Mea culpa - Barbara Rybałtowska - ebook
Wydawca: Axis Mundi Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 537 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 16 min Lektor: Barbara Rybałtowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mea culpa - Barbara Rybałtowska

Polska przełomu lat 50. i 60., pierwsze lata PRL-u wraz z jego absurdami, ingerencja świata polityki w życie zwykłych ludzi, dramatyczne zdarzenia w życiu osobistym i podróże głównej bohaterki z zespołem Mazowsze; dramatyczne zdarzenia w jej życiu osobistym...

Opinie o ebooku Mea culpa - Barbara Rybałtowska

Fragment ebooka Mea culpa - Barbara Rybałtowska







Spis treści

  • Rozdział pierwszy
  • Rozdział drugi
  • Rozdział trzeci
  • Rozdział czwarty
  • Rozdział piąty
  • Rozdział szósty
  • Rozdział siódmy
  • Rozdział ósmy
  • Rozdział dziewiąty
  • Rozdział dziesiąty
  • Rozdział jedenasty
  • Rozdział dwunasty
  • Rozdział trzynasty
  • Rozdział czternasty
  • Rozdział piętnasty
  • Rozdział szesnasty
  • Rozdział siedemnasty
  • Rozdział osiemnasty
  • Rozdział dziewiętnasty
  • Rozdział dwudziesty
  • Rozdział dwudziesty pierwszy
  • Rozdział dwudziesty drugi
  • Rozdział dwudziesty trzeci
  • Rozdział dwudziesty czwarty
  • Metryczka książki

Rozdział pierwszy

Mea culpa! Moja wina! Sama sobie nawarzyłam piwa i muszę je teraz wypić, nikt mnie w tym nie wyręczy – zwierzyła się przyjaciółce Kasia.

– To pech, bo ty nie znosisz piwa – roześmiała się Grażyna.

– Właśnie! I to jak! Lepiej poradź mi, jak mam o tym powiedzieć rodzicom.

– A nie da się nic odkręcić?

– Jak to sobie wyobrażasz? Dostałam pełne stypendium, miejsce w akademiku, na polonistyce bym tego nie miała. Wiesz, jakie tam było oblężenie. Odpadłabym po pierwszym roku.

– Nonsens, dlaczego z góry to zakładasz? A w ogóle to ja ci się dziwię. Tyle masz pasji i nie zamierzasz realizować żadnej z nich...

– Nie pognębiaj mnie, mówisz jak moja mama. Grażynko, myślałam, że mi pomożesz.

– Właśnie w imię przyjaźni ci to mówię. Uległaś na ślepo argumentom rekrutacji, to do ciebie niepodobne!

– Ale jak to powiedzieć rodzicom?

– Po prostu im powiedz.

Rembiszowie wrócili właśnie z wakacji w Zwierzyńcu. Kasia po egzaminach dojechała tam później. Uznała, że było wspaniale, jak przed laty. Mama z Teofilem gruchali jak gołąbki, najwyraźniej znów się w sobie zakochali. Wobec tego nie miała sumienia mącić sielanki opowieściami o swoich poczynaniach warszawskich, bo przeczuwała, że nie będą nimi zachwyceni.

Po przyjeździe na egzaminy do Warszawy wszystko potoczyło się inaczej, niż przewidywała.

Uczennice zamojskiego liceum dotarły na uczelnie w ostatniej chwili. Dopiero w przeddzień wyjazdu wydano im świadectwa maturalne, które osobiście miały w dziekanatach dołączyć do uprzednio przesłanych przez szkolę papierów. Okazało się, że są już sławne. „Sławne”, bo ich unieważniona matura stała się sensacją w całym kraju. Dla Kasi wprawdzie przebiegła pomyślnie, ale przeżycia z nią związane nauczyły ją pokory i przekonania, że nic w życiu nie musi być pewne ani sprawiedliwe. W dodatku bez powodu poobniżane oceny nawet z innych, nie maturalnych przedmiotów, już na starcie ograniczały szanse.

Przed drzwiami dziekanatu natknęła się przypadkiem na studentkę Państwowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, która zachęcała zamojskie uczennice klasy maturalnej do studiowania w swojej uczelni. Zapamiętała ją, bo zrobiła na wszystkich dobre wrażenie, no i stała się prekursorką nowej mody zetempówek w noszeniu czarnej aksamitki na czerwonym krawacie na znak żałoby po Stalinie. Poza tym była bardzo ładna i miła.

– Dzień dobry – powiedziała do niej. – Przeniosła się pani na UW? Kiedy była pani w Zamościu, miałam wrażenie, że kocha pani swoją PWSP.

– Och, co za szczęśliwy zbieg okoliczności! – ucieszyła się zagadnięta. – Więc koleżanka jest z Zamościa, miło wspominam waszą Szkołę.

– Ja też. Poza końcówką: podwójna studniówka, podwójna matura.

– Czytałam o tym w gazetach. I co? Ma koleżanka mimo wszystko nadzieję dostania się na Uniwerek?

– Jak wszyscy tutaj. Chociaż wiem, że nadzieja to matka głupich. Startuję na polonistykę.

– Tuutaaj??? Ależ tu jest po pięć osób na jedno miejsce. Wy z waszą wątpliwą maturą nie macie szans!

– Wątpliwą? Dwukrotnie przypieczętowaną! To nie było tak, jak wszyscy myślą. Zostałyśmy skrzywdzone.

– Prasa to przedstawiała inaczej. Nie ma podstaw do tego, żeby nie wierzyć „Sztandarowi Młodych”. Przecież to nasze organizacyjne pismo.

Już nie moje – pomyślała Kasia, a głośno powiedziała:

– Chyba jednak zadecyduje nasz rzeczywisty poziom, a nie rozgłos, jaki niesłusznie zyskałyśmy.

„Koleżanka” wzruszyła ramionami i popatrzyła na nią z pobłażaniem.

– Dziękuję za podtrzymanie mnie na duchu – powiedziała Kasia ironicznie i zamierzała odejść.

– Ależ ja właśnie to pragnę uczynić: natchnąć koleżankę nadzieją. Wcale nie musi koleżanka ryzykować startu po indeks w tak wielkiej konkurencji. U nas, w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej, wydziały humanistyczne nie są tak bardzo oblężone. Egzaminy zaczynają się o tydzień później, tak jak w uczelniach artystycznych, co stwarza możliwość zdawania egzaminu i u nas, i gdzie indziej. A w ogóle u nas...

W tym miejscu dziewczyna dosłownie wygłosiła przemówienie agitacyjne. Była świetnie przygotowana, nie można było jej tego odmówić.

Jej słuchaczka zapamiętała z tego głównie to, że Uczelnia jest oczkiem w głowie towarzysza Bieruta, który twierdzi, iż: „nie ma piękniejszego zawodu niż zawód nauczyciela, który rozumie swoje powołanie”. Dotarła też do niej wzmianka o tym, że stypendia w tej uczelni są wyższe niż gdzie indziej i jest ich więcej. W każdym bądź razie zapamiętała tyle, ile trzeba było, żeby chwycić przynętę. Uczynna „koleżanka” poinstruowała ją, jak ma wszystko załatwić, żeby zdawać tu i tu. Kasia po prostu uznała, że podarowano jej dodatkową szansę i postanowiła z niej skorzystać.

Wysłała kartkę do domu, że pobyt w Warszawie przedłuży się o tydzień, z lakonicznym dopiskiem, iż wymagają tego egzaminy.

Kiedy załatwiła formalności w dziekanacie, „koleżanka” zaoferowała się zawieźć skaptowane osoby na PWSP, bo oprócz Kasi jeszcze troje kandydatów postanowiło skorzystać z podwójnej szansy. W ten sposób zorientowali się, że ich spotkanie z uczynną „koleżanką” nie było bynajmniej czystym zbiegiem okoliczności, bowiem stała ona przed dziekanatem UW na nieustającej pikiecie, aby zainteresować młodzież jeszcze mało znaną uczelnią.

Kasia, jak wszystkie absolwentki pechowej szkoły, dopiero cztery dni wcześniej powtórnie zdała unieważnioną maturę, po czym przystąpiła do egzaminu na Uniwersytet Warszawski, ale jakby tego jej było mało, zafundowała sobie jeszcze dodatkowe egzaminy na PWSP, która mieściła się w budynkach zlikwidowanego niedawno Liceum im. Stefana Batorego przy ulicy Myśliwieckiej, w pobliżu Radia.

Można by pomyśleć, że sprawdzanie się przed komisją egzaminatorów to jej żywioł; doprawdy, pozory mylą.

Chciała złożyć papiery na Wydział Historii, ale wyperswadowano jej to grzecznie i tak stała się kandydatką na filologię rosyjską. Startowała bez przygotowania, jeśli nie liczyć niezbyt owocnych lekcji z języka rosyjskiego w liceum... No cóż, ryzyk-fizyk.

Zdała, o dziwo, i tu, i tam. Egzamin na filologię rosyjską był prawie identyczny z tym na polonistykę, poza niespodziewanie łatwym zadaniem gramatycznym i wypracowaniem na poziomie szkoły podstawowej.

Zawiadomienie o przyjęciu na oba kierunki dostała jeszcze przed wyjazdem do Zwierzyńca. Z tym że na rusycystyce w PWSP zaoferowano jej pełne stypendium i akademik, a na UW tylko akademik. To przeważyło, nie chciała, żeby rodzice ponosili duże koszty jej studiowania; i tak będą musieli jej pomagać.

Głupio się stało, bo matka się chwali, że jest na polonistyce UW, a ona jakoś od razu nie sprostowała tego i potem było z tym coraz trudniej. No i teraz, przed rozpoczęciem roku akademickiego, musi wyznać prawdę. Nie ma wyjścia, co będzie, to będzie. Raz kozie śmierć!

Kiedy Zofia nakrywała do kolacji, Kasia zabrała rodzeństwo i razem poszli z własnej nieprzymuszonej woli „wyspacerować” Kubę – foksteriera. Przepada za nim, tak jak wszyscy w domu, ale na jego spacerki zawsze potrzebne jej jest specjalne zaproszenie, bo wypadają dziwnie akurat wtedy, kiedy ma coś ważnego do zrobienia. Dopiero kiedy matka mówi: „Wszyscy chcieli mieć psa, a wyprowadzać go muszę tylko ja!”, robi się jej wstyd i z ociąganiem bierze smycz.

