Małżeństwo (nie) mile widziane - Katarzyna T. Nowak - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 148 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Małżeństwo (nie) mile widziane - Katarzyna T. Nowak

Intrygująca, zabawna komedia o perypetiach kobiety szukającej męża na portalach randkowych i matrymonialnych.

Bohaterka, szukając swego ideału, poznaje cały przekrój męskich typów. Czy jednak uda jej się znaleźć tego jedynego? Tym bardziej, że poprzeczkę zawiesiła wysoko: szuka praktykującego katolika w katolickim kraju...

Katarzyna T. Nowak

Krakowianka, autorka trzech powieści:
"Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej" (Wydawnictwo Literackie 2005)
"Kobieta w wynajętych pokojach" (WL 2007)
"Kasika Mowka" (WL 2010)

Opinie o ebooku Małżeństwo (nie) mile widziane - Katarzyna T. Nowak

Fragment ebooka Małżeństwo (nie) mile widziane - Katarzyna T. Nowak

Katarzyna T. Nowak

Małżeństwo (nie) mile widziane

Jak nie znaleźć męża, czyli niebezpieczne związki po polsku


© Copyright by Autor & e-bookowo

Projekt okladki: e-bookowo, zdjęcie na okładce: sxc.hu

ISBN 978-83-7859-007-1

Wydawca:
Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:
wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Patronat medialny:

25 listopada

Miesiąc temu obchodziłam urodziny. „Okrągłe”. Nawet tu, w moim dzienniku, trudno mi napisać, które. Ledwie się świeczki pomieściły na torcie! Takie chwile skłaniają do refleksji i bilansowania swojego życia. Ja nie mam żadnego dorobku, ale chyba nie jestem całkowitym nieudacznikiem. Nie mam szczęścia do mężczyzn, dlatego nie udało mi się założyć rodziny, ale przynajmniej nie jestem rozwódką, jak niektóre z moich koleżanek. Już od kilku lat szukam partnera przez internet, dzięki temu poszerzyłam znacznie swoje kontakty i znajomości. Nie znalazłam jednak takiego osobnika, z którym chciałabym spędzić resztę życia.

Z facetami to jest tak, że najczęściej trafiają się całkowicie porąbani, albo ciapy, albo dupki, pijacy, nieudacznicy bez grosza, cwaniacy bez skrupułów, młode kurwiszonki lub starzy erotomani, przeintelektualizowani jajogłowi z wymaganiami z sufitu, tak zwani normalni inaczej, albo nawiedzone gnojki, lub zwyczajni z przeszłością. A ci, którzy mi imponują po prostu zajęci. A ja wiem jedno: między małżeństwo i drzwi nie należy się wcinać.

Nie trzeba niczego też przyspieszać, w tych sprawach cierpliwość jest wskazana, bo co nagle, to po diable. Cóż warta jest chwila uniesienia wobec całej Wieczności?

26 listopada

Odzywają się różni z rozmaitych miejsc na ziemi. Mnie interesują realne spotkania, a nie wyłącznie mailowanie, więc urywam większość kontaktów przy pierwszej odpowiedzi. Poza tym miałam już dość głupich propozycji i niekończących się dyskusji, więc skróciłam info o sobie i zmieniłam wymagania wobec partnera, a mimo to nadal zgłaszają się różni pajace. Jednak Anioł Stróż nade mną czuwa. Po krótkiej wymianie zdań łatwo się zorientować, z kim mogę mieć do czynienia. Ostatnio się wkurzyłam i postawiłam wysoko poprzeczkę, co jakiś czas zmieniam swój opis i oczekiwania, żeby wyeliminować potencjalnych dupków, ale i tak zdarzają się czasem kretyńskie komentarze. Niekiedy ręce mi już opadają i zaczynam wątpić, czy to odpowiednia droga do zawierania znajomości.

