Matecznik - Agnieszka Grzelak - ebook
Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 412 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Matecznik - Agnieszka Grzelak

Tu nie ma miejsca na nudę, warto spojrzeć na swoje życie z dystansem i przekonać się jaką może stworzyć niesamowitą fabułę, Matecznik daje taką możliwość!

Dziennik zapracowanej kobiety, żony i matki czterech córek, nie musi być horrorem czy kryminałem... Matecznik to dziennik bohaterki Kamili, w której losach można się rozsmakować, jak we własnej codzienności. Autorka puszcza do nas oko, żebyśmy mogli z boku spojrzeć na swoje życie, w którym obok dni pełnych uśmiechu są też te gorsze, smutniejsze. Podkreśla, że jesteśmy ogromnie podobni do siebie w tej "walce codziennej", od świąt do świąt, od wiosny do wiosny, w pragnieniu zatrzymania czasu, żeby wczorajszą złość zamienić na uśmiech!

Temat jest mi tak bliski, że prawie nie widzę tekstu – jakby mi ktoś do głowy wlazł!

Kasia, mama Macka, Hani i Janka

Warto przeczytać, żeby poszpiegowac, co czuje kobieta – przyda się na co dzień.

Karol, mąż z trzydziestoletnim stażem

Opinie o ebooku Matecznik - Agnieszka Grzelak

Fragment ebooka Matecznik - Agnieszka Grzelak







SŁOWO WSTĘPNE

 

To nie jest książka dla wszystkich. To nie jest powieść. Codzienne zmagania kobiety, której imię zmieniłam, są jak najbardziej prawdziwe.

Są tacy, którzy lubią czytać dzienniki żołnierzy miesiącami tkwiących gdzieś na froncie. Są tacy, którzy lubią dzienniki ekstremalnych podróżników zagłębiających się w niebezpieczne ostępy dżungli. Matecznik to trochę trwanie w okopach na przekór wszystkiemu, a trochę dżungla – pogmatwana, pełna pułapek i czasami trudno odnaleźć w niej drogę. I niech Was nie zwiedzie fakt, że akcja rozgrywa się w niewielkiej kuchni i kilku pokojach. Czasem nawet Dziki Ojciec boi się wejść do Matecznika.

 

Książkę dedykuję wszystkim żonom i matkom.

Agnieszka Grzelak


WRZESIEŃ

 

Poniedziałek, 26

Skąd się wzięła Duszka w naszym łóżku? Przecież ją wyniosłam w środku nocy i przykryłam. Kołdrą i kocem. A teraz znowu tu jest i wciska mi się pod ramię. Nie mogę się wygodnie ułożyć. No dobrze, niech już śpi.

Ktoś szura garnkami w kuchni. Ktokolwiek to jest, zaraz obudzi wszystkie dzieci. Dlaczego w tym domu o poranku nie da się spokojnie pospać? A, już sobie przypomninam. To mama Franciszka, która u nas nocowała i obiecała dziewczynkom, że zrobi im kaszę mannę, realizuje teraz swoją obietnicę. A ja, wredna matka (wcale nie wredna, tylko taka, która o siódmej rano nie jest w stanie normalnie funkcjonować), nie robię potomstwu żadnych śniadań. Same sobie podgrzewają mleko. Czasem nawet obsługują Duszkę, jeśli zdarzy jej się odpowiednio wcześnie wstać.

Próbuję zatrzymać resztki snu. Zwlekam się z łóżka tuż przed wyjściem dziewczynek. Jona i Majka mają warkocze. Wyglądają bardzo pięknie. To też zasługa teściowej. Cmok, cmok – całuski na pożegnanie.

Tosia najdłużej grzebie się przy wychodzeniu. Samochód już na chodzie.

– Dobrego dnia, córeczko!

– Dobrego dnia, mamusiu! Życzę ci miłego gotowania!

O tak, wszystkie dzieci wiedzą, że nie lubię gotować. Właściwie dlaczego nie lubię? Po pierwsze, bo jest to czynność stała, powtarzająca się każdego dnia, niepodlegająca dyskusji i przesunięciom czasowym (na przykład aż na wieczór). Rodzina jest głodna codziennie, a ja, niestety, nie jestem typem matki karmicielki. Po drugie, nie mam możliwości zaprezentowania dań interesujących, niebanalnych, o egzotycznym smaku, bo: „Mamo, ja nie lubię tego blązowego”, albo „To jest jakieś dziwne”, albo „Wiesz mamusiu, ja nie lubię takich mieszanek”. W najlepszym razie dziecko, które nie chce sprawiać mi przykrości, a przynajmniej pragnie okazać zrozumienie pokonanej matce (tym dzieckiem najczęściej okazuje się Jona), mówi: „Chociaż nie bardzo mi smakuje, to zjem wszystko i nie będę narzekać, bo wiem, że się napracowałaś”. Wzruszające, prawda? Franciszek usiłuje mnie przekonać, że nie warto przejmować się opiniami dzieci i należy gotować różne rzeczy. Ja jednak zdążyłam już wpaść w depresję, więc przez najbliższy tydzień będzie nudne mięso z nudnymi ziemniakami. „Mamusiu, ja nie lubię mięsa”. Jasne. Najlepiej, żeby codziennie były naleśniki i placki z jabłkami, a dla Tosi kanapki. Dużo kanapek. Najlepiej sam chleb. Świeży.

 

– Kamaaa! Kamaaa! – to mój mąż woła z pokoju na górze.

Właśnie zgłębiam tajniki języka hiszpańskiego, zawarte w samouczku napisanym po angielsku. Nie mam zamiaru biegać po domu na każde zawołanie.

– Taaak? – odkrzykuję, nie ruszając się z miejsca. Las mujeres espanoles son habladoras.

– Kamaa! Kamaa! – znowu woła.

Schodzi. Słyszę kroki na schodach.

– Dlaczego się nie odzywasz?

– Przecież mówiłam: „Taaak”.

– Nie było słychać.

– Nie będę wrzeszczeć na cały dom.

– Chciałem ci powiedzieć, żebyś odbierała telefony, bo idę do ubikacji.

– Aha.

Las mujeres espanoles son bonitas.

Wychodzę do ogrodu. Słońce. Tyle kwiatów – róże, tytonie i maki kalifornijskie. Wróble szaleją. To chyba kolejne pokolenia mazurków, które wykluły się pod naszym dachem. Dokładnie – na belce ponad oknem Tosi. O! Szpaki jedzą nasze winogrona! Wynocha! Z tego ma być wino!

– Mamusiu, a Majka schowała Gablysię do kufla! (Kufra – Duszka jeszcze nie wymawia „r”).

– No to ją wyjmij.

– Nie mogę, bo się psytsasnę.

Podnoszę się z ogrodowego fotela. Idę do domu i grzebiemy razem w kufrze pełnym zabawek.

– Proszę bardzo, jest Gabrysia – wręczam jej lalkę wystrojoną w różowe śpioszki z falbankami.

Znów zasiadam pod jabłonią. Sielanka. Kwiaty, łagodny wietrzyk, na stoliku herbata karmelowa z cytryną. Duszka wozi lalkę w wózku i coś do siebie gada. Nareszcie mogę…

– Gablysia płace. Moje dziecko po plostu chce do ciebie.

Lalka zostaje umieszczona na moich kolanach. Po chwili usadawia się tam też jej właścicielka. Bardzo zadowolona. Mój uśmiech kochającej mamy nosi znamię męczeństwa. Ale naprawdę się staram.

 

Franciszek przywiózł zakupy (wspaniały mąż) i położył torbę z jajkami na podłodze w kuchni. Gratulacje. Dobrze, że żadne z dzieci nie zdążyło wdepnąć. Ciekawe, czy byłoby na mnie?

 

Do dziewczynek przyszła w odwiedziny jasnowłosa, piegowata Anka – sąsiadka z ulicy. Skrzypnięcie furtki i już jest z enigmatycznym uśmiechem na twarzy. No dobrze. Nie, wcale nie dobrze, bo wszystkie dzieciaki wysypały się teraz na trawnik. Zaczyna się zabawa w berka, której nie cierpię, bo polega głównie na wydawaniu z siebie jak najgłośniejszych i najbardziej przenikliwych pisków. Bieganie idzie w drugiej kolejności. Pisk małych dziewczynek jest dźwiękiem, który sprawia, że zaczynam się oddawać marzeniom o klasztornej celi albo o ukrytej na odludziu pustelni. Nie przypominam sobie, żebym ja kiedykolwiek tak piszczała.

– Może pobawiłybyście się w coś spokojniejszego? – proponuję zrezygnowanym głosem udręczonej matki.

Nici z dalszej pracy w ogrodzie. Pozbieram pranie i schronię się w domu, w swoim pokoju. Ale po drodze trzeba przejść przez kuchnię. Zlew! Kto ma dziś dyżur? Uuuu… co za rozczarowanie – żadna nie wpisała się na zmywanie po poniedziałkowym obiedzie. To znaczy, że dyżur mają rodzice. Jedno z rodziców. Pewnie ja.

