Miasto obłąkanych ludzi - Marta Kostrzewa - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 353 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miasto obłąkanych ludzi - Marta Kostrzewa

Początkująca lekarka i jej pacjent. Dziennikarz, który wszystkim gardzi. Kurtyzana i profesor socjologii. Ludzie żyjący i martwi, o których nie sposób zapomnieć. A w tle miasto pochłonięte konfliktem między arystokracją a najniższymi warstwami społeczeństwa.

 

Daniela Lilia Różyc jest studentką psychiatrii oraz córką właściciela szpitala psychiatrycznego. Badając kolejne przypadki pacjentów cierpiących na choroby psychiczne, zastanawia się nad ludzkim determinizmem. Jak życie mieszkańców miasta zostało ukształtowane przez przeszłość, a minione wydarzenia w niezwykły sposób wpłynęły na ich charaktery, psychikę oraz sposoby postrzegania rzeczywistości?

Opinie o ebooku Miasto obłąkanych ludzi - Marta Kostrzewa

Fragment ebooka Miasto obłąkanych ludzi - Marta Kostrzewa







Strona redakcyjna


I

Żył w zimnym, jesiennym Mieście, które zdawało się wiecznie z czegoś niezadowolone. Zawsze zastanawiał się, o co właściwie tej metropolii chodzi – sama w sobie była niczym odrębny, ogromny, dyszący organizm, którego frustracja z roku na rok niebezpiecznie wzrastała. Odnosił wrażenie, że mogło chodzić o architektoniczną niepełnosprawność tego miejsca. Miasto, w którym przedwojenne budowle, zaniedbane, wyblakłe i butwiejące, ścierały się z wysokimi, szklanymi drapaczami chmur, schludnymi, ale i srebrzyście melancholijnymi... Wieżowce mnożyły się tutaj w zastraszającym tempie. Miały stworzyć pozory postępu, zbawienne dla społeczeństwa zurbanizowanego. Piękne budowle – w ich szklanej fakturze przeglądały się brzemienne deszczem chmury i odbijały się rzadkie promienie słońca. I właśnie te budowle budziły w nim smutek, poczucie własnej nieudolności i braku jakiegokolwiek znaczenia. Od dłuższego czasu sądził, że tak właśnie dzieje się z ludźmi. Wędrują oni przecież po tym Mieście, które spływa w strugach deszczu, po którym hula porywisty wiatr. Wędrują po nim, biegnąc za istotnymi dla nich sprawami, które w ostatecznym rozrachunku nie mają znaczenia... Są jak okruchy, które brudne, zaniedbane gołębie wydziobują spomiędzy kostek bruku wydeptanego setkami tysięcy stóp.

Kochał to Miasto mimo wszelkich jego wad. Kochał je miłością dziecinną, a więc ufną, bezinteresowną i naiwną. Potrafił godzinami siedzieć w oknie swojego biura i patrzeć na rozpościerający się stamtąd widok. Nie uważał tak spędzonego czasu za stracony. Miasto skłaniało go do refleksji, uwalniało jego prawdziwą naturę, którą swego czasu sam stłamsił.

Zawsze wierzył, że każdy człowiek posiada przyrodzony mu Cel. Wiedział również, że nie wszyscy uświadamiają sobie jego istnienie. I on miał z tym problem, ponieważ od dziecka czuł, że jego życie jest niepełne. Cel jawił się w jego umyśle w postaci wałęsającego się wzdłuż smutnych, ciemnych uliczek szczenięcia, niedostrzeżonego, płaczliwie popiskującego. Potykało się ono o swoje własne łapki, z wolna umierało z głodu. Cel był dla niego jak promień słońca, niezwykle rzadkie zjawisko w tym Mieście. Pojawienie się go było równoznaczne z klęską chmur i tej z wolna irytującej zasłony wiecznie mżącego deszczu.

Cel jest jak wstrzyknięcie adrenaliny prosto w serce, jak budzący do życia żar, jak niepowstrzymane podniecenie zakochanej dziewczyny. To drżenie duszy, to niewyobrażalne szczęście. I to wszystko niszczy w sobie niemal każdy człowiek. Ta autodestrukcja może być świadoma lub nie – ale jednak ma miejsce. Jakiś czas temu uświadomił sobie, że to cywilizacja niszczy ludzi. To przez nią większość populacji jest nieszczęśliwa, nie czerpie prawdziwej radości z życia. Zrozumiał, że ludzie tracą samych siebie, by zapewnić sobie byt. Pieniądze są w życiu niezbędne, kupuje się za nie wszystko, od pary skarpet, poprzez pierścionek zaręczynowy, aż po materiały niezbędne do wybudowania domu, w którym kiedyś się umrze. By mieć pieniądze, należy zdobyć wykształcenie – takie, na jakie jest w danym czasie największe zapotrzebowanie. W związku z prężnym rozwojem cywilizacji potrzeba społeczeństwu doskonale wykwalifikowanych architektów, inżynierów, władających co najmniej trzema językami handlowców. On jednak kochał zupełnie co innego, niestety, całkowicie zbędnego w tej rzeczywistości. Od zawsze potrafił rysować. Nie był w tym oczywiście doskonały – nad każdym talentem trzeba przecież nieustannie pracować. W Mieście ukończył studia architektoniczne.

Nie urodził się tutaj – dzieciństwo kojarzyło mu się z rozkosznym zapachem ciepłego chleba i nęcącą swoją miękkością trawą. Pamiętał prowincjonalne miasteczko, często wspominał również rozgrzany słońcem piasek boiska, po którym całymi dniami biegał boso w beztroskiej gonitwie za szmacianą piłką. Pamiętał nawet martwego gołębia, którego w swojej dziecięcej nieroztropności przyniósł do domu. Tulił go i całował, płaczliwym głosem prosząc matkę, by zaniosła ptaszka do lekarza. Pamiętał kałuże, w których znajdował się inny, lepszy świat. Pamiętał rosnący nieopodal domu las, który był dla niego tak samo przerażający, jak i fascynujący. Ramiona matki były dla niego najpiękniejszą kołysanką, a historie, które opowiadał ojciec, i jego czarnoksięskie umiejętności wynajdowania zagubionych zabawek były najcudowniejszą rozrywką. Bezpieczeństwo, szczęście i płynąca z życia rozkosz – to wszystko nagle się skończyło. Było dziś jedynie jego wspomnieniem. Przyłożył teraz twarz do chłodnej szyby, ażeby uciszyć nazbyt hałaśliwie pulsującą w mózgu krew. Po chwili jednak uśmiechnął się cicho, niemal niepostrzeżenie. Jaki mózg, jaka krew? On przecież nie istnieje.

Na studiach poznał wiele osób. Młodzi ludzie, wszyscy pełni życia, pasji i radości z tego, co robią. Próbował wykrzesać z siebie choć odrobinę zamiłowania do architektury. Zaciskał zęby i uczył się, bez ustanku kreśląc szkice na niekończącą się ilość ćwiczeń, kopiując kolejne gmachy. Kreska przy kresce, maleńkie kolumienki, dziesiątki identycznych okienek, mikroskopijne drzwi oraz pomniczki. Plany i obrazy... „To dla przyszłości, to dla przyszłości” – wmawiał sobie. Nigdy nie pokochał tego, co robił. Nigdy nie fascynowało go to do tego stopnia, by poczuć owo drżenie serca. Nigdy nie czuł mrowienia w palcach, o którym opowiadali mu jego znajomi, gdy siadali obok niego przy stole i rozkładali komplety ołówków. A jednak był najlepszy na swoim roku. Jego szkice miały tę zamaszystość ruchów, tę szczerze niezamierzoną pasję, to nad jego planami rozpływali się wykładowcy. A on spuszczał głowę, zaciskał zęby i powtarzał do znudzenia: „To dla przyszłości, to dla przyszłości”.

