Maminsynek - Stanisław Graybner - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 343 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Maminsynek - Stanisław Graybner

Powieść Stanisława Graybnera (1846–1918) wydana w 1894 roku. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Maminsynek - Stanisław Graybner

Fragment ebooka Maminsynek - Stanisław Graybner







Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. CZĘŚĆ II
  13. ROZDZIAŁ I
  14. ROZDZIAŁ II
  15. ROZDZIAŁ III
  16. ROZDZIAŁ IV
  17. ROZDZIAŁ V
  18. ROZDZIAŁ VI
  19. ROZDZIAŁ VII
  20. ROZDZIAŁ VIII
  21. CZĘŚĆ III
  22. ROZDZIAŁ I
  23. ROZDZIAŁ II
  24. ROZDZIAŁ III
  25. ROZDZIAŁ IV
  26. ROZDZIAŁ V
  27. ROZDZIAŁ VI
  28. ROZDZIAŁ VII
  29. ROZDZIAŁ VIII
  30. ROZDZIAŁ IX
  31. PRZYPISY
  32. KOLOFON

CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Przed piątą z rana było prawie ciemno. Po trzydniowej słocie, wyjaśniło się nareszcie od wschodu, a ziemia, jakby upartym deszczem znudzona, swobodnie oddychała kłębami szarej mgły, niemiło ogarniającej tych ludzi, którym twardy obowiązek kazał stawić się raniej do pracy, niżby mieli do tego ochotę.

To też zawiadowca stacji Pepinster, wyczekujący pociągu od pruskiej granicy, miał kwaśną minę. Dął zimny wiatr, więc urzędnik postawił kołnierz płaszcza, ręce w kieszenie wsunął, a ziewnąwszy pełną piersią, spojrzał ku Verviers. Pociągu tylko co nie widać, bo i posługacze stoją już na posterunkach. Jeden podtoczył na niskim wózku elegancki kufer, drugi przy drzwiach od bufetu trzyma drobne pakunki, a za nimi stoi podróżny, jedyny na stacji. Smagły, pięknych kształtów blondyn, ubrany wytwornie, wnosząc z wyrazu twarzy, bardzo młodziutki, z jasnym, zaledwie obiecującym się zarostem, snadź jeszcze nietkniętym brzytwą golarza. W niebieskich oczach młodzieńca, łatwo dostrzec inteligencję i sentymentalność, niezupełnie temu wiekowi właściwą. Całość przedstawia się wykwintnie a sympatycznie.

Rozległ się przeciągły świst. Pociąg nadchodzi. Niby ślepia dzikiego zwierza, zabłysły w ciemności latarnie parowozu, a tuż za nim pociąg; oświetlony lampami wagonów, jak zwinny Wąż, wygiął się na łuku. Z szykiem, sobie właściwym, maszynista zatoczył ekwipażem na wekslu, krótkim, urywanym świstem dał sygnał po dwakroć, i wpadłszy gwałtownie przed stację, zręcznie zahamował na miejscu.

Przystanek najkrótszy – jedna minuta.

En voiture! – dobitnie zawołał konduktor, przeciągając ostatnią sylabę.

Pour Bruzelles! – zbliżając się, rzekł młody człowiek, a zaledwie zdążył umieścić się w wagonie i odebrać z rąk posługacza pakunki, zatrzaśnięto z łoskotem drzwi i pociąg dalej pomykał.

Ale w przedziale wskazanym przez konduktora, nie było miejsca, bo na dwóch przeciwległych siedzeniach spały dwie damy. Lampę osłonięto niebieską materią

Młodzieniec oswoił wzrok z półświatłem i zastanowił się, jak mu należy postąpić. Zdawałoby się najprostszym przebudzić jedną i poprosić o zrobienie miejsca. Ale on był dżentelmenem, a damy spały tak smacznie. Więc złorzeczył konduktorowi, który go skazał na pieszą podróż w wagonie kolei żelaznej i obiecywał sobie zmienić przedział przy pierwszej sposobności. Tymczasem, wsparty o okno, patrzył przez szyby, bo zaczynało już świtać, a droga od Herbesthal do Liege, jest najpiękniejszą w Belgi. Ale wkrótce łokcie mu ścierpły, a tunele, raz po raz po sobie następujące, przeszkadzały w podziwianiu widoków; rozglądał się znów wokoło i teraz dostrzegł, że jedna z dam, śpiąca w pozycji nieco skurczonej, zostawiła skąpo miejsca na ławce. Skorzystał z tego skwapliwie i usiadł, trzeba przyznać jak najoględniej na samym brzegu siedzenia. Po zdobyciu takiej pozycji, nabrał otuchy. Powoli, powoli, będzie się zasiadał coraz głębiej, nie budząc podróżnej. I on chętnie ułożyłby się do snu, ale o tym nie mógł marzyć Natomiast, badał otoczenie. Na sznurowych półeczkach spoczywały wytworne torby, pudełka i pledy, z których coś niecoś można wnosić o właścicielkach. Rzucił okiem w bok, ale głowa śpiącej była przykryta woalką. Spojrzał bliżej i oczy szybko odwrócił. Miałżeby znaleźć coś niemiłego? Przeciwnie. Jednakże młodzieniec, moralnie, jak on wychowany, nie chciał korzystać z położenia, zresztą zwyczajnego w podróży, że zgrabny, lakierowany bucik wykradł się spod podróżnego kostiumu... Patrzył więc znów przez okno na jakąś willę i piękne otoczenie, ale gdy pociąg skrył się nagle w tunelu, mimo woli zawrócił okiem ku nóżce sąsiadki.

– A nie, nie trzeba – myślał. – Co by na to powiedziała mama, lub moi nauczyciele, gdyby widzieli.

I znów głowę odwrócił.

Ale za chwilę zastanowił się, że już skończył dwadzieścia dwa lat, że mama, gdyby żyła, nie mogłaby wymagać, aby był zawsze niedorosłym Guciem, a nauczyciele wszakże dawno przyznali mu dojrzałość.

I jakby pozbawiony skrupułu, zrzekł się pięknego kraju Wallonów, przekładając sąsiednie zjawisko.

A nóżka była istotnie ładna. Drobna, w paluszkach wąska, na podbiciu wysoka.

