Mafia - Praca zbiorowa - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 248 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mafia - Praca zbiorowa

Żadna historia nie jest nudna, może być tylko źle opowiedziana. Na szczęście teksty, publikowane na łamach Focusa Historia to teksty fascynujące. Nie tylko dlatego, że wydarzenia z historii, o których pisaliśmy były arcyważne i arcyciekawe, ale przede wszystkim dlatego, że nasi autorzy wykonali tytaniczną pracę, by dotrzeć do nieznanych albo mało znanych źródeł. Dzięki temu wiele z prezentowanych tu historii jest szokujących. Zdumiewających i kontrowersyjnych. Ale zawsze są to historie prawdziwe.
W tym tomiku znajdziesz odpowiedzi na pytania:
- czy istniała Mafia w przedwojennej Polsce ?
- dlaczego Al Capone bał się Heńka Wojciechowskiego?
- kogo terroryzował zbój Materna?
- kto stracił fortunę w kasynie w Sopocie?
- jak zginął Rockefeller kokainy?
- dlaczego nikt nie pokona włoskiej Camorry?

Opinie o ebooku Mafia - Praca zbiorowa

Fragment ebooka Mafia - Praca zbiorowa





Informacje o książce


Miasto z żelaza

Polska mafia rodziła się w czasach triumfującego PRL-u, a jej akuszerami była Służba Bezpieczeństwa i… ekipa towarzysza Edwarda Gierka. Niemożliwe?

autor Rafał Pasztelański


Ajednak! Najpierw esbecja zorganizowała grupę złodziei operujących w Europie Zachodniej. Rodzinny gang braci J. miał pomóc wywiadowi PRL w zdobywaniu cennych środków na działania operacyjne. Pracujący na rzecz tajnych służb bandyci rabowali złoto (stąd kryptonim akcji „Żelazo"), dzieła sztuki, znaczne sumy w gotówce. Esbecja wyliczyła, że bracia J. ukradli towar wart co najmniej 2 mln marek zachodnioniemieckich. Oficjalnie znaczna część zrabowanych dóbr posłużyła do opłacenia działań wywiadu – ok. 1,5 mln marek. Tyle tylko, że według Kazimierza J. MSW przyjęło od niego blisko 200 kg złota i biżuterii. Rzekomo sam Edward Gierek miał dostać kilka cennych precjozów (m.in. zegarek wart kilka tysięcy marek) z tzw. sklepiku – tajnego pomieszczenia w MSW, gdzie handlowano kradzionymi przedmiotami.

I sekretarz KC PZPR przyczynił się też w inny sposób do rozwoju zorganizowanej przestępczości w Polsce. W połowie lat 70. reżim potrzebował dolarów na spłatę rosnącego zadłużenia i Gierek dał ciche przyzwolenie na drobny przemyt towarów za granicę. Naród gromadnie ruszył do krajów demoludu, upychając po walizkach odzież, elektronikę, kosmetyki. Do Polski płynął zaś strumień dewiz.

Stolicą przemytników stał się Budapeszt, a dokładnie – dworzec Keleti. Szybko pojawiła się tam ferajna z Trójmiasta, Szczecina, Łodzi, Warszawy i Katowic. Peerelowscy przestępcy handlowali na Keleti dolarami i zdobywali cenne w przyszłości kontakty. Tam pierwsze kroki w bandyckiej karierze stawiali późniejsi bossowie półświatka III RP – Nikodem Skotarczak ps. Nikoś, Zbigniew Nawrot, Andrzej Kolikowski ps. Pershing, Leszek D. ps. Wańka czy Ryszard Marian Kozina vel Ricardo Fanchini. Wycieczki cwaniaków z półświatka były jednak bacznie obserwowane przez SB. Zresztą esbecja upatrzyła sobie kilka osób, którym zamierzała pomóc w legalnym dostaniu się na Zachód, a które miały być wykorzystane czy to do działań operacyjnych, czy też do prywatnych biznesów tajniaków.

W latach 80. eldorado bandyckiej ferajny stały się Niemcy i Austria. Po wybuchu stanu wojennego kraje te chętnie przygarnęły uciekinierów z PRL. Wraz z emigrantami do „Rajchu" dotarli też przestępcy i różnej maści kombinatorzy. „Nikoś" zorganizował w Niemczech silne grupy złodziei samochodów. Jeremiasz Barański ps. Borys vel Baranina – zwerbowany w latach 70. przez SB stworzył w RFN i Austrii pionierskie grupy przemytników papierosów, zakładał też pierwsze gorzelnie z siedzibą w Belgii. Wtedy też nasi raczkujący gangsterzy nawiązali kontakty z prawdziwymi mafiosami z Kolumbii, sycylijskiej Cosa Nostry czy neapolitańskiej Camorry. Pod koniec lat 80. do gry weszli byli oficerowie SB, którzy do powstającej mafii wnieśli swoje kontakty w milicji (wielu z nich uciekło przed weryfikacją, przechodząc do tej służby), straży granicznej i wśród celników.

Kiedy w 1989 r. upadł komunizm, polski półświatek był już gotowy do zarabiania większych pieniędzy. III RP zaczęła swój byt w oparach milionów litrów spirytusu Royal, zalewającego granice. Rozrabiana w popularnych pralkach Frania lewa wódka trafiała nie tylko na wesela, ale i do sklepów monopolowych. Kontrolowani przez SB cinkciarze otworzyli kantory – pierwsze pralnie bandyckich zysków.

