Magia jemioły  - Sophia James - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Magia jemioły - Sophia James

Anglia, XIX wiek

Chęć zemsty na Danielu Davenporcie mobilizuje Lucasa Clairmonta do odbycia długiej podróży z Ameryki do Anglii. Chce ujawnić prawdziwe oblicze człowieka, który uwiódł mu żonę i oszukał stryja. Wprawdzie oboje nie żyją, ale, jego zdaniem, ich krzywda wymaga zadośćuczynienia. W Londynie, w salonach socjety, przybysz z Ameryki jest ledwie tolerowany. Przejawiająca się w sposobie bycia silna osobowość i obcy akcent nie zyskują powszechnej aprobaty, natomiast wzbudzają zainteresowanie panny Lilliany.
Ta chłodna piękność, zasłużenie uchodząca za wzór dobrych manier, odrzuca kolejnych konkurentów. Jej ojciec, zniecierpliwiony kaprysami córki, nalega na zamążpójście i nawet stawia ultimatum. Tymczasem Liliana jest zauroczona Lucasem…

Opinie o ebooku Magia jemioły - Sophia James

Fragment ebooka Magia jemioły - Sophia James






Prolog

Richmond, Wirginia – czerwiec

Lucas Clairmont przypadkiem znalazł list owinięty w aksamit i ukryty pod chrzcielnicą w rodzinnej kaplicy Clairmontów. Był to list miłosny do jego żony Elizabeth od mężczyzny, o którym wiedział bardzo niewiele. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego małżeństwo można było w najlepszym wypadku nazwać średnio udanym, lecz ostatnie linijki listu wyraźnie dowodziły zdrady, co nieprzyjemnie go zaskoczyło.

Autor listu wspomniał o planach rozwojowych Kompanii Gazowej w Baltimore, należącej do stryja Stuarta Clairmonta. Stryj z pewnością nie miał pojęcia o tych planach, a ziemia, kupiona tanio przez kochanka Elizabeth, kilka miesięcy później została sprzedana za ogromne pieniądze. Stuart załamał się i zmarł, przepełniony chęcią zemsty.

– Znajdź tego łajdaka, Lucas – powiedział w ostatnich godzinach życia – i go zabij.

Lucas pomyślał wtedy, że chory stryj nie panuje nad emocjami, jednak teraz, trzymając dowód w ręku, patrzył na wszystko zupełnie inaczej. Zmiął papier i upuścił na zimną posadzkę. Małżeństwo było równie nieudane, jak Prolog

Richmond, Wirginia – czerwiec

Lucas Clairmont przypadkiem znalazł list owinięty w aksamit i ukryty pod chrzcielnicą w rodzinnej kaplicy Clairmontów. Był to list miłosny do jego żony Elizabeth od mężczyzny, o którym wiedział bardzo niewiele. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego małżeństwo można było w najlepszym wypadku nazwać średnio udanym, lecz ostatnie linijki listu wyraźnie dowodziły zdrady, co nieprzyjemnie go zaskoczyło.

Autor listu wspomniał o planach rozwojowych Kompanii Gazowej w Baltimore, należącej do stryja Stuarta Clairmonta. Stryj z pewnością nie miał pojęcia o tych planach, a ziemia, kupiona tanio przez kochanka Elizabeth, kilka miesięcy później została sprzedana za ogromne pieniądze. Stuart załamał się i zmarł, przepełniony chęcią zemsty.

– Znajdź tego łajdaka, Lucas – powiedział w ostatnich godzinach życia – i go zabij.

Lucas pomyślał wtedy, że chory stryj nie panuje nad emocjami, jednak teraz, trzymając dowód w ręku, patrzył na wszystko zupełnie inaczej. Zmiął papier i upuścił na zimną posadzkę. Małżeństwo było równie nieudane, jak dzieciństwo; za fasadą poprawności kryła się pustka. Tylko miłość do stryja pozostała jasnym, stałym punktem w jego życiu.

Dobrze pamiętał smak wypitej w nocy whisky i kilka godzin porannego zapomnienia, za które zresztą słono zapłacił. Złe duchy podpowiadały mu wtedy, że powinien szukać zemsty.

Jednak tu, w kaplicy, gdzie słońce sączyło się do wnętrza przez kolorowe szkło witraży, czuł obecność Boga. Mocno zacisnął palce na gładkim oparciu dębowej ławy. Pomyślał, że on także ma własną koronę cierniową.

– Pomóż mi, panie – szepnął, przenosząc wzrok na jasnoniebieskie oczy anioła z włosami o dziwnym srebrzystym odcieniu, odzianego w białą szatę opadającą fałdami ku grzesznikowi, opromienionemu światłem.

Lucas pomyślał, że jest grzesznikiem. Wypił tyle whisky, że głowa będzie mu pękać do następnego ranka.

Elizabeth... żona.

Z pewnością daleko było mu do ideału męża, jednak prawda o zdradzie żony poraziła go tak jak jej śmierć przed sześcioma miesiącami. Uczucia smutku i żalu zmieniły się w gniew. Każde zdanie listu na odległość tchnęło podłym kłamstwem. Nie powinno go to obchodzić. Należało jak najszybciej wrzucić ten dowód małżeńskiej zdrady w ogień, nie zamierzał jednak tego uczynić, gdyż wyłaniała się z niego prawda.

Gniew! Jeden z siedmiu grzechów głównych. Lucas poczuł, że pomału opuszcza go alkoholowe zmęczenie.

Wszystko wskazywało na to, że powinien znów udać się do Anglii, dawnej ojczyzny. Być może należałoby zabawić tam dłużej, gdyż, szczerze mówiąc, z Ameryką wiązał go tylko majątek. Hawk i Nathaniel ciągle ponawiali zaproszenia do Londynu. Niespodziewanie zatęsknił za towarzystwem najbliższych przyjaciół.

– Och, Stuart – powiedział cicho.