Wydawało mi się, że faceci myślą prosto: jak chcą spotkać jakąś laskę, to nie będą szukać gdzie indziej. Ale w większości przypadków na takich portalach same dupki i głupie baby. Ostatnio odebrałam wiadomość od gostka z Wrocławia, który pytał, czy mój anons to nie żart, bo jeśli nie jest żartem, to chce mnie poznać (pewnie spełnia warunki). Na fotce wygląda atrakcyjnie (lubi żeglować). Zobaczymy, co jeszcze mi napisze. W gruncie rzeczy wszystkie laski doją facetów, ale oni się wycwanili i sami chcą być utrzymankami, a ja przecież nie szukam żigolaka. O siebie potrafię zadbać, lecz nie zamierzam niańczyć jakiegoś nieudacznika. Wolałabym, żeby to On opiekował się mną, a nie tylko wybrzydzał. Nie mam wymagań co do wieku, może być młodszy ode mnie, może być też starszy, byleby mi przypasował. Bywają na świecie „śwarni chłopcy”. Chyba zasługuję na Kogoś wyjątkowego. Kiedyś napisałam (za wzorem pewnej Żydówki z powieści Singera albo Segala, już nie pamiętam), że szukam Mężczyzny, który by był silny jak Samson, mądry jak Salomon, ufny jak Abraham, czuły jak Dawid, opiekuńczy jak Józef etc. I o dziwo sporo gostków się odezwało, ale tak naprawdę żaden nie dorównywał w niczym wspomnianym mężom.

Najczęściej w miarę porządni faceci z małych mieścin, na spotkanie w realu w krótkim czasie nie ma co liczyć. Ja zaś nie mam ochoty zmieniać miejsca zamieszkania do jakiejś przysłowiowej Koziej Wólki, ani nie wyjadę na stałe za granicę. Dlatego zawęziłam poszukiwania do gostka z Małopolski. Z hanysami i warszawiakami ciężko się rozmawia. Często zdarzały mi się propozycje od tzw. żigolaków, wielu szuka kobiet niezależnych, z własnym lokum, które by jeszcze sponsorowały to i owo, były też propozycje nawijek, żeby zrobić ze mnie klientkę lub dystrybutorkę w jakimś handlu sieciowym, sporo propozycji tylko wspólnego seksu itp. Wielokrotnie od lat chyba pięciu spotykam się w realu (po kilku mailach wiem, z kim mogę mieć do czynienia), ale zazwyczaj kończyło się na pierwszej randce (wspaniała komunikacja w sieci, ale zderzenie z rzeczywistością najwięcej wyjaśnia). Z paroma gostkami spotykałam się dość długo, z niektórymi obiecywaliśmy sobie następne spotkania, ale już do nich nie dochodziło z różnych przyczyn. Kretyńskie teksty dostawałam od dwudziestoparolatków. Pisali też do mnie starsi panowie z różnych stron Polski i części świata. Mnie zawsze interesowały kontakty bezpośrednie (parę razy tylko pojechałam do Warszawy na randki). Trochę się rozleniwiłam; najgorsze jest to, że faceci nie mają żadnej inicjatywy co do spotkań, nie potrafią wybierać miejsc itp. Ja już jestem nieco wyczerpana, więc ostatnio spotykam się w centrach handlowych (łatwo podjechać, miejsce publiczne, czyli w miarę bezpieczne, nie trudno się znaleźć, a jak mi się gostek nie spodoba lub nie przyjdzie, przynajmniej nie marnuję czasu, bo robię przy okazji zakupy). Niedawno ganiał z moim koszykiem po M1 taki sympatyczny pan, potem wypiliśmy kawę w Wiedeńskiej i wytłumaczyłam mu, że żadna z nas para, niech lepiej stara się odzyskać względy żony.

Aktualnie umawiam się na nowe spotkania z nowymi zainteresowanymi.