 

Z Duszką w bibliotece. Wybieram książki. Mała siedzi grzecznie na obitej skóropodobnym materiałem ławeczce. Dałam jej torebkę do potrzymania.

– Zmęcyło mnie to tsymanie.

– No to odłóż torebkę na bok.

Przeglądam nowości. Czasem można trafić na coś naprawdę dobrego. Bez opisów rozbryzgujących się mózgów, psychopatycznych porywaczy i nieokiełznanego seksu. Trzeba się jednak dobrze naszukać. Tymczasem moja córeczka kładzie się na podłodze i wzdycha ciężko.

– Nudzi ci się? – pyta współczująco dziewczyna wypożyczająca książki.

– Ehe – odpowiada Duszka. (Dzięki Oficjalnemu słownikowi polskiego scrabblisty wiem, że „ehe” pisze się przez samo „h”).

„Ehe” jest dźwiękiem, którym moje najmłodsze dziecko zastępuje wyraz „tak”. Nie wiem, skąd jej się to wzięło i kiedy minie.

– Zajdziemy jeszcze po drodze do sklepu i kupimy długopisy – proponuję. – Chcesz?

– Ehe.

 

Wtorek, 27

Budzi mnie przeciągłe, żałosne, niskie wycie. Trochę podobne do syreny przeciwmgielnej. Ta syrena to Majka, która jeszcze nie przystosowała się do porannego wstawania do szkoły i niemal każdą pobudkę skrapia łzami. Co prawda, mój ukochany Franciszek wozi dzieci do szkoły i w związku z tym mogę pospać dłużej (o, dzięki ci, mężu, nawet nie wiesz, a może właśnie wiesz, ile to dla mnie znaczy!), ale w tej sytuacji zmuszona jestem wygrzebać się spod ciepłej kołdry.

Kupka nieszczęścia siedzi w piżamie na podłodze i zalewa się łzami. Oby tylko nie obudziła Duszki. Biorę ją do naszej sypialni razem z ubraniami.

– Zzzzimno… – trzęsie się Majka.

Podkoszulek, bluza, spodnie. Ubieram ją jak małego dzieciaczka. Są chwile, kiedy trzeba odłożyć na bok zasady wychowywania do samodzielności.

– Nie będę robić kanapki do szkoły… Uuu… – buzia czerwona od płaczu, nos zasmarkany.

Według twardego porządku wprowadzonego przez Franciszka, dzieci, począwszy od zerówki, mają same sobie robić drugie śniadanie. Lamenty Majki właśnie tego dotyczą. Skapitulować czy nie? Jeśli zrobię to raz, może powstać niebezpieczny precedens. Okropnie trudno jest być konsekwentną matką.

Dylemat nieoczekiwanie rozwiązuje Tosia, która wyręcza Majkę i przygotowuje dla niej zawiniątko z jedzeniem.

– Bo wiesz, tatusiu, ona tak płakała – tłumaczy Franciszkowi.

Wychodzą. Zaglądam do Duszki. Mała śpi w takiej pozycji, że za chwilę może sturlać się z łóżka. Popycham ją lekko i okrywam. Uff… Nie obudziła się. Mam pół godziny czasu dla siebie.

To jednak było mniej niż pół godziny. Rozczochrany stworek pakuje mi się na kolana i mówi:

– Zapnij mi spinkę. Chcę mleko.

Witaj, nowy dniu!

 

Jeśli ktoś myśli, że matka może sobie spokojnie pochorować, to znaczy, że nigdy matką nie był. Chodzi mi o niegroźną, ale obezwładniającą formę przeziębienia. Trochę boli gardło, coś zaczyna swędzieć w nosie i mimo ciepłej pogody dopadają człowieka dreszcze i łamanie w kościach. Narasta potrzeba złożenia obolałego ciała na tapczanie, pod kocem.

– Dzieci, źle się czuję, muszę się położyć. Bawcie się cicho.

O, jak miło! Tak, to jest właśnie to! Ciepło koca, policzek na poduszce i stopniowe odpływanie w błogą nieświadomość.

– MAAAJKA! GDZIE JESTEŚ!?

Nie rozumiem, dlaczego Bóg wyposażył dzieci w instrument umożliwiający wydawanie tak przenikliwych i głośnych wrzasków. Duszka ryczy na cały dom. Wstaję z łóżka. Wlokę się na górę. Mówię Majce, żeby przestała się chować i że mają być cicho, bo jestem chora. Schodzę do sypialni.

Drugie podejście do kojącego snu. Zamykam oczy. Nad głową tupoty w jedną i w drugą stronę. Huk – przewrócił się stołek. Śmiech i rześkie okrzyki. Dzieci świetnie się bawią. Chyba wstanę i spróbuję zrobić coś konstruktywnego. Na przykład wyjdę do ogrodu i posłucham ptaków.

 

Środa, 28

– Nie chcę, zeby dziewcyny posły do skoły – jęczy Duszka, pakując się pod kołdrę i dotykając lodowatymi stopami moich nóg.

Otwieram jedno oko. Słońce za oknem. Trzeba nastawić pranie. Ta rodzina produkuje tyle brudów, że jedynie niedziela jest dniem, kiedy pralka nie jest włączana. Prawdopodobnie najbardziej stałym dźwiękowym elementem wspomnień z dzieciństwa moich córek będzie huczenie pralki o poranku, urozmaicone klekotaniem klapy albo rytmicznym uderzaniem maszyny o kafelki podczas wirowania.

 

Czasami dzieci są cudowne! No dobrze, niech będzie, dzieci są zawsze cudowne, ale w niektóre dni bardziej. Na przykład dzisiaj. Mieliśmy z Franciszkiem naszą cotygodniową lekcję francuskiego. (Mój mąż strasznie się buntował na istnienie czasu plus-que-parfait). Po godzinie schodzimy na dół, a tam, w kuchni, stół nakryty do kolacji, dziewczynki w piżamach (nawet Duszka), a Tosia właśnie grzeje mleko na kawę inkę. Uśmiechnięte buzie.

– Chciałyśmy wam zrobić niespodziankę – z ust Tosi kapie słodycz – żebyście sobie mogli potem pograć w scrabble. My pójdziemy na górę i zagramy w „Modę”.

Wdzięczność i duma rozsadza nasze rodzicielskie serca. W dodatku cała scena rozgrywa się przy świadku, którym jest pani od francuskiego. Jak to jednak dowartościowuje, kiedy ktoś obcy może docenić nasze sukcesy wychowawcze. (Tak to już jest – cokolwiek robią dzieci, dobrego czy złego, idzie w mniejszym lub większym stopniu na nasze konto).

– To Tosia zlobiła mi kakao – oznajmia Duszka, która wokół ust ma brązowe, czekoladowe wąsy.

 

Czwartek, 29

Este no es mi libro, es de ella – próbuję zgłębiać zawiłości hiszpańskiego.

Tuż obok Duszka nudzi się potężnie, nudzi się spektakularnie i intensywnie. Przewala się po tapczanie z boku na bok, machając przy tym nogami w żółtych rajstopkach.

– Jestem twoim pieskiem – oznajmia. – Małym piesulkiem.

– To dobrze. Małe piesulki nie mówią, tylko śpią.

„Piesulek” zwisa z tapczanu i kopie sfatygowany, poowijany w wielu miejscach taśmą klejącą wiklinowy fotel, na którym siedzę. Mebel trzeszczy niemiłosiernie. Trzeszczy też moje macierzyńskie sumienie: „Powinnaś zająć się dzieckiem”. „Ale przecież nie dalej jak pół godziny temu pracowicie nawlekałam jej koraliki do naszyjnika”– protestuję.

No tiene Vd. el caballo. Kopnięcie w fotel. Zaciskam zęby. Jeszcze tylko dwa zdania do przetłumaczenia i skończę to ćwiczenie. Gdyby Duszka spała dzisiaj dłużej, miałabym swoją porcję języków już zrobioną. Dzieci nie zdają sobie sprawy, że przyjdzie czas, gdy nie będzie im dane wysypiać się do woli. Mogłyby, z korzyścią dla własnych rodziców, wykorzystać lata wczesnego dzieciństwa i wylegiwać się długo o poranku. Niestety, najczęściej mają godny ubolewania zwyczaj przejawiania wzmożonej aktywności od wczesnych godzin rannych, co utrudnia rozwój intelektualny matce (czyli mnie).

 

Zapinam spodnie. Duszka przygląda się temu uważnie.

– Mmm… Ale jesteś gluba.

Dzieci są zatrważająco szczere.

 

– Mamusiu! Byłam dziś najlepsza z czytania!

– W sobotę odrabiamy Wszystkich Świętych!

Powinnam te dwa zdania, wykrzyczane – pierwsze przez Jonę, drugie przez Tosię, napisać jedno na drugim, ponieważ zostały wypowiedziane w tym samym momencie.

– To super! Jak to, już w tę sobotę? – reaguję błyskawicznie na obie informacje.

