słoiki i w ogóle naczynia szklane najróżniejszego kształtu i miary. Kilku mężczyzn w różnym wieku i jedna młoda, przystojna bardzo kobieta zabierali się poważnie do badań mikroskopowych.

Wszedł doktor Tomasz. Po przywitaniu się z obecnymi i zamianie kilku zdawkowych uwag o wydarzeniach dnia, włożył fartuch i, niedbale ociągając się, zajmował swoje miejsce przy stole. Był źle usposobiony.

– Oczywiście, nieodzowny kacenjamer. Diabli nadali!

Panowała cisza. Słychać było miarowe cykanie mikrotomów, szelest przesuwanych przedmiotów, od czasu do czasu mocniejsze orzekniecie szkła i monotonne bulkotanie wielkiego sterylizatora z białej błyszczącej blachy, ustawionego w środku sali między słupami. Student jakiś porał się uciążliwie z mikroskopem, snadź nieobyty jeszcze z instrumentem. Przybliżyły się doń dwie głowy z najbliższego sąsiedztwa, tworząc consilium facultatis. Podniósł się silniejszy szmer półgłośnych rozmów, lecz po chwili wszystko wróciło do spokoju i znowu wyraźnie cykały mikrotomy, bulkotał sterylizator...

Wpadł zdyszany posługacz Józef i tłumaczył się przed Tomaszem, że się spóźnił, bo nie mógł się w jatce docisnąć.

– Ale też – chwalił się – mięsa przyniosłem, jak złoto. Psiajucha – takie mięso na bulion dla robaków! Toż by to było pieczyste dla biednych ludzi! Oburzał się, odwijając z papierów kilkunastofuntowy kawał świeżej wołowiny.

Józef przecież nie był zupełnym profanem w rzeczach medycznych. Sam przeszedł ciężką kurację i nabrał nadzwyczajnego szacunku dla wiedzy lekarskiej, a jednocześnie spoufalił się z nią, jak z dobrą, starą znajomą. Rhinoscleroma wyżarła mu nos i część twardego podniebienia. Leczono go chirurgicznie przez lat wiele, wreszcie z wycinków skóry dorobiono nos nowy, który może kształtem swoim nie odpowiadał wymaganiom piękna klasycznego, nie mniej przecież bardzo dyskretnie zakrywał okropną dawniej dziurę na twarzy i czynił człowieka o ile możności znośnym w codziennym obcowaniu. Na oddziale jednak dumni byli niezmiernie z wyników owej operacji kosmetycznej, która miała być świadectwem wysokich zdolności plastycznych pana chirurga. Józef upiększony w ten sposób, nie wrócił już do siebie na wieś, ale zżywszy się przez lat tyle ze szpitalem, pozostał tu w charakterze posługacza, jako żywa reklama dla umiejętności i zabiegów lekarskich. Dawało mu to pewne przywileje w pracowni, a przede wszystkim swobodę wygłaszania uwag i spostrzeżeń często bardzo ciekawych. Więc i teraz gęga przez nos dalszy ciąg swych myśli, z powodu szczególniejszej sprzeczności, jaka tkwi w tak luksusowym odżywianiu istot najwstrętniejszych.

– I myślał by kto, że to co porządnego. Ja sobie tak mówię, panie doktorze; żeby wypuścić na wolność te wszystkie nasze mikroby, toby rychło komorne w mieście staniało... Taka dżuma na ten przykład, albo i cholera, ho ho...

– Pewnie, to też uważaj i gdybyś stłukł przypadkiem epruwetkę – powiedz od razu, a nie wrzucaj do zlewu, jak wtedy, pamiętasz? To się nie ukryje...

Przypomnienie to zepsuło humor Józefowi, zamilkł i pewno sobie myślał w duchu:

– Co to za głupie ludzie – tyle piekła narobić o marny kawałek szkiełka i trochę pleśni.

