Mam dziecko z feministką - Bartłomiej Bohrer - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Nowy Świat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mam dziecko z feministką - Bartłomiej Bohrer

JAK GENDER SPRAWDZA SIĘ W PRANIU.

A także w: prasowaniu, przewijaniu i karmieniu.

Para młodych dziennikarzy o krańcowo odmiennych poglądach na życie zakochuje się w sobie. Efekt przyciągania przeciwieństw działa na ich korzyść do dnia, gdy dziewczyna zachodzi w ciążę. Pracuje na umowę o dzieło i kończy studia, w jej świecie nie ma miejsca na dziecko. I w tym momencie idee, które zaczęli traktować jako figury retoryczne podnoszące temperaturę sympatycznych w sumie i niegroźnych sporów, nabierają mocy i stają między nimi.

"Mam dziecko z feministką" to powieść o tym, co się dzieje, gdy kompasy dwojga zakochanych w sobie ludzi wskazują przeciwległe bieguny.

Opinie o ebooku Mam dziecko z feministką - Bartłomiej Bohrer

Fragment ebooka Mam dziecko z feministką - Bartłomiej Bohrer







Bartłomiej Bohrer

MAM DZIECKO Z FEMINISTKą

Wydawnictwo Nowy Świat



© Copyright by Bartłomiej Bohrer, 2014

© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2014

Projekt okładki:

Studio Ra

ISBN 978-83-7386-533-4

Wydanie I Warszawa 2014

Wydawnictwo Nowy Świat

ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa

tel. 22 826 25 43, faks 22 826 25 47



Moja babcia mawiała: „Przed ślubem patrz na pannę szeroko otwartymi oczami, a po ślubie przez palce”. Ale w krytycznych chwilach naszymi doradcami są raczej emocje, a nie głosy bliskich z zaświatów i dziś patrząc wstecz na moje małżeństwo widzę, że zrobiłem dokładnie odwrotnie. Zakochując się przestałem myśleć rozsądnie, przestałem myśleć o sobie i w swoim interesie, przestałem myśleć, kropka. Jak powiedział poeta, „Kiedy kochasz, przestajesz istnieć”. Problem w tym, że kiedyś wracasz z niebytu, budzisz się z sielankowego snu i rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem z trudem przypominasz sobie, co się właściwie stało. Rzadko budzisz się we własnym łóżku. Czasem trudno ci ustalić, co robi ten złoty krążek na twoim palcu i za cholerę nie wiesz, kim jest obywatelka w dresie leżąca obok. I wtedy, o tak, wtedy patrzysz na nią szeroko otwartymi oczami.



1.

Zerwał bawełnianą zasłonę, odsłaniając cud, przed którym klękali cesarze, poeci i malarze. I jego rzucił na kolana. Poczuł ponadczasową więź z tymi mężczyznami i pomyślał – jakie to dziwne, że faceci na przestrzeni wieków wymyślili tyle rozrywek, ale nie stworzyli niczego, co przebiłoby to. Bóg jako artysta i inżynier kładzie nas jednak na łopatki. Szczytowym punktem dnia Rzymianina było zerwanie szaty ze swojej kobiety i to samo dziś. Co za egalitaryzm!

W dzieciństwie wydawało mu się, że ludzie urodzeni przed latami siedemdziesiątymi byli pechowcami. Dorastali bez kaset magnetofonowych, gum do żucia z Pewexu, klocków Lego, Drugiego Programu Telewizji i żyli w piekle jakichś czarno-białych dobranocek. Jak się dowiedział później, niektórzy ludzie w przeszłości dorastali w ogóle bez telewizji. No dobrze, może faktycznie ci urodzeni za Gomułki, ci sprzed II Wojny Światowej czy Etruskowie w dzieciństwie mieli przechlapane (choć pewnie nie całkiem, skoro nie zdawali sobie sprawy ze wszystkiego, co ich omija), ale gdy tylko dorośli, cała cywilizacyjna dekoracja traciła znaczenie. Bo wszyscy prawdziwi mężczyźni spragnieni natchnienia, pasji czy choćby odprężenia, od tysiącleci spotykają się w tym właśnie punkcie.