Łajdak, który oszukał stryja, bawił teraz w Londynie, ciesząc się nieuczciwie zdobytymi pieniędzmi. Daniel Davenport – to imię i nazwisko głęboko wryło mu się w pamięć. Miał go zabić? Przypomniał sobie twarze tych, których wysłał już na tamten świat.

Nigdy więcej! Wparł się plecami w oparcie ławy, starając się obmyślić inną, odpowiednio surową karę dla kochanka Elizabeth. Niegodziwiec pożałuje dnia, w którym się urodził!


Rozdział pierwszy

Londyn, listopad 1853

– Każda matka byłaby dumna z córki takiej jak panna Davenport, prawda, Sybil?

– Owszem, ma wspaniałe maniery i nigdy nie prowokuje skandali. Cieszy się nienaganną reputacją, jest ucieleśnieniem rozsądku, doskonałego gustu i wzorowego zachowania.

Lillian Davenport słuchała tych komplementów ukryta za parawanem w pokoju, w którym panie poprawiały toalety i się odświeżały. Była pewna, że dwie starsze kobiety nie zdają sobie sprawy z jej obecności. Nie chciała, by dowiedziały się, że słyszy rozmowę na tak delikatny temat. Nie odzywała się więc; powoli opuściła trzymaną w rękach ciężką spódnicę i palcami wygładziła białe jedwabne fałdy.

– Często mówię mojemu Geraldowi, jak bardzo żałuję, że nasza Jane nie ma tyle wdzięku co ona. Szkoda, że nie udało nam się jej uzmysłowić, jak istotne jest przestrzeganie etykiety na każdym kroku. Gdybyśmy umieli wpajać zasady wzorem Ernesta Davenporta, mielibyśmy zupełnie inne dziecko.

– Czasami myślę, że jesteś zbyt surowa dla swojej córki, Sybil. Ma tak wiele zalet, że...

Dwie damy wyszły z pokoju. Lillian usłyszała, jak zamykają się drzwi, zagłuszając ostatnie słowa.

„Jest ucieleśnieniem rozsądku, doskonałego gustu i wzorowego zachowania”.

Na twarzy Lillian pojawił się uśmiech. Szybko ściągnęła wargi. Pycha była grzechem, a ona ceniła cnotę skromności. Mimo wszystko trudno było nie czuć zadowolenia po usłyszeniu tak pochlebnej opinii o sobie.

Wprawdzie jej nienaganne maniery nie od dziś budziły powszechne uznanie, jednak rzadko zdarzało się jej usłyszeć tak bezpośrednio wyrażoną, szczerą pochwałę.

Umyła ręce. Nowa bransoletka z białego złota, prezent urodzinowy od ojca, zalśniła w świetle wpadającym do wnętrza przez okna. Kolejny raz uświadomiła sobie, że skończyła dwadzieścia pięć lat. Nie zamierzała jednak się poddawać melancholijnemu nastrojowi. Szybko przeszła do salonu londyńskiego domu Lenningtonów.

– Oszukiwałeś pan! – Usłyszała gniewny głos kuzyna Daniela.

– W takim razie proszę mnie wyzwać na pojedynek.

Odpowiada mi zarówno broń palna, jak i biała – odpowiedział rzeczowo nieznajomy mężczyzna i niespodziewanie się roześmiał. Charakterystyczny akcent w jego głosie zdradzał mieszkańca dawnych kolonii.

– Chce pan mnie zabić?!

– Niech pan wybiera: życie albo śmierć, lordzie Davenport.

Lillian usłyszała odgłosy szamotaniny i po chwili jej oczom ukazali się walczący. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna zaciskał zgięte ramię wokół szyi Daniela. Kuzyn znieruchomiał z wybałuszonymi oczami, jego jasne włosy, mokre od potu, przywarły do czoła.

Lillian popatrzyła na twarz napastnika i gwałtownie zaczerpnęła tchu. Mężczyzna w rozpiętym surducie, z przekrzywionym fularem, miał krótki, ciemny zarost i wargę rozciętą do krwi. Patrzył prosto na nią. W jego oczach migotały wesołe błyski, lecz nie dała się zwieść.

Była w nich hardość dowodząca niezłomnego charakteru.

Poczuła nieznane dotąd ciepło rozchodzące się gdzieś z głębi ciała aż po koniuszki palców. Odwieczny instynkt podpowiadał jej, co się z nią dzieje. Wprawiało ją to w stan przerażenia. Zacisnęła powieki i okręciła się na pięcie; wcześniej jednak zdążyła zobaczyć, jak nieznajomy bezwstydnie i zuchwale mruży do niej oko.

Pomyślała, że Jankes jest źle wychowany. W salonie przebywało kilkanaście osób. Wiadomość o bójce z pewnością rozejdzie się po Londynie lotem błyskawicy. Wycofała się do pokoju, który przed chwilą opuściła. Kim jest ten zuchwalec? Wyciągnęła przed siebie rękę i przez chwilę patrzyła na drżące palce, po czym opuściła ją i zamknęła oczy. Rozbolała ją głowa, jakby miała migrenę.

Drzwi otworzyły się i do pokoju weszły chichoczące młode damy.

– Uwielbiam bale. Kocham muzykę, te suknie, wspaniałe kolory...

– Najbardziej podoba mi się suknia Lillian Davenport.

Zastanawiam się, gdzie ona kupuje stroje. Ester Hamilton twierdzi, że Lillian zaopatruje się w Londynie, ale ja myślę, że raczej w Paryżu. A może zatrudnia francuską modniarkę i modystkę z Florencji? W każdym razie ma tyle pieniędzy, że może sobie sprowadzać stroje, skąd tylko jej się zamarzy.

– Widziałaś jej bransoletkę? To prezent urodzinowy od ojca. Lillian skończyła dwadzieścia pięć lat.

– Dwadzieścia pięć. Biedna Lillian. Nie ma męża ani dzieci. Jeśli szybko nie znajdzie odpowiedniego kawalera...

– Nie przesadzaj, Harriet. Niektóre kobiety lubią żyć samotnie.