Na trzecim roku studiów poznał piękną dziewczynę. Nie potrafił oderwać wzroku od jej długich, gęstych i puszystych włosów. Ich głęboka czerń była ostoją dla jego myśli, boleśnie zszarpanych studencką gonitwą za jak najlepszymi wynikami. Codziennie o tej samej godzinie wchodziła razem ze swoimi dwiema przyjaciółkami do niewielkiej kawiarenki znajdującej się nieopodal jego wydziału. Dziewczyna poruszała się z wdziękiem, zgrabnie kołysząc obfitymi biodrami, na których opinały się jasnoniebieskie dżinsy. Z gracją siadała na brzeżku krzesła, zamawiając zawsze tę samą kawę. Paliła długie, słodko pachnące papierosy, śmiała się pełnymi czerwonymi ustami, spoza których bardzo często wychylał się równy rządek drobnych śnieżnobiałych zębów. Gdy słuchała swoich przyjaciółek, rozkapryszonych, wiecznie na coś narzekających pannic z bogatych rodzin, z ledwie zauważalną dezaprobatą mrużyła swoje fascynująco szare oczy. Młodzieniec szybko zorientował się w codziennym rytuale dziewczyny, więc każdego dnia siadał w bezpiecznej od niej odległości, ze szkicownikiem w drżących, mokrych od potu dłoniach – i rysował. Dzień po dniu tworzył portret młodej kobiety, ­która ­uwielbiała muskać opuszkami palców włosy, w pełni świadoma ich niepowtarzalnego uroku. Starał się, by ten portret był najpiękniejszym obrazem, jaki kiedykolwiek stworzył. Z bólem patrzył na każde niedociągnięcie, kilkadziesiąt razy poprawiając kształt miękkiego noska, dopracowując symetrię oczu, uwydatniając delikatne rysy kości policzkowych, kreśląc nieśmiałe kosmyki odrobinę zbyt długiej grzywki. Rysował portret dziewczyny przez kilka dobrych tygodni. Kiedy wreszcie skończył, zasmucił się. Nie wiedział, co może z nim zrobić. Miał jednak świadomość, że obraz jest doskonały; był niemalże jak fotografia. Kolejnych kilka dni spędził na nieśmiałym spoglądaniu na dziewczynę, która najpewniej nie zdawała sobie sprawy z jego istnienia. Czuł niesamowite drżenie serca. Szóstego dnia od ukończenia portretu spoza ponurych chmur nieśmiało wychyliło się słońce. Tak rzadkie w tym Mieście zjawisko musiało być wezwaniem, by wreszcie podjął decyzję. Gdy dziewczyna zachichotała w reakcji na plotki, które przekazywały jej dwie zafascynowane czymś towarzyszki, wstał i bezszelestnie przeszedł do upragnionego stolika. Kroki stawiał niepewnie, usiłował również powstrzymać drżenie rąk, gdy bez słowa położył rysunek na bladoróżowym blacie.

– To dla pani – wyszeptał z wzrokiem utkwionym w kanciastych czubkach swoich butów.

Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, ruszył do wyjścia. Nacisnął klamkę, otworzył drzwi i wyszedł z lokalu. Nagle poczuł na ramieniu silny uścisk; krwistoczerwone paznokcie wbiły się w jego wyświechtany sweter. Najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widział, miała na imię Alicja. Dawno już spostrzegła, że ten młody mężczyzna się w nią wpatruje, nie znała tylko powodu jego zachowania, nie uważała się bowiem za piękność. Ale ten nieśmiały blondyn wzbudził w niej czułość, na jego widok poczuła ten rozkoszny ucisk w żołądku... Była od niego o rok młodsza, studiowała inżynierię materiałową.

Wyniósł z domu wiele życiowych prawd. Wiedział, że jeśli spotka kobietę dobrą, kochającą i wierną, będzie ona dla niego największym skarbem. Uczucia tegoż skarbu musi pielęgnować, jego umysł i duszę winien nieustannie pieścić. Pogodził studia i miłość, ale już wtedy zaczął odczuwać irracjonalny, ciągle rosnący smutek. Traktował studia zbyt poważnie. Odkąd związał się z Alicją, zaczął wkładać w naukę jeszcze więcej wysiłku, ponieważ wiedział, że w najbliższej przyszłości być może założy rodzinę. Z rozpaczą przyjmował każdą porażkę, z niezadowoleniem i nienasyceniem witał sukces, bo przecież mogło być lepiej. Smutek wpił się w jego duszę, ale on był człowiekiem nadprzeciętnie inteligentnym i ambitnym, toteż skrzętnie ukrywał przed Alicją wszelkie swoje żale i obawy. Wieczorami gościł ją w akademiku, z uśmiechem słuchając zabawnych historii, jej wynurzeń, narzekań na znajomych i ciężkie egzaminy, na zbyt wymagających wykładowców i nieustanny brak pieniędzy. Dzięki swojemu chłopakowi Alicja również zaczęła bardziej przykładać się do nauki; jego racjonalne podejście do życia zmobilizowało ją, odciągnęło od imprez, uświadomiło jej, że życie się nie cofa, że należy walczyć o lepszą przyszłość – dla nich i dla ich przyszłych dzieci. Oboje tego pragnęli, czuli, że są dla siebie stworzeni. Alicja pokochała go miłością niezwykłą, bezinteresowną i z dnia na dzień obsesyjnie rosnącą. Wędrując ze swoimi przyjaciółkami po parku akademickim, po rozległych korytarzach uczelni, półświadomie szukała rozwichrzonej blond czupryny wśród tłumu identycznie wyglądających ludzi.

Wkrótce ukończyli studia, oboje z wyróżnieniem. Z łatwością zdobyli pracę, a on bardzo szybko stał się wziętym architektem. Projektował nie tylko budynki, ale również ich wnętrza. Wszystkie jego projekty były precyzyjne co do setnej milimetra, wymuskane, wychuchane, bogate i piękne już na samym papierze. Starał się godzić innowacje z przedwojennym charakterem większej części Miasta. Był w tym bardzo dokładny, wręcz pedantyczny. Pasja, którą widziało się na dziesiątkach szkiców, nie miała swego źródła w jego sercu, a w prag­­­nieniu zapewnienia Alicji godnego bytu.

Pobrali się w dwa lata po ukończeniu przez Alicję studiów. Rok po oficjalnych zaręczynach wzięli ślub – spokojny, kameralny, w niewielkim lokalu, w obecności niespełna trzydziestu osób. Większość gości stanowiła bliższa i dalsza rodzina obojga nowożeńców. Wówczas okazało się, że ani on, ani Alicja nie mieli zbyt wielu znajomych. Na ślubie oraz weselu obecne były tylko trzy bliskie przyjaciółki panny młodej i jeden przyjaciel, a potem współpracownik pana młodego.