Jest jedna różnica – pomyślał z uśmiechem. Kiedyś – jeszcze w czasach jego młodości – ten najcudowniejszy plac zabaw świata skrywał ciemny trójkąt, dziś zwykle jest to zaledwie pionowy pasek.

– Hej, usnąłeś?

Uniósł się na łokciach, podczołgał i położył obok niej.

– Czytałaś „Zwrotnik Raka”?

– Słucham?

Spojrzała marszcząc brwi.

– Henry Miller był rozczarowany kobiecym łonem. Uwierzysz w to? A podobno był hetero.

– A ty jesteś hetero?

– Napisał, że grzebanie tam nie ma sensu, bo w środku nic nie ma. Żeby chociaż był jakiś ołówek, albo kalendarz...

– Kalendarz...?

– Z kolei Oscar Wilde nazywał kobiety „Sfinksem bez zagadki”. No, ale on oczywiście był homo...

– Czyli gadamy sobie teraz?

– Nie, tak tylko mi się nasunęło, już kontynuujemy...

– Zostaw.

– Ale...

– Powiedziałam: zostaw. To teraz ja ci coś opowiem. Dowcip. Jedna prostytutka mówi do drugiej, że właśnie miała klienta intelektualistę. I tłumaczy jej, że to taki facet, co ma penisa. A co to jest penis? – pyta tamta. – To taki chuj, tylko miękki.

– Dobre.

– Prawdziwe.

– Myślę, że tym klientem mógł być Henry Miller. Albo Oscar Wilde.

– Albo ty.

– ...

Podeszła do szafki, ubrana tylko w jasne, sprane dżinsy. Wyjęła z szuflady jego zieloną koszulę i powąchawszy ją wciągnęła przez głowę. Poprawiła włosy. Była właścicielką kilku warkoczyków, biegnących od czoła i skroni na tył głowy, pozawęźlanych w rudy pancerzyk, nadających jej wygląd zielonookiej, eleganckiej salamandry.

W pogniecionej koszuli wyglądała jak salamandra schwytana w sieć.

Patrzył na nią, stojąc w progu z talerzem kanapek.

– Kocham cię.

Spojrzała zaskoczona. Uśmiechnęła się, zmarszczyła brwi, a potem prychnęła.

– Proszę cię...

– Naprawdę.

Wziął z talerza kanapkę i podał jej. Usiadła na materacu na podkulonych nogach i wbiła zęby w kromkę chleba z dżemem.

– Niby że właśnie się zakochałeś?

– Nie. Właśnie to zrozumiałem.

Żując uniosła brwi.

– Przed chwilą, kiedy robiłem kanapki, jedna upadła mi na podłogę.

Spojrzała krytycznie na kromkę w swojej dłoni.

– Nie ta, tobie dałem czystą. Tę brudną wziąłem dla siebie. Rozumiesz?

– Dżentelmen z ciebie.

– Dżentelmenem można być w towarzystwie, przed innymi, a ja tam byłem sam. To była sprawa między mną a kanapką.

Wzruszyła ramionami

– Masz zasady.

– Być może, ale mimo to normalnie wcisnąłbym ci tę brudną kromkę. Każdemu bym wcisnął. Parę pyłków nikogo nie zabiło.

– Więc dlaczego tego nie zrobiłeś?

– Bo cię kocham.

Zmarszczyła brwi.

– Tę brudną wziąłem dla siebie, a tobie dałem czystą. Rozumiesz? Kocham cię bardziej niż siebie.

Zastygła nieruchomo jak salamandra, której się wydaje, że została dostrzeżona, ale jeśli potrwa w bezruchu odpowiednio długo, to niebezpieczeństwo minie. Ale on nie chciał sobie pójść. Trzeba było coś powiedzieć.

– Dzięki.

Teraz on wzruszył ramionami i westchnął. Usiadł obok niej.

– W porządku, nie musisz nic mówić.

– Nie? No ale wiesz, że... Ja... też... cię... No wiesz.

– Wiem, wiem.