27 listopada

Tadeusz się nie odezwał do tej pory, za to Jurek przysyła mi po kilka maili dziennie. Wczoraj się spotkaliśmy i zabrałam go na spotkanie, na które otrzymałam zaproszenie od firmy Biona. Wydzwaniała za mną jedna panienka i namawiała tak uprzejmie, że zgodziłam się na odczepnego, potwierdzając swój udział, po tym jak mnie nagabywała po wysłaniu już zaproszenia. Kusili tym, że każda para małżeńska dostanie komplet trzech patelni ze stali węglowej (na zdjęciu wyglądały nawet atrakcyjnie). Zapytałam, co będzie jak pójdę nie z małżonkiem tylko z partnerem np. „konkubentem”, odpowiedziała, że to ich nie interesuje, byleby była para damsko-męska. Sprawdziłam ich stronę (www.biona.pl) i zaproponowałam wyjście J. Od razu przystał na to z radością. Okazało się, że w niedzielę spacerował obok tego miejsca, gdzie go oczekiwałam przez kwadrans (ponoć 45 minut mnie wypatrywał)! i jakoś się minęliśmy. Przybył wczoraj na wskazane miejsce i nie krył radości ze spotkania. Ofiarował mi również prezent niby „od Mikołaja” wspaniałe pudło śliwek w czekoladzie (znakomita dawka magnezu, mojej mamie bardzo smakowała, taka śliwka wystarczy na cały dzień).

Już przy wejściu na prelekcję firmy Biona nie miałam wątpliwości, o co chodzi: komplety pościeli wełnianych, garnków i masażerów. Nienagannie przygotowany gostek wraz z asystentką dwoili się i troili, by zainteresować, zachęcić zastraszyć etc., czyli zmusić do kupna przedstawianych towarów, ale choć sala była pełna (głównie emerytów, chyba byłam najmłodsza, oprócz asystentki, w tym gronie), to jednak nikt nie wykazywał chęci kupna czegokolwiek. Zdaje mi się, że wszyscy przyszli tylko po prezenty. Trzeba jednak było dotrwać do końca, by nie wyjść z pustymi rękami. Faktycznie, każda para dostała ów obiecany komplet patelni (produkt reklamowy nie przeznaczony do sprzedaży made in Taiwan), ci zaś, co nie stanowili pary, otrzymali po długopisie. Obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie dam się wrobić w żadne takie prelekcje. Byłam już chyba na spotkaniach wszystkich spośród firm, które zajmują się sprzedażą pościeli wełnianej. Za każdym razem było tak samo. Kiedyś dałam się namówić na pokaz garnków. Po nim przynajmniej każdy uczestnik zjadł obiad w hotelu Chopin. Odkąd więcej czasu, zwłaszcza przed południem, spędzam w domu, to odbieram sporo telefonów od rozmaitych telemarketerów. Zastanawiam się poważnie nad zrezygnowaniem z telefonu stacjonarnego. Płacę tylko rachunki, a wcale go nie używam (dzwonię i odbieram prawie wyłącznie z komórki). Tak jest już od lat. Czasem tylko ktoś z rodziny zadzwoni do mojej mamy. Chyba nie ma sensu utrzymywać tego numeru, bo z książek telefonicznych korzystają jedynie telemarketerzy.

W sprawach damsko-męskich chcę dodać jeszcze to, że wciąż dostaję głupie propozycje, albo ostrzeżenia przed erotomanami. Odezwało się też do mnie dwóch takich gostków, co to już jakieś półtora roku temu mailowaliśmy ze sobą, z jednym to się nawet raz spotkałam w Cracovii, ale potem jakoś nigdy mi nie pasowało, choć wielokrotnie za mną wydzwaniał i pisał smsy. Taki zabawny, inteligentny, ale porąbany Piotrek. Widać, że nie chce być sam i usilnie szuka odpowiedniej dziewczyny. Taki trochę z niego filozof, świetnie bawi się słowem, zna języki obce, studiował nawet ponoć z zainteresowaniem m.in. religioznawstwo. Teraz od czasu do czasu robi sobie głodówki oczyszczające. Jest bardzo szczupły, ma wygląd ascety.

