Lokatorka Wildfell Hall - Anne Brontë - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 695 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 18 godz. 22 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lokatorka Wildfell Hall - Anne Brontë

Losy kobiety walczącej o niezależność w świecie, w którym w oczach społeczeństwa i w świetle prawa żona jest jedynie własnością swojego męża.

Pojawienie się we dworze Wildfell Hall pięknej i tajemniczej wdowy wywołuje wielkie poruszenie i huragan plotek wśród okolicznych mieszkańców. Jednym z nich jest coraz bardziej nią zaintrygowany Gilbert Markham. Czy młoda kobieta skrywa jakiś mroczny sekret? Kiedy żyjąca pod przybranym nazwiskiem „Helen Graham” pozwala dżentelmenowi na lekturę swojego dziennika, na jaw wychodzą wstrząsające szczegóły jej nieszczęśliwego małżeństwa i dramatycznej decyzji o porzuceniu męża. Wydaje się jednak, że nikt nie może uciec przed przeszłością...

Opinie o ebooku Lokatorka Wildfell Hall - Anne Brontë

Fragment ebooka Lokatorka Wildfell Hall - Anne Brontë











Do Wielmożnego J. Halforda

Drogi Halfordzie,

Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, w wielce szczegółowy i zajmujący sposób opisałeś mi najbardziej znaczące wydarzenia ze swej młodości, potem żądając ode mnie, bym zrewanżował się tym samym. Nie będąc wówczas w nastroju do zwierzeń, odmówiłem, twierdząc, iż przeszłość moja pozbawiona jest wypadków wartych uwagi. Ty jednakże, choć temat rozmowy natychmiast zmieniłeś, mym wykrętom nie dałeś wiary, czego dowodami były dosłyszalny w Twym głosie ton głębokiej urazy oraz cień, który zasnuwał Twoje oblicze przez pozostałą część naszego spotkania. I który – wnioskując z żalu i powściągliwości, jakimi od tamtej pory zdają się być podszyte Twoje listy – wciąż musi być na nim obecny.

Jakże Ci nie wstyd, stary druhu? Czyż nie powinieneś wspomnieć na tę długą i bliską zażyłość, która nas łączy i wszystkie te dowody przyjaźni i zaufania, którymi Cię obdarzałem, nie skarżąc się nigdy na swego rodzaju dystans i małomówność z Twej strony? Lecz być może w tym właśnie tkwi sedno – nie będąc z natury człowiekiem wylewnym, zwierzenia swe uznałeś za niebywałe świadectwo przyjaźni i przyznając sobie prawo do mojej wdzięczności, założyłeś, że bez chwili wahania pójdę za Twym przykładem.

Tak czy inaczej, nie chwyciłem za pióro po to, ażeby rzucać gromy na Twą głowę lub przepraszać za swe przewiny, ale – jeśli to możliwe – by za nie zadośćuczynić.

Mamy dziś nader deszczowy dzień. Rodzina moja bawi z wizytą poza domem i jestem sam w mej bibliotece, gdzie przeglądałem pożółkłe, stare listy i dokumenty, dumając nad minionymi dniami. Tym sposobem znalazłem się w nastroju odpowiednim ku temu, by zająć Cię opowieścią o mej przeszłości. Zdjąwszy dobrze ogrzane stopy z półki przy kominku, przysunąwszy się do stołu i nakreśliwszy powyższe słowa do mego oschłego, starego przyjaciela, za chwilę przedstawię mu zarys… nie, nie zarys – pełny i wierny obraz najważniejszych wydarzeń w mym życiu. Tych, które wyprzedziły w czasie moją znajomość z niejakim Jackiem Halfordem. Dopiero poznawszy je, będzie mógł on zarzucać mi niewdzięczność i chłód.

Wiem, jak bardzo cenisz sobie długie historie i jak wielką wagę przywiązujesz do szczegółów. Tych ostatnich nie będę Ci więc szczędził, jedyne ograniczenia natomiast stanowić będą moja cierpliwość i czas.

Pośród wspomnianych przeze mnie listów i dokumentów znajduje się mój wyblakły, stary dziennik, co odnotowuję tylko po to, aby uspokoić Cię, iż nie będę polegał wyłącznie na swej pamięci – choć tę mam dobrą. Zatem, od razu przystępując do rzeczy, oto Rozdział Pierwszy – jeden z wielu w mojej opowieści.


Rozdział I

Nowina

Trzeba nam się cofnąć do jesieni roku 1827.

Ojciec mój, jak wiadomo, był poniekąd szlachcicem na zagrodzie w hrabstwie X. i ja, na jego wyraźne życzenie, wstąpiłem w jego ślady. Nie nazbyt skwapliwie jednak, albowiem ambicja wzbudzała we mnie pragnienie wyższych celów, a próżność moja nakazywała mi myśleć, iż ignorując jej głos, zakopuję swój talent w ziemi i stawiam swoje światło pod korcem.[1] Matka całą mocą starała się wzbudzić we mnie przekonanie, że zdolny jestem do czynów wspaniałych, niemniej dla ojca ambicja była najpewniejszą drogą wiodącą ku ruinie, a zmiana kojarzyła się mu jednoznacznie z zagładą. O moich pomysłach na poprawienie sytuacji mojej czy mych bliźnich słyszeć nie chciał słowa, zapewniając mnie, że wszystko to głupstwa, na łożu śmierci zaś zaklinał mnie, abym nie zbaczał z drogi obranej ongiś przez niego, a wcześniej przez jego ojca i by moją największą ambicją życiową było kroczyć przez życie uczciwie i bez rozglądania się na boki, i bym ojcowiznę przekazał swym dzieciom w stanie tak kwitnącym, w jakim ją dostaję.

„Trudno! Bądź co bądź, pracowity gospodarz rolny jest jednym z najbardziej wartościowych członków zbiorowości ludzkiej i jeśli zdolności swoje spożytkuję na uprawę ziemi oraz doskonalenie sztuki rolniczej w ogólności, przysłużę się tym nie tylko swym najbliższym krewnym, ale i w pewnym stopniu całej ludzkości. Moje życie tym samym nie będzie życiem daremnym”.

Takimi to myślami usiłowałem dodać sobie otuchy, kiedy w pewien zimny i deszczowy wieczór pod koniec października utrudzony wielce wracałem z pól do domu. Jednak to jaskrawoczerwony blask kominka rozświetlający okno bawialni podniósł mnie na duchu, a nie wszystkie owe mądrości i szlachetne postanowienia, do których formułowania zmuszałem swój umysł. Pamiętaj bowiem, iż byłem wówczas człowiekiem młodym, zaledwie dwudziestoczteroletnim i nie zdążyłem jeszcze posiąść nawet połowy tej władzy, którą mam obecnie nad swą duszą.

Przez próg owego błogiego sanktuarium nie ośmieliłem się przejść dopóty, dopóki nie zastąpiłem swych ubłoconych butów czystymi, a swego zgrzebnego surduta nie zamieniłem na przyzwoite okrycie – matka moja, pomimo całej swej dobroci, była pod tym względem nader wymagająca. Pnąc się na górę do mego pokoju, napotkałem na schodach ładną dziewczynę w wieku lat dziewiętnastu, o zdrowej, pulchnej figurze, okrągłej, bardzo rumianej twarzy okolonej lśniącymi, gęstymi lokami i o małych, błyszczących oczkach. Nie muszę chyba dodawać, że była to moja siostra Rose. Wiem dobrze, że jest ona wciąż przystojną kobietą, w Twych oczach ani chybi nie mniej urzekającą niż w owym szczęśliwym dniu, w którym ujrzałeś ją po raz pierwszy. Naówczas nic nie zapowiadało, że za kilka lat stanie się żoną kogoś, kto – choć dotąd mi jeszcze nieznany – przeznaczony mi był na przyjaciela bliższego nawet od niej samej. Bliższego również od tego źle wychowanego młodzieńca, który próbował mnie przewrócić, gdym schodził z powrotem na dół i który w zamian za swe zuchwalstwo otrzymał ode mnie dotkliwy cios w ciemię, nie ponosząc na tym jednakże żadnego uszczerbku, gdyż nie dosyć, że głowa jego była nieprzeciętnie twarda, to osłaniała ją na domiar tego gęsta czupryna rudawych, kręconych włosów, przez naszą matkę zwanych kasztanowatymi.

Wszedłszy do bawialni, zastaliśmy rzeczoną zacną damę usadowioną w fotelu przy kominku i pochłoniętą dzierganiem, któremu to zajęciu zwykła się poświęcać w czasie wolnym od innych czynności. Ogień w palenisku buchał wysokimi płomieniami, służąca dopiero co przyniosła tacę z podwieczorkiem, a Rose wyjmowała cukiernicę i blaszany pojemnik na herbatę z ciemnego, dębowego kredensu, który w panującym w bawialni nastrojowym półmroku lśnił niczym polerowany heban.

– A więc są już obaj! – zawołała matka, spoglądając na nas kolejno, ani na chwilę jednak nie przestając poruszać swymi zwinnymi palcami, w których trzymała połyskujące igły. – Zamknijcie drzwi i siądźcie przy kominku, a Rose tymczasem przygotuje herbatę. Musicie umierać z głodu. W międzyczasie opowiedzcie mi, jak upłynął wam dzień. Lubię wiedzieć, co porabiają moje dzieci.

– Ujeżdżałem dziś tego szarego źrebaka, co było zadaniem niełatwym. Pilnowałem też zaorywania ostatniego ścierniska pszenicznego, bo parobczakowi brakuje rozeznania. Potem zabrałem się za odsączanie położonych niżej łęgów.

– Dzielny chłopiec! A ty, Fergusie – co robiłeś?

– Zastawiałem sidła na borsuki – odpowiedział on, po czym rozpoczął długą relację na temat polowania, szczegółowo opisując waleczność wpierw borsuka, a potem psów, podczas gdy nasza matka, udając zainteresowanie, przyglądała się jego ożywionemu obliczu z zachwytem, który zdawał się mi nieadekwatny do sytuacji.

– Pora, byś zajął się czym innym, Fergusie – wtrąciłem, wykorzystując pierwszą przerwę w jego opowiadaniu.

– A czym mógłbym się zająć? – odparł. – Matka nie zgadza się, bym został marynarzem czy zaciągnął się do wojska, ale ja postanowiłem, że nie będę robił niczego innego – poza uprzykrzaniem się wam wszystkim, byście zechcieli się mnie za wszelką cenę pozbyć.

