Maybelline - Sharrie Williams, Bettie Youngs - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 605 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Maybelline - Sharrie Williams, Bettie Youngs

Ciepła i romantyczna opowieść o barwnych ludziach - czterech pokoleniach rodziny Williamsów, twórców imperium kosmetycznego Maybelline.

Dziedziczka imperium Maybelline opowiada o losach barwnych krewnych na tle burzliwej historii XX wieku:

O powiązaniach potentatów kosmetycznych z gwiazdami Hollywood i ustosunkowanymi postaciami amerykańskiego życia społecznego w okresie I i II wojny światowej;

O umiejętnym wykorzystywaniu zmian w obyczajowości i sytuacji materialnej kobiet do inspirowania i napędzania rozwoju firmy.

Opinie o ebooku Maybelline - Sharrie Williams, Bettie Youngs

Cytaty z ebooka Maybelline - Sharrie Williams, Bettie Youngs

Miesiąc później, kiedy na północy kraju zaczęły się mrozy, Tom Lyle i jego pomocnik zebrali plony. I wtedy właśnie nowo upieczony przedsiębiorca odkrył, że koszt transportu warzyw z Florydy był nieopłacalnie wysoki. Zapłaciwszy za przewóz, nie osiągnie zysku.
No cóż, Tommy Lyle’u, zawsze ci mówiłem, że to poroniony pomysł – skomentował niepowodzenia brata Noel, który miał już serdecznie dosyć tych wszystkich bambetli, nazywanych przez Toma Lyle’a „zapasami magazynowymi”, które zajmowały miejsce w ich ciasnym pokoiku. – Proszę, nie marnuj więcej ciężko zarobionych pieniędzy na takie niepoważne przedsięwzięcia. Znajdź sobie pracę na kolei. Zacznij na samym dole i pnij się w górę. Przemysł kolejowy kwitnie i może być tylko lepiej.
Zwróciła twarz w stronę brata. Tom Lyle szeroko otworzył usta ze zdumienia. Smoliste brwi i rzęsy na tle porcelanowej cery siostry tworzyły dramatyczny i atrakcyjny kontrast. Mając do dyspozycji jedynie kroplę wazeliny, nieco spalonego korka i odrobinę pyłu węglowego, Mabel nie tylko odzyskała normalny wygląd, ale jeszcze dodała sobie uroku.
Sfrustrowany, ale pełen jeszcze większej determinacji, Tom Lyle postanowił wybrać się pociągiem do Detroit, aby odwiedzić firmę Park-Davis, producenta i hurtownika środków farmaceutycznych. Noel i Emery, którzy z nim pojechali, słuchali w milczeniu, jak ich towarzysz wyjaśnia chemikowi, o co mu chodzi: ma to być delikatny, czysty produkt, który będzie wywierał korzystny wpływ na brwi i rzęsy.
Sercem oferty firmy pozostawał jednak nadal Lash-Brow-Ine. Klientki pisały listy, w których chwaliły ten „wspaniały produkt do stymulowania i wspomagania wzrostu rzęs i brwi”. Nawet mężczyźni szli za modą, stosując go w nadziei, że uratują włosy na swoich łysiejących głowach. I na tym polegał problem, ponieważ w owym czasie wzrostu włosów po prostu nie dało się pobudzać w żaden znany nauce sposób. Ludzie jednak wierzyli, że to możliwe, a Tom Lyle i Emery bez skrupułów korzystali z powszechnego przekonania, że Lash-Brow-Ine posiada tę magiczną właściwość.
Wtedy jednak amerykańskie Biuro Chemii, prekursor Agencji ds. Żywności i Leków, ogłosiło, że przystępuje do rozprawy z takimi właśnie niemającymi oparcia w rzeczywistości obietnicami reklamodawców – i wskazało Lash-Brow-Ine jako jeden z tych wątpliwej jakości produktów, przeciwko którym prowadzone jest dochodzenie.
Niebezpieczeństwo wojny w Europie wydawało się tak odległe. W czerwcu 1939 roku FDR [2] nie wyraził zgody, aby statek wycieczkowy „St. Louis” – wiozący 907 żydowskich uchodźców, których przyjęcia odmówiła już Hawana – zadokował w Nowym Orleanie; większość Amerykanów nie zwróciła na to uwagi. Podobnie było w Kanadzie, gdzie również odmówiono przyjęcia jednostki. Wreszcie „St. Louis” musiał wrócić do Europy – sytuacja, którą Niemcy wykorzystali jako dowód, że nikt na świecie nie chce Żydów.
Wreszcie na początku kwietnia 1917 roku życie wskazało mu, gdzie szukać przygód, o których marzył. Wstrząs, jakim była wieść o tym, że Niemcy uknuły spisek w celu nakłonienia Meksyku do ataku na Stany Zjednoczone, sprawił, że Amerykanie postanowili zrezygnować z dotychczasowej neutralności.
Rodzinne fotografie z tego okresu ukazują Prestona z włosami wypomadowanymi i gładko zaczesanymi do tyłu, na wzór gwiazd kina niemego, takich jak Rudolf Valentino. Chętnie odgrywał rolę bohatera wojennego w obecności kobiet, którym w równym stopniu imponowały zarówno jego tragiczna historia, jak i szeroki gest.
Alleluja! – zawołał do Emery’ego, odłożywszy słuchawkę. – Joan Crawford wywiązała się ze wszystkich zobowiązań reklamowych wobec Maxa Factora i jest gotowa podpisać z nami kontrakt na wyłączność! – To cudownie – ucieszył się jego partner. – Myślę, że powinniśmy odwdzięczyć się jej tym samym – ciągnął Tom Lyle. – Chcesz powiedzieć, że… ale co z wszystkimi pozostałymi gwiazdami? Czy naprawdę sądzisz, że powinniśmy się związać tylko z jedną aktorką?
Emery dał Tony’emu trochę gotówki i chłopak ruszył na motocyklu przez pustynię. Nie protestował, chociaż na pewno nie spodobał mu się sposób, w jaki potraktowała go matka Billy’ego – ani to, że mu zapłacono, aby się zmył, choćby tylko na jakiś czas. Kiedy wyjeżdżał z Los Angeles, zapadł już zmrok. Udało mu się dotrzeć niemal do samego Las Vegas, ale kilka kilometrów od miasta zapewne zaczął przysypiać. Od policji dowiedzieliśmy się potem, że zderzył się czołowo z ciężarówką i zginął na miejscu.
CBS; reklama miała zostać wyemitowana podczas nowego serialu „I love Lucy”. Późniejsza popularność tej komedii miała zaskoczyć nawet mojego stryjecznego dziadka. Uzyskane w ten sposób zyski zainwestował
W sylwestra Billy odebrał kolejny telefon od Evelyn. Tym razem na płaczu się nie skończyło, matka wpadła po prostu w histerię. Jak się okazało, zdarzył się kolejny wypadek samochodowy. Tym razem ofiarą był Warren. On i jego partner w interesach zderzyli się czołowo z pijanym kierowcą – i obaj zginęli.
w końcu dostrzegłam, że mojej mamie brakuje czegoś o wiele ważniejszego: dumy z siebie i rzeczy, które w życiu osiągnęła. Nie chciałam skończyć tak jak ona, rozszerzyłam zatem naukę śpiewu na arcydzieła opery włoskiej. Idąc w ślady Pauline, która chciała tańczyć dla MGM, miałam w przyszłości zostać śpiewającą gwiazdą tej wytwórni.
Nieco później tego samego roku Maybelline stanęła w obliczu największego zagrożenia od czasu zarzutów o praktyki monopolistyczne. Sieć F.W. Woolworth, jeden z głównych odbiorców, zagroziła, że usunie wszystkie stoiska Maybelline, w ten sposób skazując firmę na zapomnienie, ponieważ ta umieszczała swoje produkty w sklepach konkurentów, którzy oferowali tak duże zniżki, że placówki Woolwortha nie mogły z nimi rywalizować. Rags Ragland rzucił się w wir walki. Jako mistrz strategii, zasugerował przedstawicielom Woolwortha, że powinni po prostu zmienić stosowaną od dawna metodę mierzenia zysków. Dotychczas każdy artykuł oceniano na podstawie jego procentowego udziału w całości zysku; Rags zwrócił jednak uwagę, że rzeczywisty przychód uzyskiwany dzięki sprzedaży danego towaru lepiej ocenić na podstawie wskaźnika zwrotu z inwestycji – to znaczy porównując wielkość sprzedaży do jej kosztów i rotacji zapasów magazynowych w każdym roku.
Zrezygnowałam więc ze wszystkiego: śpiewu, aktorstwa, pracy modelki. Odwołałam wyjazd do Londynu, zrywając kontakt ze Shakespeare Company – tej decyzji miałam potem żałować do końca życia – aby zostać w Los Angeles ze swoim chłopakiem, Jonem, i użalać się nad swoim losem.
Już wkrótce zarabiał osiem dolarów tygodniowo, z czego dla Bennie i dziecka wysyłał dwa. Resztę odkładał; dla oszczędności codziennie pokonywał na piechotę pięć kilometrów, które dzieliły go od siedziby Montgomery Ward, aby nie wydawać dziesięciu centów na trolejbus. Często rezygnował z posiłków i nie chciał kupić sobie płaszcza, chociaż zimowe wiatry w Chicago były ostre jak brzytwa. – Wyglądasz jak oberwaniec – kręcił głową brat. – Chcę mieć własną firmę prowadzącą sprzedaż wysyłkową, Noelu, a na to trzeba pieniędzy. Jestem gotów obywać się bez wielu rzeczy, dopóki nie osiągnę celu. Już kiedyś tak robiłem. – I zobacz, jak to się skończyło. A tym razem, jeśli znów ci się nie powiedzie, nie zostanie ci nawet kupa warzyw do zjedzenia. Mówię poważnie, Tomie Lyle’u; musisz się nauczyć myśleć bardziej praktycznie. – A ja wolę być bogaty – odparował mój stryjeczny dziadek.
Maszynę do pisania? – Jak inaczej przygotujesz własny katalog wysyłkowy? – Dobre pytanie – odparł Tom Lyle, niemal tak samo jak Emery rozbawiony własną naiwnością. Szybko zainwestował część swoich oszczędności w używaną maszynę do pisania i nauczył się, jak z niej korzystać. Potem, po wynegocjowaniu cen hurtowych przystąpił do zamieszczania w rozmaitych publikacjach ogłoszeń o sprzedaży importowanych żyletek za pięćdziesiąt centów sztuka, frywolnych pocztówek i innych ciekawych drobiazgów.
Wtedy jednak amerykańskie Biuro Chemii, prekursor Agencji ds. Żywności i Leków, ogłosiło, że przystępuje do rozprawy z takimi właśnie niemającymi oparcia w rzeczywistości obietnicami reklamodawców – i wskazało Lash-Brow-Ine jako jeden z tych wątpliwej jakości produktów, przeciwko którym prowadzone jest dochodzenie. Przyniosło to natychmiastowe i daleko idące skutki: klienci po prostu przestali kupować Lash-Brow-Ine. Tom Lyle był na to zupełnie nieprzygotowany. Nigdy przedtem niczego nie produkował i nie zdawał sobie sprawy, jaką władzę mają urzędnicy z Waszyngtonu. Nagle cały jego kapitał został zamrożony w surowcach i zapasach towaru, którego nikt nie chciał, a dotychczasowe chwyty reklamowe były już nieskuteczne, a może nawet nielegalne. Ku swemu zdumieniu, znalazł się w tej samej sytuacji, co kiedyś na Florydzie: otoczony towarem, którego nie mógł sprzedać. Był bankrutem.

Fragment ebooka Maybelline - Sharrie Williams, Bettie Youngs














Sharrie Lynn Williams, Bettie Youngs

MAYBELLINE


Książka po raz pierwszy opublikowana przez Bettie Youngs Book Publishers,
www. BettieYoungsBooks.com

To wydanie ukazuje się staraniem Sylvia Hayse Literary Agency, LLC,
Bandon, Oregon, USA

Tytuł oryginału: The Maybelline Story and the Spirited Family Dynasty Behind It

Przekład: Anna Czajkowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz
/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redaktor techniczny: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Gogut

Zdjęcie na okładce: © PAD, make-up: www.coloratelier.pl

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

THE MAYBELLINE STORY © 2010 by Sharrie Williams and Bettie Youngs

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-7758-659-4

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


SŁOWO WSTĘPNE

Chyba każda dziewczyna, z jaką kiedykolwiek się spotykałem, nosiła w torebce jedną z tych różowo-zielonych tubek tuszu do rzęs – Maybelline Great Lash. Wiem o tym, gdyż zawartość tych torebek regularnie wysypywała się ze szkolnych szafek, zza miejsc na trybunach i spod siedzeń aut. Jeśli właścicielka torebki nie czuła potrzeby ukrywania innych kobiecych produktów, w pierwszej kolejności rzucała się ratować tusz, stanowiący niewątpliwie klucz do jej urody, której głównym elementem były sarnie oczy.

Kiedy dorosłem, ożeniłem się, następnie rozwiodłem i znów zacząłem spotykać się z kobietami, miałem okazję oglądać zawartość kosmetyczki niejednej uroczej pani. I zawsze w środku znajdował się jakiś produkt Maybelline.

Zwracam uwagę na takie rzeczy, bo sam jestem wyczulony na siłę marki. Już w młodym wieku odkryłem wielkie znaczenie naszych wyobrażeń – a konkretnie wyobrażeń o wartości towaru, które mogą być ważniejsze niż cena. Przykładowo marka Tiffany jest nie do pokonania, ponieważ wystarczy jeden rzut oka na jasnoniebieskie pudełko z białą satynową wstążeczką, a już wiesz, że w środku znajduje się produkt luksusowy – po prostu dlatego, że pochodzi od firmy Tiffany.

Byłem zatem bardzo zadowolony, kiedy poproszono mnie o przeczytanie tej historii Maybelline, dzięki czemu mogłem poznać skromne początki firmy i jej przemianę w najlepiej znanego producenta kosmetyków do oczu na świecie. Cóż to za niezwykła saga!