Pruszków i Wołomin wchodzą do gry

W lata 90. półświatek wszedł z kilkoma silnymi ośrodkami gangsterskimi. Na wybrzeżu królował „Nikoś" uważany za ojca chrzestnego polskiej mafii. Niemal zmonopolizował obrót kradzionymi samochodami. W stolicy rozpędzała się grupa zbójów, kierowana przez znanego milicji Ireneusza P. ps. Barabasz – recydywistę z pruszkowskiego osiedla Żbików. To on stworzył najgroźniejszy, a z pewnością i najbardziej znany polski gang zwany Pruszkowem, do którego należały takie tuzy podziemia kryminalnego, jak: bracia Leszek i Mirosław D. – „Wańka" i „Malizna", Andrzej Z. ps. Słowik, Ryszard P. ps. Krzysio, Czesław B. ps. Dziki, Zbigniew K. ps. Ali, Janusz P. ps. Parasol, Zygmunt Rz. ps. Lucyper, Wojciech K. ps. Kiełbasa, Marek K. ps. Oczko (reprezentujący Szczecin). – Pruszków do 1989 r. to były gołodupce. Jeździli starymi odrapanymi dużymi fiatami. Wywodzili się z bandy „Barabasza" – w latach 70. kradli i napadali na mieszkania. Pierwsze pieniądze zarobili na handlu walutą. Każdy, kto wszedł w ten interes i zrobił na nim jakieś pieniądze, musiał być z nimi. Inaczej go zastraszali, odpędzali klientów, bili, zabijali – tak o Pruszkowie mówił w latach 90. Henryk Niewiadomski, nieżyjący już szef gangu wołomińskiego, ps. Dziad.

W skład nowego gangu weszli przedstawiciele grupy ożarowskiej: Andrzej Kolikowski ps. Pershing i Jarosław S. ps. Masa. Co ciekawe, w gangu tym znalazło się miejsce dla braci Niewiadomskich – Wiesława ps. Wariat i wspomnianego już Henryka – cwaniaków z Pragi, założycieli gangu wołomińskiego. Bracia Niewiadomscy dobrze znali się z „pruszkowiakami" jeszcze z czasów Peerelu, gdy razem chodzili na rozmaite roboty, np. kradnąc srebro czy oszwabiając zakłady państwowe. Na przełomie lat 80. i 90. razem z pruszkowiakami wystawali pod Peweksami, a później kantorami, handlując walutą.

6 lipca 1990 r. w motelu „George" w Ruścu koło Nadarzyna rozegrało się dramatyczne wydarzenie. Dzień ten uważany jest przez policję za oficjalną datę narodzin polskiej mafii. W motelu policja przygotowała zasadzkę na bandytów, usiłujących wyłudzić 15 tys. dolarów okupu za skradzionego mercedesa. W kocioł wpadli Czesław B. ps. Dzikus, Janusz P. ps. Parasol, Kazimierz K. ps. Kazik, Wojciech B. ps. Budzik, Ryszard P. Od policyjnej kuli zginął gangster o pseudonimie Szarak. Akcja spaliła na panewce, gdyż jeden z gangsterów rozpoznał policjanta, udającego kompana okradzionego właściciela mercedesa. Na miejscu doszło do szamotaniny. Kilka lat później sędzia Barbara Piwnik uznała akcję policji za niedopuszczalną prowokację i uniewinniła gangsterów.

Po dwóch latach od upadku komunizmu gangi pojawiły się w każdej metropolii, a bandyci niemal całkowicie opanowali zachodnią granicę. W tym czasie na Śląsku objawił się Janusz T. ps. Krakowiak (miłośnik „Ojca chrzestnego", który kazał swoim podwładnym całować się w rękę), w Poznaniu brylował Zbigniew B. ps. Orzech (jego grupa zlikwidowała rezydenta rosyjskiej mafii Andrieja Issajewa ps. Malowanyj), a w Łodzi – Ireneusz J. ps. Gruby Irek.

Jednak prym wiodły gangi podwarszawskie, w których już w 1992 r. doszło do kłótni i rozłamu. Z jednej silnej grupy skupiającej elitę stołecznego półświatka wyodrębniły się dwa rywalizujące ugrupowania – Pruszków (obejmujący lewobrzeżną część Warszawy i znaczną część Polski) oraz Wołomin (pilnujący „porządku" w prawobrzeżnej części miasta oraz na Pomorzu Zachodnim, w woj. podlaskim i na północnym Mazowszu). Pierwszym gangiem kierowali ludzie uczący się fachu pod okiem „Barabasza", drugim – bracia Niewiadomscy. W ich cieniu objawiła się nowa siła w polskim półświatku – banda Mariana K. ps. Maniek, który szybko uznał, że nazwa Wołomina przynależna jest jemu i jego ludziom z racji urodzenia w tym niespokojnym miasteczku, zwanym czasem polskim Corleone.