– Żadna kobieta nie chce żyć samotnie, moja ty gąsko.

A poza tym zauważyłam, że lord Wilcox-Rice bardzo ją dziś adorował. Najprawdopodobniej ona się w nim zakocha i wiosną będziemy mieli ślub roku.

Druga panna zachichotała. Po ich wyjściu Lillian poczuła, że kręci jej się w głowie.

Biedna Lillian?

W jednej chwili stała się symbolem nieszczęśliwych starych panien, a za drzwiami znajdował się nieznajomy, który wprawiał jej serce w szalony, niepokojący rytm.

– Mama – szepnęła. – Boże, nie dopuść do tego, bym stała się taka jak mama.

Zmusiła się do opanowania. Zapewne już nie zobaczy tego nieokrzesanego Jankesa. Po tym, co wyprawiał podczas dzisiejszego przyjęcia, trudno się spodziewać, żeby został zaproszony do jakiegokolwiek szanującego się domu. Ta myśl przyniosła jej ulgę... Przecież bywała wyłącznie w takich domach!

Uspokojona, otarła spocone czoło. Zawsze opanowana, nie pamiętała, kiedy ostatnio się zaczerwieniła. Z pewnością nigdy dotąd serce nie biło jej tak szybko na widok mężczyzny. Najprawdopodobniej dlatego, że po raz pierwszy w życiu słyszała głos przepojony wściekłością i widziała mężczyznę w rozchełstanym ubraniu.

Miała nadzieję, że nieznajomy zdoła ochłonąć na tyle, by poprawić krawat i zapiąć surdut, zanim wejdzie do głównego salonu. Natychmiast przywołała się do porządku. Jego los nie powinien jej obchodzić. Niech zostanie wyrzucony na ulicę, a nawet wygnany z miasta! Zastanawiała się, jakie wydarzenie wzbudziło tak wielkie emocje. Zapewne panowie pokłócili się przy karcianym stoliku, a reszty dopełnił alkohol. Obaj mieli ubrania przesiąknięte jego zapachem. Przypomniała też sobie, że od powrotu do Anglii kuzyn zachowuje się co najmniej dziwnie i jest zdecydowanie przeczulony na punkcie swojego honoru.

Biedna Lillian? Nie będzie się zastanawiać nad tymi słowami. Głupiutkie dziewczęta nie miały pojęcia, o czym mówią, a Lillian była bardzo zadowolona z własnego losu.

Lucas Clairmont wyciągnął nogi na stołku i zapatrzył się w ogień płonący w kominku. Przytulny salon znajdował się w domu Nathaniela Lindsaya, usytuowanym w Mayfair, najlepszej dzielnicy Londynu.

– Jutro rano moja twarz powinna wyglądać lepiej – powiedział, unosząc szklankę z zimną wodą. Butelka chłodziła się w wiaderku z lodem.

– Davenport słynie z krewkiego temperamentu. Na twoim miejscu uważałbym na siebie, kiedy będziesz wracał nocą do domu. Zwłaszcza gdy powiedzie ci się przy karcianym stoliku.

Lucas się roześmiał.

– Niech tylko spróbuje mnie zaatakować!

– Nie lekceważ przeciwnika. Zajmuje wysoką pozycję w londyńskim towarzystwie.

– Jakoś sobie poradzę.

Nathaniel postanowił zmienić temat.

– Z kolei jego kuzynka, panna Lillian Davenport, jest wręcz nieznośnie uczciwa i ostrożna.

– To ta kobieta w białej sukni?

Lucas zdążył zapytać Nathaniela o jej imię w drodze do powozu. Teraz nadszedł czas, by poznać więcej szczegółów. Jasnoniebieskie oczy młodej damy i jasne włosy przypominały mu kwiaty lilii, gęsto rosnące nad rzeką w Richmond w stanie Wirginia.

– Jest zamężna?

– Nie. Słynie nie tylko z doskonałych manier, ale także z odrzucania propozycji matrymonialnych. Możesz mi wierzyć, że było ich wiele.

Lucas ostrożnie dotknął obolałej dolnej wargi.

– Jeszcze parę szarpanin takich jak dzisiejsza i możesz stać się niepożądanym towarzyszem nawet przy karcianym stoliku – ostrzegł przyjaciela Nathaniel.

– Przecież nawet go nie tknąłem, a otrzymał cios tylko dlatego, że mnie zaatakował. Gdzie mieszka Lillian Davenport?

– A ty znowu o niej! Jak mam ci wytłumaczyć, że ona jest dla ciebie równie niebezpieczna, jak jej kuzyn, ale o wiele sprytniejsza? To kobieta, którą wielu mężczyzn chciałoby posiąść lub usidlić, tymczasem wszystko wskazuje na to, że nie życzy sobie żadnego.

Do salonu weszła Cassandra, niosąc w ręku filiżankę gorącej czekolady.

– Nie zwracaj uwagi na słowa mojego męża, Lucasie.

Ma w tym względzie przykre doświadczenia i przemawia przez niego gorycz.

– Ustawiłeś się w długiej kolejce do tej panny?

– To było siedem lat temu – wyjaśnił Nathaniel. – Lillian debiutowała w towarzystwie. Dopiero kilka lat później poznałem Cassie.

– Odmówiła ci?

– Nie pozostawiła mi cienia nadziei. Zaczekała, aż wyślę jej jedyny list miłosny, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się napisać, a potem mi go zwróciła.

– To lepsze, niż gdyby go zatrzymała.

– Jej słynne doskonałe maniery nie pozwalają na jakiekolwiek tłumaczenia. Musiała mi wystarczyć prośba, by „nigdy nie wracać do tego tematu”.

– Nie jest plotkarką?

– Ależ skąd! – odrzekła Cassie. – Jest doskonale wychowana i nie pozwala sobie na coś tak trywialnego jak plotki. Stawia się ją za wzór młodym dziewczętom przedstawianym na królewskim dworze.