Od skromnych początków w wiejskich rejonach Kentucky, przez opanowane przez gangsterów Chicago w okresie prohibicji, do Hollywood w latach 30. i 40. XX wieku, a wreszcie do całego świata, jest to klasyczna opowieść o prostym produkcie powstałym dzięki przemyślności jednej kobiety, która szukała rozwiązania swojego problemu, i intuicji jej brata, który dostrzegł w nim coś WIELKIEGO!

W 1915 roku Mabel Williams podczas gotowania osmaliła sobie rzęsy i brwi. Przerażona utratą kobiecego wdzięku, przygotowała miksturę, którą następnie nałożyła na pozostałe włoski, nadając im połysk i blask. Jeden z jej braci, Tom Lyle Williams, zauważył udany efekt.

Dokonał też jednak głębszej obserwacji: oczy kobiety to jej wizytówka. Tak wiele mogą powiedzieć: „Chodź i popatrz na mnie”, „Pomóż mi pokonać nieśmiałość”, „I owszem, flirtuję”, „Jestem tobą zainteresowana”. Tom Lyle doceniał piękno każdej pani, a ono przemawiało do niego przez jej oczy. Postanowił zatem odtworzyć recepturę siostry, aby zobaczyć, czy kobiety na całym świecie są gotowe zapłacić za odrobinę piękna.

Aby wypróbować swoje pomysły, potrzebował tylko 500 dolarów i zestawu „Mały chemik”. Jednak w 1915 roku zebranie takiej sumy nie było łatwe. W końcu brat Noel zgodził się pożyczyć pieniądze, a Tom przyrzekł, że odda mu wszystko co do centa. Żaden z nich nie zdawał sobie sprawy, jak wielki zysk przyniesie Noelowi ta inwestycja.

Przez ponad pół stulecia Maybelline była firmą prywatną, pozostającą w rękach rodziny Williamsów. Niewielkie przedsiębiorstwo prowadzące handel wysyłkowy w końcu stało się marką znaną na całym świecie, a osiemdziesiąt dwa lata później zostało wykupione przez francuski konglomerat L’Oreal za ponad 700 milionów dolarów. Odkryć dobry produkt przez przypadek to nie sztuka, zapewniam was – znacznie trudniej zbudować na nim biznesowe imperium, które przez wiele dziesięcioleci pozostawiało wszystkich konkurentów daleko w tyle i do dziś nadal pozostaje symbolem sukcesu.

Co niezwykłe u tak zdolnego biznesmena, Tom Lyle Williams, niezwykły bohater, unikał rozgłosu; jego kreatywność przemawiała wyłącznie przez jego dzieła. A był ogromnie kreatywny: to on jako pierwszy zaangażował do promocji swoich produktów gwiazdy filmowe; jego firma jako jedna z pierwszych promowała ideę społecznej odpowiedzialności biznesu, zachęcając do zakupu obligacji wojennych; jako pierwszy skorzystał z możliwości reklamowania się w telewizji; jako pierwszy zaczął stosować analizę rynku; i jako pierwszy naprawdę zrozumiał siłę nabywczą kobiet.

Oczywiście prawdziwy artysta musi mieć swoją muzę – i tak też było w przypadku Toma Lyle’a. Chociaż firmę nazwał na cześć siostry, jego prawdziwą muzą była bratowa – Evelyn, piękna, ambitna, i mądra; ba, tak mądra, że nierzadko wcale nie wychodziło jej to na dobre.

Dramatyzm historii Maybelline – jak to bywa w przypadku tego rodzaju opowieści – wynika ze zderzenia sukcesu firmy i słabostek rodziny, do której należała. Były sekrety, kłamstwa, maski zastępowały prawdę: często po to, by bronić członków rodziny przed nimi samymi, a zawsze i przede wszystkim – by chronić Maybelline.

Edison stworzył żarówkę. Ford produkował samochody. A oto kolejna prawdziwie amerykańska opowieść o milionerze, który pokonał biedę. Tym razem nazywa się on Williams. Jego dzieje na zawsze zapiszą się w waszej pamięci.

Michael Levine
założyciel Levine Communications i autor „Guerilla PR 2.0”


PRZEDMOWA

Pozwólcie, że się przedstawię. Jestem Alan „Rags” Ragland, syn innego Ragsa Raglanda – geniusza marketingu, który odegrał decydującą rolę w ekspansji małej firmy o nazwie Maybelline. Z wielką przyjemnością przedstawię garść osobistych refleksji odnoszących się do tej zdumiewającej historii.

Około roku 1930, w pierwszej fazie Wielkiego Kryzysu, mój ojciec był dyrektorem do spraw sprzedaży na obszar Środkowego Zachodu w komercyjnym magazynie skierowanym przede wszystkim do kobiet. Do jego zadań należały rozmowy telefoniczne z kluczowymi klientami, do których należał też Tom Lyle Williams, właściciel Maybelline Company. W owym czasie Maybelline prowadziła głównie sprzedaż wysyłkową, ale Harold Ragland miał pomóc to zmienić.

Niejeden biznesmen dobrze zna się na marketingu, lecz brakuje mu wyobraźni. Z drugiej strony – wiele osób twórczych, o skłonnościach artystycznych posiada wyobraźnię, lecz nie radzi sobie z biznesem. Mój tata, muzyk jazzowy, który podczas studiów w szkole biznesu zarabiał na życie, grając na klarnecie i saksofonie altowym w zespole legendarnego Bixa Beiderbecke’a, posiadał obie te cechy. Ba, w przyszłości Tom Lyle miał go nazywać swoim „szefem orkiestry”.

Podobnie jak jego przyszły szef, ojciec dostrzegał potencjał Maybelline – pod warunkiem, że firma zatrudni stratega od sprzedaży i marketingu. – Proszę mi powierzyć zarządzanie sprzedażą, panie Williams – powiedział Tomowi Lyle’owi – a ja podwoję jej wartość w ciągu sześciu miesięcy. Jeśli zawiodę, może mnie pan zwolnić.

Co było dalej, wszyscy wiemy.

Kiedy Harold Ragland stanął za sterami działu marketingu – ba, przez lata sam jeden ten dział reprezentował – sprzedaż Maybelline znacznie wzrosła. Tom Lyle i Rags wspólnie dokładali wysiłków, aby powiększyć swój udział w rynku. Stworzyli nowe stoisko – Stałe Centrum Modnego Oka – gdzie na obrotowych stojakach eksponowano cały asortyment firmy – 130 produktów, i zaczęli oferować swój towar sieciom drogerii i sklepów spożywczych. Urodzeni nowatorzy! Rags skupił się na marketingu, Tom Lyle kierował reklamą – a sprzedaż Maybelline ciągle rosła.

Na początku lat 50. XX wieku Tom Lyle poinformował mojego ojca, że zamierza opuścić Chicago i przenieść się na stałe na zachodnie wybrzeże, aby stamtąd nadal kierować działalnością reklamową, a przy tym „zamartwiać się w wygodnym otoczeniu”. Tom Lyle jako perfekcjonista miał skłonność do zamartwiania się i stresowania. Nawet po przenosinach do Los Angeles w każdy dzień roboczy przez godzinę lub dwie rozmawiał z tatą przez telefon. Co za zespół! I jaka synergia!

Tom Lyle był zmyślnym i wybitnym biznesmenem. Od początku istnienia firmy do jej sprzedaży w 1968 roku wraz z kilkoma pomocnikami przygotowywał większość reklam Maybelline, zarówno w druku, jak i w telewizji, wprowadzając nowe, awangardowe techniki, z których korzystamy do dzisiaj.

Na płaszczyźnie osobistej Tom Lyle był człowiekiem niezwykle szczodrym i wrażliwym, nawet wtedy, kiedy jego mała rodzinna firma stała się już największym producentem kosmetyków na świecie. Jego darowizny na cele dobroczynne oraz wsparcie udzielane krewnym i przyjaciołom odmieniły życie tysięcy ludzi. Wynagrodzenie mojego ojca zostało ustalone na 1 procent całkowitego przychodu ze sprzedaży brutto – brutto, nie netto – co stanowiło tak ogromne sumy, że urząd skarbowy wszczął dochodzenie przeciwko niemu i Maybelline.

Ale dla mojego ojca uczestnictwo w historii Maybelline nie było tylko kwestią pieniędzy. On naprawdę kochał swoją pracę. Kochał też Toma Lyle’a – podobnie jak ja. Z rozrzewnieniem wspominam, jak ten elegancki pan, dorównujący urodą gwiazdorom filmowym, odwiedzał nas w naszym rodzinnym domu. Pamiętam też, jak gościłem w jego pięknej rezydencji na Airole Way w Bel Air. Pamiętam, jak grywał na pianinie podczas rodzinnych spotkań i przyjęć. Czułem się swobodnie w jego towarzystwie, ponieważ Tom Lyle, podobnie jak mój ojciec, był człowiekiem, który do wszystkiego doszedł sam – chłopcem z małego miasteczka, który dzięki determinacji, doskonałym pomysłom i ciężkiej pracy stworzył niezwykle udaną firmę pod nazwą Maybelline.

Zapraszam zatem do przeczytania tej frapującej historii, która pozwoli wam zajrzeć za kulisy początków wielkiej korporacji.

Alan Andrews Ragland


PROLOG
Dym i ogień

Około pierwszej trzydzieści po południu 2 marca 1978 roku dwaj mężczyźni wyszli z zagajnika sosen Elliotta na sześcioakrowej posiadłości w pobliżu jeziora Hamilton w Hot Springs w stanie Arkansas. Każdy z nich niósł dwudziestolitrowy kanister benzyny.

Doszli do brukowanego podjazdu i zbliżyli się do wielkiej, wspaniałej żelaznej bramy, ozdobionej wymyślnym napisem „Maybelline Manor”. Brama stała otworem – wiedzieli, że tak będzie. Przekroczyli bramę i wkrótce za rozległą połacią trawnika ich oczom ukazała się piękna rezydencja. Był to szeroko rozciągnięty budynek, posiadający kilka wyższych partii, z których każdą pokrywał dwuspadowy dach. Mężczyźni ominęli okazałe wejście frontowe, obeszli dom dookoła, i znaleźli się na jego tyłach, pod niebem zasnutym chmurami w kolorze atramentu. Nad jeziorem huczał grom i przelatywały błyskawice.

Dźwigający nieporęczne ciężary nieznajomi podeszli do kuchennych drzwi, które nie były zamknięte na klucz, wślizgnęli się do środka i znaleźli w przestronnym salonie, którego wysoki sufit zdawał się uciekać w górę na niebotyczną wysokość. Z jednej strony korytarz obwieszony oprawionymi w ramy fotografiami prowadził do zamkniętych drzwi, za którymi bogata dziedziczka spała jak dziecko po swoim wielkim występie poprzedniego wieczoru. Intruzi sprawnie zrobili to, co mieli do zrobienia. Zajęli się gałką u drzwi, perukami i oczywiście, benzyną. Kiedy posuwali się z powrotem w stronę kuchennych drzwi, jeden z nich zwrócił szczególną uwagę na korytarz z fotografiami: z portretów i zdjęć grupowych patrzyły na niego kolejne pokolenia majętnych, atrakcyjnych ludzi w kosztownych strojach. Mężczyźni, kobiety, dzieci, tu i ówdzie niemowlę. Piękni ludzie.

Nieznajomi wyprowadzili długie lonty przez kuchenne drzwi na zewnątrz, gdzie hulał porywisty wiosenny wiatr, niosący woń jeziora i nadchodzącej burzy. Deszcz, jeśli w ogóle spadnie, nadejdzie za późno.

Lonty zapaliły się bez problemu.

Kiedy mężczyźni wsiadali właśnie do swojej motorówki, która czekała przycumowana tuż za sosnowym zagajnikiem, zza drzew do ich uszu doszedł odgłos trzech niewielkich eksplozji. Dźwięk ten nie wzbudził w nich niepokoju; nikt inny również nie zwróciłby na niego większej uwagi. Byli przecież w Arkansas; tutaj poluje się nawet w marcu, i huki wystrzałów rozlegają się regularnie.

Łódź była już prawie na środku jeziora, kiedy w oddali na wietrze wzniósł się pierwszy pióropusz dymu.


CZĘŚĆ 1
Narodziny pomysłu
(1912–1926)


PIERWSZY
Jak Tom Lyle Williams odkrył swoje powołanie

Nawet wrak wygląda nie najgorzej, jeśli go porządnie polakie­rować – mawiała moja babcia, „Panna Maybelline”. Lubiła też, i czę­sto powtarzała, słowa Dorothy Lamour: „Kobiecy urok to po prostu seks, który został ucywilizowany”. Zatem historia Maybelline zaczyna się tak, jak powinna – od iluzji: iluzji wiecznego, wyrastającego ponad przeciętność piękna. W wieku piętnastu lat mój stryjeczny dziadek, Tom Lyle Williams, kochał kino zupełnie inaczej niż większość jego rówieśników. Wyobrażam go sobie, jak stoi przy projektorze na tyłach sali kinowej, gdzie pracował po szkole za sześć dolarów tygodniowo, i ogląda kolejny niemy film na rozmigotanym ekranie, podczas gdy muzyk bębni na pianinie, w rytm akcji wygrywając melodie ragtime. Był rok 1911, i nawet w małym, rolniczym miasteczku, takim jak Morganfield, położonym na obrzeżach zagłębia węglowego w zachodnim Kentucky, kinematograf cieszył się wystarczająco dużym zainteresowaniem, aby przynosić zyski.

Ale dla Toma Lyle’a – bo tak go wszyscy nazywali – zajęcie w kinie było czymś więcej niż zwykłą pracą. On nie tylko wyświetlał filmy, i nie tylko je oglądał. Był nimi zafascynowany. Dzięki nim może wkroczyć w rzeczywistość całkowicie odmienną od Morganfield, i spotkać ludzi, którzy ją zamieszkują. Mary Pickford w In the Sultan’s Garden, wprost nieziemska ze swymi blond lokami i świetlistymi oczami, porywająca każdym wyrazem twarzy i każdym gestem… Kiedy Tom przenosił wzrok z jej twarzy na widownię, gdzie siedzieli farmerzy i ich żony – znużeni i źle ubrani – przeżywał wstrząs.

