Melancholii - Andrzej F. Paczkowski - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Melancholii - Andrzej F. Paczkowski

 

Tomasz od urodzenia panicznie boi się śmierci. Pewnego dnia, jeszcze jako dziecko, przysięga sobie, że nigdy nie umrze i odnajdzie sposób na życie wieczne. Lata mijają, chłopak stroni od ludzi, zatapiając się w świat książek i muzyki. Jego jedynym przyjacielem jest matka. Pewnego dnia wybiera się samotnie do pobliskiego lasu, gdzie niespodziewanie spotyka tajemniczego osobnika odzianego w habit. Przestraszony nieznajomym ucieka. Od tamtej chwili tajemnicza postać pojawia się wszędzie tam, gdzie znajduje się Tomasz. Młody mężczyzna ulega przerażeniu, czuje, że pojawienie się mnicha oznacza wielkie zmiany w jego dotychczasowym życiu. W momencie gdy wreszcie udaje mu się zaakceptować fakt istnienia zjawy, postanawia kolejny raz wybrać się do lasu, by dowiedzieć się o niej więcej. Kiedy dochodzi do spotkania, chłopak dowiaduje się rzeczy o jakich nawet mu się nie śniło. To właśnie on został wybrany do spraw, o których zwykli śmiertelnicy nie mają pojęcia. Otwiera się przed nim perspektywa życia wiecznego …

 

Tymczasem złe moce już zaczynają obrastać w siłę i ciemne chmury zbierają się nad głową Tomasza. Ktoś czyha na jego życie. Aby wygrać, należy rozwikłać niezwykłą zagadkę, a to dopiero początek całej historii…

 

Opinie o ebooku Melancholii - Andrzej F. Paczkowski

Fragment ebooka Melancholii - Andrzej F. Paczkowski







Strona redakcyjna


Dedykacja i podziękowanie

Książkę tę dedykuję trzem wyjątkowym osobom, które pojawiły się w moim życiu nie bez przypadku.

Pierwszą z nich jest Piter Murpchy. To jemu należą się moje podziękowania za podtrzymywanie mnie na duchu, za wiarę we mnie i za dodawanie sił w trudnych momentach zwątpienia.

Drugą z nich jest Czeszka Helena Tuterova. Dziękuję jej za to, że jest, ponieważ to ona uświadamia mi, że pomimo wszystko życie jest dla mnie łaskawe, jak również łaskawa dla mnie jest ona. Jeszcze nigdy nie spotkałem na świecie człowieka o większym sercu.

Czasami Bóg zsyła nam z góry aniołów, często pod postacią człowieka i niezwykle ważne jest dostrzec to w czas. Dzięki tym dwóm osobom wiem, że wszystko w życiu ma sens...

Na szczególną dedykację zasługuje najważniejsza osoba w moim życiu. Dziękuję, że jesteś. Moja wdzięczność Wam wszystkim nie ma granic!


Prolog

Od narodzin umiera nam ciało. To prawda nie do zaprzeczenia.

Nie chciałem się na to godzić.

Postanowiłem się zbuntować i znaleźć sposób na zachowanie młodości. Pragnąłem wyruszyć na zakrawające na szaleństwo poszukiwania, a wtedy jeszcze nie wiedziałem, że podjęcie tej decyzji odmieni moje życie na zawsze...


CZĘŚĆ I
Początek

Śmierć jest czymś odrażającym, jedyną obsesją,
która nie może stać się rozkoszna.

Emil Cioran, Na szczytach rozpaczy


Strach

Odkąd pamiętam, zawsze panicznie bałem się śmierci. Zastanawiam się dziś, czym to zostało spowodowane i nie znajduję jakiejkolwiek odpowiedzi. Może miało to swój początek w dzieciństwie podczas pierwszego z nią zetknięcia? A może tkwiło we mnie już od chwili narodzenia? Trudno stwierdzić. Jedno jest pewne: śmierć jest dla mnie czymś, z czym nie potrafię się pogodzić. To w pewien sposób uwłaczająca godności człowieka przypadłość, nadana nam nie wiadomo z jakiego powodu. Nie rozumiałem, kto ją nam narzucił, nie podobało mi się to nigdy i brzydziłem się ludźmi, którzy tak łatwo się jej poddawali, tchórzliwie jej ulegali. Do dziś mam przed oczami martwe, sztywne ciało mojego dziadka, leżące w dębowej trumnie, wyłożonej błyszczącą satyną z koronkami o charakterystycznym zapachu. Widzę jego złożone jak do modlitwy ręce: blade, sine, sztywne, zimne tak, jak już bardziej być nie mogą. Zauważam zebranych wokół ludzi, słyszę dobiegający zewsząd płacz, jęki, szepty. W moje nozdrza przedostaje się ten jakże dziwny i nieprzyjemny zapach: to orchidee, nazywane przeze mnie kwiatami śmierci, przemieszane z wonią zmarłego już trzy dni temu człowieka. Te dwa niecodzienne, połączone i brutalnie wymieszane ze sobą zapachy – kwiaty, które powinny kojarzyć się jedynie z pięknem i życiem, i trumna, kawałki zbitego z sobą drewna – wdzierają się głęboko w mój mózg, śnią mi się przez te wszystkie lata po pogrzebie. Niczym film przewija mi się przed oczami nieustannie ten jedyny widok, którego nie potrafiłem nigdy wymazać z pamięci: śmierć w domu, śmierć w rodzinie, śmierć mojego dziadka, wieńce, odziani na czarno, smutni, poważni ludzie, przypominający – bo bladzi i zapłakani – martwe ciało leżące tak spokojnie w trumnie, nad którą jeszcze nie zamknęło się na wieczność ciężkie wieko. Nawet stojący nad trumną ludzie wyglądają, jakby i oni zatracili chęć życia, jakby nie wiedzieli, co to znaczy żyć, a sama śmierć rozpanoszyła się w każdym, przedostała się z umarłego do ich serc, mózgu, spowalniając ruchy i ściszając głos. Czas się zatrzymywał. Trzymane w dłoniach kwiaty z każdą chwilą umierały, ponieważ zostały odcięte od swych życiodajnych korzeni. Wszystko wokół było naznaczone śmiercią.