Doktor otworzył termostat, gdzie w drucianych koszykach szeregami ustawione były probówki z hodowlami. Przeglądał je pod światło, jak zwykle, dla skontrolowania stopnia rozwoju, ale czuje, iż dziś nie widzi, nic nie postrzega, że to wszystko razem wzięte nic absolutnie go nie obchodzi, natomiast uparcie wzrok jego kieruje się w stronę, gdzie pochylona nad mikroskopem siedzi kobieta, i wbrew najenergiczniejszym wysiłkom świadomej woli ślizga się po jej postaci, dotyka się zmysłowo pełnych, rozwiniętych kształtów. Oburza się na siebie w sposób niewysłowiony. Spostrzegł w sobie od jakiegoś czasu ów niewłaściwy, jak nazywał, objaw temperamentu i postanowił reagować przeciw niemu wszelkimi siłami, dlatego to szukał towarzystwa poza pracownią – gwarnych, intensywnych rozrywek, oszołomienia, ażeby pozbyć się niepotrzebnego opętania.

– Boć to opętanie – to jasne. Jadwiga jest niewątpliwie panną przystojną, tłumaczy sobie, ale tyle jest panien przystojnych na świecie. Ja ich nie widuję, nie szukam ich towarzystwa, ale to nie racja, ażebym do tej jednej, którą codziennie spotykam w pracowni, miał koniecznie smalić cholewki, jak student do pensjonarki. Właśnie dlatego, że ją spotykam w pracowni! He, he. Jest przecież kolegą naszym, stanęła z nami razem do pracy zawodowej. Nie, a toż by było paradne, gdyby do stosunku koleżeńskiego zakradł się pierwiastek erotyczny! He, he, romans wśród trupich preparatów, wśród bakterii chorobotwórczych... Czemu nie w prosektorium? To byłoby dopiero po dekadencku. Czułe zwierzenia, namiętne zaklęcia, kradzione uściski rąk... Powalanych formaliną i innymi obrzydliwościami. Jakżebym się ośmieszył wobec niej, wobec wszystkich.

– Głos krwi – tak niski, brutalny instynkt gatunku... To jest potworne! Jakże ja ją straszliwie obrażam, tę dziewczynę-kolegę! Ohyda!

Stara się zająć sprawami swej specjalności. Próbuje przeglądać w dalszym ciągu hodowle, ale fascynuje go z jakąś przemożną potęgą ciemna, ze zręcznie upiętymi włosami głowa dziewczyny. Nie może oderwać oczu od jej szyi, po której pełza delikatny kosmyk włosów. Letnia, szara bluzka bez kołnierzyka odsłania ją głęboko, smagłą, okrągłą, jak toczoną. Widzi doskonale prześliczne harmonijne linie wiązań karku, dziwnie miękkie i faliste. Kosmyk włosów igra na nim figlarnie, poruszany lekkim powiewem wiatru z otwartego okna. Ma ochotę przypaść i przywrzeć ustami do tej ciepłej, złotej szyi. Wpić się wargami w to jasne, matowe ciało...

Wczorajsza eskapada nie wygnała zeń tych myśli nieznośnych, które wyprowadzają go od dni kilku z równowagi, owszem jest dziś jeszcze bardziej podniecony nerwowo, jeszcze bardziej niepokojony zgiełkliwym rozgwarem podszeptów zmysłowych; rozigrana pragnieniem wyobraźnia jeszcze jaskrawiej i plastyczniej snuje mamiące wizje zawrotnych rozkoszy. Przy tym zmęczenie, niewyspanie, przykry posmak obficie wypitego wina, a może po prostu częściowe zatrucie alkoholem, wprost fizjologicznie rozluźniły surowy zazwyczaj rząd inteligentnej woli kierowniczej, wywołały jakby abdykację władz otamowawczych na rzecz najpierwotniejszych odruchów bezpośrednich i czuje, że nie potrafi dłużej panować nad sobą, że, nie bacząc na nic, na żadne względy, na osobę, na miejsce i otoczenie rzuci się z pocałunkami do okrągłej szyi Jadwigi, że przywrze namiętnymi ustami do jej matowo-złotego, jak świeża brzoskwinia, karku, że ją porwie całą w ramiona...

Żachnął się nagle z najwyższej odrazy do samego siebie. Możliwość czynu takiego ogarnęła go niewypowiedzianym przerażeniem. Co by to było, gdyby istotnie dopuścił się podobnej brutalności wobec tej kobiety... Tu...

