Łowcy meteorów - Jules Verne - ebook
Wydawca: Masterlab Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Łowcy meteorów - Jules Verne

Dwóch astronomów - amatorów, Dean Forsyth i Sydney Hudelson, spiera się o pierwszeństwo odkrycia obiegającego Ziemię meteoru. Kiedy okazuje się że meteor ten składa się ze złota, ich kłótnia rozpala się jeszcze bardziej. Obaj zgodnie uniemożliwiają zawarcie związku małżeńskiego między swymi podopiecznymi (Forsyth zabrania ślubu swemu siostrzeńcowi, Hudelson swej córce) choć wcześniej już byli zezwolili. W międzyczasie ekscentryczny wynalazca Zefiryn Xirdal próbuje sprowadzić sporny meteor na Ziemię, aby wypróbować swój wynalazek. (Wikipedia)

Opinie o ebooku Łowcy meteorów - Jules Verne

Fragment ebooka Łowcy meteorów - Jules Verne





Strona redakcyjna

Spis treści

ISBN: 978-83-7991-010-6
Licencja: Tekst z domeny publicznej.
Źródło: Polska Biblioteka Internetowa
Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2013.
Na podstawie publikacji z roku 1901. Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne.
Zdjęcie na okładce: Andras Kovacs
 
MASTERLAB
Wydawanie i konwersja ebooków
E-mail: biuro.masterlab@gmail.com
www.masterlab.pl
Białobrzegi

Poland


ROZDZIAŁ PIERWSZY

w którym sądzia John Proth spełnia jeden z najprzyjemniejszych swoich obowiązków, a następnie wraca do swego ogrodu

 

NIE MA powodu ukrywać przed czytelnikami, że miasto, w którym zaczyna się ta szczególna historia, leży w stanie Wirginia, w Ameryce Północnej. Jeśli się czytelnicy na to zgodzą, nazwiemy to miasto Whastonem i umieścimy je w okręgu wschodnim, na prawym brzegu rzeki Potomak; wydaje nam się jednak zbyteczne opisywać dokładniej położenie geograficzne miasta, którego na próżno szukalibyśmy nawet na najlepszych mapach Stanów.

Owego roku, rankiem dwunastego marca, ci mieszkańcy Whastonu, którzy we właściwym momencie przechodzili ulicą Exeter, mogli zauważyć eleganckiego jeźdźca, który wjeżdżał pod górę i wracał stępa bardzo stromą ulicą, a następnie zatrzymywał się na placu Konstytucji, mniej więcej w środku miasta.

Jeździec ten, wyglądający na typowego Jankesa, co nie wyklucza pewnej swoistej dystynkcji, prawdopodobnie nie miał więcej niż trzydzieści lat. Był wzrostu powyżej średniego, pięknej i mocnej budowy; rysy miał regularne, włosy ciemne i kasztanowatą brodę, której klin wydłużał jego twarz o starannie wygolonych wargach. Szeroki płaszcz okrywał go aż do stóp i układał się koliście na końskim zadzie. Kierował swym dość rączym wierzchowcem ze zręcznością i zdecydowaniem. Wszystko w jego postawie zdradzało człowieka czynu, energicznego oraz impulsywnego. Widać było, że dążąc do upragnionego celu nie zawaha się przed niebezpieczeństwem, jak to czynią charaktery chwiejne. Wreszcie bystry obserwator stwierdziłby, że jego wrodzona niecierpliwość z trudem kryje się pod pozorami chłodu.

Dlaczego jeździec ów znalazł się w tym mieście, gdzie nikt go nie znał, gdzie nikt go nigdy nie widział? Czy bawił tu tylko przejazdem, czy zamierzał zatrzymać się czas pewien? Jeżeli szukał hotelu, miałby w czym wybierać. Pod tym względem Whaston może służyć za przykład. W żadnym ośrodku Stanów czy innego kraju podróżny nie znalazłby lepszego przyjęcia, lepszej usługi, lepszej kuchni i takiego komfortu przy umiarkowanych cenach. Żałować doprawdy należy, że niedokładne mapy tak potraktowały miasto mające tyle dodatnich cech.

Ale nie! Nie wyglądało wcale na to, by przybysz był skłonny zabawić dłużej w Whastonie, a zachęcające uśmiechy hotelarzy nie miałyby zapewne żadnego na niego wpływu. Z miną zaabsorbowaną, obojętny na to, co go otacza, jechał ulicą biegnącą wokół placu Konstytucji, którego środek zajmował wielki, obmurowany taras, i nie przypuszczał nawet, że wzniecą powszechną ciekawość.

A Bóg tylko jeden wie, jak mocno owa ciekawość była napięta! Odkąd jeździec się ukazał, chlebodawcy i służba wymieniali na progach takie lub tym podobne słowa:

— Którędy przyjechał?

— Ulicą Exeter!

— A skąd?

— Podobno przez przedmieście Wilcox.

— Już od dobrych trzydziestu minut koń jego okrąża plac. — Czeka na kogoś.

— Prawdopodobnie. Nawet dość niecierpliwie.

— Nieustannie patrzy w stronę ulicy Exeter.

— Stamtąd ktoś przybędzie.

— Co za ktoś? On, czy ona?

— Ho, ho! To doprawdy przystojny chłop, słowo daję!

— Więc schadzka?

— Tak, schadzka... ale nie taka, jak pan myśli.

— Co pan może o tym wiedzieć?

— No, bo ten przybysz już trzeci raz zatrzymuje się przed bramą pana Johna Protha;

— A że pan John Proth jest sędzią w Whastonie...

— Więc ta osobistość ma zapewne jakiś proces...

— A jego przeciwnik się spóźnia.

— Ma pan rację.

— Słusznie! Sędzia Proth wysłucha ich i pojedna w mgnieniu oka.

— To człowiek zręczny.

— I zacny.