Tego ponurego dnia stałem tuż przed trumną, miałem około trzech lat. Bardzo bolały mnie nogi, to również pamiętam niezwykle wyraźnie. Dla dziecka minuty dłużą się jak godziny, a każda chwila wydaje się wiecznością. Modlitwy ciągnęły się niemiłosiernie długo, smętne i nudne jak flaki z olejem. Myślałem jedynie o tym, kiedy to się wreszcie zakończy i dlaczego to tak długo trwa. Patrzyłem na twarze ludzi, nie mogąc się nadziwić ich wyglądowi, zastanawiałem się, co im się stało, z jakiego powodu płaczą. Dorośli tacy już jednak byli, robili rzeczy trudne do zrozumienia, zachowywali się dziwacznie w wielu sytuacjach, śmiali się w jednej chwili, a w drugiej płakali. A przecież nikt im nie zrobił krzywdy.

– Mamo. – Uwiesiłem się nogi matki. Stała za mną pogrążona we wspólnej modlitwie. – Mamoooo... – Musiałem parę razy szarpnąć ją za pasek u spodni, by zwróciła na mnie uwagę.

– Tak? – spytała i zbliżyła się do mnie, teraz miałem jej twarz na wprost swojej. Patrzyłem w jej zaczerwienione, ciemnobrązowe oczy barwy miodu i wiedziałem jedno: uwielbiam ją tak samo, jak ten słodki produkt sporządzany przez pszczoły, a nawet bardziej. Włosy matki kręciły się niczym fale na wzburzonym morzu, więc delikatnie wsunąłem w nie swą małą rączkę, mówiąc do niej jednocześnie:

– Kiedy to się wreszcie skończy?

– Nie bądź niecierpliwy – szepnęła mi do ucha, przyciągając obiema dłońmi moją twarz do swojej i pocałowała w policzek. – Masz już trzy latka, jesteś mężczyzną, a mężczyźni powinni być cierpliwi.

– Nieprawda! – zaprotestowałem. W tle ledwo co dochodziły do mnie modlitwy, wypływające potokiem z ust przybyłych. Panowała sztywna i senna atmosfera.

Matka zignorowała mój dziecięcy protest, powiedziała coś zupełnie innego:

– W trumnie leży dziadek, to jego ostatnie chwile w tym domu, potem odejdzie i już go więcej nie zobaczysz. Za chwilę się z nim pożegnamy i odprowadzimy na cmentarz, a potem wrócimy spokojnie do domu...

Wyrwałem się z jej objęć.

– Nie chcę się z nim żegnać. Nie chcę, żeby dziadziuś odchodził. – Znów przytuliłem się do matki, z moich oczu popłynęły słone łzy. Czy dziś wszyscy będą tylko płakać? Czy ci ludzie płaczą, bo im jest równie smutno z powodu dziadziusia? Czy oni także nie chcą, żeby on odchodził? Może kochają go tak bardzo, jak ja i dlatego rozpaczają...

Matka otarła mi łzy chusteczką.

– Cicho, kochanie. Niedługo już będzie po wszystkim. Wytrzymaj.

Pogładziła mnie po twarzy zimną dłonią. W pokoju panował chłód, gdyż ciało nie mogło znajdować się w ciepłym pomieszczeniu, jak mi później wyjaśniła. Od tego dnia, kiedy dziadzio położył się w swym łóżku i już nie wstał, polubił chłód, lepiej mu się wtedy odpoczywało.

Następnie minęła kolejna, jak mi się zdawało, długa chwila, zanim wreszcie coś się zaczęło dziać. Nagle zebrani poczęli pojedynczo zbliżać się do trumny. Wnet utworzyła się długa kolejka. Stanąłem na palcach, by móc lepiej się przyjrzeć, co teraz nastanie oraz w jakim celu ludzie podchodzą do mojego dziadka. Pochylali się nad nim, składali na policzkach pocałunki, dotykali, szeptali słyszane tylko sobie słowa i odchodzili. Trwało to bardzo długo, nużyło mnie oczekiwanie, przestępowałem więc z nogi na nogę. Wreszcie w pokoju zostałem tylko ja i mama oraz czterej ubrani na czarno panowie, stojący na uboczu w ponurym oczekiwaniu.

– Chodź, teraz my pożegnamy się z dziadkiem. – Matka pociągnęła mnie za rękę.

– Nie! Nie chcę! – Wyrwałem się jej. Za nic nie chciałem do niego podchodzić, powoli ogarniał mnie strach, coś się ze mną działo. Kochałem dziadka całym sercem, jednak teraz mój mózg zaczął protestować, serce nagle zaczęło bić w przyspieszonym rytmie. Uginały się pode mną kolana, drżałem, a strach powoli, acz zdecydowanie, coraz bardziej mnie paraliżował i sprawiał, że wzbierała we mnie nieznana mi wcześniej siła, bunt w stosunku do tej jedynej osoby, którą uwielbiałem najbardziej na świecie – mojej matki.

– Tylko pożegnamy się z dziadkiem. – Wsłuchiwałem się w jej słowa, te zaś dochodziły do mnie jakby z daleka. Od trzech dni, kiedy dziadek zasnął, nie wszedłem sam do tego pokoju. Z daleka przyglądałem się, jak matka obmywa jego ciało, mocząc co chwilę gąbkę w misce z wodą. W tym czasie babcia bardzo chorowała, niedomagała każdego dnia. Teraz płakała w drugim pokoju w ciszy i bólu. Nie mogła wstać, by przygotować męża do ostatniej drogi. Dlatego mama wszystkim się zajmowała. Patrzyłem z ukrycia, siedząc na schodach, prowadzących na poddasze, spowitych w mroku, nie zauważony przez nikogo. Ciekawił mnie ten widok, ale lękałem się podejść bliżej. Rozszerzyłem oczy ze zdumienia, widząc, jak matka przemawia do dziadka:

– Teraz ubiorę ci koszulę tato, pozwól mi na to, chciałabym, abyś pięknie wyglądał.