– Zobacz mamo, czytaliśmy tę czytankę i ja byłam dyżurnym Pikusiem i tak głośno krzyczałam, jakbym naprawdę chciała zaprowadzić porządek – Jona pokazuje mi otwarty podręcznik, a potem wyciąga kartkę dotyczącą wtorkowej wycieczki. Jednocześnie Tosia podsuwa mi pod nos zeszyt z informacją o sobocie pracującej.

Najbardziej uniwersalną reakcją wydaje mi się wieloznaczne:

– Aha.

Chwila na przepuszczenie wszystkich informacji przez mózg. Tosia wyjeżdża na sobotę do babci – trzeba napisać usprawiedliwienie. Jona – wtorek, wycieczka – zanotować w kalendarzu, bo zapomnimy wstać. W spokojniejszej chwili docenić sukces czytelniczy.

Matki powinny mieć dar bilokacji i zapasowe akumulatory, umożliwiające indywidualny kontakt z każdym dzieckiem, jak i własną pracę twórczą. Franciszek, mądrala, zamyka się w swoim pokoju z komputerem i nic go nie rozprasza poza własnymi myślami. Ach, gdyby ktoś zechciał wydać moje bajki i gdybym za pisanie dostawała pieniądze… Zamykałabym się wtedy w pokoju, oczekując od męża przejęcia części kwadrofonicznych dialogów z dziećmi i byłabym p r a w d z i w ą pisarką. Wywiesiłabym na drzwiach czerwony znaczek zakazu wjazdu albo ładną haftowaną makatkę z napisem: „Mamusia pracuje – nie przeszkadzać”. Wszyscy chodziliby na palcach, szepcząc: „Cicho, mama pisze nową bajkę” (albo książkę). Może kiedyś mi się to przyśni.

Na razie piszę na kolanie. Tuż obok Majka rozwiązuje zagadki obrazkowe i przy każdym nowym zadaniu konsultuje się ze mną. Wkracza Franciszek i zaczyna coś mówić. Na szczęście przerywa w pół zdania i wycofuje się z pokoju. Wyczuł zapewne, że moje receptory familijne są już na wyczerpaniu. Nie jestem w stanie obdarzyć uwagą jeszcze jednej osoby. W dodatku za oknem ciągną niskie, sine chmury. Depresyjne, niskociśnieniowe, migrenowe chmurzyska. Uuu… pod wieczór mogę być nie do zniesienia.

 

Piątek, 30

Piątek to u nas dzień sprzątania. Wydałam takie zarządzenie rok temu i nadal utrzymuje się w mocy. Zamiast psuć sobie (i dzieciom) sobotę (zmora moich lat dziecinnych), robię porządki w dniu, który i tak postrzegany jest jako postny, pokutny czy jak tam sobie kto chce. Jako osoba nieskłonna do wyrzeczeń, mam więc rodzaj osobistej ascezy. Chociaż asceci na pewno z większą dozą akceptacji przyjmowali różne umartwienia. I nie wpadali w furię po kilkudziesięciu minutach odkurzania.

Nienawidzę odkurzać. Wyjąca maszyna wciągająca kurz budzi we mnie już po półgodzinie rozdrażnienie (gdy mam dobry nastrój) lub wściekłość (gdy dzień jest kiepski). Dlaczego nikt nie wymyślił cichego, sączącego delikatną muzykę odkurzacza, emitującego kwiatowy zapach i tak lekkiego, żeby go było można nosić pod pachą? Ciągnę mocniej czarną rurę, żeby dosięgnąć pajęczyny w rogu, i czuję, jak ciężka, czerwona bestia na kółkach wali mnie w nogę. Konkretnie w ścięgno Achillesa.

Teraz odkurzanie schodów. W połowie drogi na górę jestem już cała spocona. Jedyną domową czynnością, plasującą się w moim rankingu jeszcze niżej niż praca odkurzaczem, jest mycie okien. Fatalnie. Kobieta, która „siedzi” w domu, która „nie pracuje” i musi „tylko” wykonać kilka podstawowych robót, większości z tych robót nie znosi. Gdyby się temu z bliska przyjrzeć, to rzeczywiście nie wygląda to wesoło. Żeby się zbytnio nie pogrążyć, sporządzam listę prac gospodarskich, które w mniejszym lub większym stopniu lubię. Oto ona:

* Porządkowanie i sortowanie ubrań, książek, drobiazgów, papierów, listów, pocztówek itp. Najlepiej, jeśli część tego można od razu wyrzucić, a ubrania wynieść do pojemników na używaną odzież (nie wiem, dlaczego odruchowo pojawia się w mojej głowie nazwa „używana żywność”. Lepiej sobie nie wyobrażać, jak mogłaby wyglądać).

* Pakowanie ubrań do pralki.

* Prasowanie, ale tylko wtedy, kiedy mogę włączyć magnetofon i w spokoju słuchać sobie lekcji hiszpańskiego albo niemieckiego.

* Pieczenie ciast.

* Prace ogródkowe wszelkiego rodzaju.

* Przetwarzanie owoców na dżemy, galaretki i konfitury, o ile ktoś zrobi za mnie wstępną obróbkę.

Okazuje się, że lubię wszystko, co zaczyna się na literę „p”. I jest tego aż sześć pozycji. Właściwie pięć. Ogródek się nie liczy. Ogródek to moja miłość i czysta przyjemność (też na „p”).

Niektóre z moich koleżanek mają panią (znowu „p”) do pomocy. Płacą i ktoś im sprząta. Czasem więc marzy mi się taka porządna, pracowita, oddana rodzinie i dyskretna osoba. Lojalna aż do przelewu krwi. Pozbawiona przyjaciółek, przed którymi mogłaby roztoczyć malowniczą panoramę naszego z lekka zaniedbanego mieszkania z szarawymi ścianami, noszącymi liczne ślady martyrologii komarów. Musiałaby być także niezależna towarzysko i emocjonalnie, to znaczy nieskłonna do pogawędek z chlebodawczynią, czyli ze mną. Bo cóż mi przyjdzie z tego, że zyskam trochę czasu na sprzątaniu, kiedy później będę zmuszona do dwa razy dłuższej rozmowy z chętną do zwierzeń gosposią. Może jeszcze powinnam zaproponować jej herbatę, żeby nie czuła się traktowana przedmiotowo? Na szczęście nie mamy nadwyżek finansowych pozwalających na zatrudnienie takiej osoby.

Istnieje jeszcze jeden przygnębiający czynnik, związany nieodłącznie z piątkowym sprzątaniem. Wtedy właśnie, z wyrazistością w ciągu tygodnia nieodczuwalną, uwydatniają się liczne dowody na zapuszczenie naszego mieszkania. Brudne ściany z licznymi odciskami różnej wielkości palców i podeszew kapci, oderwane listwy przypodłogowe, wyrwana kratka wentylacyjna – pozostałość po kontroli kominiarskiej i usuwaniu gniazda kawek z przewodu kominowego… Do tego jeszcze zalakierowany brud na schodach (myślałam, że z czasem, gdy drewno ściemnieje, będzie mniej widoczny, ale srodze się rozczarowałam) i zniszczona przez ekipę budowlaną podłoga na piętrze.

Stop! Jeszcze chwila i mój bardzo niski dzisiaj poziom akceptacji rzeczywistości spadnie poniżej czerwonej kreski. A co spotyka mnie poniżej czerwonej kreski? – Depresja: Życie jest smutne, nic mi się nie udaje i nie uda, po co się wysilać, skoro i tak za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat umrę. Na pogrzebie dzieci, Franciszek, kwiaty, „biedna mama, będzie nam jej brakowało” itp., itd. Wyobraźnia produkuje pełnometrażowy film fabularny z wieloma wariantami tragicznego zakończenia. Chyba pójdę pograć sobie na pianinie. Zmaganie z zapisem nutowym, pilnowaniem rytmu i dynamiki powinno skutecznie zmienić tok moich myśli.


PAŹDZIERNIK

 

Sobota, 1

Sobota! Nareszcie można się wyspać! Nie, nie można. O siódmej rano tupot bosych stópek i za chwilę małe, pulchne ciałko lokuje się u mego boku. Próbuję spać dalej. Duszka stara się być cicho. Szepcze i mruczy coś pod nosem, lodowatymi piętami dotyka moich kolan, przekręca się z boku na bok, bawi się moimi palcami. Szeptem namawiam ją do opuszczenia pokoju. Odpowiedź jest krótka: „nie”.

Wstaję i idę do łazienki. Po drodze słyszę, jak Franciszek stanowczo wyprasza małą z łóżka. Nie ma to jak głos ojca – od razu skutkuje. Bose stópki tupią po schodach i przemieszczają się w kierunku pokoju starszych sióstr.

