Mały wielki świat  - Helena Saniewska - ebook
Wydawca: Europa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2005

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mały wielki świat - Helena Saniewska

Intrygująca, ciekawa powieść.
Problemy typowe dla życia nastolatków wzbogacone wątkiem fantastycznym: Zuzanna i jej brat - Filip po wypadku samochodowym zostają obdarzeni nadzwyczajnymi zdolnościami. Filip czyta w myślach ludzi, a Zuzanna może wpływać na ich działania.
Wpisana na listę lektur szkolnych w gimnazjum.
"Książka niezwykle atrakcyjna w odbiorze: wciąga intrygującą fabułą, przemieszaniem wątków realistycznych ze światem fantazji, po ludzku wzrusza... Jej styl jest wykwintny w najlepszym tego słowa znaczeniu: polszczyzna piękna, twórcza, operująca ciekawymi pomysłami słowotwórczymi, przebogatą, skrzącą humorem frazeologią, urzekającymi, bardzo malarskimi opisami otaczającego bohaterów świata, dostrzegającymi bogactwo estetyczne szczegółów tegoż świata, nawiązująca do tradycji największych mistrzów pióra."
prof. Jan Miodek

Opinie o ebooku Mały wielki świat - Helena Saniewska

Fragment ebooka Mały wielki świat - Helena Saniewska






Helena Saniewska

Mały wielki świat

Wydawnictwo Europa

Wydanie II 2000


Dyrektor, redaktor naczelny Wojciech Głuch

Opracowanie redakcyjne, korekta Zofia Smyk

Ilustracja na okładce Krystyna Świecznik-Hamer

 

Opracowanie graficzne okładki Magdalena Idaszewska, Krystyna Świecznik-Hamer

 

Wydanie II 2000

 

© Helena Saniewska 1999

Wszystkie prawa zastrzeżone, szczególnie prawo do przedruku i tłumaczeń na inne języki.

Żadna z części tej książki nie może być publikowana bez uprzedniej zgody autorki.

Dotyczy to również sporządzania fotokopii, mikrofilmów oraz przenoszenia danych

do systemów komputerowych.

 

ISBN 83-87977-06-3

 

Wydawnictwo EUROPA

50-011 Wrocław, ul. Kościuszki 35

tel. (071) 346 30 11, tel./faks (071) 344 79 68,

e-mail: europa@wydawnictwo-europa.pl

www.wydawnictwo-europa.pl

 

Konwersja:


ROZDZIAŁ I BĘDZIECIE MNIE MUSIELI NAJPIERW ZWIĄZAĆ

 

Nieznośny pisk brutalnie przerwał mój kamienny o tej porze sen poranny i wdzierał się bezpardonowo i bezczelnie do mojego mózgu, by – jak co dnia – rozpocząć w nim nieodwracalne spustoszenie.

Z pewnością nikt nie uszczęśliwił mnie prezentem równie perfidnym, diablo złośliwym i bez sensu, jak tym niewydarzonym budzikiem ciotka Patrycja z Kanady. Brr... Ładny początek dnia! Samo wspomnienie ciotki Paty wywoływało u mnie zimne poty i bolesny skurcz żołądka, a cóż dopiero histeryczny wrzask tego upiornego „sufitowca”. Dziś, na szczęście, w samą porę, włączył się mój instynkt samozachowawczy.

Leżąc na brzuchu, błyskawicznie wyrzuciłam w górę głowę i ramiona – na ułamek sekundy, w sam raz na tyle, by jednym ruchem wyszarpnąć poduszkę i przykryć się nią szczelnie od góry. Co za ulga! Jak cicho...

Trwałam tak dobrą chwilę, z gorliwością przyciskając mój „kask” z pierza, jakby od tego miał zależeć mój uczniowski los i całe moje przyszłe życie. Gdy poluzowałam jednak uścisk ramion, żeby wpuścić odrobinę orzeźwiającego tlenu, piski z góry znowu zaatakowały agresywnie. Powinnam była je właściwie zlekceważyć: udać, że to nie do mnie, że pomyłka albo że ich w ogóle nie ma, ale okazało się to ponad moje siły. One tymczasem, jak laserowy promień, wwiercały się w mój mózg i bezlitośnie cięły na plasterki.

– Zuzka!!! – na dźwięk budzika nałożył się rozdzierający krzyk mamuśki.

Zamontowany tuż nade mną budzik-widmo ciotki Paty można było jeszcze od biedy przetrzymać, ale nie obydwa te słowicze głosy naraz! Mama wiedziała o tym doskonale i zawsze dołączała się perfidnie, tworząc wraz z nim niewiarygodny duet, którego jazgot i kakofoniczne brzmienie porównać można było chyba tylko ze strojeniem wyjątkowo hałaśliwych instrumentów.

Mimo że dzień, o którym mowa, zaczął się niby typowo i zwyczajnie, okazał się najgorszym w moim życiu; pasmem stresów, klęsk i udręk, zamachem na moje nerwy i uczucia, na zdrowie psychiczne, fizyczne i jakie tam jeszcze. Na mnie całą.

– No, do licha! Zuzka! Wyłączaj ten upiorny budzik i szoruj do łazienki! W końcu spóźnicie się do szkoły!

Głos mamy był już teraz znacznie wyższy niż normalnie i z pewnością nie mógł wróżyć nic dobrego, choć brak „zaśpiewu”, typowego dla niej w takich chwilach, wskazywał, że nie był jeszcze prawdziwie niebezpieczny.

Naprawdę, nie wiem, jak udało mi się doprowadzić moje ciało do "półpionu". Szczerze mówiąc, fakt ten codziennie mnie tak samo zaskakiwał. Z grzbietem wygiętym po kociemu, wodziłam smętnym, jeszcze na wpół śpiącym wzrokiem po pokoju, nad którym – jak mówiła mama – "przeszedł tajfun, a później w niego piorun strzelił", z niechęcią prześliznęłam się po rozrzuconych ciuchach, stosach zeszytów, podręcznikach i kasetach, aż wreszcie rozhuśtałam się na dobre i wyłącznik „sufitowca” znalazł się w zasięgu ręki. Cisza... Nieoceniona, piękna cisza...

Powoli, jakby się bojąc ją zakłócić i utracić bezpowrotnie, spuściłam nogę i po omacku odszukałam drewniak. Obuta stopa natrafiła na coś niewielkiego i kruchego, co pod jej ciężarem podejrzanie gruchotnęło, wypełniając pokój suchym trzaskiem. Poczułam, że krew z mojego ciała odpłynęła nagle nie wiadomo dokąd, a w stopach odezwało się nieznośne mrowienie. Wiedziałam, czułam to, że – o ironio losu! – ja, fanka Freddiego, mam właśnie pod butem moją ukochaną muzykę: szczątki "Queen"; piosenek, które – może już dla niektórych zapomniane i przebrzmiałe – dla mnie wraz z solistą nie umarły; nieodmiennie wywołują we mnie dreszcz emocji, choć słucham tego na okrągło, maniakalnie. Przeczucie okazało się rzeczywistością, a „Queen” – kupką plastikowych odłamków z taśmą w środku.

Ta zdeptana muzyka idola miała być jednak tylko początkiem, ledwie wystającym czubkiem góry lodowej, wręcz idealnym preludium do tego dnia jak z horroru.

Rozróbę w kuchni – zwyczajowo wywołaną przez Filipa – przemilczę jako coś nie mniej oczywistego niż fakt, że woda jest i będzie mokra, a ogień parzy. Zabolało mnie jedynie „spostrzeżenie” taty (co go ugryzło?), że od takiej pannicy może chyba oczekiwać pewnej klasy i oleju w głowie, a Filip (niby ten biedny, piegowaty knypek) to przecież „małe dziecko, któremu daję taki beznadziejny przykład”. Napięcie rosło, jakby zaraz miała się rozpętać burza z piorunami, a ja – zraniona taką niesprawiedliwością taty – miałam wrażenie, że jak dziecko się rozpłaczę. – Nie… – wciąż powtarzałam sobie w duchu – nie mogę dawać smarkaczowi takiej satysfakcji, bo to plotkarz i okropny aferzysta i cała szkoła huczałaby najdalej po kwadransie. Za nic w świecie.