A wtedy sztywne ciało dziadka uginało się i zezwalało na włożenie koszuli. I tak to się odbywało. Wieczorem zapytałem matkę, czy dziadek jest już zdrowy.

– Nie, dziadek umarł. Odszedł od nas i już nigdy z nami nie porozmawia.

– Ale ty z nim dzisiaj rozmawiałaś. Widziałem!

– Nie rozmawiałam...

– Rozmawiałaś! – Tupnąłem nogą, chcąc postawić na swoim.

– Posłuchaj, nie rozmawiałam z nim, a jedynie do niego mówiłam, inaczej nie mogłabym go ubrać. Widzisz, kiedy człowiek umrze, dusza odchodzi, a ciało w którym żyła, umiera, robi się sztywne, zimne jak lód i nie sposób potem przeprowadzić jakiekolwiek zabiegi. Jeżeli jednak będziesz do niego mówił, pozwoli ci na to, pomimo że nie ma go pomiędzy nami.

To właśnie wspomnienie zaważyło na moim późniejszym postępowaniu...

Wtedy matka niemalże siłą wzięła mnie w ramiona i podeszła do dziadka. Wyrywałem się, ciągnąłem ją za włosy i kopałem, więc mnie puściła.

– Nie wiem, co się z tobą dzieje. Przynajmniej dla dziadka powinieneś dziś zachowywać się grzecznie.

Matka nie zauważyła mojego przerażenia, ja sam nie rozumiałem, dlaczego się boję, przecież tylu ludzi podchodziło do dziadzia, dotykało go, żegnało się z nim. Zmusiłem się do odwrócenia i spojrzenia do środka trumny. Widok, jaki się ukazał, zmroził mi krew w żyłach, a włosy zjeżyły mi się na karku. Nienaturalnie blady dziadek, ubrany w czarny garnitur, ze złożonymi rękami, na których zapleciono różaniec, ze swoją laską służącą mu do podpierania się, czarną księgą ze złoceniami – biblią i... tak, i jego twarz z przymkniętymi oczami, z których spływały powoli gęste łzy. Nawet nie zauważyłem, jak matka znów mnie podniosła i chwyciwszy moją rękę przyłożyła ją do chłodnych dłoni leżącego w trumnie ciała. Przeżyłem wewnętrzny szok. Oderwałem rękę tak szybko, jakbym oparzył się wrzącą wodą. Tamtej chwili nie zapomnę do końca życia, okazała się dla mnie najgorszym przeżyciem, jakiego w dziecięcych latach doświadczyłem. Niezapomnianym i bardzo nieprzyjemnym. Nigdy też nie wybaczyłem matce, iż do tego doprowadziła...

Po opuszczeniu pokoju wyszliśmy na zewnątrz. Za nami dobiegał hałas wbijanych w trumnę gwoździ. Ciało wyniesiono nogami do przodu. Dziadek musiał z domu wyjść, nie mógł z niego zostać wyprowadzony głową, ponieważ wróciłby z powrotem, takie były przesądy, według których postępowano. Trumnę włożono do czarnego, błyszczącego karawanu i tak odprowadziliśmy dziadka na cmentarz, gdzie spoczął na dnie wykopanej, głębokiej dziury. Garściami ziemi symbolicznie zasypywano trumnę, wokół układano wieńce oraz kwiaty ze złotymi i czarnymi wstęgami z ostatnimi słowami przybyłych kierowanymi do dziadka.

Niebo tego dnia było niezwykle zachmurzone, zerwał się wiatr i powoli siąpił deszcz. Ludzie rozeszli się do swych domów, a my wraz z matką, także pieszo, poszliśmy trzymając się za ręce, do swojego ciepłego domu. Prędko zrobiło się ciemno, włosy matki powiewały targane wiatrem, starałem się je trzymać w rękach, przyciskać do jej głowy, matka wzięła mnie bowiem na ręce, przytulając mocno do siebie. Razem owinęliśmy się wielkim czarnym szalem, wyszydełkowanym przez babcię.

Wieczór. Siedziałem przy stole. Przede mną unosiła się para z dopiero co nalanego do kubka mleka. Zajadałem kanapki z serem, od dziecka nie przepadałem za wędlinami czy kiełbaskami, co było też widać gołym okiem, ponieważ byłem nad miarę szczupły. Na piecu w garnku gotowały się jajka na twardo. Gdzieś tam, w drugim, ciemnym pokoju, siedziała w samotności babcia, nie chciała tego dnia naszego towarzystwa. Potrzebowała pozostać sama, powspominać, poukładać myśli, może nawet popłakać w odosobnieniu, bo i tego człowiek potrzebuje. Czasami samotność może leczyć równie dobrze, jak lekarz czy druga osoba, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.

W domu trzymaliśmy świnkę morską, więc jej także zaniosłem jedzenie, nigdy o tym nie zapominałem. Następnie udałem się do swego łóżka. Po chwili przyszła mama. W ręku trzymała szklankę z białym winem i kostkami lodu, uderzającymi przy każdym jej ruchu o ścianki naczynia. Od czasu do czasu zbliżała cienki brzeg szkła do warg i wypijała łyk.

– Jak się czujesz? – Uśmiechała się blado, gładząc mnie po policzku.

– Dobrze, mamusiu – odpowiedziałem z ufnością. Nie ma nic piękniejszego na świecie niż dotyk matki. Tego dotyku nie zapomina się nigdy.

Przysiadła na boku łóżka.

– Kocham cię, synku.

– Ja ciebie też, mamo.

Przytuliła mnie i delikatnie przeczesywała palcami włosy, co bardzo lubiłem. Na zewnątrz na chwilę pojaśniało, głośny grzmot przeszedł po niebie, jakby setki beczek pełnych dojrzałego wina turlało się w górze, gdzieś tam w przestworzach. Może to bogowie się upijają dzisiejszego wieczora... Deszcz bębnił o parapet, wygrywając crescendo. Nagle wpadła mi do głowy pewna myśl. Głowa dziecka jest ich przecież pełna.

