London eye - Grzegorz Mucha - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 122 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka London eye - Grzegorz Mucha

London eye” to dziennik intymny, w którym splątane ciała i zbłąkane dusze podróżują przez czas i przestrzeń.

 

To opowieść o losach kochanków, którzy wędrują przez świat, aby odnaleźć… siebie. Szukają miejsc i ludzi, dzięki którym powrócą wspomnienia i wiedza o tym, kim byli kiedyś, zanim się poznali. Wędrują bez map i przewodników, ponieważ wcale nie chcą dotrzeć, a jedynie być. Nie są turystami, nie są nawet podróżnikami - poszukują swojej własnej prawdy.

 

Książka ma wiele części, z których autor zdecydował się udostępnić tylko trzynaście. Odnajdziemy w niej nie tylko polskie realia, ale również głośny Londyn, szeroką Szkocję, rozległy Berlin i ciasny Hongkong. Nostalgia miesza się tutaj z erotyką i groteską.

 

Opisane wydarzenia oparte są na faktach.

Opinie o ebooku London eye - Grzegorz Mucha

Fragment ebooka London eye - Grzegorz Mucha











Strona redakcyjna


Baśku, Baśku...

All this happiness is contagious...

Alan Alexander Milne, „Kubuś Puchatek”


Kartki. Wszędzie pełno kartek. Zbieramy je z podłogi. Pomiędzy nimi odnajdujemy nasze ubrania. Kartki wcisnęły się w każdy kąt. Ciała odcisnęły na nich wilgotne znaki. Teraz nasza historia nabrała wiarygodności. Teraz można z nich czytać bez pomocy liter. Ale to długie rzędy liter ułożą się w zdania. Trzeba je tylko skrupulatnie pozbierać i przesypać na nowo. Potem ułożymy je w odpowiedniej kolejności. Powinno się udać, choć kolejność nie jest najważniejsza. Zbieramy kartki i ubrania. Śmiejemy się. Czy naprawdę chcemy się tym dzielić? Może te najbardziej wymięte zostawimy dla siebie? Zobaczymy...


Pamiętają olśnienie, jakiego doznali na widok słów, znalezionych podczas otwierania paczki chusteczek higienicznych. Od tego dnia cytaty z „Kubusia Puchatka” towarzyszyły im podczas chwil intymnych.



WIOSNA

Coming events cast their shadow before.
(Nadchodzące wydarzenia rzucają wcześniej swój cień)

– przysłowie angielskie

Nie lubił czekania. Wszelkie czekanie uważał za stan uniemożliwiający normalne funkcjonowanie. Inne jest czekanie w urzędzie od czekania na dworcu. Inaczej czeka się na swoją kolej jako urzędowy petent, a inaczej u dentysty. Czekanie samotne różni się od czekania we dwoje. Ważna jest osoba i miejsce.

Czekał i wciąż tęsknił. Wiedział, że tęsknota skończy się natychmiast, kiedy tylko ją ujrzy. Lotnisko było puste. W oddali migotały, przyklejone do pasa startowego, światła. Był późny niedzielny wieczór. Na ciemnym tarasie widokowym szumiały wentylatory. Czasem ma się silną potrzebę zapadnięcia w stan hibernacji. Zamknąć oczy i przetrwać najbliższe kilkadziesiąt minut. Dotknął przywiezionych ze sobą kwiatów. Żółte tulipany trzymały się nieźle. Opatulone w wilgotny papier, czekały razem z nim. Tulipany nie wydzielają zapachu, ale oczami wyobraźni i tak widział jej, chowający się pomiędzy nie, nos. Ba! Wiedział, że nadejdzie czas, kiedy tulipany zostaną użyte jak tarcza ochronna przed pocałunkami. Cieszył się na moment chwilowego rozgardiaszu, kiedy ręce zaczną się gubić w chęci złapania bagażowego uchwytu bądź paska, a potem znajdą się nawzajem, naprowadzone na siebie wzajemnym ciepłem. Początkowo niespokojne z łagodnie wygasającym pośpiechem, z czasem, kiedy dotrą do skrytych miejsc, sprowadzą spokój na całe ciało, aby ten zagościł w umyśle.