Zacisnęłam więc zęby i wybiegłam, dobrowolnie zostawiając ledwie tkniętą jajecznicę potworowi na pożarcie. Czułam, że jeśli coś się niedobrego dzieje z tatą, bezpieczniej będzie się ulotnić i wrócić, jak już się to wszystko „przewali”.

– Kanapki!!! – krzyknęła za mną mama i z niewiarygodnym wprost refleksem wstrzeliła w szparę zatrzaskiwanych przeze mnie drzwi przygotowane zawiniątko.

Kanapki to była jej obsesja. Mogliśmy do szkoły wyjść bez głowy, butów i tornistra, ale nie bez kanapek.

W tym pośpiechu zapomniałam, oczywiście, karty na autobus. Kanary, żądne sukcesu i w tak zwanej pełnej gotowości, czyhały już jak diabeł na niewinną duszę, byłam więc bez szans. Zwłaszcza ona była krwiożercza i nieprzebłagana.

– Cóś takiego! Zapomniała biletu! – skrzeczała upiornie, w lewo i w prawo strzelając ślipkami, z których kapały błękitne pastele i dzika satysfakcja. – Wszyscy się tak tłumaczą!

Ludzie patrzyli, a ona dobijała mnie swym jadowicie uprzejmym uśmiechem, nawet na moment nie przestając szczerzyć swego niewiarygodnego uzębienia.

Wlepiłam wzrok w ten regularny przekładaniec: biały-srebrny-biały-srebrny i nie wiem czemu pomyślałam sobie, że właśnie tak wyglądać mogłyby sztachety w płocie jakiejś ekstrawaganckiej supergwiazdy w Hollywood. Pani ziewnęła przeciągle, nieoczekiwanie pokazując także to, co ma za „płotem”.

– Bajkowy ogród to to nie jest... – wzdrygnęłam się widocznie nazbyt wyraziście, bo uśmiech na jej ustach zgasł jakby polany wodą i nic już mnie nie było w stanie uratować. To jasne.

A w szkole poszło jeszcze gorzej. Spóźniona i z mandatem w zaciśniętej dłoni, zatrzymałam się dopiero na potężnym torsie wuefisty.

– Cóż za miłe spotkanie, Zuzanko! – wybuczał „Olimpijczyk”, energicznie rozcierając walniętą pierś. – Ty zawsze tak oryginalnie wchodzisz do szkoły?

Jak wyciągnięta z wody ryba ruszałam ustami i nic – żadnego dźwięku! – a on stał ubawiony i czekał, co przyniosą następne sekundy.

– Nie zawsze! I nie jestem Zuzanka ani żadna Zuzia, tylko zwyczajnie: Zuzka! – odpyskowałam w końcu i uciekłam.

Nie wiem, jak się na taki arogancki tekst zdobyłam ani też kiedy i właściwie po co się znalazłam w naszej klasie, jak śliwka w kompot wpadłam bowiem na kartkówkę-niespodziankę z matmy.

Męczyłam się nad równaniami, w których ktoś rzekomo upchał po dwie niewiadome, a których ja widziałam znacznie więcej, aż „Zocha” podeszła w końcu i z widoczną troską pochyliła się nad moją rozpaczliwie pokreśloną kartką. Tkwiła w tej męczącej pozie całe wieki, jakby ze zwykłej babskiej ciekawości, jak długo jej kręgosłup będzie w stanie tak nierówne obciążenie wytrzymać.

– Idź, dziecino, na świeże powietrze... Nic tu po tobie.

Rzuciwszy jej pełne wdzięczności spojrzenie, przytomnie chwyciłam za kanapki i – czym prędzej, żeby się nie rozmyśliła – wyszłam na korytarz. – Równania... I to w dodatku takie wredne... Praktycznie same niewiadome! – zżymałam się, nawet nie patrząc na boisko i zmagania chłopców z siódmej klasy, gdy nagły gwizdek przenicował mnie na wylot.

– I raz, dwa! Raz, dwa! – komenderował "Olimpijczyk", tłukąc paletką pingpongową w swoje okazałe udo. – No, chłopaki! Co jest?! Ruszać się, dżentelmeny! Żwawiej! A ty, Wojtaś, co?! Niedysponowany?! – "Olimpijczyk" rzucił „perełkę” dowcipu, a chłopcy niezawodnie ją złapali i wybuchnęli gromkim śmiechem.

Nalany Wojtaś sczerwieniał okrutnie, czym sprawił towarzystwu ponowną uciechę. Chłopcy gapili się wyczekująco na „Olimpijczyka”, który – rozochocony – używał sobie na całego. Byli pewni, że potulny koleś nie odszczeknie, lecz stał się cud: zawsze jak cielę pokorny Wojtaś splunął od niechcenia daleko w bok i – hardo uniósłszy głowę – ruszył energicznie w stronę furtki. Wuefista zmielił pod nosem coś zwięzłego i nerwowym ruchem sięgnął do kieszeni.

– Panie Waldku! Nie ma mowy! Tylko nie papierochy! – wystrzelił na boisko pełen oburzenia, cienki głosik, a tuż za nim wytoczyła się okrągła woźna Ziombikowa – zagorzała strażniczka czystości na naszej skażonej planecie i nieprzejednany wróg palenia.

Gdy już z uciechy zacierałam ręce, bo zapowiadał się zupełnie niezły cyrk na dole, znienacka zaatakowało mnie od tyłu ciepłe i miękkie jak aksamit:

– Halo, kochanie...

Odwróciłam się i nogi ugięły się pode mną: w drzwiach dentystycznego gabinetu słaniała się jak trzcina postać „Pięknej Śmierci”! Nie wiem, skąd się ta upiorna ksywa wzięła, ale pasowała do dentystki idealnie i przyjęła się na wieki wieków.

– No, chodź, aniele... – zgrzytnęła chropawo, aż przeszły po mnie lodowate ciarki. – Widzę, że masz chwilę wytchnienia...

Jej chudy palec wskazujący kołysał się powoli i miarowo na końcu wyciągniętej w moją stronę, trupio bladej ręki i rytmicznym "padnij-powstań" przywoływał mnie do siebie. Ruszyłam desperacko w stronę schodów, ale „Śmierć” dopadła mnie natychmiast, a na drżącym z przerażenia karku poczułam zimny, przejmujący dotyk. Potem ujęła mnie jak w kleszcze i było już zupełnie jasne, że jestem jej i że się nie wywinę.

– To jakieś nieporozumienie, pani doktor... Ja... ja nie muszę! – broniłam się przed „Śmiercią” rozpaczliwie.

– Czego nie musisz, dziecko drogie? Ząbki masz? Masz. Więc musisz... – przekonywała aksamitnie, a jej żelazny, lodowaty uścisk zamrażał moje mięśnie i krew w żyłach.

Miałam wrażenie, że ona już nie płynie w moim ciele, co więcej: że przestała już być cieczą i oczyma wyobraźni zobaczyłam ją w równiutkich kostkach – jak lód do napojów brzęczącą w kryształowym naczyniu.

– Prze... przeecież mo...oja mama... – jąkałam beznadziejnie. – Ona mnie cze...ęsto sprawdza!

– A... zapomniałam, że mama... – rzekła z przekąsem i tajemniczo uśmiechnęła się pod nosem. – Nie szkodzi. A nawet lepiej. Pewnie zajęta i przepracowana... Tłumy pacjentów... A poza tym, znasz takie powiedzonko o szewcu bez butów...?

– Trafiła w dychę! – jęknęłam w duchu. – To już po mnie.

Mama, faktycznie, dobry rok nie zaglądała w moje uzębienie. Jak się jej przypomniało, że koniecznie trzeba zrobić mi kontrolny przegląd, zawsze znalazłam jakiś wykręt „nie do podważenia”. Czasem odwrotnie: gdy na sto procent byłam pewna, że tym razem to ze strony mamy niemożliwe, sama zgłaszałam się ochoczo do przeglądu. I tak w kółko.