Trzy miesiące wcześniej zabrał ją do kina. Ich pierwsze wspólne wyjście. Ale czy już randka? To właśnie próbował ustalić przez pierwszą godzinę filmu. Przeklinał się w duchu, że nie zabrał jej na horror, na którym mimowolny uścisk dłoni mógłby wyjść spontanicznie i można by go złożyć na karb emocji filmowych. Ale chciał zrobić na niej wrażenie konesera i w efekcie oglądali tybetański dokument, w którym grupa mnichów leciała helikopterem poza strefę zagrożenia. Kiedy wreszcie wylądowali w wiosce przerzutowej, jego palce wylądowały w jej dłoni i nastąpił ten przyprawiający o palpitację moment, przy którym gasną emocje najostrzejszych horrorów: oddech ustaje, puls jest niewyczuwalny, a Ziemia przestaje się kręcić. Wszechświat zamienia się w jeden wielki znak zapytania. „Co ona zrobi?” Jasne, wcześniej tysiąc razy podawali sobie ręce, przybijali piątki i klepali się po ramionach, jak to w pracy. Raz czy dwa nawet ocierali się o siebie na korytarzu (dotknąłem jej piersi czy tylko ramienia?), ale to się nie liczyło. Teraz nastąpił pierwszy dotyk w ciemności, goła skóra, tylko ja i ona. To był test – „Co właściwie znaczy to wyjście do kina?”: a) pozostajemy kumplami czy b) może będzie z tego coś więcej?

Spojrzała zdziwiona, a jego serce ściął lód. Ale potem uśmiechnęła się i chwyciła jego dłoń, a z jego piersi spadł Mount Everest.

B. Wielkie, tłuste B!

– Zamietli Tybet pod dywan i uznali, że nie ma tematu. Sprzedali go za chińskie t-shirty. Faceci w garniakach za tysiące dolarów mają gdzieś, że ludzie żyją jak psy we własnym kraju.

Była wkurzona, zaangażowana i piękna.

– Amerykanie myślą tylko o ropie. Większość z nich pewnie sądzi, że Tybet to przyprawa. My, w Europie, nie jesteśmy lepsi.

Wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął jej dłoni.

– Pójdziemy na kawę?

– Jasne.

Z nieba spłynęła różowa chmurka, otoczyła go, oderwała od ziemi i przeniosła przez następne tygodnie. Wielu filozofów twierdzi, że szczęście to rezultat prawego i godnego życia, i że nie można go „schwytać”. Ale spójrzcie na zakochanych. Czy wszyscy są prawi? Jasne, pod wpływem pocałunków i seksu są na haju, taki rodzaj szczęścia każdy może sobie zafundować za pomocą tabliczki czekolady, ale to nie wszystko. Oni czują – oczywiście, jeśli są odpowiednio młodzi – że znajdując drugą połowę ustawili się życiowo, że wreszcie mają kogoś, kto zapewni im miesiące i lata na haju. Że to nie tylko chwilowa przyjemność, za którą przyjdzie im zapłacić zepsutymi zębami i nadwagą, ale wręcz przeciwnie – każda jej chwila zostanie nagrodzona, bo więcej pocałunków = większa bliskość = trwałość związku = mamo, poznaj Krzyśka. Więc mogą nurzać się w czekoladzie, a im więcej jej zjedzą, tym więcej zostanie na potem. Odwzajemnione zakochanie to sytuacja, kiedy możesz zjeść ciastko i mieć dwa ciastka.

Trudno wtedy na cokolwiek patrzeć „szeroko otwartymi oczami”, a już najtrudniej na obiekt swoich westchnień.