Kiedyś, gdy dopiero co wróciła z niefortunnego spotkania z Januszem, na którym się posprzeczali, zdarzyło się jej wyjść na spacer tylko z samą smyczą. Zofia wprawdzie ją wtedy jej podała, ale zajęta swoimi myślami nie zwróciła uwagi na to, co jest po drugiej stronie. Jakież było jej zdziwienie, gdy po powrocie ze spacerku powitał ją w drzwiach wijący się w ukłonach rozmerdany Kuba. Nie miała wyjścia, musiała z nim powtórzyć spacer. Od tej pory ustaliło się w domu zawołanie:

– A sprawdziłaś, co jest po drugiej stronie smyczy? – albo: – Idź już i nie zapomnij o Kubie!

Tym razem sama wyszła z inicjatywą, pamiętała o Kubie, chciała się zasłużyć przed ważną rozmową. Nie uszło to uwagi matki.

– Ale ci się trafiło, Kubusiu – powiedziała do psa. – Twoi młodociani opiekunowie wyszli z tobą bez przymusu! Warto by to zapisać na wołowej skórze. Siadajcie do stołu. Domyślam się, że Kasia chce o coś poprosić?

– Raczej chcę za coś przeprosić, mamo.

– Proszę bardzo, przebaczam, chociaż nie wiem, o czym mowa.

– Mamusiu, tato... ja poważnie. Muszę się przyznać, że nie jadę wcale na studia polonistyczne na Uniwersytecie, tylko...

– A to co znowu? Czyżbyś uległa namowom na pracę w Zarządzie Powiatowym ZMP, Kasiu? Bój się Boga!

– Ależ skąd! Jadę na studia, ale nie na polonistykę, tak jak mówiłam.

– A gdzie?

– Na rusycystykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej.

–???

Cisza, która zapanowała po tym oświadczeniu, pozbawiła ją resztek odwagi i gotowości do dalszych wyznań.

– Zwariowałaś? – przerwał ciszę Teofil. – Dlaczego, u licha, rusycystyka, nic gorszego nie potrafiłaś już wymyślić?

Opowiedziała im o wszystkim: o agitacji, o swoim strachu i rozpaczliwej chęci zaczepienia się gdziekolwiek, o stypendium.

– Jestem w stanie zrozumieć, że kierowała tobą desperacja po podwójnej maturze, ale żeby wybrać filologię rosyjską! – biadolił Teofil.

Matka milczała i to było najgorsze. Była ostatnią osobą, którą Kasia chciałaby zmartwić. Uderzyło ją to, że jej partyjny ojczym tak oburza się na słuszny wedle jego przekonań kierunek studiów, ale to było w tej chwili znacznie mniej ważne od milczenia mamy.

– Mamusiu, nie gniewaj się, chciałam wam po prostu ulżyć.

– A sobie? Pomyślałaś choć przez chwilę o sobie? Pomyślałaś, jak ty się w tym odnajdziesz? Chcesz po studiach uczyć w szkole? A jeżeli nawet, to czemu na przykład nie muzyki, a rosyjskiego?

– Bo Janusz mówił, że jeśli nie zostanę wybitną artystką, to nikt nie będzie miał ze mnie pożytku, a człowiek musi być potrzebny ludziom.

– Ach ten twój Janusz i jego nadęte komunały! Nie mogę o tym słuchać. Tyle lat uczyłaś się muzyki, była twoją pasją i co? Albo teatr – od dziecka organizowałaś przedstawienia, myślałam.

– Ja też myślałam, że mogłabym spróbować szczęścia w szkole teatralnej, ale pani Subrynowiczowa powiedziała mi, że aby być aktorką, trzeba mieć wyraźne czarne oczy, a ja mam bladoniebieskie.

– No to co, że tak powiedziała? Też mi znawczyni!

– Zosiu, daj spokój – wtrącił się Teofil – czemu chcesz z niej na siłę robić artystkę? Co to za zawód...

Kasia pamiętała, jak w czasie pobytu w Ugandzie matka grywała z powodzeniem w teatrze amatorskim i opowiadała, że teatr to ich rodzinna pasja od dziada pradziada. W odróżnieniu od innych rodziców Zofia więc nie tylko nie krytykowała ciągotek artystycznych córki, ale zachęcała ją do takich zajęć. Teofil – ekonomista, mocno stojący nogami na ziemi – z pobłażaniem patrzył na te sprawy.

– Zawód tak samo dobry, jak każdy inny – broniła córki Zofia – nie widzisz, że ona tym żyje, chcę, żeby robiła to, co lubi. Zresztą, co by nie studiowała, i tak będzie robiła to, co lubi. Prościej więc byłoby, gdyby od razu uczyła się tego, czym się pasjonuje.

– Tere-fere! Tysiące ludzi ma jakieś uboczne upodobania i nie przeszkadza im to bynajmniej zajmować się tym poza pracą. Sama masz ciągotki do teatru i chcesz, żeby Kasia realizowała twoje mrzonki. Ona jeszcze nie wie, co chce robić, trzeba nią kierować. Ale filologia rosyjska... to już przesada.

– Jesteś ostatni, którego powinno to oburzać, ty, który z takim zapałem budujesz zręby socjalizmu i pogłębiasz przyjaźń polsko-radziecką, naprawdę mógłbyś...

– Lej ten jad, lej!

Teofil wzruszył ramionami.

Kasia przestraszyła się, że przez nią rodzice znowu się skłócą, bo już pojawiły się w ich oczach wrogie błyski, a przecież tak niedawno doszli wreszcie do porozumienia.

– Nie wiedziałam, że chciałaś, żebym studiowała na uczelni artystycznej, to znaczy nie wiedziałam, że ci na tym zależy – poprawiła się – choć... przyznaję, że nie raz mi to doradzałaś.

– Uparłaś się jak osioł. Jeśli będziesz kiedyś tego żałować, podziękuj swemu doradcy, Januszowi. Rusycystyka czy polonistyka, to akurat nie najważniejsze – i to filologia, i to. Poznasz dobrze piękny język i wielką literaturę, ale rezygnacja z tego, co powinnaś robić naprawdę, jest stratą i jeszcze tego kiedyś pożałujesz.

– Nie sądzę, żeby bycie artystką dało jej w życiu satysfakcję – upierał się ojciec.

– A ja uważam, że nie masz racji, ona jest do tego stworzona, to ją uskrzydla.

Zapał, z jakim mówiła o rzekomym powołaniu córki, skłonił dziewczynę do zastanowienia się, czy aby nie ma w tym odrobiny racji. Rzeczywiście lubiła sztukę, ba kochała wszystko, co z nią związane, ale... czy literatura nie jest sztuką?

– Dobrze, że wybrała kierunek humanistyczny, obcowanie z literaturą przynajmniej jej nie znuży – pocieszyła się Zofia, jakby odgadując jej myśli.

– No, dobrze już, dobrze. Chociaż mogła sobie wybrać lepszą przyszłość, nie widzę jej w roli nauczycielki – powiedział Teofil.

– O, przepraszam! – zaprotestowała dziewczyna. – A czy nie sprawdziłam się jako korepetytorka?

Tu oboje rodzice wybuchnęli śmiechem. Rzeczywiście udzielała korepetycji dzieciakom sąsiadów z niezłym efektem – dla miłego grosza, ma się rozumieć – ale tak ją to męczyło, tak narzekała, że było to ciągłym tematem żartów w rodzinie.

– Nie będę dzisiaj o tym myśleć – powiedziała jak Scarlett O’Hara i tym humorystycznym akcentem zakończyły się spory na temat jej przyszłości.

Kamień spadł jej z serca – najważniejsze, że nie miała już nic do ukrycia i mogła w spokoju pałaszować przepyszne racuchy z jabłkami.

Nazajutrz po tej rozmowie Zofia zabrała bliźniaki do przedszkola, Kasia odprowadziła Anię do szkoły i poszła przez park na spotkanie z matką. Były umówione na targu. Po zrobieniu zakupów poszły do kawiarni „Ratuszowej” na lody.

– Jaki to pech, córeczko, jaki to pech!

– Co się stało mamo?

– A jak mam to nazwać, kochanie, że kiedy wyrosłaś wreszcie i możemy pogadać jak kobieta z kobietą, wyjeżdżasz w świat... Będzie mi ciebie brakować.

– A mnie ciebie...

Zofia patrzyła na córkę ze smutkiem.

Kasia spuściła oczy. Ze wstydem uświadomiła sobie, że dotychczas nie pomyślała o rychłym rozstaniu. To znaczy, owszem, myślała o wyjeździe na studia, ale nie w kategorii rozstania.

Snuła marzenia o tym, co ją czeka, myślała o koleżankach i kolegach poznanych w czasie egzaminów, o tym, że będzie mogła chodzić w Warszawie do teatrów i na koncerty do filharmonii, o pełnym, jak miała nadzieję, atrakcji życiu akademickim, o którym nie miała pojęcia, ale rozstanie? Dopiero teraz problem ten, przywołany słowami matki, wyartykułowany przez nią, dosłownie ją poraził.

Przypomniała sobie nagle swój niefortunny pobyt u cioci Jani. Jakże wtedy tęskniła. A teraz zrobiło się jej wstyd, że sposobiąc się do studiowania z dala od domu myślała o wszystkim, tylko nie o tym, jak zniesie rozstanie. Pokajała się za to.

– Ależ to zupełnie naturalne, moje dziecko. Przywilejem młodości jest niecierpliwość, patrzenie w przyszłość. Żeby zaistnieć w świecie, trzeba raz kiedyś przeciąć pępowinę... A rodzice, jak to rodzice, trudno im się z tym pogodzić. Zwłaszcza takim jak ja, która...

– Ach, wiem, wiem – zacytowała żartobliwie powiedzonko matki z okresu tułaczki – która „...trzymałaś mnie jak szczenię w zębach, żebym przetrwała wojnę”.

Roześmiały się obie. Zofia jednak zaraz opamiętała się i powiedziała z powagą.

– To wcale nie jest śmieszne. Należę do pokolenia matek napiętnowanych wyolbrzymionym przez wojnę lękiem o los dziecka. Dlatego, kochanie moje, jesteś mi szczególnie droga, ile bym dzieci nie miała.

W jej oczach zaszkliły się łzy, pogłaskała córkę po twarzy. Kasia przytrzymała jej rękę i także poczuła wilgoć pod powieką.

– Ty też jesteś dla mnie najważniejsza i chciałabym cię nigdy nie zawieść.

