Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy - Krzysztof Pałys OP - ebook
Wydawca: W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 178 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy - Krzysztof Pałys OP

Dwóch zakonników w habitach, autostopowiczów w drodze do Macedonii, to niecodzienne zjawisko. Ta wyjątkowa podróż, która była szeroko komentowana, budziła zainteresowanie, zaskoczenie, ale też krytykę. Ojcom: Krzysztofowi i Maciejowi możemy teraz towarzyszyć we wspomnieniach z tej niezwykłej drogi do Matki Teresy. Podróż ta została przepięknie zilustrowana grafikami autorstwa Jolanty Franus.

„Tak się wakacji nie spędza”.

„Nie wypoczniecie”.

„Niepotrzebnie prowokujecie los”.

„Wystawiacie Boga na próbę”.

Książka, Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy, otwiera nową serię wydawniczą "W drodze" - OPowieści przydrożne!

Krzysztof Pałys OP - dominikanin, ur. 1979 w Sanoku. Pracował jako operator betoniarki, kopacz rowów w bieszczadzkich lasach, zamiatacz ulic, bileter na hokejowych meczach. Przez rok studiował na wydziale Wiertnictwa, Nafty i Gazu, gdzie po semestrze dyscyplinarnie wyrzucono go z akademika. Ukończył resocjalizację i teologię. Na skutek intelektualnych deficytów wysłany przez Zakon na kolejne studia z zakresu socjoterapii. Pracuje w Fundacji Przeciwdziałania Uzależnieniom „Dominik”. Mieszka w Łodzi.

Opinie o ebooku Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy - Krzysztof Pałys OP

Cytaty z ebooka Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy - Krzysztof Pałys OP

Trzy podstawowe zasady w podróży autostopem: 1. Jeśli jest droga, muszą być na niej jakieś pojazdy. 2. Wcześniej czy później któryś z nich cię podwiezie. 3. Jeśli czekasz zbyt długo, nie martw się, widocznie czekasz na właściwą osobę. Przetestowane wielokrotnie. Zawsze działają.
Pamiętam świetny fragment listu Bernarda z Clairvaux do swojego przyjaciela: „Możesz zawsze na mnie liczyć – napisał – ale musisz pamiętać, jaki jestem. Możesz zawsze na mnie liczyć, ilekroć będziesz tego potrzebował, jeśli zadowolisz się mną takim, jakim jestem, a nie takim, jakim byś chciał mnie widzieć”.
Wysiadamy na obrzeżach Skopie. Jest ogromny upał. Wspominam Bogdanie, że w Łodzi mam kontakt z czterema dziewczynami, które poważnie myślą o wstąpieniu do misjonarek miłości. Proszę o modlitwę za dziewczyny. Zakonnica w biało-niebieskim sari momentalnie poważnieje i uważnie na mnie patrzy mówiąc: – Ojcze, przekaż im proszę, że to bardzo ciężkie życie. Wcale nie jest łatwo. Pamiętam, że ja regularnie chciałam się pakować. Codziennie mówiłam do siebie, że wytrzymam tylko ten jeden dzień, a jutro wyjeżdżam. – To dlaczego siostra została? – Jest tylko jeden powód, zupełnie niezrozumiały dla niewierzących. Byłam przekonana, że Jezus tego chce.
Święty Augustyn pisał, że jeśli w życiu szukasz tego, co dobre, szukasz Boga. Mówimy Olivierowi, że choć jest osobą niewierzącą, a mimo to pragnie szczęścia i wolności, to szuka Boga. On jest tego źródłem.
„Warto zadać sobie trud i odejść tam, gdzie nie musisz mówić i robić dużo szumu i robić z siebie durnia pomiędzy innymi ludźmi, którzy biegają w kółko bez celu. Myślę, że chyba dlatego mnisi odchodzą od świata i żyją w odludnych miejscach” ******* – napisał Thomas Merton do nastolatki Susan, odpowiadając na jej pytanie: Kim są mnisi?
Co widzisz, patrząc na morze? – usłyszałem kiedyś na kazaniu. – Fale, wodę? To tylko powierzchnia, nie widzimy całej głębi. Wyruszając do miejsca, w którym morze łączy się z niebem, nigdy tam nie dotrzemy, ale możemy odkryć nowe lądy. Podobnie może jest z Bogiem. Nigdy nie będziemy tak doskonali jak On, ale gdy wyruszymy na Jego poszukiwanie, odkryjemy coś cennego. Chwaląc Boga, uszczęśliwiamy samych siebie.