Ubieram się. Robię sobie herbatę i małą kanapkę. Siadam z książką przy kuchennym stole. Mmm… niezwykle rzadka przyjemność. Wiem, że nie powinno się czytać przy jedzeniu (a niby dlaczego?) i że dobrze jest, gdy rodzina wspólnie zasiada do posiłków, i jeszcze że „stół jest miejscem spotkań, gdzie każdy może powiedzieć o czymś dla niego ważnym i zostać przez pozostałych uważnie wysłuchanym”. Tak jest, wszystko to prawda i mogłabym zapełnić podobnymi cytatami całą stronę. Ale czymże one są w porównaniu z rozkoszą samotnego jedzenia zaprawionego miłą lekturą. Nikt nic nie mówi, niczego nie chce. Nikomu nie trzeba podawać soli, masła, talerza z wędlinami albo słoja kiszonych ogórków. Nieczęste są takie chwile. Franciszek lubi celebrować posiłki i nie cierpi jeść sam. Mamy więc wspólne obiady i kolacje. W niedzielę także śniadania. Wszystko jak należy. Rodzina rozwija się prawidłowo. Dzieci przy stole gadają jedno przez drugie, Duszka marudzi, bo coś jej nie smakuje, starsze siostrzyczki co jakiś czas warczą na siebie: „Przecież prosiłam o masło, głucha jesteś?”. A ja tęsknię za ciszą i odosobnieniem mojego pokoju. Ach, wysunąć się chyłkiem z kuchni, siąść w fotelu i czytać, pogryzając kanapkę…

Matka nie może dawać złego przykładu. Ma być filarem i sercem ogniska domowego. W ciągu tygodnia filar ten uległ dość znacznemu nadwyrężeniu. Dziś trzeba go oddać do konserwacji. Tak więc będę czytać przy śniadaniu i zamykać się w pokoju. Stanę się niewidzialna dla domowników. Zapomnę o tym, że trzeba rozwiesić ręczniki i zetrzeć kurz z regału w dużym pokoju. Zakradnę się do kuchni i zjem łyżeczkę konfitur z róży.

 

Niedziela, 2

Jedenasta rano. Za oknem słońce. Dzieci u dziadków. Trzeba wstać z łóżka. Franciszek uparcie ma zamknięte oczy. Nie będę go budzić. Żałuję, że nie wstałam wcześniej, ale trzeba było odespać wczorajszą imprezę.

Aneta i Janek wykończyli nareszcie dom i zaprosili gromadę przyjaciół i znajomych. To, co dla mnie było najbardziej pociągające, to duży kawał podłogi – w sam raz do tańca. Ubrałam się w starą sukienkę ze sklepu indyjskiego, która jakkolwiek niezbyt wyrafinowana, wspaniale wiruje podczas obrotów.

Niestety, towarzystwo nie podzielało mojej i Franciszka tanecznej pasji. Część uczestników imprezy (głównie panowie), zgromadzona wokół stołu z jedzeniem, oddawała się kombatanckim wspomnieniom, które można by opatrzyć tytułem: „Wczesna młodość w PRL-u”. Kobiety, nie wiadomo dlaczego, blokowały przejście do jadalni, opowiadając sobie o dziecięcych chorobach (alergie to taki wdzięczny temat). Prawie nikt nie tańczył. Franciszek twierdzi, że onieśmieliliśmy towarzystwo znajomością wyrafinowanych figur.

W pewnej chwili kilka par zaczęło krążyć po parkiecie. Przy-warłam kurczowo do Franciszka w obawie, że któryś z panów poprosi mnie do tańca. Bo też ci nasi koledzy, wywijający z werwą partnerkami i sunący śmiało przez całą długość salonu, dość rażąco rozmijali się z muzyką. Ich kobietom to chyba nie przeszkadzało, ale dla mnie byłoby katorgą. Nie potrafię tańczyć niezgodnie z rytmem. Cała zaraz sztywnieję i potykam się o własne nogi.

Po kilku ognistych salsach poszliśmy odpocząć do jadalni. Zanurzając paprykę w dipie czosnkowym, przysłuchiwałam się kolejnemu odcinkowi opowieści weteranów. Tym razem dotyczyły one podróżowania „rzeźnią”, czyli nocnym pociągiem do Zakopanego. Co za ogień w oczach! Co za gesty! Mężczyźni pod czterdziestkę stali się na nowo siedemnastolatkami i delektowali się szczegółowymi opisami włażenia do przedziałów przez okna, zajmowania miejsc w wyładowanym do granic możliwości pociągu oraz podróżowania w toalecie. Dalej następowały barwne relacje z zimowych wypraw, z błądzenia po górach. „A ten śnieg! Po pas!” „Nie! Wtedy było po pachy!” Miejsce akcji – zbocza Turbacza.

Przechadzałam się po przestronnych pomieszczeniach, doświadczając raz po raz ukłuć zazdrości. Powody były różne: a to – że Aneta i Janek mają tyle miejsca do przyjmowania gości, a to – że książki stoją w oszklonych szafach bibliotecznych i nie kurzą się tak, jak nasz księgozbiór. Schowane za szybą liczne słowniki, albumy, poradniki i powieści są moim marzeniem. Nie mamy pieniędzy na nowe meble, wszystko więc pokrywa się równą warstewką kurzu. Zwłaszcza opasłe tomy zajmujące najwyższą półkę w naszej sypialni. Odkurzanie ich jest prawdziwą męką, którą podejmuję dwa razy do roku przed świętami i której to pracy nikt nie docenia.

Kolejnym przedmiotem mojej zazdrości jest kolekcja. Aneta zbiera wszystko, co dotyczy wodnego ptactwa. Są tu więc porcelanowe gęsi, szklane łabędzie i wyrzeźbione w drewnie kaczki. W kącie salonu stoją dwa żurawie odlane z ciemnego metalu. Na ścianie pastelowy rysunek różowego flaminga i akwarelka z perkozem. Podczas tańca z Franciszkiem mój wzrok co chwila zahaczał o gabloty zapełnione fragmentami kolekcji. Imponujący widok. Nie znaczy to, że ja też marzę o zapełnieniu domu eksponatami związanymi z ornitologią. Po prostu chciałabym mieć w swoim pokoju jakiś powalający na kolana zbiór. Tylko co? Wybór nie jest prosty, bo pociągają mnie różne rzeczy. Na przykład kwiaty: malowane, haftowane, na jedwabiu, na porcelanie, szydełkowe, z koralików, patchworkowe… Albo okna: grafiki i akwarele z oknami, kolaże, zdjęcia prowansalskich okien wyłaniających się spomiędzy oblepionych kwiatami gałązek bougainvilli… Albo w ogóle hafty i gobeliny – robione samodzielnie i skupowane. Albo patchworkowe poduszki i narzuty. Albo… Nie umiem wybrać. Chyba nie nadaję się na kolekcjonerkę.

 

Poniedziałek, 3

Wciąż jeszcze bolą mnie stopy po sobotnich tańcach. Znów bogata w zadania codzienność. W moim kalendarzu czerwony napis PRASOWANIE. Z trzema podkreśleniami. No tak, pokaźny stos spodni i koszul czeka już od tygodnia w malowniczym nieładzie.

Duszka pakuje mi się na kolana.

– A moze będę twoim naleśnikiem? A moze mnie zjes?

Dobrze. Turlam ją po tapczanie, udaję, że smaruję nutellą i polewam śmietaną. Mniam, mniam, mniam. Każde z moich dzieci, będąc mniej więcej w tym wieku, co Duszka, lubiło być „zjadane”. Zupełnie tego nie rozumiem. Równie atrakcyjną zabawą była ta, podczas której wcielałam się w czarny charakter.

– Mamo, bądź złą czarownicą – prosiła Tosia.

Bądź potworem, macochą, złą babą – co za wachlarz ról. Ciekawe, dlaczego nigdy nie prosiły mnie, żebym była dobrą wróżką. Tylko Jona szybko nużyła się moim negatywnym wcieleniem i prosiła: „Bądź już teraz zwykłą mamusią”. Nie ukrywam, że tę propozycję przyjmowałam z wielką ulgą.

– A telaz będę pielogiem – oznajmia Duszka.

 

Zrywam pigwy. Wbijam się w kolący krzak i odłamuję twarde owoce. Mocno przytwierdzone do grubych pędów, siedzą ściśnięte po cztery i po pięć. Zrywa się jeden, a reszta spada na ziemię, w trawę i barwinek. Majka mi pomaga. Jestem pełna wdzięczności za kolejny pogodny, jesienny dzień. Grażyna, z którą widuję się od czasu do czasu, chciała do mnie przyjść, żebyśmy wspólnie robiły galaretkę. Kiedy?! Bardzo trudno jest mi umawiać się z kimkolwiek na wspólną pracę. Mogłoby to być nawet przyjemne. Kroimy, wydłubujemy pestki, rozmawiamy… o dzieciach. Och nie! Tylko z nielicznymi kobietami rozmowa nie schodzi na temat potomstwa. Będąc osobą małomówną i mającą problemy z podtrzymaniem konwersacji, nauczyłam się już, że wystarczy spytać: „A jak tam… Agnieszka, Maciek, Sławek, Jola, Patrycja, Maksencjusz, Hermenegilda itp.”, a rozmówczyni od razu zaczyna się rozwodzić na temat szkoły, sukcesów/porażek lub chorób syna/córki (najczęściej). Tylko z naprawdę bliskimi osobami płci żeńskiej, które z pewną ostrożnością nazywam przyjaciółkami, rozmawiam… no właśnie, o czym? O nas samych, o kobietach w ogóle, o potrzebach (najczęściej niespełnionych), o kłopotach, o jesiennych depresjach, o zmaganiu z rzeczywistością, o naszych mężach… Hej! To wszystko? Omijamy więc tematy społeczne, ogólne, wielkie, szerokie? Może nie omijamy, ale jeśli już się pojawią, to i tak nasączone bardzo osobistym odbiorem, przefiltrowane przez damską duszę i damskie spojrzenie na świat.

