Magiczny świat tuż za płotem - Dorota Mularczyk - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 323 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Magiczny świat tuż za płotem - Dorota Mularczyk

Czternastoletni Marcin znajduje w ziemi, za płotem swojego ogrodu dziwną, gumową dziurę.  Wraz ze swoim przyjacielem, Piotrem postanawiają sprawdzić jaką to tajemnicę może ona w sobie skrywać. Okazuje się, że prowadzi do podobnego, lecz nie zwykłego świata, do świata pełnego prawdziwej magii.Czary, przedziwne stwory, zagadki, olbrzymie pająki, niesamowite przygody…, to tylko niektóre z niespodzianek, jakie czekają na chłopców.

Dorota Mularczyk
Pisać zaczęłam dość późno, bo przy łóżeczku najmłodszego dziecka. Pierwsza, napisana powieść fantastyczno-przygodowa  "Magiczny świat tuż za płotem", to początek serii przygód Marcina i Piotra. Przerwałam to i udało mi się stworzyć kilka scenariuszy i bajek, po czym powróciłam do pisania powieści i tym razem powstała I cz. "Szkarady z głębi", cz. II jest w trakcie tworzenia.

Opinie o ebooku Magiczny świat tuż za płotem - Dorota Mularczyk

Fragment ebooka Magiczny świat tuż za płotem - Dorota Mularczyk





I Dziura

 

– Marcinku! Obiad! – zawołała mama z kuchni.

– Zaraz! – odkrzyknął zrezygnowany menadżer drużyny piłkarskiej. Nie mógł zrozumieć, jaki błąd popełnił w doborze składu.

Po przedłużającej się chwili głos mamy zabrzmiał już ostrzegawczo.

– Marcinku! Obiad!

– Tak, tak! – nieprzytomnie odpowiedział chłopiec. Wciąż zastanawiał się, dlaczego kolejny mecz znowu jest przegrany.

– Marcin! Obiad! – mama traciła cierpliwość. – Zaraz wszystko będzie zimne!

– Eche! – padła machinalna odpowiedź. Najlepsi zawodnicy, drugie miejsce w tabeli i znowu nic. Rozgromiony przez patałachów z drugiej ligi.

Mama weszła do pokoju.

– Marcinku, wołałam cię – powiedziała z naciskiem.

Marcin odwrócił się i nie rozumiejąc, o co chodzi, spytał.

– Kiedy?

Nie sądzisz, że ten komputer śmieje się z ciebie? – głos mamy złagodniał. – Wołałam cię na obiad.

Znowu jedzenie? Dopiero było śniadanie!

Masz rację kochanie, ale od tamtej pory upłynęło pięć godzin. Zaraz schowasz się za kijem od szczotki. Czy Piotrek nie mógłby wyjść z tobą na dwór?

No na pewno. Tylko, że musiałby to zrobić razem ze stolikiem, komputerem i długim, bardzo długim przewodem do internetu. Są bardzo zżyci ze sobą, Mamo, on ma lepszy sprzęt niż ja i nie ma czasu na wychodzenie.

No dobrze. Idź zjedz, a potem narwij trochę trawy dla Zuzi. Ostatnie źdźbła zjadła na drugie śniadanie.

Trudno powiedzieć, na który posiłek je zjadła, przecież ona cały czas coś je.

Marudząc jeszcze pod nosem zszedł do kuchni na obiad.

Marcin jak na swoje 14 lat był szczupłym, niewysokim chłopcem o dużych, zielonych oczach. Jego blond czupryna była wiecznie nastroszona, co nadawało mu wygląd nieposkromionego psotnika. W domku jednorodzinnym, który stał jako pierwszy przy wjeździe do miasteczka, mieszkał z mamą, dziadkami, starszą siostrą Asią i młodszym bratem Tomkiem. Jego pokój był na pięterku. Okno wychodziło na wschód, przy oknie stało biurko, a na nim komputer. Nieraz złościł się, że jest zbyt powolny albo się zawiesza, ale już od dawna nie miał innej rozrywki. Praktycznie w tych czterech ścianach zamykał się jego świat.

Co prawda miał jednego bliskiego kolegę, który mieszkał po sąsiedzku, ale obaj od dłuższego czasu całe dnie spędzali przed monitorem komputera. Kiedyś największą frajdę sprawiała Marcinowi zabawa na tarasie, na który wychodziło się także z jego pokoju. To było bardzo wygodne. Zwłaszcza wtedy, gdy na dole stanął Piotrek z piłką pod pachą i zagwizdał na niego. Szybkie wyjście: taras, daszek przybudówki i już stał obok kolegi gotowy do meczu. Całymi dniami grali w „gałę”. Jego ubranie było czasami tak brudne, że przy każdym ruchu kurzyło się, jakby przed chwilą wyszedł z komina. Trwało to do skończenia szkoły podstawowej. Później dużo się zmieniło. Idąc do gimnazjum został przydzielony do innej klasy niż Piotrek, a przecież mieli być razem. Czasami się widywali, ale to już nie było to samo. Obaj chłopcy pozwolili wciągnąć się bez reszty grom komputerowym. Teraz, mimo, że była pełnia lata i pogoda zapraszała do wyjścia z domu, żaden z nich tego nie zauważał, czym najbardziej martwiły się ich mamy. Marcin chociaż od czasu do czasu musiał iść do ogródka po trawę dla swojego królika – miniaturki, który rozrósł się do dziwnie dużych rozmiarów, a apetyt miał jeszcze większy od siebie samego, w przeciwieństwie do Marcina. I to właśnie dzisiaj, w ten największy upał, Zuzia musiała skończyć swoje zapasy. – No cóż, piekiełko czy nie, zwierzątko musi jeść. – Zaraz po obiedzie Marcin wziął worek foliowy, gumową rękawiczkę i poszedł do ogródka.

O rety, przecież jak klapnę na tym żarze to się rozpuszczę! – pomyślał wychodząc z cienia drzewa. Trawa spod czereśni już była zjedzona. Natychmiast postanowił, że będzie codziennie solidnie podlewał ogródek, wtedy trawa będzie rosła tam gdzie on będzie chciał. No cóż, nie ma tu, to może warto poczłapać za płot, tam w cieniu komórki na narzędzia na pewno coś się znajdzie.