Miasto wychodzi z podziemia

Przy bezradności policji i zastanawiającej nieudolności władz polska mafia zmienia się w prężnie działającą organizację. Do końca pierwszej połowy lat 90. masowo powstają laboratoria amfetaminy. Z Kolumbii, Wenezueli i Peru trafiają do Polski transporty kokainy. Przez pierwsze pięć lat III RP gangi przerzucają do kraju ponoć blisko 10 ton kokainy. Narkotyki stanowią największe źródło zarobków mafii, ale gros przestępstw to zwykłe brutalne rozboje i haracze. Rządzący ulicami bandyci boją się tylko jednego – większych grup. Przebojem półświatka stają się bowiem „wycieczki" do lasu. Marek, złodziej samochodów wspomina, jak zwiedzał puszczę. Wraz z kumplami zawinęli Niemcowi audi. Wóz poszedł od razu „do Żyda", więc spędzili noc w jednej z agentur na warszawskim Powiślu. Skacowanego zerwał z łóżka dzwonek do drzwi. Na korytarzu stało czterech wielkich gości w skórach. Wpadli do mieszkania, zadając kilka mocnych ciosów pięścią w twarz. – Wiesz, frajerze, od kogo przychodzimy? – krzyczał jeden z napastników. – Jedziesz z nami. Na przejażdżkę.

Przerażony Marek zbiera jeszcze kilka ciosów i daje się wyprowadzić z budynku. Poznał gości: to klienci z miasta. Nie kryje, że ze strachu zsikał się w spodnie. Miastowi wrzucili go do bagażnika swego samochodu. Marek domyślał się, że jedzie do lasu. Modlił się, by go nie odpalili. Po jakimś czasie otwiera się klapa bagażnika. W słońcu stał jeden z napastników z łopatą w ręku. Jego kumple pili wódkę, zagryzając kiełbasą. Śmiali się, potrząsając kijami bejsbolowymi. – Wysiadka. Bierz łopatę i kop – padła komenda. Marek grzecznie kopał. Po półgodzinie dół był na tyle głęboki, by pomieścić ciało. – Wskakuj... Wskakuj, bo cię do niego włożymy – krzyczeli gangsterzy, wpychając Marka do środka. Gdy zobaczył, że miastowi wyciągnęli „klamki", czyli pistolety, zamknął oczy. – No to... dobranoc. Padają strzały. Markowi znowu puszczają zwieracze. Ze zdziwieniem odkrył, że jeszcze żyje. Miastowi się śmieją. – Dobra. Koniec zabawy. Jeżeli ty i twoi wafle chcecie się bawić na naszym terenie, to będziecie płacić. Połowa tego, co zarobicie, idzie dla nas.

W taki właśnie sposób kolejne grupy przyłączają się do Pruszkowa. – Wiedzieliśmy, że w mieście działają mocne grupy, naliczające mniejsze. Zdecydowaliśmy, że bezpieczniej dla nas będzie przyłączyć się do jednej z nich. Znałem „Sznyta", który był zamocowany w Pruszkowie. Spotkaliśmy się i powiedziałem, że tak, jak reszta moich kumpli chcemy dla niego robić – opowiada Igor Ławrynowicz, jeden z najlepszych złodziei samochodów, który później został świadkiem koronnym. – Ustaliliśmy, że za wejście zapłacimy „Sznytowi" 5000 dolarów, a następnie co miesiąc będziemy płacić 200 dolarów od każdego działającego w grupie i 20 procent od każdego okupu za zwrot samochodu.

Naliczanie kolejnych małych grup i osiedlowych gangów powoduje, że wybucha wojna pomiędzy ich protektorami: Pruszkowem i Wołominem. Oficjalnie do jej wybuchu doprowadziła wyjątkowa zaborczość Pruszkowa, który zaczął ściągać haracze na prawobrzeżnej części stolicy. Prażanie woleli jednak płacić swoim niż przybłędom zza Wisły. – Ci ludzie zwrócili się do mnie o ochronę i nie pozwoliłem ich ruszyć. Na Targowej płaci wielu, odkąd zaczął płacić Pruszkowowi nowy właściciel restauracji „Oaza". Ale do paru facetów z Targowej, którzy są pod moją ochroną, Pruszków nie ma odwagi przyjść – mówi w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej" Henryk Niewiadomski.

W styczniu 1994 r. Pruszków porywa „Staśka" z grupy „Dziada". Obity i zmęczony gangster wrócił do domu, gdy wpłacono za niego 40 tys. dolarów okupu. Niedługo potem angielskie służby przejmują na statku Jurata ogromny transport kokainy – 1,2 tony, wart w hurcie 36 mln dolarów. Narkotyk został zamówiony w Wenezueli przez mafię pruszkowską. Pruszków był pewien, że transport został sprzedany przez wołomińskich. Miesiąc później wybucha bomba w restauracji „MultiPub" przy ulicy Meksykańskiej, ulubionym miejscu spotkań Pruszkowa. Po tym zdarzeniu w jednej ze stołecznych knajp zbierają się bossowie Pruszkowa. Ustalają taktykę i planują odwet. Podobno w czasie, gdy doszło do zamachu, w knajpie miał się pojawić Pershing. Wojenna machina toczy się pełną parą. 3 kwietnia późnym wieczorem cyngle z Wołomina ostrzeliwują kierowcę mercedesa stojącego pod domem Kolikowskiego w Ożarowie. Okazuje się, że trafiają Andrzeja F. Florka, ochroniarza „Pershinga". Pomylili się, bo Florek jest bardzo podobny do swego szefa.