Zorientowałam się w tym momencie, że te wszystkie dziewczyny, z którymi się spotykam, to kobiety domowe. Gdyby to były koleżanki z pracy, tematy siłą rzeczy skręcałyby w stronę zawodową.

Celowo napisałam „kobiety domowe”, a nie „kury domowe”. Moje przyjaciółki i znajome nie mają w sobie nic z drobiu. Bo jeśli jest się kurą, to jest się nią niezależnie od aktualnego miejsca bytowania. Mogą więc istnieć:

kury biurowe

kury pocztowe

kury biznesowe

kury szkolne

kury przychodniane

kury sklepowe

kury polityczne… itp.

Myślę, że nazwa „kura domowa” została wylansowana przez inne przedstawicielki drobiu, które prowadząc czynne życie zawodowe, chcą przez sam ten fakt ukryć swoją kurowatość.

 

Wtorek, 4

Piękny październikowy dzień. Pelargonie świecą jak szkarłatne latarnie i wynagradzają wysiłek włożony w ich pielęgnowanie. Na naszej bramie liście dzikiego wina przybrały ciekawy odcień ciemnej czerwieni. Prawie bordo. Pozwalam sobie na chwilę czytania w ogrodzie. Robię się senna i ociężała od tego słońca. Gdybym wiedziała, że będzie tak pięknie, zrobiłabym pranie. Szkoda, że nie mogę tak sobie siedzieć i siedzieć. Szkoda, że nie ma nikogo, kto zrobiłby za mnie obiad.

Majka snuje się między pokojem a kuchnią, pogwizdując z cicha. Takie gwizdanie doprowadza mnie czasem do szału. Dziś nie.

Duszka przynosi mi swój rysunek, po czym wybucha płaczem.

– Mamo! Ja nie mam kapci!

– Są na werandzie.

Wychodzi na palcach i po chwili jest znowu w moim pokoju.

– Ty mi je musis załozyć, bo tseba wcisnąć paski.

 

Kilka godzin później.

– Mama… – Duszka rzuca się na tapczan. – Chcę coś innego zjeść.

– Twój obiad jest na stole.

– Ale ja chcę inny!

Czuję ciarki przebiegające mi po plecach. Za chwilę rozpocznie się jedna z wielu bezowocnych dyskusji, które doprowadzają mnie do szału.

– Ja chcę ciastecko, wies? – Duszka precyzuje swoje potrzeby.

– Najpierw obiad.

– Ale ja chcę telaz ciastecko.

Próbuję się zdystansować i nie wpaść w furię. To jej problem, że chce ciastko, a nie zjadła obiadu. Wie, jakie są warunki otrzymania deseru. Niech się sama zmaga z konsekwencjami. Łatwo powiedzieć, ale ta cholerna emocjonalna pępowina bardzo przeszkadza. Nie potrafię ze stoickim spokojem przyjmować rozdzierającego płaczu trzyletniego tyraniątka. (Co nie znaczy, że ustępuję w sprawie obiadu). Krzywa nastroju opada jeszcze niżej, gdy dowiaduję się, że któraś z dziewczyn po raz kolejny zapchała sedes papierem toaletowym.

Na biurku leży niedokończona wiosenna makatka. Miałam nadzieję, że zawiśnie w maju, ale przyszły ciepłe dni i całą moją twórczą aktywność ulokowałam w pracach ogrodniczych. Nie było ani czasu, ani nastroju na haftowanie. Dopiero teraz, po kilkumiesięcznej przerwie, wyciągnęłam ją z szuflady i każdego dnia powoli wyszywam kontury motyli.

 

Tosia wróciła do domu z opowieściami o dzieciach z Czeczenii, które zostały przyjęte do naszej szkoły.

– Wiesz mamo, podobno u nich w kraju jest teraz wojna.

To prawda – odpowiadam i próbuję w krótkich słowach streścić sytuację czeczeńskich uchodźców, o której sama niewiele wiem.

– Oni są jacyś… – Tosia szuka odpowiedniego słowa – nieprzyjemni.

– Widziałaś ich? – dociekam. – Co ci się w nich nie spodobało?

Tosia wzrusza ramionami. Czuję lekką obawę, że być może moje dziecko rozwija w sobie ksenofobię. Z drugiej strony, może istnieją jakieś konkretne przyczyny jej niechęci?

– Asia mówiła, że oni bawili się w chowanego i weszli na balkon sąsiadki, aż jej tata musiał wzywać policję – relacjonuje Tosia.

– Rozumiem – kiwam głową. – Nie wolno wchodzić do czyjegoś domu albo na balkon bez pozwolenia właściciela.

– A ta Czeczenka z pierwszej klasy pokazała – o tak! – moja córeczka wystawia do góry trzeci palec.

– To rzeczywiście brzydki gest – mówię ze stoickim spokojem, posłuszna jednemu z moich prywatnych przykazań, które głosi: „Nie bulwersuj się, gdy słyszysz od dzieci rzeczy bulwersujące. Bądź niewzruszoną skałą i oparciem”. – Tobie go pokazała?

– Nie mnie, tylko Natalce.

– Aaa… – w moim głosie dźwięczy ulga – Natalce…

No tak. Natalka nie jest aniołkiem. Skłonność do drwin i wyśmiewania innych może przysparzać jej wrogów. Sama chętnie bym czasami przetrzepała jej skórę, gdyby nie to, że nie biję cudzych dzieci (swoich też nie).

Natalia mogła czymś rozzłościć tę obcą dziewczynkę – mówię i zaraz dodaję dydaktycznym tonem (którego w sobie nie cierpię) – ale to oczywiście nie usprawiedliwia takich wulgarnych gestów.

Uff… trzeba być czujnym na wszystkich frontach. Uczyć rozróżniania, co jest dobre, a co złe. Uczyć akceptacji i rozsądku. Ale, ale… cóż to trzepocze w moim matczynym sercu? Strach… że pojawili się imigranci, że będą rozboje, że utracimy nasz sielankowy małomiasteczkowy spokój. Wspomnienia biegną ku dwóm jednocześnie obszarom z przeszłości. Po pierwsze ku czasom, kiedy Polacy masowo wyjeżdżali z kraju w latach osiemdziesiątych – do pracy albo na handel. Część z nich przyczyniła się do rozpowszechnienia obrazu polaczka – złodzieja.

Pamiętam wydarzenie, kiedy ta opinia dotknęła mnie osobiście. Był to mój pierwszy dzień pobytu w Centre de Sejour w Paryżu (rok 1990). Jakaś Niemka, zakwaterowana w tym samym pokoju co ja, zaatakowała mnie, kiedy tylko złożyłam swoje bagaże przy łóżku i o coś zapytałam (a słowiański akcent mnie zdradził). „Arre you frrom Easterrrn Eurrope? Arre you frrom Easterrrn Eurrope? My father had a man from Easterrn Eurrope. The man had stolen money frrrom my fatherrr!” Dziewczyna wrzeszczała (a była brzydka jak noc), wymachiwała rękami, a ja stałam ze łzami w oczach, niezdolna przemówić słowa. Później jedna ze ślicznych dziewcząt pracujących w recepcji wyjaśniła mi, że awanturująca się Niemka jest niezrównoważona emocjonalnie, i że zdążyła się już dać we znaki całemu personelowi. Wrażenie niesprawiedliwego napiętnowania jednak pozostało.

Drugie wspomnienie, które wypłynęło na fali rozmyślań o Czeczenach i o imigrantach w ogóle, jest znacznie świeższe. Pochodzi z tegorocznego pobytu w Niemczech. Byliśmy w Bonn, gdzie po ulicach, oprócz zakolczykowanych i pofarbowanych dziwadeł, krążą czarnowłosi mężczyźni o śniadych twarzach. Czasami stają w bramach – po kilku. Ponure, groźne spojrzenia, na twarzach i ramionach blizny – ślady po bójkach. Może pochodzą z Turcji, a może z innego egzotycznego, muzułmańskiego kraju. Na ich widok pojawiał się we mnie strach. A przecież kilka lat wstecz niemieckie miasta wydawały się tak bezpieczne…

Stąd więc mieszane emocje w związku z imigrantami. Z jednej strony współczucie, z drugiej – różne uczucia politycznie niepoprawne.

