Mars - Rafał Kosik - ebook
Wydawca: Powergraph Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 448 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 30 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mars - Rafał Kosik

Osadnicy przybywający na Marsa przez stulecia, stworzyli tu miasta, zbudowali cywilizację. Emigrowali z przeludnionej Ziemi szukając nowego, lepszego świata, przestrzeni i pracy.

Świat Czerwonej Planety ukazany jest oczami kilkorga bohaterów, którzy w wyniku zrządzenia losu dostają się wir przełomowych wydarzeń. Cywilizacja zdaje się kwitnąć. Cała planeta to jedno państwo z jednym parlamentem, mówiące wspólnym językiem. Zdaje się być tu idealnie, pominąwszy surowy klimat. Gdzieś nad tym szczęśliwym światem wisi jednak widmo zagłady. Ludzie w nowym świecie wciąż mają stare wady. Nasilają się ruchy separatystyczne na słabiej rozwiniętej półkuli południowej. Porzucone w połowie i okrojone programy formujące planetę sprawiają, że wszystkie parametry określające jakość klimatu zaczynają spadać. Ścierające się koncepcje pchają cywilizację na drogę z której nie ma powrotu.

Dokładnie w trzysta lat po rozpoczęciu procesu terraformowania Marsa, na pustyni ma miejsce przerażające odkrycie które stawia w zupełnie innym świetle historię Marsa. Tę dawną i tę zupełnie nową.