– Nnooo... jak na dziecko stomatologa... – „Śmierć” cmokała, z piekielną siłą przygważdżając moją głowę do zagłówka. – Nieźle...

A potem nic już nie słyszałam, tylko ryk wiertarki w mojej górnej „czwórce”. „Piękna” – niczym górnik na przodku – ryła z zapamiętaniem, wióry z „czwórki” leciały na lewo i na prawo, a ja – spięta do granic możliwości i po brzegi wypełniona przerażeniem – nie miałam wątpliwości, że wwierci mi się w końcu w lewy płat mojego mózgu i przebije czaszkę na wylot.

– Moja kochana, cudowna mama... – łzy zakręciły mi się w oczach i spłynęły do uszu. – Jakże ona jest dla swych pacjentów delikatna, współczująca! Co rusz pyta, przerywa, żeby – nie daj Boże – nie bolało... A ten babsztyl?! Wyżywa się na mnie, córce konkurencji, żeby się popisać! Pokazać, jak się leczy zęby!

– Żeby tak nawet własne dziecko zaniedbać... – „Piękna” sapała mi jak miech kowalski prosto w nozdrza. – Taka dziura nie robi się z dnia na dzień! To musiało trwaaać!

Szarpnęłam głową, by zaprzeczyć, i poczułam nagły ból języka.

– Zwariowałaś?! – wrzasnęła, wyciągając zakrwawione, jeszcze wibrujące wiertło z moich ust pełnych ligniny. – Mama nie zdążyła cię nauczyć, jak się zachowywać u dentysty?! Pięknie!

– Pięknie! – odpyskowałam w duchu, bo tylko tyle mogłam z tym kretyńskim białym kneblem.

Gotowałam się. Modliłam się, żeby mi dała wreszcie spokój. „Piękna” nie dawała jednak za wygraną i ponowiła dźganie w „czwórkę”. Przeszywający ból – gdzieś w mózgu. Obłęd! Chwyciłam uzbrojoną rękę i gwałtownie odepchnęłam ją od siebie .

– Uspokój się!!! – zapiała i trzask mnie po łapach. – A cóż to znaczy?! Cóż ty, smarkulo, sobie wyobrażasz?!

Widząc spojrzenie moich zapłakanych oczu, z wyraźną satysfakcją przymrużyła swoje i oznajmiła z wysokości stołka:

– Tu ja rządzę, moja droga, więc masz się zachowywać przyzwoicie! Jasne?!

Gdy znów uruchomiła swe narzędzie tortur, mój instynkt samozachowawczy nie dopuścił już do dalszej rzezi. Wyplułam namoknięte świństwo i poderwałam się na równe nogi. Ból i poczucie nagle odzyskanej wolności rozwiązały mi język, stępiając kontrolę nad tym, co mówię i jak głośno.

– To teraz pani powiem: jest pani rzeźnikiem, a nie lekarzem! Trzeba było zostać weterynarzem! – wymachiwałam rękami przed nosem zszokowanej „Śmierci”.

– Cooo?! Cooś ty powiedziała?! – pisnęła w szoku, a potem już tylko jak ryba bezgłośnie poruszała ustami, bo chyba odebrało jej mowę.

–Taaak!!! – wyłam jak w transie. – Wyżywa się pani na pacjentach jak sadystka, bo to, że cierpią, sprawia pani jakąś chorą satysfakcję! Widziała pani, że płaczę, że mnie potwornie boli – i nic! Ani na moment nie przestała pani wiercić tym przeklętym świdrem, żebym choć trochę mogła odsapnąć! Pastwiła się pani jak jakiś kat, bo TU PANI RZĄDZI!

– Dosyyyć!!! – „Śmierć” drżącym palcem pokazała mi drzwi na korytarz.

– Wie pani, jak panią w szkole nazywają?! – wyżywałam się za wszystkie czasy i za wszystkie jej ofiary. – „Piękna Śmierć”!

Zachichotałam, wyobraziłam sobie bowiem naszą panią stomatolog w postaci klekocącej Kostuchy na wystawie osiedlowej apteki obok szkoły – z trupią czaszką i ogromną kosą w dłoni.

– Wyjdź w tej chwili z mojego gabinetu... – zdławionym głosem wyjąkała „Piękna” i nie spuszczając ze mnie oka, w zwolnionym tempie, unosiła się ze stołka – pewnie, by mi w tym dopomóc.

– Z radością! – wykrzyknęłam, jak umiałam najuprzejmiej. – Nie cierpię rzeźni i zakładów pogrzebowych!

Strzeliłam drzwiami, w czym dodatkowo mi dopomógł przeciąg, i opuściłam miejsce kaźni raz na zawsze.

Do dzisiaj nie wiem, co mnie wtedy opętało. Nie mam pojęcia. Byłam jak w transie, jak w jakimś amoku, a przecież nawet na sekundę nie straciłam świadomości i samokontroli! Wiedziałam doskonale, że wywołam skandal, straszną aferę i że może nawet ze szkoły mnie wyrzucą, żadna siła nie była jednak w stanie mnie powstrzymać.

W trybie natychmiastowym wezwano mnie do gabinetu dyrektora. „Sztywny” – ten artystyczny pseudonim zafundowało mu zapewne grono jego „wielbicieli” – wiedział już wszystko. Gdy na nogach jak z waty stanęłam w progu jego gabinetu, siedział w fotelu jak na tronie, a na powierzchni jego twarzy i zarośniętego ciała wciąż jeszcze przewalały się – miałam wrażenie – skarga i najświętsze oburzenie „Pięknej Śmierci”.

Bałam się. Wszyscy „Sztywnego” bali się jak ognia. Nawet na przerwie, gdy wkraczał ze swojego gabinetu na korytarz, milkła normalna, szkolna wrzawa i cicho się robiło jak w mogile. Nikt nie pamiętał, żeby się kiedykowiek śmiał czy był "na luzie", albo żeby choć kawałek podbiegł. Chodził sztywny, jakby kij połknął, i nie mógł się do tego „wkładu” przyzwyczaić (stąd ta ksywa), a jego męską – niczym uprawne pole pooraną – twarz od lat niezmiennie przyoblekał przykry grymas, przeważnie zaprawiony mieszaniną złości i ironii, czasem jakiegoś smutku, niekiedy chyba nawet dziwnej melancholii.

Stałam tak przed nim wieczność, na całym ciele czując lodowate strużki potu i słyszałam głuchy łomot mego serca. I on je także słyszał. Musiał słyszeć. I musiał też dokładnie widzieć, że cała drżę jak liść na wietrze; że trzęsę się niczym świąteczna galareta. Jak skazaniec czekający na ostatni gest kata.

– Miło mi cię poznać, panno Zuzanno! – powiedział ciepło, a jego głos wydał mi się w tym momencie niesłychanie piękny.

– Paan dyrektor ża... żartuje... – wybąkałam, czując, że się czerwienię jak piwonia – po białka oczu i czubki paznokci.

„Sztywny” chrząknął w odpowiedzi parokrotnie i eleganckim gestem wskazał fotel po przeciwnej stronie biurka.

– Nniee... – kręciłam głową, jeszcze bardziej speszona. – Dzie... ękuję, ale ja...

– Nie uchodzi dżentelmenowi siedzieć, kiedy dama stoi – powiedział z niesłychaną galanterią. – Nie bój się, ja tylko tak wyglądam!

Spojrzałam w oczy dyrektora, przezwyciężając pulsującą w skroniach krew i zwariowane bicie serca i nagle – jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – przestałam trząść się jak osika, a cały paraliżujący mnie dotychczas strach gdzieś prysnął. Po przeciwnej stronie biurka siedział człowiek, którego nigdy wcześniej nie widziałam: miły i zupełnie do pogromcy niepodobny. Zobaczyłam, że spod krzaczastych, siwiejących brwi patrzą na mnie oczy jak jeziora, a po ich powierzchni prześlizgują się... – tak, mogłabym przysiąc, że to prawda! – figlarne błyski... Cały fajerwerk błysków!