– To brzmi okropnie i powinno skutecznie zniechęcić do niej wszystkich kawalerów.

Cassandra zachichotała; Nathaniel uniósł dłoń, powstrzymując żonę od wypowiedzenia kolejnych słów.

– Cassie, proszę cię, przestań. – Chwycił ją za ramię i posadził sobie na kolanach. – Lucas zabawi w Londynie tylko do końca grudnia, a mamy co wspominać.

– Piję za wspomnienia, przyjacielu. – Lucas uniósł szklaneczkę i duszkiem wychylił jej zawartość. Zastanawiał się, jak mógłby ponownie wystawić na próbę Daniela Davenporta.

Lillian położyła się na łóżku i podciągnęła kołdrę aż pod brodę. Zostawiła zasłony lekko rozchylone i do sypialni zaglądał jasny księżyc w pełni. Cały pokój był skąpany w srebrzystym świetle. Nie wiadomo, z jakiego powodu czuła podniecenie, a sen nie nadchodził.

Tego wieczoru John Wilcox-Rice okazał jej wiele uprzejmości, jednak oczami wyobraźni widziała inną męską twarz, w której uwagę przykuwały złociste oczy. Odniosła wrażenie, że słyszy charakterystyczny głos z amerykańskim akcentem.

Delikatnie musnęła palcami skórę na szyi. Uświadomiwszy sobie, co wyprawia, szybko splotła dłonie, zamknęła oczy i usiłowała zmusić się do snu. Jednak uczucie ożywienia nie mijało. Wprost przeciwnie, wydawało się nasilać. Przestawała panować nad emocjami. Pojedyncza łza stoczyła się po jej skroni i wpadła we włosy. Lillian miała dwadzieścia pięć lat i czekała... na co?

Ów nieznajomy miał długie czarne włosy związane skórzanym paskiem jak mężczyźni w minionych wiekach. Najwyraźniej nie zawracał sobie głowy wymogami mody. Zapamiętała też jego silne, opalone ręce, zdradzające człowieka trudniącego się pracą fizyczną. Ciekawe, co by poczuła, gdyby dotknął jej ciała?

– Proszę – szepnęła. – Chciałabym znaleźć kogoś, kogo mogłabym pokochać, o kogo bym się troszczyła. Marzę o tym, by ten ktoś także mnie kochał. – Nie z powodu moich pieniędzy, ubrań czy koloru włosów, który podziwiało tak wielu, dodała w myślach. – Żeby kochał mnie dla mnie samej. – Słowa rozpływały się w nocnej ciszy.

Silny wiatr przygnał chmury, a księżyc schował się za kurtyną deszczu.


Rozdział drugi

Następnego dnia rano zastała ojca na śniadaniu. Ostatnio niezmiernie rzadko dochodziło do takich spotkań. Spędzał mnóstwo czasu w klubach, a jego nowa pasja, czyli konie, sprawiała, że coraz częściej i dłużej bawił poza Londynem.

– Dzień dobry, Lillian – powiedział zaskakująco raźnym tonem. – Doszły mnie słuchy, że doskonale bawiłaś się wczoraj u Lenningtonów.

Nie miała pojęcia, co ojciec ma na myśli.

– Lord Wilcox-Rice odwiedził mnie wczoraj z zapytaniem, czy może ubiegać się o twoje względy, mając nadzieję na ogłoszenie zaręczyn pod koniec miesiąca. Od Patricka dowiedziałem się, że wczorajszego wieczoru spędziłaś dużo czasu z lordem Wilcox-Rice’em Lillian nie lubiła skłonności do plotkowania u swego najmłodszego kuzyna. Skrzywiła się nieznacznie.

– Towarzyszyłam milordowi jedynie jako przyjaciółka. – W jej słowach pobrzmiewała z trudem skrywana złość.

– Wilcox-Rice jeszcze ci o tym nie powiedział? Może jest nieśmiały, a może nie zachęciłaś go na tyle, na ile nakazywałby rozsądek?

– Nie odpowiadają mi jego zaloty. Nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić...

– Wszystkie najlepsze małżeństwa zaczynają się właśnie w taki sposób, od przyjaźni, która z czasem przeradza się w miłość i trwa aż po grób – oznajmił z przekonaniem lord Davenport.

W pokoju zapanowało milczenie.

Mówisz o małżeństwie, jakie nie było twoim udziałem, ojcze, pomyślała Lillian. Po krótkiej znajomości twoja żona i zarazem moja matka związała się z nieodpowiednim mężczyzną, a niedługo potem umarła.

– Lord Wilcox-Rice pragnie, byście się lepiej poznali.

Chciałby spędzić z tobą jakiś czas w swym majątku w Kent. Oczywiście, będzie ci towarzyszyła przyzwoitka, ale znajdziecie się z dala od Londynu i to stworzy szansę, byście...

– Nie, papo.

Ernest Davenport znieruchomiał, po czym wolno odłożył trzymany w ręku nóż, na którym pozostała warstewka dżemu.

– Jak widzę, znaleźliśmy się w impasie. Masz silną osobowość, ale pamiętaj, że przybywa ci lat, a szanse na ułożenie sobie życia maleją wraz z kolejnymi urodzinami.

Lillian nienawidziła tego argumentu. Dwudzieste piąte urodziny spadły na nią wraz z całym ciężarem oczekiwań i nadziei. Weszła w wiek, w którym kobieta przestawała uchodzić za młodą i nie mogła się dłużej wycofywać, usprawiedliwiając się kłopotami z dokonaniem wyboru.

– John Wilcox-Rice pochodzi z dobrej rodziny i wpojono mu te same cenne zasady, co tobie. Nie będzie usiłował cię zmienić i z pewnością okaże się dobrym ojcem...

Przypuszczam, że czasami myślisz o dzieciach.

– Nic do niego nie czuję. Nie żywię względem niego uczuć, które w naturalny sposób prowadziłyby do małżeństwa.

Lord Davenport pstryknął palcami, odprawiając tym gestem obecnych w pokoju służących. Zostali sami.