 

– To jest moja lalusia! – wrzeszczy na Majkę Duszka. – Kinga jest moją lalką!

– Duszka! – wrzeszczy w odpowiedzi Marianna. – Dlaczego wszystko psujesz?!

Marzę o dźwiękoszczelnej kabinie, która odgrodziłaby mnie od tych przenikliwych pisków i głośnych awantur. Na podłodze kuchni nierozpakowane zakupy. Prasowanie czeka.

– Mamusiu, obiecałaś mi obciąć włosy – to Tosia.

– Dobrze, chodź do łazienki.

Nożyce, szczotka. Ciach, ciach. Pasemko po pasemku, tak jak to podpatrzyłam u mojej fryzjerki. Hm, chyba niezupełnie tak. Fryzura Tosi jest mocno asymetryczna. Taka była moda pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Uderzam w lament. Moje niezwykle dzielne i tolerancyjne dziecko zaczyna mnie uspakajać:

– To nic, że za krótko. Przynajmniej wszyscy zauważą, że mam obcięte włosy. A ja lubię być w centrum uwagi.

Cudowna samoakceptacja.

Drżącą ręką wyrównuję przód włosów, które kończą się na wysokości ust (a miało być do brody). Tyłu już nawet nie porządkuję, ze strachu, że będzie jeszcze gorzej. Mama, która właśnie dzisiaj przyszła do nas i ofiarnie zajęła się krojeniem owoców pigwy, zauważa spokojnie:

– Trzeba było pójść do fryzjerki.

– Wiem – wzdycham ciężko.

Wiem, mamo kochana, ale to właśnie z domu rodzinnego wyniosłam nawyk robienia wszystkiego na własną rękę i unikania, o ile tylko to możliwe, korzystania z usług fachowców. To ty obcinałaś nam wszystkim włosy: tacie, braciom i mnie. A ja zalewałam się łzami niemal za każdym razem, bo nie lubiłam tych na pół chłopięcych fryzur. Marzyłam o długich włosach. I dlatego teraz nie strzygę się modnie, nie chodzę robić sobie trwałej (Franciszek określa trwałą pogardliwym mianem „fifraki” i mówi, że w takiej fryzurze kobieta wygląda na dziesięć lat starszą), tylko pozwalam włosom rosnąć i powiewać na wietrze.

 

Środa, 5

Rzucam okiem na Tosię tuż przed jej wyjściem do szkoły. Skutki moich wczorajszych wyczynów są porażające. Krzywo przycięte kosmyki powykręcane na wszystkie strony. Dzwonię do fryzjerki z prośbą o ratunek. Umawiam Tosię na trzecią po południu. Zaraz po lekcjach.

Dzień znowu piękny i słoneczny. Wyglądam tęsknie na ogród. Dzisiaj nic z tego. Na stole garnki z pigwą, w zlewie słoiki. Robię galaretkę. Sama, bez Grażyny, bo nieoczekiwanie rozchorowała się Duszka. Nie zaproszę przecież innej matki do domu, w którym szaleją wirusy. Na szczęście moje dzieci chorują zazwyczaj dość spokojnie. Śpią i gorączkują przez cały dzień. Tak więc mała śpi, a ja kroję, zalewam wodą, odcedzam przez sito, sypię cukier, sterylizuję słoiki w piekarniku i do gorących wlewam rubinowy albo pomarańczowy płyn.

Cała kuchnia zaparowana. Słaniam się z gorąca. Nie chcę za mocno wietrzyć, żeby nie przewiało Duszki. Ręce szorstkie od kwasu, nadgarstek boli od dokręcania pokrywek. Rośnie rząd słojów z przejrzystą zawartością. Czuję się Kobietą Kompetentną i Gospodarną, bohaterką dziewczęcych lektur, od Ani z Zielonego Wzgórza poczynając.

Jest coś magicznego w robieniu przetworów i zapełnianiu spiżarni. Na początku mojej małżeńskiej kariery tworzenie własnego, unikalnego domowego ogniska z jego specyficzną atmosferą polegało między innymi na smażeniu dżemów i konfitur. Czego wtedy nie robiliśmy! Sok z kwiatów czarnego bzu, miód z mniszków (proporcje były podane na trzysta kwiatów, więc żmudnie przeliczaliśmy nasze zbiory, zrywane na podwarszawskich łąkach), konfitury z owoców dzikiej róży (Nigdy więcej! Wszystko mnie swędziało od wydłubywania pokrytych czepnymi włoskami ziarenek), marynowane grzyby i ulęgałki. Franciszek po raz pierwszy (i jak na razie ostatni) zakisił ogórki.

Trochę brakuje mi tamtego entuzjazmu. Czułam się bajkowo. Jakbym swoim życiem pisała książkę, której bohaterką chciałabym się stać. Ale było to raczej wpasowywanie się w jakiś idealny obrazek z marzeń, niż życie zgodne z tym, kim się naprawdę jest. Szybko więc codzienność wyparła bajkę. Jest bardziej prozaicznie i przemysłowo. Nie chodzimy już do lasu po dzikie owoce. Ogród dostarcza nam surowca do przetworów w ilościach hurtowych. Co dwa lata stara jabłoń zasypuje nas czterema gatunkami jabłek (szczepiona). Pigwa (a raczej pigwowiec japoński) produkuje niezmierne ilości owoców każdej jesieni. No i mamy wino z ciemnych winogron – domena Franciszka. Może pomysł Grażyny, żeby wspólnie siedzieć w kuchni i robić galaretkę, nie był taki głupi. Kroić pigwy, miło sobie rozmawiać, ustroić kuchnię jesiennymi liśćmi, żeby nadać jej przytulniejszy i odpowiedni do pory roku wygląd.

Kiedyś, gdy będę inną kobietą, może babcią, stworzę takie wnętrze i postaram się emanować ciepłem i spokojem. Na razie realia są inne:

* Nie umiem kooperować w kuchni z inną dorosłą osobą. Nawet Franciszek kręcący się na linii ognia (czyli między kuchenką, blatami i stołem) budzi moje rozdrażnienie. Tak więc kiedy Grażyna powiedziała: „Ja ci będę pilnować obiadu, a ty będziesz robić galaretkę”, przebiegł mi po krzyżu zimny dreszcz. Droga Grażyno, nie wiesz, co mówisz. Gdybyś ty przy mnie pilnowała moich garnków z jedzeniem i stała przy mojej kuchni, atmosfera stałaby się tak naładowana, że piorunami można by oświetlić cały dom.

* Pigw jest okropnie dużo. Cała kuchnia zasypana pestkami, podłoga się lepi. Trzeba operować kilkoma garnkami naraz, myć i wypiekać w piekarniku słoiki, wyparzać pokrywki. Tworzy się totalny bałagan. Chcę to mieć jak najszybciej za sobą.

* W tym czasie w kuchni nie da się zjeść żadnego normalnego posiłku.

 

Dwudziesty szósty słoik wędruje na blat. Robię sobie przerwę, bo za chwilę Franciszek i ja mamy lekcję francuskiego.

Młodsze dziewczynki, trochę przeziębione, leżą na tapczanie w naszej sypialni.

– Zapomniałam, jak się mówi „Dobry wieczór” – mówi Majka.

Bon soir – przypominam i dodaję – możesz też powiedzieć: Je suis malade. To znaczy: „Jestem chora”.

Słyszę, jak powtarza sobie pod nosem: Bon soir, je suis malade.

Wchodzi Ewa, nasza nauczycielka. Uśmiecha się do wyciągniętych na tapczanie panienek. Majka wypowiada wyuczoną przed chwilą kwestię tak cichutko, że nic nie słychać.

– Powtórz głośniej – zachęcam. (Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Niczym nie różnię się od matek, które bardzo chcą popisać się potomstwem. Nic, tylko tłuc głową o ścianę).

W tym momencie odzywa się Duszka.

Je suis malade – oświadcza dźwięcznym głosikiem.

Padam na twarz z zachwytu (w myślach oczywiście).

Chciałabym, żeby któreś z dzieci podzielało moją pasję do języków. Nigdy nie przestanę żałować, że nie poszłam na studia lingwistyczne. Teraz to nadrabiam, ucząc się rankami czterech języków jednocześnie.

– A nie plącze ci się? – pytają znajomi.

– Tak, plącze. Głównie hiszpański z włoskim. Ale przedzielam je francuskim i niemieckim.

Być może niektórzy, słysząc to, rysują w myślach palcem kółko na czole. Ale to nic. Niezależnie nawet od dość mizernych efektów takiej nauki (zwłaszcza jeśli chodzi o niemiecki), pasjonuje mnie wgryzanie się w zawiłości obcej gramatyki i odkrywanie tajemnic zawartych w dziwnie brzmiących słowach.