***

Wiosenne Katowice otwarły się na ludzi. Zieleń była jeszcze nieśmiała, ale towarzyszące jej tu i ówdzie pąki i kwiaty prowokowały ją do pokazania się światu. Droga do parku Kościuszki wydawała się wyjątkowo stroma. Nogi po zimowym śnie nie mogły przyzwyczaić się do rowerowego wysiłku. Przechadzające się pomiędzy działkowymi ogródkami koty próbowały smakować pierwsze słoneczne promienie. Starannie dobierały miejsca, aby w możliwie krótkim czasie ogrzać spragnione ciepła futerka. Przecinająca działki ścieżka, poza zamykającą je furtką, wiodła prosto na most dla pieszych, z którego rowery naturalnie ześlizgiwały się w parkowe alejki. Chcieli sprawdzić, czy rozstawiono już ławki, czy wiewiórki molestują ludzi o orzeszkowe datki, czy dzieci krzyczą „o!”, wyciągniętymi paluszkami wskazując ich rude kitki.

– Chyba możemy usiąść. – Próbował, czy dłoń klei się do ławkowej deski, która miała za sobą pierwsze wiosenne malowanie.

– Ta stoi w słońcu, więc pewnie wyschła. – Kinga zdążyła usiąść.

Rowery pozostawili po obu stronach ławki. Przypominały konie pasące się na ledwo zazielenionej trawie. Było czysto i świeżo, jakby przez miasto przejechał gigantyczny odkurzacz, a park był jak zielona strefa specjalna, do której miejski odkurzacz wsunął swoje czyszczące macki. Od strony ulicy Mikołowskiej dobiegał zgiełk samochodów, motocykli i karetek. Ale żaden hałaśliwy stwór nie miał wstępu do strefy specjalnej. Znajdowali się w oazie, której bogactwem nie była woda, ale spokój.

Kinga pogrzebała w plecaku. Wyjęła aparat fotograficzny i próbowała umieścić go na rowerowym siodełku. Właściwe ustawienie wydawało się niemożliwe. Aparat chwiał się, jakby się im kłaniał. Kiedy w końcu się uspokoił, Kinga uruchomiła samowyzwalacz. Rzuciła się na jego kolana. Znieruchomieli. Zdjęcie zostało zrobione. Efekt przeszedł ich oczekiwania. Wyglądali na przyłapanych przez paparazzi kochanków. Mieli dowód na istnienie wiosny. Aby zdobyć pewność absolutną, zrobili dwa kolejne zdjęcia. Aparat znów spisał się znakomicie. Na niedalekiej ławce dostrzegli parę młodych ludzi, którzy zwrócili na nich uwagę.

– Obgadują nas. – Kinga nie miała wątpliwości.

– Jak myślisz, dlaczego?

– Nie wiem. Dla nich jesteśmy nietypowi.

Odwrócił się w ich kierunku, łapiąc kolejne ciekawskie spojrzenia.

– Różnimy się, a oni... – zamilkł.

– Cóż, oboje są w tym samym wieku. – Wzruszyła ramionami. – Jakie to typowe.

Mocno się do niego przytuliła. Teraz nie robili już zdjęć, ale uwiodło ich wzajemne ciepło. W słonecznych promieniach sami przypominali koty, które widzieli wcześniej. Ciepło tego dnia zabarwiło wszystko dookoła. Park tonął w pastelowych barwach. Kiedy pojawiły się chmury, z ociąganiem wstali i wsiedli na rowery. Czekała ich kolejna górka. Ich celem był drewniany kościółek św. Michała. Asfaltowa ścieżka wiodła długim, łagodnym zakolem. Wjechali przez bramę. Drewniane drzwi kościółka były otwarte, ale dostępu do wnętrza broniła metalowa krata. Rozchodził się zapach przypominający górskie schroniska. Czuło się ochronę i troskę, a nie strach prowokowany przez kamienne zimno. Zaczęli się całować. Czuli, że są w schronisku życia. Przerwało im chrząknięcie strażnika, który robił obchód kościelnych dóbr. Wyszli wprost pod stojące już nisko słońce. Czas pokazywał pazury.