W panującej wokół ciszy Lillian słyszała tykanie ojcowskiego zegarka.

– Dobiegam pięćdziesiątki – zaczął lord Davenport – i nie cieszę się tak dobrym zdrowiem jak dawniej.

Chciałbym, byś miała dom i rodzinę, zanim całkiem się zestarzeję. Potrzebuję wnuków, a przede wszystkim dziedzica majtku i tytułu.

– Mówisz tak, jakbym skończyła trzydzieści lat, papo, a poza tym wyglądasz doskonale – zauważyła Lillian, nie kryjąc rozgoryczenia.

– Najwyraźniej nie rozumiesz istoty mojego przesłania, a to martwi mnie jeszcze bardziej.

Wypowiedział te słowa lekko podniesionym tonem.

Lillian podeszła do okna i zapatrzyła się na jeźdźców zmierzających do Hyde Parku na codzienną przejażdżkę.

Wszystko dookoła wydawało się toczyć według ustalonego porządku, podczas gdy w jej domu...

– Daję ci czas do Bożego Narodzenia – stwierdził stanowczo lord Davenport.

– Słucham? – Odwróciła się gwałtownie.

– Masz czas do Bożego Narodzenia, żeby znaleźć sobie takiego kandydata na męża, jaki ci odpowiada. Jeśli go nie spotkasz, obiecaj mi, że rozważysz kandydaturę Wilcox-Rice’a bez żadnych uprzedzeń.

Na twarzy lorda Davenporta pojawiły się czerwone plamy. Od ubiegłego roku znacznie przybrał na wadze.

Czyżby istotnie coś mu dolegało? – zastanawiała się Lillian. W ubiegłym tygodniu widział się ze swoim lekarzem. Może dowiedział się od niego, że jest chory?

Poczuła wyrzuty sumienia, lecz o nic nie zapytała. Ojciec lubił mieć tajemnice i rzadko ujawniał, co naprawdę myśli. Uprzytomniła sobie, że jest w tym do niego podobna. Czuła się osaczona. Znalazła się w sidłach władzy rodzicielskiej i własnej chęci zadowolenia starzejącego się ojca.

– Niełatwo jest znaleźć mężczyznę, który w pełni by mi odpowiadał.

– W takim razie poszukaj wystarczająco dobrego. Bardzo dużo szczęścia dadzą ci dzieci, a Wilcox-Rice jest porządnym, uczciwym człowiekiem. Uwierz mi, mądrość przychodzi z wiekiem. Wiem, co mówię.

– Dobrze. Obiecuję, że zastanowię się nad twoją radą. – Lillian wyciągnęła rękę do ojca. Cieszyło ją, że nie przerwał tego momentu bliskości, lecz długo trzymał jej dłoń.

Pół godziny później Lillian siedziała w saloniku, pijąc herbatę w towarzystwie Anne Weatherby, serdecznej przyjaciółki, rozpaczliwie starając się wykazywać zainteresowanie opowieściami o dzieciach i reszcie rodziny, które zazwyczaj wypełniały całą wizytę. Jednak tego dnia pojawiły się także inne sprawy do omówienia.

– Wczoraj na przyjęciu u Lenningtonów doszło do sprzeczki. Słyszałaś o tym?

Lillian natychmiast odzyskała zainteresowanie.

– Podobno twój kuzyn Daniel i nieznajomy z Ameryki o coś się pobili. Widziałam go, jak wychodził z salonu.

Od razu można się było domyślić, że nie jest Anglikiem i przyjechał z jakiegoś mało cywilizowanego kraju. Mówi się, że byłaś świadkiem bójki.

– Zapewne trafiłam na sam koniec, kiedy wyszłam z pokoju dla pań. Nigdy bym nie przypuszczała, że mogło chodzić o coś poważniejszego.

Lillian chciała sprawić wrażenie zmęczonej tematem w nadziei, że Anne go porzuci, jednak przyjaciółka ciągnęła, wyraźnie nim zainteresowana:

– Podobno ma nie najlepszą reputację w Ameryce.

Pochodzi z Wirginii, a jego żona zmarła w co najmniej podejrzanych okolicznościach.

– Podejrzanych?

– Alice, hrabina Horsham, nie chciała powiedzieć mi niczego więcej, ale z tonu jej głosu wywnioskowałam, że ten człowiek mógł się przyczynić do śmierci żony. – Z niedowierzaniem pokręciła głową. – Mimo że całe miasto huczy od plotek, młode dziewczęta wydają się oczarowane zbójnicką urodą Jankesa i trzepoczą rzęsami, licząc na to, że je zauważy. Ma dołeczek w prawym policzku. To mi się zawsze podobało u mężczyzn. – Anne szybko nakryła usta dłonią. – Co ja wygaduję! Skończyłam trzydzieści lat i powinnam być rozsądniejsza.

Lillian nalała sobie herbaty. Miała nadzieję, że przyjaciółka nie zauważy, jak herbata ścieka po imbryczku na śnieżnobiały koronkowy obrus. Nie była w stanie opanować drżenia rąk. Nieznajomy miał żonę, która zmarła w podejrzanych okolicznościach! Nocne rozmyślania przy świetle księżyca natychmiast straciły na atrakcyjności. Musiała wręcz stłumić uczucie rozczarowania.

Od czasu debiutu przed siedmioma laty żaden mężczyzna nie zawrócił jej w głowie, a myśl o tym, że mogłoby się to udać temu Amerykaninowi, wydawała się wręcz absurdalna. Nie pasowałby do niej ten człowiek o wyglądzie dzikusa i pałającym, przenikliwym spojrzeniu. Przypomniała sobie o obietnicy złożonej ojcu niecałą godzinę temu. Przeżycia poprzedniego wieczoru wydały jej się nagle śmieszne.