Gdyby podróżny był wytrawniejszy w tych rzeczach, to oceniłby, że takie kształty nie miały nic wspólnego z płaską niemiecką lub flamandzką nogą, a na francuską – stopka była za krótka. Ale moralnie wychowany młodzieniec był ignorantem w tym względzie i w tej chwili powodował się tylko zmysłem estetycznym.

Naraz, pociąg w pełnym biegu/wypadł z tunelu na ostry łuk, i pochylił się tak, że młody człowiek, zaledwie uczepiony ławki, stracił równowagę, a bliski zważenia się całym ciężarem na sąsiadkę, mimo woli oparł lekko ręce o jej kolana. Przebudzona, zerwała się z siedzenia.

Pardon madame, vergeihen sie – odezwał się zmieszany.

– Nie śpisz Kamilko? – zapytała po polsku druga kobieta, wychylając głowę spod pledu.

– Spałam tak dobrze – odparła pierwsza – ale nam tu, jak widzę, dali nieproszone towarzystwo.

Podróżny, usłyszawszy polską mowę, sam będąc Polakiem, tym bardziej żałował swej niezręczności, a jednocześnie był rad spotkaniu rodaczek.

– Zechcą mi panie wybaczyć – mówił głosem nieśmiałym – ale to wina konduktora, że mi tu wskazał miejsce. Inaczej, nie pozwoliłbym sobie przeszkadzać paniom, zwłaszcza rodaczkom.

– A, pan Polak? – zwróciła się starsza, poprawiając włosy.

– Tak jest, ale niech panie nie krępują się dla mnie. Na pierwszej stacji wyszukam inne miejsce, a tymczasem chętnie postoję – tj. rzekłszy, powstał z siedzenia.

– Niechże pan siada, proszę bardzo – mówiła ta sama dama – śpimy prawie od samego Berlina, a dawno już nie miałyśmy polskiego towarzystwa. Pan daleko jedzie?

– Do Brukseli pani, jadę ze Spa, gdzie bawiłem kilka dni. Czy panie także do Brukseli?

– Jedziemy do Ostendy na kąpiele, po sezonie we Franzensbadzie. Ale pan zapewne nic dla kuracji podróżuje? W tym wieku...

– O tak, pani, jestem zupełnie zdrów. Chcę raczej poznać kawałek świata, a po drodze i belgijską stolicę. Nie podróżowałem nigdy.

– A to wielka przyjemność – wtrąciła pierwszy raz druga.

Dotąd młodzieniec; zamieniając słowa tylko ze starszą, siedzącą naprzeciwko, nie miał sposobności, lub może nie śmiał zajrzeć w oczy sąsiadce, którą tak niezgrabnie przebudził, ale gdy sama przyłączyła się do rozmowy, obrócił się ośmielony. Miał już jakiś frazes banalny na ustach, lecz gdy rzucił na nią okiem – zaciął się. Była uderzająco piękna.

Twarze pospolite wymagają wykończonego stroju i misternego utrefienia włosów, piękność jednak doskonała nie przestaje być nią zawsze i we wszelkich warunkach.

Nie każda kobieta, po nocy przespanej w wagonie, miałaby odwagę próbować siły swych wdzięków, ale ta w tej chwili była pewną siebie. Nie mogąc przeczesywać włosów w towarzystwie młodego człowieka, zdążyła przed chwilą wyjąć z nich parę szpilek i puściwszy swobodnie czarne warkocze, rozplotła je do połowy tak, że jej okryły ramiona, niby lśniący, fantazyjny płaszcz. Przepysznie oprawne ciemne oczy, snem wywołany rumieniec na białej twarzy, klasyczny nosek i zmuszające do zachwytu usteczka – wszystko składało się na iście modelową piękność, olśniewającą i czarującą zarazem.

Nie dziwna, że młodemu blondynowi słowa na ustach zamarły.

Starsza kobieta spostrzegła to uwielbienie! A chcąc podtrzymać uciętą rozmowę, dodała:

– Moja córka przepada za podróżami.

Podzielam takie upodobanie – rzekł młody człowiek, wyrwany z podziwu. – Pierwszy raz wyjechałem z kraju, spragniony szerszego świata. Wielce przyjemne są te obserwacje i nowe wrażenia. Na każdym kroku szukamy czegoś odmiennego, porównywamy trawki z naszymi trawkami, dotykamy drzew, aby przekonać się, czy rosną podobnie jak nasze, nieomal zadziwia nas słońce i księżyc, że świecą z tej samej wysokości. Ale w miarę posuwania się na zachód, uczuwamy żal do samych siebie, że tam, u nas, w porównaniu tak wszystko blednie, tak smutno wygląda. Rzućmy okiem na Belgię, przez którą jedziemy. Jakaż niezmierna różnica, a jednak nasz kraj nie uboższy od tego, tylko po macoszemu przez nas traktowany.

Ten zwrot, rzucony poważnie przez młodego człowieka, dobrze dlań usposobił matkę i córkę. Dotąd widziały w nim prawie młokosa, udającego mężczyznę; teraz przedstawił się jak człowiek, który co najmniej myśli i mówi rozsądnie.

Pogawędka też zawiązała się na dobre, a młodzieniec był w siódmym niebie, bo piękna sąsiadka ożywiała się coraz więcej.

Znajomości w wagonie zawierają się łatwo i szybko. Polacy, zwłaszcza z tej samej sfery, zawsze odnajdują w rozmowie wzajemnie znajome sobie osoby i stosunki. Toteż gdy pociąg zbliżał się do Louvain, nasze towarzystwo znało się już dobrze. I tyle wiedziano o sobie, że młody człowiek nazywa się August Turski, że stracił niedawno matkę i objął rodzinny majątek w Hrubieszowskiem, gdzie dotąd stale przebywał, bo wychowanie odebrał w domu, pod kierunkiem dwóch światłych pedagogów, Francuza i Niemca. Matka nie zdobyła się na odwagę, aby jedynaka z domu wypuścić.

Pani Zahorska z domu hrabianka, z córką Kamillą, obecne towarzyszki podróży Turskiego, miały posiadać znaczne dobra na Podlasiu i jak corocznie, bawiły zagranicą parę letnich miesięcy.

Teraz już Turski nie żywił żalu do konduktora za wskazanie mu togo a nie innego przedziału. Był zachwycony znajomością.