– Mamo?

– Hm?

– Dziadek był głupi, że umarł.

– Nie mów tak, kocie. Każdy umiera. Takie są koleje losu. Rodzimy się, żyjemy i umieramy. Jest czas przyjścia i czas odejścia.

– Ale ja nie umrę! – zaprzeczyłem z zaciętością i pewnością siebie.

– Oczywiście, że nie, maluszku. Ty jesteś jeszcze malutki, masz długie życie przed sobą. Nie powinieneś o tym myśleć.

– Ale ja nie umrę nigdy, mamo! – W moich oczach pojawiły się łzy, zacząłem płakać. Gdzieś w głębi mnie czaił się strach. Od dnia swojego narodzenia w mej dziecięcej duszy miał już trwać na zawsze. Miał mnie nigdy nie opuścić.

– Ciii... nie płacz. Mama jest przy tobie.

Matka znów głaszcze mnie po głowie. Kochana mama. Kiedy jest blisko, czuję się tak bezpiecznie. Matka jest dla mnie wszystkim. Uchroni mnie przed złem.

– Nie umrę?

– Nie umrzesz. Nie...

Wtedy dopiero, nieco uspokojony, utulony w jej matczynych, miękkich ramionach, zasnąłem.

Wyobraźnia

W miarę upływu lat sytuacje takie następowały po sobie jedna za drugą. Jak mówiła matka, to zresztą wie każdy, ludzie przychodzą na ten ziemski padół i odchodzą, kiedy przyjdzie na nich odpowiedni moment. Czas dany każdemu człowiekowi różni się i nie jest mu znany. Nigdy tak naprawdę nie można było poznać daty swojej śmierci. Przychodziła ona wyłącznie jako nieoczekiwany gość, często w najmniej odpowiednim momencie. Czy można było wyglądać jej każdego dnia z okna i czekać na nią z utęsknieniem, opierając na tym najpiękniejsze lata swojego życia? Nie, każdy starał się uciec od niej jak najdalej, żyć jak najdłużej. Nie dać się! Pokazać jej, że się pomyliła, że jeszcze nie nadszedł odpowiedni moment. Ludzie mieli dziwne zboczenie zapierać się rękami i nogami nawet w chwili, gdy stawali ze śmiercią twarzą w twarz, będąc już jedną nogą na tamtym świecie. Pragnienie długiego życia jest zakodowane w każdym człowieku, gdzieś w głębi jego duszy, od zarania dziejów.

Tak właśnie wyglądało to wraz z upływem mojego dorastania. W rodzinie, jak również wśród znajomych z najbliższego, i nie tylko, otoczenia, zdarzało się, że ktoś umierał. Gdy byłem starszy, nie miałem najmniejszego zamiaru chodzić na jakiekolwiek pogrzeby. Uciekałem od tego, gdzie pieprz rośnie, mając w pamięci tamten zapach, kojarzący mi się ze śmiercią, zapach umierających kwiatów i rozkładającego się ciała dziadka, na wspomnienie którego zbierało mi się na wymioty. Kiedy zmarła babka, zachorowałem, gdy tylko znów poczułem zapach śmierci i rozkładu panoszącego się wewnątrz domu. Za nic nie zdobyłem się na to, by wejść do jej pokoju. Choć matka nalegała na początku, w końcu dała za wygraną, widząc moją bladą twarz i przestrach malujący się na twarzy. Coś dziwnego się ze mną działo już wtedy, jakby zapach samej śmierci wytwarzał niewidzialną, a jednocześnie niezwykle wyczuwalną atmosferę wokół domu. Była to woń tak silna i nieprzyjemna, że jeżyły mi się włosy na całym ciele, serce biło szalenie, zaś torsje mogły się pojawić w jakimkolwiek momencie, gdybym tylko mniej nad sobą panował. Wiele kosztowało mnie już samo wejście do środka. Po przekroczeniu progu skierowałem się do kuchni, nie do pokoju, gdzie leżała martwa, blada i zimna, tak podoba do zmarłego wówczas dziadka. Mdliło mnie na widok podobnej trumny, stojącej w pokoju i tego chłodu, panoszącego się po domu. Nie był to bowiem taki zwyczajny chłód, był to chłód pustki, jaki pozostawia po sobie tylko umierający człowiek. Nie chciałem widzieć własnej babki, nie domyślałem się jeszcze, co to za uczucia targają moim ciałem, potrzebowałem dorosnąć, aby je wreszcie zrozumieć, na to jednak musiałem jeszcze poczekać. Nie była to już moja babcia, od śmierci dziadka zapamiętałem ją jako osobę nieustannie siedzącą w jednym miejscu, mówiącą czasem do siebie, patrzącą na mnie zasłoniętymi mgłą oczyma, jakby niczego nie rozumiała. I już wtedy miała takie chłodne dłonie... Babcia prawie nie wychodziła ze swojego pokoju, powoli stawała się obcą dla mnie osobą, zdziwaczałą staruszką. Często mówiła do matki, że teraz to ona już tylko czeka na śmierć. Nie chciała dalej żyć, zresztą ciało coraz bardziej odmawiało posłuszeństwa, mało jadła, nocami zaś nie potrafiła spać. Pewnego dnia na jej nodze pojawiła się rana od zwykłego uderzenia. Rana ta zaczęła się powiększać, przybrała siny odcień, potem sczerniała, na koniec zaś otworzyła się i powiększała swą ropiejącą objętość. Nie pomagało nic. Tej zimy nieoczekiwanie wyszła na podwórze, gdzie na zlodowaciałym gruncie pośliznęła się i upadając, złamała dwa żebra i rękę. Po jakimś miesiącu leżenia w łóżku powiedziała:

– Był tutaj.