Po dawnemu przeszedł przez dziurę w płocie wychodząc na pole za domem. Westchnął. To tutaj wiele trampek zostało wykończonych. Chwilę postał w bezruchu zamyślony. Czy teraz jeszcze chciałoby mu się biegać po boisku za piłką? E, lepiej posiedzieć sobie przed komputerem. – No cóż, złapię parę kępek zielonej grzywki i lecę, może dobra passa wróci. Może dam tym patałachom popalić. Ostatecznie jestem wysoko w tabeli. – I, myśląc ciepło o komputerze, że dzięki niemu, sam osobiście nie musi nabijać kilometrów, zabrał się do zbiorów. O, tu było wystarczająco dużo i to jeszcze jakże gęstego zielska. Parę szarpnięć i torba się zapełniła. Zadowolony, zawiązał uszy reklamówki, spojrzał na ile porcji może jeszcze liczyć w tym miejscu i już wstał, żeby zmęczonym krokiem wrócić do domu, kiedy coś go zaniepokoiło. Zajrzał do torby i przyjrzał się zerwanej trawie. Teraz dopiero zauważył, że jej nie zerwał tylko wyrwał z korzeniami, a nawet… Ująłby to inaczej. Ona po prostu została wyjęta. Ale to jeszcze nie wszystko. Na korzeniach kilku kępek nie było śladu ziemi. – Ciekawa sprawa – przyznał. Kucnął, żeby się przyjrzeć, z czego wobec tego wyrastała. Wyciągając rękę w stronę pustego miejsca, spodziewał się, że dotknie jakiegoś podłoża. Jakie było jego zdziwienie, kiedy stwierdził, że trawa rosła w niczym, to znaczy w powietrzu, bo tutaj nie było ziemi. Mało tego, przy dokładniejszej penetracji dziurawego miejsca, okazało się, że otwór nie ma również dna. Właściwie dałoby się to jakoś wytłumaczyć, ale dlaczego stamtąd tak przyjemnie pachnie? Marcin chciał oprzeć się na krawędziach, żeby zajrzeć głębiej, ale przy dotknięciu, tego, co było pod trawą, ustępowało jak naciągnięta guma. Gdy cofnął rękę, otwór ponownie się zmniejszył. Spróbował obiema rękami „rozciągnąć” dziurę. Okazało się, że gdyby chciał, mógłby się tam zmieścić cały. Już zamierzał bez namysłu wstawić nogę i sprawdzić, jak jest głęboko, ale natychmiast ją cofnął. Przecież to chyba nie jest coś normalnego, żeby w ziemi była gumowa dziura.

– Nie, żeby nie wiem, co, nie wejdę tam – pomyślał i aż mu się włos zjeżył na głowie, gdy wyobraził sobie, co mogłoby się tam znajdować. – Ale zaraz, jak zobaczyć, skoro nic nie widać? – Musiałby mieć chociażby latarkę, a może nawet linę, odpowiednie buty, no i kogoś, kto by trzymał drugi koniec liny. Tam przecież może być bardzo głęboko. Czy w ogóle jest tam jakieś dno? A może to wszystko, to tylko przegrzanie?! Tak, to był zły pomysł, żeby w największy skwar iść po obiad dla królika. Królika! Właśnie! Przecież zwierzęcy instynkt nie zawodzi. Przyprowadzę tu Zuzię na smyczce i jeżeli ona wejdzie, to będzie na pewno znaczyło, że jest wszystko w porządku i zajrzę do środka. Hmm. Zaglądanie zaglądaniem, ale trzeba mieć niezbędny sprzęt, no i kogoś do pomocy. Piotrek! Przecież chyba da się go namówić, żeby trochę przewietrzył mózgownicę. No tak, tylko co powie, gdy mnie zobaczy z królikiem na smyczy? No cóż, myślę, że towarzystwo Zuzi powinno mi na razie wystarczyć.

Nadal nie bardzo wierząc w to wszystko, Marcin poszedł do domu po długi sznurek i puszorek dla królika. Mama kiedyś pozszywała parę skórzanych pasków, żeby mógł w tym wyprowadzać Zuzię na łąkę. Przez jakiś czas bardzo się to przydawało, ale gdy został wyśmiany przez starszych kolegów, poprzestał na przynoszeniu łąki królikowi. Ledwo, ledwo udało się ubrać przerośniętą miniaturkę w puszorek. Miał nadzieję, że gdy dojdzie na miejsce, okaże się, że nie ma żadnej dziury w ziemi. Że to była wina słoneczka, albo ciężkostrawnego obiadku, o który sam mamę prosił. Poszedł. Dziura była.

No Zuzia, zwierzęcino ty moja, powiedz mi, co tam jest. – Marcin stanął blisko otworu, żeby króliczyca mogła zobaczyć to, co powinna. Nie musiał długo czekać, zachowała się tak, jakby to była jej norka. Nie oglądając się na Marcina, dała susa do środka i cisza. Sznurek naprężał się powoli, co znaczyło, że nie było głęboko – dobry znak. Ale po kilkunastu sekundach nadal go ubywało. Złapał więc szybko za koniec sznurka i przytrzymał mocno. – A co będzie jak się tam na nią ziemia zawali? – Sznurka jeszcze trochę zostało, kiedy wciąganie ustało. W tej samej chwili usłyszał coś, jakby świst powietrza i znów rozszedł się ten przyjemny zapach. Zaczął wybierać sznurek, ale za moment zdrętwiał. Poczuł, że na drugim końcu nie ma nic. Wyciągnął cały i natychmiast oblał go zimny pot. Stracił Zuzię! Zabił ją! Coś ją zjadło! Jak mógł to zrobić?! Dlaczego ją tam wepchnął?!

Spróbował jeszcze raz zajrzeć do środka, ale bez latarki nic nie mógł dostrzec. Usiadł obok bezradny i przerażony. Te kilka sekund wyrzutów sumienia uświadomiły mu, jak bardzo był przywiązany do swojego zwierzątka. Ale nagle, jak gdyby nic się nie stało, z otworu wymaszerowała Zuzia. Oszołomiony, złapał ją i tulił z radości do siebie, jak stęskniony po długiej rozłące. Dopiero po chwili zauważył coś dziwnego. Nie dosyć, że Zuzia nie miała pusz orka, to jeszcze... uśmiechała się.

No fajnie, trawa rosnąca w powietrzu, strata królika, jego cudowne ocalenie, a teraz omamy wzrokowe. Dosyć tego, wracamy do domu, a później przyjdę i zaceruję to coś. – Wziął króliczycę na rękę, torbę z trawą pod pachę i ruszył w stronę dziury w płocie. Nie mógł się pozbyć wrażenia, że ktoś do niego coś mówi. Rozejrzał się dookoła, ale przecież nikogo teraz, jak i wcześniej, nie było. Wpuścił Zuzię do jej wybiegu, wrzucił świeżej trawy i szybko wbiegł na górę do swojego pokoju. Ale nie usiadł do komputera. Położył się na tapczanie, wbił głowę w poduszkę i zaczął myśleć intensywnie. Tak naprawdę, to przecież wydarzyły się dziwne rzeczy. Jak to wszystko można wytłumaczyć? Na dodatek, teraz już wiedział dokładnie, że ktoś mu przekazał bardzo dziwną informację: „Weź torbę, zbieraj owoce, nie bój się pająków.”