Nowożeńcy zwlekali przez kilka lat z decyzją o posiadaniu dzieci. Pracowali bardzo ciężko, odkładali wszystkie oszczędności na wspólne konto, każde rozliczało się przed drugim z wszelkiej zarobionej i wydanej monety. Wreszcie udało im się zdobyć odpowiednią zdolność kredytową i kupili piękne mieszkanie w centrum Miasta, w jednej ze starych, lecz odrestaurowanych i porządnych kamienic. Urządzili w tym mieszkaniu piękne gniazdko dla siebie i upragnionego potomstwa. Wkrótce doczekali się rozkosznie pachnących bliźniąt. Płowowłosa dziewczynka i maleńki brunecik wypełnili życie Alicji radosnym chichotem. On ciągle jednak czuł smutek, który wyjadał jego gnijące już wtedy wnętrzności.

Jego upadek miał miejsce w trzy lata po narodzinach dzieci. Gdy pewnego ponurego, dżdżystego poranka wszedł do swojego biura, poczuł, że coś ciągnie go na zimną marmurową posadzkę. Prawa noga nie należała już do niego. Patrzył na nią ze strachem, ­uciskał ­powleczone bladą skórą mięso, lecz nic nie czuł. Przerażony nie wiedział, co zrobić. Chwilowy przypływ rozsądku wziął w nim górę – z trudem się podniósł i powlókł do masywnego biurka, i jak co dzień zaczął pracować. Współpracownicy zaglądali do niego, przynosząc kolejne dokumenty, dziesiątki stronic szkiców wymagających poprawy bądź zatwierdzających podpisów. Potem wrócił do domu. Straszliwą melancholię ukrył pod maską uśmiechu, beztroskiego, usatysfakcjonowanego, choć zmęczonego całym dniem ciężkiej pracy.

Zaczął znikać. Zaczęło się od tej nieszczęsnej prawej nogi. Wkrótce również jego lewa ręka została podmieniona. Całe ciało z wolna zmieniało się w organizm innego człowieka. Mężczyzna nie panował nad tym, czuł, że staje się niczym. Wydawało się, że ta od lat pielęgnowana, a jednocześnie dokładnie skrywana depresja była w jego przypadku czymś całkowicie nieuzasadnionym. Pochodził przecież z normalnej, kochającej się rodziny, studiował coś, co go nie fascynowało, ale też nigdy nie przyniosło mu rozczarowania. Poznał cudowną kobietę, wspólnie stworzyli ciepły i przede wszystkim bezpieczny dom. Nie mieli zbyt wielu znajomych, ale nie byli też szczególnie towarzyscy. Życie traktowali jako coś, co nade wszystko jest darem, który należy pielęgnować. Pokorni i niewierzący, żyli jak katolicy. Mimo to od wielu lat nie mógł pozbyć się dziwnego poczucia klęski, utraty nadziei na coś, czego nie rozumiał, a pożądał jak niczego innego na tym świecie. Pragnął tego bardziej niż ciepłego ciała swojej żony, którą przecież kochał całym sercem. Na równi z tym zagadkowym wrażeniem rozwijało się okrutne poczucie obrzydzenia względem samego siebie. Teraz utracił wiarę we własną egzystencję, ciężka depresja doprowadziła go do zaprzeczenia swojemu własnemu istnieniu. Nierozerwalnie wiązało się to z utratą sensu życia. Ale dlaczego? Miał przecież wszystko, do czego dążył. Miał kochającą rodzinę, pieniądze, powinien czuć się bezpieczny i kochany.

Siedział w oknie, patrząc na wieczór, który przegrywał swoje codzienne starcie z nocą. Chłodził swe nieistniejące policzki, przykładając je do szyby ociekającej z zewnątrz deszczem. Patrzył na niebo osłonięte ciężkimi chmurami... Spoglądał też w dół. Ulice spływały brudnymi strugami deszczówki, systematycznie rozbryzgiwanej przez pędzących gdzieś przed siebie ludzi. Mdłe światła latarń częściowo rozjaśniały ich twarze, choć z wysokości kilkuset metrów dostrzegał jedynie zarysy przemieszczających się parasoli. Budynki wokół były blade, smutne i wyraźnie przygnębione. Samochody z rykiem pędziły przed siebie, a siedzący w nich ludzie nie rozglądali się wokół, patrzyli tylko przed siebie, tylko przed siebie... Miasto zawsze tętniło życiem. Setki tysięcy serc formalnie ogrzewało stolicę, w rzeczywistości jednak wszyscy ci ludzie już nimi nie byli. Przymknął oczy i zacisnął dłonie na sznurze spoczywającym na jego kolanach. Miał zamiar zabić się tej nocy. To było dla niego nawet zabawne, albowiem według logiki tego chorego człowieka umarłoby tylko ciało, które nie było już nawet jego własnością. Był przecież nieśmiertelny, a dzięki samobójstwu mógł stać się całkowicie wolny. Chciał przywiązać ten długi i gruby sznur do haka wystającego ze ściany. Drugi koniec pragnął obwiązać wokół swojej szyi i wyskoczyć przez okno. Chciał umierać w deszczu, który obmywał prawie każdy dzień w tym Mieście. Nie bał się bólu – jego ciało było przecież martwe. Świerzbiły go palce, którymi bezszelestnie pocierał ostry materiał sznura.

Nic już nie miał. Tej pochmurnej niedzieli stracił wszystko... Nie, to nie tak, stracił wszystko już kilka dni temu, kiedy jego żona i dwójka dzieci zostali podmienieni na ich idealne kopie – miały go zwodzić, ­obserwować każdy jego krok na zlecenie nieznanego, ale groźnego człowieka. Nie zawahał się, by tego dnia, dokładnie o godzinie czwartej minut dwadzieścia siedem, wstać z łóżka. Klapiąc bosymi stopami, przeszedł po chłodnej posadzce do kuchni, skąd wziął trzy noże. Pierwszy nóż wbił w serce osoby, która od kilku dni podawała się za jego żonę, Alicję. Drugi i trzeci nóż bez wahania zagłębił w ciała dzieci – one przecież również nie były jego... Następnie ogolił się i umył zęby, ubrał, wypił kawę i wyszedł z domu. Kupił sznur i pojechał do biura – całą tę ponurą niedzielę przesiedział w oknie, kontemplując swoje dotychczasowe życie, które nigdy tak naprawdę nie było jego własnością. Podejrzewał, że opętały go demony. Ale przecież każde ludzkie postępowanie da się racjonalnie wytłumaczyć.

Usłyszał huk i przeraźliwy krzyk dobiegający zza szyby. Wyrwany z zamyślenia spojrzał w dół. Rozpędzona ciężarówka najwyraźniej śmiertelnie potrąciła młodą kobietę, która chciała przejechać rowerem na drugą stronę ulicy. Nad leżącą bez życia dziewczyną zebrali się ludzie, osłaniając ją od góry parasolami – nikt nie odważył się przy niej nawet uklęknąć i sprawdzić, czy można ją jeszcze uratować. Pomyślał, że niechybnie wykrwawi się na śmierć i umrze na tej zimnej, brudnej i mokrej ziemi, leżąc twarzą zwróconą w dół, ostatnimi spazmatycznymi ruchami płuc wdychając ten odrażający uliczny muł. Wstał i otworzył okno. Zaczepił jeden koniec sznura o wystający ze ściany hak, drugi obwiązał wokół szyi. Wspiął się na parapet i ponownie spojrzał w dół. Kilkaset metrów pod nim pojawiły się dwie karetki, obie na sygnale. Sanitariusze wybiegli z jednej z nich i podbiegli do sporego już tłumu. Chaos wzrastał, słychać było urywany szloch, który częściowo zagłuszało intensywne dudnienie coraz silniejszego deszczu. Druga karetka stanęła nieco dalej, nie widział więc, co robi jej ­personel. Przyglądał się zbiegowisku, z uśmiechem obserwując, jak ludzie w popłochu się odsuwają, gdy jeden z sanitariuszy przyniósł czarny pokrowiec na zwłoki. Karetka odjechała, a ludzie się rozeszli, dalej pędząc w swoją stronę, biegnąc za całkowicie błahymi sprawami, które w ostatecznym życiowym rozrachunku są jedynie pyłem podobnym do tego, który wciągała w płuca ta umierająca dziewczyna.