Fragment ebooka Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy - Krzysztof Pałys OP








 

 

 

 

 

 

 

+ Zakonowi Kaznodziejów,

w którym czuję się szczęśliwy,
i do którego jestem niegodny należeć
Autor

 

 

 


 

 

 

 


Życie

 

 

Życie jest szansą
schwyć ją.

Życie jest pięknem
podziwiaj je.

Życie jest błogosławieństwem
kosztuj go.

Życie jest marzeniem
urzeczywistnij je.

Życie jest wyzwaniem
zmierz się z nim.

Życie jest obowiązkiem
spełnij go.

Życie jest grą
zagraj w nią.

Życie jest cenne
zatroszcz się o nie.

Życie jest bogactwem
zachowaj je.

Życie jest miłością
ciesz się nią.

Życie jest tajemnicą
odkryj ją.

Życie jest obietnicą
spełnij ją.

Życie jest smutkiem
pokonaj go.

Życie jest hymnem
wyśpiewaj go.

Życie jest walką
podejmij ją.

Życie jest przygodą
idź za nią.

Życie jest szczęściem
pomóż mu.

Życie jest życiem
nie niszcz go!

Matka Teresa

 

 

 

 

 


Wstęp

 

 

 

Czego uczą podróże autostopem? Dwóch rzeczy. Pierwsza to cierpliwość, a druga to pokora. Cierpliwość, bo nigdy nie wiesz, kiedy skończy się twój uliczny postój, czy nie czeka cię kolejna godzina z coraz bardziej drętwiejącą od trzymania w górze ręką. A pokora dlatego, że musisz z ufnością przyjmować wszystko, co ci się przydarza,
a czego zmienić nie potrafisz. Tu panują inne zasady. Nie jesteś dyspozytorem swojego czasu podróży. Możesz spędzić na drodze kilka minut, ale i zostać tu na noc. A jeśli zostaniesz wysadzony na środku autostrady, to już zupełnie przepadłeś.

Nie ty wybierasz także ludzi, z którymi chciałbyś jechać, lecz to oni decydują się na podróż z tobą. Nie ty ustalasz zasady. Gospodarz miejsca (czytaj: samochodu) w każdej chwili może się zatrzymać, mówiąc: „Wysiadaj”, ale może też zabrać cię do dobrej restauracji i postawić świetny obiad.

Nie myśl, że skoro jesteś księdzem ubranym w dominikański habit, będziesz miał łatwiej. W krajach, gdzie chrześcijaństwo stanowi mniejszość, należy założyć, że spotkasz się także z niechęcią. I w Polsce przecież to się zdarza. Podróżując w ten sposób, miej świadomość, że skoro ludzie decydują się na zaproszenie cię do swojego samochodu, to oczekują, że uszanujesz ich przekonania. Dlatego nie zdziw się, gdy zamiast praktykujących katolików spotkasz pary żyjące w związkach niesakramentalnych, homoseksualistów, rozwodników, ateistów, świeżo wypisanych z Kościoła lub takich, których poszukiwania religijne zaprowadziły do buddyzmu czy islamu. To wyjście na same obrzeża.

Bywały przypadki, że jeżdżąc po Polsce, trafiałem na zorganizowane grupy przestępcze. Widocznie habit ich zaintrygował i czuli potrzebę rozmowy. Pamiętam moment, gdy nagle samochód skręcił z głównej drogi, a kierowca wraz ze swoimi towarzyszami wywiózł mnie i współbrata do ekskluzywnej knajpy położonej w lesie, twierdząc, że teraz nigdzie nas już nie wypuszczą. Mieliśmy pojechać do domu publicznego, i zamówić sobie tam dziewczynę, aby zrozumieć, na czym polega prawdziwe szczęście. Rozstaliśmy się w przyjaźni, ale atmosfera była rzeczywiście napięta.

Plan mieliśmy prosty, chcieliśmy dotrzeć do Macedonii, do miejsca, w którym rozpoczęła się historia jednej z największych świętych XX wieku – Matki Teresy. Od zaprzyjaźnionych misjonarek miłości dostałem adres klasztoru w Skopie, zapewnienie o modlitwie, a także naleśnika z kapustą i grzybami. „Żeby ojciec miał siłę i do nas wrócił” – stwierdziła siostra Romana, przełożona z Indii. „Oby tak było” – westchnąłem do siebie.