– Przepraszam... – wybąkałam w miarę gładko, zdobywając się nareszcie na odwagę. – Wiem, że się zachowałam beznadziejnie i że zasługuję na zdecydowane potępienie.

– Po-tę-pie-nie?! – dyrektor zerwał się na równe nogi, a jego twarz przypominała do złudzenia dziwne skrzyżowanie znaku zapytania z wykrzyknikiem. – Za coś takiego?! Czy ty w ogóle, dziewczę, masz pojęcie, co znaczy potępić człowieka?!

Górna połowa jego ciała nagle zakołysała się nad biurkiem i zbliżyła do mnie na odległość kilkunastu centymetrów.

– Załatwiłaś potwora... – zachichotał. – Sam nieraz miałem wielką chętkę ją udusić, ale jakoś... brakowało odwagi. Masz u mnie, dziewczę, medal za zasługi! Całą kolekcję medali!

Ponownie ciężko opadł na swój fotel. Zszokowana, nie dowierzając własnym uszom, patrzyłam tępo na „Sztywnego”, którego nozdrza i kąciki ust zaczęły nagle śmiesznie podrygiwać. Potem jeszcze broda, brzuch, ramiona i policzki. Przez chwilę wszystko bulgotało w nim jak w wielkim rondlu, aż w końcu eksplodował – ni to śmiechem, ni gdakaniem kury... Czymś przedziwnym.

Ja też zaczęłam mu wtórować: najpierw niepewnie, jakby w obawie, że zostałam tylko „wypuszczona”, po chwili jednak do łez zaśmiewaliśmy się obydwoje, tworząc z wrzeszczącą na boisku chmarą dzieci chór, jakich mało, gdy ci za oknem nagle zamilkli. Ucichłam i ja. „Sztywny” jodłował teraz solo, jednak – zreflektowawszy się mniej więcej po minucie – urwał jak wyłączona taśma, gdy braknie prądu. Jego czoło zmarszczyło się jak harmonijka, a wielkie krople ciężko spłynęły w krzaczaste brwi i ślad po nich zaginął.

Ci za oknem gruchnęli w odpowiedzi śmiechem, a ja – złapana w tym duecie jak w pułapkę – poczułam, że dosłownie płonę. I choć dzieliły nas trzy kondygnacje, zdawało mi się, że dla wszystkich jest zupełnie jasne, że to ja i że jeżeli jestem z dyrektorem w tak wybornej komitywie, to na pewno mu donoszę albo coś w tym stylu.

– Co ty tu jeszcze robisz?! – przywołał mnie do przytomności syk „Sztywnego”. – Lekcja się przecież już zaczęła!

– Le...ekcja? Aha, lekcja... – z najwyższym trudem wydukałam i uciekłam z gabinetu dyrektora.

Z gabinetu polonistycznego wydobywał się nieopisany hałas. Komuś obcemu pewnie trudno byłoby uwierzyć, że w tych warunkach może się odbywać jakakolwiek lekcja, ale na pewno nie bywalcom naszej szkoły. Jazgot był na polskim jego nieodłącznym elementem i nikogo nie szokował. „Mela”, nasza polonistka, jakby mimo woli, sama do dzikiego zachowania nas prowokowała: do idiotycznych, głośnych śmiechów, głupich reakcji, ciągłych kłótni i totalnej błazenady. Samo już jej ukazanie się w drzwiach klasy było zapowiedzią, że za chwilę będzie wrzeć jak w ulu, że wszyscy zechcą mówić naraz, chodzić po klasie i żywo dyskutować, jakby to nie była lekcja, lecz spotkanie towarzyskie.

Lubię „Melę”. Szkoda jej dla tej hałastry, jaką jest, niestety, nasza klasa. Szkoda jej osobowości i talentu, a strun głosowych nade wszystko, bo nikłe miała dotąd szanse przedrzeć się przez nasz kociokwik ze swą wiedzą o literaturze i niezwykłą wrażliwością. Bardzo nikłe.

Rzecz jasna, nie pukając (bo kto by to pukanie słyszał?), nacisnęłam klamkę drzwi, by wejść do środka, i zderzyłam się z wybiegającą z klasy „Melą”.

– Prze... e... praszam... – wyjąkałam, krzywiąc się z bólu, bo kontuzjowane ramię bolało okropnie. – Jaa... nie mogłam...

Nie było sensu się tłumaczyć, czego nie mogłam i dlaczego, bo po polonistce został tylko tupot nóg po schodach. W klasie nastała niebywała cisza.

– Rzadkie świnie jesteście! – syknęła Aśka w stronę Lolka i Miłosza, klasowych zakał z doskonałą próżnią w głowach.

– Iyyy! – jęknęła Klaudia na tę wulgarność koleżanki, a na jej twarzy odmalowała się mieszanka cierpiętnictwa ze zgorszeniem.

– Radzę się liczyć ze słowami, ty... ty... „Dziewico Orleańska”! – rzucił dotknięty do żywego Lolek, szukając rozbieganym wzrokiem wsparcia u kolesia z ławki.

Kilka osób wybuchnęło śmiechem.

– Dziewica! Niech ja skonam! – Miłosz z pogardą wydął wargi – Chybabym głowy za to nie dał...

– To idiotyczne! – przerwała tę pyskówkę Baśka. – Zachowujemy się jak banda szczawi i stukniętych bachorów! Najpierw robimy świństwo „Meli”, doprowadzamy ją do załamania i ucieczki z klasy, a teraz bawią nas i strasznie cieszą płaskie dowcipy na temat Aśki! Zwykłe kołtuństwo!

– Kołtuństwo? – wybąkał zdezorientowany Lolek, znów wypatrując wsparcia u Miłosza. – Aaa... co to takiego?

– Nooo... tego... – najrezolutniej, jak potrafił, spieszył z odsieczą solidarny koleś. – Ona ma na myśli... kołtuny chyba! – skończył domysły i zatopił swe rozcapierzone palce w gęstwinie od dawna nie czesanych pakułów.

– Kołduny, gamonie! W rosole! – Ewka głaskała się po brzuchu sugestywnie. – Uwieeelbiam!

Baśka patrzyła na nich przerażona, bo jednak nie do końca przekonana, że się wygłupiają, po czym rzuciła w stronę Aśki „Orleańskiej”, z wyraźnym poczuciem winy za wszystkich:

– Sorry, Aśka... Ostatnio naszej klasie odbija równo.

– Drobiazg. Akurat ONI nie są w stanie mnie obrazić.

To pogardliwe „oni” rzucone było wprawdzie tylko pod adresem Lolka i Miłosza, każdy jednak czuł się trochę urażony i do końca dnia już było drętwo.

Niemal od urodzenia przyjaźniłyśmy się z Baśką jak papużki-nierozłączki i trudno było sobie wyobrazić, by cokolwiek mogło tą przyjaźnią zachwiać. Ładna, bystra, trochę pyskata, świetna z matmy – imponowała mi jak żadna z koleżanek. A jak rewelacyjnie grała! Jej rozbiegane palce śmigały po klawiszach jak zaczarowane, ledwie ich czasem dotykając, wręcz muskając, i wprowadzając ją w ten jeden z najpiękniejszych światów dla wybrańców. I mnie przy okazji.

– Zuzka! Szukam cię wszędzie, a ty, jakbyś się pod ziemię zapadła! – dorwał mnie – już w drodze na przystanek – jej charakterystyczny, dźwięczny sopran. – Mama się wścieknie, jak się spóźnię! Próbę generalną mam od czwartej, a jeszcze „Serenadę” i etiudy mam powtórzyć... Lećmy!

Udało nam się wprawdzie złapać ruszający już autobus – tak jednak nabity, że nie było nawet mowy, żebyśmy się „załapały”. Następny za to zjawił się już po minucie, w dodatku prawie całkowicie pusty, siadłyśmy więc pod oknem i w milczeniu przejechałyśmy połowę drogi.

– Za co przepraszałaś? – spytałam cicho, nie odwracając głowy w stronę Baśki.

– Między innymi za ciebie.