Być może, że taka właśnie była przyczyna obecności owego jeźdźca w Whastonie. Istotnie, kilka razy zatrzymał się, nie schodząc z konia, przed domem pana Johna Protha. Patrzył na drzwi i okna, potem stał nieruchomo, jak gdyby oczekiwał, że ktoś pojawi się na progu, aż do chwili, gdy jego koń, który przebierał niecierpliwie nogami, zmuszał go do ruszenia z miejsca.

Nagle, gdy raz jeszcze przystanął przed domem, drzwi otwarły się na całą szerokość i jakiś człowiek ukazał się na ganku.

Obcy dostrzegł go natychmiast.

— Pan John Proth, jak sądzę? — rzekł unosząc kapelusza.

— We własnej osobie — odpowiedział sędzia.

— Chciałbym zadać proste pytanie, które wymagać będzie z pańskiej strony tylko odpowiedzi: tak lub nie.

— Służę panu.

— Czy był już ktoś tutaj dziś rano i pytał o pana Setha Stanforta?

— Nic mi o tym nie wiadomo.

— Dziękuję!

Powiedziawszy to i uchyliwszy raz jeszcze kapelusza, jeździec zawrócił i oddalił się truchcikiem ulicą Exeter.

Od tej chwili — według ogólnej opinii — nie można było wątpić, że nieznajomy miał interes do pana Johna Protha. Ze sposobu, w jaki sformułował pytanie, wynikało, że to on sam był Sethem Stanfortem, który przybył pierwszy na umówione spotkanie. Lecz wyłaniał się inny problem, równie podniecający. Czy godzina wspomnianego spotkania już minęła i czy nieznany jeździec opuści miasto, by więcej do niego nie wrócić?

Czytelnicy uwierzą mi bez trudu (gdyż jesteśmy w Ameryce, a więc wśród narodu odznaczającego się największą na świecie manią zawierania zakładów), że zakładano się, czy przybysz wróci niebawem, czy też odjedzie ostatecznie. Stawki zakładów pomiędzy personelem hotelów i ciekawskimi na placu wynosiły zaledwie pół dolara czy nawet pięć lub sześć centów; ale były to stawki, które na pewno zostały zapłacone przez przegrywających i zainkasowane przez wygrywających, samych godnych zaufania ludzi.

Jeżeli chodzi o sędziego Johna Protha, ograniczył się jedynie do odprowadzenia oczyma jeźdźca, który jechał pod górę w stronę przedmieścia Wilcox. Sędzia John Proth był to filozof i rozumny urzędnik, który miał za sobą co najmniej pięćdziesiąt lat mądrości i filozofowania, choć liczył nie więcej niż pół wieku, co znaczy, iż przyszedłszy na świat, był już filozofem i mędrcem. Dodajcie do tego, iż jako kawaler — niezaprzeczalny dowód mądrości! — miał życie nie zamącone jakąkolwiek troską, co, przyznacie, ogromnie ułatwia uprawianie filozofii. Urodzony w Whastonie, nawet w najwcześniejszej młodości mało lub wcale nie opuszczał tego miasta i był równie szanowany jak kochany przez swych podsądnych, którzy wiedzieli, iż nie powodują nim żadne ambicje osobiste.

Kierował się zdrowym rozsądkiem. Był zawsze wyrozumiały dla słabości, a nawet czasem dla błędów bliźniego. Łagodzić sprawy, doprowadzać do pojednania przeciwników, którzy stawali przed jego skromnym trybunałem, zaokrąglać ostre kanty, naoliwiać tryby, łagodzić zgrzyty nieuchronne nawet w najlepszym ustroju społecznym — oto jak pojmował swą misję.

John Proth był człowiekiem dość zamożnym. Pełnił funkcje sędziego z zamiłowania i nie myślał piąć się ku wyższym urzędom sądowym. Cenił spokój własny i cudzy. Uważał ludzi za życiowych współtowarzyszy, z którymi najkorzystniej jest utrzymywać dobre stosunki. Wstawał wcześnie i wcześnie kładł się spać. Czytywał kilku ulubionych autorów zarówno Starego jak i Nowego Świata, lecz co do prasy, ograniczał się do zacnego i uczciwego dziennika lokalnego „Nowiny Whastońskie”, gdzie ogłoszenia zajmowały więcej miejsca niż polityka. Codziennie odbywał godzinną lub dwugodzinną przechadzkę, podczas której kapelusze mieszkańców Whastonu zużywały się wskutek oddawania mu ukłonów; zmuszało to również jego samego do odnawiania nakrycia głowy co trzy miesiące. Prócz tych spacerów i czasu poświęconego pracy zawodowej przebywał w swym spokojnym, wygodnie urządzonym domu i hodował w ogrodzie kwiaty, które wynagradzały go za trudy, czarując świeżymi barwami i hojnie obdarzając miłym zapachem.

Skoro naszkicowaliśmy tę postać i umieścili portret pana Johna Protha we właściwych ramach, każdy zrozumie, że wspomniany sędzia nie przejął się zbytnio pytaniem postawionym przez obcego przybysza. Gdyby ten ostatni zamiast zwracać się do pana domu zapytał starej służącej Kate, być może, iż Kate zechciałaby dowiedzieć się czegoś więcej o tej sprawie. Próbowałaby dociec, kim jest ów Seth Stanfort, poinformowałaby się, co należy odpowiedzieć, w razie gdyby ktoś przyszedł i pytał o niego. A nawet zacna Kate dowiedziałaby się z niewątpliwą przyjemnością, czy przybysz rano lub po południu powróci, czy nie do domu pana Johna Protha.

Pan John Proth nie byłby sobie natomiast wybaczył takiej ciekawości i takich niedyskrecji, które można było darować jego służącej, jako należącej do płci niewieściej. Nie, John Proth nawet nie spostrzegł, że przybycie, obecność, a potem odjazd nieznajomego zwróciły uwagę gapiów na placu, i zamknąwszy drzwi wrócił, by podlać róże, irysy, geranium i rezedę w swoim ogrodzie.

Ciekawi nie poszli w jego ślady i pozostali na posterunkach obserwacyjnych.