W odpowiedzi Pruszków oferuje 50 tys. dolarów za wykonanie wyroku na Wiesławie Niewiadomskim. Na cel biorą brata „Dziada", bo to Wiesiek jest dla nich mózgiem grupy wołomińskiej. W kwietniu 1994 r. na pierwszej stronie „Życia Warszawy" pojawia się wielki czarny nagłówek: „Narodziła się mafia". Dziennikarze, wbrew ostrzeżeniom ze strony policji i półświatka, odkrywają kulisy działalności Pruszkowa. Po raz pierwszy media ujawniają skład i strukturę grupy, powiązania mafiosów z lekarzami, prawnikami, a nawet osobami z tzw. świecznika.

W tym czasie wojny gangów tylko w samej stolicy pochłonęły życie kilkunastu osób. Dotkliwy cios spada i na „Dziada".

14 kwietnia w jego gołębniku przy ul. Listonoszy 21 w Rembertowie pojawiają się cyngle konkurencji. Warszawa ma więc swój odpowiednik „dnia św. Walentego". Tak jak przed sześćdziesięciu laty w USA, mordercy ustawiają dwóch ludzi „Dziada" pod ścianą i zaczynają strzelać. Wiesław Sz. i Andrzej Bogdan C. dostają kilkanaście kul w głowę i plecy. Trzecia ofiara – robotnik budowlany zginął, bo był niewygodnym świadkiem.

Początek końca

W połowie lat 90. policja zaczyna zadawać pierwsze ciosy mafii. Za kraty trafiają m.in. „Pershing", „Oczko", „Nikoś", „Maniek". W ciągu trzech lat kilkakrotnie obwieszcza się zlikwidowanie gangów pruszkowskiego i wołomińskiego. W rzeczywistości najgroźniejsi bossowie trafiają do więzień na krótko, a swoimi organizacjami kierują bez problemu.

Gangi z największych miast czerpią pełnymi garściami z doświadczeń gangów ze Stanów Zjednoczonych czy Włoch. Pruszków – najgroźniejsza polska organizacja mafijna – kierowana jest przez przez sześcioosobowy zarząd („Bolo", „Kajtek", „Malizna", „Wańka", „Słowik", „Parasol"), któremu podlegają kapitanowie (m.in. „Masa"), a tym – porucznicy. Każdy porucznik może mieć pod opieką nawet kilka gangów z innych rejonów Polski. Warunek jest jeden: zarząd musi dostać od 20 do 30 procent zysków z każdej roboty. Mniejsze gangi z całej Polski płacą wpisowe, aby móc występować pod szyldem Pruszkowa. – Jesteśmy organizacją ludzi szanujących się i wzajemnie popierających. Ja jestem ministrem kultury, a pan Słowik ministrem obrony tej organizacji – tak mówił o gangu jeden z bossów Leszek D. ps. Wańka.

Gangsterzy zarabiają krocie i chętnie obnoszą się ze swym bogactwem. Standardowy człowiek z miasta to zazwyczaj prostacki osiłek, lubujący się w filmach sensacyjnych, a nade wszystko w imprezach, zwłaszcza w dobrych ośrodkach lub popularnych kurortach. „Oczko" jeździ ferrari, Pruszków rozbija się luksusowymi mercedesami. W popularnym hotelu „Gołębiewski" bossowie Pruszkowa potrafili wydać nawet 100–150 tys. zł w weekend. – Pamiętam, jak musiałem dowozić im reklamówki pełne banknotów. To były niskie nominały, bo pochodziły z doli od chłopaków. Brudne, wymięte dziesiątki i dwudziestki – wspomina „Masa".

Gangsterzy z lubością piją drogie „łyskacze". – „Słowik" kupował trunki po kilkaset złotych za butelkę, pił i krzywił się, marudząc pod nosem, jakie to gówno jest ohydne. Można by rzec: każdy kraj ma taką mafię, na jaką zasługuje. Polskie podziemie jest tak pełne sprzeczności, że zdrowy rozsądek nakazuje wierzyć w teorię spiskową, głoszącą że znani z gazet bossowie tak naprawdę są tylko wykonawcami poleceń ludzi ukrytych w cieniu. Policjanci twierdzą, że prawda jest banalna. – Pamiętajmy, że szefowie największych gangów to ludzie, którzy z wielkim trudem pokończyli technika czy zawodówki i nie należą do zbyt lotnych. Są jednak cwani i bezczelni, a ludzi z takimi cechami uważa się za zaradnych życiowo – mówi jeden z oficerów operacyjnych policji.

MARATON UOP

Zagrożenie zorganizowaną przestępczością zaczęła dostrzegać policja. W 1991 r. w Komendzie Głównej Policji powołano tajną grupę Maraton, której zadaniem było rozpracowanie i rozbicie największych polskich grup przemytniczych, a zwłaszcza dopadnięcie tzw. Wielkiej Piątki – największych rodzimych przemytników, mających powiązania z kryminalnym podziemiem Europy.

W skład Maratonu wchodził Adam Rapacki, późniejszy założyciel Centralnego Biura Śledczego. Członków specgrupy szkoliło m.in. FBI. Rosnącą potęgę mafii dostrzegły też inne służby pilnujące bezpieczeństwa państwa. – Niektórzy przestępcy myślą o powoływaniu rządu, kreowaniu polityków czy grup politycznych. Są to zjawiska incydentalne, ale są – twierdził ówczesny zastępca szefa UOP Jerzy Nóżka. Nóżka ukrywa to, co wiedzą tajne służby. O mały włos ministrem budownictwa w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego nie został Wojciech P. – uważany za finansistę gangu pruszkowskiego. To u niego w firmie przesiadywali bossowie gangu, a ze „Słowikiem" Wojciech P. zwiedzał nawet Las Vegas, gdzie był świadkiem na ślubie gangstera.