Ciemny pąs wystąpił na policzki i szedł w górę, aż sięgnął jasnej bieli czoła, że rozgorzało niby odbiciem purpurowych płomieni pożaru. A po tym, kiedy ustąpiły gorące blaski krwi wzburzonej, osiadł na nim blady gniew i pokrył je chłodnym tonem marmuru. Zjawił się ostry, gwałtowny gniew i żal do kobiety, że przychodzi tu do przybytku poważnej pracy umysłowej kusić go swym ciałem, że przychodzi tu z obnażoną szyją, której widok nieci dreszcze pożądań zmysłowych i nie pozwala skupić się duchowo w kierunku wytkniętych przez rozum badań. Ma żal do Jadwigi, że jest przystojna, ponętna, że ubiera się wytwornie, jak każda z tych kobiet, których zadaniem życia jest powabem swych wdzięków przyciągnąć ku sobie mężczyznę, ażeby się stał ojcem jej dzieci, że ubiera się jak każda panna czy wdowa na wydaniu, jak każda z tych istot do nabycia, które w walce konkurencyjnej przez sztukę krawca, fryzjera i perfumiarza podnoszą istotną wartość dla uzyskania wyższej ceny na targowisku ludzkości.

Ma żal, że weszła między nich, jak każdy inny z towarzyszów, że stanęła obok przy trupie w prosektorium, przy chorym w szpitalu, przy mikroskopie w pracowni, jak mężczyzna, a nie pozbyła się pokus swej płci, że nie jest szpetna, sucha, bezkształtna, w obwisłych, niezgrabnych sukniach, z obciętymi krótko włosami, jak wiele tych hybrydycznych potworów, jakie w zawodzie swym spotykał.

Panna Jadwiga odznacza się wyjątkowo piękną i harmonijną budową. Jest wysoka, silna, niezmiernie klasyczna w proporcjach. Wysoki pełny jej biust rysuje się plastycznie pod fałdami białego fartucha. Włosy, przepyszne, bujne, ciemne włosy zaczesane wysoko, ujęte w zgrabny węzeł, układają się niby dumny kask Minerwy. A spod kasku tego, jak spod gęstej korony drzewa wysuwa się toczony złoty kark, obnażony aż do obsady.

Tego jej stanowczo wybaczyć nie może.

Zapewne – lato, znój, upał... Wygodniej jest w chwilach takich nie mieć na szyi ciasnej obroży; panna Jadwiga ma też bluzkę bez kołnierzyka; dość nisko wyciętą, zakończoną lekką gazową szlarką popielatą, ze srebrzystym jedwabnym brzegiem. Swobodniej się tak głową porusza i lżej oddycha, to nie ulega wątpliwości, ale przecież wszyscy tu zebrani mężczyźni mają na szyjach wysokie, sztywne, krochmalone kołnierzyki, ciężkie homonta, które noszą jak rok długi bez względu na wysokość temperatury. Tego wymaga zwyczaj towarzyski, konwenans. Dlaczego kobieta, która we wszystkim na równi z nami staje do współzawodnictwa, ma korzystać z takich przywilejów kostiumu. Nie, to jest odruchowa kokieteria nieodrodnej córy Ewy, niegodna w każdym razie kobiety-lekarza, do stu tysięcy diabłów! A może jest to zupełnie świadome wyrachowanie?... Panna Jadwiga niewątpliwie zna siebie dobrze, wie co trzymać może o swojej szyi i... Umyślnie bierze kolegów na karczek toczony, ha, ha, ha!

– Panie doktorze – woła panna Jadwiga – już kiedyś mi pan przyrzekł pomoc w moich robotach, będę pana nudziła do końca. Niech no pan obejrzy ten preparat.

Tomasz drgnął, zbudzony nagle z dumań jej niskim, głębokim, a dziwnie pieściwym głosem; zmieszał się, jak człowiek przyłapany znienacka na gorącym uczynku wielkiej nieprawości.

– Co pani?