– Nie rozumiem... A cóż ty możesz mi zarzucić?

Popatrzyła na mnie tak jakoś dziwnie, że nawet bym nie potrafiła tego jej spojrzenia nazwać. Ani ledwie widocznego uśmiechu. Czułam, że dzieli nas w tej chwili przepaść – jakaś bariera, której nie tylko nie chce przełamywać, ale wręcz sama stawia między nami. Patrzyłam na jej twarz, chcąc z niej cokolwiek wyczytać, lecz wydawało mi się, że to nie była już twarz Basi, tylko profil – bez oczu, nic nie mówiący, obcy profil.

Właściwie nie wiem, czy wysiadłyśmy z pustego autobusu razem, czy osobno, i czy szłam z nią, czy sama. Czułam się podle, jak ktoś o wiele od niej gorszy – upokorzona, zgnojona... Mama nie znosiła tego słowa – złościła się, jak tak mówiłam, lecz, szczerze mówiąc, ono było tu najlepsze, najwierniej oddawało mój stan ducha po tym wszystkim. – Wielka mi pani! Uważa się za coś lepszego niż my – banda kretynów i gruboskórny motłoch... Przyjaciółka... – gorycz wzbierała we mnie jak kipiące mleko. – W końcu pokazała swoją twarz!

– Jak nie chcesz ze mną rozmawiać, to mów otwarcie – głos Basi był drżący i niepewny. – Nie musisz mnie tak ignorować.

Spojrzenie miałam chyba nieobecne, półprzytomne, bo uśmiechnęła się nieznacznie.

– Naprawdę będzie świetny koncert... Zawsze tak chętnie przychodziłaś... To co? – spytała ciepło i jakby z nadzieją.

– To nic! – ucięłam jak lancetem. – Zupełnie niepotrzebnie się wysilasz! W nosie mam koncert, ciebie i taką przyjaźń od siedmiu boleści! – wyrzuciłam jednym tchem, a widząc malujące się zdumienie na jej twarzy, waliłam dalej: głośno, na oślep, by nie dopuścić jej do głosu. – Masz się za kogoś lepszego, co?! Bo jesteś ładna i bystra! I robisz to, o czym ja nie mam bladego pojęcia! Piątki i szóstki zgarniasz lewą nogą, mimo że ciągniesz jeszcze drugą szkołę! I wszystko chwytasz w lot! Siadasz sobie i grasz, a ja z otwartą gębą patrzę i mogę tylko cię podziwiać, bo sama nic nie umiem! Kompletnie nic!

– Co cię napadło? – przerwała mi z niedowierzaniem. – Zuzka! Zwariowałaś...

Rozpłakała się, a ja – już raz sprowokowana – szłam na całość. Cały nie uświadamiany dotąd żal, który się pewnie od lat we mnie gromadził, wszystkie niepowodzenia i kompleksy znalazły swe gwałtowne ujście na rozstaju naszych ulic. Mówiłam chyba straszne rzeczy, bo Basia zostawiła mnie bez słowa i uciekła. Wszystkiego nie pamiętam, co mówiłam, lecz pierwszy raz ją zobaczyłam w takim stanie. Dużo później dowiedziałam się, że nie zagrała w tym koncercie; że nawet na niego nie poszła.

Wlokłam się teraz przez osiedle, zmęczona tym, co się od rana wydarzyło i z jakąś ciężką chandrą, marząc jedynie, żeby się zamknąć w moich czterech ścianach i płakać, płakać... ciągle płakać, aż wszystko wypłaczę do końca. I nikt tego nie zobaczy.

Stało się jednak zupełnie inaczej. Rodzice właśnie dopijali w kuchni kawę i w pierwszej chwili nawet nie zauważyli, że wróciłam. Byli jacyś spięci i nienaturalni. Tata próbował mamę objąć i przytulić, lecz ona uśmiechnęła się tak jakoś dziwnie, obco i – jakby te jego ręce ją parzyły – bez słowa odsunęła się od niego. Mój widok ją wyraźnie speszył. Wstała.

– Zaczekaj, Zuzka. Musimy porozmawiać... – wyszła z kuchni i zatrzymała mnie niepewnym gestem ręki. – Przejdź do pokoju.

– Nie... – nogi ugięły się pode mną. – Już wiedzą? To jest po prostu niemożliwe! Kanary? "Piękna Śmierć"? „Sztywny”? A może jednak Baśka? Nie, chyba zwariowałam. Jakim cudem Baśka? Pewnie dopiero teraz wchodzi do mieszkania... TYLKO ta upiorna baba z wiertłem! Nikt inny!

– Coś nie tak? – ciepło zapytała mama, widząc moją przerażoną minę. – Uśmiechnęła się i, nawet nie czekając na odpowiedź, dorzuciła: – Kłopoty... Masz to na czole.

Potężny kamień spadł mi z serca, lecz w dalszym ciągu nie wiedziałam, o co chodzi. Szukałam odpowiedzi w oczach taty, lecz on – jakby to wyczuł – odwrócił głowę w drugą stronę.

– Kłopoty? Nnnieee... Dlaczego? Żadnych! Całkiem niezły dzień... Bardzo fajny! – łgałam głosem tak drżącym, jakby zaczynało się trzęsienie ziemi.

– To dobrze – mama z wyraźną ulgą zagłębiła się w fotelu. – Usiądź, kochanie.

Usiadłam. Tata zrobił to bez zaproszenia i długo – o wiele dłużej niż zazwyczaj – zapalał swoją ulubioną fajkę. Zegar tykał miarowo i spokojnie, a my wpatrywałyśmy się w nabity cybuch, z którego wylatywać zaczynały pierwsze obłoczki.

POTEM NASTĄPIŁ KONIEC ŚWIATA.

– Wyprowadzamy się – powiedziała mama najspokojniej w świecie. – Do małego, uroczego miasteczka. Cicha, spokojna mieścina... Nie bardzo daleko.

Te straszne słowa dotarły do mnie z opóźnieniem.

– Jaaa... jaak to?! – jąkałam niemożliwie. – Chy... chyba żartujesz... Nie wierzę!

Łzy posypały mi się jak groch i to był najlepszy dowód, że wierzę.

– Nie żartuję – powiedziała łagodnie. – Ludzie często zmieniają miejsce zamieszkania, kochanie... Czasami wiele razy w życiu.

– Jakim prawem?! – zaczęłam krzyczeć. – A kto się pytał mnie?! Albo Filipa?!

Mama wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale nie zamierzałam nawet tego słuchać. Zaczęłam krążyć po pokoju. Bałam się, że eksploduję, że zrobię coś nieobliczalnego. I wciąż krzyczałam.

– Przecież to tu jest nasze miejsce, nie gdzie indziej! Nie w jakiejś zakichanej "uroczej mieścinie", ale tu, w Warszawie! Znamy tu, mamo, pełno ludzi! Mamy szkołę i przyjaciół, super koncerty i imprezy, tyle świetnych miejsc! Tu się bez przerwy coś fajnego dzieje! I nagle chcecie nam to wszystko zabrać?! Zadekować nas w jakiejś „cichej, spokojnej mieścinie”?! Jesteście potworne samoluby! Zwyczajni, obrzydliwi egoiści!

Tata był tym moim zachowaniem przerażony. Chciał coś powiedzieć, pewnie załagodzić sprawę, ale nie dałam mu tej szansy.

– Będziecie mnie musieli najpierw związać!!! – wrzasnęłam i zatrzasnąwszy drzwi pokoju uciekłam do siebie.

Byłam pewna, że natychmiast do mnie przyjdą, przybiegną żeby mnie uspokajać, coś wyjaśniać, ale nic – kompletna cisza.

Do wieczora tkwiłam przy otwartym oknie i płakałam. Wpatrywałam się w szarzejące niebo nad miastem, w mnożące się migocące światełka i sunące ulicami sznury samochodów. Wsłuchiwałam się w ten wielkomiejski, głuchy pomruk, który był dotychczas oczywisty jak powietrze, deszcz i słońce, a który wydał mi się teraz taki bliski...