– Wiem. Ufam ci i boję się o ciebie, bo życie nie jest skłonne do spełniania wszystkich obietnic... no, ale przyszłyśmy tu po to, żeby pozwolić sobie na małe szaleństwo, a nie po to, żeby się dosmucać. Co powiesz na torcik kawowy?

– Pożrę z rozkoszą!

Dni, które nastąpiły, pełne były serdecznych rozmów i przygotowań do wyjazdu. Chodziły razem na zakupy, matka szyła nowe sukienki, dziewczyna ciągle musiała coś przymierzać.

– Czuję się jak panna młoda, zupełnie jakbyś szykowała mi posag.

– Co to, to nie, na to jeszcze musisz poczekać!

Jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej zbliżyły się do siebie. Kasia martwiła się o to, jak matka tu sobie sama ze wszystkim poradzi. Teraz przynajmniej starała się ją w niektórych czynnościach wyręczać. Ale matka i tak wtedy bynajmniej nie odpoczywała, każdą wolniejszą chwilę wykorzystując do pracy nad jej studenckim „posagiem”.

Odkąd zaczęła nosić „dorosłe” ubrania, nie mogła pochwalić żadnego stroju matki, który na nią pasował, bo od razu chciała jej to oddać. Uszyła sobie niedawno bardzo elegancką jesionkę z granatowego unrrowskiego koca. Z okrągłym dużym kołnierzem i modnie rozkloszowanym dołem. Kasia przymierzyła i świetnie w niej wyglądała. Kiedy wyraziła zachwyt, Zofia zaraz zaproponowała jej, by ją od niej przyjęła.

– Nie sądzisz, że mnie rozpuszczasz?

– Pewnie tak, ale takie są matki.

– Nie wszystkie, ty jesteś wyjątkowa.

– Dobra, dobra lizusko. A jak tam twój luby, nadal się zamartwia rozstaniem?

– W czasie ostatnich spotkań Janusz miał muchy w nosie. Stwierdził, że jeszcze nie wyjechałam, a już się od niego oddalam.

– A oddalasz się?

– Nie wiem, chyba nie, ale mniej niż on przeżywam rozstanie, bo myślę o tym, co mnie czeka w Warszawie.

To rzeczywiście pech, że jego Liceum Sztuk Plastycznych jest pięcioletnie. Gdyby był w ogólniaku, razem jechaliby na studia, a tak trzeba się będzie zadowolić listami. Przyrzekli pisywać do siebie przynajmniej dwa razy w tygodniu.

W przeddzień wyjazdu niewidoczni dla świata siedzieli pod rozłożystym krzewem jaśminu na murku okalającym ogródek parafialny, naprzeciwko drzwi do domu dziewczyny, i nie mogli się rozstać. Internat Janusza był otwarty do dwudziestej drugiej, było już dwadzieścia po dziesiątej, a on się nie śpieszył. Postanowił wciągnąć się na linie na balkon i tą drogą dostać się do swojego pokoju. Jeszcze spadnie wariat jeden – martwiła się Kasia.

Ponaglała go, żeby już szedł, bo autentycznie się o niego bała. Póki jego kolega z pokoju nie spał, mógł jeszcze zagwizdać i jakoś by mu otworzył drzwi, ale jak zaśnie, to już amen. Nawet tej ich liny nie będzie miał kto mu spuścić.

Sprawę rozstrzygnął niezawodny Kuba. Wyszedł z mamą na spacer i zaraz wywąchał randkowiczów w ich kryjówce. Ucieszył się tak, jakby nie widział ich od roku.

Zofia zainteresowała się, co tak Kubę uradowało, i podążyła w stronę, skąd dochodził radosny skowyt skocznego urwipołcia. Romantyczny zakątek odarty został ze swej tajemniczości...

– A to ci niespodzianka! – powiedziała matka. – Taką piękną mieliście kryjówkę, ale nie doceniliście Kuby. Czy aby nie pora wracać do domu? Nie mam na myśli mojej córki, bo ona jest studentką i ma prawo wracać późno, ale uczeń klasy maturalnej?

– Jestem od tej studentki starszy o trzy lata, a poza tym nasze liceum jest pięcioletnie, inaczej też byłbym po maturze – odpalił Janusz.

– Wszystko to prawda, mądralo, ale tymczasem chyba masz obowiązek powrotu do internatu o określonej godzinie?

– No właśnie, mamusiu, powiedz mu. On jest spóźniony i mówi, że będzie się wspinać po linie na pierwsze piętro, a jak spadnie?

– Znakomity pomysł. Szkoda tylko, że nie pozwolę ci go zrealizować. Skoro już Kuba wyciągnął mnie z domu, przypilnuję osobiście, żebyś wszedł do swego lokum normalnie – przez drzwi.

– Ale są zamknięte, musiałbym dzwonić, tłumaczyć się, no i oczywiście ponieść konsekwencje...

– Trudno. Poniesiesz. A co, uważasz, że moja córka nie jest tego warta?

– Jest warta wszystkiego, ale...

– Są jednak jakieś „ale”, no, no. Kasiu, ja bym na twoim miejscu to przemyślała.

Nawet w świetle latarni ulicznej widać było, że Janusz ma czerwone uszy. Był tak zawstydzony i skrępowany, że sprawiał żałosne wrażenie. Kasia z ulgą przyjęła deklarację pomocy ze strony mamy. Wiedziała, że ona coś wymyśli, żeby Janusz nie poniósł zbyt dotkliwych konsekwencji. Ufała jej, chociaż widać było, że matka świetnie się bawi ich kosztem.

– No, dobra. Idziemy. Im wcześniej, tym lepiej – powiedziała.

Janusz szedł jak na ścięcie. Kasia ukradkiem ściskała mocno jego dłoń, żeby dodać mu otuchy.

Przed bramę internatu dotarli dwadzieścia minut przed dwudziestą trzecią. Matka zdecydowanie nacisnęła przycisk dzwonka. Ręka Janusza lekko wysunęła się z dłoni dziewczyny. Czyżby zamierzał dać drapaka?

Cieć widać zdołał już przysnąć, bo jakoś długo nie reagował na dzwonek. Po trzeciej próbie wreszcie rozległo się człapanie i rozczochrana głowa ukazała się w oszklonym świetliku drzwi. Musiał dostrzec tylko twarz odprowadzającej, bo odsunął szybkę i zapytał:

– Czego pani sobie życzy? Tu jest internat dla chłopców. Jeśli jest pani matką albo kimś z rodziny, to proszę przyjąć do wiadomości, że odwiedziny są tylko do godziny dziewiętnastej.

– Proszę otworzyć, przyprowadziłam waszego pensjonariusza.

– Wszyscy nasi chłopcy już śpią, proszę pani.

– Chyba nie wszyscy, bo jeden z nich przyszedł tu z nami.

Cieć wyjrzał przez okienko. Ujrzawszy Janusza wprawdzie otworzył drzwi, ale tylko trochę, i powiedział:

– To zmienia postać rzeczy. Ponieważ chłopiec dzielący z nim pokój okłamał mnie, kiedy robiłem obchód sypialni przed zamknięciem bramy, będę zmuszony zawiadomić wychowawcę.

– Proszę tego nie robić. Janusz był u nas, debatowali o sztuce z moim mężem, zagadali się, czas leciał szybko. Kiedy zorientowaliśmy się, że jest po dwudziestej drugiej, postanowiłam chłopca odprowadzić i usprawiedliwić – kłamała jak z nut.

– Niestety, jestem zmuszony... – powtórzył cieć, usiłując zamknąć drzwi.

Matka pociągnęła za nie, żeby do tego nie dopuścić, a Kuba widząc, że jego pani ma odmienne zdanie niż jej rozmówca, wkroczył do akcji. Z donośnym ujadaniem rzucił się do nóg dozorcy i poszarpałby mu spodnie, gdyby nie zatrzasnął w porę drzwi. Ponieważ zaś Kuba dysponuje donośnym, a w chwilach wzmożonych emocji wręcz przenikliwym psim tenorem, cisza nocna w internacie została zakłócona i niepożądany wychowawca pojawił się na miejscu draki. Drzwi otwarły się na całą szerokość i ukazał się w nich dobry znajomy Rembiszów, pan Bartosiewicz, przyjaciel ich dawnego sąsiada. Podobnie jak tamten, nauczyciel rysunku, a tego dnia dyżurny wychowawca w internacie.

– Pani Zosia? – zawołał. – Rączki całuję! No, wie pani, prędzej spodziewałbym się...

– Przepraszam za zamieszanie, panie Janku. Tak się złożyło, że ta oto panienka, a znana panu skądinąd moja córka sprowadziła na manowce jednego z pana podopiecznych. Żegnali się przed długim rozstaniem, bo ona wyjeżdża na studia. Ceremonia miała miejsce u nas w domu, przegapili godzinę powrotu i na mnie spadł obowiązek dostawienia przestępcy na miejsce. Proszę mu wybaczyć, zagadaliśmy się i tak wyszło... Więcej się to nie powtórzy, to mogę obiecać.

– Przy takiej rekomendacji mogę na to przymknąć oko.

– Borkowski zmykaj do sypialni, ale to już! – zwrócił się do czerwonego jak burak Janusza.

– Dziękuję pani Zofio, pa Kasiu, pa... – wyszeptał Adonis i tyle go widziała.

Nie tak wyobrażała sobie to pożegnanie. Natomiast pan Jan Bartosiewicz postanowił je odprowadzić do domu.

Tak to potoczył się ostatni wieczór Kasi z Januszem... „Głupi ma zawsze szczęście”, powinna była powiedzieć swemu lubemu. Nie dość, że nie skręcił karku wspinając się po linie, to jeszcze z pewnością uniknął bury.

Natomiast jego orędowniczka z przypadku – jej mama – najwyraźniej ma wielkie fory u jego wychowawcy. Gdyby mógł, żywcem by ją schrupał, Kasia zauważyła to dawno, w dodatku matce to najwyraźniej schlebiało! Teraz lekkomyślnie zostawiając swoich podopiecznych bez dozoru, leciwy amant w lansadach podążał za swoim oczarowaniem.

Swoją drogą to nawet śmieszne. Mama nie jest młoda, ma prawie czterdzieści dwa lata, on chyba jeszcze więcej. I takie afekta??? Zrozum tu człowieku dorosłych.

Kiedy się pożegnał, Kasia nie omieszkała szepnąć matce:

– Za to, co zrobiłaś dla Janusza, nie wspomnę tacie ani słowem o tym, jak ci Bartosiewicz nadskakiwał.