– Niech pan obejrzy mój preparat. Ustępuje mu miejsca przy mikroskopie. Tomasz jest wzruszony, ale, panując nad sobą, siada na jej stołku i przykłada oko do okularu. Patrzy długo, bardzo długo, pokręca mechanicznie śrubę, poprawia ustawicznie lusterko, przesuwa w tę i tamtą stronę szkiełko z preparatem, ale okrągłe, jaskrawo oświetlone pole widzenia skacze przed nim niesfornie, czuje bowiem tuż nad sobą ciepły, miarowy oddech kobiety, czuje ciepło jej ciała i lekkie falowanie fartucha na swoim ramieniu. To go znowu wyrzuca z równowagi.

Stojąca na stole butelka z balsamem kanadyjskim wydziela silną drażniącą woń benzolu i gorzkich migdałów, słyszy cykanie mikrotomów i bulkotanie sterylizatora, a oprócz tego najdokładniej odróżnia uderzenia serca Jadwigi. Pogrąża się w niemą, cichą kontemplację zmysłową i chciałby trwać wieki w tym nastroju!

– No cóż, panie doktorze!

Spostrzega, że automatycznym kręceniem podniósł mikroskop i obrazu wcale nie widzi. Nastawia go odpowiednio. Teraz dopiero jest w stanie przyjrzeć się krytycznie – wrócił znowu jakby żal do dziewczyny i za tym zdolność do orientowania się w sytuacji.

Preparat do najszczęśliwszych nie należy. Tomasz stara się to podznaczyć ze złośliwym naciskiem, jakby chciał powiedzieć:

– Po co się bierzesz, moja piękna, do nie swoich rzeczy?

– A no nic – cedzi cierpko i twardo. Kolega osad barwnikowy bierze za drobnoustroje. To się często przytrafia. – Mówiłem, że fuksynę trzeba koniecznie rozcieńczać w wodzie destylowanej, inaczej po kilku dniach osadza się i barwi nierówno... Ale to wszystko jedno... Phi... Zresztą punkciki te tkwią na powierzchni skrawka, przy czym są najróżnorodniejszej wielkości. – Nie trzeba być wielkim bakteriologiem, ażeby na tym się poznać. Niech kolega zobaczy.

Usuwa się, a ona przykłada oko do okularu, przy czym głowy ich spotkały się. Czuł na skroni swej muśnięcie jej włosów, czuł ich zapach. Piersiami oparła się lekko o jego ramię.

– Tak, tak, rzeczywiście. Okazuje się, że strasznie jeszcze mało mam doświadczenia. Bez pomocy pańskiej nie dałabym sobie rady... Tak, tak, widzę doskonale...

Mówi spokojnie, naturalnie, głos jej nie drży, nie zdradza najmniejszego wzruszenia. Opiera się o niego obojętnie, jak o rzecz, o przedmiot martwy. Zajęta sprawami swego preparatu, nie przypuszcza bynajmniej, przez myśl jej nie przechodzi, ażeby osobą swoją mogła wywołać w koledze jakie inne uczucia prócz zwykłej życzliwości. Zapewne, okazuje mu od pierwszych dni poznania się większą może sympatię, niż innym, ale jest to po prostu wynikiem najbliższego sąsiedztwa przy stole, przy którym przypadek posadził ich razem, poza tym jest tam trochę wdzięczności za wskazówki, jakie jej w zakresie specjalnych badań udziela. Najmniejszego śladu sympatii innych, tej ciepłej, rzewnej skłonności kobiety dla wybranego... Skądże znowu. – Siadu cienia, najdrobniejszych pozorów!

Panna Jadwiga podsuwa mu inne preparaty do obejrzenia, on je ogląda długo w milczeniu; korzysta ze sposobności, ażeby nie mówić, bo w najwyższym skupieniu całej swej istoty, w całym napięciu wszystkiej woli swojej załatwia ze sobą surowy obrachunek i przedsiębierze szereg niezmiernie ważnych postanowień.

Przede wszystkim wymyśla sobie za dziki kaprys krwi.

Anie ma vilis – bydlę!

Dalej rozważa stan swój obecny i możliwe następstwa w przyszłości.