Musiała znaleźć sobie narzeczonego przed nastaniem świąt Bożego Narodzenia. Kierując rozmowę na inny temat, pomyślała, że w najgorszym razie czeka ją ślub z Johnem Wilcox-Rice’em, mężczyzną uczciwym i szanowanym. Należało mieć na uwadze fakt, że skończyła dwadzieścia pięć lat.

Tego wieczoru spotkała Johna na przyjęciu w jednej z rezydencji przy Belgrave Square. Wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, by domyślić się czekających ją kłopotów. John sprawiał wrażenie podekscytowanego.

Kiedy ujął jej dłoń, była zadowolona, że włożyła rękawiczki. Zauważyła, że miejsce obok orkiestry jest bogato udekorowane zielenią. To stwarzało szansę ukrycia się przed oczami ciekawskich na czas rozmowy z Johnem, w czasie której zamierzała mu wszystko wyjaśnić.

Przenikliwe dźwięki kornetu, skrzypiec i wiolonczeli uniemożliwiały jednak rozmowę. Pociągnęła więc go za sobą za ścianę zieleni na balkon. Panował tam miły półmrok.

– Zapewne ojciec przekazał pani wiadomość o tym, że jestem zainteresowany... – zaczął, lecz nie pozwoliła mu na rozwinięcie zdania.

– Tak, ojciec mi powiedział. Bardzo dziękuję za to niezwykle miłe wyróżnienie, wydaje mi się jednak, że nie moglibyśmy...

– Pani ojciec ma na ten temat inne zdanie – przerwał, a w głowie Lillian zakiełkowało pewne podejrzenie.

– Widział się pan dzisiaj z moim ojcem? – spytała.

Zesztywniała, gdy skinął głową.

– Owszem. Stwierdził, że zgodziła się pani poważnie rozważyć moją propozycję.

– Obawiam się, że nie żywię względem pana odpowiednich uczuć, a nie jestem w stanie przewidzieć, czy kiedykolwiek się one pojawią.

– Rozumiem.

Ponownie ujął jej dłoń. Tym razem nieznacznie zsunął z niej jedwabną rękawiczkę, aby złożyć pocałunek na nadgarstku. Natychmiast cofnęła rękę i ukryła ją w obfitych fałdach spódnicy. Pomyślała, że wybrała niefortunne miejsce na przeprowadzenie niełatwej rozmowy.

– Chciałbym, żeby pani przynajmniej spróbowała.

Pragnę uczynić panią szczęśliwą i uważam, że moglibyśmy stworzyć udany związek.

– Cóż... Bardzo sobie cenię pańską przyjaźń i nie chciałabym jej tracić, jednak jeśli chodzi o pozostałe kwestie...

Skłonił się dwornie.

– Jestem gotów dać pani więcej czasu na zastanowienie. Jesteśmy sobie równi urodzeniem i mamy podobne zainteresowania. Sądzę, że nasze małżeństwo byłoby ze wszech miar korzystne dla nas obojga.

Lillian skinęła głową. John Wilcox-Rice ukłonił się i odszedł. Odprowadziła go wzrokiem. Wysoki, chudy, całkiem przystojny, z pewnością był doskonałym kandydatem na męża. Mogłaby się przy nim spokojnie zestarzeć ze świadomością, że nie zmarnowała życia. Z westchnieniem podeszła do krawędzi balkonu, zapatrzona na księżyc, ten sam, który był świadkiem jej rozterek minionej nocy.

– Dość! – powiedziała głośno.

– O co pani chodzi? – usłyszała męski głos. Zza krzewów w donicach ustawionych na balkonie wyłonił się Amerykanin.

– Od jak dawna pan tu przebywa?

– Wystarczająco długo.

– Dżentelmen dawno by odszedł.

Wskazał balustradę.

– Świadomość, że do ziemi jest stąd dobre piętnaście stóp, nie pomogła mi w podjęciu tej decyzji.

– W takim razie powinien pan się ukrywać dopóty, dopóki bym stąd nie odeszła. Większość znanych mi Anglików byłaby skrępowana, znalazłszy się w takiej sytuacji.

– Skrępowana? – powtórzył. – Nie pamiętam już, kiedy ostatnio towarzyszyło mi to uczucie.

Tego wieczoru prawie nie było słychać obcego akcentu w jego głosie. Brzmiał zupełnie inaczej niż u Lenningtonów.

A może starannie to zaplanował? Omal nie podskoczyła, zauważywszy złotą ślubną obrączkę na jego palcu.

Szybko odwróciła wzrok, aby nieznajomy nie domyślił się, gdzie padło jej spojrzenie.

– Nie zostaliśmy sobie przedstawieni i nasza rozmowa nie powinna mieć miejsca. Proszę natychmiast to naprawić.

Nie poruszył się, zauważyła jednak, że w jego policzku pojawił się dołek, o którym mówiła Anne Weatherby.

– Jestem Lucas Clairmont z Richmond w stanie Wirginia – powiedział po chwili. – Mam przed sobą pannę Davenport, wcielenie cnót, osobę o nienagannych manierach i doskonałym guście. Zastanawiam się, czy to ostatnie jest prawdą, skoro Wilcox-Rice jest pani narzeczonym.

– Nie jest moim narzeczonym. Przecież słyszał pan, co mówiłam.

– A jednak i on, i pani ojciec uważają co innego.

Lucas zerwał obsypaną pomarańczowymi owocami gałązkę ognika i podał ją Lillian, a ona wyciągnęła rękę.

– Dziękuję. – Nic innego nie przyszło jej do głowy.

Jakiś cierń boleśnie ukłuł ją w opuszkę kciuka.

– Cieszę się, że los dał mi szansę przeproszenia pani za to, że ją wczoraj wystraszyłem u Lenningtonów.

– Przyjmuję przeprosiny. Wiem, że mój kuzyn bywa popędliwy.

Uśmiechnął się szeroko, ukazując białe zęby. Lillian uświadamiała sobie, że ma przed sobą człowieka, który najwyraźniej nie zamierza poddawać się konwenansom.