1 grudnia

Wczoraj byłam u Mikołaja, choć się wzbraniał przed wizytą, gdy rozmawialiśmy na gg. Przyjął mnie gorącą herbatą z cytryną (ciasto ja przyniosłam i batonika takiego, który oboje lubimy Ikara z Wawelu). Miło jest się tak przez chwilę zrelaksować i odprężyć, gdy kładę się obok niego (ma szerokie wygodne łóżko), wtulam się w jego ramię i delikatnie głaszczę go to po ręce, to po brodzie, to znów po skroniach i czole. Często oglądamy przy tym coś w telewizji i nieraz zdarza mi się zdrzemnąć tak przy nim, a i jemu przy mnie też. Taka błoga relaksacja.

Z Jurkiem zaś wybieram się dziś wieczór na koncert „Mroźna zima” do klubu (może postawi mi ciepłe piwo?). Ascetycznemu Piotrowi napisałam, że razi mnie jego brak wyrozumiałości i tolerancji dla myślących i wierzących nie według jego koncepcji świata i wulgarny język. Ornitolog się do tej pory nie odezwał. Dwóch innych gostków z tlenu usilnie zabiega o randkę ze mną. Z jednym może spotkam się w sobotę. Zdzisek natomiast proponuje zabrać mnie na tańce, ponoć bardzo lubi tańczyć i twierdzi, że to dobry rodzaj gimnastyki. Inny napisał mi, że mam fajne fotki (bo rzeczywiście niczego sobie), ale jak zerknęłam na jego galerię ze zdjęciami, to całkiem mi ręce opadły.

Oj, nie jest lekko, ale trzeba zachować optymizm.

3 grudnia

Jurek ciągle mailuje i ponawia zaproszenia na spotkanie, na kawę. A ja go chcę zabrać we wtorek na koncert. Chciałam złapać oddech od niego, więc powiedziałam, że będę zajęta w weekend. Bo rzeczywiście, wczoraj cały dzień byłam u siebie na wsi i próbowałam wszystko zabezpieczyć przed zimą i mrozami. Wróciłam późno bardzo zmęczona, a dziś do południa musiałam odespać po roratach. Ornitolog się nie odezwał. Mikołaj napisał mi, że jest zajęty i nie da się nigdzie wyciągnąć. Piotrek zaś bardzo by chciał iść ze mną np. na dzisiejszy koncert, ale żebym po niego przyjechała. Jest bardzo rozkojarzony i niedospany, bo boi się zasnąć głębokim snem, żeby nie umrzeć np. łapiąc bezdech.

Chyba muszę złapać oddech.

4 grudnia

Czasem odzywa się do mnie na cafe jeden miłośnik żeglarstwa, który na stałe mieszka w Szwecji. Tylko, że on jest starszy, po rozwodzie i jakoś nie mam ochoty znaleźć się z nim sam na sam w jego żaglówce, choć podobają mi się takie rejsy.

6 grudnia

Facetów nigdy nie oszukuję, choć staram się kontrolować, co któremu mówię lub piszę. Nie muszę się więc obawiać jakiejkolwiek „wpadki”. Pilnuję się też, żeby nie pomylić imion, gdy zwracam się do któregoś bezpośrednio. (To wcale nie jest łatwe wśród tylu rozmaitych kontaktów służbowych i prywatnych).