Stał na parapecie na piętach, toteż ledwie utrzymywał równowagę. W tych ostatnich chwilach swojego życia bynajmniej się nie modlił. Był bliski prawdziwej ekstazy, patrząc w dół, myśląc o tym, co go czeka i co jeszcze przed nim. Nagle poczuł uścisk na ramieniu – silniejszy niż ten, który przed laty okazał się wyjątkowo oryginalnym wstępem do znajomości z jego ukochaną Alicją. Ten uścisk sprawił, że wylądował prosto na marmurowej posadzce. Upadł ciężko na plecy i zwymiotował żółcią. Trzech sanitariuszy gwałtownie poderwało go do góry, sprawnie pętając go szarym kaftanem bezpieczeństwa, klnąc przy tym pod nosem i wymieniając wypowiedziane półszeptem uwagi. A przecież on był nieśmiertelny; już umarł, toteż nie miało najmniejszego znaczenia, co się z nim teraz stanie. W jego umyśle pojawiło się na sekundę jedno pytanie – skoro zamordował sobowtóry członków swojej rodziny, to gdzie jest jego prawdziwa żona, gdzie są jego realne dzieci? Dwóch sanitariuszy – trzeci szedł przodem, otwierając im kolejne drzwi i umożliwiając przejście – nieomal go niosło, a on ledwie powłóczył nogami... Nagle opadł z sił. Oprawcy wyciągnęli świeżo upieczonego pacjenta z ciepłego budynku wprost na deszcz, zimny, a jednocześnie orzeźwiający. Stracił przytomność.


II

Na okrągłym białym stole leżała książka w turkusowej okładce. Obok tomiku stała filiżanka z resztką porannej kawy. Na jej brzeżku znajdował się – niczym melancholijny zapach wieczornego powietrza będącego już jedynie wspomnieniem wyjątkowo upalnego dnia – ślad czerwonej szminki. Beżowy dywan był czysty, przyjemnie kontrastował z ciemnymi deskami podłogi. Dwa krzesła bieliły się we wpadającym przez okna świetle latarń oświetlających ulicę. Pod ścianą stała czarna skórzana sofa, a nad nią wisiał tandetny pejzażyk. Przedstawiał dwójkę małych chłopców łowiących ryby nad brzegiem kryształowo przejrzystej rzeczułki. Jeden z nich leniwie przesuwał dłonią wzdłuż grzbietu maleńkiej sarenki, która przytuliwszy się do chłopca, grzała się w rozkosznych promieniach słońca. Na drugim planie tego sielankowego obrazka majaczyła błękitna chatka stojąca u brzegu pięknego, nieomal bajkowego lasu. Biel ścian pokoju przecinały odbijające się od szyby strużki rzęsistego deszczu, który tulił Miasto do snu. Na zewnątrz było przeraźliwie zimno. Wieczór stapiał się z nocą, gęste krople dudniły głucho w okienny parapet. Pokój zaś był ciepły, cichy i spokojny, zastygł w czasie. Mieszkanie tonęło w ciemności, jedynie żółtawe uliczne oświetlenie przydawało mu odrobiny życia.

Szczęk kluczy w drzwiach każdego dnia wydawał się w najwyższym stopniu zaskakiwać te samotne przedmioty. Najpierw w drzwiach pojawiła się czarna parasolka, zaraz po niej do mieszkania wkroczyła młoda kobieta. Zsunęła z ramion czarny płaszcz, zmierzwiła sobie włosy i zsunęła ze stóp buty, ostrożnie stawiając je przy drzwiach. Codziennie wykonywane czynności stały się odruchami świetnie wyszkolonego zwierzęcia. Zamknięcie drzwi na wszystkie zamki, dolny, górny oraz dwa łańcuszki, ten na poziomie twarzy, następnie znajdujący się na wysokości kolan – wszystko w ustalonym porządku. Dopiero potem kobieta zapaliła niewielką lampkę, która stała w przedpokoju na kolejnym białym stoliku, również okrągłym, niemniej jednak mniejszym i wyglądającym na naprędce i prowizorycznie skle­­cony. Przeszła do sypialni i położyła torebkę na łóżku. Podeszła do okna i zakryła je bordowymi zasłonami, które z cichutkim szelestem przesunęły się po podłodze. Przymknęła oczy, wsłuchując się w przytłumiony szum deszczu.

– Jak się tu dostałeś? – Odwróciła się do mężczyzny siedzącego na białym krześle obok równie białej szafy.

– Piotr kazał mi się z tobą skontaktować. Dał mi zapasowy klucz.

– Kłamiesz.

– Tak. – Mężczyzna wykrzywił twarz w grymasie bę­­dącym jedynie marną imitacją uśmiechu. – Ale musisz pamiętać, że nie jestem twoim wrogiem.

– Kto więc cię przysłał? – Kobieta obrzuciła mężczyznę obojętnym spojrzeniem. Był wyraźnie zmęczony. Ślady niewyspania wryły się głębokimi zmarszczkami w jego twarz, znacznie przy tym ją postarzając. Na jego widok czuła jedynie lekkie obrzydzenie, które odczuwała wobec mężczyzn zbliżonych do niej wiekiem.

– Nie wierzysz, że przyszedłem z własnej inicjatywy? Piotr pożyczył mi ten nieszczęsny klucz. – ­Spojrzał na nieprzejednaną twarz kobiety i westchnął sfrustrowany tą doskonale wyczuwalną rezerwą, z jaką się do niego odnosiła. – Posłuchaj, sytuacja jest dość trudna, wszystko zaczyna niebezpiecznie się komplikować. Mówią o tobie bardzo różnie, bo przestałaś się pojawiać. Nie możesz pozwolić sobie na odejście bez poważnego uzasadnienia.

Ściągnęła brwi, zaskoczona jego słowami.

– To, że znajdowałam się akurat w tym miejscu, kiedy wystąpił z inicjatywą, w żadnym stopniu nie czyni mnie współodpowiedzialną za powstały bałagan. Nigdy niczego nie podpisywałam, przecież możesz w każdej ­chwili zweryfikować oryginały dokumentów, w końcu pracujesz w akademickim archiwum.

– Doskonale wiesz, o czym mówię. – Mężczyzna potrząsnął głową z irytacją. – Nie chodzi o formalności, ale o to, że według ludzi utraciłaś tożsamość, chcesz odejść, a to jest niemożliwe. Rozumiesz?

– Mam przecież życie, znikąd nie odchodzę. – Zmarszczyła brwi i splotła ręce na piersiach, jakby chciała uciec jak najdalej od tego człowieka, odseparować się od wy­­powiadanych przez niego słów. – Jakim prawem nachodzisz mnie w moim własnym domu? I to jeszcze po to, żeby mnie pouczać?

Mężczyzna szybko otrząsnął się z zaskoczenia wywołanego niespodziewanym atakiem. Podniósł się z krzesła i nerwowo strzepnął z ramienia wyimaginowany pyłek.

– Danielo. Musisz zrozumieć, że źle się dzieje. Nic nam się nie uda, jeśli dalej będą między nami prywatne waśnie. Ja jedynie chcę ci na to zwrócić uwagę, bo komu jak komu...