Kolejny przełom w ich relacjach nastąpił po tygodniu chodzenia do kina i trzymania się za ręce. Przyszedł wieczór, kiedy zasiedzieli się w pracy. Ona poszła zrobić kawę, on został przy komputerze, by coś wydrukować i po chwili dołączył do niej w kuchni. Rozmawiali o artykule, ale cały czas, niepostrzeżenie, zbliżali się do siebie, jak dwa magnesy, które ustawiono odpowiednimi biegunami. Albo dwie krople szampana, biegnące po szklanej ściance na spotkanie w dole kieliszka. Czuł jej elektryzujące ciepło i słodki zapach z delikatną gorzką nutką. Wreszcie, kierowany impulsem, odgarnął rude włosy z jej karku i musnął go wargami. Magnesy się zetknęły, kropelki połączyły się w jedną. Zastygła z czajnikiem w uniesionej dłoni. Pozwoliła, żeby całował jej skórę w miejscu, gdzie delikatny puch przechodzi we włosy, a jej oddech przechodził w westchnienia. Powoli odstawiła czajnik. Czekał, aż się odwróci, żeby mogli się pocałować, co wydawało się naturalną kontynuacją tej spontanicznej czułości, ale tu jego doświadczenie zawiodło. Chciała się połączyć, ale inaczej. Zamiast zamknąć oczy i podać mu usta, zaczęła szarpać przód swoich spodni, które po chwili opadły jej do kostek.

Nie wierzył własnym oczom. Ta dziewczyna przełamywała schematy, bez dwóch zdań. Miała inicjatywę, odwagę i lubiła sprawiać niespodzianki. Czuł się jak dziecko, które zapłaciło za bilet do cyrku, a wygrało wycieczkę do Disneylandu. Szepnęła:

– Zrób to.

Po chwili szarpania z własnymi spodniami spełnił jej prośbę. Drżącymi rękami uchylił rąbka tajemnicy. Brzmiała ona: w tym poukładanym świecie obowiązków, koleżeńskich gestów, zebrań, robienia kawy, znajomych kafelków na ścianie i tykającego zegara, jest pęknięcie. Można przez nie wejść w inny wymiar, pod podszewkę znanej rzeczywistości.

Przyjął zaproszenie.

To już nie był różowy obłok. Wpadł w ciemne, gorące tornado.

W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że wreszcie może dotknąć jej piersi, o czym marzył od miesiąca. Nie musnąć przypadkiem, nie pożerać wzrokiem, nie wizualizować sobie na suficie podczas przerwy w pracy. Była miękka, pełna i poruszała się rytmicznie. Lekko złapał ją za końce warkoczyków, zebrane na karku, a ona tylko głębiej westchnęła. Ten chwyt też był dozwolony. Nagle w blasku południa, które nastało o godzinie 21:27, jak donosił ścienny zegar bujający się przed jego oczami, pojął, że jest panem tego tornada z piątego wymiaru, że ma boską moc zatrzymywania czasu, mnożenia wymiarów, dawania rozkoszy, życia... Ta ostatnia myśl zaniepokoiła go. Niektóre cuda muszą jeszcze poczekać – osądził już nie jako Bóg, ale praktyczny facet z umową o pracę na czas określony.

Powoli wracał do swojego ciała, do czterech wymiarów i do kuchni, gdzie blat z lastryko pokrywała znajoma arabeska plam. Plus nowa, świeża plama, której wcześniej nigdy nie widział. Dopiero wtedy dotarło do niego, że właśnie został relegowany z tajemniczej krainy, mieszczącej się we wnętrzu jego dziewczyny (bo chyba teraz miał prawo tak o niej mówić?). I od razu zapragnął tam wrócić. Ale przejście było zamknięte.

Zrobiliśmy to, o cholera – kołatało mu się w głowie, kiedy dysząc w milczeniu zapinali guziki, sprzączki i suwaki, oszołomieni jak ofiary wypadku samochodowego. Kto by pomyślał, że właśnie dziś, właśnie tu, właśnie tak... Chciał coś powiedzieć, zacząć od „słuchaj” i samemu sprawdzić, jakie słowa padną dalej, ale wtedy...

...Wtedy w drzwiach kuchni stanął Grzegorz, piegowaty grafik z czwartego piętra. Rzucił tylko na nich okiem i ruszył do kuchenki.

– O rany, wy też kiblujecie? Potrzebuję cukru i kofeiny, bo padnę. Jest jeszcze woda? Zimna? Co, nie wiecie, że trzeba wcisnąć guzik? O tak. Rany, wyglądacie jeszcze gorzej niż ja, co, też dwunasta godzina na stanowisku?

Jego mózg, sprasowany przed chwilą żelazkiem orgazmu był bezużyteczną ścierką. Kołatała się w nim tylko jedna myśl: „Dzięki Bogu, że nie wszedł minutę wcześniej”. Za to ona wykazała się refleksem.