Szukał w myślach jakiegoś logicznego rozwiązania. Ale czy wszystko musi dać się wytłumaczyć? Przecież i naukowcy mają podobne problemy, nawet większe. Trzeba podejść do sprawy praktycznie. Jeżeli pójdę tam i okaże się, że otwór nie zniknął, to znaczy, że trzeba go obejrzeć dokładnie. I … w cale nie chcę, żeby było logiczne wytłumaczenie. Właśnie chcę, żeby było nielogiczne, dziwne, straaaaaszne. Odkąd pies sąsiadów obsiusiał siedzące na krawężniku dziecko, w tej okolicy nie było żadnej sensacji. Bardzo chętnie wezmę worek, będę zbierał owoce i nie będę się bał... Zaraz, chwila, przecież nie znoszę tego paskudztwa – pająków. Że też to musi się ludziom na oczy pokazywać. Fuj! Będę udawał, że zapomniałem o ich istnieniu. Nazrywam w ogrodzie parę owoców, wezmę latarkę, linę i... pójdę.

– Marcinku. – Do pokoju weszła mama z bardzo tajemniczą miną i usiadła obok niego na brzegu tapczanu. – Mam dla ciebie bardzo ważną informację. Co prawda miałam poczekać z tym do jutra i przekazać ci ją razem z życzeniami urodzinowymi, ale uznałam, że taki prezent zasługuje na podanie w oddzielnej paczce jako specjalny. Otóż razem z mamą Piotra uznałyśmy, że lepiej, a na pewno zdrowiej będzie dla was obu, gdy bardzo poważnie i stanowczo porozmawiamy z dyrekcją waszego gimnazjum.

Czy coś z nami nie tak? – spytał wystraszony Marcin, próbując sobie przypomnieć, co takiego mógł ostatnio zmalować w szkole. Przecież nie miał złej średniej, a z zachowania – dobry.

Obaj jesteście w porządku i dlatego, od nowego roku szkolnego będziecie mieć wspólny plan lekcji.

Mamo! Czy mi się zdaje, czy ty przed chwilą powiedziałaś, że będę w jednej klasie z Piotrkiem? – Marcin o mało nie zachłysnął się własnym głosem.

Zgadza się – odpowiedziała mama obserwując radość, jaka pojawiła się, na posępnej od dawna twarzy syna. – Może znów razem pokopiecie piłkę?

– Jasne! Biegnę do Piotrka, ciekawe, czy już o tym wie – to mówiąc wybiegł z pokoju jak oparzony.

– Ostrożnie! Po drodze jest parę ścian i drzwi. – krzyknęła mama, ale Marcin już nie usłyszał.

Popatrzyła za nim i zamyśliła się. Wiele by dała, aby takim był na co dzień. Ale ostatnio był cichy i zamknięty w sobie, często smutny, rzadko kiedy się uśmiechał. Nie musiał nic mówić. Wiedziała, że właśnie teraz, jak nigdy wcześniej, potrzebował ojca. Cóż jednak mogła zrobić? Odszedł. Po prostu odszedł bez słowa. Nie interesowało go, że ktoś może za nim tęsknić, czy nawet płakać. Zraniona dziecięca miłość odcisnęła swe piętno na tak ciepłym i łagodnym charakterze chłopca. Już przestał się dopytywać: „Dlaczego tata nawet nie zadzwoni?” Przestał w ogóle o nim mówić, tak jak i przestał interesować się wieloma innymi sprawami. Nie chciał brać udziału w życiu rodzinnym i słuchać, że powinno się pomagać. „Tata nie musi nikomu pomagać to i ja nie muszę!” – niedawno wykrzyczał i trzasnął drzwiami swego pokoju, zamykając się w nim na kilka godzin. Drażliwy temat przestał być poruszany.

Marcin po krótkiej chwili stanął przed furtką Piotra. Wcisną parę razy guzik od domofonu, jakby się paliło i gdy tylko odezwał się znudzony głos kolegi, wrzasnął:

–Otwieraj Piotrek! Bomba!

– Gdzie?!

W sedesie! A gdzie ma być?! Ja mam bombową wiadomość!

– Właź! – Brzęczyk zwolnił furtkę. – Tylko uważaj, bo żelastwo świeżo malowane.

Gdy już wszedł, a raczej wpadł do pokoju Piotra, burknął z wyrzutem:

–Ty gadzie! Nie powiedziałeś mi, żebym się nie przykleił do furtki!

– Powiedziałem, tylko ty już byłeś na górze. No, co tam? Wygrałeś samolot pasażerski na loterii fantowej?

Eche, z przyczepą i osiołkiem w razie awarii. Mama ci już coś wspominała o szkole?

Nie, a co, dostałem się na studia? Streszczaj się i opowiadaj, co to za sensacja.

Nie wiem od której zacząć, bo tak naprawdę to są dwie. Jedna na ziemi, a druga pod ziemią. Którą wolisz?

Kogo zakopali? – syknął zniecierpliwiony Piotr

– Dobra, zacznę od tej bardziej z tego świata. Od nowego roku szkolnego będziemy w jednej klasie! A ta druga to...

Nie gadaj! Jak to się stało? – ożywił się Piotr. – Przecież twoja mama już próbowała. – Wyglądał, jakby właśnie przebudził się z długiego letargu.

Bo teraz poszła razem z twoją i udało się. Co dwie groźne baby, to nie jedna. Pewno jedna trzymała, a druga lała.

Kogo? – Piotr zaczął się przyglądać Marcinowi, jakby tamten przejawiał oznaki jakiegoś niezrównoważenia.

– Żartowałem. Piotrek, tak się cieszę, że będziemy razem! – Marcin miał wypieki na twarzy z emocji.

To się nazywa wiadomość! Trzeba to będzie jakoś uczcić, zwłaszcza, że jutro są twoje urodziny – przypomniał sobie Piotr.

Chłopcy mieli po 14 lat. Obaj byli niewysocy, szczupli, ale Marcin drobniejszy. Przyjaźnili się, odkąd sięgali pamięcią, a w szkole podstawowej zawsze siedzieli w jednej ławce. W Cedrach, miasteczku, w którym mieszkali, nie było zbyt dużo atrakcji, ale oni ze sobą nigdy się nie nudzili. Zawsze potrafili znaleźć jakieś zajęcie i nie włóczyli się bezczynnie po ulicach, tak jak niektórzy ich rówieśnicy.