– Dziękuję, w takim razie ja nie zadzwonię do wychowawcy Janusza, żeby miał go na oku. To co, jesteśmy kwita mała żmijo?

– Kocham cię moja ponętna mamo!


Rozdział drugi

Nazajutrz matka odprowadziła ją na dworzec. Nie dość, że wszystko jej uszyła, upiekła, nagotowała, poskładała, spakowała, to jeszcze sama chciała to wszystko targać. Przez całą drogę szamotały się ze sobą, wyrywając sobie z rąk a to walizkę, a to torbę ciężką od przysmaków. Zofia uparła się, że sama córkę wyekspediuje, chociaż mogła kogoś poprosić o pomoc. Pociąg wyjeżdżał przed północą, na rano miał być w Warszawie. Teofil chciał im pomóc, ale one uparły się, żeby został z dziećmi. Kuba je rozczulił, bo skamlał, żeby go zabrały, zupełnie jakby wiedział, że długo Kasi nie zobaczy.

Popełniły błąd, że nie wzięły dorożki, bo jednak przetarganie niewielkiej walizki i torby przez półtorakilometrową odległość dzielącą dom od stacji kolejowej dało się im we znaki.

Dziewczyna weszła do wagonu, znalazła sobie miejsce w kącie przedziału i wróciła na korytarz, bo po jego stronie był peron. Matka zmęczona, zasapana stała pod oknem wagonu z zadartą głową. Kasia nie mogła powstrzymać łez. Ogarnął ją bezmierny smutek i strach, że jej więcej nie zobaczy.

– Kasiu, dziecko, czemu ty tak płaczesz? Uspokój się, nie rań mi serca...

Starała się do niej uśmiechnąć przez łzy, ale nie bardzo jej to wyszło.

Tymczasem lokomotywa szarpnęła wagony i pociąg potoczył się po szynach, zostawiając odrapany gmach dworca i matkę ocierającą ukradkiem oczy.

Dziewczyna wychyliła się z okna i machała ręką, dopóki matka nie zniknęła na zakręcie. A potem usiadła i rozpłakała się na dobre. Wszystko wydawało się jej bez sensu: i to, że będzie musiała żyć z dala od domu, wśród nieznanych ludzi, i to że nie będzie wiedziała na co dzień, co się z mamą i rodzeństwem dzieje. Bała się tego, co ma ją spotkać, chociaż sama do tego dążyła, sama to sobie wymarzyła. Rozmyślała tak łzawo, póki jej nie zmorzył sen.

Obudziła się z zapuchniętymi oczami, zupełnie zdrętwiała. Jednak przygnębienie z poprzedniego wieczoru opuściło ją.

– Ale panienka spała, pozazdrościć! Ja nigdy w pociągu nie potrafię zasnąć – powiedziała kobieta siedząca naprzeciwko.

– Gdzie jesteśmy? – spytała Kasia.

– Niedawno minęliśmy Wawer, a to znaczy, że Warszawa Wschodnia niedługo. Trzeba się szykować do wysiadania.

Kasia wzięła kosmetyczkę i wyszła do toalety. Chciała się jeszcze odświeżyć. Kiedy spojrzała w lustro, przeraziła się swoim wyglądem: oczy i twarz zapuchnięte, włosy rozczochrane.

Umyła twarz pod cienkim strumykiem wody o dziwnym zapachu, przyczesała włosy i uznała, że jest podobna do ludzi. W jej przedziale wszyscy byli na nogach. Młody mężczyzna, który całą noc przechrapał pod płaszczem wiszącym nad jego głową, teraz ofiarnie pomagał towarzyszom podróży zdejmować walizki z półek na górze. Kasi też, a nawet zaproponował, że pomoże jej dźwigać. Ponieważ był, jak na jej gust, nazbyt gorliwy, odmówiła.

– Dziękuję, poradzę sobie – powiedziała i wyszła na korytarz, gdzie bardziej niecierpliwi pasażerowie już ustawili się w kolejce do wyjścia, chociaż pociąg jeszcze jechał.

Dworzec Wschodni, zburzony w czasie wojny, miał teraz postać rozległego baraku. Stały przed nim dorożki, był postój taksówek, chociaż żadna z nich tam nie czekała w pogotowiu, by zabrać kogoś z kolejki, a dalej, za jezdnią znajdowała się pętla tramwajowa i na niej, ku radości podróżniczki, stały aż dwa tramwaje nr 18, którymi mogła dojechać do ulicy Madalińskiego, gdzie mieścił się jej akademik. Znała to miejsce już z okresu egzaminów wstępnych na uczelnię. Przetargała na przystanek swój bagaż, wstawiła do tramwaju najpierw walizkę, potem torbę i znalazła nawet miejsce do siedzenia.

Wsiadanie na pętli do warszawskiego tramwaju ma swoje zalety. To nie to, co wpychanie się do niego na trasie, które jest nie lada sztuką. Znała już z autopsji przyjemności takiej jazdy. Niesamowity tłok wewnątrz, ludzie stojący, ba! – wiszący na stopniach jak winogrona. Z miejsca przy oknie mogła podziwiać stolicę. Jazda tramwajem ciągle jawiła się jej jako przygoda. Zwłaszcza osiemnastką. Najpierw przejazd przez Targową: wśród starych, odrapanych i zeszpeconych śladami ostrzałów kamieniczek. Po skręcie, przy ulicy prowadzącej na most Kierbedzia, Szpital Przemienienia Pańskiego podziurawiony jak sito.

Wisła połyskująca wszystkimi odcieniami błękitu, srebra i szarości, z pasem przybrzeżnej zieleni i piętrzącym się na drugim brzegu wzgórzem z ruinami Zamku Królewskiego i odbudowanymi fragmentami Starówki. W dole, nad samą rzeką, bielały ściany stajni przynależnych do zamku.

No i duma Warszawy – nowiutki tunel i Trasa W-Z. Wszystko jak w modnej piosence Kiedy rano jadę osiemnastką.

I ona też oto jedzie sobie rano osławioną osiemnastką, żeby zacząć nowy rozdział w życiu. Czy sobie poradzi? Musi. Nie ona pierwsza jest w tej sytuacji. Gdyby to było ponad jej siły, rodzice nie pozwoliliby jej wyjechać.

Dopiero po kilku dniach po wyjeździe z Zamościa napisała list do domu:

Kochana Mamusiu, Tato, Dzieciaki i Kubo psia mordo!

Dostałam miejsce w trzyosobowym pokoju. Mieszkam z Magdą Orłowską z naszej szkoły. Wiesz, Mamo, która to? Ona była w równoległej klasie i zawsze patrzyłam na nią z podziwem. To ta bardzo ładna i zgrabna dziewczyna o chmurnym spojrzeniu.

W szkole żartowano, że grubość jej warkoczy i talii nie różnią się od siebie ani o centymetr. Co do talii, to obie w szkole miałyśmy je najcieńsze i tu, w gronie studentek, też tak zostało!

Umieszczono mnie zatem w pokoju razem z Magdą i od razu zrobiło się nam raźniej.

Naszą współmieszkanką jest urocza, drobniutka dziewczyna z Płocka. Ma jasne włosy, zawsze uśmiechniętą buzię i niezwykle małe stópki – nosi pantofelki numer trzydzieści cztery! Tylko o numer większe niż nasza sześcioletnia Ania! Nigdy jeszcze nie spotkałam dorosłej osoby o tak maleńkiej stopie. Natomiast poczucie humoru Jadzia Arciszewska ma odwrotnie proporcjonalne do numeru buta i tym nas od razu i absolutnie zawojowała.

Ja jestem, podobnie jak niegdyś w klasie, najmłodsza nie tylko w akademickim pokoju, ale także na całym naszym roku. Jak to dobrze, że w zaraniu moich dziejów okazałam się przedsiębiorcza! Zarobiłam tę korzystną różnicę wieku dzięki samodzielnemu zapisaniu się do szkoły w Afryce, albo już w Teheranie, a jeszcze dużo udało mi się ugrać na tym, że rok szkolny w Kodży, jak pamiętasz, dostosowany był do rytmu biologicznego właściwego dla tropików. Uczyliśmy się od drugiego stycznia do końca listopada, potem były wakacje. Co prawda rok szkolny trwał tam jedenaście miesięcy, ale w ciągu pierwszych dwóch lat przerabialiśmy materiał nie jednej, a dwóch klas, z uwagi na uczniów, którzy przez wojnę i tułaczkę byli opóźnieni w nauce. Tak bardzo bolałaś, że mnie to przeciąża, a widzisz, mamuś, warto było.

Tak więc teraz wciąż jestem najmłodsza. Nareszcie przestałam żałować tego, iż musiałam się denerwować składaniem podań o dopuszczenie do matury w wieku szesnastu lat, potem o zezwolenie zdawania na studia. Mam zapas i mogę sobie śmiało przezimować na niejednym roku studiów albo wziąć dziekankę, ale skoro nie przydarzyło mi się repetowanie klasy w czasie mojej pamiętnej choroby w Opolu i po powrocie, teraz nie ma o tym mowy. Nie bójcie się, nie będę się starać o urlop dziekański, straciłabym świetną kompanię, z którą zaczynam się zżywać. Nie warto tego ryzykować dla wyrównania różnicy wieku...

W dzień inauguracji roku akademickiego my trzy, wystrojone w śnieżnobiałe bluzki i w odróżnieniu od przykładnych zetempówek, bez czerwonych krawatów, pojechałyśmy na uczelnię trolejbusem 53, który odtąd był naszym codziennym środkiem lokomocji. Podobnie jak warszawskie tramwaje bywa nieludzko zatłoczony i dlatego zaczęłyśmy rano chodzić z Madalińskiego aż na Odyńca, żeby wsiąść na pętli, o dwa przystanki wcześniej.

Chłopaki z Warszawy, którzy do nas przylgnęli, ochrzcili nas przez te białe bluzki mianem „klubu pensjonarek”.

Inauguracja roku akademickiego miała przebieg bardzo podobny do akademii „ku czci”.

Nadaremnie zmusiłaś mnie do wykucia łacińskiej pieśni „Gaudeamus...” – nie przydała mi się. W naszej uczelni nie pojawiła się w programie uroczystości. Na scenie w wytwornej auli powieszono wielki portret Bieruta pod niemniej okazałym cytatem jego autorstwa: „Nie ma piękniejszego zawodu niż zawód nauczyciela, który rozumie swoje powołanie”.