Jatka w „Gamie"

Ostatni dzień marca 1999 r. jest w miarę słoneczny. Czuć powiew wiosny. Rankiem w wolskiej restauracji „Gama" pojawia się Marian K. ps. Maniek i jego serdeczny przyjaciel Ludwik A. ps. Lutek. Pierwszy to elegancki mężczyzna, który nawet podczas odsiadki dbał, aby wychowawca nie widział go spoconego czy w pogniecionej odzieży. Dla kobiet potrafi być bardzo czuły, choć nie mówi nigdy o swoich ciemnych sprawkach. Dla wrogów jest bezlitosny i jak twierdzi policja, wydał wiele wyroków. „Lutek" to rubaszny prażanin, równie sprytny i przebiegły jak jego kompan. Zakpił kiedyś z policji, wyciągając kilkaset litrów lewego spirytusu z magazynu pilnowanego przez funkcjonariuszy. Odegrał znaczną rolę w zlikwidowaniu rezydenta rosyjskiej mafii.

W „Gamie" dwaj szefowie gangu wołomińskiego mają swoje nieformalne biuro. Od rana przyjmują interesantów – delegację gangu żoliborskiego, cwaniaka, który planuje intratną inwestycję, itp. Ot, zwykły dzień mafijnych bossów. Towarzyszy im Olgierd W. ps. Łysy, ochroniarz „Mańka". Boss zabrał goryla, gdyż od kilku miesięcy toczy wojnę ze zbuntowanym podwładnym Karolem S. ps. Karol (to on dowodził wołomińskimi gangsterami podczas najazdu na Terespol). Po południu do kompanii dołączają Piotr Ś. ps. Kurczak i Mariusz Ł. ps. Piguła. Maniek wręcza im zdjęcia „Karola" i jego najważniejszych ludzi. – Zróbcie z nimi porządek. I to szybko – wydaje polecenie, obiecując solidną premię za robotę. Panowie dyskutują o robocie przy pierogach, specjalności zakładu.

Pięciu gangsterów nie wie, że kilkadziesiąt metrów dalej, przy bramie zajezdni autobusowej, w samochodzie siedzi „Karol", zimny i wyrachowany psychopata, a jednocześnie inteligentny i bardzo ambitny. Z nienawiścią patrzy na pielgrzymki miastowych odwiedzające jego wroga. Przed 13 daje sygnał cynglom: teraz. Do „Gamy" szybkim, ale spokojnym krokiem wpada trzech kilerów. Jeden ma broń maszynową, inny strzelbę myśliwską, a jeszcze jeden pistolet. Przechodzą przez pustą salę i zbliżają się do stolika wołominiaków. – Macie za swoje, chuje, kurwy – krzyczą. Słowa zagłusza palba strzałów. Kule szarpią jednych z najmocniejszych polskich gangsterów, którzy padają w konwulsjach na podłogę. Krew miesza się ze śmietaną z pierogów i wodą z podziurawionego kaloryfera. Mordercy odjeżdżają szarym polonezem. Syn „Mańka" – Jacek, późniejszy boss Wołomina, o śmierci ojca dowiaduje się w celi aresztu. Na cały kryminał zapowiada zemstę. Zanim sam polegnie w 2002 r. (zastrzelony zresztą przez Andrzeja T. ps. Tyburek – do dzisiaj poszukiwanego przez policję cyngla „Karola", podejrzewanego o udział w masakrze w „Gamie") uda mu się dopaść co najmniej pięciu członków bandy Karola S.

Rzeź bossów w „Gamie" najlepiej oddaje to, co w latach 1998–1999 dzieje się w półświatku. Po niedługim okresie względnego spokoju, w całej Polsce wybuchają najkrwawsze wojny w krótkiej historii polskiego półświatka. Od kul zawodowego kilera giną kolejno: w lutym Wiesław Niewiadomski, a potem Nikodem Skotarczak „Nikoś". Jego zabójców nie odnaleziono do dzisiaj.

Wtajemniczeni twierdzą, że śmierć Skotarczaka miała związek z zamachem na gen. Papałę, byłego szefa policji, którego mafijny cyngiel zamordował w czerwcu. Zdaniem policji „Nikoś" brał udział w spisku razem z Edwardem Mazurem, Jeremiaszem Barańskim i Ricardo Fanchinim. Jednak wszystkich – zarówno policjantów, jak i przestępców – najbardziej szokuje egzekucja z 5 grudnia 1999 r. Tego dnia zginął Andrzej Kolikowski ps. Pershing – drugi po „Nikosiu" legendarny boss półświatka. Wyrok na niego wydał zarząd Pruszkowa, który chciał przejąć jego legalne interesy i polityczne kontakty. Paradoksalnie, doprowadziło to do upadku „starej mafii" i niemal całkowitego rozbicia struktur gangów wyrosłych na gruzach Peerelu.

W ostatnim roku starego tysiąclecia powstało Centralne Biuro Śledcze (od 1994 r. działało jako wydziały do walki z przestępczością zorganizowaną), zwane polskim FBI. Dzięki zwerbowaniu Jarosława S. ps. Masa i kilku innych skruszonych przestępców możliwe było uderzenie w półświatek.