Nie pojechałem sam. Wraz ze mną podróżował Maciej Chanaka, zakonny współbrat i przyjaciel, mieszkający w Krakowie. Szczerze mówiąc, ta podróż to jego pomysł. Ponad cztery tysiące kilometrów, wyłącznie autostopem, mając do dyspozycji zaledwie osiem dni. Cel: Skopie, żadnych innych planów. Tylko my, napotkani ludzie i oczywiście On. Chcemy dać się poprowadzić, stąd taka forma wyprawy.

Podróżując w inny sposób, nie spotkasz tylu różnych ludzi. Nie ma również tańszego środka transportu, na dodatek bardziej przyjaznego środowisku. Nawet rower musi używać opon. Jadąc autostopem, wypełniasz jedynie pustą przestrzeń w pojeździe, który i tak zmierza w wybranym przez ciebie kierunku. Ekologia i czystość. A jeśli na dodatek otrzymałeś łaskę wiary, masz pewność, że Pan Bóg jest i nieustannie otacza cię swoją
opieką.

Od razu darowaliśmy sobie encyklopedyczne wiadomości o okolicznych krajach. Nie interesowały nas wielkie miasta i tłumnie oblegane zabytki. Żadnych przewodników, baz noclegowych, miejsc, które „koniecznie trzeba zobaczyć”. Byliśmy spragnieni słuchania historii mieszkających tam ludzi. Takich zwyczajnych, miejscowych, którzy po swojemu szukają sensu otaczającego ich świata. Słowo „zwyczajny” nie jest jednak właściwe. Zwyczajność jest pozorem, który odbiera ostrość widzenia. Spotkania z tymi osobami odsłaniały niezwykłość, której wcześniej nie potrafiłem dostrzec.

W plecaku cztery bananowe kaszki, trochę bakalii, po butelce wody i zestaw „małego księdza”. „Przeżyjemy”, powtarzaliśmy sobie. Był strach, że może się nie uda, choć oczywiście nie przyznawałem się do tego. Jednocześnie, w głębi serca, na samą myśl o wyjeździe narastało to cudowne poczucie wolności, dzika pasja podróży i jakiś rodzaj bezczelnej wiary, że niezależnie od wszystkiego, On wciąż będzie z nami. „Bóg przecież nie daje człowiekowi pragnień, których by nie mógł wypełnić” – twierdziła
św. Teresa z Lisieux. Niektórzy mówią, że przypadek to Bóg, który pojawia się incognito. Takich „przypadków” podczas wyprawy było wiele.

 

 

 

„Nie cel jest ważny, a droga”, „To podróż daje szczęście, a nie cel” – można przeczytać w każdej już niemal relacji z podróży. Zdania zbyt często powtarzane stają się zwietrzałe, pretensjonalne i trącą banałem. Nie zmienia to faktu, że mogą wciąż być prawdziwe. Dla nas warunek wyruszenia w drogę musiał być jeszcze jeden – na tej drodze powinni pojawić się ludzie.

Od pierwszego dnia postanowiłem pisać dziennik podróży. Robiłem to po raz pierwszy i teraz, już w ciszy klasztornej celi, stwierdzam, że pisanie dziennika jest doskonałym sposobem utrwalenia tego wszystkiego, o czym człowiek nie chciałby zapomnieć. Pisanie porządkuje myśli, zatrzymuje chwilę, aby móc do niej jeszcze wrócić i zbyt szybko nie wymazać z pamięci napotkanych osób. A przede wszystkim nie zapomnieć Jego działania. Opisana została każda osoba, dzięki której mogliśmy przejechać choć kilka kilometrów. Bez żadnych wyjątków. Czasem były to krótkie notatki, kilka zebranych myśli, innym razem dłuższe refleksje, skojarzenia, a nawet całe dialogi.

Na początku pisałem na małych samoprzylepnych kartkach, z których zrobiłem niewielki notesik. Szybko jednak dałem sobie z tym spokój, mając trudności z odczytaniem później własnego pisma. Gdy jedziesz trzęsącym się samochodem, przygnieciony stosem papierów, obok wypchanych walizek szwajcarskiej armii ciężkich jak kamienie, i gdy na każdym zakręcie zsuwają ci się one na kolana, pisanie staje się niemożliwe. Chyba że posiadasz wyjątkowe zdolności i potrafisz notować, trzymając długopis i kartkę wyłącznie jedną ręką.