Odśpiewaliśmy natomiast „Naprzód młodzieży świata”, po czym nastąpiło zaprzysiężenie, kilka przemówień o wydźwięku politycznym, o roli przyszłych wychowawców młodzieży, na jakich nas tu przysposobią, i tak dalej. Popatrzyliśmy sobie na dostojne grono profesorskie, zapowiedziano, w których salach będą się odbywały zajęcia fakultatywne i że wieczorem odbędzie się w tejże auli bal inauguracyjny, co zostało przyjęte z aplauzem.

Następnie razem z Jadzią i Magdą udałyśmy się do dziekanatu, gdzie na tablicy informacyjnej znalazłyśmy rozkład zajęć naszego roku. Kilkoro studentów ze starszych lat w zetempowskich strojach organizacyjnych tłumaczyło nowicjuszom, jak powinni organizować swój udział w zajęciach, gdzie zasięgać informacji i jak z nich korzystać.

W sali rusycystyki wręczono nam wreszcie indeksy. Na naszym roku jest około siedemdziesięciu osób, podzielili nas na trzy grupy. Cała ferajna z mojego pokoju jest na szczęście razem.

Stanowimy na roku bardzo ciekawą grupę. Różnimy się między sobą i wiekiem, i pod wieloma innymi względami. Niektórzy z nich mają za sobą po kilka lat pracy, a jedna z moich koleżanek z roku ma aż dwadzieścia sześć lat, jest w zaawansowanej ciąży i podobno to nie pierwsze jej dziecko.

Mamy tu też dwóch żonatych i dzieciatych kolegów!

Wyobraź sobie Mamuś, że Jadzia z mojego pokoju jest sierotą. Została zaadoptowana przez ludzi z jej rodzinnej wioski, bo jej prawdziwi rodzice zginęli pod koniec wojny. W dodatku nie od kul Niemców, ale Rosjan, o czym nie wolno jej pisać w życiorysie...

Opiekunem naszej grupy jest niejaki Piotr, dwojga imion Szombara, asystent profesora Wieczorkiewicza, i będzie też prowadził z nami ćwiczenia z gramatyki języka rosyjskiego. Ma dwadzieścia cztery lata, ujmujący uśmiech, słuszny wzrost i chyba wszystko potrzebne do tego, żeby zostać ulubieńcem żeńskiej części naszego roku. Uchwaliłyśmy z dziewczętami, że będzie naszym Rhettem Butlerem – dokładnie ten typ urody. Bardzo dekoracyjny. Bardzo! Na balu inauguracyjnym aż dwa razy zaprosił mnie do tańca, a ja jego do białego tanga. Przez cały czas mówił, że bardzo go to cieszy, to nasze białe tango, ma się rozumieć.

Ale nie martwcie się, ani mi w głowie zakochiwać się. Jestem wierna jak pies Januszowi, co najwyżej nie będę unikać ćwiczeń z gramatyki... Nie ja jedna w dodatku.

Jestem tu zaledwie kilka dni, a już kombinuję, jak czmychnąć do Zamościa, choć na chwilę. Muszę jednak powiedzieć, że Warszawa jest wspaniała, tyle tu się dzieje i mam przewodników, że hej! Po balu zostałam obwołana ulubienicą warszawiaków.

Przylgnęła do mnie taka paczka chłopaków z drugiego roku historii i pokazują mi na wyścigi atrakcje stolicy. Z Andrzejem, Tadkiem, Piotrkiem i Kwirynem przedeptaliśmy razem Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Starówkę. Byliśmy na Freta 30, weszłam nawet na klatkę schodową, ale nie umiałam rozpoznać naszych drzwi. Szkoda, że nie znam numeru mieszkania. Dom był zburzony, ale jest już odbudowany. Majaczyły mi w pamięci brama wejściowa i schody sprzed wojny, ale we wspomnieniach ostały się jako bardziej monumentalne – to zrozumiałe, byłam wtedy taka malutka...

Żebyś Ty, Mamuś, mogła się kiedyś wyrwać i przyjechać tu do mnie, połaziłybyśmy razem śladami Twoich wspomnień. Pomyśl, czy to nie kusząca perspektywa?

Wykupiłam obiady w stołówce uczelnianej. Jak Cię znam, skrytykowałabyś je bez litości. I faktycznie: kudy im do Twoich, ale ja jestem takim głodomorem, że pożeram wszystko łącznie z repetami i dokładkami i nadal jestem chuda i głodna jak pies. Oczywiście jak bezpański, bo pieszczoch Kuba jest ode mnie o wiele tłuściejszy i mniej łakomy. On ma tę godność rasowego psa, której mnie brakuje, nie rzuca się na jedzenie jak dzikus, trzeba go namawiać na każdy kęs, podczas gdy ja... cóż, jaka rasa, taka klasa...

Dla zabicia głodu kupujemy budynie i kisiele i gotujemy sobie, a także smażymy cebulę na oliwie, jest tania i pyszna.

Jakoś więc sobie radzę. Mamy dyscyplinę studiów, muszę uczestniczyć w zajęciach, a jest ich sporo. W naszym akademickim pokoju jest fajnie i wesoło, co nie znaczy, że nie tęsknię.

No i jak się spisałam? Sprawozdanie rąbnęłam takie, że można by je na jakimś plenum wygłosić, prawda?

Całuję Cię Mamuś, najdroższa moja, i całą dzieciarnię. Mam wyrzuty sumienia, że czasem byłam dla nich niecierpliwa, chociaż kocham je nad życie. Przeproś wszystkich i Tatę, a Kubę pociągnij ode mnie za ogon i powiedz mu, że nigdy nie będę go zaniedbywać; ani jego, ani mego rodzeństwa...

Wasza kochająca Kasia


Rozdział trzeci

Zofia odłożyła list Kasi i odetchnęła z ulgą.

– Poradzi sobie – powiedziała do Lucyny.

– Z pewnością. Jest ulepiona z tej samej gliny co ty. Nie brakuje jej hartu.

– Jest taka młoda... Nie jestem pewna, czy dobrze zrobiłam posyłając ją wcześniej, niż należało, do szkoły.

– O ile pamiętam z opowieści, nie miałaś na to wpływu, ona sama się zapisała, gdy byłaś chora w Teheranie.

– Rzeczywiście tak było, miała wtedy pięć lat... Gdyby szła normalnym trybem, jeszcze dwa lata miałabym ją przy sobie.

– Za dwa lata przeżywałabyś to tak samo.

– Chyba masz rację... Ale wiesz, po jej wyjeździe popadłam w przygnębienie. Dlaczego ona tak płakała? Zupełnie jakbyśmy się żegnały na zawsze... Nie powinnam nawet tak myśleć, ale ten jej przejmujący płacz...

– Zosiu, jesteś mistrzynią w wynajdywaniu sobie problemów. Dopiero co przeczytałaś list od Kasi, z którego wynika, że doskonale sobie radzi. Ciesz się z tego i nie martw się na zapas.

Lucyna uważa, że przywiązanie jej pasierbicy do najstarszej córki Zofii jest histeryczne, że balansuje na granicy obsesji. Chociaż twierdzi, że jednakowo kocha dzieci, jest coś na rzeczy. Trudno to zrozumieć komuś, kto nie przeszedł tego, co one obie w czasie tułaczki.

– No dobrze już, dobrze Lututu, koniec skarg... – Pamiętasz, to Kasia nazwała cię „Lututu”.

– Słodka wtedy była. Jakżebym mogła zapomnieć. Przecież ta dwuletnia wtedy kruszynka jako pierwsza w rodzinie zaakceptowała mnie przy waszym ojcu. Pokochałyśmy się od razu.

– Byłaś taka piękna, dzieci lgną do urodziwych osób. Pamiętam, jak kiedyś, gdy miałaś tę swoją znienawidzoną przez nas migrenę, przyszła do mnie po proszek od bólu głowy i powiedziała:

– Potrzebuję „kogutka” dla mojego kotka.

Lucyna uśmiechnęła się do wspomnień i popadła w zamyślenie, Zofia patrzyła na nią z prawdziwą przyjemnością. Wybranka ojca, niegdyś piękność, jako pięćdziesięciokilkulatka nadal była niezwykle atrakcyjna.

Niedawno została awansowana do roli kierownika działu gospodarczego w Starostwie. Z początku bardzo się tym cieszyła, bo jeszcze nie wiedziała, że wtedy zaczęły się jej kłopoty.

– Dopiero teraz rozumiem – powiedziała – dlaczego mój poprzednik, Koszut, nie okazał żalu z powodu swojej degradacji. Ja czułam się nieswojo, bo to była bardzo niezręczna sytuacja, taka zamiana stanowisk z korzyścią dla mnie. On natomiast, ku memu zdumieniu, zachował się wspaniale. Zapewniał mnie, że nie ma do mnie żalu, i sprawiał wrażenie człowieka, któremu spadł kamień z serca. Teraz dopiero zaczynam wszystko rozumieć. Po dwóch tygodniach piastowania mojej kierowniczej funkcji mam jej serdecznie dosyć. Ja po prostu czuję się osaczona.

– Biedna Lututu!...

– Wyobraź sobie Zosiu, że mam duże kłopoty z posłem Seroką.

– Jestem zaskoczona, że właśnie z nim. Miałam wrażenie, że cię faworyzuje – te zaproszenia do domu na kolacyjki. Opowiadałaś, że jego żona zabiega o twoją przyjaźń...

– No, tak! Wszystko się zgadza, tyle że zorientowałam się, iż to nie jest bynajmniej bezinteresowne.

– Co masz na myśli?

– To, że w zamian za te łaski miałabym pomagać im w pewnych matactwach, biorąc na siebie całą odpowiedzialność.

– Może ci się wydaje, to przecież poseł.

– Tak, ale to poseł, który zapragnął wybudować sobie dom, a to w naszej rzeczywistości wymaga nie tylko środków, ale i pewnych kombinacji. Jak wiesz, nie da się w prosty sposób nabyć materiałów budowlanych, trzeba je najpierw „załatwić”. Bo na wolnym rynku takie rzeczy, jak cement, cegły, drewno i tak dalej, nie są dostępne. Wszystko to jest przedmiotem ścisłego zarachowania, właściwie tylko na tak zwane przydziały dla instytucji, na przykład dla służby zdrowia, urzędu miejskiego czy starostwa. Bo jak ci zapewne wiadomo, nie zlikwidowane formalnie budownictwo indywidualne teraz u nas praktycznie nie istnieje. A zatem oni chcą, żebym ja zdobywała dla nich materiały budowlane, ba! – nawet i budowniczych na przydziały starostwa. Oczywiście wszystko to będę musiała (bo jakże inaczej?) zaksięgować. Skutek będzie taki, że w razie pierwszej szczegółowej kontroli odpowiem za malwersacje. Bo przecież trzeba to będzie scedować na jakieś nieistniejące inwestycje, a pracownicy u nas zatrudnieni mieliby budować ten ich dom w ramach pracy dla nas. Od tych kombinacji po prostu dostaję zawrotu głowy. W dodatku ja księguję, ja odpowiadam, a oni mają dom.