Matka uspokajająco pogłaskała sztywne pukle jego włosów, a on, siląc się na to, by wydać się niepocieszonym, mruknął coś pod nosem. Rose już trzeci raz powtarzała swe nawoływania i usłuchawszy ich wreszcie, zajęliśmy nasze miejsca przy stole.

– Zacznijcie jeść – powiedziała. – Ja tymczasem opowiem wam, jak mnie minął dzień. Otóż poszłam dziś z wizytą do Wilsonów i wielka szkoda, Gilbercie, że mi nie towarzyszyłeś, bo była tam Eliza Millward!

– No i cóż z tego?

– Och! Nic takiego… Tylko wydała mi się taką miłą, zabawną istotką i pomyślałam, że nie miałabym nic przeciwko temu, by kiedyś w przyszłości móc nazywać ją…

– Zamilknij, moja droga! Twój brat daleki jest od podobnych zamysłów! – szepnęła gwałtownie matka.

– Z niecierpliwością czekałam na chwilę, w której będę mogła zakomunikować wam pewną ważną, zasłyszaną tam nowinę – podjęła na nowo Rose. – Jak wszyscy wiecie, miesiąc temu w okolicy pojawiła się pogłoska, jakoby ktoś miał zamiar nająć Wildfell Hall i – kto by pomyślał! – faktycznie ktoś już tam mieszka. Od tygodnia! A myśmy nie mieli o tym pojęcia!

– Niemożliwe! – zawołała matka.

– Nonsens! – wykrzyknął Fergus.

– Ależ to prawda! Mieszka tam samotnie jakaś dama!

– Wielkie nieba! Kochana, przecież ten dwór to jedna ruina!

– Kilka pokoi przystosowano do zamieszkania. I nie licząc jednej starszej służącej, owa dama mieszka tam całkiem sama!

– No nie! To wszystko psuje! Już rodziła się we mnie nadzieja, że jest czarownicą – oświadczył Fergus, odkrawając sobie grubą na cal pajdę chleba.

– Głupstwa pleciesz, Fergusie. Ale czy mama nie zgodzi się ze mną, że to dziwne?

– Bardzo! Ledwie mogę w to uwierzyć!

– A jednak to prawda. Jane Wilson się z nią widziała. Poszła do Wildfell Hall wraz ze swoją matką, która, usłyszawszy, że w okolicy pojawił się ktoś obcy, naturalnie nie zaznałaby spokoju, póki by tej osoby nie poznała i nie dowiedziałaby się na jej temat wszystkiego, co się tylko da. A więc owa nieznajoma to niejaka pani Graham. Nosi żałobne szaty, choć bez czarnego welonu, i jest bardzo młoda – liczy sobie nie więcej niż dwadzieścia sześć wiosen. Podobno jest nad wyraz skryta! I choć Jane i jej matka robiły co mogły, by dowiedzieć się, kim jest i skąd przybyła, to na nic się to zdało. Nie wydobyły z niej nic, co rzuciłoby choć promień światła na jej przeszłość, jej sytuację obecną czy rodzinne powiązania. Przy tym była wobec nich ledwie grzeczna i pożegnała się z nimi z widoczną ulgą. Eliza Millward mówi, że jej ojciec ma zamiar niebawem złożyć tej młodej wdowie wizytę, by zaofiarować jej pomoc duszpasterską, której, jego zdaniem, musi ona potrzebować, bo choć wiadomo, że przyjechała w te strony na początku ubiegłego tygodnia, na niedzielnym nabożeństwie w kościele się nie pojawiła. I ona – Eliza, znaczy – będzie mu towarzyszyć i jest przeświadczona, że na pewno uda jej się czegoś o niej dowiedzieć. Dobrze wiesz, Gilbercie, że Eliza potrafi wszystko. I my również powinnyśmy udać się do Wildfell Hall z wizytą, mamo. Przecież tak nakazuje dobre wychowanie.

– Oczywiście, moja droga. Biedactwo! Jakże musi się tam czuć samotna!

– Tylko idźcie tam jak najprędzej. I błagam, nie zapomnijcie opowiedzieć mi, ile cukru sypie do herbaty i jakiego rodzaju czepki nosi. I zapamiętajcie też wszystkie inne szczegóły, bo nie przeżyję, jeżeli ich wszystkich nie poznam – powiedział Fergus z kamiennym wyrazem twarzy.

Ale jeśli spodziewał się, że słowa jego zostaną przyjęte jako przebłysk porażającego dowcipu, srogo się zawiódł, gdyż nikt się nie roześmiał. Bynajmniej go to jednak nie speszyło. A gdy, odgryzłszy kęs chleba, miał wlać sobie w usta łyk herbaty, rozbawienie zawładnęło nim z tak nieprzemożoną siłą, że zmuszony był zerwać się od stołu i dławiąc się jedzeniem wybiec z pokoju. Podczas gdy matka z siostrą dalej dyskutowały na temat wiadomych i niewiadomych dotyczących tajemniczej damy, ja w milczeniu pochłaniałem posiłek składający się z herbaty, szynki i grzanek, choć wyznać muszę, że kilkukrotnie zdarzyło się, iż uniósłszy filiżankę do ust, odstawiałem ją z powrotem na stół, nie śmiejąc skosztować jej zawartości, ażeby wypadek podobny do tego, który przydarzył się memu bratu nie przytrafił się i mnie.

Następnego dnia moje dwie krewne pospieszyły do Wildfell Hall złożyć ukłony pięknej samotnicy. I mimo że po powrocie z wizyty wiedziały niewiele więcej niż przedtem, matka uznała, że nie szkoda jej całego zachodu, bo chociaż wyprawa jej samej nie przyniosła żadnego pożytku, skorzystali na niej inni, co nawet lepsze.

– Udzieliłam pani Graham wielu cennych rad, których, jak mam nadzieję, nie zlekceważy. Była co prawda małomówna i zdawała się nieco dumna, ale nie sprawiała wrażenia osoby bezrozumnej. Choć nie wiem, gdzie się chowała przez całe życie, biedactwo, bo w pewnych kwestiach zdradzała godną ubolewania niewiedzę. I nie orientowała się nawet, że to powód do wstydu.

– W jakich kwestiach? – zapytałem.

– W rozmaitych domowych kwestiach, włączając w to te wszystkie subtelności sztuki kulinarnej, na których każda dama powinna się znać, bez względu na to, czy życie zmusi ją do zastosowania tej wiedzy w praktyce, czy też nie. Dałam jej kilka przydatnych wskazówek i parę znakomitych przepisów, których wartości jednak najwyraźniej nawet się nie domyślała, gdyż błagała mnie, abym nie robiła sobie kłopotu, bo żyje tak prosto i skromnie, że z pewnością nigdy nie będzie miała okazji z nich skorzystać. „Mniejsza o to, moja droga – rzekłam do niej. – Przekazuję pani wiedzę, którą powinna posiadać każda przyzwoita kobieta. A zresztą, chociaż jest pani w tej chwili samotna, nie oznacza to wcale, że zawsze tak będzie. Kiedyś była pani mężatką i prawdopodobnie – a raczej na pewno – znów pani nią będzie”. Na co ona odparła, rzekłabym, wyniośle: „Tutaj się pani myli, madame. Nigdy już nie wyjdę za mąż”. Zapewniłam ją jednak, że ja, żyjąc na tym świecie dłużej od niej, mam więcej doświadczenia w tych sprawach.

– Zatem to jakaś sentymentalna młoda wdowa – powiedziałem. – Przybyła tu w poszukiwaniu samotności, w której mogłaby ze spokojem opłakiwać swego męża. To nie będzie jednak trwało długo.

– Ja też tak uważam – wtrąciła Rose. – Nie zdawała się bynajmniej pogrążona w jakimś wielkim żalu. Do tego jest bardzo ładna, a nawet piękna. Gdybyś ją zobaczył, Gilbercie, powiedziałbyś, że jest skończenie piękna, choć niełatwo byłoby się dopatrzeć podobieństwa pomiędzy nią a Elizą Millward.

– Potrafię sobie wyobrazić twarz piękniejszą od tej, którą posiada Eliza, ale nie bardziej urokliwą. Zgodzę się, że brakuje jej nieco do doskonałości, jednak gdyby była nieskazitelnie piękna, stałaby się mniej interesująca.

– Zatem wolisz defekty Elizy od doskonałości innych kobiet?

– Otóż to…

– Och, Gilbercie drogi! Jakie głupstwa opowiadasz! Wiem, że naprawdę tak nie myślisz. To wykluczone… – powiedziała matka. I by nie usłyszeć odpowiedzi, która drżała już na końcu mego języka, podniósłszy się, prędko wyszła z pokoju pod pozorem konieczności dopilnowania jakiejś domowej sprawy.

Rose tymczasem raczyła mnie dalszymi szczegółami na temat pani Graham. I choć jej słów słuchałem zaledwie jednym uchem, to powierzchowność nieznajomej, jej sposób bycia, elementy jej stroju i meble znajdujące się w zamieszkiwanych przez nią wnętrzach stanęły przed mymi oczami żywiej niż bym sobie tego życzył.

Następnej niedzieli wszyscy zadawali sobie pytanie, czy piękna nieznajoma, usłuchawszy napomnień pastora, pojawi się w kościele. Przyznać muszę, iż sam popatrzyłem z pewną ciekawością w stronę starej rodzinnej ławy należącej do Wildfell Hall, gdzie od lat nikt nie przyciskał swym ciężarem spłowiałych, szkarłatnych obić i gdzie ze ściany powyżej spoglądały chmurnie od dawien dawna nieodświeżane ponure tarcze herbowe.

Tam właśnie ujrzałem przyodzianą w czerń kobiecą sylwetkę i skierowaną w mą stronę twarz, a w niej coś, co nakazało mi spojrzeć ponownie. Zwróciłem uwagę na lśniące, kruczoczarne włosy ułożone w pierścienie długich loków – wówczas dość niespotykany rodzaj uczesania, chociaż wdzięczny i twarzowy. Zauważyłem czystą i bladą cerę. Jej oczu nie dostrzegłem, bowiem opuszczone były na modlitewnik i osłaniały je firanki długich, czarnych rzęs. Jej brwi wznosiły się ponad powiekami wyrazistymi, mocno zarysowanymi łukami, czoło jej było wysokie i myślące, nos doskonale orli. Ogółem biorąc, wszystkie rysy jej twarzy były nienaganne. Jedynie policzki i oczodoły miała trochę zapadnięte, a usta – choć doskonale foremne – nieco zbyt wąskie i odrobinę zbyt mocno zaciśnięte. Doszedłszy do wniosku, że wyraz ich świadczyć musi o nieprzystępnym charakterze, rzekłem do siebie w duchu: „Wolę podziwiać cię z tej odległości, piękna damo, niż jako współmieszkaniec twego domu”.