Tymczasem jeździec był już na końcu ulicy Exeter, która wznosiła się nad zachodnią stroną miasta. Dotarłszy do przedmieścia Wilcox, które owa ulica łączy z centrum Whastonu, zatrzymał konia i nie schodząc z siodła rozejrzał się dokoła.

Z tego miejsca wzrok jego mógł objąć okolicę w promieniu dobrej mili i zapuścić się w krętą drogę, zniżającą się na przestrzeni trzech mil aż do osiedla Steel, którego wieże rysowały się na horyzoncie po drugiej stronie rzeki Potomak. Ale na próżno wzrok jego przebiegał ową drogę. Widocznie nie odnajdywał tam tego, czego szukał. Jego żywe, niecierpliwe ruchy udzieliły się koniowi, którego trzeba było nieustannie poskramiać.

Minęło dziesięć minut, po czym jeździec wrócił stępa na ulicę Exeter i skierował się po raz piąty ku placowi.

„Ostatecznie — powtarzał sobie spoglądając raz po raz na zegarek — nie ma jeszcze mowy o spóźnieniu... Miała być o dziesiątej siedem, a teraz jest dopiero wpół do dziesiątej... Przestrzeń dzieląca Whaston od Steel, skąd ma przybyć, jest równa tej, która dzieli Whaston od Brial, skąd ja przyjechałem, i można ją pokonać w ciągu niespełna dwudziestu minut. Droga jest dobra, pogoda piękna i nie słyszałem, by przybór rzeki zerwał most. Nie powinno więc być ani przeszkód, ani trudności. W tych warunkach jeśli nie przybędzie na spotkanie, to znaczy, że przybyć nie chce... Zresztą punktualność polega na tym, by stawić się co do minuty, a nie na tym, by znaleźć się na miejscu za wcześnie. W rzeczywistości to ja jestem niepunktualny, skoro ją uprzedziłem bardziej, niż przystoi człowiekowi dokładnemu. Prawda, że (pominąwszy nawet wszelkie inne uczucia) sama grzeczność nakazywała, abym pierwszy przybył na spotkanie!”

Ten monolog trwał bez przerwy, gdy przybysz wracał ulicą Exeter, i skończył się dopiero, kiedy kopyta końskie uderzyły na nowo o żwir placu.

Stanowczo ci, co stawiali na powrót nieznajomego, wygrali. Toteż gdy mijał hotele, patrzyli nań przychylnie, gdy tymczasem ci, co przegrali, witali go tylko wzruszeniem ramion.

Dziesiąta wybiła na miejskim zegarze. Zatrzymawszy konia przybysz policzył owych dziesięć uderzeń i upewnił się, że zegar zgadza się całkowicie z zegarkiem, który wyciągnął z kieszonki.

Brakowało tylko siedmiu minut do chwili spotkania.

Seth Stanfort wrócił do wylotu ulicy Exeter. Wyraźnie ani jego rumak, ani on sam nie mogli wytrzymać w spokoju.

Na ulicy panował ożywiony ruch, sunęli nią liczni przechodnie. Tymi, którzy szli w górę, Seth Stanfort nie zajmował się wcale. Całą uwagę skupił na ludziach, którzy schodzili w dół, i jego spojrzenie obejmowało ich od chwili, gdy ukazywali się na szczycie pagórka. Żeby przebyć ulicę Exeter, piechur zużyć musi około dziesięciu minut; lecz nie trzeba więcej jak trzy lub cztery minuty dla szybko jadącego powozu lub kłusującego konia.

Otóż nie o piechurów chodziło naszemu jeźdźcowi; nawet ich nie dostrzegał. Najbliższy przyjaciel mógłby przejść pieszo koło niego, a on nie byłby go zauważył. Osoba oczekiwana mogła przybyć tylko konno lub powozem.

Ale czy przybędzie o umówionej godzinie? Brakowało już tylko trzech minut, tyle, ile potrzeba, aby zjechać w dół ulicą Exeter, a żaden wehikuł nie ukazywał się w górze: ani motocykl, ani rower, ani auto, które robiąc osiemdziesiąt kilometrów na godzinę byłoby jeszcze przyśpieszyło chwilę spotkania.

Seth Stanfort rzucił ostatnie spojrzenie na ulicę Exeter. Ostry błysk rozjarzył jego źrenice; szepnął tonem niezachwianego postanowienia:

—  Jeśli nie będzie jej tu o dziesiątej siedem, nie ożenię się z nią.

Jak gdyby w odpowiedzi na to oświadczenie zagrzmiał właśnie w górnej części ulicy tętent galopującego konia. Na wspaniałym rumaku siedziała młoda kobieta, kierująca nim pewnie i z wdziękiem. Przechodnie rozstępowali się przed nią. Z pewnością nie natrafi na żadną przeszkodę aż do placu.

Seth Stanfort poznał tę, na którą czekał. Twarz jego przybrała znów obojętny wyraz. Nie wypowiedział ani jednego słowa, nie uczynił żadnego ruchu. Zebrawszy cugle wierzchowca podjechał stępa przed dom sędziego.

Zaintrygowało to na nowo gapiów, którzy zbliżyli się nie ściągając jednak na siebie uwagi przybysza.

W kilka sekund później amazonka wpadła na plac, a rumak jej, pokryty białą pianą, zatrzymał się o dwa kroki od bramy.

Przybysz zdjął kapelusz i rzekł:

— Witam pannę Arkadię Walker..

—  A ja pana Setha Stanforta — odpowiedziała Arkadia Walker skłaniając się wdzięcznie.

Możecie wierzyć, że miejscowi nie spuszczali oka z tej pary zupełnie im nie znanej.

— Jeśli przybyli na sprawę, należy pragnąć, aby wszystko ułożyło się korzystnie dla obojga — mówili między sobą.

— Ułoży się, chybaby pan Proth nie był sobą!

— A jeśli oboje są wolni, byłoby najlepiej, gdyby się to skończyło małżeństwem!