Pani Zahorska, bardzo ożywiona, mimo że się już miała ku pięćdziesiątce, była jeszcze przystojną. Ktoś inny dostrzegłby w niej może za wiele pretensji do powierzchowności, ale młody Turski nie szukał ujemnych stron w matce, której córka – według niego – gromadziła w sobie ideały wszelkie. A w wyrazistych oczach Kamilli przeczuwał niebo, w którem udział zwykłego, jak on, śmiertelnika, wydawał mu się być szczęściem, nieuchwytnym, jak sen rozkoszny.

August dotąd nie znał, bo nie spotykał kobiet. Lata młodzieńcze zeszły mu na nauce, a jego towarzystwo ograniczało się do troskliwej matki i czujnych guwernerów. Dziś stawiał pierwsze kroki jako człowiek samodzielny. Był niewinny ciałem, świeżego umysłu i ciepłego serca, a więc tym wrażliwszy na piękno. Uśmiechał się do wszystkiego, bo i jemu wszystko się uśmiechało.

Panna Zahorska przeżyła już dwadzieścia sześć wiosen, ale te lata nie ujęły jej piękności przeciwnie, dodały do naturalnych wdzięków rutynę ich użycia, przywabienia i oczarowania.

– Więc pan nie zna morza? – zapytała w dalszym ciągu rozmowy.

– Nie, pani. Ma być imponujące.

– Na rozmaite osoby wywiera różne wrażenia. Mnie ono zachwyca, ale słyszałem młodą panienkę, która, gdy znalazła się pierwszy raz U jego brzegu, rzekła z całą naiwnością: spodziewałam się więcej wody zobaczyć. Kąpiele są nader przyjemne. Niech pan przyjedzie do Ostendy, nauczę cię uciekać przed bałwanami. To bardzo zabawne.

August, nie wiedząc, że damy i mężczyźni kąpią się razem w morzu, zarumienił się, jak burak. Ale nie rad był przyznać się do tej nieświadomości.

– A to przyda mi się tym bardziej – odparł – że nie umiem pływać. Matka moja bała się zawsze, abym nie utonął przy lekcji. To samo było z konną jazdą. Musiałem używać protekcji mego dzisiejszego sąsiada Lubicza, aby mi pozwolono dosiąść konia, a wtedy matka truchlała, że nogę złamię.

– Widocznie bardzo kochała swego jedynaka – rzekła pani Zahorska.

– Niewątpliwie; a jednak, widzę dziś w sobie braki, będące następstwem systemu mego wychowania.

– Ze mnie bo mama zrobiła chłopca – wtrąciła Kamilla. – Powiadam panu, umiem wcale dobrze pływać, jeżdżę konno, na łyżwach, strzelam z pistoletu i – kiedy nikt nie widzi – palę papierosy. A pan pewno nie palisz, czy zgadłam?

– Tak pani, nie palę, nie piję, konno jeżdżę po łacinie, o gimnastyce nie mam pojęcia.

– Więc pan zapewne i nie polujesz?

– Gdybym polował musiałbym strzelać, a strzelając choć wypadkiem zabijać. Lubię ptaki i zwierzęta, ale właśnie dlatego nie miałbym żadnej przyjemności pozbawienia ich życia. Czuję nawet do tego pewien wstręt. Kocham kwiaty, toteż ich nie zrywam.

– A więc żadna panna nie może spodziewać się od pana bukietu?

– Przyznaję, nie myślałem o tym.

– A gdybyś pan znalazł się na placu pojedynku, czy i wtedy nie byłbyś zdolnym zabić przeciwnika?

– Nie mógłbym być w podobnym położeniu, bo nie obraziłbym nikogo, a sam nie dałbym powodu, aby mnie obrażono. Pomijam te wypadki, w których mamy prawo postawić się wyżej nad wyrządzoną obrazę.

– To bardzo względne i nie zawsze od nas zależne – mówiła piękna panna, tą rozmową zainteresowana – jakżebyś pan postąpił, gdyby obrażono kobietę, jego narzeczoną lub żonę?

Zapytanie zastawało zupełnie nieprzygotowanym młodzieńca. Nie chciał być sprzecznym sam z sobą, byłoby gorzej okazać się obojętnym na honor kobiety. Niezwykły podobnej szermierki, w której światowe damy tak biegle władają giętką bronią języka, Turski w duszy czuł się pokonanym, a dla zamaskowania porażki, obmyślał wymijającą odpowiedź.

Ale otworzenie drzwi wagonu wyprowadziło go z trudności.

– Do Ostendy! Proszę przesiadać się! – objaśnił konduktor.

Towarzystwo, zajęte rozmową, nie zauważyło zatrzymania się pociągu na stacji, z której rozchodzą się koleje do Brukseli i ku Holandii.

Teraz więc panie musiały się spieszyć z pozbieraniem drobiazgów, aby zdążyć w porę. August, pomagając im, niewymownie żałował, że tak prędko traci towarzystwo, a zwłaszcza córki, z którą rad by nie rozstać się już nigdy.

Za chwilę, z okna wagonu ścigał wzrokiem przedział, do którego wsiadły jego znajome, ale tam dojrzał tylko głowę belgijskiego oficera.

Postanowił czekać do końca i nie zawiódł się, bo kiedy już obydwa pociągi ruszyły, oficer znikł, a w jego miejscu ukazała się Kamilla, posyłająca Turskiemu gest ręką i słowa:

– Do widzenia w Ostendzie, mais sans faute, nieprawdaż?

August był tym pożegnaniem uszczęśliwiony.

– Miałożby jej w istocie na tym zależeć? – pomyślał.


ROZDZIAŁ II

– Co mówisz o naszej znajomości? – zagadnęła matka córkę, kiedy się już znalazły w drugim pociągu w towarzystwie oficera i trzech Flamandów, palących krótkie piankowe fajeczki.

– Co mówię? Ładne jabłuszko szlachetnego gatunku dochodzi na słońcu. Staranny ogrodnik zrobił swoje, a reszta zależy od sprzyjającej pory. Może dojrzeć na piękny owoc, jeśli go wiatr nie strąci, lub robak nie stoczy.

– Definicja trafna.