Okazało się, że najlepiej sprawdził się prosty notatnik… zwykłego komórkowego telefonu z dwunastoma przyciskami. Pomimo odłączonej sieci telefon jest wciąż użyteczny. Do takiego pisania można się przyzwyczaić, a niewielkie rozmiary i możliwość notatek nawet podczas jazdy albańską drogą to rzeczy nie do przecenienia. Z czasem obaj osiągnęliśmy perfekcję.

Pisanie daje też chwilę wytchnienia. Gdy stoisz kilka godzin na autostradzie do Belgradu czy na małej wiejskiej drodze gdzieś w Bośni, Kosowie czy Słowenii, możliwość wyrażenia swoich emocji słowami sprawia, że czujesz się lepiej. Masz kontakt z samym sobą. Ale dziennik podróży daje coś jeszcze. Pomaga zachować to, co łatwo ulatuje z pamięci.

 

 

Z urodzenia jestem Albanką, obywatelstwo mam indyjskie.

Jestem katolicką siostrą

i przez swoją misję należę do całego świata,

ale moje serce należy tylko do Jezusa.

Matka Teresa

 

 

 

 

 

 

 


Pierwsze otwarcie

 

 

O naszej podróży można by napisać tak: po piątej rano budzi nas lodowaty chłód kosowskiego powietrza. Leżymy na trawie na terenie stacji benzynowej, schowani za starym autobusem. Jest potwornie zimno, dlatego owijam się szczelniej śpiworem. Dopadają mnie dreszcze i przeziębienie. Spałem zaledwie kilkanaście minut. Godzinę wcześniej dotarliśmy do Prisztiny. Za poranną toaletę musi wystarczyć szklanka serbskiej wody z plastikowej butelki. Nie możemy tu zostać, za kilka minut musimy wyruszyć. Przypominają mi się doniesienia z marca 2004 roku o tutejszych atakach na chrześcijańskie świątynie. Kilka tysięcy chrześcijan zostało wówczas wypędzonych lub zamordowanych. Kosowo to kraj, w którym wyznawcy islamu stanowią ponad dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa. W białych habitach czujemy się nieco niepewnie. Zaczyna ogarniać mnie lęk, choć nie przyznaję się do tego przed współbratem.

Po czterech godzinach stania na autostradzie gdzieś pod Belgradem jesteśmy okropnie zmęczeni. Słońce pali niemiłosiernie, a żaden samochód nie zamierza się zatrzymać. Niespodziewanie niebieski van zaczyna zwalniać, wyraźnie skręcając w naszą stronę. Z nową nadzieją podbiegamy do kierowcy, ten jednak gwałtownie dodaje gazu, wykonując w naszym kierunku wulgarny gest prawą ręką. Razem z siedzącym obok pasażerem są wyraźnie rozbawieni.

Granica Serbii z Węgrami. Po całym dniu jazdy po Węgrzech w końcu udaje się nam dostać do Serbii. Padamy z nóg, marząc o kilkuminutowym odpoczynku. Dochodzi wieczór. Decydujemy się na krótką przerwę. Upragniona woda i bułka. Niestety, tutejszy patrol policji każe nam się stąd wynosić. „Nie możecie tu stać” – słyszymy. Nawet prowizoryczna kolacja nie jest nam dzisiaj dana. Takie momenty nie dodają sił. Bierzemy nasze kilkunastokilogramowe plecaki – przed nami dwukilometrowy marsz do najbliższej wysepki.

Skopie, stolica Macedonii. Trafiamy na posterunek policji. W nocy spaliśmy urywanym snem, łącznie kilkanaście minut. Trzej policjanci o posturze zawodników sumo siedzą w klimatyzowanym pomieszczeniu, krojąc widelcem soczystego arbuza. Marzymy, by móc ugryźć choć kawałek. „Chcecie trafić do sióstr? Nie mam pojęcia, gdzie mieszkają. Teraz już idźcie stąd, bo zajmujecie nam czas”. Powłócząc nogami, zmierzamy do celu, staramy się nie tracić resztek nadziei. Spaleni słońcem, wymęczeni słyszymy kolejne już dzisiaj ostrzeżenie któregoś z przechodniów: „To nie jest kraj katolicki, a wy za bardzo rzucacie się w oczy. Lepiej nie stójcie na widoku”.