Trwały dni Cervantesa, co oznaczało spore zniżki przy zakupie książek. Pewna pozytywnie nastawiona do życia sprzedawczyni w Empiku przechowywała ich literackie łupy. Teraz musieli zdążyć przed końcem jej dniówki. Popędzili w dół i skręcili w zadziwiającą ulicę Generała Zajączka. Wydawało się, że każda z jej trzech części tkwi w innym klimacie, jakby wiosna tuż przed zmrokiem przygotowała dla nich zwiastun swoich możliwości. Przed Poniatowskiego zacinający wiatr przeszedł w okraszony kilkoma kroplami deszczu wietrzyk, a po minięciu Jordana znów wyjrzało słońce. Cud kwietniowej przemiany dokonał się. Natura się popisywała.

Centrum było zatłoczone i bardziej szare, jakby za kolejowymi torami miasto utraciło barwy. Sympatyczna kasjerka już na nich czekała. Zdradziła im, że u wejścia do sklepu czeka jej narzeczony. Z trudem upchnęli książki w małym plecaku Kingi, pozostałe wrzucili do jutowego worka. Jazda z obciążeniem nie była łatwa. Spomiędzy budynków zaczęła wychylać się ciemność. Kiedy dotarli pod dom, uliczne latarnie zamrugały i zapaliły się żółtym światłem.

***

Usiedli na podłodze, a porozkładane książki stworzyły dookoła nich papierowy krąg. W centralnym punkcie stała otwarta butelka rieslinga. Z kieliszkami w dłoniach wyglądali bardziej na szamanów niż zwykłych czytelników. Ale przecież miłośnik literatury jest czarownikiem, odprawiającym modły nad niewidzialnymi ludźmi. Z książek wychodzą widma światów równoległych i bytów możliwych. Spomiędzy szeleszczących kartek wydostają się duchy nas samych sprzed lat; poprzednie miejsca, poprzednie życia. Czasem wydobywa się, widziana jedynie oczami duszy, ulotna smużka przyszłości.

Ale wino, podobnie jak literatura, ma swoje prawa. Wymaga uwagi. Prowokuje głód. Wino bywa o literaturę zazdrosne. Zaczęli jeść. Centralnym punktem, totemem wieczoru, stała się świeca, wokół której rozłożyli jedzenie. Płomień od czasu do czasu rzucał błyski na wciąż leżące na podłodze książki. I prawie zapomnieliby, że Cervantes umarł dawno temu, gdyby nie ochota na muzykę. Ledwo słyszalne, monotonne dźwięki zaczęły krążyć wokół nich. To szemrały głośniki, ale im wydawało się, że grają żywi ludzie, którzy przyszli specjalnie dla nich. Powolne, pełne dźwięki saksofonu nakładały się na narowiste skoki gitary, przetykane fletem i wszechobecną tablą. Świeca migotała, wina przybywało, muzyka trwała. Wieczór zaczął się wydłużać. Nie było już dnia, a noc się jeszcze nie zaczęła.

***

Taka była ich wczesna wiosna. Życie toczyło się pomiędzy słowami. Niczego nie planowali. Lato było odległe. O jesieni nie myśleli. Przedwiośnie nowego.

Uskok w czasie.

Nagłe olśnienia.

Przebłyski dalekiej przeszłości.

Wyjście z tunelu.

Widzialna przyszłość.


Pamiętają nieśpieszny posiłek w Starym Browarze w Poznaniu. Siedzieli na obszernym balkonie i obserwowali przygotowania do wieczornego koncertu. Zauważyli, że ludzie im się przyglądają.