To właśnie była tajemnica, która sprawiła, że Tom Lyle stał w ciemności jak zaczarowany: dlaczego aktorzy na migoczącym ekranie wydają się o wiele bardziej atrakcyjni i fascynujący niż zwykli ludzie? Nawet jego siostry, Mabel i Eva, które kochał całym sercem, były takie nijakie w porównaniu z Mary Pickford! A czy jakikolwiek mężczyzna, którego widział na własne oczy, dorównuje urodą wytwornemu Wallace’owi Reidowi, z jego kwadratowym podbródkiem, czy eleganckiemu Dellemu Hendersonowi? Na czym polega ich sekret, sekret gwiazd ekranu, tych wyrastających ponad przeciętność bohaterów? Czy ci ludzie rodzą się wyjątkowi, czy też jest to coś, co można sobie przyswoić? A jeśli im się udało, czy ową tajemną wiedzę mógłby posiąść również on, Tom Lyle Williams z Morganfield w Kentucky?

Pewnego dnia „Unk Ejl” – jak go później nazywałam – opowiedział mi, jak obserwował aktorów filmowych; przyglądał się, jak stoją, jak się poruszają, jak ich wzrok przyciąga i zatrzymuje spojrzenia widzów. Zwracał uwagę na ubrania, które nosili, i na ich fryzury, szukając klucza do tajemnicy.

Sąsiedzi z Morganfield dawno już przykleili mu etykietkę niepraktycznego marzyciela, chłopaka, który nigdy niczego nie osiąg­nie. I jaka szkoda! Czyż nie pochodził z jednej z najlepszych lokalnych rodzin? Czy jego ojciec nie był zamożnym farmerem, a przy tym szeryfem miasteczka – twardym, konkretnym facetem, który prędzej zamknie kogoś w areszcie, niż wda się w pogawędkę o grze świateł i cieni na srebrnym ekranie?

A jednak to właśnie sztuka i marzenia związane z pięknem miały pewnego dnia oderwać naszą rodzinę od jej korzeni, które tkwiły głęboko w ziemi stanu Kentucky, i wprowadzić w nowy świat piękna i bogactwa. To właśnie pragnienie posiadania tej magicznej mocy i wszystkiego, co się z nią wiązało, miało w końcu omamić nas wszystkich, zupełnie tak, jakbyśmy wszyscy siedzieli wraz z „Unk Ejlem” w kinie w 1911 roku.

Do dziś mocniej się utożsamiam z „Unk Ejlem” niż z jego młodszym bratem, Prestonem, czyli moim dziadkiem. Naturalnie Preston zmarł jeszcze przed moim urodzeniem, nie jest to jednak najważniejszy powód. Bardziej przemawia do mnie wrażliwa, trosk­liwa natura wujka – który według wszystkich relacji był zupełnym przeciwieństwem swego zmiennego i aroganckiego brata. Obaj byli przystojni, ale też inaczej: jeden był słońcem, drugi księżycem. Moja prababcia stwierdziła kiedyś, że ze wszystkich jej dzieci właśnie to czwarte, Tom Lyle – z kręconą blond czupryną, wesołymi brązowymi oczami, i prowokacyjną osobowością – było najpiękniejsze.

Jednak pomimo skłonności do marzycielstwa, Tom Lyle kochał, szanował i pragnął zadowolić swoich rodziców. Nie zawsze było to łatwe. Thomas Jefferson (TJ) Williams i jego żona Susan zakładali, że syn pewnego dnia zostanie farmerem, tak jak jego ojciec i dziadkowie (chociaż dopuszczali też inne profesje, na przykład nauczyciela lub pastora). Tom Lyle jednak, patrząc w lustro, nikogo takiego nie widział. Miał przed sobą chłopca, który nie dorównywał mężczyźnie ukrywającemu się w jego skórze. W wieku piętnastu lat był słabiej umięśniony niż jego trzynastoletni brat Preston, i w ogóle nie miał zarostu. Nic dziwnego, że nikt nie traktował go poważnie! Jak zatem mógł zdobyć serce Bennie Gibbs, jedynej dziewczyny w Morganfield równie ponętnej jak aktorki srebrnego ekranu? Czuł, że się jej podoba; spotkania ich oczu trwały nieco dłużej, niż powinny, kiedy dziewczyna zjawiała się w kinie albo gdy wpadali na siebie w miasteczku, ale to mu nie wystarczało. Potrzebował czegoś więcej. Chciał poczuć, że też jest kimś wyjątkowym. W poszukiwaniu inspiracji zwrócił się prosto do rodzinnego egzemplarza Biblii, który odsunął, aby znaleźć to, co zawsze pod nim chowano: katalog wysyłkowy Sears, Roebuck and Co.

Tomowi Lyle’owi katalog ten oferował podróże w wyrafinowany świat, o którym marzył, panoramę pragnień, nawyków i obyczajów ludzi o wiele bardziej światowych niż jego sąsiedzi – i oczywiście on sam. Był nim tak zafascynowany, że w wieku czterech lat sam nauczył się czytać, studiując opisy oferowanych tam produktów.

Na tym jednak zalety katalogu się nie kończyły. A oto największa: dzięki magii handlu wysyłkowego mieszkaniec małego miasteczka, taki jak Tom Lyle, uzyskiwał dostęp do tych samych artykułów, co najbardziej elegancki mieszczuch. Chłopak szybko znalazł często oglądaną stronę, na której reklamowano motocykle. W tym czasie znał już te informacje niemal na pamięć, ale i tak przeczytał wszystko jeszcze raz. Czarny czterocylindrowy pierce roztaczał aurę niebezpieczeństwa, ale był o wiele za drogi jak na chłopca obsługującego projektor w małym kinematografie. Jednocylindrowy pope wprawdzie kosztował znacznie mniej, ale wydawał się taki zwyczajny… Ale był jeszcze dwucylindrowy indian: jaskrawoczerwony, kuszący seksownymi krągłościami niby piękna kobieta – i na tyle tani, że Tom Lyle mógł na niego zaoszczędzić.

Chociaż sąsiedzi mieli rację, uważając młodego Williamsa za marzyciela, cechował go również pragmatyzm, którego nie powstydziłby się żaden kuty na cztery nogi farmer. Szybko obliczył, że uzbieranie całej sumy wyłącznie ze swego wynagrodzenia potrwa dwa miesiące – zdecydowanie za długo jak na jego gust. Zaczął zatem dorabiać działalnością handlową, którą rozpoczął już w wieku dziewięciu lat: sprzedażą kart baseballowych. Chociaż był wielbicielem tego sportu i bardzo mu się podobały umieszczone na kartach fotosy, informacje o graczach i oczywiście teksty reklamowe, postrzegał swoją kolekcję głównie w kategoriach inwestycji. W wieku dziesięciu lat zaczął sprzedawać najcenniejsze egzemplarze, a za zarobione pieniądze nabywał jeszcze popularniejsze, które później też sprzedawał. Jako nastolatek włączył do swojej oferty karty kolekcjonerskie z paczek papierosów, na których pojawiały się kolejne fragmenty zdjęć skąpo odzianych kobiet, które można było potem połączyć w całość. Najwięcej liczył sobie za te egzemplarze, na których widniała urocza buzia lub odsłonięta kostka.

Kolejną cechą, której Tomowi Lyle’owi nie brakowało, była determinacja. W ciągu zaledwie sześciu tygodni zdołał uzbierać nie byle jaką w owych czasach sumę 40 dolarów. Złożył zamówienie na motocykl marki Indian, i dopiero wtedy przyznał się rodzicom do tego, co zrobił. Ci marszczyli brwi i prawili kazania, ale też nie zabronili zakupu.

Kiedy indian wreszcie się pojawił, błyszczący i piękny, Tom Lyle był gotów. Już wcześniej kupił sobie gogle i skórzane rękawice, i pożyczył czerwony szalik z frędzlami. W stajni namalował swoje inicjały na tylnym błotniku motocykla, a potem wskoczył na siodełko. W momencie, gdy kopnął rozrusznik, przestał być zwyczajnym chłopakiem z małego miasteczka – w jednej chwili zmienił się w pełnego fantazji bohatera, któremu nie można się oprzeć, takiego jak ci, których co wieczór widywał na rozmigotanym kinowym ekranie.

Wśród rozpaczliwego gdakania kur i lecącego na wszystkie strony pierza, Tom Lyle wykonał kilka pierwszych rundek dookoła podwórka. Potem, na oczach całej rodziny, z szyją okręconą czerwonym szalikiem, wyjechał na drogę, która biegła wzdłuż rzeki Ohio. A dokąd się wybierał? Do domu trzynastoletniej Bennie Gibbs, piękności o nieskazitelnej cerze i błyszczących oczach.

Tom Lyle wiedział, że prezentuje się imponująco, kiedy mijał budynek sądu z czerwonej cegły, bibliotekę i rynek, nad którym powiewała amerykańska flaga. Gnał przed siebie z oszałamiającą prędkością ponad pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, potem przyspieszył do sześćdziesięciu, mijając pola tytoniu i łąki, sady i pastwiska, całą swoją istotą chłonąc rozkosz tej jazdy. W ciągu zaledwie dwudziestu minut pokonał dystans dwudziestu kilometrów dzielący go od Millburn, gdzie mieszkała jego bogdanka.

Pani Gibbs nie pozwoliła córce wsiąść na „ten wymysł”, więc Tom Lyle zaparkował motocykl i oboje udali się na przechadzkę. Mijając krzaki róż i ogromne topole, wzięli się za ręce. Kiedy pocałowali się po raz pierwszy, zdarzyło się to niemal przez przypadek.

I tak mijało to upojne popołudnie, aż wreszcie Tom Lyle zwrócił uwagę na położenie słońca.

– O rany, muszę wracać do domu! Nie mogę się spóźnić na kolację.

– Nawet o minutę? – zapytała Bennie.

– Nawet o sekundę! – Chłopak zaczął ją ciągnąć z powrotem do domu. – Mój ojciec jest bardzo surowy, kiedy chodzi o wspólne posiłki. Nie chcę, żeby mnie wsadził do aresztu.

– Do aresztu?

– Nie zapominaj, że mój tata jest szeryfem Morganfield.

– Ale… do aresztu? Własnego syna?

Tom Lyle parsknął śmiechem.

– Mój brat Preston siedział już tam dwa razy – raz za to, że uciekł do lasu, a drugi za niewykonywanie domowych obowiązków.

– Ależ to okropne!

– Nie dla Prestona. On sobie po prostu siedział, czytając tanie powieścidła i puszczając mimo uszu kazania taty. Ale ja muszę myśleć o motocyklu – rodzice już i tak są niezadowoleni, że go kupiłem.

Tymczasem doszli już do domostwa Gibbsów.

– Kiedy cię znowu zobaczę? – zapytała Bennie, kiedy chłopak puścił jej dłoń.

– Wkrótce, jeśli zdążę do domu na kolację. Módl się za mnie! – wskoczył na siodełko i jednym kopnięciem uruchomił silnik.

– Pojedź starą drogą do Cummingsa! – krzyknęła dziewczyna w chmurę błękitnego dymu. – Jest krótsza!

W lusterku wstecznym Tom Lyle zobaczył jeszcze, jak macha mu chusteczką i przesyła całusa.

Mknąc obsadzoną drzewami drogą gruntową, rozpędził się do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, i szło mu świetnie, dopóki nie zobaczył przed sobą zamulonego rowu biegnącego w poprzek drogi. Przyszedł czas na trudne decyzje. Mógł zawrócić, aby poszukać innego dojazdu, albo zatrzymać się i spróbować przenieść ciężką maszynę na drugą stronę, w obu wypadkach tracąc cenny czas.

W końcu zdecydował po prostu maksymalnie dodać gazu, a kiedy rów rozwarł się tuż przed nim, mocno przechylił się w tył. Poczuł, jak motocykl w cudowny sposób podrywa się w powietrze… a potem rąbnął o ziemię.

Kiedy podniósł głowę, kaszląc i pojękując, zobaczył zmasakrowanego, ubłoconego indiana leżącego w poprzek drogi. On sam miał tylko kilka sińców i zadrapań, ale motocykl nie chciał ruszyć. Chłopak zdołał pokonać pozostałą odległość dzielącą go od domu, częściowo prowadząc, częściowo ciągnąc za sobą maszynę, upokorzony, obolały, ubłocony, i – co najgorsze – spóźniony.

TJ Williams siedział sobie na ganku z wykałaczką w ustach, kiedy jego oczom ukazał się utykający Tom Lyle, który pchał przed sobą poobijany, ubłocony wrak nowiutkiego motocykla. Kiedy tylko upewnił się, że syn jest cały, wybuchnął:

– Do diabła, Tommy Lyle’u! Twoja matka omal nie umarła ze strachu! Masz się pozbyć tej śmiertelnej pułapki z piekła rodem!

– Tak, proszę pana – odparł karnie Tom Lyle.

Najpierw jednak naprawił motocykl. Powodowany tą samą determinacją, która miała mu tak dobrze służyć przez całe życie, zamknął się z nim w stajni, rozebrał na części, wyczyścił, naprostował wszystko, co wymagało naprostowania, i złożył z powrotem.

Kiedy wyprowadził odrodzoną maszynę ze stajni, rodzice szeroko otworzyli usta.

– Toto nadal jeździ? – zdumiał się TJ.

– Tak, tato, jeździ. Zamierzam go sprzedać.

TJ obszedł motocykl dookoła, przesuwając dłońmi po lakierze, po czym poklepał syna po ramieniu.

– No cóż, zasłużyłeś na to, aby go sobie zatrzymać, jeśli nadal masz ochotę.