– Kto? – zapytała matka, nic nie rozumiejąc. Babka już wtedy mówiła wiele nic nie znaczących lub pozbawionych sensu rzeczy.

– Tadeusz...

Widziałem, jak ręka matki, obwiązująca bandażem nogę babki, zastyga w bezruchu.

– Tata? – zapytała mama. – Mamo, przecież tata nie żyje.

– Wiem, że nie żyje, ale dzisiaj tu był.

Nie rozumiałem wtedy za bardzo, o czym one rozmawiają, pojąłem to dopiero znacznie później.

– Cze... czego chciał? – Matka przełknęła ślinę. Uważniej przypatrywała się babci.

– Powiedział, że jeszcze muszę poczekać, ale za tydzień po mnie przyjdzie, zabierze mnie ze sobą.

– Na miłość boską, mamo! Tata nie żyje, nie mógł tu przyjść, bo go już z nami dawno nie ma. – Mama była wyraźnie przestraszona.

– Za tydzień będziesz przygotowywała pogrzeb. Wiem, co mówię.

Dokładnie po tygodniu, tak jak powiedziała, matka weszła rankiem do jej pokoju, a babka leżała martwa. Odeszła w spokoju, jedną rękę miała wyciągniętą, jakby komuś podawała dłoń i tak już zastygła.

Potem matka znalazła mnie i zakomunikowała, że babcia nie żyje. Od razu wspomniałem sobie dziadka, przeszedł mnie strach. Odnosiłem wrażenie, że się duszę.

– Nie wiem, co się z tobą dzieje, Tomaszu – zwróciła się do mnie matka, widząc mnie zapierającego się rękami i nogami o framugi drzwi, kiedy próbowała zaciągnąć mnie do tamtego przepełnionego zapachem trupa pokoju, bym się z nią pożegnał.

– Nie chcę tam iść, nie chcę jej widzieć! – wykrzyknąłem. Patrzyłem na nią oskarżycielsko, zastanawiając się, jak może mi to robić. W tamtym momencie byłem bardzo blisko znienawidzenia swojej własnej matki.

– Przecież to twoja babcia!

– Ale umarła!

– Każdy umiera!

– Nie, to nieprawda! Nieprawda, nieprawda! – Udało mi się wyrwać, wybiegłem z domu na podwórko. Mama nie poszła za mną, zostawiła mnie w spokoju, a ja dopóty zabawiałem się w samotności, dopóki wreszcie nie wyszła i nie zabrała mnie z powrotem do naszego domu, gdzie było ciepło i przyjemnie oraz gdzie nie było najmniejszego nawet zapachu śmierci. Mieszkaliśmy wtedy już w mieście, każdego dnia odwiedzaliśmy babcię lub nocowaliśmy u niej, ta bowiem odmówiła przeprowadzki na stare lata w inne miejsce. Przywykła do tego domu, spędziła w nim długi okres życia i nie potrafiłaby stąd odejść. „Starych drzew się nie przesadza” – mawiała. Mama widocznie rozumiała, bo nie wyrażała protestu.

– Kiedy pójdziemy na pogrzeb – mówiła matka – mam nadzieję, że będziesz się zachowywał odpowiednio. Nie wiem, co się ostatnio z tobą dzieje, dziecko.

Nic na to nie odpowiedziałem, znowu przerażenie poczęło nękać mnie od środka i jeszcze tej samej nocy przed pogrzebem, zachorowałem. Gorączka od rana trawiła moje ciało, które zdawało się płonąć. Nawiedzały mnie dziwne sny, nieustannie biegałem po lesie, ciemnym i mrocznym, a wszędzie dookoła roznosiła się nieprzyjemna woń śmierci. Z odcisków butów, pozostawiających ślady na runie leśnym, wyrastały orchidee, oznaczając moją ścieżkę, ich zapach gonił mnie nieprzerwanie, dokądkolwiek się udałem. Pragnąłem od niego uciec, wydostać się z lasu, gdzie intensywnie wyczuwałem, a nie widziałem, zbliżające się niebezpieczeństwo. W biegu wpadałem w wykopane przez lisy nory, wyryte przez dziki dziury, błądziłem oszalały ze strachu, zakrywając ręką nos i usta, co miało zabronić nieprzyjemnemu zapachowi przedostać się do głębi mojego ciała, niestety bez powodzenia. Zwykłą siłą rzeczy byłem zmuszony oddychać, więc wdychałem tę ostrą woń, czując jakbym przesiąkał nią na wieki. Krzyczałem i płakałem, wreszcie na mojej drodze pojawiła się ciemna postać. Nie wiem, kim lub czym była, przerażenie o mało nie doprowadziło mnie do obłędu. Patrzyłem na czarną sylwetkę, stojącą gdzieś w samym centrum osaczającego mnie lasu z powyginanymi niczym macki ośmiornicy konarami, chcąc uciekać i nigdy więcej nie wracać w to samo miejsce. Oto jednak nie mogłem się poruszyć, wokół mnie wyrosły kolejne, tym razem czarne, lśniące na niebiesko kwiaty, a dziwna postać stała pośrodku nich, wyciągając w moją stronę rękę. Kwiaty na moich oczach rozwijały się i więdły. Rozwijały i więdły...

– Tomaszu! Tomek! Dziecko!

Słowa matki dobiegały z tak daleka...

– Obudź się, kochanie, to tylko sen, zły sen.

Powoli wyrywałem się z mrocznego lasu, jakim było senne otępienie.

– Mama jest przy tobie. No już, ciii, mama jest z tobą. Ciii...

Spojrzałem wreszcie w jej ciepłe, miodowe oczy. Z delikatnością, jak to potrafią jedynie matki, ocierała mi łzy, zraszające moją twarz, scałowywała je, gładziła po głowie. I przytulała. Kiedy dziecko jest małe, nie ma większego bohatera i jednocześnie miejsca, gdzie można się schować i poczuć bezpiecznie, niż matka i jej ciepłe ramiona.