Era mutantów

Na początku września 2000 r. uderzono w gang pruszkowski, zatrzymując połowę zarządu i trzon bandy. W ciągu dwóch następnych lat Pruszków przestał istnieć. W tym samym czasie wewnętrzne wojny i akcje policji zrujnowały podziemie kryminalne w Trójmieście, Katowicach, Wrocławiu, Łodzi i Poznaniu. Przestała istnieć grupa „Dziada", a po kilku krwawych spazmach do 2004 r. rozbito odradzający się Wołomin. Na gruzach postpeerelowskiego imperium bandyckiego powstały jednak nowe twory – gangi młodych bandytów, żądnych władzy i pieniędzy. Taką grupą byli osławieni Mutanci, działający w stolicy i okolicach. W ciągu dwóch lat bandyci z tej grupy zamordowali kilkanaście osób, a podczas prób ujęcia jej członków zginęło trzech policjantów (w głośnych strzelaninach w Parolach i Magdalence). Upadek Pruszkowa wykorzystał stary włamywacz, ślusarz z zawodu Andrzej H. ps. Korek. Stworzył nowoczesną grupę przestępczą z kontaktami wśród kolumbijskich karteli, mafii rosyjskojęzycznych czy włoskich.

Latem w Warszawie zginął Paweł Niewiadomski ps. Mrówa, starszy syn „Dziada". Kilka miesięcy wcześniej znalazł się na tzw. czarnej liście „Daksa" i „Szkatuły" – nowych bossów stołecznego półświatka. Na listę trafiło kilkunastu gangsterów mających znaczne sumy. „Mrówa" nie chciał się podporządkować nowemu ładowi, proponowanemu przez wspomnianych gangsterów.

Obecnie sytuacja w polskim podziemiu przypomina początek lat 90. Na kryminalnej mapie znów dominują lokalne grupy, samodzielnie władające swoim terenem. Nowa mafia, choć bardziej brutalna i nieuznająca żadnych zasad, stara się nie rzucać w oczy krzykliwymi strojami czy furami. Jest bardzo hermetyczna. Policjanci przyznają, że wprowadzenie w szeregi nowych gangów zakonspirowanych tajniaków jest bardzo trudne, a często nawet niemożliwe ze względu na bezpieczeństwo funkcjonariuszy działających pod przykryciem. Aby dostać się do grupy, przestępcy są często bardzo dokładnie weryfikowani np. poprzez znajomych z kryminału. Muszą mieć osobę wprowadzającą, a nierzadko przechodzą odpowiednie badania na wykrywaczu kłamstw. Do tego niektóre grupy – jak tzw. szkatułowa (uważana za najgroźniejszą w Polsce) – wymuszają na członkach zabójstwo. W ten sposób zapewniają sobie lojalność kompana i pewność, że nie będzie mógł zostać świadkiem koronnym. Walka z tą ośmiornicą będzie wyjątkowo trudna.

Rafał Pasztelański


Dziennikarz kryminalny tygodnika „Wprost".


Szulernia Sopot

Kasyno w Sopocie było jednym z najbardziej znanych i luksusowych przybytków tego typu w Europie. To tam przepadały wielkie fortuny.

autor Paweł Pizuński


Na pomysł stworzenia w Sopocie kasyna wpadli w 1919 roku dwaj łebscy berlińczycy, zdemobilizowani oficerowie armii niemieckiej, Linke i Ratzloff. Pomysł nie był nowatorski. Po hekatombie pierwszej wojny światowej podobne instytucje powstawały obok tak renomowanych uzdrowisk, jak Vichy, Le Havr, Monte Carlo. Po wojnie uzdrowiska przeżywały zastój, więc wprowadzenie gier hazardowych zwiększyło napływ kuracjuszy. Sopot na siedzibę megaszulerni również się nadawał. Od lat ściągali tu nie tylko ci, którzy już się czegoś dorobili, ale też i ci, którzy dopiero byli na dorobku. Pierwszych kusił splendor miejsca, drugich snobizm.

Otwarte 6 czerwca 1920 roku kasyno było inwestycją skromną. Do jednej z sal Domu Zdrojowego wstawiono dwa stoły do gry w ruletkę – i to całe kasyno. Jak w każdej szanującej się tego typu instytucji wprowadzono żetony do gry. Były one porcelanowe i wytwarzała je państwowa manufaktura porcelany w Miśni. Co do personelu, to właściciele zbytnio nie zaprzątali sobie nim głowy. Obaj byli zdemobilizowanymi wojskowymi, zatrudnili więc weteranów. Po wojnie mieli oni trudności ze znalezieniem pracy, skłonni więc byli pracować nawet jako źle opłacani krupierzy.

Z początku kasyno nie przynosiło wielkich zysków, bo przy stołach do ruletki prawie nie było graczy. Starano się jakoś zachęcić ich do gry, sięgnięto więc do tzw. naganiaczy. Przy jednym ze stołów zjawiali się niby to przygodni gracze, którzy od niechcenia zaczynali obstawiać. Z początku grali nisko. Obstawiali zaledwie kilka marek, ale później, zaopatrzeni w wygraną, sięgali po więcej. Wychodzili obładowani żetonami, przy aplauzie rosnącej grupy ciekawskich. Ci nie wiedzieli, że „zarobek" owych graczy wracał do kieszeni właścicieli kasyna.