– Doceniam to, Agenorze. Przejdę się do was, jak tylko uporządkuję moje sprawy osobiste. – Uśmiechnęła się z przymusem. – A teraz, jeśli oczywiście pozwolisz...

Skinął głową, jednocześnie poprawiając poły okrutnie wyświechtanego stalowoszarego garnituru. – Tylko pamiętaj...

– Spokojnie. – Daniela z powrotem obróciła się w stronę szczelnie zakrytego okna. – Ja zawsze pamiętam.

Usłyszawszy ciche szczęknięcie zamykanych drzwi, sięg­­­­nęła do torebki. Wyjęła z niej zmięty świstek papieru, który położyła na rozwartej dłoni. Po chwili wahania rozprostowała go i spojrzała na zapisane na nim nazwisko. Było to nazwisko człowieka, którego wylosowała dzisiaj na uczelni. Od przebiegu jej rychłych badań nad tym mężczyzną zależeć miał wynik, z jakim ukończy psychiatrię. Delikatnie przesunęła kciukiem po literach. Pokiwała głową i z powrotem zmięła świstek, wrzucając go do kosza na śmieci stojącego przy pobielonym drewnianym biurku.

Umyła filiżankę, która wcześniej stała na okrągłym stoliku. Nie za­­palając światła w małym saloniku, usiadła na jednym z białych krzeseł i podparłszy brodę jedną dłonią, drugą głaskała wierzch książki. Zatroskany wzrok utkwiła w oknie, przez które wpadały martwe uliczne blaski, kładąc się rdzawymi cieniami na ścianach pomieszczenia. Krople deszczu osiadłe na szybie migotały w tym świetle niczym maleńkie piryty usiłujące zwieść niedoświadczonych zbieraczy złota. Miasto zawsze takie było, cokolwiek by się działo... Jakkolwiek ludzie nie zmienialiby otaczającej ich rzeczywistości, natura i tak w ostatecznym rozrachunku postawi na swoim. Daniela już lata temu na tej prawdzie oparła wszystkie swe nadzieje.

Gdy tak siedziała, opuszkami palców pieszcząc okładkę książki, tuż przed oczami stanął jej pewien – wydawałoby się, że dawno już zapomniany – obraz. To był jeden z rzadkich w tym Mieście słonecznych dni, gdy lato opornie przełamywało się w jesień. Od tamtych chwil minęło już kilka długich, trudnych lat, niemniej pewien nostalgiczny moment zawładnął świadomością Danieli. Chwile wypełnione słońcem należały w tej metropolii do takich rzadkości, że zapadały w pamięć równie głęboko jak narodziny dziecka lub śmierć bliskiej osoby. Daniela zaczęła wówczas studia. Często po zajęciach przychodziła do swojego ojca, który zwykle tak zaprzątnięty był pracą, iż nie miał ani jednej wolnej chwili dla swojej najstarszej córki. Tamtego dnia minęła wolno potężną starą bramę wiodącą do równie wiekowego budynku, w którym również i ona miała niedługo pracować. Złote nitki słońca wyglądały jak długie kłosy sprażonego zboża; przenikały przez rozłożyste korony drzew rosnących po obu stronach głównej ścieżki, która łączyła budowlę z resztą Miasta. Blaszki liści migotały we wczesnojesiennym słońcu, falując niewinnie niczym koronkowy materiał dziewczęcej sukienki, pod której fałdy ciekawsko wpychały się podmuchy leciutkiego wiatru. Zauroczona przystanęła na chwilę, przymknęła oczy i wciągnęła głęboko w płuca haust świeżego powietrza. Wtem do jej uszu dotarł charakterystyczny, bardzo dobrze jej znany dźwięk, jaki wydobywa się z ust, gdy człowiek za wszelką cenę usiłuje zaczerpnąć powietrza. W znacznej odległości od miejsca, w którym stała, mieściło się kilka ławek przeznaczonych dla niegroźnych rekonwalescentów. Na jednej z nich siedziały dwie osoby. Młody mężczyzna miał na sobie śnieżnobiałą koszulę, był wyprostowany jak struna. Z głową przechyloną na bok, szeroko otwartymi martwymi oczami wpatrywał się w przestrzeń... Spokojnie oddychał przy tym półotwartymi ustami. Jego twarz była niezwykle przyjemna, choć nie wyrażała jakichkolwiek emocji. Była równie urodziwa, jak przerażająca. Obok mężczyzny siedziała kobieta w jasnozielonej sukience. Jej jasne włosy, skręcające się w drobne spirale, falami opadały na plecy, ramiona i piersi. Twarz ukryła w dłoniach, zanosząc się bezskutecznie tłumionym płaczem. Widok ten nie poruszył Danieli, do podobnych ­obrazków ­nawykła już dawno, dawno temu. Jej uwagę przykuło zgoła co innego. Niedaleko niej, niemal na wyciągnięcie ręki, szedł mały chłopczyk. Miał może trzy latka. Maszerował zaskakująco pewnym krokiem, uważnie obserwując otaczającą go przyrodę. Gdy doszedł do ścieżki, gwałtownie się zatrzymał. Daniela wstrzymała oddech, jak gdyby miała do czynienia z płochliwym sarniątkiem. Chłopczyk zauważył liść, który spadł z drzewa. Na moment się stropił, uniósł rączkę i zmierzwił dłonią miedzianą i nieco przydługą czuprynę. Liść był jeszcze całkiem zielony, najwyraźniej gwałtowniejszy podmuch wiatru strącił go przedwcześnie. Dziecko schyliło się i ostrożnie wzięło listek w dwa tłuściutkie palce. Raptem przebiegło ścieżkę i uklękło na jej skraju. Położyło liść obok siebie i zaczęło rozgarniać ziemię, starając się przy tym nie uszkodzić trawy. Kiedy powstał mały dołek, chłopczyk włożył weń liść, tak że jego blaszka wystawała ponad powierzchnię. Następnie ostrożnie przysypał wszystko i uklepał ziemię z nieodmiennie poważną miną człowieka ratującego czyjeś życie. Przeżegnał się i wstał, by iść dalej, zupełnie nieświadomy dramatu, który w tamtej chwili przeżywała jego matka.

Daniela uśmiechnęła się, gdy wspomnienie z powrotem skryło się w odmętach jej mózgu. Deszcz zawzięcie uderzał o szyby, światło jednej z ulicznych lamp zadrgało, ale ostatkiem sił powstrzymało się od zgaśnięcia. Spojrzała na książkę, którą przez cały ten czas bezwiednie głaskała. Wstała i przeszła do kuchni, bowiem przeciągły, drażniący bębenki świst uprzytomnił jej, iż woda gotowała się już od dobrych kilku minut. Zaparzywszy duży kubek mocnej, parującej w chłodnym pokoju kawy, zapaliła małą lampkę wiszącą nad stołem i usiadła, po czym otworzyła książkę na losowo wybranej stronie. Czytała w ciszy, w którą wtapiały się odgłosy rozszalałej nad Miastem burzy. Październik znajdował się w swej pełni.