– Mamo... – Chciałem jej opowiedzieć, co mnie dręczy, ale nie potrafiłem, więc oplotłem ręce wokół jej szyi i przytuliłem się mocno, wciągając w nozdrza jej zapach, jedyny i niepowtarzalny, zapach miłości i bezpieczeństwa. Zapach matki.

Od tamtego czasu sen ten nawiedzał mnie systematycznie raz na jakiś czas, nigdy nie zdołałem się od niego uwolnić, nie wiedziałem jeszcze wtedy, iż to nie sen, a moje przeznaczenie, mój los wyznacza mi drogę. Czasami jednak człowiek musi przejść przez wiele etapów dorastania, począwszy od fizycznego zmieniania się ciała, poprzez duchowe i psychiczne dojrzewanie. Każdemu zabiera to mniej lub więcej czasu, gdyż wszyscy, jako jednostki jesteśmy niepowtarzalni, różnimy się, dorastamy inaczej, zgodnie ze swoim rytmem.

Oczywiście na pogrzeb nie poszedłem. Gorączka trawiła me ciało do czasu przyjścia matki z cmentarza. Kiedy już się przebrała i usiadła obok mnie, przyglądając mi się spokojnie, choć z obawą, czy aby nie jest to coś znacznie poważniejszego, szybko wróciłem do zdrowia. Było po wszystkim, nikt nie będzie zmuszał mnie do dotykania zimnego, martwego ciała, nienależącego już do babci, ta bowiem odeszła i nie było jej już między nami. Nikt nie będzie mi nakazywał stać i wsłuchiwać się w żałobne, wypływające z ust wszystkich, monotonne modlitwy. Nikt nie będzie zmuszał mnie do wdychania nieznośnie pachnącego powietrza nasiąkniętego odorem śmierci.

Wieczorem poczułem się już znacznie lepiej, wyskoczyłem z łóżka, łapczywie pochłaniając jedzenie.

– Jesteś głodny jak wilk. – Mama śmiała się, choć miała smutną, zmęczoną twarz. – To dobrze wróży. Głodny człowiek to zdrowy człowiek, jak powtarzała babcia.

– Jestem głodny jak wilkołak, mamo – zwróciłem się do niej.

– Wilkołaki nie istnieją, kochanie – odpowiedziała na to łagodnie. Matka, jak to matka, nieustannie mnie poprawiała, uczyła, zwracała na coś uwagę, pokazywała czy napominała. Matka to przecież pierwszy nauczyciel małego człowieczka. Ileż jej każdy z nas zawdzięcza...

Wieczorem jak zwykle położyła się na chwilę tuż obok mnie. Znów gładziła mnie po włosach, cicho szeptała bajkę O kocie, co palił fajkę. Wtem coś mi się przypomniało, postanowiłem ją zapytać:

– Mamo, prawda, że wilkołaki istnieją?

– Nie, Tomaszku, nie istnieją. To wytwór ludzkiej wyobraźni.

– Co to jest wyobraźnia? – zapytałem naiwnie, palcem obrysowując kontury jej ust.

– To wytwarzanie w umyśle różnych obrazów, dźwięków czy też sytuacji, które nigdy nie miały miejsca w rzeczywistości.

– Czy ja posiadam wyobraźnię?

– Oczywiście, że tak. Ty jej masz pod dostatkiem, ponieważ jesteś dzieckiem. Dorośli, tacy jak ja, powoli zatracają ją w sobie...

W moich oczach stanęły łzy.

– Ja nie chcę byś zatraciła swoją wyobraźnię, mamusiu.

Miodowe oczy matki na chwilę zaszły mgłą, poczęły błyszczeć w blasku wydającej żółty blask lampki stojącej na półce.

– To proces nieodzowny, nieodwracalny, syneczku. Każdy go kiedyś przechodzi...

– Wilkołaki istnieją w wyobraźni?

– Tak, w wyobraźni.

– Więc jednak istnieją...

– Uhm...

Inne spojrzenie

Najbardziej kochałem ten czas, kiedy nic się nie działo, kiedy mogłem się bezustannie bawić na swym polu, w specjalnie wykopanej dziurze czy w ogrodzie, gdzie zajadałem się agrestem, śliwkami lub dzikimi gruszkami. Moje życie było radosne, spędzone na łapaniu motyli, chrabąszczy rozśmieszających mnie swym łaskotaniem, gdy zamknęło się je na chwilę w dłoniach. Wkładałem ręce w mrowiska, goniłem żaby, zbierałem kwiaty, jeździłem na rowerze, robiłem babki z piasku, sprawiałem wiele kłopotów, czasem coś podpalając, czy po prostu nie uważając na drodze, co nie raz mogło się dla mnie skończyć źle. Dzień był długi jak miesiąc, niestety to się zmieniło. Było tak, jak mówiła matka: „Wszystko z czasem się zmienia...”.

Nastał czas pójścia do przedszkola, następnie szkoła porwała mnie w swe rozkrzyczane, wiwatujące ramiona i zatrzymała na większą część mej młodości. Szkolne mury stawały się milczącymi, cierpliwymi świadkami przemiany dziecka w dorosłego człowieka.

Zmieniłem się wizualnie, zmieniały się moje myśli, zmieniał się mój mózg, sposób patrzenia na świat, ludzie wokół mnie. Zmieniało się wszystko. Każdego dnia tworzyła się historia, ja sam z każdym oddechem pozostawiałem przeszłość za sobą. Byłem coraz bardziej gotowy stawić czoło przyszłości, którą miałem kiedyś zacząć kształtować według siebie, jak plastelinę. Na przyszłość, zdawało mi się, mogę mieć wpływ ja i tylko ja.

– Jesteś już ode mnie wyższy o głowę. – Mama śmiała się. – Wyrośniesz wysoki jak dąb. – Zamyśliła się, wzrokiem błądząc w oddali, po czym już ciszej rzekła: – Mój mały mężczyzna dorasta...

– Nie mamo, nie dorastam. Umieram.

– To złe zapatrywanie się na egzystencję człowieka.