Mielono językami, wymieniano uwagi. Ale ani Seth Stanfort, ani panna Arkadia Walker nie zdawali się dostrzegać tej raczej krępującej ciekawości, której byli przedmiotem.

Seth Stanfort zamierzał zeskoczyć z konia, by zapukać do drzwi Johna Protha, gdy drzwi te stanęły otworem. Pan Proth ukazał się na progu, a stara służąca Kate zjawiła się tym razem za jego plecami. Gdy usłyszeli tętent kopyt końskich przed domem, on porzucił swój ogród, a ona kuchnię i pobiegli zobaczyć, co się dzieje.

Seth Stanfort został więc w siodle i zwracając się do urzędnika powiedział:

—  Panie sędzio, jestem Seth Stanfort z Bostonu, stan Massachusetts.

— Miło mi pana poznać, panie Stanfort.

— A to jest panna Arkadia Walker z Trenton, New Jersey.

—  Czuję się zaszczycony sposobnością poznania panny Arkadii Walker.

I pan John Proth, przestając obserwować obcego młodzieńca, zwrócił całą uwagę na nowoprzybyłą.

Panna Arkadia Walker była czarującą osobą; wdzięczni nam będziecie za szybkie naszkicowanie jej sylwetki. Wiek: dwadzieścia cztery lata; oczy: bladoniebieskie; włosy: ciemnokasztanowate; cera: świeża, zaledwie odrobinę ogorzała od wiatru; zęby: niezwykle równe i białe; wzrost: nieco wyższy od średniego; kibić zachwycająca; chód: rzadkiej elegancji, równocześnie giętki i nerwowy. Ubrana w amazonkę, przystosowywała się wdzięcznie do ruchów konia, który rzucał się tak samo jak rumak Setha Stanforta. Bece, odziane w wykwintne rękawiczki, igrały cuglami, a znawca byłby odgadł, że świetnie jeździ konno. Cała jej postać była nacechowana wielką wytwornością.

Panna Arkadia Walker była rodem z New Jersey; miała tylko dalekich krewnych, posiadała więc całkowitą swobodę działania. Niezależna majątkowo, obdarzona zamiłowaniem do przygód, właściwym młodym Amerykankom, wiodła życie zgodne ze swymi upodobaniami. Podróżując od kilku lat, zwiedziła główne ośrodki Europy, orientowała się w tym, co się dzieje i o czym się mówi w Paryżu, Londynie, Berlinie, Wiedniu i Rzymie. O tym, co widziała i słyszała w czasie swych nieustannych wędrówek, mogła mówić z Francuzami, Niemcami i Włochami w ich własnym języku. Była to osoba wykształcona, której wychowanie, kierowane przez opiekuna już dziś nie żyjącego, było szczególnie staranne. Nawet prowadzenie interesów nie było jej obce i dawała dowody nadzwyczajnego zrozumienia własnych korzyści w administrowaniu swą fortuną.

To, co powiedziano o pannie Arkadii Walker, stosowałoby się dokładnie do pana Setha Stanforta. Cechy charakterystyczne zarówno jednej, jak i drugiej postaci wykazywały całkowitą symetrię — tak, to jest właściwe słowo. Wolny i bogaty, również lubił podróże, przewędrował cały świat, nie przebywając niemal wcale w ojczystym Bostonie. Zimą był gościem Starego Kontynentu i wielkich stolic, gdzie często spotykał swą żądną przygód rodaczkę. Latem wracał do ojczystego kraju, na plaże, gdzie zbierają się wraz z rodzinami bogaci Jankesi. Tam również odnajdywał pannę Arkadię Walker.

Te same upodobania zbliżyły powoli do siebie te dwie młode i dzielne istoty, które ciekawi, a zwłaszcza ciekawe, zgromadzone na placu w Whastonie, uznały za tak dobrze do siebie dobrane. Bo i rzeczywiście, oboje rozmiłowani w podróżach, oboje śpieszący tam, gdzie jakieś wydarzenie polityczne czy wojskowe budziło powszechną uwagę — jakżeby nie mieli sobie odpowiadać? Nie można się zatem dziwić, że pan Seth Stanfort i panna Arkadia Walker powoli doszli do wniosku, że powinni połączyć swoje losy, co nie zmieniłoby w niczym ich trybu życia. Nie byłyby to już dwa statki płynące obok siebie, lecz jeden okręt, jak należało przypuszczać, lepiej zbudowany, omasztowany i dostosowany do pływania po wszystkich morzach globu.

A więc nie proces, spór czy konieczność załatwienia jakiejś sprawy sprowadzały Setha Stanforta i pannę Arkadię Walker przed sędziego tego miasta. Nie! Wypełniwszy wszystkie prawne formalności wobec kompetentnych władz w Massachusetts i New Jersey, umówili się w Whastonie tego właśnie dnia, dwunastego marca, o tej właśnie godzinie, dziesiątej siedem, by spełnić akt, który, zdaniem jego zwolenników, jest najważniejszym wypadkiem życia ludzkiego.

Gdy, jak wspomnieliśmy, pan Seth Stanfort i panna Arkadia Walker przedstawili się sędziemu, John Proth zapytał podróżników, co ich skłoniło do stawienia się przed nim.

— Seth Stanfort pragnie zostać małżonkiem panny Arkadii Walker — odpowiedział mężczyzna.

— A panna Arkadia Walker pragnie być żoną Setha Stanforta — dorzuciła kobieta.

Urzędnik skłonił się mówiąc:

— Jestem do pańskiej dyspozycji, panie Stanfort, a także do dyspozycji panny Arkadii Walker.

Młoda para skłoniła się z kolei.

— Kiedy odpowiadałoby państwu zawrzeć to małżeństwo? — podjął pan John Proth.

— Natychmiast... jeśli pan nie jest zajęty — odpowiedział Seth Stanfort.

— Gdyż opuścimy Whaston, gdy tylko będę panią Stanfort — oświadczyła Arkadia Walker.