Wczoraj Jurek czekał na mnie w umówionym miejscu (niedaleko mojego domu) i pojechaliśmy na ten koncert. Byliśmy tam trochę wcześniej, więc przejrzeliśmy menu i ja postanowiłam spróbować lokalnego piwa Smocza Jama. Takie sobie, dawno nic nie piłam, więc wydało mi się całkiem przyzwoite. Podczas rozmowy poruszyliśmy temat pomysłu, nad którym mieli obradować politycy, dotyczącego nowych dowodów osobistych i tak jakoś się stało, że Jurek wyciągnął swój i mi pokazał. Na zdjęciu sprzed kilku lat miał bujną ciemną czuprynę i ciemne wąsy. Teraz zaś ma znacznie przerzedzone całkiem siwe włosy, podobnie jak i wąsy. Trochę się przeraziłam, zobaczywszy, że on jest z rocznika 1947, czyli tylko siedem lat młodszy od mojej mamy, ale najwyraźniej nie ma względem mnie nic do ukrycia. Zamówił dla mnie kolejne piwo, dla odmiany dark, bo amber już wypiłam i przeszliśmy do sali koncertowej, która zdążyła się już zapełnić słuchaczami. Z trudem udało nam się znaleźć i zająć fajne miejsca przy kominku. Koncert bardzo mi się podobał; oni robią coś w rodzaju spektakli. Ja lubię takie jazzowo-folkowo-rozrywkowe poetyckie imprezy przeplatane śmiesznymi monologami. Kiedyś już byłam na podobnym wieczorze z Mikołajem, ale to było dawno temu. Ponieważ spożycie litra piwa zmusiło mnie do skorzystania z wc, na chwilę musiałam opuścić swoje miejsce i całe szczęście, bo był to naturalny sposób uwolnienia się z uścisku pana Jurka. Jak tylko bowiem zgasło światło i rozpoczął się koncert, on złapał moją lewą rękę i mocno ściskał… Próbowałam się wyrwać, no, bo jak tu bić brawo mając dwie ręce zajęte? W jednej szklanka z piwem, a druga unieruchomiona. Chyba mu też nie było zbyt wygodnie, bo potem próbował otoczyć mnie całym ramieniem. Gostek cały wieczór kleił się do mnie, a ja nie należę do tych, co rzucają się na szyję, wtulają i „dziubkują”.

Podanie komuś dłoni w geście powitania czy pożegnania uważam za okazanie wielkiej poufałości. Zwykle zachowuję dystans w przestrzeni cielesnej. Z Mikołajem znaliśmy się już bardzo długo zanim przełamaliśmy bariery i postanowiliśmy się potrzymać za ręce. Przytulenie się do niego uważam za coś całkowicie normalnego, z nim mam taki kontakt osobowy, jak z nikim wcześniej. Nawet kiedyś myślałam, że może on jest właśnie dla mnie. Z nowo poznanymi facetami nigdy się nie spoufalam nawet przy trzecim spotkaniu, choć oni pewnie zwykle wyobrażają sobie, że to jest już moment na coś więcej. Ja nie jestem kolekcjonerem doznań zmysłowych i nie szukam tzw. rozkoszy cielesnych. Uważam, że bliskość ciał może jedynie wynikać z bliskości osobowej, w przeciwnym bowiem przypadku nie będzie w niej nic z prawdziwej przyjemności, a jedynie jakieś co najwyżej złudzenie lub niesmak.

Jakoś nie bardzo odpowiadało mi to przytulanie się Jurka. Co innego na ulicy, mogę iść z facetem pod rękę, szczególnie wtedy gdy jest ślisko i mroźno. A już całkiem się zdumiałam, gdy po odwiezieniu mnie chciał się ze mną całować na dobranoc jak chciałam wysiąść z jego auta. Śmierdząca piwem, czująca w ustach smak goryczki, rozradowana koncertem i mile spędzonym wieczorem, nie miałam ochoty na nic, poza jak najszybszym znalezieniem się w domu, a w szczególności w łazience. Natomiast on pewnie myślał, że jestem pod wpływem procentów i łatwiej mnie rozbroi, albo, że tylko czekam, aby się przypiął w moje usta. Uważam, że przyjacielski całus w policzek to i tak wiele, co ode mnie zyskał.

A teraz najważniejsze!