Los zrządził, że w owej właśnie chwili ona podniosła głowę i oczy jej napotkały mój wbity w nią wzrok, którego nie uznałem za stosowne odwrócić. Kiedy przeniosła spojrzenie z powrotem na książeczkę do nabożeństwa, przez jej oblicze przebiegł pewien nieuchwytny wyraz tłumionej pogardy. Zdał mi się on niewymownie nieznośny. „Ma mnie za zuchwalca – pomyślałem. – Hm! Jeśli jednak uznam ją za wartą mego zachodu, wkrótce zmieni zdanie”.

Uzmysłowiwszy sobie naraz, iż znajduję się w świątyni, gdzie podobne rozważania są wielce niestosowne, przywołałem się do porządku. Jednakże nim uwagę swą skierowałem na nabożeństwo, rozejrzałem się dyskretnie wokół, ażeby przekonać się, czy nikt mnie nie obserwuje. Nie miałem się czego obawiać – oczy tych, którzy nie patrzyli w modlitewniki, zwrócone były właśnie na obcą damę, a pośród owych ciekawskich znajdowały się moja zacna matka wraz z moją siostrą, pani Wilson i jej córka, a nawet Eliza Millward, która zerkała ukradkiem na obiekt powszechnej ciekawości. Ta ostatnia niebawem przeniosła spojrzenie na mnie i posławszy mi zalotny uśmieszek, zarumieniła się, po czym wstydliwie opuściła wzrok na swą książeczkę do nabożeństwa, usiłując uspokoić wzburzone rysy twarzy.

Znów przekraczałem granice przyzwoitości, lecz tym razem do porządku przywołało mnie nagłe szturchnięcie w żebra otrzymane od mego zadziornego brata. Na razie na zniewagę tę zareagować mogłem jedynie, przydeptując mu palce u nogi i z należytym rewanżem za wyrządzoną krzywdę trzeba mi było poczekać do chwili, w której mieliśmy znaleźć się poza kościołem.

Nim zakończę pisanie tego listu, Halfordzie, muszę opowiedzieć Ci o Elizie Millward. Otóż była ona młodszą córką pastora, a przy tym bardzo ujmującą istotką, do której żywiłem niemałą słabość. Z tej mojej słabości panna Millward zdawała sobie sprawę, aczkolwiek nigdy niczego nie dałem jej wprost do zrozumienia i nigdy też nie zamierzałem, bowiem znałem pogląd swej matki na tę kwestię. Jej zdaniem, w promieniu dwudziestu mil nie mieszkała ani jedna godna mnie panna i nieznośna była jej myśl, że mógłbym poślubić tę nic nieznaczącą dziewczynę, która, nie licząc innych licznych defektów, nie posiadała nawet dwudziestu funtów przy duszy. Eliza figurę miała jednocześnie smukłą i pulchną, twarz drobną i prawie tak okrągłą, jak moja siostra, podobną cerę, choć nie tak różaną, zadarty nos i wszystkie rysy twarzy w zasadzie nieregularne. Mówiąc pokrótce, była raczej urocza niż urodziwa. Sekret owego uroku tkwił w jej oczach. Miały one podłużny kształt, ciemnobrązowe, niemal czarne tęczówki oraz nieustannie zmieniający się wyraz, który zawsze jednak odznaczał się nadnaturalną, diaboliczną wręcz, figlarnością i nieprzepartym czarem. Ich właścicielka mówiła łagodnym, dziecinnym głosikiem, poruszała się miękko niczym kot i swym sposobem bycia również przypominała to przyjemne stworzenie, raz będąc swawolną i filuterną, a raz bojaźliwą i ostrożną.

Jej starsza o kilka lat siostra Mary miała wyższy wzrost, tęższą budowę ciała i była pospolitej urody cichą i rozsądną dziewczyną, która od czasu długiej i ostatniej choroby ich matki pełniła w domu rolę gospodyni. Cieszyła się zaufaniem i szacunkiem swego ojca, łasiły się do niej wszystkie psy i koty, była uwielbiana przez dzieci i ubogich, natomiast przez wszystkich innych traktowana niczym powietrze.

Jeżeli zaś chodzi o ich ojca, wielebnego Michaela Millwarda, to był on starszym, ociężałym dżentelmenem o wielkiej, kwadratowej twarzy o grubych rysach, chodzącym z masywną laską w dłoni i odziewającym swe wciąż mocarne kończyny w bryczesy i getry. Był to człowiek stałych zasad, silnych uprzedzeń i regularnych nawyków – nieznoszący sprzeciwu w żadnej postaci i żyjący w niezachwianym przeświadczeniu, że jego sądy są zawsze słuszne, a ci, którzy się z nimi nie zgadzają to godni pożałowania głupcy.

W dzieciństwie wzbudzał we mnie trwożliwy szacunek, bowiem choć wobec grzecznych przejawiał ojcowską dobroć, opowiadał się za surową dyscypliną i często srogo nas karcił za nasze młodzieńcze słabości i drobne przewinienia, a ilekroć nawiedzał dom naszych rodziców, żądał, abyśmy, stając przed nim, recytowali Wyznanie Wiary albo jeden z hymnów, lub – co gorsza – odpowiadali na pytania dotyczące jego ostatniego kazania, którego nigdy nie potrafiliśmy zapamiętać. Niekiedy ów czcigodny dżentelmen strofował naszą rodzicielkę za pobłażliwość, jaką okazywała swym synom, co okrutnie raniło jej matczyne uczucia. I choć darzyła go wielkim szacunkiem, pewnego razu usłyszałem, jak woła:

– Dobry Boże, gdybyś był dał mu syna, nie ofiarowywałby teraz innym swych rad tak skwapliwie i wiedziałby, jakim dopustem jest wychowywanie dwóch chłopców.

Wielebny z godną pochwały troską dbał o swe zdrowie cielesne – wcześnie udawał się na spoczynek, przed śniadaniem zawsze wychodził na spacer, ubierał się ciepło i chociaż natura wyposażyła go w solidną parę płuc i tubalny głos, słynął z tego, że nie wygłaszał kazania, dopóki nie przełknął uprzednio surowego jajka. Był nad wyraz wybredny pod względem tego, co pił i jadł, acz niczego bynajmniej sobie nie odmawiał. Posiadając zaś swoiste upodobania żywieniowe: pogardzając wielce herbatą, chwaląc sobie za to zalety piwa, jajecznicy na bekonie, szynek, suszonej wołowiny i innych ciężkostrawnych mięs i uznając je za odpowiednie dla swego układu pokarmowego, uważał je za zdrowe dla wszystkich innych i z całą stanowczością zalecał je chorym. A gdy zachwalana przez niego kuracja nie przynosiła im spodziewanych korzyści, oskarżał ich o brak wytrwałości lub posądzał o wymysły.

Jeszcze kilka słów na temat dwóch osób, o których wspomniałem wcześniej, a potem zakończę pisać ten długi list. Mam tutaj na myśli panią Wilson i jej córkę. Ta pierwsza była wdową po bogatym farmerze, do tego kobietą rozmiłowaną w plotkach, o zaściankowej mentalności i charakterze niezasługującym na uwagę. Miała ona dwóch synów: Roberta i Richarda. Robert, nieprzyjemny w obyciu grubianin, tak jak ojciec trudnił się uprawą ziemi. Richard tymczasem był nieśmiałym i pracowitym młodzieńcem, który z pomocą pastora studiował klasyków i przygotowywał się do wstąpienia na wyższą uczelnię dla duchownych.

Siostra tych dwóch, Jane, posiadała pewne zdolności, ale jeszcze większe ambicje. Na własne życzenie kształcona była w szkole z internatem, gdzie nabrała ogłady i zatraciła zupełnie prowincjonalny akcent. Swoimi osiągnięciami przewyższała wszystkich członków swej rodziny, a nawet córki pastora. Przy tym powszechnie uważana była za piękność, aczkolwiek mnie w poczet swych wielbicieli zaszeregować nie mogła. Liczyła sobie wówczas lat około dwudziestu sześciu, była wysoka i szczupła, a włosy jej nie były ani kasztanowate, ani rdzawe, lecz zdecydowanie jaskrawo rude. Cerę miała nadzwyczaj czystą i promienną, małą główkę osadzoną na długiej szyi, zgrabny, choć bardzo krótki podbródek, usta wąskie i czerwone, spojrzenie orzechowych oczu bystre i przenikliwe, jakkolwiek całkiem pozbawione poezji czy uczucia. Wielu wielbicieli z okolicy starało się o jej rękę, mimo że jej wyszukanemu gustowi i wygórowanym ambicjom sprostać mógł tylko dżentelmen zamożny i wysoko urodzony. Ostatnimi czasy pojawił się człowiek, który okazywał jej niewątpliwe względy i wobec którego serca, nazwiska i majątku, jak szeptano, Jane miała poważne zamiary. Był to niejaki pan Lawrence – młody ziemianin, którego rodzina, nim przeniosła się do przestronniejszej rezydencji na terenie sąsiedniej parafii, ongiś zamieszkiwała Wildfell Hall.

Tymczasem pożegnam się już z Tobą, Halfordzie. Proszę, uznaj ten list za pierwszą ratę mojego długu i jeśli moneta, którą go spłacam przypadła Ci do gustu, nie omieszkaj mnie o tym powiadomić. Jeżeli zaś, zamiast napełniać swą sakiewkę tak nieporęcznym pieniądzem, wolisz, bym pozostał Twym dłużnikiem, ja wybaczę Ci ten brak dobrego smaku i skarb swój z chęcią zatrzymam dla siebie.

Twój oddany przyjaciel,

Gilbert Markham


Rozdział II

Rozmowa

Z radością odkryłem, mój najdroższy przyjacielu, że cień niezadowolenia, który unosił się nad Twą głową już się rozproszył i światło Twego błogosławieństwa sprzyja mi na nowo, albowiem życzysz sobie, bym kontynuował zaczętą opowieść. Bez zbędnej straty czasu przechodzę zatem do rzeczy.