„Małe, urocze miasteczko, nie bardzo daleko...” Nawet nie byłam ciekawa, gdzie to. Mogło być w piekle albo na Księżycu – i tak nie zamierzałam tam pojechać. W końcu nie mogą mnie wziąć siłą, zmusić. Nie dam się wyrwać z korzeniami i wyrzucić stąd jak jakiś chwast z rabatki. Za nic na świecie!

Z nową energią przystąpiłam do sprzątania, bo to podobno uspokaja i wycisza.

– Co?! Już pakujesz walizki?! – zaskoczył mnie piskliwy głos Filipa.

Obejrzałam się i wykonałam w jego stronę błyskawiczny wymach. Tuman kurzu snuł się przed zatrzaśniętymi drzwiami, leniwie opadając na podłogę, a gdy się nieco przerzedził, kątem oka zobaczyłam, że braciszek znów bezczelnie stoi w progu szczerząc zęby.

– Mam fajny kawał.

– Odczep się! – rzuciłam, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem.

– Przychodzi baba do naszej mamy i pyta: "Ile pani doktor bierze za wyrwanie zęba?" – „Sto złotych za godzinę”.

– Spadaj!

– Uuu!!! – zabuczał. – Taki niegrzeczny tekst? Do brata?!

– Brata się nie wybiera – ucięłam bezlitośnie. – Niestety.

– Głupia jesteś! – pukał się w czoło Filip, nogą zamykając drzwi pokoju. – Do willi się przeprowadzamy, ciemnoto! I to z ogrodem!

– To będziesz miał z pewnością piękną budę pod jabłonią! – prychnęłam kąśliwie i wyrzuciłam go z pokoju.

Tata miał rację mówiąc, że ostatnio jestem dla Filipa nie najlepsza. Chyba faktycznie... Może... Ale okropnie zalazł mi za skórę, więc byliśmy nareszcie kwita.

W nocy nie mogłam zasnąć. Było duszno, a nagrzane w ciągu dnia powietrze zdawało się do płuc w ogóle nie docierać. W końcu podeszłam do okna i otworzyłam je na oścież. Drzwi pokoju, najwidoczniej niedomknięte, stuknęły krótko, wypełniając pogrążoną we śnie przestrzeń suchym trzaskiem, a na wilgotnej skórze twarzy, szyi oraz ramion poczułam jednocześnie delikatny, chłodny powiew z zewnątrz.

– Jak cudownie... – uśmiechnęłam się do siebie, wpatrując się w uśpioną wielkomiejską scenerię.

Rozedrgane punkciki na granatowym niebie mieniły się i migotały, do złudzenia przypominając niedbale rozsypane błyskotki. Poczułam znowu nagły chłód – na karku i na plecach. To mama... Otulona szlafrokiem, z bezładnie rozrzuconą burzą włosów, stała w otwartych drzwiach – w przeciągu.

– Co ty tu robisz? – na jej twarzy była troska i zdziwienie. – Jest strasznie późno! Chyba pierwsza...

– Nie mogę zasnąć – rzuciłam cicho, patrząc gdzieś w bok.

– Hałas... – westchnęła domyślnie i podeszła bliżej, żeby zamknąć okno. – To są te „uroki” wielkich miast. Ani sekundy ciszy. Dzień i noc. Jak w tyglu.

– Duszno – powiedziałam twardo, kładąc rękę na zaciśniętej na klamce okna dłoni mamy, żeby go nie zamykała. – Hałas mi nigdy nie przeszkadza. Nawet go nie słyszę.

Powiedziałam to chyba bardzo chłodno, pewnie nawet obcesowo, bo mama, wyraźnie zmrożona, spojrzała na mnie bardzo dziwnie. Pamiętam widok spłoszonej sarny koło leśniczówki dziadka Olusia. Miała w oczach ten sam niepokój i łagodność. Tak, właśnie niepokój i łagodność... Kipiąca natura mamy i jej wyjątkowa hałaśliwość mogły każdego zwalić z nóg w promieniu kilometra. Dlatego, kiedy zobaczyłam teraz te jej oczy i spojrzenie, pomyślałam, że to nie może być ona; że to nie jej oczy i nie jej spojrzenie...

– Jak zechcesz ze mną porozmawiać, to przyjdź... – szepnęła cicho i jakby prosząco. – A teraz spróbuj zasnąć. Śpij smacznie.

Pokiwałam głową i wykrzesałam z siebie coś na kształt uśmiechu, ale wyszedł chyba bliżej nieokreślony grymas lub może nawet uśmiechu okropna karykatura.

Cała niedziela minęła w głuchej ciszy i milczeniu. Niesamowite, bo nawet przy posiłkach było przeraźliwie cicho i nikt się do nikogo nie odzywał.

Zawsze dotąd – właśnie przy stole – było tyle spraw do omówienia: trochę gderania, garść plotek, jakiś wygłup, parę dowcipów – zwłaszcza Filipa, który zasypywał nas bez przerwy kawałami; czasem się nawet ostro poprztykaliśmy o głupstwa i do akcji wkraczali rodzice... – włoska rodzina. A po południu był "rodzinny bieg po zdrowie", albo – gdy padał deszcz – śpiewaliśmy „solówki”, tata brzdąkał na gitarze i snuliśmy przedziwne plany i marzenia.

Niedzielny obiad był tym wyjątkowym i jedynym, kiedy – bez względu na przeszkody – stawialiśmy się w domu wszyscy. Nikogo z nas nie mogło braknąć – nawet taty, mimo jego obowiązkowych dyżurów w szpitalu. Lubił być z nami, dlatego chętnie dogadywał się z kolegą, który, przeciwnie – rozpaczliwie broniąc się przed swą rodzinką – zamieniał się bez ograniczeń i brał jak leci, co popadnie.

Czując już rano, że dzień ten będzie wyjątkowo beznadziejny, spędziłam go na rozmyślaniach i czekaniu, aż się skończy. Nie mogłam wprost uwierzyć, że także nas spotkało to tragiczne odliczanie sekund, minut i wlokących się bez końca godzin w beczce prochu; takie milczenie czworga bliskich sobie ludzi, którzy się kochają. Jednak – zraniona, zbuntowana, nie robiłam nic, by tę nieznośną atmosferę zmienić.

Po powrocie z kościoła pomogłam mamie przy kołdunach. To była moja „działka” i od dziecka tę pozornie mechaniczną czynność uwielbiałam. Zwykle towarzyszyły jej dowcipy mamy, potoczyście wygłaszane przez nią gadki szmatki i czasem odnosiło się wrażenie, że to właśnie w tych kołdunach tkwiła tajemnica jej humoru.

Mama w ogóle wygłupiała się niezwykle chętnie. Czasem wgniatała w ciasto jakiś drobiazg: naparstek albo pięć złotych, a raz nawet pierścionek, którego dotąd nikt nie znalazł. Doszło do tego, że niedzielny obiad ciągnął się niesamowicie długo, bo wszyscy przeżuwali skrupulatnie i szukali Bóg wie czego.

Dziś jednak było zupełnie inaczej. Stałyśmy obydwie po przeciwnych stronach blatu, jakby to była barykada – milczące i strasznie smutne. Tylko robota po staremu śmigała nam we wprawnych palcach. Nieco później pochłonęłam swoją porcję jak Godzilla i natychmiast uciekłam do siebie.

Zwinięta w kłębek, popłakiwałam i słuchałam radia – jakichś melodii, smętnych i nieznanych – a kiedy się ocknęłam, było ciemno, a ja po szyję otulona byłam jakimś kocem.

– Nie śpisz? – spytał mnie cichy i niepewny szept, tuż obok.

– Mama... – przemknęło mi przez głowę. Ciche, męskie chrząknięcie natychmiast jednak mnie wyprowadziło z tego błędu.

– Co ty tu robisz, tatku? – zapytałam, żeby powiedzieć cokolwiek. – Długo tu jesteś?

– Może kwadrans... – szepnął i delikatnie mi położył rękę na ramieniu. – Zasnęłaś w ubraniu...