– Bo gdyby to nawet było uczucie trwalsze, głębsze, szczere, gdyby przerodzić się miało w prawdziwą miłość? He, he, co to jest miłość? Jakie są jej znamiona charakterystyczne?... Ściśle biorąc, jest to taki stopień pożądania, na którym człowiekowi wydaje się, iż nigdy się ono nie wyczerpie i dlatego pragnie życie swoje na zawsze związać z życiem osoby kochanej. Zakochani przysięgają sobie miłość na zawsze, na wieczność, na śmierć. Dlatego mężczyzna zaślepiony pożądaniem poddaje dobrowolnie kark pod jarzmo obowiązków rodzinnych na całe życie, dlatego z zaparciem się siebie zaprzepaszcza indywidualność swoją w stadle małżeńskim z pierwszą lepszą samicą, dlatego nieraz najlekkomyślniej łączy osobę swą z istotą marną, kompromitując tym najfatalniej cały swój los, całą swoją istność. Takie jest drakońskie prawo instynktu...

I czuje, że z Jadwigą pragnąłby iść ręka w rękę przez wieczność, że ją pożąda na zawsze – a więc kocha! Kocha w niej nie tylko piękne ciało, kocha w niej wszystko: wdzięk, inteligencję, dobroć, głos, chciałby jej słuchać, chciałby ją mieć przy sobie... Wiecznie...

Ogarnia go dziwnie miękkie, ciepłe rozrzewnienie.

– Kocham – wyszeptała dusza w tajemnicy.

Panna Jadwiga opowiada długo i obszernie o sposobie, jakim przygotowywała barwniki. Mówi swoim niskim, melodyjnym głosem, równo, spokojnie, przejęta niezmiernie ważnością tej sprawy – tej drobnej, głupiej sprawy: dlaczego nie użyła wody destylowanej, lecz zwyczajnej.

Jakże daleka jest ona od myśli i uczuć, które nurtują w duszy Tomasza.

Oczywiście jest on dla niej najzupełniej obojętny. Czyż ma paść na kolana, wyznać swe zapały i... narazić się na śmieszność?

Niewątpliwie, wyznanie takie naraziłoby go Przede wszystkim na śmieszność, a po tym uczyniłoby wstrętnym i niemożliwym w pracowni. Nie mógłby się tu więcej pokazać...

Czy w ogóle ta uczona panna, rozumuje dalej, przeszedłszy przez teatr anatomiczny, prosektorium, kliniki, szpitale, operacje, nie wynaturzyła o tyle swej niewieściej istoty, że mogłaby jeszcze pokochać kogokolwiek:

Z kochankami w niebo wzlatać Włosy splatać i rozplatać.

Ha, ha, ha, po całodziennej, obrzydliwej pracy w klinice ginekologicznej – do diabła!

– Głupio umieściłeś swoje amory, panie Tomaszu – zawyrokował i porwał się nagle ze stołka.

– Muszę iść do szpitala.

– Nie bywał pan dotąd?

– Źle robiłem. Muszę bywać dla przyszłej praktyki. Trzeba żyć i użyć życia. Praktyka da mamonę, na mikrobach daleko nie zajadę. Pani wie – nauka nie tuczy.

Zdejmował pospiesznie fartuch.

– Panie doktorze – pyta Józef – a co zrobić z tymi kotletami.

Z jakimi kotletami?

Józef na zwykłej kuchennej maszynce do mielenia mięsa przetarł przyniesioną przez siebie wołowinę i czeka dalszych instrukcji. Czynność jednak tak kulinarna w laboratorium szpitalnym bawi go ogromnie, nie może więc powstrzymać się od wyrażenia tego głośno.

– Hu, hu kotlety, jak Bozię kocham, sypnąć panie doktorze, garść soli, szczyptę pieprzu, trochę tartej bułeczki i jazda na świeże masełko. Mniam, mniam, mniam. Kartofelki też się znajdą – mniam, mniam.

– Tylko nie błaznuj, proszę cię – gniewa się Tomasz – nie lubię głupich konceptów.

Józef, zbity z tropu, obciera palcem przyprawiony nos, doktor kończy lakonicznie:

– Odważysz pięćset gramów, włożysz do słoja, nalejesz litr zimnej wody i wstawisz do lodowni. Zrozumiałeś?

Wychodzi.

– Ho, ho, panu doktorowi charakter się odmienił.