Przypominam sobie, że ostatnim dniem, o którym wspomniałem w swym poprzednim liście była pewna niedziela pod koniec października roku 1827. W następny wtorek, zabierając ze sobą psa i fuzję, poszedłem poszukać na terytorium naszego Linden-Car dzikiej zwierzyny. Nie mogąc wypatrzeć jednak żadnej zdobyczy, postanowiłem skierować strzelbę na jastrzębie i czarne wrony, których grabieżcze zwyczaje, jak podejrzewałem, były przyczyną mego niepowodzenia w łowach. Z myślą o tym, oddalając się od uczęszczanych szlaków, zadrzewionych dolin oraz łąk, podążyłem w górę stromego zbocza Wildfell – najdzikszego i najwyższego wzniesienia w naszej okolicy. W miarę jak piąłem się wzwyż, żywopłoty i drzewa stawały się coraz bardziej skarłowaciałe i coraz bardziej nieliczne, aż wreszcie te pierwsze całkiem ustąpiły miejsca prymitywnym, kamiennym ogrodzeniom, które tu i ówdzie pokrywała zieleń bluszczy i mchu, te drugie zaś usunęły się z drogi modrzewiom, sosnom i pojedynczym krzewom. Tutejsze nierówne, skaliste pola w ogóle nie nadawały się pod uprawę i w większości przeznaczono je na pastwiska dla owiec i bydła. Gleba była tu słaba i jałowa i z pokrytych trawą pagórków gdzieniegdzie wyłaniały się fragmenty szarej skały. Pod murami rosły krzewinki czarnej borówki oraz wrzosu, podczas gdy wszędzie indziej pośród nielicznego ziela niepodzielnym panowaniem cieszyły się krostawiec i sitowie. Nic tutaj nie było moje.

Niemal na samym szczycie wzgórza, w odległości około dwóch mil od Linden-Car, wznosiło się Wildfell Hall – wybudowany z ciemnego kamienia wiekowy dwór elżbietański. Ta wielce malownicza i majestatyczna z wyglądu siedziba wewnątrz bez wątpienia musiała być niezwykle mroczna i zimna. Kratowe okna były niewielkie, wywietrzniki w widoczny sposób nadgryzł ząb czasu, a całą budowlę przed deszczem i wiatrem chroniła jedynie kępa sosen, sama po części nadwątlona przez burze i prezentująca się równie surowo i złowrogo, co sam dwór. Powyżej rozciągało się kilka opustoszałych pól, które biegły aż po pokryty dywanem brązowego teraz wrzosu wierzchołek wzgórza. Przed dworem natomiast roztaczał się okolony kamiennym murem ogród. Wejście prowadziło poprzez żelazną bramę o słupach zwieńczonych wielkimi kulami z szarego granitu, podobnymi do tych, które zdobiły dach i szczyty budynku. Ogród niegdyś wypełniały mało wymagające i odporne na kaprysy pogody rośliny, a także drzewa i krzewy, które łatwo poddawały się nożycom ogrodnika i gotowe były przybierać każdy wymyślony przezeń kształt. Teraz jednak miejsce to, od wielu lat opuszczone i nieporządkowane przez nikogo, pozostawione na pastwę chwastów i traw, mrozu i wiatru oraz deszczu i suszy przedstawiało sobą doprawdy bardzo szczególny widok. Ciągnące się wzdłuż głównej ścieżki żywopłoty były w dwóch trzecich uschłe, a to, co z nich pozostało, rozrosło się na wszystkie strony. Stary bukszpanowy łabędź, który przysiadł obok skrobaka do butów zatracił połowę swego ciała. Uformowane z wawrzynu zamkowe wieże sterczące na środku ogrodu, olbrzymi wojownik stojący przy jednym z boków bramy i lew strzegący drugiego – wszystkie te twory przybrały tak osobliwe kształty, że nie przypominały już żadnych niebiańskich czy ziemskich istot i dla mej młodej wyobraźni jawiły się niczym stworzenia podobne do goblinów. Doskonale współgrało to zresztą z upiornymi legendami, które w dzieciństwie na temat dworu i jego minionych mieszkańców opowiadała nam nasza stara piastunka.

Ustrzeliwszy już jastrzębia i dwie wrony, postanowiłem poniechać dalszych łowów i powędrować dalej, ażeby przyjrzeć się budynkowi bliżej i zobaczyć, jakie zmiany poczyniła w jego otoczeniu jego nowa mieszkanka. Nie chcąc jednakże podchodzić zbyt blisko, zatrzymałem się przy ogrodowym murze. Rozejrzawszy się wokół, nie stwierdziłem żadnych zmian, jedynie wybite okna i zniszczony dach w jednym ze skrzydeł dworu najwyraźniej zostały zreperowane, a z komina wydobywały się kłęby dymu.

Gdym tak stał zadumany, wsparty na swej fuzji i zapatrzony w ciemne szczyty budowli, uszu mych dobiegł nieznaczny szelest dochodzący z ogrodu. Za chwilę też ujrzałem maleńką rączkę wzniesioną ponad murem, która chwyciła się kurczowo najwyższego z kamieni i zaraz potem pojawiła się druga rączka, a za nią mała, biała główka zwieńczona koroną jasnobrązowych włosów, pod którą błyszczała para ciemnoniebieskich oczek i lśniła niczym kość słoniowa górna część drobnego noska.

Owe oczka mnie nie zauważyły, lecz roziskrzyły się radośnie dostrzegłszy Sancho – mojego pięknego, czarno-białego setera, który biegał tam i z powrotem po polu z nosem przy ziemi. Nieznana mi istotka zawołała na psa, na co ten zatrzymał się, uniósł pysk w górę i zamerdał ogonem, na żadne dalsze uprzejmości jednak się nie decydując. Dziecko (mały chłopiec w wieku lat około pięciu) wdrapało się na mur i zawołało ponownie, a potem jeszcze raz. Widząc bezowocność swych zabiegów, postanowiło zapewne, że skoro góra nie chce przyjść do niego, tak jak Mahomet, samo przyjdzie do góry. Pech sprawił tymczasem, że próbując przedostać się na drugą stronę muru, zaplątało się w gąszczu gałęzi starego czereśniowego drzewa rosnącego tuż obok i zahaczyło sukienką o jeden z jego chropawych, wykrzywionych konarów. Podejmując zaś próbę wyswobodzenia się z zarośli, pośliznęło się i runęło w dół – nie na ziemię jednak, zawisło bowiem na swym ubranku. Przez chwilę trwała cicha walka, po czym rozległ się przeszywający krzyk. Na co ja, rzuciwszy natychmiast strzelbę na ziemię, chwyciłem chłopca w ramiona.

Otarłszy brzegiem sukienki jego zapłakane oczy, zapewniłem go, że jest cały i zdrów i na pociechę przywołałem do siebie psa. Kiedy dziecko kładło swą maleńką rączkę na karku zwierzęcia i zaczynało już uśmiechać się przez łzy, usłyszałem za sobą trzaśnięcie żelaznej bramy i szelest kobiecej sukni. Oto bowiem w stronę moją – z nieosłoniętą szyją i czarnymi lokami rozwianymi przez wiatr – ruszyła pani Graham.

– Proszę oddać mi to dziecko! – powiedziała głosem niewiele donośniejszym od szeptu, którego ton jednakże przejmował gwałtownością. Wydarła chłopca z mych objęć, jak gdyby ręce moje nasączone były jaką straszliwą trucizną i przystanęła, w jednej dłoni ściskając jego małą rączkę, drugą kładąc na jego ramieniu i wbijając we mnie błyszczące spojrzenie swych wielkich, ciemnych oczu – blada, bez tchu i drżąca ze zdenerwowania.

– Nie robiłem temu dziecku żadnej krzywdy, pani – rzekłem, nie mogąc się zdecydować, czemu się poddać: swemu zdumieniu czy gniewowi. – Spadł z tamtego muru i szczęśliwie udało mi się go w porę złapać i zapobiec Bóg jeden wie jakiej tragedii.

Promień światła rozsądku zdawał się docierać do jej zasnutej chmurami duszy i delikatny rumieniec napłynął na jej policzek.

– Proszę mi wybaczyć, sir – wyjąknęła wreszcie. – Nie znam pana i wyobraziłam sobie…

Pochyliła się, by ucałować dziecko.

– Wyobraziła sobie pani, że próbuję porwać jej syna?

Głaszcząc go po główce, roześmiała się z zakłopotaniem.

– Nie wiedziałam, że próbował przejść przez mur – odrzekła, po czym dodała pospiesznie: – Mam przyjemność rozmawiać z panem Markhamem, prawda?

Skłoniwszy się, ośmieliłem się zapytać, jak mnie rozpoznała.

– Pańska siostra złożyła nam kilka dni temu wizytę. Razem z panią Markham.

– Zatem podobieństwo jest tak uderzające? – zapytałem z pewnym zaskoczeniem, a myśl o takiej możliwości nie pochlebiła mi tak, jak powinna.

– Niejakie podobieństwo istnieje, jak sądzę – odpowiedziała z pewnym niezdecydowaniem i przyglądając się mojej twarzy. – Poza tym zdaje mi się, że widziałam pana w niedzielę w kościele.

Uśmiechnąłem się. Ten rodzaj uśmiechu musiał przywołać w niej jakieś wyjątkowo nieprzyjemne wspomnienia, albowiem nagle twarz jej przybrała ów dumny, lodowaty wyraz, który zdał się mi tak bardzo nieznośny w kościele.

– Do widzenia, panie Markham – powiedziała i bez dalszego słowa czy spojrzenia wycofała się wraz ze swym dzieckiem do ogrodu.

Ja natomiast skierowałem się w drogę powrotną do domu – pełen gniewu i rozżalenia, choć nie potrafiłbym podać przyczyny owych uczuć.

Do domu wstąpiłem tylko po to, aby zostawić tam fuzję i róg z prochem. A po wydaniu kilku niezbędnych poleceń jednemu z parobków udałem się na plebanię poszukać w towarzystwie Elizy Millward pocieszenia dla mej duszy i ukojenia dla mego wzburzonego nastroju.

Jak zwykle, zastałem ją pochyloną nad jakimś haftem, jej siostra tymczasem, siedząc z kotem na kolanach w kącie przy kominku, zajęta była cerowaniem sterty pończoch. Tuż przed swym wejściem do pokoju usłyszałem gorączkowe słowa Elizy:

– Mary, Mary! Odłóż to!

– Oczywiście, że nie – brzmiała wygłoszona niewzruszonym głosem odpowiedź.

Moje pojawienie się ukróciło dalszą dyskusję.