Piotr mieszkał z mamą i tatą, ale nie miał rodzeństwa, nad czym często ubolewał. Być może dlatego Marcina traktował jak brata. Miał ciemne włosy, które w przeciwieństwie do Marcinowych zawsze układały się gładko i wyglądały elegancko. To właśnie on, nikt inny, najlepiej rozumiał przyjaciela. Czasami Marcin, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, przybiegał do niego, niekiedy o dziwnych porach, ale nigdy nie został źle przyjęty. Wręcz przeciwnie, zawsze był w tym domu mile widziany.

No, a co z tą twoją drugą „bombą”? – zapytał Piotr.

Za komórką z narzędziami jest dziura w ziemi – wypalił Marcin

No popatrz! – Chłopiec udał ogromne zdziwienie. – W życiu by mi do głowy nie przyszło, że w ziemi może być dziura. A to, że na dodatek za komórką, to już jakieś dziwactwo – odparł bez namysłu Piotrek.

Dobrze, opowiem ci wszystko po kolei, tylko usiądź, ale jak skończę to proszę cię nie wspominaj nic o udarze słonecznym.

Piotrek wysłuchał całej historii z takim wyrazem twarzy, jakby zobaczył przed sobą tańczącą w balecie, ich okropnie puszystą sąsiadkę.

Dlaczego od razu nie przyszedłeś do mnie? Chłopie, wskakuj w kapcie, bierzemy sprzęt i lecimy! – zapalił się Piotr.

Chwilę się zastanawiali, co mogłoby im się przydać i ustalili, co który weźmie. Najważniejszymi rzeczami były oczywiście lina i latarka, ale powinni wziąć i łopatę, bo może trzeba będzie, na przykład, coś odkopać. Rodziców Piotra jeszcze nie było, więc nie mieli problemu z kłopotliwym tłumaczeniem się, po co im to wszystko.

Niedługo potem stanęli z plecakami obok otworu w ziemi. Piotr, niczym rzeczoznawca, zaczął oglądać dziwo.

– Miałeś rację, to rzeczywiście dziwna sprawa. Ale ty jeszcze coś bredziłeś o pająkach i owocach. Może coś ci się w uszach, tego...?

Fajnie, to może ty tam wejdziesz, a ja potrzymam cię na sznurku. No? Którą częścią wchodzisz? – zniecierpliwił się Marcin.

Tak naprawdę, to mam ciężkiego stracha – przyznał się Piotr. –Lepiej ty idź, będziesz miał mniej kłopotu z przeciśnięciem się przez… cokolwiek. Przewiążesz się liną, a ja ją będę mocno trzymał. Jakby co, to przecież ja jestem silniejszy, łatwiej cię wyciągnę niż ty mnie.

Mam na ten temat odmienne zdanie, ale pamiętaj, że to ja byłem odważniejszy. – Marcin wyprostował się dumnie i zaczął obwiązywać się liną.

Jak szarpnę trzy razy, ciągnij mocno i wołaj o pomoc – poinstruował Piotrka. Usiadł na brzegu dziury i powoli zaczął się w nią wsuwać. Od razu poczuł pod stopami coś miękkiego. Zdawało mu się, że to rozpulchniona ziemia, ale pod naporem zaczęło łagodnie ustępować. Gdy schował się już cały, włączył latarkę i starał się coś dostrzec. Widział przed sobą wciąż mniejszy od siebie otwór, który zachowywał się tak, jak ściągacz przy rękawie swetra. Po paru metrach „rękaw” stał się tunelem z twardym podłożem, gdzie Marcin mógł się wyprostować. Poświecił dookoła latarką – tunel miał około dwóch metrów szerokości i wysokości. Chcąc dotknąć sklepienia, podniósł rękę i o mało nie usiadł z wrażenia. W tym momencie stało się tak jasno, jak w najlepiej oświetlonym pomieszczeniu. – Oho, pewno fotokomórka – pomyślał. Tylko jedno było dziwne, nie widział żadnej lampy. Opuścił rękę, światło zgasło. Gdy ponownie podniósł, znów było jasno. Zadowolony z takiej automatyzacji, schował latarkę i poszedł szukać drugiego końca tunelu. Po kilkunastu krokach zauważył porozrzucane po „podłodze” jakieś nieduże owoce. Starał się je omijać, ale też uważnie przyglądał się „ścianom”. To nie była ziemia. To coś nawet nie brudziło ani ubrania, ani rąk. – Już widzę minę Piotrka, jak to wszystko zobaczy – pomyślał. Przeszedł jeszcze kilkanaście metrów i zobaczył drugi „ściągacz”. Serce zabiło mu mocniej, bo dopiero teraz zaczął się bać. – Ciekawe, co tam jest? – Już miał zacząć się przeciskać przez końcówkę tunelu, kiedy okazało się, że wyczerpał się zapas liny. Musiał zawrócić. Zdziwienie Piotra nie miało granic, kiedy Marcin wyszedł z tunelu taki czysty, jaki do niego wszedł.

Zbieraj się, Piotrek, idziemy razem. Zabrakło liny przed samym wyjściem, więc wróciłem.

Jak to wszystko wygląda?

– Chodź, sam zobaczysz, to nic strasznego. Nie wiem, z czego ten tunel jest, ale na pewno ziemi tam nie ma.

W milczeniu założyli plecaki, a Piotr wziął latarkę w rękę. Marcin uśmiechnął się pod nosem. Weszli. Po przeciśnięciu się przez „ściągacz”, stanęli wyprostowani.

– Uważaj Piotrek, nauczyłem się czarować. – Podniósł rękę do góry i kolejne zdziwienie pojawiło się na twarzy Piotra.

Jak ty to zrobiłeś?!

– Spróbuj sam. Podnieś rękę, a ja swoją opuszczę – odpowiedział Marcin.

No proszę, nie trzeba szukać przełącznika – odezwał się Piotr już pewniejszym głosem, gdy teraz on „wyczarował” światło.

– Uważaj pod nogi, – ostrzegł Marcin – jakieś owoce leżą na podłodze. Pełno ich tutaj.

– Hej, pamiętasz, co mi mówiłeś o owocach? – przypomniało się Piotrowi. – Może nie chodziło o owoce z twojego ogródka, tylko o te. Pozbierajmy ich trochę. Nie będziemy ich jeść, ale mogą nam się do czegoś przydać.