– Nie może cię w nic takiego wpakować. Przecież to poseł, obdarzony zaufaniem społecznym... Chyba przesadzasz.

– Tra-la-la! Zosiu, na jakim ty świecie żyjesz? Teoretycznie miałaś prawo wyboru, a tak naprawdę miałaś tylko obowiązek oddania głosu na listę, na której on był umieszczony jako pierwszy. Ci nasi „wybrani” mają się za wybrańców losu, jako nietykalni stawiają się ponad prawem i załatwiają sobie różne nieosiągalne rzeczy rękami nas – szaraczków.

– Nie do wiary! Co zamierzasz zrobić?

– Nie mam pojęcia. Jeśli nie ulegnę, stracę pracę i nie daj Boże mogę być pomówiona o nie wiem co. Jeśli ulegnę, będę – łagodnie powiedziawszy – na bakier z sumieniem.

– No to ci nie zazdroszczę.

– Po co mi to było? Ten cały awans, podwyżka... nigdy w życiu nie byłam w takich tarapatach. Trafiła mi się synekura na starość, nie ma co!

– Nie wiem doprawdy, jak mogłabym ci pomóc, może poradź się Teofila? Gdyby tu był Brożyna, on by coś wymyślił, pamiętasz, jak wyciągnął Fila z więzienia, ale on wyjechał...

– A tam Brożyna! Nie kwestionując jego profesjonalizmu, pewnie nic by nie zrobił, gdyby Teofil nie podpisał „lojalki”.

– O czym ty mówisz? Jak możesz? Wiedziałabym przecież!

Zofia zamilkła nagle i prawie ugryzła się w język, bo przypomniała się jej niechęć męża do rozmów o więzieniu. Tłumaczyła to sobie obawą przed powrotem do traumatycznych wspomnień, ani jej nie przyszło do głowy, że może się kryć za tym cokolwiek innego...

– Jesteś, Zosiu, naiwna jak dziecko. A czym sobie wytłumaczysz jego teraźniejszą aktywność partyjną? Ofiara systemu staje się nagle jego entuzjastą... Ale ty jesteś ostatnią osobą, która ma prawo go potępiać. On to zrobił dla was, dla rodziny.

– Skąd masz tę pewność?

– Z obserwacji. Teraz, jak nigdy wcześniej, znaczenie mają związki przyczynowe. W tym systemie politycznym jest tak, a nie inaczej.

– Czy ty, Lucyno, zdajesz sobie sprawę z tego, że mówiąc mi takie rzeczy podkopujesz moją wiarę w podstawowe wartości, w...

– Tylko nie dramatyzuj! Twój romantyzm na nic się tutaj nie zda i nie osądzaj Teofila, on sam nie jest w stanie sobie z tym poradzić. Jak myślisz, te jego ucieczki w alkohol, ba! – nawet ten nieszczęsny romans to wynik jego słabego charakteru? To była samoobrona. Bo przecież w gruncie rzeczy on cię szczerze kocha.

– Skąd ty to możesz wiedzieć?

– Miałam z nim pewne rozmowy w ciężkich dla was chwilach.

– Zwierzał się tobie??!

– Widać musiał się przed kimś otworzyć. Ile mógł dusić to w sobie?

– Powinien był opowiedzieć wszystko przede wszystkim mnie.

– Ależ on chciał cię chronić i śmiertelnie bał się twego osądu.

– Ale czy powiedział ci konkretnie, że podpisał zgodę na bycie lojalnym, czy tylko się tego domyślasz?

– No, nie. Otwarcie mi tego nie powiedział, ale z tego, co mówił, jak się zachowywał, można by wysnuć takie wnioski.

– Jednak to nie to samo, co mieć pewność. To zbyt poważne oskarżenie, żeby opierać się na domysłach. W każdym bądź razie teraz mam o czym myśleć.

– Tylko się nie zamartwiaj. Nie masz na to wpływu, a w ogóle to żałuję, że ci o tym powiedziałam. Wierzaj mi, niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć.

– Tak uważasz? Dla mnie nie ma takich spraw, o których mąż nie powinien powiedzieć żonie...

– Jesteś idealistką.

– Może, ale nie uznaję połowicznej prawdy. Ona jest albo jej nie ma.

– A kompromis? Życie we dwoje to kompromisy.

– One też mają swoje granice, nie mogą przekraczać pewnych zasad etycznych.

– A zatem wolałabyś, żeby pozostał w więzieniu?

– To nie jest takie proste.

– Zresztą po co o tym mówić, skoro to tylko domysły?

Zofia poczuła nagle, że wolałaby teraz zostać sama i wypłakać się po prostu. Ale to by było nie fair. Lucyna przyszła do niej po wsparcie ze swoim poważnym dylematem. Tymczasem w trakcie rozmowy wyniknął jeszcze i jej dylemat. Bo nie da się ukryć, że go ma.

– Nie wiem, co mogę ci doradzić w twojej sprawie – powiedziała. – Jakkolwiek postąpisz, nie będzie dobrze. Po prostu impas!

– Nie podniosłaś mnie na duchu, ale nie liczyłam na to. Chciałam to z siebie wyrzucić. Zrozum, Zosiu, że obecne rządy nie dają nam wyboru między dobrem a złem. Możemy wybrać tylko mniejsze zło, ale i ten wybór nie jest łatwy. Pomyśl o tym, kiedy będziesz sprawować sąd nad Teofilem.

Pogadały jeszcze chwilę, zanim Lucyna wyszła. Obie wiedziały, że żadnej z nich nie jest lekko na sercu i że jedna drugiej nie jest w stanie pomóc, tyle że mogły się sobie zwierzyć. To też niemało.

Zofia zamyśliła się nad tym, że ma tu dużo znajomych, ludzie trzymają się ze sobą, ale jej kontakty z nimi są na ogół powierzchowne. Regina, jej pierwsza tutejsza przyjaciółka, po rozwodzie wyprowadziła się na przeciwległy kraniec miasta i widują się teraz znacznie rzadziej. Druga przyjaciółka, a potem kochanica Teofila wyjechała ze swoim mężem. Chwalibogowie mieszkają teraz w Kazimierzu Dolnym i oby tam byli szczęśliwi...

Dobrze więc, że po śmierci ojca macocha osiadła tutaj. Przynajmniej ma blisko przyjazną duszę. Gdyby przed wojną ktoś jej powiedział, że Lucyna będzie jej najlepszą przyjaciółką, roześmiałaby się mu w twarz. Życie lubi płatać figle.

Chciałaby porozmawiać z Teofilem na temat jego więzienia i podejrzeń, jakie wysnuła Lucyna, ale jak to zrobić? Od czasu jego uwolnienia upłynęło kilka lat i zawsze był to temat tabu, po prostu on nie chce do tego wracać.

Na wzmianki na ten temat reaguje niemal histerycznie, a nawet, powiedziałaby, wrogo. Zawsze ją to dziwiło, a teraz, po domysłach macochy, wręcz niepokoi. Nie! Doprawdy, między małżonkami nie powinno być takich niedopowiedzianych spraw. Nie powinna być pozostawiona sama sobie z takim niepokojem i podejrzeniami, które każą jej na zmianę, może niesłusznie, obwiniać to jego, to siebie za brak zaufania. Jak ma postąpić? Zwłaszcza że po kryzysie oboje dmuchają na zimne...

Wczoraj zadzwoniła Kasia, informując, że przyjedzie do domu na Wszystkich Świętych.

Wie o tym również ten jej Janusz i oznajmił, że w związku z jej przyjazdem nie wybiera się do swoich rodziców, mieszkających w Werbkowicach. Wynika z tego, że ona będzie córkę widywać wyrywkowo. Trudno, jej czas należy do niej i może go dzielić, jak chce. Dobre i to, że będzie ją widywać rankami i wieczorami. Bardzo jej Kasi brakuje i chyba nie tylko jej.

Całą rodziną, nie wyłączając Teofila i nawet Kuby, wybrali się na dworzec. Na widok roześmianej Kasi dzieci podniosły taki raban, że stały się sensacją na stacji. Kuba skakał jak szalony. Wszyscy na nich patrzyli, więc Teofil szybko sprowadził dorożkę, iżby usunąć ten rozwrzeszczany orszak powitalny sprzed oczu zdumionych ludzi.

W ostatniej chwili pojawił się też czający się dotąd w oddali Janusz i ostatecznie dorożka zabrała tylko witających, bo zakochani postanowili wziąć Kubę i pokonać drogę do domu pieszo.

– W dorożce i tak nie ma miejsca dla wszystkich... – zadecydowała oczekiwana przez komitet powitalny, nic nam się nie stanie, jak się przejdziemy. Kuba też nie musi jechać, szczekałby przez całą drogę na konia.

– Niech wam będzie. Wiem, że pilno wam pogadać, ale nie wybierajcie okrężnej drogi, bo czekam z kolacją.

Tak, jak przewidywała, tylko w wieczory i poranki Kasia była w domu. Jednakże zdążyła wszystko matce poopowiadać.

Dwa dni minęły jak z bicza strzelił, a trzeciego już pomagała jej w pakowaniu. Kończyły właśnie domykać walizkę wypchaną smakołykami upichconymi specjalnie dla studentki, kiedy wszedł Teofil z teczką pod pachą i z dwoma futerałami maszyn do pisania w rękach. Były to dwie stare „Olympie” w sztywnych szarych pudłach.

– Zobaczcie, co przyniosłem! – powiedział z dumą.

– Zakładamy w domu biuro? – zapytała Zofia.

– Wymieniali na uczelni maszyny do pisania, nadarzyła się okazja kupienia za bezcen starych, więc nabyłem jedną dla nas, a drugą dla Lucyny.

– A dla mnie? Nie pomyślałeś o mnie? – odezwała się Kasia. – Lucyna może korzystać ze swojej maszyny biurowej, a ja...

– Ale przecież jedna nam w domu wystarczy. Nie pobijemy się o nią.