Wtedy nie ustalono jeszcze żadnych reguł, które porządkowałyby grę, i fakt ten często wykorzystywali krupierzy. Wmawiali graczom, że wygrali mniej, niż wygrali w rzeczywistości, albo też tak manipulowali ruletką, by grający przegrywał. Nieraz z tego powodu dochodziło do bójek, ale właściciele kasyna w porę zorientowali się, że nie służy to ich interesom, i postanowili przeprowadzić zmiany. Do Sopotu sprowadzili Dünewalda, zawodowego krupiera. Pochodził on z Berlina, ale kiedyś pracował ponoć w Monte Carlo. Za jego radą zwolniono byłych oficerów armii niemieckiej i zatrudniono fachowców. Rekrutowano ich przeważnie spoza granic Wolnego Miasta Gdańska, głównie z Niemiec, ale trafiali się też Rumuni, Czesi i Polacy. Rozszerzono też zakres świadczonych przez kasyno „usług" – wstawiono stoły do gry w bakarata.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Rosły zyski, klientów przybywało i w kasynie zaczęło brakować miejsca. Jedna sala w Domu Zdrojowym już nie wystarczała, wynajęto więc dwie sale na piętrze – jedna nazywała się Błękitna i tu grano w ruletkę, druga zaś, Żółta, służyła do gry w bakarata. Linke i Ratzloff zacierali ręce z radości, ale rychło przekonali się, że duże zyski też komplikują sytuację. Dochodami kasyna zaczęli interesować się skorumpowani gliniarze oraz zawsze łakomi pieniędzy politycy.

Ze skorumpowanymi policjantami problemów nie było. Zadowalali się w miarę umiarkowanymi kwotami, a czasami umieli się odwdzięczyć. Mówiono na przykład, że szef policji w Sopocie komisarz von Pokrzywnicki brał łapówki od dyrektorów kasyna, a w zamian przymykał oczy na niektóre sprawy. Z politykami było gorzej. Brali dużo i rzadko kiedy dawali coś w zamian. Na przykład komunistyczny deputowany z Sopotu Netzkowski zażądał pieniędzy na bezrobotnych. Tłumaczył, że skoro burżuazja przegrywa w kasynie pieniądze skradzione robotnikom, to logiczne jest, że kasyno powinno pieniądze te robotnikom zwrócić.

Wziął 4600 marek i fakt ten odnotowano w księgach finansowych kasyna. Pech chciał, że do ksiąg tych zajrzeli wścibscy dziennikarze z „Danziger Volksstimme" i od razu zainteresowali się losami owych 4600 marek. Łatwo ustalili, że komuniści pieniądze te wykorzystali tak, jak na komunistów przystało. Jedną ich część przeznaczyli na zabawę, drugą na doładowanie swych kieszeni, a bezrobotnym dali 100 marek do podziału. Na statystyczną bezrobotną głowę wypadła niecała marka.

Wybuchł skandal, sprawa trafiła do sądu, ale nikt nie ucierpiał. Właściciele kasyna zeznali, że dali pieniądze komunistom do dowolnego rozdysponowania – i oskarżenie upadło.

Krupier „złota rączka"

Sprawę zmian statusu kasyna dyskutowano już na początku 1921 r., ale nastąpiły one dopiero w lipcu. Za 6 milionów marek gmina Sopot zerwała kontrakt z Linkem i Ratzloffem, po czym powołano spółkę, która przejęła zarząd nad kasynem. Poza władzami Wolnego Miasta dopuszczono do niej kapitał zagraniczny i od tej pory zyski z kasyna szły do kieszeni sześciu udziałowców prywatnych oraz do kasy trzech gmin Wolnego Miasta. Jako pierwszy zmiany odczuł Dünewald. Został zwolniony, a powody tej decyzji były niejasne. Wiadomo tylko, że jego ustąpienia żądał personel kasyna pod wodzą niejakiego Jaskowskiego.

Zmian nie odczuł przeciętny gracz. Koło ruletki kręciło się z tą samą, co wcześniej, prędkością, a przy wejściu stał ten sam woźny. Zmieniły się żetony do gry. Kiedy marki zastąpiono guldenami, porcelanowe żetony zastąpiono plastykowymi o różnej barwie, średnicy i nominałach. Najmniejsze warte były 2 guldeny, zaś największe 10 tys. guldenów. Poza tym rozrósł się personel kasyna. W 1923 roku samych urzędników było około 120, a krupierów kilkudziesięciu.

Krupierami nie mogli już być ludzie przypadkowi, pomyślano więc, że najlepiej będzie kształcić ich we własnym zakresie, w szkole krupierskiej w Sopocie. Zarządzali nią niejaki Wossak i von Heine. Chociaż nauka była płatna, chętnych nie brakowało. Wybierano najzdolniejszych i tych, którzy albo długo zabiegali o przyjęcie, albo też cieszyli się protekcją któregoś z członków zarządu. Szkolenie odbywało się w dwóch etapach – wstępnym i kwalifikującym. Potrzebne były: spryt, bystrość umysłu i oka oraz „biegłość w palcach", czyli odpowiednie predyspozycje manualne. Ci, którzy ukończyli cały kurs, też nie mogli być pewni angażu. Konieczna była m.in. protekcja kogoś z zarządu.