Czarnogóra. Malowniczo położony turystyczny region. Do morza zaledwie kilkaset metrów, nas jednak czekał nocleg w pobliskim kamieniołomie pełnym kurzu i skruszonego wapna. Po dwóch dniach ciągłej jazdy brud lepi się do naszych ubrań. Miał być spokojny nocleg przy plaży. Zamiast usypiającego szumu fal słyszymy warkot przejeżdżających samochodów. Autostrada znajduje się kilka metrów dalej. Każdy dźwięk wydaje się wrogiem. Próbujemy zasnąć. Odzywa się bolące gardło – klimatyzacja samochodu, którym jedziemy od dwóch dni nie sprzyja zdrowiu. Nad ranem miejsce noclegu wygląda gorzej, niż w nocy. Pokrowce na śpiwory nadają się do gruntownego prania. W ustach czujemy smak prochu, na ciele ślady ukąszeń tutejszych insektów

 

 

 

 

Drugie otwarcie

 

 

Ale my o naszej wyprawie wolimy opowiadać inaczej: kilkunastominutowy nocleg pod gołym niebem w Kosowie bywa lepszy niż pobliski hotel Victoria z kilkumetrową Statuą Wolności na dachu. Żadnych opłat, łóżek, ogrzewania, bieżącej wody, ale też dzwoniącego z recepcji telefonu czy natrętnych bojów hotelowych domagających się napiwków. Okropność. Zaparkowany autobus zapewnił kamuflaż przed oczami ciekawskich, a trawa była niczym najlepszy materac. Leżąc na ziemi, patrzyliśmy na gromady srebrzystych gwiazd nad naszymi głowami, dziękując Bogu za każdą chwilę.

Trasę wyznaczyliśmy długopisem zaledwie na kilka godzin przed wyjazdem. Wiedzieliśmy, gdzie chcemy dojechać i na kiedy musimy wrócić do naszych klasztorów. Reszta była znakiem zapytania. Zdarzały się chwile, z których chciałoby się zapamiętać wszystko, każdy zapach, szum morza, tembr głosu, wypowiedziane słowo, akcent, gdy chciałoby się utrwalić rozmowę, po której czujesz się poruszony.

Nasza wyprawa nie realizuje sensacyjnego scenariusza, mówiącego o dwóch zakonnikach, którzy poczuli misję i udali się w rejony, gdzie katolicyzm jest wyznaniem mniejszości. w naszej relacji nie znajdziesz opowieści o spektakularnych nawróceniach ani o tym, jak wielką cenę musieliśmy zapłacić za obronę tego, w co wierzymy. Być może tak byłoby wygodniej? Klarowna sytuacja
– my lepsi, oni gorsi, my dajemy, oni biorą. Było zupełnie inaczej. Doświadczaliśmy ogromnej ilości dobra. Czasem miałem nawet zawstydzające wrażenie, że ci ludzie, nieuważający się za katolików, bardziej wierzą w moc modlitw niż my sami.

Zabierali nas ateiści, muzułmanie, prawosławni, świeżo wypisani z Kościoła, buddyści, nauczyciele reiki, katolicy. Tych ostatnich było najmniej. Zdarzały się momenty, że śmialiśmy się w głos, nie mogąc przestać, ale i takie, kiedy milknęliśmy, słysząc kolejną wstrząsającą historię. Gdy widzisz blizny po odłamkach granatów na ciele, rozmawiasz z osobą, która na wojnie straciła nie tylko majątek, ale i najbliższych, wówczas zapominasz o najmądrzejszej teologii.

Po tej podróży świat wydaje się jeszcze bardziej prawdziwy, a do tego tak fascynujący, że życia nie starczy, żeby go poznać tak naprawdę.  To opowieść o tym, że otaczają nas osoby przeniknięte dobrem, choć czasem chciałoby się je spisać na straty. To historie o tych, którzy już dawno żyją Panem Bogiem, ale najczęściej o tym nie wiedzą. O nich mówił Jezus, kiedy nakazywał nie oceniać zbyt szybko. To o nich jest ewangeliczna przypowieść, kiedy wchodzą zaskoczeni do nieba.

My także bywaliśmy wielokrotnie zaskakiwani, choćby wówczas, gdy muzułmanie prosili nas o odprawienie w ich intencji Mszy Świętej, gdy szwajcarski ateista, rezygnując ze swoich planów, zawiózł nas do Medziugorje, a poszukująca buddystka zadawała mnóstwo pytań o zakon. Niemal każdy prosił o modlitwę, celnicy podczas odprawy, byli żołnierze, młodzi ludzie napotkani na ulicach, inwalidzi wojenni, muzułmańska kobieta żyjąca w małżeństwie z katolikiem, kierowcy kilkutonowych ciężarówek czy mężczyźni o twarzach kryminalistów.