SZAROŚĆ

Zaczynał pojmować, że przeczucia są nagłym skokiem duszy w ów kosmiczny nurt życia, w głębi którego dzieje wszystkich ludzi splatają się w jedno. I można tam dojrzeć wszystko, gdyż wszystko jest tam zapisane.

Paulo Coelho, „Alchemik”

Patrzył za okno samolotu. Słońce zostało gdzieś w górze. Maszyna schodziła ku szarości. Ucieszył się. Poczuł wyraźną przemianę; nabierał pewności, że dalsze nadejdą. Uśmiechał się do siebie.

Samolot drżał, jakby obawiał się bliskiego lądowania, które będzie stanowić kres jego misji. Kłaczki chmur oderwały się od skrzydeł i rozproszyły. Patrzył na umykający spod kadłuba ląd. Pod spodem wyłoniły się równie szare zabudowania. Także łąki, drogi i nieliczne drzewa były szare. Kiedy koła stuknęły o lotniskowy asfalt i rozpoczęło się hamowanie, nie potrafił ukryć radości. Rozejrzał się, chcąc zobaczyć, czy któryś ze współpasażerów dostrzegł jego szeroki uśmiech. Nie wstydził się go. Chciał, aby go zdemaskowano. Większość pasażerów wyglądała na przygnębionych. Może jego uśmiech ich krępował. A może wydawał im się głupi albo szyderczy. Zignorowali go.

Niski budynek dworca lotniczego w Luton szybko wchłonął pasażerów. Szedł wśród ludzi, ale jakby osobno. Nic go z nimi nie łączyło. Zaraz się rozstaną, aby nigdy się już nie spotkać. Kiedy ciągnął swoją pachnącą jeszcze nowością walizę, miał świadomość zagłębiania się w życie. Życie będące transgresją. Tak je rozumiał i takie lubił. Z niewielkim żalem spojrzał na osoby czekające na swoich bliskich. Wśród nich stała kolorowa grupka dziewcząt z kwiatami. Na ich twarzach widniało oczekiwanie. Jego spotkanie miało wkrótce nadejść. Poza budynkiem odnalazł minibus udający się do centrum.

Był wczesny, czerwcowy poranek. Wokół wszystko odpowiadało jego wyobrażeniom. Zwłaszcza szarość. Była taka, jaką lubił – nieodparcie zapowiadająca deszcz. Granica pomiędzy słońcem a deszczem była całkowicie zatarta. Spojrzał w górę, gdzie zza zachmurzonego nieba grzmiał samolotowy silnik. Ten dźwięk sprawił, że mocniej poczuł grunt pod nogami. Rozejrzał się.

***

Czarnoskóry kierowca wskoczył do minibusa i gwałtownie ruszył. Zaskakujący pośpiech. Auto, jak wagonik górskiej kolejki, zsunęło się z płaskiego zbocza. Las drogowskazów i porozrzucane baraki stanowiły całe otoczenie. W dole wyłoniła się fabryka Vauxhalla. Minibus kluczył, aż przed przednią szybą wyłoniło się czerwone światło stopu. Potem już nie było odwrotu; autko nabrało prędkości.

Londyn zbliżał się niemrawo, a jego zwiadowcami okazały się coraz liczniejsze na drodze, dalekobieżne autobusy. Zabudowania zaczęły gęstnieć, aby w końcu zamienić się w miasto. Próbował odczytać ich nazwy, ale nic mu jeszcze nie mówiły. Kiedy pojawiły się zarysy domów, jakby wyjęte z jego głębokiej podświadomości, zauważył pierwszy ważny komunikat. Przed stojącym na skrzyżowaniu minibusem majaczyła wielka strzałka z dumnym napisem, który natychmiast rozpoznał – Golders Green. A zatem był blisko. Minibus znów sunął w dół rozszerzającą się majestatycznie ulicą. Teraz był już we wnętrzu miasta, które od zawsze go pociągało, które od zawsze miało nad nim władzę. Mógłby zamknąć oczy i powoli zacząć liczyć do stu. Wiedział, że kiedy je otworzy, kierowca oznajmi końcowy przystanek. O tej porze nie było ulicznych korków.