– Z początku myślałem, że to młodzik, trochę pozujący i fanfaronik, ale widzę, że chłopiec dobrze wychowany i wcale nie głupi. Tylko to wychowanie zdradza go w każdym słowie. Widocznie ogromnie moralny i w obejściu nieśmiały, jak pensjonarka. Uważała mama, jak się biedak zarumienił, kiedy mu wspomniałem o kąpielach?

– To było nie na miejscu. Może mieć złe wyobrażenie o tobie.

– Co też mama mówi! To mój system postępowania z mężczyznami Bufona powagą doprowadzam do równowagi, a z naiwnym dzieciakiem trzeba działać przeciwnie. – Cóż tobie na nim zależy?

– Jak to co? Wszakże mam nie wracać do domu bez narzeczonego, a ten Turski może być taki dobry lub lepszy niż inni. – Ależ to młodzik jeszcze.

– A cóż mi to szkodzi? Jeżeli bogaty, co zaraz trzeba sprawdzić, to jego wiek może mi być tylko na rękę. Wie mama, że nie mam kwalifikacji na zbyt powolną małżonkę, a taki dzieciuch bywa najwygodniejszy. A przy tym podobał mi się więcej niż ci wszyscy zwietrzali salonowcy, którzy przede wszystkim rachują, kiedy, jak ja tak i mama, podobno lepiej znamy tę sztukę. Z tej jego surowości wyleczyłabym go prędko. Naturalnie, jeżeli nie ma miliona; nie mam do niego pretensji. Niech mama z Ostendy napisze do pułkownika, on ma krewnych w Hrubieszowskiern, tą drogą najprędzej dowiemy się wszystkiego.

– Z czegóż wnosisz, że on by się starał o ciebie? Widziałaś go zaledwie parę godzin.

– Widziałam go aż nadto długo, aby być pewną, że jeśliby się nie starał, to tylko przez nieśmiałość. Ale ja go ośmielę, niech tylko ma milion; wreszcie, może się lepsi znajdą w Ostendzie.

– Mówisz, że tak dobrze umiemy rachować, a jednocześnie do miliona ograniczasz twoje żądania. Już nie raz wspominałam ci, że milion nie ratuje naszego położenia. Zapewne nie żądasz, abym ja została bez funduszu za to, że zbyt wiele łożyłam na twoje wychowanie, a potem prowadziłam dom na stopie odpowiedniej do tych, którzy tyle lat o ciebie konkurowali, i tylko dzięki twej wybredności, żaden nie ożenił się. Nie mówiąc o innych nie mogę ci darować hrabiego Zenona.

– Moja mamo, zrozumiejmy się raz w tym względzie. Hrabia Zenon, jakkolwiek bardzo bogaty, nie był odpowiedni dla mnie. Nigdy nie zgodziłabym się na męża, którego miliony mają służyć do dorabiania następnych, zamiast do ich użycia. Pamiętam jego teorie o wełnianych sukienkach i krajowym przemyśle. Przecież on wyraźnie rościł żądania, aby mu żona doglądała w jego fabryce a la Roquefort. Byłam bardzo obowiązaną panu hrabiemu za zaufanie, jakie chciał we mnie położyć, ale nie miałam najmniejszego pociągu do robienia serów. A nie! Sądzę, że nasze zapatrywania nie różnią się co do tego. Pamiętam, jak kiedyś nieboszczyk ojciec skarżył się, że mama przed św. Janem nie chciała obcinać kuponów od listów zastawnych, bo to robi odciski na rękach.

– To inna rzecz. Byliśmy wówczas bardzo bogaci. Ale dziś obcinałabym najchętniej.

– Wierzę. Szkoda tylko, że nie mamy nic do obcinania, prócz chyba strzępków od starych atlasów. Jednakże nie byliśmy tak bogaci, jak hrabia Zenon, a wreszcie od kuponów i wyzłacanych nożyczek w buduarze, bardzo daleko do serwatki i cuchnących woreczków.

Pani Zahorska skrzywiła się.

– Nie mówię – ciągnęła córka – o ino jem wychowaniu. Nie było ono tak nadzwyczajne, a ojciec zostawił nam duże kapitały Wiec zostaje tylko prowadzenie domu na wysoką skalę. Niechże mama nie gniewa się, jeżeli jej przypomnę, że nie ja tylko byłam na wydaniu.

– Czyżby miało być tak niedorzecznym, gdybym była wyszła za mąż przed siedmiu lub ośmiu laty?

– Nie upatrywałabym w tym nic niedorzecznego, ale pan Artur bywał u nas jeszcze przed trzema laty, a przecież nie o mnie się starał. Tuż przed nim baron dostał także odkosza. Dlatego o nim wspominam, aby zwrócić mamy uwagę, że jeżeli dziś jesteśmy zrujnowane, to nie tylko ja byłem do tego powodem.

– Nie myślałem, że mnie spotkają podobne zarzuty z twej strony.

– To nie są zarzuty, ale mówimy, że moje małżeństwo z milionem nie osiąga celu, ja zaś sądzę przeciwnie. Z tym, co można jeszcze mojego z Jodłowa wyratować, dla mnie samej milion wystarczy. Nie mam ochoty zostać starą panną, zwłaszcza po licytacji naszych majątków i dlatego żądam o wiele mniej, niż kiedyś żądałam.

– Miejmy nadzieję, że w Ostendzie znajdziemy lepsze widoki mówiła matka pojednawczym tonem. – O ile wiem, będą tam dwaj kandydaci.

– Daj Boże; tymczasem nie będę zaniedbywała Turskiego, tym bardziej, że z nim łatwo zrobię, co zechcę. Mój konkurent, posiadając własny majątek, musi zarazem zapobiec licytacji Jodłowa, czyli inaczej mówiąc, trzeba, aby pozwolił sobą kierować.

– Jak chcesz, napiszę do pułkownika.

– Naturalnie, trzeba koniecznie. Jeżeli mamy obydwie ginąć, czyż nie lepiej, abym choć ja jedna utrzymała się na pozycji? Wreszcie, może Turski jest tak bogaty, że nas wyratuje obydwie.

To rzekłszy Kamilla oparła piękną głowę na białym ręku i przymknęła oczy: czy jednak do snu lub marzeń o niebieskookim blondynie, trudno było odgadnąć.

***

August w tej chwili sam jeden w wagonie, do Brukseli dojeżdżał. Ani spał, ani cieszył się możnością zwiedzania miasta. Błyszczały mu tylko piękne oczy Kamilli i brzmiał w uszach jej srebrny głos.