Susan rzuciła mężowi przerażone spojrzenie.

– Chcesz powiedzieć, że może go zatrzymać, jeśli…

– Jeśli da nam słowo, że nie będzie się już na nim wygłupiał – dokończył TJ.

– Macie moje słowo – zapewnił rodziców Tom Lyle.

To była kolejna charakterystyczna cecha mojego stryjecznego dziadka: zawsze dotrzymywał słowa. Przez cały następny rok jeździł zatem na swoim indianie, ruchomej nagrodzie za wytrwałość. Jednak w żaden sposób nie poprawiło to jego reputacji w Morganfield. Sąsiedzi szeptali, że już jako pięciolatek lubił się popisywać – nadal pamiętano plakaty reklamujące jedno z wielu przedstawień, przygotowywanych wraz z młodszą siostrą, Evą, na których zapowiadany był jako „Tommy Lyle, wielki aktor-nietoperz”. Zamiast pochwalić chłopca za energię i inicjatywę, spisali go na straty jako niepoprawnego marzyciela. Hałaśliwy motocykl sprawił tylko, że do listy dotychczasowych niepochlebnych określeń dołączyły kolejne: pozer, niestały, próżny.

Tom Lyle starał się ignorować ludzkie gadanie, ale poprzysiągł sobie, że kiedyś im wszystkim pokaże.

W owym czasie coraz częściej zresztą myślał o przyszłości, bo rosła jego miłość do Bennie Gibbs. Kupował jej różne błyskotki i wyrył inicjały ich obojga na korze wielkiego dębu rosnącego obok jednoizbowej szkoły, do której uczęszczali. Zaczęli się wymykać na spotkania w ustronnych miejscach. Było cudownie – ale Tom Lyle, jak to on, wciąż chciał czegoś więcej.

Dwa dni przed Bożym Narodzeniem, w dniu, kiedy jego ukochana skończyła czternaście lat, kupił jej wodę sodową z sokiem czereśniowym z nowego saturatora, i tam też pokazał jej swój najnowszy zakup z katalogu Searsa: pierścionek z rubinem z czternastokaratowego złota.

– To dopiero początek – zapewnił dziewczynę, wsuwając jej pierścionek na palec. – Mam zaoszczędzone trzysta dolarów i zamierzam to wykorzystać, aby dorobić się fortuny. Obiecuję.

Bennie patrzyła na podarunek oszołomiona.

– Wierzę ci, Tomie Lyle’u, ale… – zawahała się. U jej rodziców młody Williams miał opinię nie lepszą niż u większości mieszkańców miasteczka. – Ale jak?

– A tak! – Tom Lyle wyciągnął z zanadrza ulotkę. – Jeśli pojadę na Florydę i przez zimę wyhoduję tam warzywa, mogę je potem sprzedać na Północy z dużym zyskiem.

Bennie spojrzała na papier i zmarszczyła brwi. Tom Lyle schwycił ją za ręce.

– Pewnego dnia będę w stanie cię utrzymać, Bennie. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Jeszcze raz spojrzała na pierścionek, a potem mocno ścisnęła palce chłopca i z uśmiechem spojrzała mu w oczy.

– Kocham cię, Tomie Lyle’u.

Chociaż o tym, co wydarzyło się później, nikt, w tym i Unk Ejl, nigdy szczegółowo mi nie opowiadał, sama potrafię się domyślić, jak było. Oczami wyobraźni widzę, jak trzy tygodnie później, w szesnaste urodziny Toma Lyle’a, oboje wymykają się do jakiejś opuszczonej chaty lub stodoły. Niezależnie od miejsca, które wybrali, jedno jest pewne: tego dnia czternastoletnia Bennie Gibbs dała swemu ukochanemu najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek otrzymał.

Kilka miesięcy później miała dla niego coś jeszcze – a mianowicie nowinę, którą zdradziła przez łzy: była w ciąży.

– Tak się boję, Tomie Lyle’u. Mój tata to bardzo surowy baptysta. On mnie chyba zabije.

Tom Lyle-marzyciel, pełen miłości i dumy, nie dzielił jej obaw. Oczywiście, że pan Gibbs się zirytuje – w końcu jego córka zaszła w ciążę w wieku czternastu lat z szesnastolatkiem z katolickiej rodziny! Ale dla dobra swojego wnuczka na pewno da się udobruchać.

– Bennie – powiedział – o nic się nie martw. Ja się zaopiekuję tobą i dzieckiem, choćby nie wiem co.

W poszukiwaniu wskazówek praktycznych zwrócił się do swego starszego brata, Noela, zawsze tak statecznego i godnego zaufania. Ten odpowiedział prosto: „Musisz zrobić to, co należy, Tomie Lyle’u”.

I to właśnie mój stryjeczny dziadek chciał usłyszeć. Nie pisnąwszy ani słowa rodzicom swojej ukochanej, poprosił ją o rękę, po czym oboje wsiedli na motocykl i odjechali.

Wyobrażam sobie ten kwietniowy dzień jako piękny i słoneczny. Niemal czuję radość, która ich rozpierała, gdy dotarli do promu, który miał ich przewieźć przez rzekę Ohio, brunatną i wezbraną po wiosennych deszczach, do Old Shawneetown w stanie Illinois. Bennie wiedziała, że znajdą tam sędziego pokoju, bo jej matka sama wzięła ślub w tym historycznym handlowym miasteczku. A ponadto leżało ono na tyle daleko od Morganfield, aby nikt ich tam nie znał, i nie zdawał sobie sprawy z ich młodego wieku.

Na zakończenie trzyminutowej ceremonii, ten sam sędzia pokoju – wówczas mający już osiemdziesiąt dwa lata – który wysłuchał przysięgi jej rodziców, ogłosił Bennie i Toma Lyle’a mężem i żoną.

Małżeństwo trwało niewiele dłużej niż sama ceremonia. Kiedy nowożeńcy wrócili do Morganfield, udali się najpierw do domu Bennie, aby powiedzieć rodzicom dziewczyny, co zrobili.

Zamiast złożyć im gratulacje, pan Gibbs chwycił za miotłę.

– Jak śmiałeś ożenić się z moją córką bez mojej zgody? – zakrzyknął, dźgając chłopaka kijem i wypychając go z domu. – Czy naprawdę myślisz, że pozwolę mojej Bennie poślubić pogańskiego katolika? Wynocha z mojej ziemi i więcej się tu nie pokazuj!

Małżeństwo zostało szybko anulowane, ale drugiego problemu nie dało się tak łatwo rozwiązać. Kiedy rosnący brzuch Bennie stawał się coraz bardziej widoczny, wysłano ją do ciotki mieszkającej w Ohio, w nadziei, że jej stan uda się utrzymać w tajemnicy. Nadzieje te okazały się płonne. Już wkrótce wszyscy w Morganfield wiedzieli, co zaszło między Bennie Gibbs i Tomem Lyle’em – i oczywiście wybuchł skandal. Za każdym razem, gdy chłopak zjawiał się w miasteczku, witało go chłodne milczenie lub pogardliwe kręcenie głowami.

Tom Lyle nie mógł uwierzyć, że znalazł się w takiej sytuacji. Jak to możliwe, że jego przyzwoite zamiary – nie mówiąc już o wystudiowanym wdzięku – doprowadziły do tak katastrofalnych rezultatów? Kiedy nagłówki gazet ogłaszały: „Titanic zatonął”, chwilami nawet żałował, że nie było go na pokładzie skazanego na zagładę statku.

Ponieważ nie robił już dalekich wypraw, aby zobaczyć się z Bennie, jazda przestała mu sprawiać przyjemność, zdecydował zatem, że sprzeda swego indiana. Nie otrzymawszy żadnej oferty przez kilka tygodni, w końcu zdał sobie sprawę, że nikogo w Morganfield nie stać na pięćdziesiąt dolarów, które za niego żądał – a może po prostu nikt nie chciał tego motocykla, bo należał do niego.

Pewnego dnia u golarza, gdzie siedział ponuro, kartkując egzemplarz pisma „Popular Mechanic”, zwrócił uwagę na dział ogłoszeń drobnych, i wpadł na pewien pomysł – a było to coś, czego chyba nikt przed nim jeszcze nie próbował. Szybko wrócił do domu, napisał liczące piętnaście słów ogłoszenie pod tytułem „Motocykl na sprzedaż” i wysłał je do magazynu, dołączając opłatę w wysokości dolara i pięćdziesięciu centów.

Potem codziennie zaglądał do skrzynki, pewien, że jego wspaniały pomysł wkrótce przyniesie owoce.

I… nic.

Pewnego wieczoru, po kolacji, którą przesiedział strapiony brakiem odpowiedzi na swoje ogłoszenie, nagle zdał sobie sprawę, że przy stole zapadła cisza – a kiedy podniósł głowę, zobaczył, że rodzice wyprowadzają młodsze dzieci z jadalni. Za chwilę wrócili i na powrót zajęli swoje miejsca. TJ – który jako szeryf i poborca podatkowy w hrabstwie kilka lat wcześniej stracił oko podczas strzelaniny, którą zakończył się jakiś spór o prawo własności – wyjął swoją szklaną protezę, wypolerował ją rękawem, wsadził z powrotem na miejsce, i w końcu oznajmił:

– Cały ten skandal związany z dzieckiem Bennie szkodzi naszej rodzinie, Tomie Lyle’u.

Chłopak zwiesił głowę.

– Wiem, tato. Bardzo mi przykro.

TJ wydawał się nie tyle zły, ile zrezygnowany.

– Nasi przodkowie przybyli tutaj na statku Mayflower. Mój dziadek Josiah był sędzią pokoju, a jednocześnie uprawiał te pięćset akrów. To tradycja, którą musimy kultywować.

Tom Lyle zobaczył, że jego matka trzyma na kolanach Biblię, otwartą na stronie, gdzie narysowane zostało drzewo genealogiczne rodziny. W jej oczach błyszczały łzy.

– Tomie Lyle’u, wstydzę się spojrzeć w oczy mieszkańcom naszego miasteczka. Gdzie pójdę, słyszę szepty. To samo dotyczy nas wszystkich.

Chłopak spojrzał kolejno na rodziców.

– O co wam właściwie chodzi?

TJ pochylił się ku niemu.

– Synu, uważamy, że najlepiej będzie, jeśli opuścisz dom. Twój brat Noel znalazł sobie pracę w Chicago; możesz tam pojechać, zamieszkać u niego, poszukać czegoś dla siebie.

Dalsza część rodzicielskiego kazania przeleciała mu mimo uszu. Świadomość, jak niesprawiedliwie skazuje się go na wygnanie, napeł­niła serce Toma Lyle’a wstydem, desperacją i wściekłością, niepodobnymi do niczego, co kiedykolwiek wcześniej doświadczył. Bo czyż nie zachował się honorowo, żeniąc się z Bennie ze szczerym zamiarem utrzymywania jej i dziecka? Czy to jego wina, że rodzice dziewczyny uniemożliwili to honorowe rozwiązanie? Czy to jego wina, że ludzie lubią brać innych na języki…?

W końcu wstał od stołu.

– Jeśli chcecie, żebym wyjechał, wyjadę.

Niedługo potem wydarzyło się coś, co miało zmienić bieg życia mojego stryjecznego dziadka: dostał odpowiedź na swoje ogłoszenie o sprzedaży motocykla. I to nie jedną, ale cały tuzin w ciągu kilku zaledwie dni – a każda koperta zawierała przekaz pieniężny na sumę pięćdziesięciu dolarów. Tuzin zamówień! Oczywiście musiał zwrócić wszystkie oprócz jednego, to jednak nie zmieniało tego niewiarygodnego wręcz faktu: dzięki jednemu ogłoszeniu mógłby sprzedać dwanaście maszyn.

Tom Lyle odszukał ulotkę o produktach z Florydy, którą kiedyś pokazał Bennie, i zatonął w marzeniach o sugestywnie przedstawionych zyskach. Fotografie ukazywały tłumy szczelnie opatulonych mieszkańców północnych stanów, którzy czekali w kolejce na targu, aby kupić tak zwane późne warzywa, wyhodowane na dalekim Południu. Rodzice chcą, żeby wyjechał? Doskonale! Ale wybijcie sobie z głowy Chicago i nudną pracę na kolei, którą znalazł sobie brat – on pojedzie na Florydę i zbije tam majątek.

Gniew i niechęć przerodziły się w determinację. Przeliczywszy swoje oszczędności i dochód ze sprzedaży motocykla, stwierdził, że ma dość pieniędzy na początek. A kiedy odniesie sukces, odzyska swoją Bennie, i będzie takim mężem i ojcem, jakim w swoim mniemaniu mógł być.

Takim ojcem, który nigdy nie wyrzuci z domu zhańbionego syna.

W pewien upalny dzień, po pierwszej w życiu samotnej podróży koleją, Tom Lyle wysiadł na Florydzie i szybko wydał całe swoje oszczędności na zakup działki warzywnej pod Orlando. Następnie przekonał mieszkającego w pobliżu piętnastolatka, aby pomagał mu w uprawie pierwszego zbioru, i przez kilka miesięcy ciężko harował na roli – a była to jedyna praca, co do której miał pewność, że tym właśnie nie chce się w życiu zajmować. Wiedział jednak, że gra jest warta świeczki. Kiedy wróci do Morganfield okryty chwałą, pokaże rodzinie Gibbsów, że nadaje się na zięcia – a wszystkim innym udowodni, że nie jest nic niewartym marzycielem.

Warzywa rosły już jak na drożdżach, kiedy dotarł do niego list z Ohio z informacją, że 9 września 1912 roku Bennie Gibbs powiła dziecko – Cecila Andersona Williamsa. Tom Lyle bardzo się ucieszył, że pomimo sprzeciwu swego ojca, dziewczyna podała do aktu urodzenia jego nazwisko.

Miesiąc później, kiedy na północy kraju zaczęły się mrozy, Tom Lyle i jego pomocnik zebrali plony. I wtedy właśnie nowo upieczony przedsiębiorca odkrył, że koszt transportu warzyw z Florydy był nieopłacalnie wysoki. Zapłaciwszy za przewóz, nie osiągnie zysku.