III

Daniela biegła wzdłuż chodnika. Nie była jedyną osobą, która tego ciemnego poranka pędziła na złamanie karku do pracy. Była już spóźniona – pięć minut temu uciekł jej pociąg. Ziemia irytująco wibrowała jej pod stopami, pęd opasłej maszyny przenosił się po tytanowych szynach na kolumny, które utrzymywały całą konstrukcję w jednym kawałku. Młoda kobieta zacisnęła zęby i skrzywiła się w niemym grymasie najwyższego niezadowolenia. Wbiegła na ulicę i ledwie wyminęła dorożkę, którą energicznie ciągnęły trzy konie. Stangret z trudem powstrzymał zwierzęta przed zerwaniem się do histerycznego pędu i krzyknął coś głośno w jej stronę, Daniela jednak nie usłyszała go, bez reszty pochłonięta własnymi myślami. Z nieba zaczął sączyć się drobniutki deszczyk, który bardziej przypominał mokrą mgłę aniżeli wczorajszy rozhukany żywioł.

Dotarłszy do celu, wbiegła przez starą podrdzewiałą bramę do wielkiego zaniedbanego ogrodu. Zwolniła i przyłożyła dłoń do piersi, ściągnęła z ramion marynarkę i podrzuciła ją do góry, pozwalając by ta, opadłszy, niedbale wylądowała na jej przedramieniu. Uspokoiła rozszalałe od długiego biegu serce i szybkim krokiem przeszła przez długą i szeroką żwirową drogę, która prowadziła do Szpitala Psychiatrycznego. Rytualnym spojrzeniem omiotła otaczający ją ogród, na moment zatrzymując się pomiędzy dwiema fontannami stojącymi po obu stronach drogi. Działały przez cały rok, a wybudowane zostały jeszcze przed oficjalnym otwarciem tego miejsca. Wysokie i stare drzewa o ciężkich koronach częściowo osłaniały drogę przed deszczem. Daniela wprawnym ruchem lewej dłoni wzburzyła włosy, energicznie otworzyła drewniane drzwi i weszła do wiatrołapu. Portier już na nią czekał z zawczasu przyszykowanym fartu- chem i identyfikatorem.

– Dziękuję, Stefanie. – Podała mu marynarkę i narzuciła fartuch na plecy. Starszy mężczyzna ukłonił się jej i wszedł do szatni przez boczne drzwi ukryte za starymi kotarami.

Daniela nie zdążyła nawet porządnie odsapnąć, gdy podbiegł do niej wysoki i wyjątkowo szczupły, wręcz wychudzony chłopak.

– Jesteś spóźniona, twój ojciec zaraz oszaleje. – Podał dokumenty Danieli. – Przegapiłaś pociąg? – Ponieważ nie odpowiedziała, pochłonięta przeglądaniem zawartości nieskazitelnie białej teczki, kontynuował: – Gdyby u nas były takie windy jak w Berlinie czy w Paryżu, ale nie, to Miasto, nawet ten szpital, są tak zacofane... Zmierzamy ku upadkowi, mówię ci, może porozmawiaj ze swoim ojcem, to miejsce musi się zmienić. On jest wiecznie rozdrażniony, mnie nawet nie posłucha...

Daniela zamknęła teczkę z cichutkim trzaskiem i spoj­­­­rzała na mężczyznę, który był od niej dużo wyższy. Miał kasztanowe włosy, starannie zaczesane na bok, i charakterystyczny duży semicki nos. Zorientował się, że młoda kobieta na niego patrzy, toteż uśmiechnął się nieśmiało i jakby przepraszająco. Daniela ruszyła wzdłuż szarego korytarza, mijając otumanionych silnymi lekami pacjentów, którzy siedzieli na rozklekotanych twardych krzesłach.

– Dam ci dobrą radę, Piotrze – rzuciła w kierunku mężczyzny wiernie podążającego jej śladem. – Jeśli nie przystosujesz się do warunków panujących nie tylko w tej placówce, ale i na całym świecie, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że za kilka lat znajdziesz się tutaj... tyle że nie w roli lekarza, lecz pacjenta. – Obróciła się do mężczyzny i uśmiechnęła, widząc zmieszanie na jego przystojnej twarzy. – Albo się dostosujesz, albo sfiksujesz. Proste?

Wskoczyła na schody i zaczęła wędrówkę na górę. Piotr pobiegł za nią, przeskakując co drugi schodek, ale systematycznie zwalniał, nie chcąc jej wyprzedzić. Daniela go lubiła, był pocieszny i wierny jak szczenię zabiegające o względy nowego pana, który dopiero co przygarnął pupila ze schroniska.

– Wybacz, nie chciałem, wiem, że momentami jestem...

– Bezmyślny? – Daniela nie mogła powstrzymywać cisnącego się jej na usta szyderczego uśmiechu. – Na którym piętrze?

– Na pierwszym. Pozostali z naszej grupy już zajęli się pracą.

Pierwsze piętro szpitala Psychiatrycznego było jeszcze bardziej zaniedbane niż jego teoretycznie reprezentacyjny parter. Ojciec Danieli nie zwracał uwagi na wystrój czy higienę – w Mieście takich rozmiarów, w którym już od wielu lat panował potworny chaos, dziennie rozum traciło około stu osób w bardzo różnym wieku i niekie­dy o zadziwiającym wykształceniu. Daniela dorastała w tym miejscu, jako pierwsze dziecko wychowywana była inaczej niż jej młodsze rodzeństwo. Po prawdzie nie znała innego domu. Ten ogromny stary budynek wzniesiony został przez jej prapradziadka. Czerwone cegły, z których wybudowano zewnętrzne ściany, były chyba niezniszczalne, gdyż trzeba było naprawdę dobrze się przyjrzeć, by dostrzec jakikolwiek ubytek w ich ­nadto ścisłej strukturze. Północną ścianę szpitala jeszcze przed urodzeniem się Danieli ciasno oplotła winorośl. Jednakowoż był to tylko główny budynek. Wszyscy umysłowo chorzy umieszczani byli na tym terenie. Pacjenci w najcięższym stanie, wymagający całodobowego monitorowania ich zdrowia, mieszkali – o ile mieszkaniem można nazwać półświadomą egzystencję takiego człowieka – w tym wiekowym budynku. Pozostali kurowali się w nowszych budowlach, rozmieszczonych symetrycznie w wielkim ogrodzie. W najstarszej części szpitalnego kompleksu można było jednorazowo leczyć siedmiuset osiemdziesięciu szaleńców.

Daniela przeskoczyła ostatnie kilka stopni i stanęła na początku długiego, przypominającego labirynt korytarza.

– Miałeś dziś spokojną noc? Czy ktoś sprawiał kłopoty? – Westchnęła w duchu. Zmusiła się do tego pytania, widząc komunikacyjny głód malujący się na zasmuconej twarzy Piotra.

– Bez tragedii, tylko dwóch trzeba było zakuć i karnie zawlec do piwnicy. – Piotr zrównał krok z Danielą i zgiął się lekko. – Żałuj, że cię nie było, mieliśmy ubaw po pachy!

Zatrzymała się gwałtownie, lecz prawie natychmiast ruszyła dalej, patrząc na mężczyznę z wyraźną dez­aprobatą.

– Och, Piotrze. Doprawdy! – Machnęła ręką, jakby odpychając od siebie gwałtownie gęstniejące nocne powietrze. – Nie przepadam za takimi makabreskami, bardzo cenię sobie spokój.

– Kłamiesz i dobrze o tym wiesz... – Mężczyzna po­­prowadził Danielę w stronę kolejnego korytarza, który zamknięty był ciężką żelazną kratą. Wyciągnął klucz z kieszeni fartucha i otworzył ją szybko. Puścił kobietę przodem, a sam podążył za nią. Po obu stronach niepokojąco ciemnego i – jak się mogło ­wydawać – ­niemającego końca korytarza znajdowały się cele tymczasowe, przeznaczone dla nowo przybyłych pacjentów. Oczekiwali oni tutaj na pełną diagnozę chorobową i opis ich indywidualnego stanu fizycznego oraz psychicznego. Jednak zanalizowanie pojedynczego przypadku mogło zająć równie dobrze dwadzieścia cztery godziny, jak i dwa lata. Daniela była zła na siebie za to swoje spóźnienie – w końcu był to najważniejszy dzień w jej dotychczasowym życiu... Przynajmniej tak widziała go większość studentów psychiatrii.

