Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski - ebook
Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 418 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 20 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski

Lubiewo bez cenzury” to  „Lubiewo”, jakiego bałem się opublikować w roku 2005. To nie tylko miła lektura, ale lektura traumatyczna, wstrętna i miła na raz. Porzygajcie się z rozkoszy.

Michał Witkowski

Najsłynniejsza książka Michała Witkowskiego - błyskotliwy i bezkompromisowy „ciotowski” Dekameron.

Kontrowersyjny opis środowiska gejowskiego czasów PRL i współczesnych – ukazuje się w nowej, zmienionej wersji. Autor przywrócił część skreślonych fragmentów, dopisał ciągi dalsze niektórym historiom, niektóre opowieści usunął „ponieważ działki w Lubiewie są drogie”. Wybitna, błyskotliwa proza, pozostająca „work in progress”, bo dopóki będę żył, dopóty tych pedalskich historyjek, powiedzonek, zwyczajów, ciągów dalszych będzie przybywało – zapewnia Autor.

Opinie o ebooku Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski

Cytaty z ebooka Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski

Mówi Paula: – Świat się kończy, świat schodzi na psy. Idę parkiem, patrzę: luj. Taki naprawdę byk męski, morda, dupa, wszystko, w życiu byś nie powiedział, że to pedał. Zwykły męski heteryk, ale idzie w krzaki, więc ja za nim, bo przecież taki męski, to się rzadko zdarza, ani grama cioty w nim nie czuć. No. I jest klasyka, on rozpina rozporek, ja klękam. Dobrze. Ale już mnie coś tknęło, bo oto on bierze i kuca, i mi chce lachę ciągnąć. A to ja tu jestem baba, ciota przeklęta, a on luj! I wtedy on ściąga spodnie tak do kolan, a tam... czerwone, koronkowe pończochy... Myślałam, że umrę ze śmiechu, wszystko mi opadło, już tylko na wszystkie szczegóły patrzę, aby tobie to jak najdokładniej opisać, mówię: „Wiesz, tyle się tu tych glin kręci, ja się tak stresuję, ja idę”. I polazłam, ale żeby luje już pończochy samonośne nosili, to kto to widział...
To była z początku bardzo romantyczna historia... Wyhaczyła tego Szoguna spod poprawczaka. Piękny. Prosty jak nóż sprężynowy. Dzwoni do mnie Kangurzyca, gdy ten romans był już dosyć zaawansowany, cała w skowronkach. Ba! I widzicie, jacy oni potrafią być: on wiersze dla niej pisał! No normalnie, wiersze na kartce, długopisem, może nie jak Lorca, ale zawsze... Zresztą – potem się okazało, że to był rzeczywiście kryminalista pierwszej wody, morderca nawet. I ten Szogun, taki morderca, o kwiatkach i ptaszkach, i motylkach, i o miłości wiersze dla tej naszej Kangurzycy pisał. Bo oni nie potrafią inaczej, jak tylko o kwiatkach. To kurwiszcze się cieszyło, się z tymi wierszami obnosiło, przez telefon mi czytało, „miłość – wiosna, mojej Kangurzycy poświęcam ten utwór”. Zrozumiałam wszystko, jak mi kiedyś powiedziała, gdzie i kiedy z nim się spotka, żebym na spotkanie przyszła i z daleka go sobie zobaczyła. Esencja lujostwa, nogi do samego nieba, rozpór wypchany, twarz z nosem rzymskim, lekkie zakola, bicepsy. Zresztą, czy to oddasz słowami? Szedł do niej tam, pod tą Iglicę w parku Szczytnickim rozkołysanym krokiem, jak marynarz. Hej, jak marynarz! Tak szedłby czołg, gdyby miał nogi! Heteryctwo udowodnione metrykalnie do dziesiątego pokolenia! Aż nie wytrzymałam, wyszłam z ukrycia i