Pan John Proth wyraził całą swą postawą, jak dalece on, a wraz z nim wszyscy inni obywatele żałują, iż nie mogą dłużej zatrzymać w murach Whastonu tej pięknej pary, która swą obecnością zaszczycała w tej chwili miasto.

— Jestem całkowicie na usługi państwa — powiedział sędzia cofając się parę kroków, by dać dostęp do bramy.

Lecz Seth Stanfort zatrzymał go ruchem ręki.

— Czy jest konieczne — zapytał — byśmy z panną Arkadią zsiadali z koni?

Pan Proth zastanowił się chwilę.

— Bynajmniej — stwierdził. — Można zawrzeć ślub na koniu, tak samo jak i pieszo.

Trudno byłoby znaleźć urzędnika bardziej dostosowującego się do okoliczności, nawet w tym niezwykłym kraju!

— Jedno tylko pytanie — podjął pan Proth. — Czy wszystkie formalności prawne zostały wypełnione?

— Tak jest! — odpowiedział Stanfort.

I podał sędziemu podwójne zezwolenie, ważne i formalne, zredagowane przez kancelarie sądowe Bostonu i Trentonu, po uiszczeniu właściwych opłat.

John Proth wziął papiery, włożył na nos okulary w złotej oprawie i przeczytał uważnie te dokumenty, odpowiednio zalegalizowane oraz zaopatrzone w oficjalne znaczki stemplowe.

— Papiery są w porządku — powiedział — i jestem gotów wydać państwu poświadczenie zawarcia ślubu.

Trudno się dziwić, iż ciekawscy, których liczba wzrosła jeszcze, oblegali młodą parą niby świadkowie związku zawieranego w warunkach, które by się. wydawały nieco niezwykłe w każdym innym kraju. Lecz to ani nie krępowało narzeczonych, ani nie było dla nich przykre.

Pan John Proth wstąpił wtedy na stopnie swego ganku i rzekłgłosem tak donośnym, że mogli go usłyszeć wszyscy:

— Panie Secie Stanfort, czy zgadza się pan pojąć za żonę pannę Arkadię Walker?

— Tak!

— Panno Arkadio Walker, czy zgadza się pani wziąć za męża pana Setha Stanforta?

— Tak!

Urzędnik skupił się na chwilę i, poważny jak fotograf w momencie sakramentalnego „nie ruszać się”, wypowiedział słowa:

— W imieniu prawa, Secie Stanfort z Bostonu i Arkadio Walker z Trentonu, ogłaszam, że jesteście złączeni węzłem małżeńskim.

Małżonkowie zbliżyli się do siebie i wzięli się za ręce, jakby dla przypieczętowania aktu, którego właśnie dokonali.

Następnie każde z nich wręczyło sędziemu banknot pięćsetdolarowy.

— Jako honorarium — rzekł pan Seth Stanfort.

— Dla biednych — powiedziała pani Arkadia Stanfort.

I obydwoje, skłoniwszy się sędziemu, puścili cugle koniom, które pomknęły szybko w kierunku przedmieścia Wilcox.

— To ci dopiero! To ci dopiero! — zawołała Kate, którą zdziwienie sparaliżowało do tego stopnia, że na dziesięć minut zaniemówiła, co było rzeczą niebywałą.

— Co takiego, Kate? — zapytał pan John Proth.

Stara Kate puściła brzeg swego fartucha, który skręcała od dłuższej chwili jak zawodowy powroźnik.

— Po mojemu, panie sędzio, ci ludzie to wariaci.

— Bez wątpienia, moja Kate, bez wątpienia — zgodził się pan John Proth chwytając ponownie polewaczkę, symbol jego pokojowego nastroju. — Lecz cóż w tym dziwnego? Czyż ci, co się pobierają, nie są zawsze trochę szaleni?


ROZDZIAŁ DRUGI

który wprowadza czytelnika do domu Deana Forsytha i pozwala nam poznać jego siostrzeńca Francisa Gordona i jego służącą Mitz

 

— MITZ! Mitz!

— O co chodzi, synusiu?

— Co właściwie jest wujowi Deanowi?

— Nie mam pojęcia. — Może jest chory?

— Ani trochę! Lecz jeśli tak dalej pójdzie, rozchoruje się na pewno.

Te pytania i odpowiedzi wymieniali dwudziestotrzyletni młody człowiek i kobieta lat sześćdziesięciu pięciu w pokoju jadalnym domu przy ulicy św. Elżbiety, w tym samym mieście Whaston, gdzie właśnie zawarto na modłę amerykańską najbardziej oryginalne z małżeństw.

Dom przy ulicy św. Elżbiety należał do pana Deana Forsytha. Pan Forsyth miał czterdzieści pięć lat i wyglądał niewątpliwie na swój wiek. Wielka, rozczochrana głowa, małe oczka patrzące zza silnych szkieł, ramiona z lekka przygarbione, potężny kark, bez względu na porę roku okręcony podwójnie sięgającym aż pod brodę krawatem, surdut szeroki i pomięty, obwisła kamizelka, której dolne guziki nie były nigdy w użyciu, spodnie za krótkie, ledwo przykrywające zbyt szerokie buciki, czapeczka z chwaścikiem zsunięta do tyłu na czuprynie siwiejącej i niesfornej; twarz poorana tysiącem zmarszczek, zakończona bródką typową dla mieszkańców Ameryki Północnej, charakter pobudliwy, skłonny do gniewu — taki był pan Dean Forsyth, o którym rozmawiali rankiem dwudziestego pierwszego marca Francis Gordon, siostrzeniec Forsytha, i Mitz, jego stara służąca.