Stracił wszystko.

Powrót do Morganfield bez grosza przy duszy wymagał od Toma Lyle’a sięgnięcia po najgłębsze rezerwy emocjonalne, ale rodzice najwyraźniej doszli do wniosku, że wygnanie spełniło swoje zadanie. Ojciec zaczął mówić o swoich planach; chciał, aby syn pomagał mu w prowadzeniu farmy, a za kilka lat być może nawet został zastępcą szeryfa.

Żaden z tych scenariuszy nie budził zachwytu Toma Lyle’a – brał je w ogóle pod uwagę tylko dlatego, ponieważ w takiej sytuacji byłby blisko Bennie i syna.

Wreszcie mógł po raz pierwszy zobaczyć Cecila, co wymagało małego romantycznego podstępu dla ominięcia zakazu wstępu na farmę Gibbsów. Pewna przyjaciółka imieniem Lucy zaprosiła pannę Gibbs na cały dzień do siebie. Bennie nie miała pojęcia, że Tom Lyle jest już w drodze, pokonując pięć kilometrów piechotą w strugach deszczu, z bukietem kwiatów w dłoni. Kiedy zastukał do drzwi, Lucy je otworzyła – a za jej plecami, w salonie, stała prześliczna Bennie, kołysząc dziecko i karmiąc je piersią.

Tom Lyle padł przed nią na kolana.

– Wyglądasz jak bogini…

Dziewczyna rozpłakała się, otuliła niemowlę i podała je ojcu.

Chyba miłość, której widomym dowodem było dziecko, musi związać ich ze sobą na zawsze?


DRUGI
Tysiąc dziesięciocentówek każdego dnia

Natknęłam się kiedyś na portret rodzinny, na którym zobaczyłam nieznanego mi chłopca o pełnej wyrazu twarzy.

– Kto to? – zapytałam swoją kuzynkę Mabel, starszą siostrę Toma Lyle’a.

– Nasz Pearl – odparła, a ja zrozumiałam, że widzę najstarszego brata „Unk Ejla”, ukochanego pierworodnego, który zmarł na zapalenie płuc w wieku zaledwie dziewiętnastu lat.

Ta tragedia wisiała nad rodziną Williamsów przez wiele smutnych lat, a Tom Lyle nie chciał przysparzać rodzicom jeszcze więcej bólu. Chociaż przyniósł wstyd nie jednej, ale dwóm rodzinom, nie rezygnował z marzeń o odzyskaniu żony i dziecka. Wiedział jednak, że na pewno nie zdoła tego osiągnąć, pozostając w Morganfield jako farmer lub zastępca szeryfa, pod obstrzałem tak wielu nieprzyjaznych spojrzeń.

Zwrócił się więc w myślach na północ, ku Chicago, gdzie jego dwudziestotrzyletni brat, Noel, pracował jako księgowy w biurach Centralnych Kolei Illinois. Pomysł, aby się tam przenieść, który zaledwie rok wcześniej odebrał jako wyrok wygnania, teraz wydał mu się atrakcyjny. Po pierwsze, w dużym mięście będzie tylko jednym z wielu młodych mężczyzn, a nie przedmiotem sensacyjnych plotek. Po drugie, gdzie jeśli nie w szybko rozwijającej się metropolii łatwiej mu będzie zrealizować marzenie o stworzeniu własnego biznesu?

Uciuławszy kilka dolarów na bilet, wysłał do brata telegram: Drogi Noelu, przyjeżdżam 20 paźdź. Mam nadzieję, że znajdziesz dla mnie trochę miejsca na podłodze.

O ironio, TJ i Susan byli teraz przeciwni wyjazdowi syna z Morganfield, Tom Lyle jednak tak długo błagał ich o zgodę, aż w końcu ulegli. Obiecał też matce, że jeśli mu się nie powiedzie, wróci i być może zostanie pastorem.

I tak właśnie doszło do tego, że Tom Lyle Williams wybrał się w długą podróż nad jezioro Michigan, jadąc pociągiem w tłumie innych mieszkańców rolniczych regionów Ameryki, którzy mieli nadzieję na znalezienie lepiej płatnej pracy w obliczu ostrej konkurencji.

Gigantyczna stacja kolejowa w Chicago, gdzie krzyżowały się ścieżki ludzi, zwierząt gospodarskich i towarów podróżujących od oceanu do oceanu, i od granicy do granicy, wywarła na chłopcu tak przytłaczające wrażenie, że z ulgi omal się nie popłakał, kiedy zobaczył na peronie Noela. Potem poszli razem piechotą do starego pensjonatu oddalonego o piętnaście przecznic, usytuowanego pomiędzy West Side a niebezpieczną South Side. Bracia musieli przechodzić z jednej strony ulicy na drugą, aby omijać rozmaite indywidua – żebraków, pijaków, naciągaczy i prostytutki – czekające w bocznych uliczkach lub włóczące się po chodnikach. Kiedy Tom Lyle rozglądał się dookoła zdumiony, Noel wyjaśniał, że do 1912 roku populacja Chicago wzrosła do niemal 1,7 miliona ludzi, a kolejne kamienice i pensjonaty wyrastały wszędzie jak grzyby po deszczu.

– Ale ty na razie zamieszkasz w moim pokoju, braciszku – dodał.

Pensjonat, w którym mieszkał Noel, stał na samym obrzeżu dzielnicy slumsów – zbiorowiska zatłoczonych kamienic, obwieszonych podartą, zszarzałą bielizną, i tonących w śmieciach ulic, po których rozchodził się smród kiepskiej kanalizacji.

– Słyszałeś, że kilka dni temu ktoś postrzelił Teddy’ego Roosevelta? – zapytał Noel, kiedy szli na górę po wąskich schodach. – To się zdarzyło niedaleko stąd.

– Czy to prawda, że okulary ocaliły mu życie?

– Tak, kula trafiła w futerał, który miał w kieszeni, i nie wniknęła głęboko w klatkę piersiową. Roosevelt zakończył przemówienie, i dopiero wtedy pozwolił się zabrać do szpitala. Oto prawdziwy mężczyzna!

Wreszcie dotarli na piąte piętro, i Noel otworzył drzwi pokoju, za który płacił 50 dolarów tygodniowo.

– Nie spodziewaj się luksusów; prawdę mówiąc, to najtańszy pokój w całym pensjonacie. Toaleta jest na końcu korytarza. Kąpiel możesz wziąć za dwadzieścia pięć centów w łaźni na tej samej ulicy.

– To wystarczy – zapewnił go Tom Lyle, i postawił torbę na podłodze, na której miał później spać. I tak była lepsza od ubitej ziemi w jego komórce na Florydzie.

Następnego dnia przejrzał dział ogłoszeń z ofertami pracy w gazecie i zakreślił jedno z nich:

MONTGOMERY WARD & CO
Wypełnianie formularzy zamówień, 8 dolarów tygodniowo

Była to kolejna trafna decyzja.

Lubię myśleć, że w Montgomery Ward zatrudniono „Unk Ejla”, bo komuś zaimponowała jego znajomość katalogów sprzedaży wysyłkowej. Tak czy siak, była to idealna praca dla chłopaka, który uczył się czytać na katalogu Sears & Roebuck. To właśnie założyciel firmy, Aaron Montgomery Ward, wprowadził w 1872 roku rewolucyjną nowinkę w postaci katalogu wysyłkowego, wówczas składającego się zaledwie z jednej kartki. Czterdzieści lat później, kiedy przyjmowano do pracy Toma Lyle’a, katalog Warda miał już 540 stron. Publikacja ta, czasami zwana „Księgą życzeń”, podsunęła mojemu stryjecznemu dziadkowi pomysł, aby również zająć się handlem wysyłkowym. Wczytywał się w język opisów produktów tak gorliwie, jakby miał z nich zdawać egzamin.

Już wkrótce zarabiał osiem dolarów tygodniowo, z czego dla Bennie i dziecka wysyłał dwa. Resztę odkładał; dla oszczędności codziennie pokonywał na piechotę pięć kilometrów, które dzieliły go od siedziby Montgomery Ward, aby nie wydawać dziesięciu centów na trolejbus. Często rezygnował z posiłków i nie chciał kupić sobie płaszcza, chociaż zimowe wiatry w Chicago były ostre jak brzytwa.

– Wyglądasz jak oberwaniec – kręcił głową brat.

– Chcę mieć własną firmę prowadzącą sprzedaż wysyłkową, Noelu, a na to trzeba pieniędzy. Jestem gotów obywać się bez wielu rzeczy, dopóki nie osiągnę celu. Już kiedyś tak robiłem.

– I zobacz, jak to się skończyło. A tym razem, jeśli znów ci się nie powiedzie, nie zostanie ci nawet kupa warzyw do zjedzenia. Mówię poważnie, Tomie Lyle’u; musisz się nauczyć myśleć bardziej praktycznie.

– A ja wolę być bogaty – odparował mój stryjeczny dziadek.

Kiedy przyszły święta, Noel pojechał do Morganfield w odwiedziny do swojej ukochanej, ale jego brat zdecydował, że zostanie w Chicago. Nie był gotów spojrzeć w oczy mieszkańcom miasteczka. Na to było jeszcze za wcześnie.

Pewnego dnia, kiedy kręcił się po dziale reklamy Montgomery Ward, poznał tam młodego mężczyznę, Emery’ego Shavera, który zajmował się pisaniem tekstów reklamowych na pół etatu, jednocześ­nie studiując literaturę na Uniwersytecie Chicagowskim. Jego życiowym celem – jak wyjaśnił – była kariera dramaturga. Tom Lyle był nim zafascynowany: czarujący, inteligentny, pewny siebie – urodzony sprzedawca, zdolny przegadać samego diabła. Zaledwie dwudziestoletni Emery miał nienaganne maniery i takąż garderobę, a mówił głosem ciepłym i melodyjnym, dokładnie tak, jak w wyobrażeniach Toma Lyle’a powinny się odzywać gwiazdy filmowe. Ponadto upodabniała ich do siebie silna ambicja i wiara, że ciężka praca musi zapewnić sukces.

Tom Lyle zdradził swemu nowemu przyjacielowi swój życiowy plan.

– To brzmi świetnie – podsumował Emery. – A masz maszynę do pisania?

– Maszynę do pisania?

– Jak inaczej przygotujesz własny katalog wysyłkowy?

– Dobre pytanie – odparł Tom Lyle, niemal tak samo jak Emery rozbawiony własną naiwnością. Szybko zainwestował część swoich oszczędności w używaną maszynę do pisania i nauczył się, jak z niej korzystać. Potem, po wynegocjowaniu cen hurtowych przystąpił do zamieszczania w rozmaitych publikacjach ogłoszeń o sprzedaży importowanych żyletek za pięćdziesiąt centów sztuka, frywolnych pocztówek i innych ciekawych drobiazgów.

Przez następne dwa lata miał eksperymentować, kupując i sprzedając najróżniejsze tanie towary, ale żaden z nich nie wzbudził większego zainteresowania.

– No cóż, Tommy Lyle’u, zawsze ci mówiłem, że to poroniony pomysł – skomentował niepowodzenia brata Noel, który miał już serdecznie dosyć tych wszystkich bambetli, nazywanych przez Toma Lyle’a „zapasami magazynowymi”, które zajmowały miejsce w ich ciasnym pokoiku. – Proszę, nie marnuj więcej ciężko zarobionych pieniędzy na takie niepoważne przedsięwzięcia. Znajdź sobie pracę na kolei. Zacznij na samym dole i pnij się w górę. Przemysł kolejowy kwitnie i może być tylko lepiej.

Ale Tom Lyle nie chciał zrezygnować ze swego marzenia. W tym czasie znalazł już hurtownika, który oferował rozmaite drobiazgi, łat­we do wysyłania pocztą: komiksy, pocztówki, i „śmieszne rzeczy”, takie jak proszek wywołujący kichanie lub swędzenie. Zakupił od niego próbki dwudziestu różnych produktów i wydrukował katalog w formie ulotki. Potem napisał jednocalowe ogłoszenie:

Fascynujące komiksy, pocztówki, „śmieszne rzeczy”,
tanie drobiazgi itp.
Wyślij dziesięć centów, a otrzymasz próbki i katalog.

Tym razem zaryzykował całe swoje oszczędności – a także część pieniędzy Noela – aby zamieścić je w magazynie „The Household Guest”.

– Oszalałeś – komentował brat. – I ja też, bo ci pomagam. Już teraz czuję, że będę tego żałował.

Przez następne pięć dni Tom Lyle żył tylko po to, aby sprawdzać pocztę – aż wreszcie, szóstego dnia, do pensjonatu przyszło sześć listów, z których każdy zawierał srebrną dziesięciocentówkę.

– Własnym oczom nie wierzę – stwierdził Noel, ale uśmiechał się przy tym szeroko.

Przez trzydzieści dni Tom Lyle otrzymał tyle dziesięciocentówek, że mógł ponownie zamieścić ogłoszenie, i jeszcze zarobił pięćdziesiąt dolarów. Prędko zatem wysłał ten sam tekst do innych czasopism, i dziesięciocentówki zaczęły napływać jeszcze szybciej. W ciągu kilku tygodni otrzymał prawie dwa tysiące listów – i tyle samo monet. Niektórzy klienci zamówili też różne przedmioty z małego katalogu, który dołączał do każdego realizowanego zamówienia.

Mój stryjeczny dziadek nie posiadał się z radości; być może wreszcie odkrył swoje przeznaczenie? Zamieszczał zatem kolejne ogłoszenia, a przychody ciągle wzrastały.

Wkrótce obaj bracia przenieśli się z najtańszego pokoju w pensjonacie do takiego, w którym było miejsce na dwie prycze.