– Doprawdy, ma pan takiego pecha, panie Markham! – zauważyła młodsza z sióstr, posyłając mi jedno ze swoich figlarnych spojrzeń. – Papa właśnie wyszedł i na pewno nie wróci nim minie godzina!

– Nic nie szkodzi. Wytrzymam kilka chwil w towarzystwie jego córek, jeśli mi tylko na to pozwolą – odrzekłem i nie czekając na zaproszenie, przysunąłem krzesło do kominka i usadowiłem się w nim.

– Jeśli obieca pan być grzecznym i zabawnym, nie będziemy protestować.

– Dając mi swoje przyzwolenie, proszę nie stawiać mi żadnych warunków, gdyż nie przyszedłem tu, by ofiarowywać przyjemność, lecz by jej poszukać – odparłem.

Pomyślałem jednak, że należałoby się zdobyć na niewielki wysiłek, by uczynić swoją obecność miłą. Zabiegi moje najwyraźniej zakończyły się całkiem pomyślnie, bowiem panna Eliza nigdy nie była w lepszym humorze i zaiste zdawało się, że oboje jednakowo jesteśmy zadowoleni z własnego towarzystwa i naszej pogodnej i ożywionej, acz dość powierzchownej rozmowy. Okoliczność ta niewiele różniła się od spotkania tete-a-tete, gdyż panna Millward nie odzywała się w ogóle. Raz jedynie poprosiła siostrę o podniesienie kłębka bawełny, który zatoczył się był pod stół. To jednak ja go jej wręczyłem.

– Dziękuję, panie Markham – powiedziała starsza panna Millward. – Sama bym to zrobiła, ale nie chciałam przeszkadzać kotu.

– Mary, moja droga, w oczach pana Markhama to żadne usprawiedliwienie – rzekła Eliza. – Ośmielę się stwierdzić, że nie znosi on kotów tak serdecznie, jak starych panien. Podobnie jak wszyscy inni dżentelmeni, prawda, panie Markham?

– Moim zdaniem to naturalne, że przedstawiciele niegodziwej płci brzydkiej nie lubią tych stworzeń – odparłem. – Dlatego, że wy, panie, obdarowujecie je tak wieloma pieszczotami.

– Niechże Bóg pobłogosławi te nasze małe skarby – zawołała Eliza w nagłym przypływie uniesienia i odwróciwszy się, obsypała ulubieńca swej siostry gradem pocałunków.

– Przestań, Elizo – nieco burkliwie powiedziała panna Millward.

Na mnie szybko jednakże przyszedł czas. Już spóźniony byłem na podwieczorek, a matka nasza stanowczo wymagała od nas punktualności. Tymczasem moja piękna znajoma wyraźnie nie miała ochoty się ze mną żegnać. Kiedy się rozstawaliśmy, delikatnie uścisnąłem jej drobną rączkę, za co podziękowała mi jednym ze swoich najsłodszych uśmiechów i jednym ze swych najbardziej czarownych spojrzeń. Do domu wróciłem bardzo szczęśliwy – z sercem przepełnionym zadowoleniem z siebie i wezbranym miłością do Elizy.


Rozdział III

Kontrowersja

Dwa dni potem pani Graham zaszła do Linden-Car – wbrew oczekiwaniu Rose, przekonanej, że tajemnicza lokatorka Wildfell Hall całkowicie zlekceważy powszechnie obowiązujące normy cywilizowanego życia. Z tą opinią zgadzali się Wilsonowie, jako że ich wizyta złożona pani Graham, tak jak i wizyta Millwardów, nie została jak dotąd odwzajemniona. Powód owego zaniedbania został wyjaśniony teraz, aczkolwiek zdaniem Rose w sposób niewystarczająco zadowalający. Kiedy nasza matka wyraziła zdumienie, że pani Graham przyprowadziła ze sobą dziecko i że dało ono radę przejść tak długą drogę, tamta odpowiedziała:

– To dla niego zaiste długi spacer, ale nie miałam wyjścia. Musiałam zabrać go ze sobą lub całkiem zrezygnować z wizyty, gdyż nigdy nie zostawiam go samego. I chciałabym panią prosić, pani Markham, o wytłumaczenie mnie przed państwem Millward i państwem Wilson, bo obawiam się, że nie będę mogła pozwolić sobie na przyjemność odwiedzenia ich dopóty, dopóki mój mały Arthur nie będzie w stanie mi towarzyszyć.

– Ależ ma pani służącą – zauważyła Rose. – Nie mogłaby pani zostawić go pod jej opieką?

– Ma dosyć swoich obowiązków, a poza tym jest już zbyt stara, by biegać za dzieckiem. Arthur jest żywym chłopcem i nie mogę odpowiedzialnością za niego obarczać kobiety w podeszłym wieku.

– Ale do kościoła przyszła pani przecież sama.

– Tak, to prawda. Jednak nie zostawiłabym go w domu z żadnego innego powodu. I w przyszłości, jeśli nie uda mi się znaleźć sposobu na to, by zabierać go ze sobą, będę musiała zrezygnować z uczestniczenia we mszy.

– Doprawdy jest aż tak psotliwy? – zapytała matka, nader zaskoczona.

– Nie – odrzekła ze smutnym uśmiechem dama, głaszcząc pukle włosków swego syna, który siedział na niskim stołku u jej stóp. – Ale to mój jedyny skarb. A ja jestem jego jedynym kompanem, więc nie lubimy się rozstawać.

– Ależ moja droga, przecież to nadopiekuńczość – rzekła moja prostolinijna rodzicielka. – Powinna pani spróbować pohamować te niemądre skłonności, ażeby uchronić syna przed zepsuciem, a siebie przed śmiesznością.

– Zepsuciem, pani Markham?

– Tak. To przecież rozpieszczanie dziecka. Nawet w obecnym wieku nie powinien nieustannie trzymać się maminej spódnicy. Powinien nauczyć się tego wstydzić.

– Pani Markham, proszę, by nie mówiła pani takich rzeczy, przynajmniej w jego obecności. Mam nadzieję, że mój syn nigdy nie będzie wstydził się kochać swojej matki! – odparła pani Graham z żarem w głosie, który wprawił w popłoch wszystkich zebranych.

Matka podjęła próbę udobruchania jej, wyjaśniając, co miała na myśli, a potem, zdając się sądzić, iż dość już zostało powiedziane w tej kwestii, sprowadziła rozmowę na inne tory.

„Tak, jak myślałem – powiedziałem do siebie w duchu. – Temperament tej damy nie należy do łagodnych, mimo jej czarującej, bladej twarzy i wysokiego czoła, na którym, jak się zdaje, inteligencja i cierpienie jednakowo odcisnęły swoje piętno”.

Przez cały ten czas siedziałem przy stole po przeciwległej stronie pomieszczenia, pozornie pochłonięty lekturą periodyku rolniczego, który, jak się złożyło, czytałem w chwili przybycia naszego gościa. Nie chcąc wydać się natarczywie uprzejmym, wejście pani Graham uhonorowałem jedynie skinieniem głowy, po czym wróciłem do przerwanego zajęcia.

Krótką chwilę później poczułem jednak, że ktoś zbliża się do mnie lekkim acz powolnym, pełnym niepewności krokiem. Był to mały Arthur przyciągany niczym magnes przez mego psa Sancho, który leżał u mych stóp. Podniósłszy wzrok, ujrzałem go stojącego w odległości około dwóch jardów z wyrazistymi, niebieskimi oczami wpatrzonymi tęsknie w czworonoga. Paraliżował go nie strach przed zwierzęciem, lecz lęk przed jego panem. Niewielka zachęta z mojej strony skłoniła go jednakże do zbliżenia się. Chłopiec bowiem, choć nieśmiały, nie był nietowarzyski i po chwili już klęczał na dywanie, obejmując rączkami szyję Sancho, a minutę lub dwie później siedział na mym kolanie, z zainteresowaniem przyglądając się rozmaitym odmianom koni, bydła i trzody chlewnej ukazanym w rozłożonym przede mną czasopiśmie. Od czasu do czasu zerkałem na jego matkę, by sprawdzić, jak przyjmuje tę nowopowstałą zażyłość. W wyrazie jej oczu dostrzegłem, że z jakiegoś powodu wzbudziła w niej niepokój.

– Arthurze, przyjdź tutaj – przemówiła wreszcie. – Przeszkadzasz panu Markhamowi w czytaniu.

– Ależ bynajmniej, pani Graham. Proszę pozwolić mu zostać. Jest mi równie miło, jak jemu – poprosiłem.

Mimo to ona skinieniem dłoni milcząco przywołała dziecko do swego boku.

– Nie, mamo – powiedział chłopiec. – Pozwól mi najpierw popatrzeć na te obrazki, a potem przyjdę i opowiem ci o nich.

– W poniedziałek piątego listopada będziemy podejmować niewielką grupę gości – rzekła moja matka. – I mam nadzieję, że przyjmie pani zaproszenie, pani Graham. Będzie pani mogła zabrać synka ze sobą, na pewno uda nam się go czymś zabawić. I będzie miała pani okazję sama przeprosić Millwardów i Wilsonów. Spodziewamy się ich obecności.

– Dziękuję, ale nie mam zwyczaju bywać na przyjęciach.

– Och, ależ to będzie tylko małe spotkanie towarzyskie. Wśród zaproszonych są jedynie Millwardowie i Wilsonowie, z którymi w większości już się pani zaznajomiła. A także pan Lawrence – to pani gospodarz i powinna go pani poznać.

– Poniekąd zawarłam już z nim znajomość. Tym razem musi mi pani wybaczyć. Wieczory są obecnie ciemne i wilgotne i obawiam się, że Arthur jest zbyt delikatnego zdrowia. Przyjemność skorzystania z pani gościnności musimy odłożyć do czasu, gdy powrócą dłuższe dni i cieplejsze noce.

Rose tymczasem, wyjąwszy z kredensu na polecenie matki karafkę z winem, kieliszki oraz ciasto, postawiła je należycie na stole. Obydwoje goście poczęstowali się ciastem, kategorycznie wzbraniając się jednak przed skosztowaniem wina, pomimo usilnych namów pani domu. Mały Arthur zgoła wzdrygnął się na widok owego rubinowego nektaru, jak gdyby w przerażeniu czy obrzydzeniu, a zachęcany do posmakowania go gotów był się rozpłakać.