Francis Gordon, sierota od dzieciństwa, został wychowany przez pana Deana Forsytha, brata swojej matki. Chociaż pewien majątek miał mu przypaść po wuju, nie uważał, aby fakt ten zwalniał go od pracy, a pan Forsyth podzielał jego opinię. Siostrzeniec, ukończywszy studia humanistyczne na sławnym uniwersytecie w Harvard, uzupełnił je na wydziale prawnym i był obecnie adwokatem w Whastonie, gdzie wdowy, sieroty i mury graniczne nie miały bardziej zdecydowanego obrońcy. Znał gruntownie ustawy oraz orzecznictwo; przemawiał z łatwością, głosem przenikliwym i ciepłym. Wszyscy jego koledzy, młodzi i starzy, szanowali go i z nikogo nie zrobił sobie wroga. Bardzo przystojny, obdarzony pięknymi kasztanowatymi włosami i ładnymi czarnymi oczami, maniery miał eleganckie. Był dowcipny bez złośliwości, usłużny bez ostentacji, nie pozbawiony zręczności w różnych rodzajach sportu, którym się namiętnie oddają wyższe sfery społeczeństwa amerykańskiego. Jakżeby nie miał zająć odpowiedniego stanowiska wśród najwytworniejszej młodzieży miasta i dlaczego nie miałby pokochać ślicznej Jenny Hudelson, córki doktora Hudelsona i jego żony Flory z domu Clarish?

Zbyt wcześnie jednak zwracać teraz uwagę czytelnika na tę panienkę. Wypada przecież, by ukazała się na scenie w otoczeniu rodziny, a moment odpowiedni jeszcze nie nadszedł. Nie będziemy zresztą długo na to czekali. Należy jednak zastosować rygorystyczną metodę w opowiadaniu tej historii, co wymaga najwyższej precyzji.

Co się tyczy Francisa Gordona, dodamy jeszcze, że mieszkał w domu przy ulicy św. Elżbiety i zapewne nie myślał go opuścić aż do dnia ślubu z miss Jenny. Ale, powtarzam raz jeszcze, zostawmy pannę Jenny Hudelson w spokoju i powiedzmy tylko, że służąca Mitz była powiernicą siostrzeńca swojego pana i że kochała go jak syna lub raczej jak wnuka, gdyż babunie biją zazwyczaj rekordy czułości macierzyńskiej.

Mitz, służąca wzorowa, której równą trudno byłoby teraz znaleźć, należała do tego zanikającego gatunku, który równocześnie ma coś z psa i z kota; z psa, gdyż przywiązuje się do panów, z kota, gdyż przywiązuje się do domu. Jak sobie można łatwo wyobrazić, Mitz rozmawiała bez ogródek z panem Deanem Forsythem. Gdy nie miał racji, mówiła mu to wyraźnie, choć w języku osobliwym, którego smakowitość i fantazję można oddać zaledwie w przybliżeniu. Jeśli pan Forsyth nie chciał tego uznać, pozostawało mu tylko jedno: opuścić pole walki, wrócić do swego gabinetu i zamknąć się na cztery spusty.

Zresztą pan Dean Forsyth mógł nie lękać się, że pozostanie tam samotny. Miał pewność, że w swym gabinecie spotka zawsze inną osobę, która w taki sam sposób uchylała się od napomnień i karcących uwag panny Mitz.

Człowieka tego nazywano Omikron. Dziwaczne imię zawdzięczał swej niepozornej postawie; bez wątpienia nazwano by go Omega, gdyby nie był tak niski. Skończywszy piętnaście lat, wysoki na cztery stopy i sześć cali, przestał zupełnie rosnąć. Tom Wife, tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko, wszedł w tym właśnie wieku do domu pana Deana Forsytha, za życia ojca tego ostatniego, jako młody służący; a ponieważ obecnie przekroczył pięćdziesiątkę, wywnioskujemy stąd, iż od trzydziestu pięciu lat był na służbie u wuja Francisa Gordona.

Trzeba koniecznie wyjaśnić, na czym polegały jego obowiązki. Oto na tym, aby pomagać panu Deanowi Forsythowi w jego badaniach, które pasjonowały Omikrona co najmniej w tym samym stopniu, co jego pana.

A więc pan Dean Forsyth pracował?

Tak, po amatorsku, lecz ocenimy wkrótce, z jakim zapałem i rozmachem..

Czym się zajmował pan Dean Forsyth? Medycyną, prawem, literaturą, sztuką, interesami, jak tylu obywateli wolnej Ameryki?

Nigdy w świecie!

—  Czym więc? — zapytacie. — Naukami przyrodniczymi?

Nie zgadliście. Nie naukami przyrodniczymi w liczbie mnogiej, lecz nauką przyrodniczą w liczbie pojedynczej. Wyłącznie i jedynie tą wzniosłą nauką, która nazywa się astronomią.

Marzył bez ustanku o odkryciach dotyczących planet lub gwiazd. Nic lub prawie nie z tego, co się działo na powierzchni naszego globu, nie zdawało się go interesować; żył w nieskończonych przestrzeniach. Jednak, ponieważ nie podawano tam ani obiadów, ani kolacji, musiał zstępować na ziemię co najmniej dwa razy dziennie. Ale tego ranka nie zszedł o zwykłej godzinie i kazał na siebie czekać, na co właśnie wyrzekała Mitz krążąc dokoła stołu.

— Czyż on wcale nie przyjdzie? — powtarzała.

— Nie ma Omikrona? — zapytał Francis Gordon.

— Jest zawsze tam, gdzie jego pan — odpowiedziała służąca — ale ja nie wygrałam nóg na loterii — tak właśnie wyraziła się szanowna Mitz — by wspinać się aż na jego grzędę.

Wspomniana „grzęda” nie była niczym innym jak wieżą, której najwyższa galeria wznosiła się na dwadzieścia stóp nad dachem domu; było to, właściwie mówiąc, obserwatorium. Pod tą galerią mieściła się okrągła izba z czterema oknami skierowanymi na cztery strony świata. Wewnątrz obracało się na swych podstawach kilka lunet i teleskopów o dość dużym zasięgu i jeśli ich obiektywy się nie zużywały, to nie dlatego, że z nich rzadko korzystano. Raczej należało się lękać, by pan Dean Forsyth i Omikron nie zepsuli sobie oczu przykładając je zbyt często do szkieł instrumentów.