Plecaki chłopców trochę przybrały na wadze, ale przecież mieli już blisko do wyjścia. Stanęli przed drugim „ściągaczem”. Marcin bez zastanowienia ruszył pierwszy, Piotr też się nie ociągał. Wkrótce nad głową Marcina zrobiło się widno i poczuł ten sam przyjemny zapach, co poprzednio. Strach minął. Wystawił głowę przez otwór i to, co zobaczył uspokoiło go całkowicie. Wyszedł z tunelu, a za nim wygramolił się Piotrek.

Normalna trawa, normalne drzewa i krzaki, nawet kwiaty polne były zwyczajne, tylko było ich trochę więcej niż gdzie indziej. I ten zapach, tak intensywny, że aż się w głowie kręciło przy głębszych wdechach. Pomimo tej oceny otoczenia było tu coś... innego, niedostrzegalnego, coś, co się tylko wyczuwa.

No i co dalej? Idziemy czy stoimy? – próbował na głos myśleć Piotr. – Mam lekki zamęt w głowie.

– Jeżeli się stąd ruszymy, to trzeba jakoś oznakować przejście, żebyśmy mogli wrócić tą samą drogą. Spójrz, otwór tak się zmniejszył, jakby był przeznaczony co najwyżej dla zająca – powiedział Marcin.

Zaczęli rozglądać się za jakimś dłuższym patykiem, żeby go wbić w ziemię tak, aby był widoczny z daleka. Ku swojemu zdziwieniu, nie znaleźli nawet najmniejszej gałązki, mimo, że wokół polany, na którą wyszli, rosły drzewa.

No to mamy problem, nawet nie możemy sobie zwiedzić tego zakątka – stwierdził Piotr rozczarowany.

– Która godzina? – spytał Marcin. – Nie wziąłem zegarka.

– Piętnasta czterdzieści siedem, ale zaraz, zegarek stanął – zdziwił się Piotr. – Niedawno wymieniałem w nim baterię. Wiesz, co, myślę, że nie powinnyśmy dziś oddalać się od tego miejsca. Jutro tu wrócimy, weźmiemy dwa dobre zegarki, kijek i jakąś czerwoną wstążkę do zaznaczenia miejsca. Masz starszą siostrę, to powinna ci jakąś szmatkę wytrzasnąć. A na razie możemy się trochę pobyczyć. W tym miejscu jest tak przyjemnie. – to mówiąc zdjął plecak i rozciągnął się jak długi na trawie, rozkoszując się błogością chwili.

Marcin też zrzucił plecak i rozejrzał się za wygodnym miejscem, żeby nie trafić głową na kamień. Znalazł tuż obok coś, jakby kopiec kreta, ale obrośnięty brązowym mchem. Z przyjemnością rozluźnił wszystkie dotąd napięte mięśnie, kładąc się na plecach. Przymknął oczy, ręce rozłożył szeroko i zaczął sobie mruczeć, tak jak czasami przed zaśnięciem. Mięciutka trawa była bardzo przyjemna w dotyku. Poleżał chwilę, ale zaraz uniósł głowę i rozejrzał się.

Ty! Nie sądzisz, że powinniśmy być bardziej ostrożni?

A co, boisz się, że zaatakuje nas armia rozwścieczonych ździebełek trawy?

He, he. Bardzo śmieszne. – Marcin znów ułożył się wygodnie, przyznając przyjacielowi całkowitą rację.

 

 


II Spotkanie

 

 

– Ciekawa sprawa z tymi owocami – mruknął Marcin. – A może to Zuzia przekazała mi informację… telepatycznie. Może skosztowała ich w czasie swojej wycieczki i chciała, żebym je przyniósł jej, zamiast trawy – zamyślił się. – Tylko nie rozumiem, o co mogłoby chodzić z tymi pająkami, przecież w tunelu nie było ani jednego.

– Taaa. Dziwne. – Pokiwał głową Piotr. – Ale… Nie wydaje ci się, że po tym, co już zobaczyliśmy, powinniśmy spodziewać się dziwnych rzeczy? A może zwierzęta mieszkające w tym lesie umieją mówić?

– A chcielibyście? – spytał obcy głos.

Obaj chłopcy natychmiast usiedli. Przed nimi stał potężny, piękny jeleń i patrzył na nich łagodnymi oczami.

– Szanowny pan jeleń umie mówić? – wyjąkał Piotr, bo Marcina zatkało całkiem.

– Wyszedłem was przywitać i tak naprawdę nie jestem jeleniem. Nazywam się Angus. Widzę, że nasz mały łakomczuch jeszcze się nie przedstawił. Meszku!

Teraz dopiero zauważyli, że to, na czym Marcin oparł głowę, to nie robota kreta, tylko...wielki pająk.

– Nie musicie się bać Meszka. – szybko oznajmił Angus, widząc, jak chłopcy zerwali się na równe nogi, gotowi do ucieczki. – To jeszcze maleństwo. Zdaje się, że macie jego przysmak. Korynki wyczuje na odległość. Poczęstujcie go jedną, to pójdzie sobie.

– Mówisz o tych owocach z tunelu? – upewnił się Marcin, zaglądając do swojego plecaka.

– Tak, większość mieszkańców tego lasu bardzo w nich gustuje. Można powiedzieć, że tutaj należą do rzadko spotykanych owoców.

– Jeżeli ten Meszek, to maleństwo, choć jest wielkości salaterki, to możesz nie mówić o rozmiarach jego mamusi. Piotrek! Zwiewamy! Rzuć dzidziusiowi jedzonko i chodu! – to mówiąc Marcin złapał plecak i pośpiesznie zaczął się wciskać do otworu.

– Hej, zaczekaj! Nie musisz się bać pająków! – zawołał za nim Angus.

Marcina zamurowało. Przecież już raz to słyszał. Czy to możliwe, żeby Zuzia...?

– Zaraz, kim tak naprawdę jesteś? – Chłopiec przyglądał się Angusowi wychodząc niepewnie z powrotem na łąkę.

– Powiedzmy, że znam parę sztuczek. Później ocenisz, która z nich najbardziej przypada ci do gustu i za kogo będziesz mnie uważał. Więc co? Chcielibyście trochę poznać okolicę?

– Właściwie, to mamy niewiele czasu – powiedział Marcin. – Tam, skąd przyszliśmy, mogą się o nas martwić, jeśli nie wrócimy na czas.

– Możecie tu być jak długo zechcecie, bo w chwili wyjścia z tunelu po tej stronie tamten czas się zatrzymał.

– Czy to znaczy, że kiedy wrócimy do domu, to będzie tak, jakby nie było nas parę chwil? – upewnił się Piotrek.