Rozbierał teraz każdy kształt, rys i wszelki szczegół tej fenomenalnej dla niego kobiety, w której znalazł pod wszystkimi względami bogactwo, rozsadzające jego wyobraźnię młodzieńczą.

Ale nie kreślił śmielszych planów.

Przypuszczał, że tak piękna, a zapewne bardzo bogata panna, jeżeli nie jest już zaręczoną, to ma licznych wielbicieli, z którymi współzawodnictwo nie byłoby łatwym. A jednak cieszył się, że Kamillę zobaczy w Ostendzie, o co wyraźnie prosiła. Myślał o owych kąpielach w morzu, wyrzucał sobie, że się na wzmiankę o nich czerwienił i postanawiał odtąd zdobywać się na więcej śmiałości w towarzystwie kobiet.

– Przecież minęły już bezpowrotnie moje lata dziecinne – zakonkludował.

I przyszły mu na myśl niektóre epizody w tej epoki.

Raz, gdy siedział z matką przed dworem w cieniu lip starych, nadeszła młoda chłopka z dzieckiem na ręku, prosząc dla niego o lekarstwo na koklusz. Kiedy sprezentowany dzieciak dostał właśnie ataku, kobieta dobyła spod zgrzebnej koszuli białą pierś, chcąc nią zamknąć usta zanoszącemu się chłopcu od kaszlu. Gucio przyglądał się spod oka temu systemowi karmienia, ale pani Turska wysłała go zaraz po klucze od apteczki. Innego dnia szedł z matką do ogrodu, aby zobaczyć, czy już szparagi wychodzą. Przez warzywną kwaterę kroczyła w tej chwili dziewka folwarczna z płachtą zielska na plecach Chroniąc od rosy krasną spódnicę, uniosła ją względnie wysoko, nie widząc potrzeby tajenia swych kształtów.

– W której więc stronie jest konstelacja Wielkiej Niedźwiedzicy? – zapytała matka jedynaka.

Gucio, wiedząc że nie może być nic wspólnego między lutowickimi burakami a astronomią, rad nie rad, musiał wznieść oczy ku niebu...

Takie i tym podobne wspomnienia złączył znów z myślą o kąpielach w morzu razem z kobietami i krew uderzyła ma do głowy, zanim spostrzegł się ponownie, że w tej chwili niezależny i dojrzały, nic podlega żadnej kontroli i opiece.

Pociąg tymczasem pomykał po równym już, jak stół, kraju, szybko mijał stacje, aż wreszcie August na jednej z nich przeczytał: Schaarbeek, a w parę minut potem znalazł się pod szklanym dachem brukselskiego dworca.

O ile przedtem nie ograniczał nigdzie pobytu i mimo wyznaczonej marszruty zmienił ją dowolnie, teraz dążył już myślą do Ostendy, a z Brukselą pragnąłby się jak najprędzej załatwić.

Umieściwszy się w hotelu, zażądał zaraz przewodnika, który by go mógł po mieście obwieźć i pokazać, co godne widzenia. Tenże, gdy stanął przed cudzoziemcem, obliczał, że najmniej trzy dni czasu potrzeba, aby miasto obejrzeć.

– O, nie – rzekł stanowczo Turski – nie zatrzymuję się tak długo. Muszę jutro wyjechać.

Więc rozpoczęto objazd forsownym marszem. Rzut oka wystarczył na ratusz, jeden z piękniejszych gotyków i wprost niego stojący, złocisty dom, dawną królów holenderskich siedzibę Małą chwilę zatrzymano się w nieskończonym jeszcze pałacu sprawiedliwości, tym po Watykanie największym i najwspanialszym gmachu w świecie, który sto milionów pochłonął. Ale daremnie zwracał tu przewodnik uwagę młodego turysty na godne uwagi, bogate szczegóły. Ten, w hebanowych parapetach widział krucze włosy Kamilli, w różowych kieleckich marmurach, jej urocze rumieńce a w sali des pas perdus, gdy rzucił okiem w niezmierną wysokość, sięgającą szczytu rotundy, zasmucił się, że i do jego złudnego szczęścia nie bliżej. W cudownym parku Bois de la Cambre doznał podobnego wrażenia, patrząc z zawiścią na Belga, siedzącego obok w powozie. Jakże chętnie zastąpiłby go panną Zahorską, a wówczas ten park, woda, klomby, trawniki i gąszcze, w jej ponętnym towarzystwie o wieleż by się piękniejszymi wydały.

Po przedstawieniu w teatrze de la Monnuic, August uwolnił przewodnika i powrócił do hotelu, a przed wejściem na piętro wstąpił do sąsiedniego Café Cesino. Tu wcisnął się pomiędzy liczną publiczność, a wziąwszy do ręki „Etoile Belge”, zajął miejsce pod filarem, po drugiej stronie, którego siedzieli dwaj młodzi ludzie, odwróceni plecami. Gwar kawiarniany i łoskot kul bilardowych, głuszył ich rozmowę ale z paru oderwanych wyrazów zdawało się Turskiemu, że słyszy polską mowę. Zaciekawiony, przysunął się jak mógł najbliżej do filaru i teraz słyszał wyraźnie:

– Więc jutro wyjeżdżasz do Ostendy?

– Na pewno. Tu nie mam co robić, a tam prawdopodobnie już przyjechały dwie panie, które poznałem niedawno.

– Polki?

– Tak jest, matka i córka, z Królestwa. Panna, powiadam ci śliczna.

– I zakochałeś się, czy może masz małżeńskie zamiary?

– Romans byłby trudny, a małżeństwo względne. Jestem dopiero na drodze ściągania wiadomości co do strony pekuniarnej, rozumiesz, a tymczasem, nic nie ryzykując, nie zasypiam.

– Któż to taki?

– Panna Zahorska z Podlasia.

Turski poprawił się na krześle tak, że się o łokieć zbliżył do rozmawiających.

– I jesteś dobrze uważany?

– Jak najlepiej. Panna zakochana we mnie i byłbym już przyjęty, gdybym się we Franzensbadzie oświadczył. Ale wiesz, że jestem dość wytrawny w tych sprawach. Właśnie ta łatwość w powodzeniu niepokoi mnie. Panny bogate i piękne nic bywają tak przystępne.