W 1914 roku, w wieku osiemnastu lat, po dwóch latach spędzonych w Chicago Tom Lyle Williams był już poważnym biznesmenem i zarabiał prawdziwe pieniądze. Złożył zatem wypowiedzenie w firmie Montgomery Ward i poprosił Emery’ego Shavera, aby wraz z nim zajął się handlem wysyłkowym. Przyjaciel wyraził zgodę – a dla uczczenia okazji zaproponował wyprawę do Weeghman Park na pierwszy w sezonie mecz zespołu Chicago Whales, należącego do federalnej ligi baseballowej. Tom Lyle, który od dnia przyjazdu do miasta rzadko miał czas dla siebie, bardzo się ucieszył z tego zaproszenia; nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy na własne oczy kilku z tych sportowców, których wizerunki kiedyś podziwiał na kartach kolekcjonerskich.

Emery przyjechał po niego do pensjonatu autem, które zaprezentował jako samochód swego ojca. Był to nowiutki packard.

– Niezły! – Tom Lyle z podziwem oglądał ozdobę na masce. – Jak twój tata zarabia na życie?

– Inwestuje w nieruchomości. On zawsze ma najlepszy samochód w całym Chicago.

– Nie przywykłem do takich luksusów… – Tom Lyle wśliznął się na siedzenie pasażera i wciągnął w nozdrza zapach nowej skóry. – Ale bardzo chętnie się do nich przyzwyczaję!


TRZECI
Sekret z haremu

W 1915 roku Tom Lyle wysłał do swojej siostry Mabel telegram, aby przyjechała do Chicago i pomogła w prowadzeniu raczkującego biznesu. W owym czasie prośba ta nie była już tak zaskakująca, jak mogła się wydać wcześniej. Kobiety zaczynały się buntować przeciwko tradycyjnym rolom społecznym – szukały pracy poza domem, uczestniczyły w manifestacjach sufrażystek, latały samolotami nad kanałem La Manche, ponownie definiując swoją tożsamość na wszystkie możliwe sposoby.

Ponadto Tom Lyle podejrzewał, że siostra pragnie wyrwać się z rodzinnego domu niemal tak samo, jak niegdyś on.

I miał rację – chociaż powodowały nią zupełnie inne pobudki. Prawdę mówiąc, Mabel nie grzeszyła urodą, a czas leciał; dziewczyna bała się, że skończy jako stara panna, jeśli zostanie dłużej w Morganfield, gdzie poznała już wszystkich potencjalnych kandydatów do ożenku.

W sierpniu przeniosła się zatem do Chicago, gdzie zaczęła pomagać bratu w realizowaniu zamówień, które w tym czasie dochodziły w ilości nawet tysiąca dziennie – czyli były tak liczne, że Tom Lyle już wcześniej zatrudnił pięć innych dziewcząt, aby odbierały pieniądze i wysyłały klientom pocztówki i inne produkty.

Mabel wyliczyła, że tysiąc dziesięciocentówek dziennie to 36500 dolarów rocznie – odpowiednik ponad pół miliona dolarów obecnie – zaproponowała zatem braciom, żeby przeprowadzili się z pensjonatu do własnego mieszkania, gdzie oprócz innych zajęć będzie też mogła dla nich gotować. Tom Lyle, zawsze bardzo oszczędny, wolał jednak zostać na miejscu, aby każdego zarobionego centa inwestować w reklamę. Siostra w końcu przystała na zwłokę pod dwoma warunkami: „Chcę mieć własny pokój i możliwość przygotowywania dla was od czasu do czasu domowego, maminego jedzenia na prawdziwej kuchence”.

Właścicielka pensjonatu, pani O’Brien, zgodziła się udostępnić Mabel kuchenkę, zażądała jednak, aby dziewczyna pomagała jej w przygotowywaniu kolacji dla innych lokatorów w niedzielne popołudnia po mszy. Panna Williams zgodziła się chętnie, ale w zamian poprosiła o kolejną przysługę: chciała w każdą niedzielę jeździć z panią O’Brien do starego katolickiego kościoła pod wezwaniem św. Patryka.

Po kilku tygodniach Mabel, pomna obowiązków siostry, zaciąg­nęła braci do kościoła, aby tam na kolanach dziękowali Bogu, że tak im pobłogosławił. W Morganfield Williamsów usuwano poza nawias społeczeństwa, ponieważ byli katolikami; do Chicago pasowali jak ulał.

Mabel miała też nieoczekiwane zainteresowania. Chociaż zawsze wychodziła z pokoju, kiedy Noel i Tom Lyle zaczynali dyskutować o polityce i wydarzeniach na świecie – takich jak trwająca nadal masakra Ormian przez Turków lub zatopienie RMS Lusitania przez niemiecką łódź podwodną – bardzo chętnie włączała się do rozmowy o Lillian Gish i jej najnowszym filmie Narodziny narodu. Aby wiedzieć, kto jest kim w Hollywood, regu­larnie czytywała ówczesne goniące za sensacjami plotkarskie czasopisma.

I to właśnie entuzjazm, z jakim panna Williams oddawała się swemu hobby, przygotował grunt pod kolejną wielką zmianę.

Pewnego poranka Mabel, chcąc zrobić lukier, rozpuszczała cukier w rondlu ustawionym na kuchni. Kiedy pochyliła się, aby go zamieszać, płomień wystrzelił w górę, opalając jej brwi i rzęsy. Dziewczyna natychmiast odrąbała nieco lodu i przykładała go do rozpalonego czoła, aż ból ustąpił, po czym zmierzyła przygnębionym wzrokiem swoje odbicie w lustrze. Ładnie zarysowane brwi i ciemne rzęsy, które wcześniej dodawały wyrazu nijakim rysom jest twarzy, zniknęły. Wyglądała jak niedokończony manekin. Ile czasu potrzeba, aby włosy odrosły? A może nigdy nie odrosną – i co wtedy?

– No tak – poinformowała swoje odbicie. – Twoje życie legło w gruzach. Teraz już żaden mężczyzna cię nie zechce. Mama będzie taka szczęśliwa, kiedy się dowie, że wkrótce idziesz do klasztoru!

Jednak Mabel była równie odważna i pomysłowa, jak inni członkowie klanu Williamsów. Tego wieczoru, kiedy Tom Lyle zajrzał do siostry, aby jej powiedzieć dobranoc, aż się skrzywił, poczuwszy swąd spalenizny. Potem spojrzał baczniej. Mabel siedziała przed toaletką i przypalała zapałką kawałek korka. Kiedy tak patrzył, zebrała popiół w lewej dłoni.

– Co robisz, siostrzyczko?

– Psst, to taki sekret z haremu – odparła, nabierając czubkiem palca wskazującego prawej dłoni nieco wazeliny i mieszając ją z popiołem. – Czytałam o tym w magazynie „Photoplay”. – Czubkiem palca ostrożnie nałożyła smolistą maź na brwi i resztki rzęs. – Wa­zelina jest dobra na wszystko. Łagodzi oparzenia i pomoże moim brwiom i rzęsom szybciej odrosnąć. A póki co spalony korek i odrobina pyłu węglowego sprawią, że pozostałe włoski będą lepiej widoczne. Widzisz?

Zwróciła twarz w stronę brata. Tom Lyle szeroko otworzył usta ze zdumienia. Smoliste brwi i rzęsy na tle porcelanowej cery siostry tworzyły dramatyczny i atrakcyjny kontrast. Mając do dyspozycji jedynie kroplę wazeliny, nieco spalonego korka i odrobinę pyłu węglowego, Mabel nie tylko odzyskała normalny wygląd, ale jeszcze dodała sobie uroku.

– Twoje oczy są cudowne – oznajmił. – Sprawiają, że wyglądasz jak Gloria Swanson albo… Lillian Gish!

Dlaczego wcześniej tego nie zauważył? Magiczny klucz do sekretu urody bogini Hollywood to nie figura, strój czy uśmiech. To oczy!

Następnego ranka Tom Lyle zaczął szukać informacji, jakie produkty do podkreślania oczu były już dostępne na rynku. Nie powodowała nim jedynie zwykła ciekawość. Młody przedsiębiorca wiedział, że proszek wywołujący kichanie można sprzedać jedynie w ograniczonej ilości, bo wkrótce zainteresowanie osłabnie; i rzeczywiście, liczba zamówień na sprzedawane przez niego drobiazgi już zaczęła spadać. Potrzebował nowych produktów, które mógłby zaoferować klientom, a przemiana Mabel z niezbyt urodziwej panny w ślicznotkę rozpaliła jego wyobraźnię.

Szybko jednak odkrył, że kobiety dopiero zaczynały akceptować używanie jakichkolwiek kosmetyków, których unikały jak ognia w pruderyjnej epoce wiktoriańskiej. Kremy i pudry były stosunkowo popularne, ale produkty podkreślające urodę oczu?

– O nie! Oczywiście, że nie – zapewniła go ekspedientka sprzedająca kosmetyki w sklepie Marshall Fields and Co. – Takich rzeczy nie oferujemy.

– Nie chcę być nieuprzejmy… – drążył Tom Lyle. – Ale… dlaczego nie?

– Bo porządna kobieta tego nie kupuje.

Mój stryjeczny dziadek miał co do tego pewne wątpliwości, ale podziękował rozmówczyni i poszedł dalej. Później odkrył istnienie surowego, barwionego wosku, który po rozgrzaniu można było nakładać na rzęsy, aby uzyskać efekt perełek, ale tego produktu używano tylko na scenie. W pewnym sklepie kobieta stojąca za ladą w dziale kosmetyków przyznała szeptem, że zna panią, która przygotowuje „mikstury” z łupin orzecha włoskiego, oparte na przepisie z książki o uroczym tytule Skromne dziewczątka, autorstwa Sarah Jane Pierce.

Krótko mówiąc, Tom Lyle stwierdził, że rynek kosmetyków do oczu był otwarty na oścież. Problem polegał na tym, że takie produkty po prostu nie istniały, jeśli nie liczyć tajemnych mikstur bulgoczących na kuchenkach w wielu zakątkach Ameryki.

W nocy, leżąc w łóżku, wyobrażał sobie ogłoszenie ozdobione zdjęciem Mabel, kuszącej swymi nowymi oczami, a przy nim odważny slogan, na przykład: „Magiczny eliksir dla piękniejszych oczu”, albo: „Aby pragnął cię każdy mężczyzna”… Nie znalazł jeszcze odpowiedniego podejścia, ale był pewien, że to tylko kwestia czasu. Inspiracja go uskrzydlała. Jego siostra stała się piękna w sposób sztuczny. Zostanie zatem muzą nowej linii produktów jego firmy – bo jeśli udało się to niezbyt urodziwej Mabel, przemiana taka jest w zasięgu każdej kobiety.

Bardzo chętnie natychmiast zacząłby rozsyłać ten nowy produkt – gdyby tylko takowy istniał. Fakt, że niczego takiego nie było, uważał jedynie za niewielką przeszkodę.

Po prostu będzie go musiał stworzyć sam.

Rozpalony swoją wizją, Tom Lyle na jeden dzień zrezygnował ze zwykłej pracy, aby poeksperymentować z mazistą miksturą Mabel. Jego przyjaciel Cal miał zestaw „Mały chemik”, młody przedsiębiorca spędził zatem kilka godzin w wilgotnej, niewygodnej piwnicy znajomego, otoczony tuzinami próbówek i płytek Petriego, mieszając i testując różne wersje tego, co wstępnie nazwał „barwnikiem do oczu”. Najlepsza składała się z wazeliny z niewielkim dodatkiem oleju z nasion bawełny, który szybko tężał zmieszany z jakimkolwiek proszkiem – na przykład takim o nazwie „czerń węglowa”, który znajdował się w zestawie. Kropla oleju krokoszowego zapewniła połysk.

Nareszcie miał gotowy produkt – a przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki Mabel nie nałożyła na rzęsy mieszanki, która natychmiast się rozpuściła i pociekła do oczu, z bolesnym skutkiem.

Sfrustrowany, ale pełen jeszcze większej determinacji, Tom Lyle postanowił wybrać się pociągiem do Detroit, aby odwiedzić firmę Park-Davis, producenta i hurtownika środków farmaceutycznych. Noel i Emery, którzy z nim pojechali, słuchali w milczeniu, jak ich towarzysz wyjaśnia chemikowi, o co mu chodzi: ma to być delikatny, czysty produkt, który będzie wywierał korzystny wpływ na brwi i rzęsy.

Kilka tygodni później chemik przekazał Tomowi Lyle’owi próbkę rafinowanej białej wazeliny zmieszanej z kilkoma rodzajami delikatnych olejów i odrobiną perfum – kosmetyk mający na zadanie przede wszystkim stymulację cebulek włosowych, bez podrażniania oczu. Substancja ta nie miała ciemnego koloru, Tom Lyle jednak zauważył, że nadaje wyraźny połysk drobnym włoskom tworzącym brwi i rzęsy, co sprawia, że oczy wydają się rozświetlone i pełne blasku.

Natychmiast złożył zamówienie na pięć kilogramów.

Zaplecze produkcyjne, które posłużyło do przełożenia nowego produktu do pojedynczych opakowań składało się z dzbanka do herbaty ustawionego na kuchni w pensjonacie. Trójka członków chicagowskiej odnogi klanu Williamsów topiła kolejne porcje surowca w dzbanku, i przelewała go do małych aluminiowych pojemniczków, na które naklejano etykietki z nazwą „Lash-Brow-Ine”, powstałą z połączenia słów „eyelash” (rzęsa), „eyebrow” (brew) i Vaseline (wazelina).

Tom Lyle wreszcie miał produkt, który mógł sprzedawać, i nazwę dla niego. Teraz potrzebował tylko funduszy na rozpoczęcie działalności. Niestety, jego własny kapitał zamrożony był w niesprzedanych zapasach tanich drobiazgów – a przecież musiał jeszcze wypłacić wynagrodzenie Emery’emu, Mabel i pracownicom zajmującym się wysyłką, nie mówiąc już o wydatkach na życie i utrzymanie Bennie.

Poprosił zatem Noela, aby pożyczył mu pięćset dolarów; ten jednak pokręcił głową.