– Nie inaczej – padła odpowiedź.

– Skąd możemy mieć pewność, że mówisz prawdę? – spytał podejrzliwie Marcin.

– Zaraz sami się przekonacie – odpowiedział jeleń i zaryczał tak donośnie, że aż zadudniło. Chwilę nasłuchiwał, poczym stanął obok chłopców i mówił dalej. –Ty jesteś Marcin, prawda? – zwrócił się do zdziwionego chłopca.

– Skąd znasz moje imię? – spytał Marcin.

– Przed wami był tu ktoś i pozostawił gromadkę swoich dzieciaków, a raczej teraz już dorosłych królików. Mówi ci to coś? – spytał z nutką rozbawienia w głosie.

– Czy może… masz na myśli Zuzię? – domyślił się Marcin.

– Tak. Wkrótce je zobaczysz. – Angus mówiąc to, podniósł łeb, rozglądając się. – Proszę bardzo, oto i one – oznajmił.

Marcin nie wierzył własnym oczom, gdy zobaczył siedem Zuź. Króliki były tak podobne do swojej matki, że aż nie mógł się nadziwić.

– Przecież nie było jej zaledwie... kilka chwil. – Marcin próbował zrozumieć, jak to się stało.

– Była z nami prawie rok, ale przywiązanie do ciebie okazało się silniejsze. Może jeszcze kiedyś nas odwiedzi – dodał Angus znacząco. – No a teraz do rzeczy. Możemy wyruszać?

– Jeśli chodzi o mnie, to jestem gotów – odpowiedział Marcin. – Lepszej pogody nie można sobie wymarzyć na wycieczkę. Piotrek, idziesz czy wracasz?

– Pytanie! W domu mało nie przyrosłem do krzesła, to jeszcze miałbym stracić taką okazję? – Chłopiec wstał, otrzepał spodnie, podniósł plecak i ustawił się koło Marcina

Właściwie dopiero teraz dokładnie przyjrzeli się miejscu, do którego trafili. Pięknie ukwiecona i pachnąca polana była ogrodzona zwartą ścianą lasu. Nigdzie nie było widać ani ścieżki, ani jakiegokolwiek przejścia pomiędzy drzewami. Miny chłopców były nieco zdziwione tym widokiem.

– Wolicie iść, czy jechać na… hm, trochę nietypowych wierzchowcach? – spytał Angus jakby od niechcenia, ale trafił tym w dziesiątkę.

– Też pytanie. Pewnie, że jechać – uznali chłopcy.

– Zaraz je przywołam. Stańcie obok mnie, weźcie po dwie korynki w ręce i macie się niczego nie bać! – Angus poinstruował chłopców.

Obaj stanęli po bokach jelenia i popatrzyli na siebie, jakby chcieli jeszcze coś powiedzieć. Ale już nie zdążyli, bo Angus uniósł łeb do góry i znów donośnie zaryczał. Po chwili na skraju polany wyrosły dwie górki i zaczęły się powoli przybliżać do nich. Były coraz bliżej i bliżej, aż w całej swej okazałości stanęły przed zdrętwiałymi ze strachu chłopcami dwa ogromne pająki. Ich włochate tułowia znajdowały się na wysokości około półtora metra nad ziemią, a odnóża wznosiły się jeszcze wyżej.

– Poznajcie się ze swoimi rumakami. Oto Klara i Bursztyn – rzekł Angus. – Usiądźcie, nie widzicie, że są przerażeni? – upomniał pająki. Oba natychmiast grzecznie klapnęły na trawę, przyglądając się rękom chłopców, którzy zdążyli już zapomnieć, co w nich trzymają. – No, odwagi. Podajcie im po jednym owocu.

Marcin od razu wyobraził sobie, jak to w paszczy potwora znika najpierw korynka, później jego ręka, głowa, no i cała reszta. Wzdrygnął się, ale ruszyć się z miejsca nie mógł. Stał jak sparaliżowany. Pomyślał o Piotrku. – Stoi jeszcze, czy już leży?

– Czy... Czy te zwierzątka są już po obiedzie? Ja prawie nie mam na sobie mięska, sama skóra i kości. – Marcin mówił coraz wolniej, bo przyglądając się uważnie pająkom, dostrzegł w ich oczach rozbawienie. Teraz dopiero usłyszał Piotra. Czkał jak najęty. Marcin dobrze wiedział, co to znaczy. Była to oznaka najwyższego stopnia zdenerwowania albo strachu.

– Angusie! Mogłeś nas uprzedzić – powiedział Marcin z wyrzutem.

– Gdybyście wiedzieli, że to pająki, to który z was zechciałby poznać je bliżej? Mamy do przebycia kawałek drogi i sami się przekonacie, że jazda na tych rumakach nie wymaga żadnych umiejętności. Jest przyjemna, wygodna, a czasami bardzo praktyczna. I jeszcze jedna sprawa. One żywią się wyłącznie roślinami, a przede wszystkim gałązkami i nie są wybredne, co do rodzaju drzew czy krzewów.

Te słowa przemówiły do Marcina. Poczuł się lepiej, ale i tak nie spuszczał oczu z pająków.

– Hej! – odezwał się do Piotrka. – Weź ode mnie gruszkę. Jest bardzo soczysta, powinna się szybko rozprawić z tą czkawką. Chyba możemy jechać, co?

Piotrek kiwnął głową potakująco. Był jeszcze bardzo blady, ale, że uwielbiał gruszki z ogródka swego przyjaciela, humor mu się nieco poprawił. Przyzwyczajony, że najczęściej to Marcin podejmował decyzje za nich obu, uznał, że i tym razem może mu zawierzyć.

– Dajcie im korynki i wskakujcie na grzbiety bez obaw. Stamtąd rzućcie następne – ponaglił Angus.

Patrzył z rozbawieniem, jak chłopcy, przełamując strach, przymierzali się, żeby dosiąść pająków. Piotrowi pierwszemu udało się tego dokonać i oznajmił, że jest mu całkiem wygodnie.

Marcin z niedowierzaniem kręcił głową. Tak bardzo brzydził się pająków, a teraz przyszło mu jeździć na ich ogromnych kuzynach. W końcu dosiadł „konika” i uznał, że siedzi mu się nawet całkiem przyjemnie. Uśmiechnął się zadowolony i już, dużo odważniej spojrzał na Angusa.

– Siedzicie wygodnie? Możemy ruszać? Teraz, gdy dacie im korynki, wstaną. Trzymajcie się.

Nie dało się poczuć nawet najmniejszego zachwiania, a to dlatego, że wszystkie nogi podnosiły odwłok jednocześnie.