– Nie przejmuj się, Arthurze – powiedziała jego mama. – Pani Markham sądzi, że wino dobrze ci zrobi po długim spacerze, ale nie będzie cię zmuszać do wypicia go. On nie znosi samego widoku wina, a jego zapach przyprawia go o mdłości – dodała. – Kiedy chorował, zwykła byłam zmuszać go do przełknięcia odrobiny wina lub wody ze spirytusem w charakterze lekarstwa i zaiste zrobiłam co w mej mocy, by znienawidził alkohol.

Wszyscy obecni, z wyjątkiem młodej wdowy i jej syna, roześmiali się.

– Och, pani Graham! – rzekła moja matka, ocierając łzy rozbawienia. – Och, doprawdy zdumiewa mnie pani. Sądziłam, że jest pani rozsądniejsza. To biedne dziecko całe życie będzie miało mleko pod nosem! Proszę pomyśleć, na jakiego człowieka wyrośnie, jeśli z takim uporem…

– Uważam, że to doskonały plan – przerwała pani Graham z niewzruszonym spokojem. – W ten sposób mam nadzieję ocalić go przed przynajmniej jednym upadlającym nałogiem. I żałuję, że nie mogę go tak samo zniechęcić go do wszystkich innych.

– Ależ w ten sposób nie wpoi mu pani zasad moralnych – wtrąciłem się. – Bo cóż to takiego moralność, pani Graham? Czy to chęć opierania się pokusom, czy też brak pokus, którym można byłoby się oprzeć? Czy silnym jest ten, który przezwyciężając wielkie trudności, dokonuje zadziwiających czynów, choć robiąc to z wielkim wysiłkiem i narażając się na zmęczenie, czy ten, który spędza cały dzień, siedząc w swym fotelu, przegrzebując tylko od czasu do czasu żar w kominku i wkładając sobie jedzenie do ust? Jeśli pragnie pani, by syn szedł przez świat honorowo, nie wolno jej uprzątać kamieni spod jego nóg, lecz musi go nauczyć twardo je pokonywać. I, zamiast prowadzić go za rękę, musi pani pozwolić mu iść samodzielnie.

– Dopóki nie będzie miał sił iść samodzielnie, panie Markham, będę go prowadzić. I usunę z jego drogi tak wiele kamieni, ile zdołam, a pozostałe nauczę omijać lub – jak pan powiada – twardo pokonywać. Bowiem nawet kiedy zrobię wszystko co w mojej mocy, wciąż będzie stało przed nim całe mnóstwo przeszkód wymagających od niego zręczności, siły i roztropności. Łatwo jest mówić o ćwiczeniu charakteru, ale w obliczu tylu ludzi, którzy ulegli pokusie, dlaczego miałabym mieć pewność, że mój syn okaże się wyjątkiem? Dlaczego nie miałabym przygotowywać się na najgorsze? I jak mogę mieć pewność, że mój syn nie okaże się taki, jak jego… jak reszta ludzkości?

– Ma pani o nas wszystkich bardzo pochlebne zdanie – zauważyłem.

– Na wasz temat nic nie wiem. Mówię o tych, których znam. I kiedy widzę, że cała rasa ludzka (z kilkoma rzadkimi wyjątkami), idąc ścieżką życia, potyka się, wpada w każdą możliwą pułapkę i łamie sobie kończyny na każdej przeszkodzie stojącej na drodze, czyż nie powinnam użyć wszelkich dostępnych mi środków, by zapewnić swojemu dziecku gładszą i bezpieczniejszą drogę?

– Jednak najbezpieczniej byłoby zahartować je wobec czyhających na nie pokus, a nie usuwać je z jego drogi.

– Uczynię jedno i drugie, panie Markham. Mnie samej to, co świat nazywa złem nigdy nie jawiło się zachęcająco, a jednak byłam poddawana próbom, które wymagały ode mnie najwyższej czujności i siły. Wierzę, że wszyscy, którzy pragną dobra wiedzą, co mam na myśli.

– Oczywiście – powiedziała moja matka, chyba nie do końca jednak pojmując tok rozumowania pani Graham. – Ale jest pani kobietą. I, moja droga pani, proszę pozwolić mi przestrzec ją przed błędem, rzekłabym – fatalnym: proszę nie obarczać się zadaniem samodzielnego wychowywania tego chłopca. Ponieważ jest pani bystra i posiada pewną wiedzę, może jej się wydawać, że się jej powiedzie. Lecz prawda jest taka, że jeśli dalej będzie kroczyć tą drogą, proszę mi wierzyć, srogo tego pożałuje, kiedy będzie już za późno.

– Rozumiem więc, że mam go posłać do szkoły, gdzie nauczy się gardzić uczuciem swej matki i straci cały do niej szacunek! – rzekła dama, uśmiechając się gorzko.

– Och, nie! Ale to trzymanie go w domu, chuchanie na niego i zaspokajanie wszystkich jego kaprysów nauczy go gardzić swoją matką.

– W tej kwestii doskonale się z panią zgadzam, pani Markham. Daleka jestem od tego, by wychowywać go w tak karygodny sposób.

– Lecz przecież, traktując go jak dziewczynkę, rozpieści go pani i uczyni z niego prawdziwego maminsynka, cokolwiek pani sobie na ten temat myśli. Poproszę pana Millwarda, aby z panią o tym porozmawiał. On opowie pani o możliwych konsekwencjach takiego wychowania i udzieli jej wszelkich potrzebnych rad. Nie mam żadnych wątpliwości, że uda się mu przekonać panią w minutę.

– Nie ma potrzeby fatygować pastora – powiedziała pani Graham, spoglądając na mnie. Podejrzewam, że na mej twarzy pojawił się uśmiech wywołany bezgraniczną wiarą matki w tego zacnego dżentelmena. – Pan Markham zdaje się sądzić, że posiada dar przekonywania niemniejszy od pana Millwarda. A zatem, panie Markam, pan, który utrzymuje, że nie powinno się dziecka osłaniać przed złem, lecz pozwolić mu toczyć z nim bitwę samotnie i bez niczyjego wsparcia – że zamiast uczyć je o pułapkach, które zastawia na nas życie, należy je bez wahania w nie pchać – i że powinno się szukać dla niego niebezpieczeństw i pokus, by ćwiczyło na nich swój charakter – czy pan…

– Proszę wybaczyć, pani Graham, ale mówi pani za szybko. Jak dotąd nie powiedziałem, że powinno się chłopca pchać w pułapki zastawiane przez życie czy rozmyślnie szukać dla niego pokus. Twierdzę tylko, że mądrzej jest wyposażyć swego wojownika w broń i zbroję niż próbować osłabić wroga. Czy z hodowanej w oranżerii sadzonki dębu, pielęgnowanej pieczołowicie każdego dnia i osłanianej przed każdym podmuchem wiatru, wyrosłoby odporne na mróz drzewo? Takie, jak to stojące na zboczu góry, wystawione na działanie wszystkich żywiołów?

– Przyznaję panu rację. Ale czy użyłby pan tego samego argumentu, gdyby chodziło o dziewczynkę?

– Naturalnie, że nie.

– Powiedziałby pan, że należy się nią opiekować tak troskliwie, jak rośliną cieplarnianą – uczyć ją lgnąć do innych w poszukiwaniu rad i wsparcia i chronić ją przed najmniejszym kontaktem ze złem. Czy byłby pan tak dobry i wyjaśnił mi, dlaczego w jej przypadku zachowałby się pan inaczej? Czy to dlatego, że dziewczynki nie mają charakteru?

– Bynajmniej.

– Ale twierdzi pan, że to pokusy ćwiczą charakter. Z drugiej strony jednak uważa pan, że kobiety nie powinno się na nie narażać i że nie należy jej zanadto zaznajamiać ze złem. A więc pańskim zdaniem jest ona z natury tak niemoralna lub bezrozumna, że nie będzie umiała przeciwstawić się pokusie. I póki utrzymywana jest w niewiedzy i zamknięciu, pozostanie czysta i niewinna, ale ponieważ pozbawiona jest prawdziwej moralności, gdy tylko dowie się, co to grzech, od razu stanie się grzesznicą. A im większą posiądzie wiedzę i wolność, tym większe będzie jej zepsucie. Tymczasem w przedstawicielach płci szlachetniejszej istnieje wrodzona skłonność do dobra, poparta godnym podziwu hartem ducha, i im częściej poddaje się tę skłonność sprawdzianom, tym doskonalej jest wykształcona…

– Niech Bóg broni. Bynajmniej tak nie myślę – przerwałem jej wreszcie.

– Zatem musi pan myśleć, że przedstawiciele obydwu płci jednakowo skłonni są błądzić, z tą różnicą, że najmniejszy błąd kobietę zgubi, a mężczyznę wzmocni. Uważa pan, że nasi synowie powinni zdobywać doświadczenia, ale naszym córkom odmawia pan nawet prawa do korzystania z doświadczeń innych. Jeżeli chodzi o mnie, chciałabym, by i jedni, i drudzy mogli korzystać z mądrości płynących z cudzych doświadczeń i nauk, by z góry potrafili odróżniać dobro od zła i by nie potrzebowali przekonywać się na własnej skórze, czym grozi grzech. Co zaś do mojego syna, gdybym miała pewność, że wyrośnie na kogoś, kto „doświadczył życia” i chlubi się tym, wolałabym jutro ujrzeć go martwym! Absolutnie! -zapewniła pani Graham, przyciskając swój mały skarb do serca i składając czuły pocałunek na jego czole. Rozstawszy się z nowym przyjacielem, dziecko już od dłuższej chwili stało u kolan swej matki, zaglądając jej w twarz i z milczącą ciekawością słuchając jej niezrozumiałego wywodu.

– Hm! Wy, damy, jak sądzę, zawsze musicie mieć ostatnie słowo – powiedziałem, widząc, że pani Graham podnosi się i zaczyna żegnać z moją matką.

– Pozwalam panu mieć tyle ostatnich słów, ile tylko zapragnie. Ale nie mogę zostać, by ich wysłuchać.

– Otóż to. Wysłucha pani tylko tylu argumentów, ile uzna za słuszne. Resztę zaś można rzucać na wiatr.

– Jeżeli zależy panu na dokończeniu tej dyskusji – odparła, podając Rose dłoń – któregoś dnia musi mnie pan odwiedzić wraz z siostrą. Obiecuję, że cierpliwie wysłucham wszystkiego, co będzie pan miał do powiedzenia. Wolę już to niż wykład pastora, bo na końcu łatwiej będzie mi się przyznać, że moje poglądy pozostały niezmienione.

– Tak, oczywiście – odrzekłem, postanawiając być równie nieznośnym jak ona. – Bowiem kiedy dama przystaje na to, by wysłuchać cudzych argumentów, z góry zakłada zawsze, że się z nimi nie zgodzi.