Co chcesz, jeśli się kocha w tobie...

Zapewne, jednak nie chciałbym się złapać. Cały urok hymenu bez gotówki, zostawiam krezusom albo głupcom. W pierwszym wypadku nie jestem...

– W drugim być nie chcesz, to jasne; a więc nie pozostaje, jak tylko żałować panienkę, że zaangażowała serduszko.

– Dlaczego żałować? Jeżeli adwokat, od którego zażądałem opinii, napisze mi ekstra, a wreszcie niechby prima, wnet i moje serce rozgorzeje z kolei.

– Słowem, działasz roztropnie, jak widzę. No, a w waszych stronach nic ma panien bogatych?

– Owszem, ale ja tam mieszkam niedawno. Kupiłem niewielki majątek, zostało mi nawet trochę gotówki, tym jednak nie mogę imponować tamtejszej zamożnej szlachcie.

– Nie lepiej było zostać w Galicji, niż obcych bogów szukać? Pamiętasz te czasy, kiedy grywałeś ze mną w bilard w Sanoku?

Ale zapytany widocznie nie chciał poruszać przeszłości, bo zmienił przedmiot rozmowy:

– A ty co robisz i jak ci się wiedze?

– Dużo byłoby o tym mówić. Kręciłem się tu i ówdzie po świecie, aż zawędrowałem do Brukseli. Otworzyłem sklep ruskich papierosów i tego pilnuję.

– To dobry interes?

– Nieźle mi idzie Na pudełkach litografuję rosyjskie napisy, a w środek kładę tytuń miejscowy z domieszką egipskiego. Z tego wychodzi jakieś mixtum compositum, na którym nie tylko Flamand, ale i sam diabeł się nie pozna.

– I kupują?

– Nawet palą.

– No, bądź że mi zdrów, bo ja pójdę spać. Życzę ci powodzenia z afrykańsko-rosyjskimi papierosami.

Nawzajem, zrób karierę na pekuniarnomałżeńskiej operacji, kąp się w Ostendzie, a nie skąp się wypadkiem.

– O to bądź spokojny.

I rozeszli się rodacy Augusta, nie przypuszczając, że swobodną wśród Belgów gawędę zrozumiano co do słowa.

Turskiemu było teraz gorzko i kwaśno Wybijała godzina północy, zwiastując mu znikomość jego efemerycznych złudzeń. Od chwili opuszczenia Nadbuża, pierwszy raz wydało mu się smutno i pusto wokoło. Szybko zbogacił się, jeszcze szybciej zubożał.

Poszedł prosto do hotelu, a krocząc po pokoju, mówił głośno do siebie:

– A więc kariera skończona. Przewidywałem, że tale się stanie. Osoba równie piękna, nie potrzebowała czekać, aż się tam het w Hrubieszowskiemu konkurent dla niej wychowa. Ale kto to być może? Byłżeby to mój sąsiad Wagner, o którym słyszałem? On niezawodnie.

Oburzał się na tego człowieka, nie cierpiał go.

– Dziś rano jeszcze twierdziłem, że nie mógłbym zabić przeciwnika na placu pojedynku, dziś jeszcze podobna myśl wydawała rai się potworną, a teraz?... O, tak, zabiłbym tego pięknego pana, który w tak ohydnym frymarku, nikczemnie obraża jej szlachetne, czyste uczucie.

Kamilla kocha go. A ja? Jak niespodzianie poznałem, tak prędko zapomnieć jej muszę. Po cóż miałbym gonić do Ostendy? Skazywać się na cierpienia, być świadkiem tryumfu tego człowieka, którego nie mam sposobu zdemaskować? O nie, nie pojadę, stanowczo nie pojadę.

I August zdecydował się wyjechać nazajutrz prosto do Paryża.

Podług programu, przewodnik stawił się z rana. Zostawały do obejrzenia muzea, pałac i park królewski, katedra Św. Guduli, wreszcie piękne Laeken, rezydencja Leopolda II.

Prędko załatwiono się z tym wszystkim, a przewodnik może nigdy nie miał tak łatwego zadania. Młody turysta nie wyzyskiwał go pytaniami i zdawał się niecierpliwie wyczekiwać końca oględzin.

Od wczoraj był innym człowiekiem, jego myśl bezustannie zawracała do tego samego przedmiotu, z oczu na chwilę nie schodził obraz pięknej Kamilli.

Około drugiej godziny, Turski, dojeżdżając do południowego dworca, postanowił w miarę oddalania się od Belgi, miły swój sen zacierać w pamięci.

Gdy fiakier stanął na miejscu, polecił posługaczowi kupić bilet do Paryża i wyprawić kufer.

– Pociąg odszedł przed chwilą, następny odejdzie o dziesiątej wieczorem, była odpowiedź.

Pół godziny później, August siedział w wagonie kolei północnej, wprost pięknego blondyna w binoklach o starannie utrzymanej brodzie, w którym poznał spotkanego w kawiarni domniemanego Wagnera.

Pour Grand, Ostende, Anvers, Rooscndal, Hollande – obwoływał portier.

En voiture – rozległ się głos konduktora.

Pociąg ruszył.

Turski, upatrując siłę wyższą w spóźnieniu się na pociąg paryski o jedną minutę, w ostatniej chwili zawrócił ku Ostendzie. Postanowił bawić tam tylko jeden dzień! Spotkawszy tak niespodzianie zawistnego mu człowieka, przyrzekał sobie niczym nie zdradzić się, aby uniknąć tej znajomości. Kto w takim wypadku nie chce być wciągniętym w rozmowę powinien spać albo czytać. August wybrał to ostatnie i w tym celu wyjmował z podróżnej torby „Soir”, przed chwilą nabyty, przy czym mimo woli pokazał swą paszportową książeczkę.

– Przepraszam – zapytał nieznajomy po francusku – czy pan Polak?

– Tak, panie odparł niechętnie zaczepiony.

– Bardzo mi przyjemnie mieć w panu towarzysza podróży – mówił już po polsku – jak pan widzi, jestem także Polakiem.

I stało się złe, którego Turski pragnął uniknąć Rozmowa była nieuniknioną.

– Jaką prowincję Polski pan zamieszkuje? – pytał pan w binoklach, z piękną brodą.

– Królestwo – była lakoniczna odpowiedź.