– To zdolność widzenia świata takiego, jakim jest. Nie lubię patrzeć przez pryzmat, wierzyć w wyimaginowany świat, podobnie jak wszyscy ludzie.

– Wszyscy ludzie tak samo patrzą i widzą...

– Że dorastamy? Że się zmieniamy? Mamo, z dniem urodzenia przecież, jedyne co jest pewne, to to, że umieramy. Każdy dzień przybliża nas do śmierci, czy ty tego nie pojmujesz?

– Jak wy to teraz mówicie? Poczekaj... Bajerujesz? Nie bajeruj, chłopcze. Skup się na poważniejszych sprawach.

Spojrzałem w lustro, wzdrygnąłem się przez widok, jaki ujrzałem.

– Jestem już taki stary!

– Masz dopiero szesnaście lat!

– Już mam szesnaście lat!

– Ależ to najpiękniejszy wiek! Zobaczysz, wszystko się zmieni, twoje nastawienie do życia też. Kiedy spotkasz dziewczynę i...

– Mamo! Ja nie poznam żadnej dziewczyny.

– Mówiliśmy już o tym. Dobrze wiesz, że się mylisz.

– Masz rację, rozmawialiśmy. Więc powinnaś wiedzieć, iż nie będę miał nigdy kobiety. Nie chcę patrzeć na kogoś umierającego u mego boku z dnia na dzień. To przecież masochistyczne nastawianie do świata. Nie jestem masochistą i nie chcę się torturować nawet takimi wizjami. Wystarczy, że przyjdzie mi oglądać ciebie... – Nie dokończyłem, ale nie musiałem, bo zrozumiała, o co mi chodzi.

– Jesteś jeszcze młody. To cię usprawiedliwia od tego, co mówisz. Uwagi o śmierci w twoim wieku, jakiekolwiek rozmyślanie o tym do niczego nie doprowadzi. Musisz żyć chwilą, na śmierć przyjdzie jeszcze czas, zobaczysz. Teraz należy żyć.

– Ty niczego nie rozumiesz... – Machnąłem ręką.

Zasiadłem z nią do stołu. Była to prawda, matka niczego nie pojmowała, nie rozumiała, że ja mówiłem prawdę, tylko jak jej to wytłumaczyć, tak by koniecznie zrozumiała? Nie uda ci się to, powiedziałem sam do siebie, w skrytości ducha. Ona wierzy w swoje, ty w swoje. Powinieneś to respektować, pamiętając, czego cię uczyła od dziecka.

I tak respektowałem inne spojrzenie na świat mej matki. Ona zaś mojego nie, myśląc, że to tylko bujna wyobraźnia...

Czasami, gdy uczęszczałem do szkoły, umierał ktoś z rodziny. Na pogrzeby nigdy nie miałem czasu, zasłaniałem się nauką, testami, czymkolwiek się dało. Byle tylko znów nie poczuć tego mdlącego zapachu, przyprawiającego mnie o szaleństwo.

Tylko raz zrobiłem wyjątek, kiedy zmarła koleżanka ze szkolnej ławki. Wypadek samochodowy. Całą paczką wybrali się na dyskotekę, pili, palili marychę, po czym wsiedli do auta w sześciu i na zakręcie, jadąc sto osiemdziesiąt, rozbili się o drzewo. Samochód przeciął się na pół. Na szczęście lub nieszczęście, nie przeżyła jedynie ona.

Poszedłem na pogrzeb, ale trzymałem się jak najdalej od trumny, idąc na końcu konduktu pogrzebowego. Po mszy odszedłem czym prędzej, nie potrafiłem znieść tego widoku. Kolejny już raz zaczęła odzywać się we mnie dziwna strona mej osobowości, podpowiadająca mi jedyne przychodzące mi na myśl słowo: bunt. Po całej tej paradzie pogrzebowej zasiadłem w ciemnościach swego pokoju, regenerując siły. Nie mogłem się powstrzymać przed jakimś swoistym nienawidzeniem siebie samego oraz ludzi. Jako gatunek byliśmy zdecydowanie za delikatni, jak porcelana, którą można było rozbić nieuważnym gestem.

Pewnego dnia matka zauważyła:

– Dlaczego nie przychodzą do ciebie koledzy? Przecież na pewno masz jakichś znajomych?

– Nie mam – uciąłem krótko.

– Jak to nie masz? Każdy chłopak w twoim wieku...

– Ja nie jestem każdy chłopak! Ile razy ci mówiłem, nie porównuj mnie do innych ludzi, na Boga?!

Moja matka potrafiła być czasami niezwykle denerwująca. Dlaczego tak trudno przychodziło jej zrozumieć mój sposób życia? Nie chciałem zadawać się z innymi ludźmi, nie potrzebowałem do życia przyjaciół, wystarczała mi moja obecność. Sam sobie ze wszystkim radziłem, więc czy to takie istotne, czy z kimś się spotykam, czy nie? Dlaczego ludzie potrzebują nieustannie drążyć jeden i ten sam temat na okrągło? Czy w życiu nie można zajmować się naprawdę poważniejszymi sprawami?

– Każdy normalny...

– A więc teraz nie jestem normalny, tak? – prychnąłem, przerywając jej i patrząc na nią, jakby oto stał przede mną mój przeciwnik w walce, a nie matka.

– Nie to chciałam powiedzieć...

– Ale powiedziałaś!

– Nie podnoś na mnie głosu.

– To nie wtrącaj się do mojego życia!

– Jestem twoją matką!

– A ja twoim synem! I co?

– I to, że należy mi się szacunek...

– ...który ode mnie masz zagwarantowany!