– Przepraszam, braciszku, ale od pięciu lat oszczędzam pieniądze, aby ożenić się z Frances. Nie mogę teraz ryzykować.

– Rozumiem – odparł Tom Lyle. I mówił szczerze.

Ale oczywiście nie miał zamiaru rezygnować z Lash-Brow-Ine.

W Święto Dziękczynienia tego samego roku, domostwo rodziny Williamsów w Kentucky przyjęło nieco rozszerzoną delegację z Chicago; zjawili się nie tylko Noel, Mabel i Tom Lyle, lecz także czarujący przyjaciel tego ostatniego, Emery Shaver. Podczas posiłku rozmowy obracały się wokół życia w mieście, poczynań rozmaitych krewnych, najnowszych wiadomości o trwającej nadal wojnie w Europie – słowem, rozmawiano o wszystkim, tylko nie o biznesie. TJ i Susan nie mogli się nadziwić, jak daleko zaszedł ich krnąbrny średni syn w ciągu kilku zaledwie lat, ale w rodzinie Williamsów po prostu nigdy nie mówiono o pracy przy stole.

Dopiero po obiedzie podjęta została kwestia sfinansowania potencjalnego nowego przedsięwzięcia Toma Lyle’a.

Noel i jego narzeczona, Frances, popatrzyli na siebie i wzięli się za ręce.

– Bardzo chciałbym ci pomóc, Tomie Lyle’u, ale jesteśmy już gotowi, aby się pobrać. Nie chcemy tego odkładać w nieskończoność.

Na twarzy Frances pojawił się wyraz zatroskania.

– Znam panią, z którą mąż się rozwiódł, ponieważ się malowała. Czy przypadkiem nie będziesz zachęcać kobiet, aby upodabniały się do tancerek z kabaretu albo nawet… – zniżyła głos – prostytutek?

Tom Lyle uśmiechnął się szeroko.

– Czy tak nazwałabyś Mabel?

– Dobry Boże, nie! Słyszałam tę historię o kuchence, i tak dalej, więc rozumiem, dlaczego to zrobiła… Ale to przecież nie to samo…

– Czyżby? – Tom Lyle wyciągnął z kieszeni szklaną buteleczkę i podniósł ją do góry, aby wszyscy mogli przeczytać na etykietce napis „Mascaro”. – Mężczyźni używają tego produktu do farbowania baczków i wąsów, i nikomu to nie przeszkadza. Dlaczego zatem kobiety nie mogą postępować podobnie z brwiami i rzęsami? Czyż każdy z nas od czasu do czasu nie potrzebuje trochę pomocy? – Pochylił się ku Frances. – A co myślisz o Lillian Gish?

– Och, ona jest bardzo piękna. Ale, Tomie Lyle’u, to jest przecież gwiazda filmowa…

– Właśnie. Gwiazda filmowa. Ile jej uroda zawdzięcza naturze, a ile – oświetleniu i makijażowi? A gdybym ci powiedział, że każda kobieta może mieć trochę piękna w swoim życiu? Czy to naprawdę coś złego?

Znów wsunął rękę do kieszeni, z której tym razem wyjął okrągły metalowy pojemniczek z napisem „Lash-Brow-Ine”.

– Wypróbuj to, Frances. To nowy produkt, który chcemy wprowadzić na rynek.

– Oj, nie wiem…

– Ja wypróbuję! – wykrzyknęła Eva, najmłodsze dziecko w rodzinie. Właśnie skończyła czternaście lat, i chociaż matka zabraniała jej czytania magazynów filmowych, chowała je już pod materacem.

– Mowy nie ma! – zaoponował TJ.

Mabel wzięła Frances za rękę.

– Pomogę ci go nałożyć, Frances. Ja sama mam trochę na sobie.

– Tak właśnie mi się wydawało, że twoje oczy wyglądają bardzo ładnie – Frances zerknęła na Noela, który westchnął.

– Kochana, kiedy Tom Lyle na coś się uweźmie, nie popuszcza. Lepiej miejmy to już za sobą.

I jego narzeczona zniknęła na piętrze razem z siostrami Williams.

Pod ich nieobecność Tom Lyle zaczął pytać ojca o nowiny z Morganfield. Nie zależało mu już na paradowaniu po miasteczku, aby pokazać mieszkańcom, jak daleko zaszedł, chociaż nadal miał wszystkim za złe, że nie mógł odwiedzać Bennie i Cecila w domu rodziców dziewczyny.

TJ wzruszył ramionami.

– Susan i ja myślimy o sprzedaży farmy.

– Co takiego? – Tom Lyle nie musiał nikomu przypominać, że te pięćset akrów symbolizowało wszystko, co ojciec najbardziej sobie cenił: ciągłość, dziedzictwo, rodzinę.

– Czasy się zmieniają – odparł TJ. – Mechanizacja sprawia, że praca na roli nabiera zupełnie innego charakteru. Ceny spadają. Kiedy widzę, jak się tu sytuacja rozwija, mam złe przeczucia.

Po drugiej stronie stołu młodszy brat Toma Lyle’a, Preston, kręcił się na krześle i marszczył brwi.

– Jeśli zajdzie potrzeba, ja mogę polować i łowić ryby, aby wyżywić rodzinę.

– Doskonały pomysł – odparł TJ, unikając wzroku syna. – Ale…

Nie zdołał jednak dokończyć myśli, bo na szczycie schodów roz­leg­ły się chichoty, oznajmiające powrót dziewcząt. Kiedy schodziły na dół – Frances cała w rumieńcach – Noel nie mógł powstrzymać uśmiechu. Tom Lyle miał rację; chociaż jego narzeczona upierała się, że nałożyła tylko odrobinę Lash-Brow-Ine, połysk wazeliny rzeczywiście sprawił, że jej oczy błyszczały jak nigdy dotąd.

– Czyż ona nie wygląda pięknie? – wykrzyknęła Eva. – Ja też chcę tego spróbować!

– Eva! – strofował TJ.

– Bierz nasze pieniądze, Tomie Lyle’u – oznajmiła Frances. – Nie sądzę, żebyśmy musieli odkładać ślub choćby na moment.

Noel parsknął śmiechem.

– A nie mówiłem? – potem zwrócił się do Toma Lyle’a. – No dobra, braciszku, wchodzimy w to. Komu jak komu, ale tobie to przedsięwzięcie powinno się udać.

W wieku zaledwie dziewiętnastu lat Tom Lyle posiadał już odpowiednie doświadczenie i przygotowanie potrzebne do rozwijania nowego produktu. Praktyka w zarządzaniu zapasami magazynowymi okazała się przydatna przy zamawianiu surowca i opakowań. Dysponował już gotowym zespołem zajmującym się prowadzeniem handlu wysyłkowego, a wrodzony talent do reklamy miał zapewnić atrakcyjność i widoczność marki.

Na metalowym pojemniku umieszczone zostało zdjęcie Mabel, a pieniądze uzbierane przez Noela i Frances na ślub zostały wydane na zarejestrowanie jako znaku towarowego nazwy firmy: Maybell Laboratories, nazwanej tak na cześć Mabel i jej „sekretu z haremu”.

Tom Lyle i Emery zredagowali półtoracalowe ogłoszenie i za­mieścili je w magazynie „Photoplay”. Tekst, zilustrowany rysunkiem przedstawiającym ponętne oko, brzmiał:

UPIĘKSZ SWOJE RZĘSY ZA POMOCĄ LASH-BROW-INE
WYŚLIJ 25 CENTÓW

Gdy tylko to wydanie pojawiło się na stoiskach z gazetami, do kasy firmy posypały się dwudziestopięciocentówki. Tysiące dwudziestopięciocentówek. Ba, przychód uzyskany dzięki pierwszemu ogłoszeniu zapewnił tak przyzwoity zysk, że Tom Lyle zdecydował się też zareklamować w „Pictorial Review”, „Delineator”, „The Police Gazette”, a nawet „Saturday Evening Post”. Razem z Emery’m wymyślili kolejny tekst, który zawierał zdanie: „Twoje rzęsy będą dłuższe i gęściejsze”.

Nie zdając sobie z tego sprawy, tym zapewnieniem przekroczyli jednak pewną niewidzialną granicę – ta nieświadomość miała mieć później fatalne konsekwencje.

Każdego dnia Tom Lyle i Emery kilkakrotnie udawali się na stację kolejową, wioząc na taczkach ciężkie worki z przesyłkami, ponieważ urząd pocztowy nie przyjmował paczek wysyłanych w ilościach hurtowych. Wkrótce trójka rodzeństwa przeprowadziła się z pensjonatu do trzypokojowego apartamentu, nad którym znajdowało się biuro i pomieszczenie do pracy, w dzielnicy South Side, za 15 dolarów miesięcznie. Chociaż mieszkali teraz w lepszych warunkach, nadal sami wykonywali niemal całą pracę – przyjmowanie zamówień, pakowanie i wysyłanie.

Nadszedł czas, aby sprowadzić pozostałych członków rodziny.

Noel i Frances wzięli ślub 16 listopada 1916 roku. Niedługo później farma w Kentucky została sprzedana i cała rodzina przeniosła się do Chicago, gdzie wszyscy włączyli się do pracy w rozkwitającej firmie Toma Lyle’a. Noel, któremu inwestycja w wysokości 500 dolarów zwróciła się z nawiązką, rzucił posadę na kolei i poświęcił cały swój czas działalności handlowej. Mabel miała już zapewnioną pozycję jako nadzorca pracownic zajmujących się wysyłką. Eva chętnie odklejała monety od pocztówek, pakowała przesyłki i wysyłała zamówienia do klientów. TJ, który w Morganfield zajmował się również ściąganiem podatków, wziął na siebie część obowiązków księgowego.

Tylko Preston ciągle stawiał opór, narzekając, że nienawidzi miasta, magazynów i całej tej roboty.

A pracy było mnóstwo. Po prawie czterech latach spędzonych w Chicago, Tom Lyle miał firmę wysyłkową, która w nadchodzącym roku mogła uzyskać wartość sprzedaży brutto wynoszącą nawet 300 tysięcy dolarów. Jak zauważył TJ, czasy się zmieniały – ale akurat w tym wypadku na lepsze. Gwiazdy filmowe prezentowane w magazynie „Photoplay” sprawiły, że skromna „dziewczyna Gibsona” chętniej dogadzała własnej próżności i zaczynała szukać własnego stylu. Moda odzieżowa zawitała do Ameryki wraz z projektami Coco Chanel przeznaczonymi dla zwykłych kobiet. A teraz panie uświadomiły sobie również, jak ważne jest podkreślenie oczu.

Wreszcie Tom Lyle poczuł się na tyle bezpiecznie pod względem finansowym, aby kupić sobie samochód nie gorszy od tego, który miał ojciec Emery’ego. W owych czasach każdy, kogo było na to stać, mógł udać się do fabryki i zaprojektować jedyny w swoim rodzaju wóz wykonywany na zamówienie, i tak właśnie postąpił mój stryjeczny dziadek. Wraz z Noelem pojechali pociągiem do Detroit, gdzie odwiedzili fabrykę Paige, twórców „najpiękniejszych aut Ameryki”. Tam Tom Lyle zamówił dla siebie kabriolet z kształtnym, opadającym tyłem, który miał się odróżniać od zwykłych aut o kwadratowym nadwoziu widywanych codziennie na drogach. Upodobanie do eleganckich, spersonalizowanych wozów to jedyna sfera, w której Tom Lyle, zazwyczaj bardzo oszczędny, lubił sobie dogadzać przez całe życie.

A teraz mógł już sobie na to pozwolić. Uroda zmieniała się w wielki biznes, a on był jednym z pierwszych przedsiębiorców, którzy zaczęli na tym zarabiać. Szybko przygotował broszurkę pod tytułem Piękna Kobieta, zawierającą porady dla pań, jak dodać sobie atrakcyjności – i oczywiście listę produktów Maybell Laboratories, które mog­ły im w tym pomóc.

Pojawiały się też nowe możliwości, bo z laboratorium firmy Park Davis wychodziły kolejne produkty opracowane przez tamtejszych naukowców: puder do twarzy Lily of the Valley, krem pielęgnacyjny, a także woda toaletowa Odor-Ine, jeden z pierwszych dezodorantów i środków przeciwpotnych, w reklamie której czytamy: „Buteleczka Odor-Ine powinna się znaleźć na toaletce każdej eleganckiej kobiety”.

Sercem oferty firmy pozostawał jednak nadal Lash-Brow-Ine. Klientki pisały listy, w których chwaliły ten „wspaniały produkt do stymulowania i wspomagania wzrostu rzęs i brwi”. Nawet mężczyźni szli za modą, stosując go w nadziei, że uratują włosy na swoich łysiejących głowach.

I na tym polegał problem, ponieważ w owym czasie wzrostu włosów po prostu nie dało się pobudzać w żaden znany nauce sposób. Ludzie jednak wierzyli, że to możliwe, a Tom Lyle i Emery bez skrupułów korzystali z powszechnego przekonania, że Lash-Brow-Ine posiada tę magiczną właściwość. Na poparcie tego cytowali nawet w swoich ogłoszeniach wypowiedzi ekspertów, na przykład profesora Allyna z osławionego laboratorium McClure-Westfield. W owych czasach światem reklamy rządziły prawa rodem z Dzikiego Zachodu, i koloryzowanie dla przyciągnięcia uwagi klientów było na porządku dziennym, szczególnie w tej zupełnie nowej branży, którą określano mianem „kupnej urody”.

Wtedy jednak amerykańskie Biuro Chemii, prekursor Agencji ds. Żywności i Leków, ogłosiło, że przystępuje do rozprawy z takimi właśnie niemającymi oparcia w rzeczywistości obietnicami reklamodawców – i wskazało Lash-Brow-Ine jako jeden z tych wątpliwej jakości produktów, przeciwko którym prowadzone jest dochodzenie.