Pod tym względem stanowił jej całkowite przeciwieństwo. Cofnęła się w obawie przed czymś, czego nie potrafiła nazwać. Zastanawiała się, jaki postępek jej kuzyna wywołał gwałtowną reakcję pana Clairmonta.

– Proszę się niczego nie obawiać, panno Davenport.

Nie zabiję go, bo nie jest wart tego, żeby z jego powodu powieszono mnie w więzieniu Newgate.

Rozważał możliwość zabicia Daniela? Wielki Boże!

Nie mieściło jej się w głowie, jak można w ogóle pomyśleć o takim uczynku. Zatęskniła za uprzejmą przeciętnością Johna Wilcox-Rice’a. Nie było jej jednak dane dłużej się nad tym zastanawiać, gdyż Lucas Clairmont ujął jej dłoń. Nie zaprotestowała. Obwiódł ją palcem, a potem przesunął nim wzdłuż żyłek widocznych spod jasnej skóry.

– Kiedyś w Richmond stara Indianka wróżyła mi z ręki. Powiedziała, że życie jest jak rzeka i że płyniemy z jej nurtem do miejsca naszego przeznaczenia. Czy to jest właśnie to miejsce, panno Davenport? – spytał.

Odniosła wrażenie, że czas się zatrzymał. Kiedy wyrwała dłoń z jego uścisku i niemal wbiegła do wnętrza, byłaby gotowa przysiąc, że słyszy śmiech dobiegający z balkonu skąpanego w srebrzystym świetle księżyca.

Czując się bezpieczna w tłumie, zwolniła kroku. Nigdy dotąd nie doceniała znaczenia obecności większej liczby osób w pobliżu. Zadała sobie pytanie, czy Lucas przyjdzie tu, by z nią porozmawiać? Może znów wywoła zamieszanie i skandal? Rozwinęła wachlarz i zaczęła nim rytmicznie poruszać, chłodząc rozpaloną twarz. Była zadowolona, że w porę udało jej się schować gałązkę obsypaną pomarańczowymi owocami do aksamitnej torebki. Nie życzyła sobie złośliwych komentarzy.

– Jesteś silnie zarumieniona, Lillian – odezwała się ciotka Jean. – Mam nadzieję, że się nie przeziębiłaś teraz, kiedy tak niewiele czasu pozostało do świąt. Niedawno pani Haugh opowiedziała mi o tym, jak jej córka nabawiła się nieżytu oskrzeli i do tej pory nie może się wyleczyć...

Lillian przestała słuchać ciotki. Lucas Clairmont wszedł właśnie do sali. Wysoki, barczysty, męski... W porównaniu z nim otaczający ją dżentelmeni wydawali się bladzi, wątli i dandysowaci. Skupiając uwagę na jego rozciętej wardze, wmawiała sobie, że nie obchodzą jej ukradkowe spojrzenia, jakimi obdarzają go mijane kobiety.

Lucas zmierzał do wyjścia w towarzystwie hrabiego St Auburna i lorda Stephena Hawkhursta. Ci wpływowi mężczyźni roztaczali wokół siebie podobnie tajemniczą aurę jak on. Była ciekawa, gdzie ich poznał. W drzwiach odwrócił się i popatrzył jej przeciągle w oczy, tak jak na balu u Lenningtonów. Czując mocne uderzenia serca, szybko uniosła wachlarz, chowając za nim twarz. Odniosła wrażenie, że brak jej tchu. Rozpoczęła się gra, której reguł jeszcze nie znała.

Powróciwszy do domu umieściła pomiętą gałązkę ognika w wazoniku i postawiła na stoliku przy łóżku. Jej kolor i kształt nie harmonizowały z wystrojem sypialni, podobnie jak Lucas Clairmont nie pasował ani do niej, ani do towarzystwa, w którym się obracała. Ostrożnie dotknęła cierni gałązki. Wydały jej się zaskakująco ostre w zestawieniu z ciepłą barwą i obłym kształtem kulistych owoców.

Żałowała, że nie zostawiła gałązki na balkonie, nie porzuciła jej wraz z myślami o mężczyźnie, który ją zerwał. Nie zrobiła tego jednak i oto gałązka ognika pyszniła się w jej sypialni, nie pozwalając Lillian zapomnieć o niezwykłym Amerykaninie. Popatrzyła na przezroczyste zasłony udrapowane wokół jej łoża, kremową narzutę haftowaną w delikatny wzorek, lampę z mosiężną podstawą i abażurem z siedemnastowiecznego spłowiałego gobelinu. Wystrój jej pokoju w niczym nie przypominał modnych wnętrz z pasiastymi tapetami o deseniach przypominających powyginane płatki i pióra, w przeważających barwach czerwieni i purpury. Lubiła to swoje spokojne gniazdko.

Wszystko, czym Lillian się otaczała, było starannie dobrane i w najwyższym stopniu odpowiednie. Odnosiło się to zarówno do jej strojów, jak i przyjaciół, a także do całego życia. Nie pozostawiała miejsca na przypadek ani na ryzyko.

Coś nieprzewidywalnego zdarzyło się jej tylko raz.

Rebecca Davenport, jej matka wpadła do domu, aby oznajmić, że po południu wyjeżdża, „by przeżyć fascynującą przygodę w ramionach wspaniałego mężczyzny”.

Lillian wciąż miała odruch wymiotny na wspomnienie tych słów. Przypomniała sobie siebie jako małą dziewczynkę, wpatrzoną w matkę. Okazała się nie dość „wspaniała”, skoro matka ją zostawiła.

Porzucona jedynaczka starała się odzyskać poczucie własnej wartości, pragnąc za wszelką cenę zasłużyć na miłość ojca. Szybko przekonała się, że jest szczęśliwy, gdy pokornie spełnia jego wolę. Stała się więc córką dokładnie taką, jaką sobie wymarzył. Pilnie się uczyła i była grzeczna, a później, gdy w wieku osiemnastu lat zadebiutowała w towarzystwie, została uznana za ideał, wzór do naśladowania dla innych szlachetnie urodzonych dam.