– Czy pan mieszka w Warszawie, lub na wsi?

Na wsi.

– W której że guberni?

– W Lubelskiej.

– Jest mi tym przyjemniej, bo i ja mieszkam w Hrubieszowskiem. A pan z którego powiatu?

– Także z Hrubieszowskiego

– A więc pan mieszkasz w Nadbużu? To zaledwie mila drogi ode mnie! Tak bliscy sąsiedzi poznają się aż tu dopiero. Ja bo jestem jeszcze prawie obcy w tamtych stronach i nie mam żadnych znajomości.

I tak zawiązała się między młodymi ludźmi rozmowa, w której przeważnie zadawał pytania Wagner, a Turski odpowiadał pojedynczymi słowami, wyrabiając o sobie opinię szczególnie małomównego.

O pannie Zahorskiej z żadnej strony nie było wzmianki.

August słyszał, że jakiś Wagner nabył na licytacji niewielki majątek Tężyn, sąsiedni z jego Nadbużem. Więcej nic o nim nie wiedział. A że ten sposób kupowania ziemi nieprzychylnie zazwyczaj usposabia okolicę dla nowonabywcy, więc też i Wagner, chociaż nieznany, miru w Hmbieszowskiem mieć nie mógł. On sam jednak znał dobrze tamtejsze stosunki, w które tak łatwo wtajemniczają miejscowi Żydkowie. Słyszał, że Nadbuże to duży i piękny majątek, że pani Turska zostawiła interesy w najlepszym stanie, a jej syn ma być szanującym się młodym człowiekiem i pracowitym rolnikiem. Opowiadano mu także, że jeszcze dawniej rodzice Turskiego projektowali ożenić syna w sąsiedztwie z panną Lubiczówną, którą ojciec za życia, gorąco ten projekt popierał.

Wagner należał do rzędu ludzi, szperających w sposobnościach, w których by nic nie stracić, a coś zyskać można. Zaprzyjaźnić się z Turskim, a w swoim czasie użyć go za pośrednika do wejścia w tamtejsze, tentujące go towarzystwo, to mogła być pierwsza korzyść z tej znajomości.


ROZDZIAŁ III

Ireneusz Wagner był synem Niemca, wyższego urzędnika w powiatowym mieście wschodniej Galicji, który, trzymając się długie lata na tym stanowisku, zdołał oszczędnością zgromadzić okrągłą fortunkę. Stary owdowiał, pilnie zajęty urzędem i zbieraniem grosza, niewiele przejmował się wychowaniem jedynego syna, już młodzieńca, wśród dymu długich Virginia i odoru piwa sali bilardowej w miejscowej tak zwanej cukierni, na swoją rękę kształcił się w sztuce życia, bo ze szkołą zerwał już od czwartej klasy. Stary był niepomiernie skąpy, a syn, prowadząc życie próżniacze, potrzebował pieniędzy. To wyrobiło w tym ostatnim spekulacyjnego ducha i dawało mu byt o własnych siłach. I tym ujmował ojca, że będąc zawsze dobrze ubranym, uczęszczając do wszystkich publicznych miejsc dużej mieściny, nie korzystając prawie z domowej kuchni, nic nigdy nie potrzebował. Takie jego postępowanie rymowało z sentencją, jaką stary zwykł był powtarzać: ex ist sicherer zu mehren, als su theilen.

Stałem, a niewyczerpanym źródłem dochodów młodego Wagnera był bilard. W tej grze wyćwiczył się znakomicie, a z podobną bronią w ręku umiał zawsze znaleźć dających się łatwo oskubać partnerów, których dostarczała prowincja.

Ojciec umarł. Odziedziczenie znacznej sumy w gotówce, mimo młodych lat, nie odurzyło Ireneusza Przeciwnie, zaczynał teraz poważnie reflektować.

Skłonności jego wzrosły na gruncie, sprytu a ich owocem miała być kariera.

Przystojny, względnie bogaty, mógł łatwo obałamucić się koryfeuszostwem, jakie mu przyznawano na partykularzu. Miejscowe piękności teraz nie na żarty oglądały się za nim. Ale on sięgał wyżej. Widząc potrzebę ogładzenia się, załatwił sprawy spadkowe i wyjechał prosto do Paryża. Chciał się nauczyć języka i savoir vivre. Po paru latach cel w zupełności osiągnął. Z majątkiem nic nieuszczuplonym, powrócił do Galicji, ale w inne strony. Dawne stanowisko ojca w miasteczku, nie miało mu, w jego pojęciu, pomagać do zdobycia kariery. A jako najwygodniejszy, obrał sobie zawód obywatela ziemskiego. Nie brał w rachunek braku kwalifikacji, dającego się rządcą zastąpić. Zachęcało go to kacykostwo przypisywane przez mieszczan ziemianom, którzy wobec swej niezależności, mają jakoby przywilej rozkażą i sądu, kiedy im nikt rozkazywać, ani ich sądzić nie ma prawa.

Nabył więc Ireneusz dobra ziemskie, a dla lepszego efektu, przed nazwiskiem Wagner przypisał sobie przydomek Waga. Na te ciężkie czasy, mało kto posiada Paprockiego lub Niesieckiego, wiedzą o nich zaledwie w bibliotekach publicznych. – Dziś zresztą rzadko sprawdza się historię rodu.

Tak zainstalowany, marzył teraz o słodkiej przyszłości. Dobrze urządzony majątek z lasem, propinacją i czerwonym dachem na murowanym dworze, oto połowa dzieła, już dokonana Piękny posag, nie brzydsza żona, tytuł jakiegoś prezesa chociażby tylko dozoru kościelnego a potem – kto wie? Oto reszta, jaką trzeba było zbudować. Akcent czysto francuski, pięknie fryzowana blond broda, garderoba paryska, obejście się w salonie, a zwłaszcza z daniami tout ce qu’il y a de plus correct to wszystko podsumowane z fortuną, zrobiło obywatela pierwszej wody.

Ale są fatalności.

Ireneusz, już dobrze zżyty z okolicą, bywał częstym gościem u państwa Protów w najbliższym sąsiedztwie. On zapalony myśliwy, ona ponętna kobietka.