Wysiadł z podanym mu przez uprzejmego kierowcę bagażem. Znalazł się u siebie. Odetchnął pełną piersią. Wydawało się, że szarość ma swój zapach. Nie był to ani zapach metra, ani fish & chips. Był to zapach oczekiwania na zbliżający się stan euforii. Wystarczyło poczekać. Rozglądał się z przyjemnym odurzeniem. Nieprzespana noc nie miała na niego żadnego wpływu; nie czuł zmęczenia. Obok niego jakieś dwie Polki bezskutecznie próbowały się do kogoś dodzwonić. Powoli mijały minuty, które wydawały się inne niż te znane mu sprzed kilkunastu godzin. Gdyby chciał, mógłby ich dotknąć. Pod przystanek podjeżdżały kolejne autobusy. Prawie wszystkie były piętrowe, ale żaden z nich nie przypominał zapamiętanych sprzed lat piętrusów z otwartym tyłem i charakterystycznym słupkiem. Nadjeżdżały też całkiem zwykłe autobusy, niskie i czerwone, ciche, jakby były napędzane elektrycznie. Rozejrzał się; Polki zniknęły. Ze świateł na skrzyżowaniu ruszył kolejny piętrus. Podjechał tak szybko, że zanim się zorientował, miał ją w swoich ramionach. Poczuł ciepło jej drobnego ciałka. Ściskał ją tak, jakby była iluzją. Cienka bluzka ledwo skrywała zziębniętą od porannego chłodu skórę. Dotykał tam, gdzie była najzimniejsza i całował jej włosy, brwi i policzki. Czuli, że usta jeszcze im się nie należą. Trwało to tyle, ile potrzebowali dla nasycenia naskórkowej żądzy. Czas stał w miejscu. Szarość ustępowała miejsca czemuś nowemu.

W lewej dłoni czuł jej mocne palce, kości, drobne mięśnie. Zawsze splatali dłonie w mocny sposób. Jego prawa ręka ciągnęła walizkę, której plastykowe kółka grzechotały po nierównościach chodnika, a od czasu do czasu poprawiała pasek, przewieszonej przez ramię, małej torby. Czuli się zespoleni na ulicy, wśród ludzi, w środku miasta. Ich dłonie były emisariuszami ustalającymi dalsze poczynania. Nie musieli niczego mówić. Wiedzieli, że wystarczy dojść i porzucić bagaż. Czekali na to, a zarazem odkładali ten moment. Śpieszyli się powoli. Była w tym celebracja nieuniknionej przyszłości. Teraz mieli dłonie; potem będą mieli siebie bez granic. Dłonie dotykają, ale opuszki palców z czasem tracą na znaczeniu. Kiedy dotyk staje się zmysłem głównym, dłonie schodzą na dalszy plan. Swoje odwieczne rozmowy zaczynają prowadzić stopy, uda, torsy, nawet nosy. Ale prawdziwymi liderami zostają usta. To zachłanne, wilgotne jamy o niewyobrażalnej wrażliwości. Kiedy w końcu mogli porzucić bagaż, musieli się o tym przekonać. Wystarczyło zatrzasnąć drzwi, aby rozpocząć misterium dotyku. Zapomnieli o niedomkniętym oknie, niezasuniętych zasłonach, o cienkich ścianach i wąskim łóżku. Ześlizgiwali się w przestrzeń dotyku i czułości. Aż w końcu nastąpił moment, w którym to znów dłonie przywróciły porządek. Bo to dłoń wsuwa się pomiędzy rozczochrane włosy, dłoń głaszcze zaczerwieniony policzek, dłoń uspokaja pulsującą pierś.

***

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.