W końcu zadzwoniła i długo gadała po cygańsku, a brzmienie tego języka Dianka dobrze znała z Bratysławy. Rumuński łamany przez rosyjski, zardzewiały i zgniły. Różnica między prawdziwymi językami a tym kundlem była taka jak między zapachem dobywającym się z kominów ludzi palących szlachetnym drewnem a tym z baraków cygańskich, gdzie paliło się szmatami, zamarzniętymi psimi kupami, ławkami z parku, plastikowymi siatkami z Aldiego, kosmetykami i sztucznymi szczękami. Coś ją tknęło, coś złego, i to dotyczyło tego dzwonienia po Cyganów. Czemu Norma dzwoni teraz po nich? Tu, nad ranem? Na wszystkie pytania Norma powiedziała tylko: „geemmma”, co w dialekcie znaczy „gehen wir”, chodźmy. Świeże, mroźne powietrze dało im w twarz. Poszli do zaparkowanego nieopodal kombi Normy, w którym już siedziało trzech Cyganów. Brzydkich. Owszem, Dianka musiała przyznać przed sobą, że są na świecie ładni Cyganie, ale akurat ci byli genetycznie popsuci, ich matki, będąc w ciąży, paliły i piły opalizującą wszystkimi kolorami benzyny wodę z kałuży, zagryzały radioaktywnymi gołębiami.
tańczyła z szalem na obrotowym parkiecie sama jedna, wchodziła pod stół, przy którym siedzieli cinkciarze, i grała w rosyjską ruletkę. Chodziło o to, że przy stole cinkciarze grali w pokera i musieli zachować pokerową twarz, a Goldzia pod spodem miała wybrać sobie jednego. Wyjmowała z ust sztuczną szczękę i mu obciągała. Przy czym wybrany cinkciarz nie mógł się za nic zdradzić, że to właśnie jego wybrała. Wszyscy faceci uważnie na siebie patrzyli, grali w karty i szukali na swoich twarzach choćby cienia rozanielenia. Gdy wybraniec nie mógł już wytrzymać, wybuchali śmiechem, a Goldzia spod stołu pytała, sepleniąc: „Robić do końca czy starczy?”.
małych nóżkach. Minąłem kilku Niemców, których poznaję nawet nago, po malutkich, przylegających do głowy uszkach, przystojnych, inteligentnych twarzach (bez grama przymieszki smalcowo-wąsowo-brzuchowo-polskiej typu „Lech Wałęsa”), po drogich, ciężkich zegarkach. I po tym jeszcze, że niedopałki gaszą i wkładają do pudełka, aby zabrać ze sobą i wyrzucić w miejscu specjalnie do tego celu przeznaczonym. Mówię im: „Salut”, bo są bardzo kulturalni, potrafią bardzo ładnie mówić po angielsku, bo można z nimi pogadać o literaturze i ekologii. Tylko jednego z nimi robić nie można, bo mają w oczach to jakieś aptekarstwo, wyliczenie, a luje, cóż... Luj to musi być dusza bardziej, że tak powiem, rosyjska, szeroka, zgoła nieoczekiwana natura, butelkę po wódce rzuci w krzaki, nic segregował nie będzie. No i, rzecz jasna, nie ma prawa mieć wygolonego ani przebitego chuja. Nie istnieje coś takiego, jak zachodni luje – ten gatunek pojawia się dopiero na wschód od Odry i ciągnie aż po krańce Rosji.
Kowali potem wracać? I ja w tym wszystkim taka cała prosto z tego Paryża, gdzie między innymi poszłam na premierę filmu Almodóvara La Mauvaise éducation . Mówię ci, mon ami, malutkie kino, paryska premiera, na sali same cioty, zachowujące się po prostu skandalicznie! One tam mdlały, piszczały, kazały sobie podawać sole trzeźwiące, mówiły, że to jest o ich życiu, że nie mogą już tego oglądać, przeginały się po francusku, kopulowały i śpiewały! Mówię ci – my przy nich jesteśmy wszystkie harcerkami.