Przyniosło to natychmiastowe i daleko idące skutki: klienci po prostu przestali kupować Lash-Brow-Ine. Tom Lyle był na to zupełnie nieprzygotowany. Nigdy przedtem niczego nie produkował i nie zdawał sobie sprawy, jaką władzę mają urzędnicy z Waszyngtonu. Nagle cały jego kapitał został zamrożony w surowcach i zapasach towaru, którego nikt nie chciał, a dotychczasowe chwyty reklamowe były już nieskuteczne, a może nawet nielegalne. Ku swemu zdumieniu, znalazł się w tej samej sytuacji, co kiedyś na Florydzie: otoczony towarem, którego nie mógł sprzedać.

Był bankrutem.


CZWARTY
Małe czerwone pudełeczko

W wieku dwudziestu lat Tom Lyle miał już za sobą spektakularne wzloty i upadki finansowe, jego wytrwałość jednak nie osłab­ła i nie opuszczała go niewzruszona wiara w siebie. Nie bacząc na to, że jest bez grosza, zamierzał odbudować swój biznes.

Wraz z bratem rozglądali się po magazynie, zastawionym tysiącami pojemników niesprzedanego towaru. Noel jednak zdawał się błądzić myślami gdzieś daleko – co, biorąc pod uwagę rozmiar katastrofy, było dosyć dziwne. Kiedy Tom Lyle zwrócił na to uwagę, odparł:

– Czytałeś dzisiaj gazety? Liczba zabitych pod Verdun we Francji prawdopodobnie sięgnie pół miliona. Wiesz, co to oznacza?

– Trudniej będzie kupić surowce.

– Mówię poważnie, Tomy Lyle’u. Stany Zjednoczone będą musiały się włączyć. Wkrótce znajdziemy się w stanie wojny.

– Pewnie masz rację – Tom Lyle zaczął pakować małe pojemniczki Lash-Brow-Ine do skrzynek – ale z kolei w „Wall Street Journal” napisano, że handel osiągnął niespotykany dotąd poziom.

Noel również zaczął pakować towar.

– Wojny zawsze wpływały na handel pobudzająco – ale jaki procent sprzedawanych wówczas produktów stanowią kosmetyki? Oto pytanie. Może jest jakiś inny rodzaj towaru, którym mógłbyś się zająć?

– Właśnie myślę nad tym, jak przekształcić Lash-Brow-Ine w jakiś inny produkt, który ludzie by… – Tom Lyle przerwał i spojrzał na brata. – „Mógłbyś” się zająć? A nie „moglibyśmy”?

– No cóż, ktoś z nas musi mieć stały dochód. Farma została sprzedana, a ja mam na utrzymaniu Frances.

– Ależ, Noelu, nie zdołam prowadzić tego biznesu bez ciebie!

– Powrót na kolej to tylko tymczasowe rozwiązanie. Przecież wiesz, że nadal w ciebie wierzę, Tomie Lyle’u – ale kosmetyki do oczu to nowinka, a ty starasz się tworzyć popyt na produkt, który przez wielu nadal postrzegany jest jako przekroczenie granicy moralności.

– To nastawienie się zmienia. Szczególnie pośród kobiet. A teraz, gdy panie poszły do pracy i wydają samodzielnie zarobione pieniądze, nic ich nie powstrzyma przed podkreślaniem swojej urody. Nawet wojna.

– Teraz mówisz jak Emery.

– To dlatego, że obaj badaliśmy to zagadnienie. Przed wojną o niepodległość Stanów Zjednoczonych kobiety w koloniach brytyjskich używały pudru, różu i szminki. Dopiero później twarz bez makijażu stała się wyznacznikiem dobrej republikanki.

– No dobra, ale to teraz w Bostonie jakiś pastor krzyczy o „pandemonium pudru, rozpasanym różu”. Oto, z czym musimy się zmierzyć, Tomie Lyle’u.

Jego brat potrząsnął głową.

– Kobiety nie chcą już być nijakie i uległe. Epoka, w której malowały się tylko aktorki i prostytutki, przemija. Rozpoczyna się era kosmetyków.

– Jesteś tego absolutnie pewien?

– Lepiej, żeby tak było. Rzucam na szalę przyszłość całej naszej rodziny.

I tak właśnie zrobił. Nie tylko zaczął od nowa, ale poszedł dalej. Przed ofensywą Biura Chemii otrzymywał listy od kobiet zadowolonych z Lash-Brow-Ine, ale marzących też o innych produktach. Pytały one: „Dlaczego nie wprowadzicie czegoś do przyciemniania rzęs i brwi, aby były bardziej widoczne?”.

To mu przypomniało, jak Mabel zmieszała z wazeliną spalony korek i pył węglowy, aby odtworzyć opalone brwi. Musi być jakiś sposób na uzyskanie podobnego efektu – tylko łatwiejszy i lepszy.

Raz jeszcze Tom Lyle, Emery i Noel wybrali się do Park-Davis Chemicals, gdzie natychmiast rzucili się w wir pracy. Wraz z tamtejszym chemikiem mieszali i testowali rozmaite kombinacje olejów, żeli i proszków, z dodatkiem henny, czerni węglowej i innych barwników, aż w końcu uzyskali kostkę materiału w bardziej naturalnym odcieniu czerni niż nadpalony korek i pył węglowy siostry. Aby go nałożyć, wystarczyło potrzeć kostkę malutkim pędzelkiem, a potem przesunąć nim po rzęsach. Rezultat: rzęsy wydawały się grubsze, ciemniejsze i bardziej atrakcyjne. To po prostu musiało się sprzedać.

Kiedy ten nowy kosmetyk do oczu przeszedł wszystkie testy jakości, czystości i bezpieczeństwa, uzyskując doskonałe oceny, Tom Lyle wystąpił o oficjalną zgodę Biura Chemii.

Oczekując na odpowiedź, dyskutował z Noelem o kluczowej sprawie, jaką była nazwa tego nowego produktu. Nie chcieli używać zdyskredytowanej marki Lash-Brow-Ine, Tom Lyle marzył jednak o zachowaniu pewnej ciągłości. Ponadto warto byłoby nawiązać do nazwy Maybell Laboratories, która nadal miała widnieć na wszystkich opakowaniach.

Obaj jednocześnie wpadli na ten sam pomysł: Maybelline.

Po zmianie nazwy potrzebne były nowe opakowania. Na samej kostce tuszu do rzęs miało zostać wytłoczone logo Maybelline – ale co z pudełkiem? Tom Lyle uwielbiał czerwień, ten kolor zatem wybrano jako tło. Emery dodał tekst złotymi literami:

Maybelline – do upiększania rzęs i brwi…
Nieszkodliwy, wodoodporny, niewywołujący łzawienia
Nie powoduje pieczenia oczu.

Noel, który pomimo wszystkich trosk finansowych zdecydował się zostać w firmie, teraz podniósł kolejną kwestię.

– Ze względu na nowe składniki i opakowania cena detaliczna musi wzrosnąć trzykrotnie, jeśli chcemy mieć zyski.

Nawet Tom Lyle był wstrząśnięty. Nie miał wątpliwości, że jest wiele kobiet, które chętnie zapłacą dwadzieścia pięć centów za produkt do upiększania rzęs – ale siedemdziesiąt pięć?

Tymczasem pojawił się dobry omen w postaci dwóch wydarzeń: przyszła wreszcie zgoda z Biura Chemii, a Rory Kirkland, handlowiec z agencji Post Keys Gardner, który zajmował się zamieszczaniem ich ogłoszeń, przedstawił mądrą propozycję. Był tak mocno przekonany, że firma odbije się od dna, że namówił swoich pracodawców, aby z własnej kieszeni sfinansowali następne reklamy Maybelline, aż kontrahent stanie z powrotem na nogi.

Tom Lyle skoczył na głęboką wodę.

TERAZ MOŻESZ W JEDNEJ CHWILI UPIĘKSZYĆ SWOJE
RZĘSY I BRWI DZIĘKI MAYBELLINE – ZAMÓW PRZESYŁKĘ
– 75 centów, wolne od opłaty pocztowej.

Wkrótce po ukazaniu się tego ogłoszenia w magazynie filmowym, skończyły się obawy, że ich produkty stały się zbyt drogie. Zamówienia zaczęły napływać w ilości ponad stu dziennie, a do każdego dołączone było siedemdziesiąt pięć centów. Tak jak wcześniej i tym ra­zem Tom Lyle natychmiast zainwestował przychód w kolejne reklamy w innych czasopismach. Wkrótce otrzymywał już ponad tysiąc zamówień dziennie, i to nie tylko od osób prywatnych – drogerie, hurtownie i sklepy detaliczne zamawiały po trzy czy cztery skrzynki Maybelline na raz.

Ekipa Maybell Laboratories zwiększyła format ogłoszeń, a zamiast dopisku „tylko sprzedaż wysyłkowa” pojawiło się: „szukaj u swego sprzedawcy kosmetyków”. Głosy kobiet domagających się Maybel­line rozlegały się coraz głośniej i bardziej zdecydowanie, a to z kolei przekładało się na ciągły napływ przekazów pieniężnych, banknotów i monet przylepianych do pocztówek klejem, a nawet gumą do żucia.

Kiedy pieniądze płynęły strumieniem, Tom Lyle wysyłał spore sumy Bennie, ale poza tym każdego zarobionego centa inwestował w kolejne ogłoszenia, badania nad kosmetykami i wczesną postać analizy rynku, której celem było ustalenie, czego pragną kobiety, aby odpowiednio dostosować przekaz reklamowy.

Po powtórnej publikacji ogłoszeń w „Photoplay”, „Pictorial Review”, a także „Saturday Evening Post” zdecydował się skorzystać również z magazynów przeznaczonych specjalnie dla pań: „Ladies’ Journal”, „McCall’s”, „Woman’s Home Kompanion” i „Good Housekeeping”.

To Emery wpadł na kolejny przełomowy pomysł: zamiast ilustracji przedstawiającej kobietę, w następnej reklamie w „Photoplay” pokażą zdjęcie modelki. Slogan był genialny w swej prostocie:

KAŻDA KOBIETA MOŻE MIEĆ PIĘKNE OCZY

Zamówienia zaczęły napływać jeszcze szybciej.

W tym samym roku Lucky Strike Tobacco Company rozpoczęła szeroko zakrojoną kampanię reklamową mającą na celu nakłonienie większej liczby Amerykanów do palenia papierosów, przy pomocy budzącego pozytywne skojarzenia sloganu: „Wędzone!”, i poprzez eksponowanie swoich produktów w starannie wybranych miejscach w placówkach należących do pierwszej sieci spożywczych sklepów samoobsługowych Piggly Wiggly.

Obserwując powodzenie tej taktyki, Tom Lyle szukał kolejnych sposobów na to, aby i jego produktom klienci nie mogli się oprzeć. W tym samym roku firma wypuściła też swoje kosmetyki do oczu w wodoodpornej wersji płynnej.

A pieniądze płynęły strumieniem.

Tylko na jednym członku rodziny sukces Maybelline nie wywarł żadnego wrażenia. Urodzonego 17 stycznia 1899 roku Williama Pres­tona Williamsa natura obdarzyła rzeźbionymi rysami i chłopięcym wdziękiem – cechami, które przez całe życie miały otwierać mu wiele drzwi. Pomimo tego Preston męczył się w Chicago. Przygnębiony sprzedażą ziemi, która należała do jego rodziny od stu lat, winił za tę stratę Toma Lyle’a. Gdyby nie jego starszy brat, prawie wszyscy Williamsowie – a wśród nich i on – nadal mieszkaliby w Morganfield, w otoczeniu lasów i pól. Preston, wiejski chłopak w każdym calu, źle się czuł w wielkim mięście. Gdzie tu znajdzie żywe pstrągi i świeże warzywa z ogrodu? Gdzie mógłby sobie trochę postrzelać, pojeździć konno, powłóczyć się po okolicy, pobiwakować? Niezależny i rozhukany, ze swoją atletyczną sylwetką i buntowniczą naturą był stworzony do życia pełnego przygód, a nie sprzedaży kosmetyków dla kobiet. Czuł, że nie jest w stanie nic wnieść do firmy. Czarujący, ale skłonny do melancholii, Preston zawsze sprawiał kłopoty, i taki już miał pozostać.

Ojciec podsumował go krótko: „Preston buntuje się dla samego buntowania”. Przez lata zatem TJ próbował okiełznać młodszego syna tradycyjną metodą swego pokolenia: za pomocą pasa. To jednak zawsze przynosiło skutek odwrotny do zamierzonego, podobnie jak zamykanie chłopca w areszcie w Morganfield. Siedząc w celi, Preston po prostu zażywał relaksu przy lekturze tanich powieścideł o przygodach kowbojów – a na dodatek czynił to w komfortowych warunkach, bowiem matka, nękana obawami, że młodszy syn może zachorować i umrzeć jak jego brat Pearl, wysyłała do niego siostry z kocami i gorącym jedzeniem.

Preston miał już osiemnaście lat, ale nadal nie chciał dorosnąć. Wciąż snuł fantazje jak dziesięcio- czy dwunastolatek. Chciał być poganiaczem bydła na Zachodzie albo podróżnikiem i poszukiwaczem skarbów w dalekich krajach. Na co dzień jednak najczęściej można go było spotkać odpoczywającego z wędką nad rzeką Chicago albo gdzieś na mieście przy piwie.

Pijany wpadał w gniew i opowiadał każdemu, kto chciał go słuchać, że to Tom Lyle zawsze – i niezasłużenie – był oczkiem w głowie całej rodziny, podczas gdy to on, Preston, powinien dostać szansę realizacji swoich marzeń w Kentucky, zamiast siedzieć zamknięty w magazynie „niby jakiś szczur”.

Wreszcie na początku kwietnia 1917 roku życie wskazało mu, gdzie szukać przygód, o których marzył. Wstrząs, jakim była wieść o tym, że Niemcy uknuły spisek w celu nakłonienia Meksyku do ataku na Stany Zjednoczone, sprawił, że Amerykanie postanowili zrezygnować z dotychczasowej neutralności. Kongres wypowiedział Niemcom wojnę.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.