– Która? – usiłowałam przyzwyczaić oczy do ciemności i wyłowić wzrokiem tarczę wiszącego nad mym łóżkiem „sufitowca”.

– Zaraz północ. Dobranoc, kochanie... – powiedział, ale nie wstał od razu.

Zrobił to dopiero po chwili, z ociąganiem. Wyciągnęłam ku niemu rękę. Tata usiadł, jakby się tego gestu spodziewając, wziął moją rozgrzaną dłoń w swoje ręce i milczał. Cisza stawała się nieznośna, a ja zupełnie nie wiedziałam, jak ją przerwać. Zdawało mi się, że cokolwiek teraz powiem, będzie to głupie i tylko jeszcze pogorszy sytuację.

Nagle uświadomiłam sobie, że ręce taty są, jak nigdy, zimne i że drżą. Przeraziłam się. Chwyciłam je zdecydowanie, mocno, żeby to drżenie opanować, ale nie pomogło.

– Boże... – myślałam w popłochu. – Jego ręce nie mogą drżeć! To będzie koniec! Coś takiego oznacza przecież koniec dla chirurga!

– Długo rozmawialiśmy z mamą... – głos taty wdarł się nagle między moje skołatane myśli i zamilkł.

Spojrzałam wyczekująco. Już przyzwyczajona do ciemności, rozróżniałam pochylone plecy taty, zarys twarzy i oczy – z pewnością pozbawione teraz tych śmiesznych iskierek, które z nich niemal nigdy nie znikały, jedynie w chwilach wyjątkowych.

– I... ? – tylko tyle zdołałam wydusić ze ściśniętego gardła.

– I nic! – powiedział z wymuszoną lekkością. – Będzie po staremu. Zostajemy.

W napięciu obserwował moją twarz, która jednak się nie uśmiechnęła, jak zapewne tego oczekiwał. Nie wydałam z siebie pisku ani okrzyku radości. Nie rzuciłam mu się na szyję. Nic – zero reakcji. To przez ten smutek w jego oczach. Łączyłam go z tym wszystkim; z tą ich decyzją wyjazdu, z którego teraz rezygnują. Nie wiedziałam, nie miałam pewności, ale czułam, że to dlatego. Że przeze mnie.

Nie rozumiałam, co takiego zaszło w życiu mych rodziców; co pękło w tym ich małżeństwie, powszechnie uważanym za szczęśliwe, zgodne i zupełnie wyjątkowe; co się dzieje. Przyszło mi na myśl, że... Nie, nawet się bałam o tym myśleć. To nieprawda... W takim razie, czemu ręce taty były takie drżące? Czułam bezsilność i że się potwornie boję; że chyba grunt usuwa się spod nóg naszej rodzinie; że nie wiadomo, gdzie jest nasze miejsce: tu czy tam ani dlaczego.

Myśli kłębiły mi się w głowie, tworząc w niej nieznośny chaos. Nie zauważyłam nawet, kiedy tata wstał i odszedł. Chyba przez chwilę czułam jednak delikatny uścisk jego palców na ramieniu. A może tylko mi się wydawało?

Przez cały tydzień o wyjeździe nawet się nie wspominało, jakby ten zamiar nigdy tak naprawdę nie istniał. Zresztą, nikt się do nikogo nie odzywał. Wszyscy schodzili sobie z drogi i zamykali się na całe dni w swych „dziuplach”.

Jedynie mama chciała ze mną porozmawiać – czułam to – ale nie starczało jej odwagi, a ja jej tego też nie ułatwiałam. W końcu wykorzystała moment, kiedy byłyśmy zupełnie same. Powiedziała, że ten wyjazd wszystkim jest potrzebny, wręcz konieczny i dlatego ma nadzieję, że wykażę wreszcie swą dojrzałość i nie będę kierowała się wyłącznie egoizmem. I dodała, że lepiej to zrozumiem, jak już będę trochę starsza.

– Jaak to? – wyjąkałam ze zdumieniem. – Tata powiedział mi, że zostajemy!

– Nie! – ucięła twardo.

I wtedy zachowałam się okropnie – jakby jakiś obrzydliwy diabeł we mnie wstąpił. Czułam, że któreś z nich mnie oszukuje, albo że się oboje bawią moim kosztem, i eksplodowałam wszystkim tym, co wzbierało we mnie od tygodnia.

– Ty, mamo, mówisz mi o egoizmie?! Ty?! – krzyczałam, płacząc z bezsilności i wściekłości. – To chyba jakiś beznadziejny żart! Żałosne nieporozumienie! Każde z was mi opowiada co innego! Można zgłupieć! Uzgodnijcie do licha wspólną wersję! Zresztą... tata... – zaczęłam jąkać się, bo nagle przeraziła mnie świadomość, że ta wreszcie uzgodniona, a więc ostateczna wersja może już nieodwołalnie znaczyć wyjazd – tata powiedział mi, że zostajemy, więc się nie ruszę! Nie ma i nigdy nie będzie wystarczających powodów, by stąd wyjeżdżać na jakieś zakazane zadupie! Chcę mieszkać TU, bo TU jestem szczęśliwa, a nie GDZIEKOLWIEK! I co to ma do rzeczy, że nie jestem jeszcze „trochę starsza”?! Wy jesteście trzy czy cztery razy od nas starsi i kompletnie nic nie rozumiecie! Nic a nic!

Musiałam przestać. Miałam wrażenie, że się za chwilę zagotuję; że się rozpadnę na tysiące kawałeczków i przestanę istnieć. Ciężko oparłam się o regał, by wyrównać oddech. Było jasne, że mama to natychmiast wykorzysta i że mogę być zupełnie pewna kontrataku. Ale nic nie nastąpiło. Cisza stawała się nieznośnie przykra, a w uszach brzmiały mi jedynie moje słowa, jakby odbijane echem.

Nigdy dotąd tak do mojej mamy nie mówiłam. Pyskowałam, owszem, ale naprawdę nigdy coś takiego... Czułam, że brutalnie przekroczyłam pewną niewidzialną linię – granicę, której nawet dotknąć mi nie było wolno... Dlatego właśnie chciałam mamę sprowokować, zmusić do słów tak samo wobec mnie bezwzględnych, przykrych i równie agresywnych, żeby zatrzeć to okropne wrażenie. Żeby był remis.

Rzuciłam jej spojrzenie aroganckie i zaczepne i uśmiech, jakiego nie lubiła. I dopiero wtedy zobaczyłam, że stoi przede mną kobieta zupełnie do mojej mamy niepodobna – szara i zagubiona; że jej zapłakane oczy są śmiertelnie przerażone, a blade, nieumalowane usta drżą.

– Tata chce odejść – powiedziała ledwie słyszalnie. – Ma inną kobietę... To dlatego.

To było najgorsze, co mogłam z ust mamy usłyszeć. Straszne i okrutne. Poczułam, że jest mi słabo i niedobrze, a świdrujący w moich uszach szum zdawał się być jedynym dowodem, że wciąż żyję.

– Nnie rozumiem... – wybąkałam. – Nie wierzę. Tata by nigdy tak nie zrobił!

Mama zdawała się zupełnie mnie nie słyszeć. Oparła się o drzwi plecami – mała i przygarbiona, jak gdyby uchodziło z niej powietrze – i stała tak przez chwilę, z drżącą brodą i ustami, cicha. Dwie nabrzmiałe łzy spłynęły spod jej zaciśniętych powiek, potem następne i następne, a ja patrzyłam zdruzgotana i oszołomiona.

Trudno uwierzyć, ale chyba nigdy dotąd mama nie płakała. Była wesoła albo postrzelona, czasami nawet despotyczna i jak osa wściekła, ale nie łzy! Nie rozpacz i bezsilność dziecka! Ten widok był tak strasznie przykry, tak przytłaczający i żałosny, że modliłam się do Pana Boga, żeby się to natychmiast skończyło; żeby zadzwonił dzwonek do drzwi albo telefon, żeby się zaczęło palić w garnku albo nawet nastąpiło trzęsienie ziemi – byle tylko przestała płakać. Nic się jednak nie zdarzyło.