Musiała przyznać, że ta rola jej odpowiadała. Czuła się dumna z faktu, że okazała się tak pojętna. Jednak tego dnia obsypana barwnymi owocami, ciernista gałązka ognika wniosła w jej życie niepokój.

Biedna Lillian?

John Wilcox-Rice i jego godna uwagi, rozsądna propozycja.

Starzejący się ojciec.

Elementy, składające się na jej życie, przestały tworzyć spójną całość, a winę za to bez wątpienia ponosił

Lucas Clairmont, jego zuchwały uśmiech i oczy drapieżnika w urodziwej twarzy.

Stojąc przy oknie, dostrzegła swoje odbicie w szybie.

Wydała się sobie blada. Czyżby okazała się podobna do matki także i w tym, że zainteresowała się fascynującym i zupełnie nieodpowiednim mężczyzną? Przyłożyła dłoń do chłodnego szkła, a potem napisała palcem inicjały matki na zaparowanym kawałku szyby.

Rebecca Davenport wróciła jesienią, znacznie chudsza i smutniejsza niż przed wyjazdem, a chociaż mąż przyjął ją z powrotem pod swój dach, nie potrafił wybaczyć zdrady. Nikt nie dowiedział o jej niewierności. Nie mówiono o jej przedłużonym wypoczynku w Fairley Manor, posiadłości Davenportów w północnej Anglii, a jeśli nawet ktoś żywił podejrzenia, milkł w zetknięciu z surową powściągliwością Ernesta Davenporta.

Ta maskarada najprawdopodobniej uczyniła sytuację tym trudniejszą, pomyślała Lillian. Pamiętała, jak matka umierała w gorączce, a ona, będąc dzieckiem, kursowała pomiędzy rodzicami, przekazując najpilniejsze wiadomości i obserwując, jak szacunek, jaki mieli dla siebie, usycha wraz z nastaniem zimy. Nawet pogrzeb był jednym wielkim oszustwem. Ciało matki zostało złożone w krypcie Davenportów z zachowaniem ceremoniału, lecz po tym nikt nie odwiedzał grobu.

Droga, jaką obrała Rebecca, oddaliła ją od rodziny i przyjaciół. Jeśli ona, Lillian, wkroczy na tę samą ścieżkę, wkrótce doświadczy bolesnych konsekwencji „fascynującej przygody”. John Wilcox-Rice nie złamałby jej serca. Był mężczyzną o niezłomnych zasadach i ustalonych poglądach politycznych.

Przeczesała włosy dłonią i uśmiechnęła się, czując rosnące ożywienie. Wszystko wydawało jej się teraz inne, jaśniejsze, wyraźniejsze. Podeszła do łóżka i przesunęła palcami po gładkich pomarańczowych jagodach, ciesząc się na myśl o tym, że wcześniej dotykał ich Lucas Clairmont. Skarciła się w myślach za dziecięcą głupotę i naiwność.

Miała dwadzieścia pięć lat i niezmiennie irytowały ją egzaltowane debiutantki, które dawały się ponosić emocjom, tymczasem zachowywała się teraz jak jedna z nich.

Zauważyła leżące na parapecie zaproszenie na mający się odbyć nazajutrz bal u Cholmondeleyów. Czy Amerykanin tam przyjdzie? Może zaprosi ją do tańca? A może znów ujmie jej dłoń?

Odwróciła się w stronę służącej, która nadeszła, by pomóc jej przygotować się do snu.


Rozdział trzeci

Lucas spędził ranek u Horatia Thackeraya, prawnika, podpisując liczne dokumenty. Irytowała go każda parafka składana na stronie tekstu.

Nie zależało mu na majątku Woodruff Abbey w Bedfordshire. Wydawało mu się, że krzyki konającej żony są tu znacznie donośniejsze niż w Charlottesville w stanie Wirginia, gdzie dokonała żywota. Powracały do niego w bolesnych wspomnieniach nieustannie od czasu, gdy ją zabił.

Nie chciał tego domu ani zgromadzonych w nim dóbr.

Najchętniej uciekłby stąd jak najdalej. Zmusił się do uśmiechu, starając się odgonić upiory przeszłości.

– Czy zamierza pan obejrzeć majątek?

– Niewykluczone – odpowiedział wymijająco.

– Pytam jedynie po to, aby poczynić plany na wypadek, gdyby życzył pan sobie, bym mu towarzyszył.

– Dziękuję, to nie będzie konieczne. – Pomyślał, że jeśli nawet wybierze się do Woodruff Abbey, wolałby być tam sam.

– Tamtejsza służba wciąż otrzymuje regularne wynagrodzenie z dochodów za dzierżawę gruntów, ale, prawdę mówiąc, majątek znajduje się w nie najlepszym stanie.

– Rozumiem. – Lucas chciał zabrać papiery i jak najszybciej opuścić kancelarię, aby dłużej nie rozmawiać o schedzie nieżyjącej żony.

– W majątku mieszkają dzieci siostry pańskiej żony.

Ich matka zmarła pod koniec ubiegłego roku. Napisałem do pana...

Lucas uniósł wzrok.

– Nie otrzymałem żadnej wiadomości.

Prawnik przejrzał leżącą na blacie biurka stertę dokumentów i po chwili podał Lucasowi kartkę papieru.

– Czy to pańskie pismo? – zapytał, unosząc brwi.

Spojrzawszy na swój podpis, Lucas skinął głową.

– Ile lat mają dzieci?

– Osiem i dziesięć. To dziewczynki.

– A gdzie jest ich ojciec?

– Wyjechał z Anglii dość dawno temu i jak dotąd nie powrócił. Słynął z brutalności i podejrzewam, że najprawdopodobniej spoczywa gdzieś w jakimś bezimiennym grobie. Charity i Hope* są dziewczynkami godnymi swych imion, a gdy osiągną pełnoletność, stracą prawa do korzystania z dochodu, jaki przynosi Woodruff Abbey.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com