Jak już znalazłam się w swoim pokoju i wyciągałam telefon z torebki, jakoś nie mogłam znaleźć w niej okularów. Przejrzałam bardzo dokładnie kilka razy, sprawdzając wszystkie kieszonki i zakamarki, a nawet wyciągając każdą rzecz z osobna. Okularów nie było. Doskonale zaś pamiętam, jak je tam chowałam po tym jak już skończyłam czytać menu. Raczej mi z niej nie wypadły, ale zachodziłam w głowę, czy mogłam je zgubić w knajpie, albo w jego samochodzie. Bardzo posmutniałam, że taki fajny wieczór przypłaciłam taką poważną stratą. I jak ja teraz będę czytać? Nie minęło pięć minut mojego zamartwiania się, gdy zadzwonił mój telefon stacjonarny. (Dobrze, że go nie zlikwidowałam!). To Jurek dzwonił z informacją, że ma moje okulary i żebym się nie martwiła, bo odda mi jak się spotkamy. Pomyślałam, że jeśli nie wypadły mi, gdy wychodziłam z jego samochodu (raczej wątpliwe), to skurczybyk musiał mi je zaiwanić z torebki, gdy byłam w wc. Zabezpieczył sobie pretekst do kolejnego szybkiego spotkania. A to, że trzymał mnie za rękę poskutkowało tym, że rozregulował mi zegarek i po wyjściu z koncertu nawet nie wiedziałam, jaka jest godzina. Teraz już wiem, że nawet zegarka trzeba pilnować.

8 grudnia

Na gg z Piotrem.

Byliśmy przecież umówieni na pogawędkę.

Z początku nalegał, żebym mu podała swój numer telefonu, że niby nie musiałby klikać, a ma darmowe połączenia. Ja jednak jestem ostrożna z podawaniem numeru. Wystarczy, że do mnie wydzwaniają różni przedstawiciele (nawet dziś pewna panienka chciała mi się wprosić na jutro do domu, by przeprowadzić jakąś rewelacyjną prezentację).

Okazało się, że tak naprawdę to Piotrek ma teraz już 50 lat, nie pije ani nie pali, jest wolny, ale po rozwodzie. Określił się, że ma średnią budowę ciała, bez brzucha, 170 cm wzrostu i krótkie włosy. Ma dwóch synów, którym nie musi płacić alimentów, bo pracują i mają więcej kasy niż on.

Grzecznie wytłumaczyłam mu, że szukam partnera na resztę życia, sama nie mam tzw. „przeszłości”, żadnych byłych mężów czy dzieci i że zależy mi na mężczyźnie, który by był praktykującym katolikiem.

Nie odpuszczał, stwierdził, że nie szuka romansu, tylko stałego związku i że zna kawalerów, ale nie spotkał uczciwego, że w większości to pijacy i nieudacznicy (w tym wieku).

Dodał, że jest wierzący i że nie powinnam go przekreślać, gdy próbowałam mu uzmysłowić, że zależy mi na trwałym związku i dlatego dążę do oparcia się na mocnych fundamentach, czyli do sakramentu.

Zwierzył się, że na portalach randkowych trudno o uczciwego człowieka i sam też wielokrotnie się zawiódł, że liczył na to, żeby mnie poznać i przestrzegał, że na takich portalach nie znajdę miłości.

To bardzo dziwne, bo właśnie na tlenie parę lat temu, dzięki temu, że nie używałam swojego gg i mój numer dostał się komuś innemu (teraz mam nowy) poznałam Mikołaja oryginała do entej potęgi, na którego punkcie po pewnym czasie moje serce i mózg całkowicie sfiksowały.

Piotrek poprosił mnie, żebym jego numer gg przekazała swojej samotnej koleżance szukającej bliskiej osoby.

Takich gostków jak on tysiące, jeśli nie miliony.

Czy istnieje w ogóle ten mój Oblubieniec, prócz tego Boskiego?

Czy mężczyźni z krwi i kości w pewnym rozrachunku wszyscy muszą okazać się skurwielami?

Dlaczego tak trudno wytrwać jest razem w dobrym i złym przebaczając i zapominając; obdarowując się wzajemnie uprzejmościami, a nie tylko złośliwościami?

Może jutro uda mi się spotkać z Jurkiem i odzyskać okulary.

9 grudnia

Chciałam odzyskać swoje