W tej właśnie izbie spędzali obaj większą część dnia i nocy, zastępując się, co prawda, wzajemnie. Patrzyli, obserwowali, bujali w sferach międzygwiezdnych, unoszeni wieczną nadzieją zrobienia jakiegoś odkrycia, z którym związane byłoby nazwisko Deana Forsytha. Gdy niebo było czyste, wszystko się jeszcze układało jako tako; lecz nie zawsze tak bywało nad odcinkiem 37 równoleżnika, który przecina stan Wirginia. Chmur pierzastych, warstwicowych i kopulastych było co niemiara, na pewno więcej, niżby sobie życzyli pan i sługa. Toteż ile padało narzekań, ile gróźb przeciw firmamentowi, po którym wiatr rozciągał owe strzępy mgieł!

Właśnie podczas tych ostatnich dni marca cierpliwość pana Deana Forsytha była bardziej niż kiedykolwiek wystawiona na próbę. Od kilku dni niebo było uparcie zakryte, ku wielkiej rozpaczy astronoma.

Tego ranka, dwudziestego pierwszego marca, silny wiatr zachodni toczył wciąż, niemal przy samej ziemi, istne morze chmur rozpaczliwej gęstości.

— Jaka szkoda! — westchnął po raz dziesiąty pan Dean Forsyth po ostatniej i bezowocnej próbie zwyciężenia mgły.— Mam przeczucie, że tracimy jedyną okazję, że omija nas możliwość sensacyjnego odkrycia.

— Bardzo możliwe — odpowiedział Omikron. — To nawet bardzo prawdopodobne, gdyż przed kilku dniami, gdy się wyjaśniło, zdawało mi się, żem zauważył...

— A ja widziałem na pewno, Omikronie.

— A więc obaj, obaj równocześnie!

— Omikronie! — zaprotestował pan Dean Forsyth.

— Tak, pan pierwszy, bez wątpienia — przyznał Omikron znacząco potrząsając głową. — Ale gdy mi się zdawało, żem zobaczył wspomnianą rzecz, sądziłem, że to powinno być... że to było...

— A ja — oświadczył pan Dean Forsyth — twierdzę, że to był meteor zmierzający z północy na południe...

— Tak, proszę pana, prostopadle do kierunku ruchu słońca...

— Pozornego ruchu, Omikronie.

— Naturalnie, że pozornego.

— I było to szesnastego tego miesiąca.

— Szesnastego.

— O godzinie siódmej, trzydzieści siedem minut, dwadzieścia sekund.

— Dwadzieścia sekund — powtórzył Omikron — jak stwierdziłem na naszym zegarze ściennym.

— I nie ukazał się więcej! — zawołał pan Forsyth wznosząc gestem groźby rękę do nieba.

— Jakżeby mogło być inaczej? Chmury! Chmury! Od pięciu dni nie ma nawet tyle błękitu na niebie, by wykrajać z niego chustkę do nosa!

— Jakby umyślnie! — zawołał pan Dean Forsyth tupiąc nogą. — Naprawdę myślę, że takie rzeczy przytrafiają się tylko mnie.

— Nam — poprawił Omikron, który przyznawał sobie połowę zasługi w pracach swego pana.

Prawdę mówiąc, wszyscy mieszkańcy okolicy mieli takie samo prawo do uskarżania się na gęste chmury zalegające niebo. Słońce świeci lub nie świeci — dla wszystkich.

Lecz jakkolwiek powszechne byłoby to prawo, nikt nie mógł mieć szaleńczej pretensji, aby dorównać pod względem złego humoru panu Deanowi Forsythowi, gdy miasto okrywało się jedną z owych mgieł, przeciw którym nic zdziałać nie mogą najpotężniejsze teleskopy i najdoskonalsze lunety. A mgły takie nie są rzadkością w Whastonie, choć miasto opływa przejrzysty nurt rzeki Potomak, a nie błotniste wody Tamizy.

Tak czy owak, gdy szesnastego marca rozjaśniło się niebo, cóż zobaczyli, czy też sądzili, że widzą, pan Forsyth i jego służący? Ni mniej, ni więcej tylko meteor o kształcie kulistym, posuwający się wyraźnie z północy na południe z ogromną szybkością, o takim blasku, że walczył zwycięsko z rozproszonym światłem słonecznym. W każdym razie, skoro jego odległość od Ziemi musiała liczyć pewną określoną ilość kilometrów, byłoby rzeczą możliwą śledzić go, mimo rozwijanej szybkości, przez czas dość długi, gdyby niewczesna mgła nie udaremniła wszelkich obserwacji.

Od tej chwili płynęły potokiem żale wywołane nieszczęsnym zbiegiem okoliczności. Czy ów meteor wróci na widnokrąg Whastonu? Czy będzie można określić jego składniki, ustalić masę, ciężar i charakter? Czy jakiś inny astronom, bardziej uprzywilejowany, nie odnajdzie go w innym punkcie nieba? Czy Dean Forsyth, który tak krótko miał go w zasięgu swego teleskopu, będzie mógł nazwać owo odkrycie swym imieniem? Czyż cały zaszczyt nie przypadnie ostatecznie jednemu z tych uczonych Starego lub Nowego Świata, którzy trawią, życie na przeszukiwaniu przestrzeni nocą i dniem?

—  Rozbójnicy!— zżymał się pan Forsyth. — Piraci nieba!

Przez cały ranek dwudziestego pierwszego marca ani Dean Forsyth, ani Omikron nie mogli się zdecydować, mimo złej pogody, na to, by oddalić się od okna wychodzącego na północ. I gniew ich rósł w miarę, jak upływały godziny. Nic już do siebie nie mówili. Dean Forsyth przebiegał spojrzeniem rozległy horyzont, ograniczony z tej strony kapryśnym profilem wzgórz Serboru, ponad którymi dość silny wiatr pędził szarawe obłoki. Omikron wspinał się na palce, by zwiększyć swój zasięg widzenia, ograniczony przez niewielki wzrost. Pan Forsyth skrzyżował ramiona, przyciskając kurczowo dopiersi zaciśnięte pięści. Omikron uderzał palcami w ramę okna. Kilka ptaków przeleciało z krzykiem, jakby drwiąc sobie z pana i sługi, których brak skrzydeł przykuwał do powierzchni ziemi. Ach, gdyby mogli towarzyszyć tym ptakom: w locie, kilku susami przebyliby warstwę chmur i być może, zobaczyliby wtedy asteroid kontynuujący swoją wędrówkę w oślepiającym świetle słonecznym!