 

Dwunasta w nocy. Jestem Heroiczną i Dzielną Gospodynią, Kobietą Sumienną, Wzorem Pracowitości. Zrobiłam pięćdziesiąt dwa słoiki galaretki, umyłam podłogę i odczyściłam kuchenkę zalepioną słodką cieczą, która wykipiała podczas gotowania. Padam ze zmęczenia. Wystawiając na zewnątrz wiadro z odpadkami, spoglądam przelotnie na niebo. Gwiazdy. Dzięki Ci, Boże, za ogród, za ten łagodny, chłodny zapach jesiennej nocy, za gwiazdozbiory nad starą jabłonią.

 

Czwartek, 6

Cały poranek z Duszką na rękach. Siedzę w fotelu, a mała wtulona we mnie, rozgrzana gorączką, przysypia niespokojnie. Jedną ręką podtrzymuję dziecko, drugą przewracam kartkę Gramatyki niemieckiej w ćwiczeniach. Kręgosłup buntuje się na przymusową pozycję, w której trwam od kilkudziesięciu minut. Przerabiam całą stronę podstawowych zwrotów i biorę Język włoski dla zaawansowanych. Duszka wierci się. Zagłębiam się w zasadach tworzenia trybu warunkowego.

– Pocytaj mi ksiązeckę.

– Dobrze. Przynieś, którą chcesz.

– Tsy ksiązecki.

– Niech będzie, trzy.

Na pierwszy ogień idzie Piłka Doroty Gellner. Mogę ją recytować bez patrzenia w tekst. Starszym dzieciom czytałam to w nieskończoność. Podobnie jak i inne książeczki. Najbardziej wykańczały mnie Psie smutki, które upodobała sobie Tosia.

Jest coś odświętnego w chorowaniu dzieci. Nie chodzi mi oczywiście o jakieś naprawdę groźne choróbska, ale o zwyczajne, pospolite infekcje. Dziecko jest wtedy bardziej bezbronne, bardziej spragnione czułej obecności rodziców, zwłaszcza mamy. W jakiś niepojęty sposób sprawia mi przyjemność „tracenie czasu” przy chorej Duszce, czytanie w kółko tych samych książek i pozwalanie, żeby spała mi na kolanach. Może wtedy czuję, że dorastam do archetypu matki.

Wybiegam na chwilę do ogrodu. Jak pięknie! Niebo w kolorze lazuru i nisko, niziusieńko chodzące słońce. Przytulam policzek do szorstkiego, nagrzanego tynku. Czapa rdestu nad komórką zachwyca pienistą bielą. Rozkwitły dwie kolejne herbaciane róże. W cieniu chłodno. I ten chłód jest dobitny, przejmujący do szpiku kości. Z domu dobiegają dźwięki pianina. To Tosia ćwiczy Błazny cyrkowe Kabalewskiego.

 

Noc. Pragnienie wypełniania świętych, macierzyńskich obowiązków maleje. Znacznie maleje… Właściwie znika. Bardzo chce mi się spać, ale Duszka krzyczy przez sen. Zakopuję się w ciepłą kołdrę. Może za chwilę przestanie, może zaśnie… Franciszek na pewno ją słyszy. Czuję, że się obudził, ale udaje, że śpi. Ja też udaję. Kochana, cieplutka kołderka mmm…

– Mamo! Mamo! – płacz połączony z sennym bełkotem, okraszonym pełnymi rozpaczy okrzykami. Nawet we śnie dziecko wie, kogo opłaca się wołać.

Biegnę na bosaka po zimnych panelach naszej sypialni i po ciepłym drewnie pokoju dzieci (pod ich podłogą położyliśmy grubą warstwę wełny mineralnej – moje stopy doskonale wyczuwają różnicę). Przytulam Duszkę i namawiam do wypicia kilku łyków wody. Wracam do łóżka zziębnięta i w akcie zemsty dotykam lodowatymi stopami rozgrzanych nóg Franciszka. Wycofuje się aż pod ścianę.

 

Piątek, 7

Rano licytacja, kto więcej razy wstawał. Umniejszam zasługi Franciszka, bo on w kapciach i niespiesznie, a ja na bosaka, biegiem – bohaterska matka z rozwianym włosem.

Odwołuję wszystko, co pisałam wczoraj na temat pozytywnych aspektów chorób dzieci. Mam dość. W nocy bieganie. „Pić! Siku! Złe sny!” W końcu musiałam wziąć Duszkę do naszego łóżka. Franciszek tego nie lubi, bo mała się wierci i spanie jest znacznie mniej komfortowe. Skoro nie lubi, to niech sam wstaje i lata. Ja jestem już dostatecznie wykończona.

Dzień poszarpany na kawałki. Najpierw odkurzanie, potem hołubienie Duszki. Przytulam do siebie jej rozgrzane ciałko i ponad skudłaczonymi od niespokojnego snu kędziorkami usiłuję robić ćwiczenia z włoskiego. W dalszym ciągu tryb warunkowy.

– Pobaw się ze mną.

Biorę szydełkową laleczkę, którą zrobiłam dawno temu, i która miała służyć do nauki angielskiego z dziećmi. Z edukacyjnych zapędów nic nie wyszło, ale kolorowa Kampanula została. Zakładam ją na palec.

– Jak masz na imię, dziewczynko? – pytam piskliwym głosikiem.

– Duska.

– A na nazwisko?

– Wzos.

– Ile masz lat?

– Tsy.

– A ile sióstr?

– Tsy.

– No to mnie przytul.

Duszka bierze lalkę i przytula do policzka. Jednym okiem zerkam do podręcznika Włoski dla średnio zaawansowanych. Avrebbe dovuto… Nie mogę się skupić.

– Lozmawiaj jesce Kampanulą.

O nie. Po co jej to proponowałam? Prawdę mówiąc, nie cierpię tego typu zabaw. Mimo to posłusznie wcielam się w szydełkową lalkę. Duszka wygląda na zadowoloną, a we mnie narasta idąca gdzieś z głębi brzucha fala irytacji. Dławię ją brutalnie. Dziecko jest chore, a ja jestem matką. Koniec i kropka. Mała uśmiecha się do mnie szeroko, a ja w tym momencie zamieram, bo widzę czerwone spuchnięte dziąsła. Zapalenie jamy ustnej! Tego tylko brakowało.

– Chodź Duszko, popsikamy do buzi, żeby cię nie bolało.

– Nie chcę!

– Ale wtedy szybciej będziesz zdrowa.

– Mówię, ze jak nie chcę, to nie chcę.

Nie znoszę pakować dzieciom lekarstw na siłę. Próbuję przekupstwa.

– Jak dasz sobie psiknąć, to opowiem ci bajkę.

– Opowiedz dwa lazy.

– Dobrze, niech będzie dwa razy.

Otwiera posłusznie buzię, a ja pryskam tantum verde. Potem opowiadam historyjkę, która od tygodnia jest hitem numer jeden. Duszka domaga się jej kilka razy dziennie, a ja coraz częściej żałuję, że ją wymyśliłam. Nie mam pojęcia, co dzieci widzą w takich absurdalnych opowiastkach. Ta nosi roboczy tytuł „Bajka o dziecku”:

„Było sobie dziecko, które chodziło po lesie i płakało, bo nie wiedziało, kim jest. I spotkało misia.

– Kim ty jesteś? – spytał miś.

– Ja nie wiem – odpowiedziało dziecko.

– No to będziesz misiem.

– Dobrze – odpowiedziało dziecko i uśmiechnęło się do misia.

Potem spotkało lisa.

– Kim ty jesteś? – spytał lis.

– Ja nie wiem, ale miś powiedział, że jestem misiem.

– Ha ha ha! – zaśmiał się lis. – Wcale nie jesteś podobne do misia. Już raczej jesteś lisem.

– Dobrze – powiedziało dziecko i uśmiechnęło się do lisa.

Potem spotkało biedronkę.

– Kim ty jesteś? – spytała biedronka. (Trzeba to powiedzieć odpowiednio piskliwym głosem).

– Ja nie wiem, ale lisek powiedział, że jestem lisem.

– Hi hi hi (też odpowiednio piskliwie). Wcale nie wyglądasz jak lisek, nie masz takiego ogona. To już raczej jesteś biedronką.

– Dobrze – powiedziało dziecko i uśmiechnęło się do biedronki.

Potem wyszedł z lasu wilk (głos nastrajam na odpowiednio ponure i groźne tony).

– Kim ty jesteś? – zawołał wilk (wręcz chrapliwie).

– Ja nie wiem, ale biedronka powiedziała, że jestem biedronką.

– HA HA HA (bardzo ponury ma być ten śmiech), wcale nie wyglądasz na biedronkę, już raczej jesteś wilkiem.

– Dobrze – powiedziało dziecko i uśmiechnęło się do wilka.

Potem spotkało smutną panią, która chodziła po lesie i płakała, bo zginęło jej dziecko.

– Jestem wilkiem – powiedziało na jej widok dziecko.

– Ależ nie – uśmiechnęła się pani. – Nie wyglądasz wcale na wilka, wilk jest duży i groźny, a ty jesteś małe i bardzo miłe.

– No to może jestem biedronką?

– Ależ nie, biedronki są maleńkie i mają czerwone skrzydełka w czarne kropki.