– Do widzenia, panie Markham – z litościwym uśmiechem rzekła moja oponentka i skłoniwszy się nieznacznie, skierowała się ku wyjściu. Synek jej jednak z dziecięcą zuchwałością zatrzymał ją, wykrzykując:

– Mamo, nie podałaś ręki panu Markhamowi!

Ona, śmiejąc się, zawróciła i wyciągnęła do mnie dłoń, którą ścisnąłem mściwie, gdyż jej niesprawiedliwy osąd mojej osoby u samego zarania naszej znajomości dotknął mnie był do żywego. Nie wiedząc nic na temat mego usposobienia czy wyznawanego przeze mnie systemu wartości i kierowana jakimś niejasnym uprzedzeniem, zdawała się być zdecydowana pokazać mi, że mam o sobie dużo lepsze mniemanie niż powinienem. Byłem, rzecz jasna, przewrażliwiony, bowiem w przeciwnym wypadku nie rozgniewałoby mnie to w takim stopniu. Być może również żyjące wokół mnie kobiety, z matką i siostrą na czele, zanadto mi pobłażały, choć bynajmniej nie zasługiwałem na miano narcyza – tego jestem pewien, bez względu na to, co ty, Halfordzie, na ten temat myślisz.


Rozdział IV

Przyjęcie

Mimo iż pani Graham nie zdecydowała się zaszczycić nas swoją obecnością, przyjęcie piątego listopada minęło bardzo dobrze. I prawdę powiedziawszy, niewykluczone, że jej pojawienie się zaszkodziłoby nastrojowi serdeczności i beztroski, który wśród nas owego dnia panował.

Moja dobroduszna matka zwyczajem swoim była wesoła i rozmowna, a jedyną jej słabostkę stanowiła przesadna dbałość o to, by jak najlepiej dogodzić swym gościom, często na przekór ich woli, uporczywie zachęcając ich do jedzenia i picia, nakłaniając do siedzenia przy rozprażonym kominku i wciągając ich do rozmowy wtedy, kiedy mieli ochotę pomilczeć. Niemniej jednak wszyscy poddawani przez nią tym torturom znosili je uprzejmie i z humorem.

Pan Millward nie szczędził zebranym ważkich nauk, dowcipów z pouczającą puentą, pompatycznych anegdot i naszpikowanych proroctwami przemów, które miały na celu umoralnić całe towarzystwo ogółem, a w szczególności kilku jego najuważniejszych słuchaczy: pełną podziwu panią Markham, kulturalnego pana Lawrence’a, stateczną Mary Millward, cichego Richarda Wilsona i jego beznamiętnego brata Roberta.

Pani Wilson, wznosząc się na wyżyny swej gadatliwości, zabawiała towarzystwo zbiorem świeżych wieści i starych plotek, które okraszała powtarzającymi się spostrzeżeniami oraz banalnymi pytaniami, wypowiadanymi przez nią najwyraźniej tylko po to, by jej niestrudzony aparat mowy nawet przez jedną chwilę nie trwał bezczynnie. Przyniosła ze sobą robótkę i patrząc na nią, można by pomyśleć, że język jej i palce współzawodniczą w wyścigu szybkości.

Jej córka Jane starała się, rzecz jasna, uruchomić wszystkie swe pokłady wdzięku, elegancji i dowcipu – w towarzystwie znajdowały się wszak damy, które należało przyćmić swym blaskiem i dżentelmeni, których wypadało sobą oczarować. Przede wszystkim jednak trzeba było za wszelką cenę zniewolić pana Lawrence’a. Subtelne, ledwie uchwytne dla mego oka zabiegi panny Wilson nie przykuły zanadto mej uwagi, choć pomyślałem, że niejaka nienaturalność w jej pewności siebie i nieprzyjemne onieśmielenie, które usiłowała ukryć unieważniają wszystkie jej zalety. Wszelkie jej spojrzenia, słowa i sztuczki pewien czas potem rzeczowo wytłumaczyła mi Rose, a przenikliwość, z jaką to uczyniła kazała mi się zastanowić, czy i ona nie upatrzyła sobie również rzeczonego jegomościa. Nie masz jednak powodu do niepokoju, Halfordzie – nie mógłbym się bardziej mylić.

Richard Wilson, młodszy brat Jane, siedział w kącie. Nastawiony do wszystkich życzliwie, aczkolwiek małomówny, nieśmiały i raczej nie w swoim żywiole, na swój własny, cichy sposób byłby całkiem szczęśliwy, gdyby pani domu, w duchu opacznie pojętej gościnności, nie naprzykrzała się mu nieustannie swymi uprzejmościami, wmuszając weń rozmaite potrawy i wymagając od niego, by z przeciwległego końca pokoju wykrzykiwał swe jednosylabowe odpowiedzi na zadawane przez nią co rusz pytania, za pomocą których na próżno starała się wciągnąć go do rozmowy.

Rose powiadomiła mnie, że Richard zaszczycił nas swoim towarzystwem tylko z powodu uporczywych nalegań jego siostry Jane, której niezmiernie zależało na tym, by pokazać panu Lawrence’owi, iż ma ona przynajmniej jednego kulturalnego brata. Drugiego ze swych braci, Roberta, równie uporczywie starała się do wizyty zniechęcić. Ten jednak stwierdził, że nie widzi powodu, dla którego miałby przegapić okazję ucięcia sobie pogawędki z niżej podpisanym Markahamem, starszą panią (którą matka moja w rzeczywistości jeszcze nie była), śliczną panną Rose i z proboszczem. Przyszedł więc, by wymienić się banalnymi spostrzeżeniami z panią domu i moją siostrą oraz by przedyskutować z pastorem ostatnie wydarzenia zaszłe na terenie naszej parafii, a ze mną kwestie polityczne i rolnicze.

Mary Millward pełniła rolę drugiego milczka w towarzystwie – nienarażonego jednak na okrutne uprzejmości tak bardzo, jak Dick Wilson, bowiem zwykła udzielać krótkich, stanowczych odpowiedzi i uchodziła za osobę nie tyle nieśmiałą, co ponuro usposobioną i czerpiącą z podobnych spotkań niewiele radości. Przyszła ona, jak powiedziała mi Eliza, tylko dzięki namowom ich ojca, który wbił sobie do głowy, że Mary zbyt wiele czasu poświęca obowiązkom domowym, zaniedbując jednocześnie niewinne przyjemności właściwe jej wiekowi i płci. Mnie w zasadzie zdała się być w dość pogodnym nastroju. Kilkukrotnie roześmiała się sprowokowana żartem uczynionym przez kogoś z naszego grona, za każdym razem szukając wzroku Richarda Wilsona, który siedział naprzeciw niej. Ponieważ kształcił się on pod okiem jej ojca, znała go dość dobrze i jak sądzę, istniała pomiędzy nimi pewna nić porozumienia.

Moja Eliza z niewymuszoną i nieopisaną lekkością czarowała i uwodziła towarzystwo, ale to oczywiście ja byłem tym, któremu starała się przypodobać najbardziej. Radość z tego, że jestem blisko, że siedzę obok, że szepczę do jej ucha i że ściskam w tańcu jej dłoń promieniowała z jej rumianej twarzy i biła z falującej piersi pomimo śmiałych słów i zuchwałych gestów, którymi starała się tuszować swoje rozradowanie. Ale miast chełpić się teraz tym wszystkim, lepiej zamilknę, inaczej bowiem później przyjdzie mi się wstydzić.

Wracając zatem do osób obecnych na naszym przyjęciu, trzeba mi wspomnieć o Rose, którą, tak jak zwykle, wypełniała radość życia, naturalność i prostota. Zachowanie Fergusa było z kolei zuchwałe i błazeńskie, ale choć nie podnosiło go ono w oczach pozostałych, to mimo wszystko było dla nich źródłem wielkiej uciechy.

I wreszcie pan Lawrence, jako ostatni ze zgromadzonych (bowiem swoją osobę pomijam), był dworski i uprzejmy wobec wszystkich, w szczególności zaś wobec panny Wilson, gdyż nieszczęśnik nie miał na tyle dobrego smaku, ażeby dać pierwszeństwo Elizie Millward. Pan Lawrence był z natury introwertykiem i rzadko opuszczał swój stojący na odludziu dom, w którym się urodził i w którym mieszkał samotnie od śmierci ojca. Okazji i chęci do zawierania nowych znajomości miewał niewiele, a ze wszystkich starych najbardziej zdawał się cenić znajomość ze mną. Lubiłem go po trosze, ale był zbyt zimny, zbyt nieśmiały, zbyt zamknięty w sobie, by wzbudzić we mnie serdeczniejsze uczucia. Choć w innych podziwiał otwartość i bezpośredniość, sam nie potrafił się na nie zdobyć. Wybaczałem mu tę jego nadmierną powściągliwość, zaiste irytującą i przejmującą niekiedy dreszczem, żywiąc przekonanie, iż źródło jej nie wypływa z dumy czy nieufności wobec przyjaciół, lecz raczej z chorobliwej wrażliwości i osobliwego lęku, którego był świadom, ale z którym jednak nie miał sił walczyć. Serce jego było niczym delikatna roślina, która, dotknięta promieniem słońca, otwiera się na chwilę, ale zaraz kurczy się w sobie, gdy tylko poczuje dotyk chłodnej dłoni lub łaskotanie najlżejszego podmuchu wiatru. Nasza znajomość była raczej koleżeństwem niż głęboką, trwałą przyjaźnią i w niczym nie przypominała zażyłości, która pewien czas potem wywiązała się pomiędzy mną a Tobą, Halfordzie i którą porównać mógłbym do płaszcza: o nienagannym kroju, aczkolwiek wygodnego i dopasowującego się do właściciela. Pan Lawrence był dla mnie niczym nowa część garderoby – elegancka i schludna, ale tak ciasna w ramionach, że bardziej zamaszysty ruch groził pęknięciem szwów.

Wkrótce po tym, jak goście przybyli matka wspomniała o pani Graham, bolejąc nad tym, że nie może jej być z nami. Millwardom i Wilsonom wyjaśniła, dlaczego młoda wdowa nie odwzajemniła im się dotąd wizytą, zapewniając, że nie wynika to bynajmniej z braku dobrego wychowania i że bez wątpienia dama z przyjemnością ich odwiedzi, gdy tylko okoliczności jej na to pozwolą. Następnie dodała:

– Mimo wszystko to bardzo niezwykła osoba, panie Lawrence, i nie wiemy zupełnie, co o niej myśleć. Ale pan niechybnie będzie mógł nam powiedzieć na jej temat coś więcej? Wszak to pańska lokatorka i wedle jej własnych słów nieco już się państwo poznali.