Spłukani samobójcy

Dochody, jakie kasyno przynosiło Wolnemu Miastu, trudno policzyć. „Zoppoter Zeitung" pisał, że „ta kura znosi tak olbrzymie złote jaja", a mimo to kasyno nie miało dobrej prasy. Najbardziej potępiały tę instytucję gazety polskie i w 1921 r. nawoływały do jej bojkotu. O przepuszczanych tu fortunach krążyły legendy, legendy też opowiadano o samobójstwach, które popełniali zgrani do cna gracze.

Prasa podawała czasami nazwiska samobójców: Olga Bernstein, dentystka z Rosji, kupiec Klemp z Tczewa, nauczyciel Franciszek Ścieszka z Zawady w Czechach. W 1921 r. poseł gdański Matschkewitz policzył, że na sopockim cmentarzu spoczywa 30 ofiar szulerni, a gdy fale morskie wyrzuciły na brzeg zwłoki jakiegoś topielca, natychmiast sprawdzano, czy przypadkiem nie przegrał pieniędzy w kasynie.

Gdy w kwietniu 1922 r. ogłoszono konkurs na projekt Kasino-Hotel (dzisiaj Grand Hotel), „Gazeta Gdańska" pisała: „Projektowany hotel winien być wystawiony w takiej formie, by przedstawiał coś w rodzaju tryptyku. Lewe jego skrzydło mieściłoby cele ze ścianami wybitymi filcem dla goszczenia wariatów, prawe skrzydło kryminał. Zamiast gazonu przed frontem hotelu należy od razu założyć cmentarz dla samobójców. Na froncie hotelu umieścić powinno się motto Dantego »Lasciate ogni speranza« (Porzućcie wszelką nadzieję)".

We wszystkich tych denuncjacjach było wiele przesady. Samobójcą miał być na przykład Willy Stief, który przyjechał do Sopotu w połowie marca 1922 r. Był on malarzem, ale w Rheingold Hotel zameldował się jako drogerzysta. Zrobił tak pewno po to, by uzasadnić fakt posiadania sporej liczby ampułek morfiny w walizce. W Sopocie spędził 12 dni, a w niedzielę 26 marca 1922 r. znaleziono go martwego w pokoju. Zmarł po przedawkowaniu morfiny, ale prasa doniosła, że popełnił samobójstwo, bo spłukał się w kasynie.

Szuler Kwaśniewski

Kasyno w Sopocie miało złe notowania nie tylko w prasie. Jego zamknięcia domagał się niejeden poseł do gdańskiego parlamentu, ale dochody z kasyna nęciły. W 1922 r. posłowie porzucili skrupuły i uchwalili rozbudowę szulerni. Najpierw na potrzeby kasyna do Domu Zdrojowego dobudowano nowe skrzydło, a potem zaczęto wznosić nowy, dużo większy budynek. Miał mieć dogodne połączenie z kasynem i spełniać funkcje hotelu dla najbogatszej klienteli. Tak narodził się Kasino-Hotel, który z założenia miał być najbardziej luksusowym hotelem w Europie.

Hotel okazał się inwestycją trafioną. Wiele pokoi zarezerwowano jeszcze przed oddaniem budynku do użytku, chociaż ceny były tu wyższe niż w innych miejscach w Sopocie. Jeszcze raz sprawdził się pogląd, że luksus i tzw. szyk ma moc przyciągania większą niż władza lub pieniądze. Aura splendoru, jaka spowijała Sopot, wabiła skutecznie. Latem 1931 r. przybył tu były król Hiszpanii i grał w ruletkę oraz w bakarata, a w kwietniu 1932 r. Sopot odwiedziła Greta Garbo. Takich gości życzyło sobie każde kasyno na świecie, ale inni też byli mile widziani. Każdego, kto miał pieniądze, witano po królewsku, a dyrekcja nie pytała, skąd te pieniądze pochodzą. Stąd brały się częste zarzuty, że w Sopocie legalizują swe zyski „ciemne typy" z Europy i Ameryki.

Warto wspomnieć o oszustwie, jakiego dopuścił się w kasynie niejaki Kwaśniewski, wysoki przedstawiciel jednego z centralnych urzędów warszawskich. Gdy przyjeżdżał do Sopotu, dyrektorzy kasyna witali go wylewnie, a krupierzy otrzymywali nakaz zwracania się do niego per „panie hrabio". Gdy przypadkiem zabrakło mu gotówki, spieszyli mu z pomocą, a kiedy przystępował do gry w bakarata, pieniędzy na stół kłaść nie musiał. Wystarczyło, że z daleka podał kwotę. Za wszystkie te uprzejmości pan „hrabia" odwzajemniał się hojnymi napiwkami.

O majątku „hrabiego" Kwaśniewskiego krążyły legendy. Opowiadano o jego posiadłościach pod Warszawą i o solidnym koncie w banku. Prawda wyszła na jaw przy okazji sprzeczki, która wybuchła latem 1922 r. Rozsierdzony na któregoś z graczy „hrabia" Kwaśniewski najpierw powiedział mu kilka impertynencji, po czym wymierzył siarczysty policzek. Gdy tamten nie zamierzał pozostać dłużnym, doszło do awantury i sprawa zakończyła się na policji. Po przeprowadzeniu śledztwa okazało się, że „hrabia" Kwaśniewski nie posiada ani konta w Szwajcarii, ani też ziemi pod Warszawą, a pieniądze, które trwonił, należały do urzędu, w którym pracował.

Doliniarze, oszuści, złodzieje

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com