Wtedy matka usiadła i zapaliła papierosa. Nie lubiłem, gdy to robiła. Czynność tę uważałem za kolejny dowód słabości i nierozważności człowieka. Jak można zabijać się z każdym wdechem tego świństwa? Z jakiego powodu ludzie sięgają po papierosy? Gdyby to chociaż smakowało, roznosiło wspaniałą woń lub dawało radość, zapomnienie, ogłupienie, ekstazę, cokolwiek. Ale to tylko zabija. Czy właśnie tacy jesteśmy, my ludzie? Wiemy, iż coś jest dla nas złe, a jednak idziemy w tę złą stronę i dajemy się wciągnąć w szpony bezmyślnego uśmiercania własnego ciała. Czy tak mało dla siebie i dla innych znaczymy, nie cenimy własnego zdrowia, nie mówiąc już o zatruwaniu tych, którzy znajdują się w pobliżu?

Czasami słyszałem jej kaszel, który, aby uśmierzyć, zapijała szklanką zimnej wody. Miewała też napady duszności. o których zresztą jeszcze wtedy mi nie mówiła.

– Palisz papierosy, zabijasz się każdego dnia. Jak możesz to robić? Czy nie zależy ci na życiu? – zaatakowałem ją słowami, które znała na pamięć.

– Wszyscy umrą, to twoje słowa. Po co więc zadajesz bezsensowne pytania? – odpowiedziała, zaciągając się kolejny raz dymem. Paliła zawsze, kiedy była zdenerwowana. Lub gdy nie wiedziała, co ze sobą począć. Nie lubiłem tej jej słabości.

– Powinieneś znaleźć sobie dziewczynę, chłopaka lub cokolwiek innego, byleby to było jakieś normalne zajęcie, bylebyś wychodził do ludzi. Nie podoba mi się, jak ciągle przesiadujesz godzinami zamknięty w tym swoim ciemnym pokoju z oczami wlepionymi w książki. Nic dobrego z tego nie będzie.

– To mi najbardziej odpowiada, już dosyć mnie kosztuje przesiadywanie całymi godzinami w szkole. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo mnie to nudzi, cała ta nauka i ci ludzie poziomem dorastający czasami przedszkolakom. Nie mam z nimi żadnego wspólnego tematu, nie czytają książek, a jedyne co ich interesuje to, jak urwać się ze szkoły, picie alkoholu, palenie papierosów, seks i tym podobne. Wyszukiwanie słabości drugiego i atakowanie. Wyśmiewanie, poniżanie... Wywyższanie się nad innych, a przy tym jest to takie ubogie!

– Ja nie wiem, po kim odziedziczyłeś tę niechęć do ludzi. Chyba po twoim ojcu, bo po mnie z pewnością nie. Gdybym tylko mogła wrócić do swoich lat młodości, och, jak ja bym się wyszalała, zabawiła, wierz mi, kiedyś będziesz żałował, że się teraz nie bawisz. Będziesz patrzył w lustro i tłukł głową, dlaczego nie postępowałeś inaczej. Zanim się obejrzysz, lata miną, ulecą jak ptak do ciepłych krajów i nie wrócą, pozostaniesz sam jak kołek. Skończysz jak ja. Czy chcesz właśnie takiego życia?

– Może tak, mamo. Teraz chcę żyć tak, jak żyję i dopóki nikomu nie sprawiam problemu, pozwól mi na to.

Mama odetchnęła głęboko.

– Wybacz, że podniosłam głos.

– To ja przepraszam, jestem grubianinem. Rozumiem, martwisz się o mnie, a ja się od razu na ciebie rzucam z pazurami. Jestem złym synem. Powinienem teraz walić głową w mur i przepraszać, i...

Mama się roześmiała.

– Jesteś dobrym synem.

– A ty dobrą matką. Czasami staraj się mnie lepiej zrozumieć, proszę.

– Staram się, kochanie. Naprawdę się staram...

Przytuliła mnie i pocałowała, czego także nie znosiłem, lecz postanowiłem nie reagować, mama to mama. Czy mam pięć, czy dwadzieścia lat ona zawsze widzi we mnie swoje dziecko.

Zamknąłem się we własnym pokoju, gdzie od razu porwałem jedną z kilkunastu na raz czytanych przeze mnie książek i zagłębiłem się w lekturze, co po chwili okazało się niemożliwe, myśli w mojej głowie krążyły jak sępy nad padliną. Może mama miała rację. Może jest ze mną coś nie tak. Co sprawiło, że takim problemem jest dla mnie obecność drugiego człowieka, że stronię od ludzi? A do tego nie wie przecież o mych uczuciach, o tym, jak bardzo ludzki gatunek wydaje mi się nie do zniesienia. Ale to pewnie kwestia dorastania, z pewnością tak, bo jak inaczej to interpretować?

Akurat trzymałem w ręce Encyklopedię demonów. Książka zawierała informacje o najróżniejszych demonach Polski, było ich naprawdę sporo. Ciekawa i interesująca, tak można ją opisać w trzech słowach. Nie było bowiem nic ciekawszego nad istoty magiczne, znacznie wyróżniające się wizualnością, siłą i rozumowaniem od gatunku ludzkiego. Zastanawiałem się, czy demony te zostały jedynie stworzone w umysłach ludzkich, czy ludzka fantazja była aż tak wielka, że sama tworzyła istoty nigdy niestąpające po świecie. A może jednak to nie o fantazję tu chodziło, lecz o prawdziwe, krążące po tym świecie stwory? Każdy żyje inaczej: ludzie jedzą, by przeżyć, a demony żyją dzięki wierze ludzi. Czy wampiry żyją zatem dzięki ludzkiej krwi?

Tamtego popołudnia zapisałem pierwszą stronicę mojego pamiętnika. Postanowiłem przelewać na papier wszystkie moje skryte myśli.

„Czego oczekuję od życia? Czy musi się ono toczyć według własnych reguł, czy też reguły da się zmienić, jeżeli obmyśli się doskonały plan, jak tego dokonać? Dlaczego jestem niespokojny, ukrywam się przed ludźmi, zatapiając we własnym świecie? Czy powinienem się leczyć?”

Mijały miesiące. Miałem siedemnaście lat, gdy wydarzyła się tragedia. W szkole byłem najlepszym uczniem, wyśmiewano się ze mnie, ale nie za wiele obchodziło mnie, co o mnie mówią inni.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.