– Jak mamy się wydostać z tej polany? – spytał Marcin, rozglądając się dookoła.

– Zaraz zobaczycie – odparł Angus tajemniczym głosem. Widać było, że zaskakiwanie gości sprawia mu radość.

Gdy zbliżyli się do skaju polany, pająki nawet na moment nie zwolniły, jakby w ogóle nie widziały drzew. Marcin spodziewał się, że zaraz będzie zderzenie, lecz drzewa po prostu odsunęły się na boki, wypuszczając ich z polany. Był zadowolony, że nie muszą przedzierać się przez zarośla na własnych nogach, tym bardziej, że niektóre krzaki miały kolce. Próbował podejrzeć, czy pajęcza noga nie zostanie zraniona, ale na szczęście były bardzo kosmate, i nic nie było w stanie się przebić przez taką warstwę ochronną.

Ależ to była jazda. Wydawało mu się, jakby płynął po wodzie. Nie przypuszczał, że tak bardzo mu się to spodoba. Aż pogłaskał Bursztyna, pełen uznania.

– Piotrek! Jak ci tam? Może przebiegniesz się trochę nogami? – zażartował.

– Za nic w świecie nie zamieniłbym się nawet na najlepszego konia. Żebyś ty wiedział, jak Klara delikatnie stąpa. – Piotr też był zachwycony.

Po jakimś czasie las się nieco przerzedził i Angus, dotąd biegnący przed nimi, mógł zrównać się z pająkami i wytłumaczyć chłopcom parę rzeczy.

– Pierwszy rząd drzew dookoła polany, to strażnicy. Nie przepuszczą w żadną stronę nieproszonych gości.

– Skąd mogliście wiedzieć, że nie mamy złych zamiarów? – spytał Piotrek.

– Po to właśnie ja wychodzę na spotkanie i muszę ocenić sytuację. Nie każdy ma tu wstęp.

– Boicie się kogoś?

– Nie chodzi o nas, lecz o przybywających. Musimy zadbać o to, żeby dali sobie radę w naszym świecie. My, mieszkańcy tego lasu, nie wszyscy jesteśmy zwierzętami. Musimy przybierać takie postaci, aby móc swobodnie strzec przejścia i jego okolicy. Kiedyś mieszkaliśmy w normalnych domach, mieliśmy ogrody, sady, pola. Nie brakowało nam korynek. Niczego nam nie brakowało. Nasze dzieci mogły bawić się bez obaw nawet daleko od domów, czując się bezpiecznie w każdym miejscu. Ale wraz z pojawieniem się zbuntowanych Zeronów nastały niespokojne czasy. Takich przejść, jak to, było wiele, lecz część została zniszczona, a reszta zniknęła z wyjątkiem tego jednego. Chronimy naszych gości i staramy się ich ustrzec przed niebezpieczeństwem. Jednak nie każdy z nich ogranicza się do zwiedzania naszego chronionego terenu. Chęć przeżycia kolejnej przygody i poznanie czegoś jeszcze bardziej niezwykłego, ciągnie ich dalej. Niestety, pomimo naszych starań odchodzą i już nie wracają. Być może wpadają w ręce Zeronów, ale pewności nie mamy.

– A co się może dziać z takimi złapanymi? – spytał Piotr.

– Tak naprawdę to nie wiemy. – Angus odpowiadał, jakby ze skargą w glosie. – W waszym świecie przestępcy idą do więzienia, u nas, tylko zostają naznaczeni. Od tego momentu, na czole każdego z nich widnieje czerwona, a w ciemnościach żarząca się litera „Z”. Nie da się tego w żaden sposób usunąć, pozostaje to na całe życie. Jedynie ułaskawienie pozwala jej zniknąć.

– No a co, jeżeli taki człowiek jest niewinnie oskarżony?

– To się nie zdarza. Tutaj, jeżeli ktoś dokona złego czynu, szybko jest demaskowany, bo jego ręce stają się czarne. Dawniej wystarczyło odsunąć ich od reszty ludzi, ale, że nie byli nigdzie zamykani, skrzyknęli się i stworzyli zorganizowaną bandę. To zasługa Jarminy, zbuntowanej i złej kobiety. Pokazała im, że napiętnowanie nie musi oznaczać tragedii, bo istnieje strach, dzięki któremu można podporządkować sobie ludzi mających coś do stracenia.

– Ale i tak to nie oni są tu najgorszym złem.

 

  



III Kopiec

 

– No to jesteśmy na miejscu. – Jeleń skłonił głowę z pięknym porożem. – Gdy znajdziecie się przy stole, dowiecie się reszty. Zaraz wasze rumaki odpoczną sobie, a my posilimy się przed wycieczką.

Wjechali pod ogromne, rozłożyste drzewo, którego gałęzie zwieszały się do samej ziemi, a niektóre nawet na niej leżały. Chłopcy pochylili głowy, aby o którąś nie zahaczyć. Pająki zatrzymały się dopiero przed wejściem do wnętrza niewielkiego pagórka.

– To nasz dom – oznajmił Angus. – Wejdźcie, proszę.

Wprowadził chłopców do środka i wszedł za nimi zamykając drzwi. Nie zauważyli, że za ich plecami postać jelenia zniknęła, a na jego miejscu pojawił się rosły, młody mężczyzna.

Znaleźli się w dużej, okrągłej, dobrze oświetlonej sali. Prawie całą wypełniał biegnący wzdłuż ścian olbrzymi stół, jego środek był pusty.

– To jest nasz stół, zbieramy się przy nim na wspólny posiłek. Usiądźcie. Wkrótce wszyscy nadejdą, a do tego czasu powinniście się czegoś dowiedzieć.

Chłopcy rozglądając się podeszli do stołu. Marcin odwrócił się w stronę głosu, aby zadać pytanie, ale nie zobaczył jelenia. Spojrzał pytająco na towarzyszącego im mężczyznę.

– Tak, to ja. Tutaj bez obaw możemy wracać do ludzkiej postaci. – odpowiedział rozbawiony Angus. Miał kasztanowe włosy, pogodny uśmiech i łagodne spojrzenie. Ubrany był w szatę prostego kroju z delikatnego materiału o błękitnym zabarwieniu.

– I to wszystko tylko po to, żebyśmy się nie spotkali z jakimiś bandziorami? Jeszcze nigdy nie czułem się tak ważny. – Marcin był pod wrażeniem.

– Mam nadzieję, że nie będziecie musieli się przekonać, jak bardzo jest niewskazane takie spotkanie – spoważniał Angus.

– Dokąd prowadzą te wszystkie drzwi? – zapytał Piotr, widząc w jednolitej ścianie mnóstwo wejść.