– Mamo, nie płacz... kochana... – powiedziałam błagalnie. –Tylko nie płacz. Proszę... Przepraszam...

Jakby straciwszy władzę w nogach, osunęła się na ziemię. Z całą mocą i wyrazistością dotarło do mnie nagle, jak ją kocham, jak strasznie jest mi bliska i jak mi na niej zależy. Z kieszeni swetra wyciągnęłam chusteczkę i klęcząc, najdelikatniej jak umiałam, wycierałam czarne zacieki tuszu na jej policzkach. Mama siedziała na podłodze i się w ogóle nie broniła; ona – taka zawsze dumna i taka niezależna...

– A on? Czy on by został tu, w Warszawie? – zapytałam ze ściśniętym gardłem i sama się tego pytania przestraszyłam.

– Sama nie wiem – szepnęła jakby do siebie. – Może jednak nie...

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, że rodzina to nie monolit i że się w każdej chwili może rozpaść. Byłam tak mało spostrzegawcza, że w ogóle nie dostrzegłam tworzących się w niej pęknięć i kolejnych zarysowań. Nazbierało się ich pewnie całe mnóstwo, a ja wśród nich – głupia i naiwna – czułam się taka beztroska i niezagrożona. Tak bezpiecznie... A więc ten wyjazd to nie ich wspólny pomysł i wspólna decyzja, lecz rozpaczliwa strategia mamy... – zrozumiałam. – To nie ucieczka ani rezygnacja, lecz desperackie wyzwanie, rodzaj prowokacji, która się albo powiedzie, albo zakończy druzgocącą klęską.

– A koło tego domku, mamo, jest jakiś ogródek? – spytałam drżącym ze wzruszenia głosem. – Jakaś zieleń...?

– Mnóstwo! Aż wchodzi do okien – odpowiedziała przełykając łzy. – I pachnie bzem i jaśminami...

Spojrzała na mnie – z nadzieją, wyczekująco... Nie widziałam tego, bo moje oczy uciekły gdzieś w bok, daleko, jakby w obawie, że mama dostrzeże w nich żal. Nie widziałam, lecz czułam to jej pełne obawy spojrzenie. Wiedziałam, że nie wolno mi się teraz zdradzić; że nie może drgnąć nawet jeden mięsień mojej twarzy ani powieka. Moja wilgotna z emocji ręka odszukała po omacku dłoń mamy i splotła się z nią mocno, aż do bólu.

– To dobrze, bo bardzo kocham zieleń – szeptałam wargami spierzchniętymi jak w gorączce. – Świetnie...


ROZDZIAŁ II ZNIKNĄĆ JAK OBŁOK ALBO TĘCZA

 

Mój następny dzień w szkole upłynął, a raczej przepełznął niczym niezakłócony i beznadziejnie nudny i bezbarwny. Jeśliby jakiekolwiek – najdrobniejsze nawet – szkolne wydarzenie jak: zły lub dobry stopień, klasówka czy też nagłe wyrwanie do tablicy można było przedstawić na wykresie, to byłyby na nim góry i doliny, Mount Everest i Rów Mariański. Dziś jednak była to linia idealnie ciągła i pozioma jak u trupa.

Wyszłam sama – bez Baśki, która po niedawnej awanturze mnie wyraźnie unikała – i poszłam w stronę autobusu. Widząc tłum ludzi na przystanku, postanowiłam nagle, że do domu wrócę pieszo. Trzeba być chyba nieźle pomylonym, żeby się dobrowolnie skazać na „przechadzkę” w takim korku, w smrodzie spalin! Tylko że to nie miała być przechadzka. Tę moją, przemierzaną od lat, trasę chciałam po prostu bliżej poznać i... pożegnać; ten jeden, jedyny raz, by definitywnie zamknąć rozdział i się już nigdy więcej nie rozczulać. Dlatego dobrze, że bez Baśki. Pożegnania i pogrzeby winny się odbywać bez gapiów – sam na sam ze smutkiem.

Wlokąc się i przyglądając nie zauważanym wcześniej domom, skwerom i kościółkom, ze ściśniętym sercem przemierzałam plac za placem, ulicę za ulicą i przedzierałam się przez nieprzebraną masę ludzką.

– Co się stało? – drobna postać staruszki zatrzymała się przede mną nieoczekiwanie. Poczułam silne drżenie jej kościstej, suchej ręki na mej dłoni. – Nie płacz, malutka... – powiedziała z uśmiechem, tak jakoś rzewnie. – Łzy są dla takich jak ja, których nikt nie chce. A ty? Ciesz się każdą chwilką, bo i ona uleci...

I zniknęła. Wydawało mi się, że śnię. Obejrzałam się, by za staruszką pobiec, zapytać ją, kim jest, i podziękować, lecz rozpłynęła się tak samo nagle, jak się pojawiła. Pochłonął ją natychmiast szary, zabiegany tłum, tak jak wezbrany żywioł porwać może drobny okruch, i mój wzrok wyłowić jej już nie był w stanie.

Dotknęłam ręką policzka – był rzeczywiście cały mokry. Drugi też. Koniuszki palców przytuliłam do języka i poczułam, że są słone, że to naprawdę łzy. A więc i ta staruszka też nie była przywidzeniem – smutna, krucha, nikomu niepotrzebna dobra pani o wypłowiałych oczach i przejmującym smutku w drżącym głosie. To właśnie ona mnie dostrzegła pośród tłumu; chciała pocieszyć, choć na jej łzy, być może, nikt już od dawna nie zwracał uwagi.

Gdy się pojawiłam wreszcie w drzwiach mieszkania, mama – oplatająca się kurczowo ramionami, skulona i wyczekująca – stała w mrocznym przedpokoju. Miałam wrażenie, że tkwi tam już od dawna, godzinami nasłuchując dzwonka i moich kroków na schodach. Jej usta – także dziś bez makijażu, blade – drżały, jakby coś szepcząc lub tylko usiłując coś powiedzieć.

– Umierałam ze strachu – powiedziała cicho. – Modliłam się, żeby ci się nic nie stało... Wiesz, która godzina?

– Musiałam przejść tę drogę, mamo. Chciałam ją zabrać z sobą. Zapamiętać...

Wyrzuciłam to z siebie i od razu wydało mi się to takie głupie, ckliwe... Jakże mało ważne wobec jej lęku; wobec tych prawie pięciu godzin spędzonych na daremnym czekaniu, na przeganianiu strasznych myśli i nasłuchiwaniu moich kroków.

– Tyle jest teraz tragedii! Różnych napadów i wypadków! – wybuchnęła nieoczekiwanym, spazmatycznym płaczem. – Wczoraj pisali o gwałcie! W biały dzień, w zaroślach koło przystanku – prawie na oczach tłumu! I nawet palcem nikt nie kiwnął! Jakiś chłystek wyciągnął dziewczynę z tramwaju, grożąc nożem! Rozpaczliwie wzywała ratunku, ale nikt się nie ruszył! Nikt! W środku miasta!

Stałam o metr od mamy, zawstydzona i z poczuciem winy. Lecz choć wiedziałam, że jedyną uczciwą i ludzką reakcją byłoby ją teraz przytulić i przeprosić, okazać przynajmniej jakąkolwiek skruchę, mój egoizm i zranione JA zamykały mi usta i nie pozwoliły schylić karku. Niczym cierń tkwił w moim sercu żal o to wszystko, co zmuszona będę na zawsze porzucić, ale też o to, co ma dopiero POTEM nastąpić – o wielką niewiadomą, której się boję i nie chcę, a której ona jest autorką.

Reszta tygodnia była martwa i niewarta jakiejkolwiek wzmianki. Dopiero w sobotę wpadli na tradycyjnego brydża ciocia Bożenka i wujek Julo – rodzice Baśki, a serdeczni przyjaciele moich. Byli bez dzieci, sami.

Rodzice Baśki przyjaźnili się z moimi chyba od początku świata. Świetnie się zawsze rozumieli i wiem, że gdyby coś się komuś stało, poszliby bez wahania i do piekła, żeby pomóc.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.