– Piętnasta godzina...

– Aha, no to wszystko jasne. Współczuję. Stary nie może tak orać ludźmi... A co to?

Wzrok grafika padł na blat kuchenny. Podobnie jak on szóstym zmysłem wychwycił zakłócenie czasoprzestrzeni w postaci plamy na lastryko. Przekrwionymi z przepracowania oczami gapił się na pamiątkę po tornadzie, które przed chwilą tędy przeszło. Dziura w continuum, z której pochodziła plama, wciąż była tuż obok, choć zamknięta i zabezpieczona suwakiem dżinsów. Czy spostrzegawczy grafik połączy te dwa fakty i zda sobie sprawę z paradoksu, który miał tu miejsce minutę wcześniej? Czy uświadomi sobie, że przed chwilą właśnie tu miał miejsce Wielki Krok Ludzkości?

– Co to jest?

Próbował zebrać myśli, ale szmata w jego czaszce była wyciśnięta do sucha. I wtedy ona podeszła do blatu, zgarniając po drodze z szafki rolkę papierowego ręcznika. Starła ze lśniącej powierzchni plamę i zwinęła papier w kulkę.

– Budyń.

– Hej, a skąd...

– Mieliśmy tylko jeden gorący kubek. Już, hm, skonsumowany... Przykro mi.

Wtedy szare komórki, wirujące bezładnie w jego głowie zaczęły się ponownie łączyć i tworzyć synapsy.

– Jest szansa na drugi – powiedział – ale musiałbyś dać nam chwilę.

Uśmiechnęła się za plecami grafika i była w tym uśmiechu jakaś perwersyjna radość chwili, drapieżna elegancja salamandry ze skrzydełkiem jeszcze żywego motyla, trzepocącym między zębami. Dziecinne zadowolenie z psoty, połączone z mądrą ironią dojrzałej kobiety.

Wtedy, właśnie wtedy, poczuł do niej coś więcej niż przelotne zadurzenie.

Ale zanim przyznał się do zakochania poczekał trzy miesiące i – jak mu się zdawało – ochłonął na tyle, by stwierdzić, że dzieje się coś naprawdę wyjątkowego. Że żar zamiast gasnąć, narasta, zamieniając się w spokojny, mocny płomień. Przeczyło to biochemicznym kalkulacjom, sprowadzającym zakochanie do nadprodukcji endorfin, która z definicji trwa chwilę, a potem opada jak poziom adrenaliny po bójce. Przeczyło to także doświadczeniom jego krótkiego życia, pełnego parotygodniowych przygód bez poważniejszych kontynuacji. Tym razem uczucie kwitło jak w romansach, które dotąd wkładał między bajki. Być może po kilku, w pośpiechu naszkicowanych wstępach, wreszcie przyszedł czas na właściwa akcję? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że z czasem zakochiwał się w niej coraz bardziej.

Może więc po raz pierwszy patrząc na „pannę” szeroko otwartymi oczami zobaczył to samo, co przez palce?

A może to już nie było zakochanie? – myślał przeżuwając podniesioną z podłogi kanapkę. – Może to coś więcej? Skanując swoje serce odkrył dziwną sprzeczność. Pod warstewkami zachwytu, troski i spełnienia tkwiło uczucie zniewolenia, bo oto jego myśli, uczucia i interesy koncentrowały się teraz w konkretnym punkcie poza nim samym. Salamandra przyciągała je jak emocjonalna czarna dziura, zasysająca obiekty, które znajdą się na jej orbicie. Wobec tego magnetyzmu był bezradny jak meteor wobec siły grawitacji. Działało jakieś prawo emocjonalnego ciążenia, któremu nie potrafił się oprzeć.