– Pamiętasz pierwszą pacjentkę, którą oglądałaś? – Głos jej ojca ciężkim, donośnym echem odbił się od odrapanych ścian; pełen był wyraźnych i władczych tonów, które zapewniały mu bezkrytyczny posłuch wśród studentów i pracowników szpitala. – Miałaś wtedy cztery lata, twoja matka urodziła bliźnięta i musiałem się tobą zająć. Pamiętasz?

Jak mogła zapomnieć? Młoda kobieta siedząca w pustej klitce, przywiązana do krzesła rzędem cienkich łańcuchów, wpatrująca się w niewielkie okienko – ten obraz do dziś od czasu do czasu nawiedzał Danielę w nocy. Obok krzesełka, wzdłuż szarej ściany stało łóżko, do którego na noc przywiązywana była boleśnie wpijającymi się w skórę skórzanymi pasami. To były czasy rządów dziadka Danieli, gdy szpital przypominał bardziej więzienie, w którym chorzy częściej umierali, aniżeli zdrowieli i wracali na łono społeczeństwa.

Cieniutka bawełna ojcowskiego kitla, którego brzeżków uczepiła się maleńkimi, spoconymi ze strachu rączkami, bynajmniej nie ochroniła jej przed tym widokiem.

– Popatrz, Lilijo... – Ojciec, młody mężczyzna z gęstymi puklami ciemnych włosów, sięgnął po rączkę córki i rozluźnił małe pulchne paluszki, kurczowo zaciśnięte na twardym chropowatym materiale. Schował tę rączkę w swojej dużej dłoni, jeszcze twardszej niźli faktura jego fartucha. – Spójrz na swoją ciocię. Zobacz...

Daniela nigdy by nie zapomniała tej szczupłej śnieżnobiałej twarzy o ogromnych szklistozielonych oczach, wpatrzonych w nagie drzewa, których korony bezlitośnie targał wiatr. Cienkie rude włosy zostały upięte wysoko, najpewniej przez pielęgniarkę, w schludny kok. Wąskie wargi, nieuważnie rozchylone w niemym podziwie dla złowrogiej natury... Na wychudzonym ciele jedynej siostry ojca Danieli wisiała stara wzorzysta sukienka. Tamtego popołudnia ojciec pchnął Danielę do przodu, puszczając jej rączkę. Dziewczynka stanęła tuż przed ciocią, ta jednak nie spuszczała oczu z ostrych czubków czarnych drzew. Poważnie wystraszone dziecko wiedziało, że nie może uciec, gdyż w ten sposób rozwścieczy swojego tatę. Daniela zacisnęła powieki i objęła się rączkami, drżąc z zimna, które zdecydowanie zbyt ciasno objęło jej drobne ciałko.

– Lilijo, otwórz oczy. Patrz na swoją ciocię. – W twardy ojcowski bas wkradła się wyraźna nuta irytacji, która wymusiła na dziewczynce spełnienie polecenia. Spojrzała więc na kobietę, która jeszcze rok temu zabierała ją na pikniki do miejskiego ogrodu botanicznego. – Wiesz, dlaczego tu jest?

Daniela przecząco potrząsnęła główką.

– Gdzie jest Bławatek?

Na dźwięk tego imienia w kobietę niespodziewanie wstąpiło życie. Przeniosła wzrok na Danielę, rozchylając szerzej usta, jakby chciała coś powiedzieć.

– Dobrze, córeczko. – Ojciec cofnął się kilka kroków. – Ciocia znalazła się tutaj, ponieważ spaliła naszego Bławatka.

– Co...?

– Oblała twojego kuzynka naftą i podpaliła. Dlatego musimy ją wyleczyć.

Pusty wzrok, który nie wyrażał dosłownie nic – to spojrzenie, te właśnie oczy były najbardziej przerażającym, mrożącym krew w żyłach lękiem Danieli. Oczy odzwierciedlają wszystko, co znajduje się w człowieku. Widać w nich złość, miłość, radość i przygnębienie, lęk, spokój, bezsens i nienawiść... Ale wzrok, który nie wyraża zupełnie nic, czyni człowieka nieprzewidywalnym i przez to nieokiełznanym. Puste wejrzenie zrównuje człowieka ze zwierzęciem, ukazując być może jedynie pozorną bezmyślność i nieomal całkowity zanik duszy. Daniela coraz częściej mijała na ulicy ludzi o takim spojrzeniu. A wzrok jej ciotki był przejrzysty jak szklana powierzchnia szyby – umożliwiał nieomal wejrzenie w różowe fałdy pogrążonego w głębokim obłędzie mózgu. W niespełna pół roku po tamtym jesiennym popołudniu Weronika Dziewanna Różyc została uśpiona. Miała wówczas dwadzieścia sześć lat. Jej syn, Karol Bławatek, spłonął w wieku pięciu lat.

– Pamiętasz ją, widzę to po tobie. Ten pacjent jest do niej nawet podobny. – Ojciec uśmiechnął się do Da­­­nieli. Przeniósł na moment wzrok na Piotra, skinął do niego głową. – Spóźniłaś się. To nawet dobrze, przygotowałem go już dla ciebie. Jest dość młody i całkiem przystojny. Nie powinien wzbudzić w tobie odrazy. – Wskazał na ciężkie stalowe drzwi. – Od dziś aż do napisania twojej pracy będziesz spędzała tutaj większość czasu.

– Dziękuję. – Daniela nie spuszczała wzroku ze swojego ojca. Był wyraźnie usatysfakcjonowany. Wzięła od niego zawieszony na cienkim łańcuszku mały miedziany kluczyk i otworzyła nim drzwi, które następnie z całej siły pchnęła.

Najwyraźniej nie wszystko zapamiętała. To był ten sam pokój. To samo okienko, identyczne łóżko. Mężczyzna, który właśnie stał się jej tymczasową – można go chyba tak określić – własnością, siedział skulony w rogu sali, przypięty do ściany ciężkimi łańcuchami. Daniela oparła się o wyjątkowo mało współpracujące z nią drzwi i naciskiem całego ciała zatrzasnęła je od wewnątrz. Jeszcze raz otworzyła teczkę.

– Emil Dolens – przeczytała na głos, z jednej strony zaintrygowana, jak te dwa słowa zabrzmią w tym po­­mieszczeniu, z drugiej natomiast ciekawa ewentualnej reakcji mężczyzny.

Nie doczekawszy się jej, wyprostowała się i stukając obcasami, przeszła obok łóżka i sięgnęła po stare drewniane krzesło. Lekko nim szurając, przestawiła je na przeciwległy kraniec salki, tak by usiąść naprzeciw mężczyzny. Ciężko oparła się plecami o oparcie, przechyliła głowę i spojrzała na niego.

Burza promieniście ognistych włosów pochyliła się nad małą Danielą.

– Tutaj ci się podoba? – Kobieta roześmiała się, omiatając czujnym spojrzeniem zdystansowaną buzię dziewczynki. – Zobacz, Karolek nie ma nic przeciwko temu miejscu!