– To może jestem liskiem?

– Nie, nie jesteś liskiem. Liski mają długie, rude ogony.

– W takim razie jestem misiem.

– Ależ nie, nie jesteś misiem.

– No to kim w końcu jestem? – rozpłakało się dziecko.

– Jesteś moją kochaną córeczką Duszką, która mi się zgubiła, a teraz ją znalazłam.

Pani wzięła dziecko na ręce i przytuliła. Potem poszły razem do domu i zjadły kaszę mannę z pigwą”.

Zazwyczaj kiedy dochodzę do pojawienia się pani, Duszka krzyczy, że potem mam opowiedzieć jeszcze jeden raz. Słysząc znajome fragmenty, uśmiecha się rozanielona. Ta dziwaczna historyjka wpływa na nią w jakiś sposób kojąco. Na mnie – wręcz przeciwnie.

Wychodzę na chwilę do ogrodu. Wieje wiatr. Begonie zaatakowane przez mączniaka wyglądają okropnie. Wyrzucam je z doniczki na kompost. Niepokoi mnie, że Tosi jeszcze nie ma. Pewnie znowu zagadała się z Magdą. Wychodzę za furtkę. Uff… Na końcu ulicy człapie powoli moje dziecko. Trzeba dać jej obiad.

Nie lubię takich rozlazłych dni. Mam wrażenie, że czas przecieka między palcami. Bardzo brakuje mi jakiegoś konkretnego dokonania. Jeśli czegoś zaraz nie zrobię, to oszaleję. Wyciągam torbę z luźnymi pasmami włóczki. Od dłuższego już czasu miałam w planie pozwijanie ich w porządne kłębki. Tak, oto zadanie na dziś! Bezmyślne, uspokajające i zapewniające nagrodę w postaci widzialnego efektu.

Słyszę, jak Majka uczy Duszkę, który klawisz odpowiada dźwiękowi C na pianinie.

– Zobacz, tu jest C, a teraz pokaż mi, gdzie jest inne?

– Tu.

– Bardzo dobrze, a jeszcze inne?...

Ale Duszce już się znudziła nauka. Biegnie do mnie.

– Mamusiu, dlaczego ciągle mnie boli ta buzia?

– Bo jesteś chora.

Przytulam ją, a potem opryskuję jej obolałe dziąsełka.

Wreszcie zasiadam do rozplątywania nici. Marzy mi się dzierganie jakichś ładnych ubranek dla dzieci, ale one zazwyczaj potem wcale w nich nie chodzą. Kiedyś próbowałam robić czapki. Pierwsza, pełna wymyślnych ściegów, przeznaczona dla trzyletniej wówczas Tosi, rozciągnęła się tak, że ja sama z powodzeniem mogłabym ją nosić. Poprzestaję więc na skarpetach dla Franciszka. Co roku jedna para. Drą się błyskawicznie. Robienie nowych jest milsze niż cerowanie starych. Te dziurawe służą potem do polerowania wypastowanych butów.

 

Sobota, 8

– Chcę coś do jedzenia!

– Zaraz będzie obiad.

– Ale ja chcę telaz coś do jedzenia! – Duszka jest dziś wyraźnie w lepszej formie.

Dzień tak piękny i słoneczny, że piszę w ogrodzie. O wpół do trzeciej poczucie obowiązku sygnalizuje mi, że powinnam brać się za robienie obiadu. Szkoda mi czasu na kuchenne zajęcia. Już niedługo nadejdą chłodne dni i skończy się siedzenie pod jabłonią. Gotowanie! Idę do domu, mamrocząc w myślach, że mam tego dość, że nie chcę i że dlaczego, a mój humor pogarsza się jeszcze bardziej, gdy uświadamiam sobie, że nie ma od tego ucieczki. Do końca życia będę musiała robić obiady. Chyba że Franciszek w pewnym momencie wziąłby to całkowicie na siebie… Zdaje się, że jest to marzenie z gatunku fantasy.

Gryzie mnie poczucie winy, że nie zrobiłam ciasta na niedzielę. Wszystkim byłoby miło, a ja o kilka stopni zbliżyłabym się do ideału wzorowej matki.

 

Kolejny etap zwijania włóczki. Żółte pasma rozpięte na oparciach dwóch krzeseł. Jona patrzy zafascynowana.

– Mamo, daj mi pozwijać – patrzy na mnie błagalnie.

Oddaję jej kłębek.

– Ja też chcę! – to Majka, od razu z pretensją.

– Proszę bardzo – podaję jej drugi koniec nitki i wychodzę z pokoju.

– Ja tez chcę zwijać – to Duszka.

Co jej dać? Znajduję mały żółty kłębuszek z luźno zwisającym końcem. Mała wygląda na umiarkowanie zadowoloną. W takich sytuacjach najważniejszy jest szybki refleks.

Dziewczyny świetnie się bawią, chodząc dookoła krzesełek i znajdując drogę dla swoich kłębków w plątaninie nici. W mojej pamięci ożywają nagle wspomnienia z głębokiego dzieciństwa, kiedy musiałam trzymać przędzę na rozstawionych rękach, a mama była tą, która zwijała. Nie podobało mi się to. Ramiona omdlewały. Poza tym… może przerwano mi jakąś zabawę, a może atmosfera była niezbyt miła. „Czemu jesteś taka naburmuszona?” – padało pytanie. Zazwyczaj nie odpowiadałam, tylko pochmurniałam jeszcze bardziej. Więc kiedy teraz moje córki z chichotem manipulują kłębuszkami żółtej włóczki, odbieram tę scenę jako prywatne rodzicielskie zwycięstwo.

 

Mit idealnej matki zwyciężył. Zagniotłam kruche ciasto na tartę z jabłkami i biorę się za zmywanie. Na zewnątrz olimpijski spokój, w środku buzuje wulkan Etna. Wchodzi Majka.

– Mogę paprykę?

– Możesz.

– A jest umyta?

– Tak.

– Pyszna jest ta papryczka. Pakpryczka… Parkpryczka…

Dziecko niewinnie bawi się słowami, a w wulkanie wszystko drży i huczy. Rozżarzona lawa niemal przelewa się na zewnątrz. Niemal…

– Słodkie jest to pićko – uśmiecha się Majka znad kubeczka. – Słodkie, bo jest z pigwą. A po co ci ta okrągła blacha? Będziesz robić tort?

– Nie, ciasto z jabłkami.

Mój ton jest spokojny. Dziecko nic nie jest winne temu, że matka od dwóch dni ma paskudny humor. Ono tylko szuka kontaktu i zagaduje. Żeby nikomu nie zrobić krzywdy, chowam się w sypialni. Wchodzi Franciszek.

– Będziemy jeść dużo mięsa w niebie – oznajmia, stukając znacząco w trzymaną pod pachą Biblię. On też szuka ze mną kontaktu. Nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo to jest dzisiaj niebezpieczne.

– Nie mów – rzucam krótko takim tonem, że Franciszek od razu wyczuwa, jaki komunikat naprawdę kryje się za tymi słowami: „Nie odzywaj się teraz do mnie, bo za chwilę wybuchnę i możesz zostać rozerwany na strzępy. Jestem w tej chwili bombą zegarową, a nie żoną. Kryj się!”.

Zrozumiał. Przerywa w pół zdania i wycofuje się z pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Nie ma to jak zgrane małżeństwo. Rozumiemy się prawie bez słów. Czasami.

 

Niedziela, 9

– Mamo! Ja nie chcę sama zostać z tatą! – to Duszka od rana protestuje przeciwko mojemu wyjściu do kościoła.

Mała znowu czuje się gorzej. Ma lekki stan podgorączkowy. W buzi afty.

– Kochanie, przecież są też twoje siostry. Możesz się z nimi bawić.

– Nie chcę zostać sama z tatą i z siostlami! Nie lozumies!? Jak nie chcę, to nie chcę! Ja na ciebie patsyłam pzes całą noc!

O tak, to prawda. Patrzyła na mnie przez całą noc. Wzięłam ją do naszego łóżka, a Franciszek przeniósł się do dzieci, żeby spokojnie pospać. „Mamo, pić”, „Boli mnie buzia” – takie wezwania przerywały mi sen mniej więcej co pół godziny. Duszka kręciła się niespokojnie i przez większą część nocy wlepiała we mnie swoje szafirowe oczęta.

– Duszko, tatuś też jest fajny – próbuję zareklamować Franciszka.

– Nie „też” fajny, ale po prostu fajny – koryguje zdołowany ojciec.

– Tatuś jest fajny – poprawiam się. – Pobawi się z tobą.

– Ale ty jesteś najukochańsa.

Miód na serce matki, niezależnie od kontekstu sytuacyjnego. Biorę ją na kolana i próbuję jednocześnie skończyć własne śniadanie.

– A może Majka narysuje ci, jak zostajesz sama w domu, z mamą – podsuwam.

– Tak. I z Majką – Duszka żwawo zsuwa się z kolan i ciągnie za rękę Mariannę.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.