Ale na dnie tego zniewolenia była wolność. Przeniesienie siły ciężkości poza siebie samego przynosiło ulgę. Tam, w kuchni, być może po raz pierwszy, poświęcił się dla kogoś, przeskoczył swoje ego. Drobnym gestem na chwilę uwolnił się od kapryśnego chłopca, który go tyranizował, wysuwając ciągle nowe żądania. Choć w sumie – wciąż te same. Czy zrobiłeś wszystko, by było mi dobrze? Czy dostaję od życia najlepsze kąski? Czy może ktoś dostaje lepsze? Jak zdobyć te najlepsze, jak dobrać się do życia niczym wampir do tętnicy i wyssać je do cna? Oto pytania, które kotłują się w infantylnej podświadomości dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez przerwy na sen.

Spasione ego z czasem zaczyna uwierać i boleć jak nowotwór, pasożytujący na bezbronnym organizmie, albo jak skorupa ślimaka, który z niej wyrósł.

Był jak ślimak, który pierwszy raz wyjrzał ze skorupy.

Dojrzał? Trudno powiedzieć, ile ten stan potrwa, więc nie używajmy mocnych słów. Z pewnością odkrywał nowe rejony.

Ostudźmy na chwilę emocje i zeskanujmy myśli. Kwadrans antropologii.

Podobno w egzemplarzach płci przeciwnej pociągają ludzi różnice anatomiczne i podobieństwa duchowe. Jeśli tak jest, to ona była egzemplarzem doskonałym, na obu poziomach – zewnętrznym i wewnętrznym – spełniającym wszelkie oczekiwania. Można było porozmawiać z nią o starych filmach, nowych książkach, słuchała rocka z lat osiemdziesiątych i była pierwszą kobietą, jaką znał, uważającą „Paragraf 22” Josepha Hellera za fajną powieść. Mogli pójść do pubu na piwo, zostać w domu na meczu, umówić się z kumplami na kręgle i nikt nikomu łaski nie robił. Można było przedyskutować z nią ranking seksownych aktorek bez obawy, że wpadnie w histerię z zazdrości. Była partnerką idealną.

Była kumplem z cyckami.

I stwarzała mu szanse emocjonalnego rozwoju.

W łóżku była anty-Ewą, która wprowadzała swojego mężczyznę do raju.

Intelekt i popędy, kultura i natura, fizyka i chemia – wszystkie siły tego świata zgodnie popychały ich ku sobie.

No, ale ideałów nie ma – tak kombinował sobie czasem w samotności, gdy dłużej niż godzinę przestawała go bombardować swoją obecnością. Bo jaki człowiek potrafi być sam z siebie szczęśliwy dłużej niż godzinę? Poza buddyjskimi lamami raczej niewielu. A on, gdy myślał trzeźwo i krytycznie, zadawał sobie zasadnicze pytanie: czy faktycznie wszystko, czego oczekiwał w dziedzinie miłości to „kumpel z cyckami”? Czy kobieta jego życia nie powinna mieć w sobie jednak szczypty tajemnicy? Czy to podobieństwo duchowe nie powinno się gdzieś kończyć ustępując miejsca duchowej inności? Czy tego i tylko tego my, faceci, oczekujemy od kobiet – męskiej psychiki i kobiecych drugorzędnych cech płciowych?

Różnice psychologiczne bywają zaletą, także te całkiem przyziemne. Nie miałby nic przeciwko jej pasji kulinarnej czy zamiłowaniu do porządku, bo dopóki sam nie zakasał rękawów te sfery ich związku leżały odłogiem. Albo na przykład kwestia seksu. Sam długie lata traktował go raczej sportowo i zaczął się obawiać, że z nią było podobnie. Skoro myślała i klęła jak facet, to może tu też stosowała męski system, zorientowany raczej na ilość niż jakość? Było w tym sporo hipokryzji i pewnie szczypta zacofania, ale myśl, że jego kobieta miała równie bujną przeszłość erotyczną co on, niepokoiła go. A im dłużej o tym myślał, tym więcej znajdował przesłanek, że natknął się na takiego właśnie Casanovę w spódnicy, na seksualną rekordzistkę. Ta salamandra ze skrzydełkiem motyla trzepoczącym w kąciku ust – czyli kobieta z zimną krwią ścierająca z kuchennego blatu kroplę spermy pod samym nosem osób trzecich – była drapieżnikiem. Ile takich kuchennych numerków odstawiła wcześniej? To on wyzwolił w niej bestię czy był tylko kolejnym nacięciem na jej lufie?