Daniela pokiwała główką i podreptała za swoją ciotką, która lekko podskakując, naprędce zrzuciła czerwone pantofelki, ażeby resztę drogi przejść boso. Idealnie przystrzyżony trawnik musiał być jeszcze wilgotny po ulewie, która nawiedziła Miasto ubiegłej nocy. Kobieta miała na sobie czerwoną sukienkę usianą drobnymi białymi groszkami. Jej skóra była nieziemsko blada, co jednak przyjemnie kontrastowało z ciepłymi barwami, jakimi zwykła się otaczać.

– Wygląda jak muchomor, prawda? – Karolek nachylił się w stronę swojej kuzynki.

Dziewczynka parsknęła śmiechem. Kochała tego ma­­łego rudzielca.

Weronika nie była ani trochę podobna do Dolensa. Nie umiała żyć w świecie dorosłych. Nie była odpowiedzialna, nie potrafiła mówić tak jak dojrzali ludzie. Naiwna i bezinteresownie kochająca wszystkich wokół okrutnie boleśnie przeżywała każde rozczarowanie. Nie chciała dostrzegać zła i obłudy w otaczającym ją świecie. Nie potrafiła być systematyczna, wiecznie roztrzepana, pomimo przeżytych dwudziestu sześciu lat nie ukończyła studiów i wciąż utrzymywali ją rodzice. Nikt nie wiedział, kim był ojciec Karola, sama Weronika nigdy o nim nie mówiła, choć podejrzewano, iż chłopczyk mógł zostać poczęty w wyniku gwałtu. Każda próba zagajenia na temat tej kwestii kończyła się wybuchem śmiechu bądź, co gorsza, histerii. Jedynym wiernym obrońcą Weroniki był jej brat, Bogumił Tojad Różyc, który siostrę traktował całkowicie bezkrytycznie; gotów zawsze w środku nocy wstać i pojechać na drugi kraniec Miasta, ażeby utulić Karola do snu, podczas gdy młoda matka przechodziła wyjątkowo bolesną migrenę. Weronika nigdy nie dojrzała, była wieczną dziewczynką. Starała się tuszować objawy nasilającego się obłędu. Panicznie bała się bycia dorosłą. Czuła irracjonalny strach przed swoim synkiem, który choć miał jedynie pięć lat, chwilami zachowywał się dojrzalej aniżeli ona. Bała się odpowiedzialności za to dziecko. I gdy któregoś dnia spadło ze schodów i złamało rączkę...


IV

Zamknęła za sobą drzwi i założyła na szyję łańcuszek, kluczyk brzęknął cichutko, zderzając się z metalowym guzikiem lekarskiego kitla. Przy okratowanym przejściu stał oparty o ścianę Piotr. Gdy zorientowała się, że ją obserwuje, przystanęła na moment, ale zaraz ruszyła przed siebie.

– Danka, czas na przejażdżkę. – Mężczyzna podążył za nią.

– Nigdzie z tobą nie jadę – prychnęła i przyspieszyła kroku.

– Obawiam się, że nie masz wyboru.

– Obawiam się, że wątpię – mruknęła, naśladując jego głos. – Kto tak powiedział?

– Agenor dzwonił kilka godzin temu, prosił, bym ko­­­­­­­niecznie cię przywiózł.

– Dlaczego nie powiedział mi tego osobiście? Wczoraj wtargnął do mojego mieszkania. – Uśmiechnęła się, widząc reakcję Piotra. Uniósł brwi i pokiwał głową, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Potwierdził tym samym przypuszczenia Danieli: owszem, Agenor bał się jej. Tego rodzaju zachowanie przestało ją już właściwie dziwić. To normalne, że ludzie obawiają się tego, czego nie znają bądź nie rozumieją. Boją się samej myśli o ewentualnym poznaniu człowieka, który choć w części ­odbiega od tradycyjnych wzorców myślenia i postępowania. Zwykło się mówić, że każdy człowiek jest inny i na tym polega cały nieodparty urok ludzkości. Nic bardziej mylnego. Co najmniej osiemdziesiąt procent tego społeczeństwa tworzyli ludzie identyczni, różnił ich jedynie wygląd fizyczny, i to też nieszczególnie.

Piotr otworzył jej drzwi samochodu. Wsiadła i wyjęła z kieszeni marynarki paczkę papierosów. Wyjęła jednego i zapaliła, mocno zaciągając się dymem. Energicznie poruszyła pokrętłem i uchyliwszy szybę, wypuściła z ust szarą smużkę – wprost na ulicę, którą jechali.

– O czym myślisz? – Piotr ciężko znosił przeciągające się milczenie. Zawsze odnosił wrażenie, że jeśli ktoś przez dłuższy czas się do niego nie odzywa, to chowa jakąś szczególnie dramatyczną urazę z powodu jego często nietaktownego zachowania.

– O tym, że ludzie są w gruncie rzeczy tacy sami. – Westchnęła, zmuszając się do spojrzenia na niego.

– Skąd ty bierzesz takie dziecinne konstatacje? – Zachichotał cicho, lecz zaraz spoważniał, widząc jej zachmurzone czoło. – Myślałem, że już dawno wyrosłaś z pseudofilozoficznych rozważań.

– Tak jakoś mnie naszło. – Obróciła twarz w stronę okna. – Jak twój pacjent?

– Pacjentka. – W jego głosie brzmiała radość. – Genialna, wydaje mi się, że ma zespół intermetamorfozy, ale to może być coś większego, czeka mnie sporo pracy i grzebania w książkach. – Spojrzał na Danielę, ta jednak utkwiła wzrok w monotonnym krajobrazie śródmieścia. – W każdym razie mówię ci, kupa śmiechu z nią jest! Ciągle wydaje jej się, że jestem kimś innym. Raz jestem dla niej lekarzem, a za moment przeobrażam się w jej umyśle w ukochanego syna lub znienawidzonego męża. To musi być fascynujące z jej perspektywy, wyobraź sobie, że chodziła po pokoju i dotykała nieistniejących rzeczy, podlewała wyimaginowane kwiaty... Nie mogłem się na nią napatrzeć.

Miasto owiewał orzeźwiająco chłodny wiatr. Gdy Daniela wysiadła z samochodu, spojrzała na niebo pokryte szaropiórymi chmurami, pod którymi w rozchwianym tańcu przemykały donośnie popiskujące jaskółki.

– A jaki jest twój pacjent? – Piotr zsunął poły oliwko­­wego prochowca, drżąc z zimna.

– Nie wiem. – Daniela ruszyła w stronę bramy w kształcie łuku. Znajdowali się w starej dzielnicy, pełnej wiekowych, imponująco zaniedbanych kamienic. – Nie odezwał się do mnie ani słowem. Spojrzał na mnie dopiero, gdy wychodziłam.

– A to ci zagwozdka. – Piotr, wcisnąwszy dłonie w kieszenie, podążył za Danielą.

Weszli przez bramę na jedno z setek miniaturowych podwórzy będących częścią nieomal każdej kamienicy w promieniu co najmniej pięciu kilometrów. Podwórze miało kształt owalu, którego granice wyznaczała ściana brudnego budynku. Naprzeciw bramy stał śmietnik pełen obrzyd­­­­liwie śmierdzących odpadów. Pomiędzy nogami Danieli przemknął cętkowany kot; podskoczył, wylądował na jednym z parapetów i przez zbite okno wdarł się do niechybnie opuszczonego mieszkania. Kobieta była zniesmaczona.

– Faktycznie wypadłam z obiegu. Gdyby to ode mnie zależało...

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.