Ci ludzie opowiedzieli nam swoje historie. Teraz one stały się częścią nas. Właśnie dlatego tę podróż opisuję, nie z powodu liczby przejechanych kilometrów ani odwiedzonych miast, ale właśnie przez wzgląd na napotkanych ludzi.

 

 


Czwartek, 11 sierpnia 2011

 

 

 

Dzień pierwszy

– wspomnienie św. Klary

Polska, Słowacja, Węgry

 

 

Jak byłem z Mojżeszem, tak będę i z tobą (Joz 3,7)*.

 

 

Spaliśmy łącznie trzy godziny. Potem to samo, co zawsze: pakowanie, segregacja najpotrzebniejszych rzeczy, pytania o to, co jeszcze można włożyć do plecaka, a co na pewno z niego wyciągnąć. Będzie padać czy nie? Bierzemy namiot czy ryzykujemy spanie pod gołym niebem? Namiot zajmuje sporo miejsca i jest niewygodny przy częstym przemieszczaniu się. Może więc dużą pałatkę? Ta nie ma podłogi, za to chroni przed deszczem i niewiele waży. To jak? Decyzja: jednak pałatka. Jeszcze tylko spakować menażkę, dla dwóch, by oszczędzać miejsce w plecaku, kartusz z gazem i niewielki palnik.

Rzeczy. Wyłącznie najpotrzebniejsze. Kilka koszulek, bielizna, ciepłe skarpety do spania, szare mydło (doskonałe do mycia i prania), peleryna przeciwdeszczowa, krótkie spodenki… Brać buty czy nie? Zajmują dodatkowe miejsce. Zaryzykuję. Powinna wystarczyć para sandałów. Dobre na deszcz i słoneczną pogodę, po górach przecież chodzić nie będziemy.

Bierzemy cztery paczki owocowych kaszek dla dzieci, trochę bakalii i kilkanaście małych rozpuszczalnych kaw. Przeżyjemy.

Mamy więc nadmiar, a wody przecież nie braknie. Zawsze można napełnić plastikową butelkę w toalecie na stacji benzynowej lub zapukać do jakiegoś domu. Wody nikt nie odmówi.

Jeszcze zestaw „małego księdza”, nie możemy zapomnieć o stułach. Wszystko? Same najpotrzebniejsze rzeczy. Tylko dlaczego plecaki ważą po kilkanaście kilogramów?

 

 

 

Przed świtem odprawiamy Mszę Świętą przy grobie św. Jacka. Czytania, podczas których łapczywie szukamy słowa, które mogłoby nas prowadzić podczas wyprawy. „Cały Izrael szedł po suchej ziemi”, czytamy w księdze Jozuego. „Mamy obietnicę, nie będzie lało” – dzielimy się na kazaniu. To budujące, gdyż w Polsce deszcze od kilku tygodni.

Uwielbiam deszcz, ale pod warunkiem, że przebywam w klasztorze.

Po szóstej rano nasz wspólny przyjaciel Szymon, od niedawna mieszkający w Krakowie, zawozi nas na „Zakopiankę”. Wstał specjalnie skoro świt, na grubo przed porannymi modlitwami. W dominikańskim klasztorze taką postawę nazywamy heroiczną.

„Skoro twierdzicie, że macie szczęście do dobrych ludzi, trudno, niech już będę pierwszym z nich”, stwierdza Szymon zaspanym głosem.

 

 

 

„Po co ci to?” – nachodziły mnie myśli jeszcze przed wyjazdem. Czy nie prowokujesz losu? Czy nie wystawiasz Pana Boga na próbę? Nie lepiej znaleźć sobie bezpieczne miejsce, gdzie łóżka są wygodne, a posiłki wydawane kilka razy dziennie?