Pan Prot polował, jak rok długi. Wybiwszy cyranki, bekasy i dubelty, przechodził do kuropatw; potem przenosił się do kniei i tępił czworonogi, od St. Józefa poszukiwał słomek, a w maju, kiedy ustaje myślistwo wszelkie, zawzięcie ze szpadelkiem na krety polował. Wobec tego, cóż mogła robić pani Protowa? Nie miała dzieci i nie widywała męża. Zostawał piękny sąsiad, któremu pan Prot był zawsze niezmiernie rad, bo żona od czasu zawiązania tej znajomości, mniej nalegała na wizyty lub wycieczki do Lwowa.

Szesnastego stycznia, zebrała się cała okolica w domu państwa Marcelów, jako w dniu imienin gospodarza domu. Pan Prot nie odmówił żonie udziału w tej uroczystości, pomimo że gajowy w przededniu dzika przetropił.

W starym, niskim dworze, bawili się licznie zebrani goście państwa Marcelów, których znana gościnność tradycjonalnie rozsuwa ściany.

Pani Protowa była królową balu. Jej gustowna różowa suknia, pięknie odbijała od czarnych włosów, lśniących niezwyczajnym, bo świeżo w modę wprowadzonym brylantowym pudrem. Rzecz prosta, pan Ireneusz był tym więcej zachwycony wdziękami sąsiadki.

Dobrze po północy podano kolację. Toasty krążyły bez liku, a gdy po długich paru godzinach, muzyka zagrała mazura, zaledwie najmłodsi pospieszyli do tańca; starsi woleli trzymać się kieliszka. Wnoszono, jak zwykle, zdrowia wszystkich kolejno, a więc solenizanta, gospodarstwa i tak bez końca. Przez serwetę podawany spory pucharek, krążył z rąk do rąk, aż znowu powstał gospodarz:

– Panowie! Idąc za porządkiem podług godności i wieku, spełniliśmy za zdrowie tu obecnych, a na domek nasz łaskawych gości. Ale nie możemy zapomnieć o kimś, co z wielu względów zasłużył na nasze uznanie, jako miły sąsiad i towarzysz, który i dziś niemało przyczynił się do ożywienia zabawy. Panowie! Za zdrowie pana Wagi Wagnera!

Obejrzano się dokoła, oczekując podziękowania ze strony uczczonego. Był nieobecny. Pan Prot podążył do ba wialni, licząc, że tam znajdzie sąsiada. Ale i tu go nie zastał zarówno jak i małżonki.

Korytarzyk z sieni wchodowej, prowadził do oranżerii, w której już dawno zaniechano hodowli kwiatów. Natomiast widziałeś tu słoneczniki, dynie, miód w plastrach, pomidory, główki maku i inne płody, mogące nawet Apellesowi wystarczyć treścią do mistrzowskiego płótna. W braku miejsca, w owej eksoranżerii, urządzono dla gości skład futer i salop, niby kontramarkarnię bez kontramarek. Tu i teraz zaszedł pan Prot, w poszukiwaniu Wagnera. We drzwiach spotkał się z panią Protową.

– Czy nie widziałaś Ireneusza? – zapytał.

– Nie, zapewne jest w salonie.

Nie poprzestając na tym, wszedł do ciemnej oranżerii, a gdy zapalił zapałkę, dojrzał kogoś, wciskającego się pomiędzy stosy szopów i popielic, niedźwiedzi i tumaków. Zbliżył się i poznał – Wagnera.

Ziarnko podejrzenia było rzucone.

– Tak jestem zmęczony – mówił młody sąsiad przytomnie – żem się tu ukrył na chwilę.

Mimo pozorów, nie było podstawy do zarzutu. Pani Protowa mogła nie wiedzieć o współobecności Wagnera, a wreszcie znaną jest skłonność mężów do usprawiedliwienia ich żon.

– Chodź żeż, sąsiedzie – wzywał pan Prot. – Gospodarz wniósł pańskie zdrowie i wszyscy na pana czekają.

Nie było rady. Wagner wydostał się z pomiędzy stosów i gratów, i chcąc nie chcąc, podążył do jadalni. Ale gdy ukazał się w świetle, zwrócono nań ogólną uwagę. Ramiona i piersi jego błyszczały, jakby brylantami usiane.

To był modny puder pani Protowej. W pięknej brodzie, jak strzała, tkwił z fantazją rożek śliwek suszonych.

***

Vygyjen cl as ördög – klął węgierski oficer w dwa dni po św. Marcelim. – Dwadzieścia minut po dziesiątej, możemy plac ostrzelać.

Opodal stało dwóch panów. Poranek był mroźny.

W tej chwili dał się słyszeć skrzyp sani po zmarzniętym śniegu, a w ślad za tym, z bukowego zagaju wypadły parą dymiące kasztany. Osadzono je na miejscu, że się wsparły na zadach.

Z sani wysiedli dwaj panowie. Nie mieli woźnicy.

– Rotmistrzu – ozwał się jeden – nasz paukant drapnął.

Menja polcolba – zaklął znów Węgier.

– Cokolwiek jest, panowie, mamy honor oświadczyć się do waszej dyspozycji.

– Do żadnego z panów nie mam pretensji. Tę odpowiedź dał pan Prot.

Po paru minutach rozmowy, dwoje sani szparko pomknęło, w tym samym kierunku.

Nie wiedziano w okolicy, gdzie i jak zniknął pan Wagner. Epizod na imieninach i niedoszły pojedynek, dały bogaty materiał do gawęd w sąsiedztwie. Ale powoli wszystko poszło w niepamięć, aż dopiero z wiosną słyszano, że do majątku Wagnera zjechał ktoś z plenipotencją i takowy sprzedał starozakonnemu. Ten fakt był apoteozą rzeczy, po czym gawędki ucichły. Mąż tylko pani Marcelowej szepnął kiedyś dobrodusznie swemu proboszczowi na ucho: nie byłoby przyszło do tego, gdyby moja żona dała się przekonać do nafty. Ale ona obstaje przy swoim, że lampy są niebezpieczne, gdzie dzieci w domu. Oto, dlaczego w oranżerii nie było światła.

– Tak jest – odparł proboszcz, zażywając tabakę. – Ciemności są zawsze najgorszym doradcą.

Taką była przeszłość Wagnera, który w tej chwili zawarł z Turskim znajomość, w niekorzystnych dla siebie warunkach, z powodu podsłuchanej w przeddzień rozmowy.