Opinie o ebooku Mars - Rafał Kosik

Cytaty z ebooka Mars - Rafał Kosik

Ludzie pracujący we wszystkich bazach zostawią tę planetę bezludną na dwa lata. W tym czasie, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, automaty, krążąc wokół rosnących okręgów, będą wylewać kolejne warstwy betonu i zbudują sześćsetmetrowe budowle. Trzony wież elektrolitycznych. Po dwóch latach ludzie wrócą tu z nowym sprzętem i dokończą pracę zbyt już skomplikowaną dla maszyn. Wreszcie, po kilku sezonach prac, opuszczą Marsa na niemal sto lat. Kontrolowane reakcje nuklearne podgrzeją grunt, rozpoczynając proces uwalniania wody, uwięzionej dotychczas wiele metrów pod powierzchnią, i podgrzewania planety. To z kolei przyczyni się do roztopienia czap polarnych i uwolnienia do atmosfery jeszcze większej ilości wilgoci i dwutlenku węgla, doprowadzając do gwałtownego efektu cieplarnianego. Setki podobnych wież elektrolitycznych na całej planecie będą pracowicie przechwytywać wilgoć i produkować tlen, by pierwsi osadnicy mogli odetchnąć czystym powietrzem. Przywitają ich zielone od porostów skały, zarośnięte stepy, zamiast pustyni. Lasy będą jednak musieli zasadzić sami, a morza... na morza trzeba będzie zaczekać znacznie dłużej.
W centrum stało kilkadziesiąt wieżowców. Słabe ciążenie znakomicie ułatwiało stawianie wysokich budynków. Głównym ograniczeniem przy ich konstruowaniu była odporność na wiatr. Działki w centrum miasta były najdroższe, bo kilometrami ciągnąca się we wszystkich kierunkach zabudowa dawała najlepszą ochronę przed pustynią. Dlatego też każdy nowy budynek biurowy projektowano co najmniej na czterdzieści kondygnacji, by zoptymalizować koszty. Tak wysokie budynki zachowywały się stabilniej w czasie trzęsień ziemi, co dla większości ludzi było trudne do zrozumienia.
Kiedyś planowano kolonizować Marsa, umieszczając na jałowej planecie szklane kopuły habitatów. Cóż to byłoby jednak za życie? Ciągły strach przed rozszczelnieniem powłoki i uduszeniem.
Dwa lata temu senator Griffin mógł sobie pogratulować przepchnięcia ustawy przyznającej środki na projekt Waterfall. W kierunku Marsa leciała pierwsza kometa, na tym etapie podróży kierowana już w prosty sposób. Towarzyszyły jej trzy bezzałogowe statki. Podgrzewając laserami powierzchnię komety, powodowały wrzenie i wyrzut masy w odpowiednim kierunku. To wystarczało do drobnych korekt toru lotu. Niewielkie jądro i kilkadziesiąt milionów ton lodu. Częściowo H2O, częściowo CO2 plus nieistotne domieszki. Wielkość imponująca, choć nie w skali planetarnej. Jeśli uda się trafić w okolice bieguna, bilans tlenowy poprawi się zaledwie o ułamek procenta, ale otworzy to drogę do zupełnie innego sposobu terraformowania Marsa. Zdecydowana większość lodu wyparuje podczas lotu przez atmosferę i spadnie w postaci deszczu. Dodatkową korzyścią będzie naruszenie pozostałej czapy lodowej, która dotychczas nie całkiem zanikła, i to mimo podgrzania atmosfery. Już wkrótce dopuszczalnym kosztem energetycznym będzie można zmieniać tor lotu podobnych obiektów. Pozwoli to na pozyskanie zarówno tlenu, jak i wody, w ilościach umożliwiających dokończenie przemiany Marsa w prawdziwą drugą Ziemię.
Oczywiście istnieje ryzyko rozpadu obiektu przed dotarciem do celu. Stanowiłoby to pewne zagrożenie dla obszarów zamieszkanych, choć największym zmartwieniem naukowców pozostawało niewielkie kamienne jądro, którego nie dawało się dokładnie zbadać. „Niewielkie” jądro uderzające w Marsa mogło oznaczać katastrofę na skalę ziemskiej zagłady dinozaurów i powrót sztucznie przerwanej epoki lodowcowej. Oznaczałoby to również kres panowania ludzi na Czerwonej Planecie.
Nowy Londyn był miastem zaprojektowanym przez urbanistę z planem rozwoju na pierwsze pięćdziesiąt lat. Brak jakichkolwiek barier, wynikających z istniejącej zabudowy bądź warunków ukształtowania terenu, zdejmował wszelkie ograniczenia, co nad wyraz często przerastało wyobraźnię twórcy. Żeby chociaż jakieś góry, uskok terenu czy krater... Nowy Londyn powstawał w bólach na pustyni, pod którą rozciągała się lita skała, gładka jak stół. Jedynym punktem zaczepienia były trzy wieże elektrolityczne. Z braku jakichkolwiek założeń projektant wykonał cztery główne ulice biegnące w czterech kierunkach świata, kilometrowej średnicy rondo i dalej ulice porządkujące zabudowę w równe kwadraty.
Początkowo wytworzył się okrąg o średnicy dwudziestu kilometrów. Miasto rozrastało się niemal równomiernie we wszystkich kierunkach. Na zdjęciach satelitarnych Nowy Londyn wyglądał jak organizm żyjący w trudnych warunkach, bojący się wypuścić dalej w otoczenie odnogę, by jej nie stracić. Nowe osiedla powstawały jako półkoliste narośla na ciele miasta. Początkowo były to niemal slumsy dla biednych imigrantów, ciągle zasypywane przez pustynie. W miarę upływu czasu następne i jeszcze następne budynki tworzyły ochronę przed piaskiem, a starsze osiedla podnosiły swój status. Wraz ze statusem rosły i czynsze. Mieszkańcy albo zdążyli się wzbogacić, albo przenosili się dalej.
Pożary na Marsie zdarzały się rzadko, niska zawartość tlenu w atmosferze i sporadyczne używanie w budownictwie materiałów palnych nie sprzyjały im. Niemal wszystko, co łatwo ulegało spaleniu, musiało przylecieć z Ziemi. Było więc drogie.
— Pisał pan, że człowiek jest zwierzęciem, które wyewoluowało w sposób naturalny, więc i wszystko, co robi, jest naturalne. — Jednak pani pamięta. Podałem też przykład pierwszych jednokomórkowców, które doprowadziły do katastrofy ekologicznej na niespotykaną już nigdy potem skalę, „zatruwając” ziemską atmosferę tlenem cząsteczkowym. — Dzięki temu mogliśmy się pojawić na świecie. — Tak więc pojęcie katastrofy ekologicznej jest względne.
Domy wyglądały podobnie. Elewacje mieniły się różnymi odcieniami brudnej czerwieni i pomarańczu, zachodnie ściany budynków najczęściej nie miały okien lub okna wybito później, gdy kolejne osiedla wytworzyły osłonę przed piaskami. Wtedy też zapewne powstały nieco bardziej wyszukane domy z większymi oknami. Niemal każdy miał na dachu baterie słoneczne lub szklarnię. A czasem jedno i drugie.
Wiatry zachodnie wiały częściej niż inne. Patrząc na plan Nowego Londynu, można było odnieść wrażenie, jakby miasto próbowało przyjąć jak najbardziej aerodynamiczny kształt. Strona wschodnia wydłużała się nieznacznie jak w spadającej kropli. Warstwa „naskórka” z prostych, tanich domów była najgrubsza od zachodu. Metro tutaj jeszcze nie docierało. Jego sieć rosła wolniej niż zabudowa.
Formowanie planet to w najlepszym razie setki lat. Dawno temu względy polityczne przeważyły i proces postanowiono skrócić. Wiedziano, że negatywne skutki wyjdą na jaw za kilka pokoleń, w dalekiej przyszłości. Teraz właśnie jest ta daleka przyszłość. Płacimy za krótkowzroczność i małość polityków, których imion nikt już dziś nie pamięta. Nigdy wcześniej nie formowaliśmy planet, więc mamy tylko wiedzę teoretyczną, ale wiemy, czego na pewno robić nie wolno. Proszę sobie wyobrazić ciężarną matkę, która nie może się doczekać dziecka i próbuje wybrać na lekarza prowadzącego ciążę tego, który zgodzi się przyspieszyć poród o kilka miesięcy. Tak właśnie zachowywali się politycy sto pięćdziesiąt lat temu i tak dziś zachowują się nasi wyborcy. Chcą żyć normalnie już teraz. Nie dopuszczając do siebie możliwości dłuższej perspektywy.