W tym momencie zapukano do drzwi.

Dean Forsyth i Omikron, zaabsorbowani, nic nie usłyszeli.

Drzwi się otwarły i Francis Gordon ukazał się na progu.

Dean Forsyth i Omikron nawet się nie odwrócili.

Młody człowiek podszedł do wuja i dotknął lekko jego ramienia.

Pan Forsyth odwrócił się i rzucił na siostrzeńca spojrzenie tak odległe, że musiało chyba wracać z Syriusza lub co najmniej z Księżyca.

—  Co takiego? — zapytał.

— Wuju, śniadanie czeka.

— Ach, doprawdy? — rzekł Dean Forsyth. — Śniadanie czeka? My także czekamy.

— Na co czekacie?

— Na słońce — oświadczył Omikron; odpowiedź tą potwierdził gestem jego pan.

— Ależ, wuju, nie zaprosiłeś chyba słońca na śniadanie i możemy bez niego zasiąść do stołu?

Co na to odpowiedzieć? Jeśliby promienna gwiazda nie ukazała się cały dzień, czy pan Dean Forsyth uparłby się pozostać na czczo do wieczora?

Być może, gdyż astronom nie zdawał się skłonny usłuchać zaproszenia siostrzeńca.

— Wuju! — nalegał Francis. — Mitz się niecierpliwi, uprzedzam cię.

W jednej chwili pan Dean Forsyth odzyskał poczucie rzeczywistości. Znał dobrze objawy niecierpliwości poczciwej Mitz. Skoro wysłała do niego specjalnego ambasadora, znaczyło to, iż sytuacja jest poważna: trzeba skapitulować bez zwłoki.

— Która to godzina? — zapytał.

— Jedenasta czterdzieści sześć — odpowiedział Francis Gordon.

Taką istotnie godzinę wskazywał duży zegar; a zazwyczaj wuj i siostrzeniec zasiadali naprzeciw siebie punkt o jedenastej.

— Jedenasta czterdzieści sześć! — zawołał pan Dean Forsyth udając żywe niezadowolenie, by ukryć niepokój. — Nie rozumiem, dlaczego Mitz jest tak niepunktualna!

— Ależ, wuju — zaoponował Francis — już trzeci raz pukamy na próżno do drzwi!

Nie odpowiadając pan Dean Forsyth skierował się na schody, gdy tymczasem Omikron, który zazwyczaj podawał do stołu, pozostał i czekał na powrót słońca.

Wuj i siostrzeniec weszli do sali jadalnej.

Mitz już tam była. Spojrzała swemu panu prosto w oczy, a on spuścił głowę.

— A Mokrynos? — zapytała Mitz, która w prostocie ducha w ten sposób wymawiała piątą samogłoskę alfabetu greckiego.

— Jest zajęty na górze — odpowiedział Francis Gordon. — Obejdziemy się dzisiaj bez niego.

— Z przyjemnością! — oświadczyła Mitz naburmuszonym tonem. — Może zostać w swoim serwatorium, jak długo mu się podoba. Wszystko pójdzie lepiej bez tego niedojdy.

Zaczęło się śniadanie. Wszyscy jedli w milczeniu. Mitz, która zazwyczaj chętnie rozmawiała przynosząc półmiski i zmieniając nakrycia, tym razem nie otwierała ust. Cisza była przygniatająca, atmosfera wielce naprężona. Francis Gordon, pragnąc przerwać ten nastrój, zapytał, aby coś powiedzieć:

— Jak spędziłeś poranek, wuju? Czy jesteś zadowolony?

— Nie — odpowiedział Dean Forsyth. — Stan nieba był niepomyślny i niepogoda dokuczyła mi dziś specjalnie.

— Czyżbyś był na tropie jakiegoś odkrycia astronomicznego?

— Myślę, że tak, Francisie. Lecz nie mogę nic twierdzić stanowczo, póki nowa obserwacja...

— Więc to to — przerwała Mitz sucho — nurtuje pana od tygodnia do tego stopnia, że tkwi pan jak przyrośnięty na swojej wieży i wstaje pan po nocach. Tak! Trzy razy ostatniej nocy! Dobrze pana słyszałam, nie mam, dzięki Bogu bielma na oczach — dodała w formie odpowiedzi na gest swego pana i zapewne, by dać do zrozumienia, że jeszcze nie jest głucha.

— Rzeczywiście, moja Mitz — przyznał pan Dean pojednawczym tonem.

Zbyteczna słodycz!

— Odkrycie astrokomiczne! — podjęła zacna gospodyni z oburzeniem. — Kiedy się w panu żółć obróci, kiedy przez patrzenie w te swoje rury dostanie pan łamania w krzyżu albo zapalenia płuc, to będzie dopiero bal. Czy wtedy gwiazdy będą koło pana chodziły, a doktor każe je zażywać w pigułkach?

Sądząc po sposobie, w jaki rozpoczął się dialog, Dean Forsyth zrozumiał, że lepiej będzie nie odpowiadać. Jadł dalej w milczeniu, tak jednak zmieszany, że kilkakrotnie mylił szklankę z talerzem.

Francis Gordon usiłował podtrzymywać rozmowę, lecz z takim skutkiem, jakby rozprawiał na pustyni. Jego wuj, wciąż jeszcze ponury, zdawał się go nie słyszeć. Francis zaczął więc wreszcie mówić o pogodzie. Gdy się nie ma tematu, rozmawia się o pogodzie obecnej, przeszłej lub przyszłej.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.