Nie jestem okazem zdrowia. Jednak nie znoszę narzekać. Bywają poranki, gdy chory kręgosłup daje mi się we znaki i potrzeba czasu, by wstać. Można się przyzwyczaić. Kilka podciągnięć na drążku, odpowiednich ćwiczeń i o bólu da się zapomnieć. Tabletek nie używam, bo do chemii mam dystans. Nie ma co się nad sobą użalać, taka postawa jest dopiero chora, ale na nią pigułek nie ma. Jak będziesz wciąż narzekał, koncentrował się wyłącznie na sobie, to nikomu nie pomożesz. Tu czeka nas inne spanie, nieprzewidywalne. Do tego zupełnie nieznane nam rejony. W ostateczności na Węgrzech czy Słowacji znajdziemy jakieś klasztory, ale dalej już nic. Nawet katolicy są w mniejszości.

Jadę pełen obaw, choć o tym nie mówię. Przed wyjazdem uzyskaliśmy błogosławieństwo naszych przeorów, więc przecież powinienem być spokojny. „A co, jeśli się nie uda?”, ktoś perfidnie szepcze do ucha.

– Więc gdzie ty w końcu jedziesz? – zapytał na kilka minut przed moim wyjazdem Karol, przeor klasztoru, w którym mieszkam. – Do Turcji, Albanii, Mołdawii czy może Meksyku?

– Do Macedonii, a reszta się okaże. Proszę o błogosławieństwo – odpowiadam.

– Wy to z tym Chanaką macie pomysły… – usłyszałem, ale zaraz padło błogosławieństwo i pokrzepiające słowa: – Uważajcie na siebie. Westchnę za wami.

Podróż autostopem nie jest dla mnie pionierskim doświadczeniem. Polskę mam objechaną, bywało, że trzeba było jechać nawet nocą. Europa to jednak teren zupełnie nowy. Czuję dreszcz adrenaliny, ale też niepewność i lęk. To jednak obce kraje.

Ostatnie przychodzące esemesy, naciskam przycisk „OFF”. „Dobre rzeczy dzieją się wtedy, gdy wyłączysz telefon” – przypomina się slogan pewnej telefonii komórkowej. Kładziemy plecaki na chodniku. Żegnamy się serdecznie z Szymonem i zaczynamy machać…

Powoli ogarnia mnie to cudowne uczucie wolności. Żadnych klasztornych spraw, tylko my, Pan Bóg i ludzie.

Czekamy.

 

 

Trzy podstawowe zasady w podróży autostopem:

 

1. Jeśli jest droga, muszą być na niej jakieś pojazdy.

2. Wcześniej czy później któryś z nich cię podwiezie.

3. Jeśli czekasz zbyt długo, nie martw się, widocznie czekasz na właściwą osobę.

 

Przetestowane wielokrotnie. Zawsze działają.

 

 

Mariusz

 

Po kilku minutach zatrzymuje się pierwszy samochód. Ciemne bmw. Szybko się okazuje, że kierowca jest wujkiem Zuzi, podopiecznej Macieja z krakowskiego duszpasterstwa „Przystań”.

– Miałem jechać dziś innym samochodem, trzyosobowym roadsterem, ale w ostatniej chwili zdecydowałem się na większy. Coś mnie tknęło.

Zaczęło się nieźle. Pan nam sprzyja. Wygodnie rozkładam się na wygodnym skórzanym fotelu, delektując się jazdą.

 

 

 

Wciąż Polska, do granicy zaledwie trzydzieści kilometrów. Dochodzi dziewiąta. Znajdujemy drewnianą wiatę, należącą do nieczynnej jeszcze o tej porze restauracji. Pora na postój i śniadanie. Dwie bułki, popijane mlekiem. Rarytas. Później godzina czytań i jutrznia. Zaczyna świecić słońce, niebo jest przejrzyste. W tle widać Tatry.

Wychodzimy na drogę.

Nadjeżdża kolejny samochód, jednak kiedy okazuje się, że jedzie zaledwie dziesięć kilometrów, rezygnujemy. Pewnie Pan Bóg ma dla nas coś lepszego.

 

 

Piotr

 

Po kilkunastu minutach zatrzymuje sie ford. Młody chłopak z Polski, po nocnej zmianie, jedzie pod Bratysławę kupić psa, owczarka niemieckiego. Jego rodzina nic o tym nie wie. Ma to być niespodzianka.

Wspólnie przekraczamy pierwszą granicę. Z okna samochodu podziwiamy góry.

Zabawne: niemiecki owczarek kupowany na Słowacji przez Polaka. Zamiłowanie do psów doskonale jednak rozumiemy. „Zanim poczęło się to dziecię – pisał następca Dominika, św. Jordan z Saksonii – jego matka miała sen, że w swoim łonie nosi psa trzymającego zapaloną pochodnię, którą rozpala cały świat”. Stąd dominikanów nazwano później Domini Canes, czyli Psami Pańskimi, roznoszącymi po świecie ogień Słowa Prawdy.