– Za każdymi drzwiami są schody, które prowadzą do naszych mieszkań. Mamy też pokoje gościnne. Jeśli zechcecie pozostać z nami trochę dłużej, będziemy zaszczyceni. A teraz siadajcie. Chciałbym wam wyjaśnić, co możecie, a czego nie powinniście robić. Otóż, wkraczając w nasz świat, otrzymujecie możliwość posługiwania się czarami, lecz musicie to robić mądrze i z wielką rozwagą. Dzieje się tak dzięki działającej tu sile Ormiona. Jej zasięg wyznacza granicę naszego królestwa. Możemy używać jej w różnych celach prócz jednego: nie wolno czynić zła. Jeśli będziesz gdzieś sam i wpadniesz w tarapaty, podnieś rękę do góry, a otrzymasz pomoc. Ktokolwiek z nas będzie w pobliżu, natychmiast cię odnajdzie. Każdy wychodzący z Kopca musi mieć przy sobie magiczne nasionka, które czasem mogą się przydać. Są w dwóch kolorach: białe i zielone. Połkniesz białe – staniesz się niewidzialny, rzucisz je na ziemię – wyrosną w tym miejscu gęste zarośla. Zielone likwidują ich działanie. Należy pamiętać, żeby nie oddalać się zanadto i można czuć się bezpiecznie na naszym terenie. A gdy zechcecie coś wyczarować, wystarczy o tym pomyśleć i otwartą dłonią zakreślić przed sobą łuk w powietrzu. No, spróbujcie. – zachęcił Angus.

Piotr zamknął oczy, machnął ręką i za moment coś chlusnęło na stół, opryskując siedzących.

– O ja! – Marcin aż odskoczył. – Co to, „lany poniedziałek”?

– Ja tylko chciałem napić się coli – tłumaczył się Piotr, wycierając mokrą twarz.

– A nie zapomniałeś o butelce? Lepiej teraz wyczaruj jakąś szmatę. – ofuknął kolegę Marcin.

– Daj mu spokój, to przecież pierwsze kroki – uspokajał uśmiechnięty Angus.

– Dobrze, że nie chciał napić się gorącej herbaty! – burknął Marcin. Poprawił czuprynę i powiedział. – No dobra, teraz ja.

Zatrzepotało coś i na ramieniu Marcina pojawiła się papuga, cała żółta, z „rumianymi policzkami”.

– Marzyłem o papudze, właśnie o nimfie.

– Widzę, że lubisz zwierzęta – zauważył Angus.

– O tak. Chciałbym mieć w domu małe zoo. – Marcin rozmarzył się. – No wiesz, rybki, papugi, chomiki, świnki morskie, króliki no i może… małą małpkę. – W tym momencie pomyślał o Zuzi, wróciła stąd taka zadowolona. Ciekawe, czy jeszcze jakieś przygody ich spotkają, bo z tym czarowaniem to niesamowita sprawa.

Z zamyślenia wyrwał go głos wchodzącej osoby.

– Dzień dobry. Widzę, że mamy gości – powiedziała niewysoka i bardzo zgrabna kobieta o długich, jasnych, lśniących włosach. Uśmiechała się, jakby widok nowoprzybyłych sprawił jej ogromną radość.

Angus wstał i przedstawił ją:

–To moja żona, Alina. Przybiera postać sarny. A to Marcin i Piotr.

– Czy my też możemy zmieniać się w zwierzęta? – spytał Marcin, gdy usiadła razem z nimi.

– Przed każdym czarem pomyśl, czy później będziesz w stanie go odwrócić – odparł Angus z bardzo poważną miną. – Pamiętajcie, że nigdy wcześniej tego nie robiliście. My ten dar mamy od urodzenia.

Teraz drzwi otwierały się raz za razem. Chłopcy przyglądali się z ciekawością, jak pojawiało się w nich zwierzę, a za chwilę zamieniało w człowieka. Sala zapełniała się i wreszcie wszedł ostatni mieszkaniec. Wszyscy usiedli przy stole i szybko zapadła cisza.

– Witamy gości w naszych skromnych progach. – Wstając, przemówił postawny mężczyzna o siwych włosach i trochę, jakby smutnej twarzy. Wyglądał na kogoś, kogo już dawno temu zmęczyło przemawianie do zgromadzonych. – Angusie. Tym razem sam zajmij się gośćmi. O tym, że przybyli, dowiedziałem się dzisiaj z niepowołanego źródła, co oznacza, że wiadomość poszła w złym kierunku. – Rozejrzał się po twarzach. – Nie czuję się już na siłach być nadal opiekunem Kopca, dlatego w dniu dzisiejszym powołuję na moje miejsce Angusa Mangomora. Przekazuję mu jednocześnie symbol, dzięki któremu będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwo nam wszystkim. – To mówiąc zdjął ze swego czoła coś, czego chłopcy nie dostrzegli i niczym ptaka wypuścił z dłoni. Teraz to coś uniosło się w powietrze, zawirowało i skierowało w stronę Angusa. A on przymknął tylko oczy i stał nieruchomo, aż, z lekkim podmuchem wiatru, osiadło na jego czole i przylgnęło do niego. Teraz chłopcy mogli dokładnie się przyjrzeć. Była to srebrna litera V. Siwy mężczyzna uniósł obie ręce i szeptem wypowiedział słowo „Direm”

W tej chwili znak rozbłysnął oślepiającym blaskiem i zgasł, pozostawiając na czole jedynie zarys swojego kształtu.

– Dziękuję Temoronie, nie zawiodę – głośno powiedział Angus.

– To mi się podoba. Krótko, zwięźle i na temat. – szepnął Piotr do Marcina. – U nas same przygotowania do takiej ceremonii trwałby tydzień.

– Do ciebie dzisiaj należy rozpoczęcie posiłku. – To powiedziawszy Temoron usiadł, pozostawiając swego następcę w lekkim zakłopotaniu.

Angus chwilę zbierał myśli, po czym powiedział.

– Przedstawiam wam naszych, nowoprzybyłych gości. Oto Marcin i Piotr. – i zwrócił się do nich: – Chłopcy, jak już wam mówiłem, możecie liczyć na naszą pomoc i opiekę, kiedy tylko będziecie jej potrzebowali. Wyjaśniałem też wam, jak posługiwać się darami tej krainy, choć jeszcze o wszystkich nie wiecie. Dzisiaj w waszej obecności zostałem zaszczycony przekazaniem mi funkcji opiekuna Kopca. Niebawem dowiecie się, co to oznacza. Teraz zapraszam was na wspólny posiłek.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.