Kiedy jego oczy otwierały się ciut szerzej, te pytania nie dawały mu spokoju.

– Ilu miałaś facetów?

W szybie napotkał jej zaskoczone spojrzenie. Przerwała rozczesywanie włosów i odwróciła się od okna.

– To znaczy, z iloma przede mną byłaś w łóżku...

Urwał i rzucił z zimną premedytacją:

– Albo, na przykład, na blacie w firmowej kuchni.

Zielone oczy zwęziły się, jakby sypnął w nie piaskiem.

– Mówię o naszym pierwszym razie, o tym seksie w pracy. Pamiętasz?

– Jak mogłabym o tym zapomnieć, ty kretynie?

Wróciła do energicznego poprawiania warkoczyków.

– Myślisz, że co wtorek ściągam majtki w biurowej kuchni?

– No właśnie chcę to ustalić.

Jej brwi uniosły się, jakby ściągnęła warkoczyki trochę za mocno. Czy salamandra może się zjeżyć? Miłosny nastrój prysł i to on go przepłoszył. Pocieszał się tylko tym, że ten konflikt był nieunikniony, jeśli nie chciał wyhodować sobie wrzodów na żołądku, musiał to wyjaśnić.

– Miałam czterech facetów – powiedziała po chwili spokojnie. – Dwóch w liceum, dwóch na studiach, ale to nie było nic poważnego. W każdym razie, takiej akcji jak wtedy w kuchni, nie zrobiłam nigdy wcześniej. Wydałeś mi się wyjątkowy, ty chamie, i poczułam...

– Przepraszam...

– Zamknij się. I poczułam, sama nie wiem... że nie zrobisz mi krzywdy. Że nie wykorzystasz tego przeciwko mnie, tak jak teraz.

Patrzy zafascynowany w jej oczy, które pod wpływem upokorzenia i złości lekko zwilgotniały. Z niedowierzaniem zobaczył, że zbiera się jej na płacz – widok niezwykły jak deszcz z jasnego nieba. W tych paru cząsteczkach H2O, które zebrały się pod jej powiekami, było więcej kobiecości niż biuście czy nawet w miesiączce. „Kumpel z łezką w oku” to coś więcej niż „kumpel z cyckami”. To w ogóle nie kumpel. Jakiego faceta dotknąłby zarzut zbyt bogatego doświadczenia erotycznego? Jaki gość w ogóle potraktowałby to jako zarzut?

Musiał przyznać, że doprowadzenie ją do łez sprawiło mu niemal erotyczną przyjemność.

I obaliło ostatni mur, jaki stał między nimi. Okazało się, że jednak nie była jego lustrzanym odbiciem. Była inna: obca, tajemnicza, intrygująca.

Była kobietą.

– Wyjdź za mnie.

– Spierdalaj.

– Serio.

– Twoje wyczucie czasu... – zaczyna, ale w końcu tylko niecierpliwie macha ręką. Sięga po chusteczkę i wydmuchuje nos.

– Przepraszam – powtarza on. – Przepraszam...

Cisza. Poprawia włosy, a jej wyostrzone rysy miękną, jakby wreszcie poluzowała za mocno ściągnięte warkoczyki.

– Powiesz coś? – pyta ją.

Nie pyta, prosi.

Westchnienie i dłuższa chwila poświęcona paznokciom, jakby rozstrzygnięcie, na jaki kolor je pomalować, było kwestią dnia. Wygładzenie spodni, rzut oka za okno i strzepnięcie z rękawa niewidzialnych pyłków. W końcu, wygładzona i odpylona, odzywa się:

– A ty? Ile ty miałeś kobiet?

– Cztery – to najwyższa liczba, którą miał prawo podać, jeśli chciał przywrócić równowagę i naprawić ich relacje. Mógł jeszcze zmienić temat, albo obrócić pytanie w żart. Ale on powiedział:

– Sto dziewięć.

Bo uparł się, żeby powiedzieć prawdę. A po chwili przypieczętował swój los, dodając zniewagę do okrucieństwa:

– Sto dziesięć, licząc ciebie.



2.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.