Niby mała rzecz, ale to dla nas kolejny znak otuchy na początku drogi.

 

 

 

Wysiadamy przy drodze szybkiego ruchu, tu Piotrek musiał odbić. Słowacja wita nas słoneczną pogodą. Mamy doskonałe miejsce do łapania kolejnego samochodu. Stoimy przy znaku drogowym, Maciek wyciąga rękę i wskazuje miejscowość, do której chcemy dotrzeć. Nie tylko nas to bawi, kierowcy także nie są obojętni – machają, włączają długie światła, klaksony. W końcu zatrzymuje się dwoje Słowaków.

 

 

Iveta i Milan

 

– W kierunku Węgier?

– Do Budapesztu, wsiadajcie.

Podobno Węgrzy nie lubią się ze Słowakami? – pytamy.

Milan, czterdziestoletni mężczyzna w sportowej koszulce, rozsiada się wygodniej, po czym zaczyna tłumaczyć nam polityczne zawiłości.

– Coś jest na rzeczy – mówi. – Faktycznie są politycy, którzy tę niechęć nakręcają. Sam kiedyś słyszałem taką anegdotę o jednym z nich: Slota (słowacki polityk słynący z niechęci do Węgrów) umiera w łóżku. Jego żona pyta: „Jakie jest twoje ostatnie pragnienie?”. „Chcę zostać Węgrem!” „Węgrem?”, dziwi się żona. „Dlaczego, przecież ich nienawidzisz?”. „Bo jak umrę, będzie jednego mniej”
– mówi Slota.

Iveta, kobieta z którą mieszka, jest po rozwodzie. Jej mąż był alkoholikiem, po kilku latach nie wytrzymała, decydując się na separację, a kiedy nie było zmiany, nastąpił rozwód. Twierdzi, że dla trójki ich dzieci to również
ulga.

– Dopiero po rozstaniu odkryłam, w jak chorej żyłam relacji – wyznaje. – Przez długi czas miałam wyrzuty sumienia, że może jeszcze mogłam zrobić coś więcej, ratować małżeństwo, męża. Były jednak momenty dramatyczne, gdy przepadała cała wypłata i nie mieliśmy nawet środków do życia. Mama nauczyła mnie modlitwy różańcowej i to było coś, co dawało siłę, by nie zwariować. Czasem, gdy z oczu lały się łzy, chwytałam za różaniec i powierzałam się Maryi.

Milan mówi niewiele, widać, że doskonale zna jej sytuację.

– Pewnego dnia trafiłam w konfesjonale na bardzo mądrego, starszego już wiekiem księdza. Uspokoił mnie i na nowo wlał w serce nadzieję. Skoro przez tyle lat próbowałaś i nic z tego nie wyszło, to może rozstanie będzie wstrząsem, który spowoduje uzdrowienie męża? Na pewno dzieci mają teraz szansę na normalne życie.

– Niektórzy w takich sytuacjach pozostają przez całe życie z toksyczną osobą, jak twierdzą, właśnie ze względu na dzieci – dodaję. Pracując w fundacji przeciwdziałania uzależnieniom, znam wiele podobnych przypadków.

Tylko że właśnie ze względu na dzieci nie można w tak chorych układach rodzinnych tkwić zbyt długo. Głową rodziny powinien być mężczyzna, ale gdy nadchodzi moment kryzysowy, należy wziąć odpowiedzialność za bliskich. Wówczas nie ma znaczenia, czy zrobi to kobieta, czy mężczyzna. Ważne, by jedno z rodziców było w stanie – kontynuuje Iveta. – Pewnego dnia usłyszałam wewnętrzny nakaz, aby założyć sklep z tekstyliami. Zdziwiłam się. Ja i prowadzenie sklepu? Przecież zupełnie się na tym nie znam. To był krok wymagający odwagi. Zdecydowałam się, bo jakoś musiałam utrzymać rodzinę. Sklep szybko zaczął przynosić dochody. Z czasem zaczął pomagać mi Milan. Właśnie teraz jedziemy razem do Budapesztu kupić towar.

Milan wciąż niewiele się odzywa. Co jakiś czas zapala tylko kolejnego papierosa. A Iveta mówi i mówi…

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com