– Naturalnie, gdybym była w domu, ale jestem w Warszawie.

– Nie targałabyś jej chyba do Warszawy, po co ci tam potrzebna?

– Jak to po co? Pisałabym na niej prace i w ogóle, marzę o maszynie do pisania!

I tak od słowa do słowa, a wieczorem Kasia wsiadła do pociągu trzymając walizkę w jednej ręce, a w drugiej dzierżąc sztywną rączkę starej „Olympii”. Nikt nie przewidział, że będzie to zaczątkiem jej fascynującej znajomości z niejaką panią Mają.

W powojennej Polsce przywykliśmy do wielu rzeczy, które zapewne gdzie indziej są dla ludzi nie do pojęcia. Nie tylko żywność, lecz i ogromna większość rzeczy potrzebnych do życia podlega reglamentacji. Paradoksalnie krawcowa nie może sobie zwyczajnie pójść do sklepu i kupić maszyny do szycia, szewc kopyta, a parający się pisaniem maszyny do pisania. Niemal wszystko potrzebne ludziom do życia i uprawiania zawodu trzeba, zanim się kupi, załatwić na jakieś mityczne przydziały, kartki albo szukać tego na czarnym rynku. Jeśli to jeszcze wytwór rzemieślników, to dobrze, rzemiosło w drugim obiegu nieźle funkcjonuje, ale wyroby fabryczne, choć nie ustaje tam wyścig pracy, idą przede wszystkim na eksport, dla obywateli niewiele się ostaje. Aż dziw bierze, jak szybko można było do tego przywyknąć, nie mówiąc o dzieciach, które z tym rosną, bo takie warunki życia to dla nich stan zastany. Co gorsza, tego rodzaju refleksje można snuć tylko sobie a muzom, bo wypowiedziane głośno uznane by były za wielce nieprawomyślne.

Nie sposób jednak byłoby zaprzeczyć, że z powyższych powodów pojawienie się owych trudnych do zdobycia przedmiotów marzeń w domu jest nie lada gratką, zwłaszcza posiadanie ich na własność. Ilekroć Teofil pożyczał z pracy maszynę do pisania, stawała się ona obiektem pożądania wszystkich domowników. Każdy miał od razu coś do przepisania.

Najbieglejszą maszynistką była Kasia. Jeszcze w Opolu, kiedy chorowała, żeby jakoś zabijać czas, uczyła się pisać z podręcznika dla przyszłych maszynistek, bo Janka była posiadaczką takowego, jak również maszyny. Kiedy wróciła z Opola do Zamościa, Teofil poznawszy tę jej umiejętność, nieraz prosił ją o przepisanie jakiejś swojej pracy. Czyniła to chętnie, szybko i bez błędów. Toteż została obwołana domową maszynistką. Maluchy naśladujące ją we wszystkim też walczyły o prawo do pisania. Któregoś dnia siedząca przy maszynie dwuipółletnia Pelasia wydała nagle pisk podobny gwizdkowi lokomotywy i oznajmiła przez łzy:

– Zoo chcę napisać, nie ma na klawiaturze długiego „o”? – i rozpaczała dopóty, póki nie zdołali jej wytłumaczyć, że jest na to rada – wystarczy uderzyć dwa razy klawisz z literą „o”.

Tak więc szczęśliwą posiadaczkę wysłużonej „Olympii” odprowadzili na stację i zobaczą ją dopiero na Boże Narodzenie.

Podobnie jak za poprzednim wyjazdem, studentka podczas pożegnania nie mogła powstrzymać łez i oczywiście zostawiła matkę z rozdartym sercem.


Rozdział czwarty

Niedziela. Zjednoczeni duchem po wczorajszej potańcówce w Wyższej Szkole Służby Zagranicznej młodzi balowicze wybrali się całą paczką do kina „Stolica”.

Skład paczki właśnie uległ zmianie. Jadzia Arciszewska, wesoła współmieszkanka Kasi, przetańczyła całą sobotnią noc z niejakim Bogusiem i jest nim, podobnie jak on nią, mówiąc delikatnie zauroczona. Nie mogli się rozstać do białego rana. Około dziewiętnastej oderwali się od siebie, żeby się trochę przespać, a o dwunastej amant – potencjalny dyplomata – już pukał do drzwi pokoju trzydzieści trzy.

Jadzia prędko przemyła oczy, a Kasia z Magdą zmuszone były wynieść się do łazienki, żeby Romeo i Julia mogli popatrzeć sobie w oczy w samotności.

Jadzia twierdzi, że Boguś jest śliczny. Widać dla niej świeci jakimś niezwykłym światłem, bo wedle innych oczu jest to przeciętny świński blondyn, owszem, wysoki i szczupły, ale zadatków na mistera uniwersum w nim nikt poza Jadzią nie dostrzega. Jest dowcipny, to prawda. Pod tym względem dobrali się jak w korcu maku, ale jeśli chodzi o urodę, jak dla niej mógłby być o wiele piękniejszy.

Na szczęście dla niego jej ładne oczy ładnie go widzą i jest wszystko w porządku.

Kasia zaklina się, że w sercu ciągle nosi Janusza, ale nie przeszkadza jej to kolegować się z wierną paczką warszawiaków. Jadzia zaprosiła swego wybrańca do akademickiej stołówki na „wytworny” niedzielny obiad, który składał się z pomidorowej, mielonego kotleta (z przewagą bułki nad mięsem) z ziemniakami i marchewką oraz cieniutkim kompotem na deser. Boguś, ku zdumieniu dziewcząt, zapłacił za siebie i za nią! Dżentelmen, dyplomata. Z chłopakami z roku to się nie zdarza. Te wstrętne głodomory krążą po akademiku, żeby złowić coś do pożarcia. Ustalili sobie nawet swoiste dyżury: jeden z nich zawsze wcześniej urywa się z zajęć, żeby sprawdzić u recepcjonistki, kto dostał paczkę żywnościową z domu, a potem robią nalot na pokój adresata czy adresatki i osoba wspomożona przez troskliwych rodziców, co to sobie od ust odjęli, zostaje obżarta do imentu. W związku z tym okresowi odbiorcy paczek żywnościowych też zostali zmuszeni stosować pewne chwyty zapobiegawcze. W dniu kiedy spodziewają się przesyłki, przychodzą z uczelni jak najwcześniej, nawet kosztem ważnych zajęć, żeby odebrać paczkę prosto od listonosza i zadbać o to, by nie umieszczono ich na liście adresatów ogólnie dostępnej w recepcji. Kasi się to raz nawet udało i mogła się raczyć na przykład przepysznym domowym smalcem ze skwarkami prawie przez miesiąc, częstując nim tylko koleżanki z pokoju. Jeśli nie zdąży zachomikować, szczęście dla podniebienia trwa krócej niż krótko. Nie jest bynajmniej sknerą, ale otrzymując paczkę ma przed oczami mamę z samozaparciem stojącą w kolejkach, potem po nocach, kiedy rodzeństwo drzemie, pitraszącą dla niej owe smakołyki, po to, żeby jej najchudsza w świecie córeczka nie zniknęła zupełnie z braku ciałka, a tu wszystko staje się łupem żerujących dryblasów. To niesprawiedliwe wobec jej najdroższego Mamidła. Oni, te głodomory, mogliby też ugotować sobie czasem budyń i nasmażyć cebuli, żeby zabić głód, ale wolą polować.

Największe paczki w pokoju trzydzieści trzy dostaje Magda. Jej rodzice – „badylarze” – mają kułacki ogród owocowo-warzywny, z którego czerpią zyski, no i przysyłają jedynaczce owoce oraz warzywa świeże i przetworzone – w ślicznie zamkniętych słoikach, w takiej ilości, że aby to skonsumować, Magda musiałaby zrezygnować ze studiowania i zająć się tylko jedzeniem, a ona – chudzina taka, jak Kasia – ma też inne ambicje. Jadzia od swoich przybranych rodziców dostaje mocno czosnkowane kiełbasy wiejskie i bekony wędzone z nielegalnego zapewne uboju. W ten sposób, dodawszy do tego przaśne racje stołówkowe, pod względem wyżywienia dziewczęta wiodą obmierzły żywot zgniłych kapitalistek.

Co by się nie działo na świecie, gdzie jak okiem sięgnąć trwa walka klas, szaleją zmagania ustrojów politycznych i knowania imperialistycznej agentury oraz czai się groźba wojny atomowej, póki co młodzież studencka tańczy zawzięcie co sobotę do białego świtu, a to w akademiku, a to na którejś z bratnich uczelni. W ten sposób zacieśnia się, pogłębia i umacnia przyjaźń i pokój między narodami z Politechniki, Szkoły Teatralnej, Akademii Sztuk Pięknych, Wyższej Szkoły Służby Zagranicznej i tak dalej; wszędzie gdziekolwiek i jakkolwiek im zagrają, tańczą i już. Tak też było i przedwczoraj.

Poszli całą paczką na potańcówkę do Wyższej Szkoły Służby Zagranicznej. No i proszę! Jadzia wpadła w oko Ryśkowi – przyszłemu dyplomacie o maści świński blond. Z wzajemnością, a jakże! Zatańczyli najpierw walca, obertasa i tango i już nie mogli się rozstać, oderwać od siebie oczu ani rąk.

Nazajutrz po obiedzie, kiedy nadciągnęli warszawiacy, świeżo zakochani rusycystka i dyplomata odarci do cna z intymności nie mieli innego wyjścia, jak dołączyć do paczki. Spacer en deux nie wchodził w rachubę, bo zauroczona tańcząc bez umiaru obtarła sobie piętę.

Trzyosobowy pokój ma powierzchnię znośną dla jego użytkowniczek, ale przy dziesięciu osobach, ile się wczoraj nazbierało, zaczyna pękać w szwach. Było ich aż tak dużo dlatego, że prześliczna Magda ma dwóch wzdychaczy ze swojego roku, którzy choć pozbawieni nadziei, trwają na wszelki wypadek na nieustającej pikiecie, żeby, broń Boże, jakiś turkuć podjadek z zewnątrz nie nabrał apetytu na niewątpliwe wdzięki dziewczyny. Stróżują tak przy niej społecznie, całkiem w biezdurno, bo Magda jest zaręczona! Jej Andrzej, syn dyrektora liceum męskiego w Zamościu, starszy od niej o trzy lata, a studiujący w Lublinie prawo, był w strachu, że jego piękność nie oprze się warszawskim pokusom. Tak więc natchniony lekturą paragrafów postanowił bodaj częściowo swoją własność zalegalizować i zaraz po maturze wręczył jej staroświecki, śmierdzący sanacją pierścionek, niosący szereg zakazów i zobowiązań. Ale ORMO czuwa! Na razie dwaj koledzy z roku świadczą dobrowolne usługi Andrzejowi, ale jakby co, każdy z nich jest gotów wskoczyć na jego miejsce. Gorzej będzie z pierścionkiem, bo to proletariackie gołodupce.

Magdę oni irytują, ale jej współlokatorkom są na rękę, wyręczają się nimi w wielu sprawach. Bo też są zawsze gotowi coś przynieść, podać, nawet pozamiatać, byle tylko być bliżej obiektu westchnień. Gdy na przykład urządzały sobie pokój, jeden z nich, poczciwy proletariusz Bolek Foryś, gorliwie im pomagał.

– Żeby jeszcze zdobyć etażerkę albo regalik na książki, byłoby pełne szczęście – powiedziała Magda.

– Powiedzcie tylko, co to jest i jak wygląda, a wytrzasnę choćby spod ziemi! – zaofiarował się Bolek.

Ma się rozumieć, najpierw ryknęły śmiechem, a potem narysowały mu upragnione sprzęty. Ku ich osłupieniu za trzy dni po owej rozmowie Bolek razem z Frankiem – drugim wzdychaczem Magdy – przytargali im śliczną, wysoką, ale wąziutką etażerkę, prawdziwą ozdobę pokoju. Kupili ją na targu staroci na Kole, wydając na to po połowie swego stypendium! Postanowiły solidarnie zwracać im ten wydatek na raty. Była to szeroko zakrojona akcja, bo drogę na ów targ pokazali im bywalcy, czyli warszawiacy. Dowiedziawszy się o tym Kasia spytała:

– A nie pomyślelibyście o fortepianie lub pianinie dla mnie? Nie przyszło wam do głowy, że lepiej pasowałoby do reakcyjnej etażerki niż nasze aluminiowe piętrowe łóżko?

– Nie miałybyście na czym spać – powiedział praktycznie Bolek.

– Poświęciłybyśmy się i zrobiłybyśmy posłanie na podłodze.

– Jako dżentelmeni nie możemy dam na to narażać, nie będzie fortepianu! – zadecydował Tadek.

Tak więc wzdychacze Magdy bywają pożyteczni. A kiedy koleżanki mają ich dość, mówią:

– No, chłopaki, zmiatajcie. Zamykamy drzwi na klucz i nie wypuścimy Magdy nawet do toalety. Możecie spać spokojnie.

Wczoraj cały ten zestaw kumpli, wartowników i zakochanych tak zapełnił pokój, że nie było czym oddychać, mimo iż drzwi na balkon były otwarte. Było wesoło, to prawda, ale ciasno jak diabli.

W stanie umeblowania były tylko trzy krzesła, goście więc siedzieli, gdzie się dało – na łóżkach, stole i podłodze. Dowcipny, błyskotliwy dyplomata Jadzi przypadł warszawiakom do gustu i wszyscy byli szczęśliwi.

– Słuchajcie – rzucił ktoś pomysł – a może byśmy tak poszli do kina?

– Nie dojdę dalej niż do „Stolicy” na Narbutta, mam pęcherz na pięcie – odezwała się Jadzia.

– A co tam grają?

– Nieważne, zawsze możemy przecież pójść do kina, a nie na film.

– A co to za różnica? – spytała Kasia.

– Ogromna – odpowiedział Tadek. – W kinie jest zacisznie, miło, ciemno i intymnie. Można usiąść w ostatnim rzędzie, wziąć się za ręce, przytulić. Natomiast jak się ogląda dobry film, to wszystko jedno z kim, w którym rzędzie, bo się przyszło na film.

– Masz rację – rozmarzył się Boguś dyplomata. – Idziemy do kina!

No i poszli. Byli już tak rozbawieni i głośni, że na ulicy zwracali powszechną uwagę. Nie mieli gazety z repertuarem kin, więc poszli na chybił trafił. Akurat o szesnastej w „Stolicy” miał iść film radziecki o obiecującym tytule Marzenia się spełniają. Ich marzenia też się spełniły, bo nie było kolejki przed kasą, zaledwie kilku potencjalnych widzów rozproszyło się po kątach poczekalni. Wykupili przeto niemal cały ostatni rząd i stawili się przed bileterem.

Nosił druciane okularki i wyglądał w nich prawomyślnie, ale Kasi bardzo się naraził. Kiedy podała mu bilet, popatrzył na nią i zadecydował:

– Ciebie nie wpuszczę, to jest film dla dorosłych.

Cała ferajna wybuchnęła śmiechem, a „niedorosła” zrobiła się czerwona, bardziej ze złości niż ze wstydu – bo jej towarzystwo, bynajmniej nie współczujące, stroiło sobie z niej żarty, przekrzykując się nawzajem i rechocząc na cały głos.

– Trochę kultury, co to teraz za młodzież! – zgorszył się bileter.

– Zgadzam się z panem w całej rozciągłości, a oto moja legitymacja studencka, jestem dorosła.

– Data urodzenia o tym nie świadczy – nie poddawał się służbista.

– Uzyskałam mimo to zgodę ministra oświaty na studiowanie, a przedtem także świadectwo dojrzałości.

– Ona ma też zgodę Zarządu Głównego ZMP i PZPR – dodał Piotrek.

– A także PCK i TPPR, a nawet KPZR! – powiedziała Jadzia.

Teraz również Kasia nie mogła się opanować i dołączyła swój perlisty śmiech do potężnego chóru. Bileter się zdenerwował.

– Prosiłem o trochę kultury, a już kpiny z instytucji państwowych... Nasze zdobycze kultury nie są dla reakcji – stwierdził.

Tego im tylko brakowało. Bileter moralista, ideowiec! Zareagowali nową salwą śmiechu.

Służbista w drucianych okularkach przepuścił ich wprawdzie, ale ostrzegł, że chuligańskich wybryków tu się nie toleruje.

Udało się im wejść do sali kinowej jeszcze przed rozpoczęciem filmu. Byli ogromnie ciekawi, jakie to tytułowe marzenia mają gwarancję spełnienia się, ale droga do wyjaśnienia okazała się długa i nudna. Po kwadransie projekcji tylko Jadzia z Bogusiem nie wydawali się znudzeni. Reszta towarzystwa kręciła nosem.

Akcja wszakoż zaczęła się powoli klarować. Jeden z przodujących kołchozów zapragnął mianowicie rozwinąć uprawę lucerny na wielką skalę. Złe moce natychmiast przystąpiły do walki ze szlachetnym porywem. Najpierw ziemia okazała się zbyt jałowa, więc trzeba było ją użyźniać w pocie czoła. Potem podstępni Amerykanie zrzucili stonkę i bohaterscy kołchoźnicy musieli ją zwalczać. Ponieważ byli u kresu sił, wysoko uświadomiona młodzież komsomolska z miasta postanowiła ruszyć im na pomoc. Droga do nękanego przeciwnościami kołchozu była długa i wyboista, toteż traktor z przyczepą wypełnioną rozśpiewanymi komsomolcami jechał, jechał i jechał.

– Może będzie ciekawiej, jak zaczniesz tłumaczyć dialogi z powrotem na rosyjski – powiedział półgłosem Tadek do Kasi.

– Spróbuję – zgodziła się pokornie.

Tyle, że przez kolejne dziesięć minut nie było dialogu, jeno warkot traktora z rewolucyjną pieśnią w tle. Ponieważ musiała jednak wywiązać się z zadania, zaryzykowała tłumaczenie tego, co było:

– Wrrr, wrrrr, wrrrr i apiat wrrr, trrrr, wrrrr, trrrrr – przełożyła zręcznie.

Cała paczka ryknęła niepohamowanym śmiechem. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Zapaliło się światło. Przerwano projekcję, prawomyślny czy też, ściślej mówiąc, lewomyślny w drucianych okularkach pojawił się przed widownią i oznajmił:

– Dopóki grupa chuliganów nie opuści sali, nie wznowimy projekcji. Wychodzić, no już, bo wezwiemy milicję.

Na takie dictum acerbum „chuligani” z bożej łaski wstali, żeby się poddać nakazowi. Reszta widzów odprowadzała ich współczującym i przestraszonym spojrzeniem. Jadzia i Boguś niechętnie oderwali się od siebie i patrzyli na towarzyszy niedoli nienawistnie. Widać było, że ostatni raz wybrali się z nimi do kina i dokądkolwiek.

Bez żalu skłonni byli wyrzec się wyjaśnienia, jak się skończy walka o lucernę, ale zaistniały pewne przeszkody. Podstępny bileter miał widać na podorędziu dzielnicowego, bo ten zagrodził im drogę, żeby ich wylegitymować. Zapisał sobie nazwiska, nazwę uczelni i powiedział, że robi to na wszelki wypadek, gdyby próbowali nadal chuliganić.

Zrobiło im się trochę mniej wesoło. Jak widać, mieli dotychczas nieco wypaczone pojmowanie słowa „chuligan”. Wydawało się im, że określa ono prawdziwych łobuzów, którzy robią innym krzywdę, są niebezpieczni, wulgarni, autentycznie szkodliwi. Nie mieli racji. Wystarczy być młodym, skłonnym do śmiechu i po prostu wesołym, żeby podpaść pod paragraf.

Wyrosły spod ziemi dzielnicowy wylał im na głowy kubeł tak zimnej wody, że odechciało się im śmiechu i dowcipkowania. Zwłaszcza Boguś był bardzo zaniepokojony. Bał się, że jeśli wieść o incydencie z milicjantem dotrze do władz jego uczelni, może mieć wielki kłopot, bo studenci z jego wydziału muszą mieć nieskazitelną opinię, są pod specjalnym nadzorem moralnym i politycznym; nic dziwnego, skoro mają w przyszłości reprezentować Państwo Ludowe na zewnątrz. W tej sytuacji blondas zbladł, przygasł i ku rozpaczy Jadzi przeszła mu chętka na amory.

Tymczasem zza uchylonych drzwi sali kinowej docierały radosne okrzyki zwycięskich plantatorów lucerny, patetyczne crescendo triumfalnej pieśni rozsadzało uszy. Marzenia bohaterów filmu się spełniły.

Gorzej było z naszymi studentami. Dzielnicowy ich maglował jeszcze po tym, jak ostatni z widzów po zakończonym seansie opuścił kino.