Wszystkie oczy skierowały się na pana Lawrence’a, który zdawał się być owym pytaniem nie lada zakłopotany.

– Ależ nie, pani Markham, myli się pani – odrzekł. – Nie znam jej… To jest, zawarłem już znajomość z panią Graham, oczywiście, ale jestem ostatnią osobą, która mogłaby udzielić pani na jej temat jakichkolwiek bliższych informacji.

Powiedziawszy to, natychmiast zwrócił się do Rose, prosząc, by zaszczyciła zebranych swoim śpiewem lub popisem gry na pianinie.

– Och, nie – rzekła moja siostra. – Musi pan poprosić pannę Wilson. Ona swoją muzykalnością przewyższa wszystkich tutaj zgromadzonych.

Tamta jednak kazała się prosić.

– Panna Wilson zaśpiewa całkiem chętnie, panie Lawrence, pod warunkiem, że będzie jej pan przewracał stronice w zeszycie z nutami – powiedział Fergus.

– Z wielką przyjemnością, panno Wilson. Pozwoli pani? – zapytał pan Lawrence.

Ta, uniósłszy dumnie głowę, uśmiechnęła się i dała zaprowadzić do instrumentu. Tam, przy własnym akompaniamencie i w swym najlepszym stylu, zaśpiewała kilka pieśni, podczas gdy pan Lawrence, z jedną dłonią spoczywającą na oparciu jej krzesła, drugą cierpliwie przewracał jej nuty, niewykluczone, że równie bardzo oczarowany jej występem, co ona sama. Mnie jednakże w jej wykonaniu zabrakło uczucia, choć niewątpliwie nie można było odmówić mu zręczności.

Niemniej temat pani Graham nie został jeszcze owego wieczora wyczerpany.

– Nie będę pił wina, pani Markham – oświadczył pan Millward, gdy przyniesiono trunek do pokoju. – Chętnie skosztowałbym za to pani domowego piwa. Temu warzonemu przez panią nic nie dorównuje.

Moja matka, mile połaskotana tym komplementem, zadzwoniła na służącą i po chwili przed zacnym dżentelmenem stanął porcelanowy dzbanek pełen jej pierwszorzędnego piwa.

– O to właśnie chodzi! – zawołał pan Millward, z wprawą nalewając sobie napoju do szklanki. Zadbawszy o to, by utworzyło się jak najwięcej piany i aby nie zmarnowała się nawet kropla, badawczo przyjrzał się złocistej cieczy pod światło, po czym upił jej głęboki łyk, mlasnął ustami, odetchnął głęboko i ponownie napełnił szklankę. A wszystko to ku zadowoleniu obserwującej go pani domu.

– Niezrównane, pani Markham! – orzekł. – Zawsze powtarzam: nie ma to jak pani domowe piwo.

– Cieszę się, że panu smakuje, sir. Nadzoruję warzenie naszego piwa osobiście – podobnie jak wyrabianie sera i masła. Lubię dbać o to, by wszystko w moim domu robione było należycie.

– I słusznie, pani Markham!

– Skoro już przy tym jesteśmy, panie Millward, czy uważa pan, że wypicie od czasu do czasu odrobiny wina lub krztyny czegoś mocniejszego to coś złego? – zapytała matka, podając pani Wilson kieliszek dżinu, jako że tamta twierdziła, iż wino szkodzi jej na żołądek.

– Bynajmniej! – rzekł wielebny tonem wyroczni. – Wszelkie dary ziemi to błogosławieństwo dla tych, którzy potrafią z nich we właściwy sposób korzystać.

– Jednak pani Graham uważa inaczej. Powtórzę panu, co powiedziała nam niedawno – uprzedzałam ją, że to zrobię.

W tym miejscu matka moja wyczerpująco przytoczyła poglądy rzeczonej damy na kwestię trunków, relację swą kończąc słowami:

– To chyba niewłaściwe podejście?

– Niewłaściwe! – potwierdził pastor uroczyście. – Rzekłbym nawet, że karygodne! Karygodne! Nie tylko bowiem w ten sposób czyni z dziecka lebiegę, ale też, okazując pogardę boskim darom, uczy je po nich deptać.

Rozwijając następnie temat, pan Millward drobiazgowo ukazał zgromadzonym nieroztropność i bezbożność takiego postępowania. Moja matka i wszyscy pozostali słuchali jego słów z namaszczeniem, nawet pani Wilson łaskawie pozwoliła swemu językowi na chwilę odpoczynku, popijając w milczeniu swój dżin z wodą. Pan Lawrence tymczasem, opierając się łokciem o stół, bawił się swą pustą szklanką i uśmiechał pod nosem. A kiedy wielebny wreszcie zakończył swą przemowę, podsunął mu tę oto myśl:

– Ale czy nie uważa pan, panie Millward, że w razie podejrzeń o istnienie w dziecku wrodzonej skłonności do nieumiarkowania – odziedziczonej po rodzicu, dla przykładu… Czy nie uważa pan, że w takiej sytuacji pewne środki ostrożności byłyby wskazane?

(W okolicy powiadano, że dni starszego pana Lawrence’a skróciło jego zamiłowanie do mocnych trunków).

– Pewne środki ostrożności być może tak. Ale umiar to rzecz jedna, a abstynencja – druga.

– Wiem jednak, że istnieją ludzie, którzy nie posiadają umiejętności zachowywania umiaru. A jeśli abstynencja jest grzechem, to nieumiarkowanie musi być grzechem jeszcze większym. Zdarza się, że rodzice kategorycznie zabraniają swym pociechom nawet posmakowania alkoholu. Ich władza rodzicielska jednak nie trwa wiecznie, a dziecko łaknie zakazanego owocu, bo taka już jego natura. I ciekawość tego, co jest mu tak surowo zabronione i czym jednocześnie delektują się inni zaspokaja często przy pierwszej nadarzającej się okazji. A raz złamany zakaz łatwo jest złamać ponownie i wszystko to może skończyć się nieszczęśliwie. Nie twierdzę, że jestem w tej kwestii dobrym sędzią, ale moim zdaniem metoda pani Graham, choć być może niezwykła, kryje w sobie pewne zalety. Dziecko zrażone zawczasu do mocnych trunków nie będzie żywiło żadnej wobec nich potajemnej ciekawości i nie będzie miało pokusy ich smakowania. A wszystko to bez konieczności przekonywania się na własnej skórze, jak zgubne może być ich działanie.

– I takie postępowanie, sir, jest pańskim zdaniem właściwe? Czyż nie wyjaśniłem przed chwilą, jak niemoralne, jak niezgodne z Pismem Świętym i jak sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem jest uczenie dziecka pogardy dla darów dawanych nam przez Stwórcę?

– Również i opium można by uznać za dar Stwórcy, sir – odparł z uśmiechem pan Lawrence. – A jednak przyzna pan, że lepiej, by nikt z nas go nie używał, nawet z umiarem. Ażeby jednak moje słowa nie zostały odebrane nadto poważnie, wychylę teraz do dna swój kieliszek.

– A potem, mam nadzieję, następny, panie Lawrence – rzekła moja matka, podsuwając mu butelkę.

Tamten jednakże grzecznie odmówił, po czym, odsuwając swoje krzesło nieco od stołu, pochylił się w mym kierunku (siedziałem odrobinę dalej, na sofie obok Elizy Millward) i bez ogródek zapytał, czy znam panią Graham.

– Miałem już okazję ją poznać – odpowiedziałem.

– I co pan o niej myśli?

– Skłamałbym, mówiąc, że bardzo przypadła mi do gustu. Jest wprawdzie urodziwa, a w każdym razie posiada interesującą powierzchowność, ale bynajmniej nie wydaje się miła. Odniosłem wrażenie, że to kobieta skłonna tworzyć w sobie silne uprzedzenia i niezłomnie w nich trwać. Zbyt dumna i gorzka, jak na mój gust.

Pan Lawrence nie odpowiedział, tylko spuścił wzrok i przygryzł wargę, a krótko potem wstał, by podejść do panny Wilson. W owym czasie ledwie zwróciłem na to uwagę, aczkolwiek późniejsze okoliczności przypomniały mi o tym zdarzeniu – ale nie uprzedzajmy faktów…

Wieczór zakończył się tańcami, przeciw czemu nasz czcigodny pastor nie protestował, mimo że pląsom naszym na skrzypcach akompaniować miał jeden z wioskowych muzykantów. Mary Millward stanowczo jednak odmówiła przyłączenia się do nas. Podobnie Richard Wilson, choć moja matka z całych sił starała się nakłonić go do zmiany zdania i wyraziła nawet gotowość do posłużenia mu za partnerkę w tańcu.

Odtańczyliśmy kilka kadryli i pora szybko zrobiła się późna. Prosiłem właśnie naszego skrzypka o zaintonowanie walca, zamierzając zawirować w tym wspaniałym tańcu z Elizą, a obok nas pląsać miał pan Lawrence w parze z Jane Wilson oraz Fergus w parze z Rose, kiedy pan Millward zaoponował.

– Nie, nie. Nie pozwalam. Najwyższy czas wracać do domu.

– Och nie, papo! – prosiła Eliza.

– Najwyższa pora, dziewczyno – najwyższa pora! Pamiętaj: umiar we wszystkim! „Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko!”[2]

Z chęci zemsty poszedłem za Elizą do pogrążonego w półmroku korytarza, pozornie po to, by pomóc jej owinąć się szalem i podczas gdy jej ojciec zajęty był wkładaniem wierzchniego okrycia i stał odwrócony do nas plecami, dopuściłem się – do czego przyznaję się ze wstydem – skradzenia jednego pocałunku. Niestety odwróciwszy się, przekonałem się, że świadkiem mojej zuchwałości była moja matka, która okazała się stać tuż za mną. W wyniku tego, ledwie goście się rozeszli, na mą głowę spadły gromy krytyki i napomnienia, którym skutecznie udało się zburzyć mój dobry nastrój.

– Mój drogi Gilbercie, opamiętaj się! – rzekła matka. – Twoje dobro leży mi bardzo na sercu i kocham cię i cenię bardziej niż kogokolwiek innego na świecie. Dlatego bardzo zależy mi na tym, abyś dobrze się ożenił i musisz wiedzieć, że wyrządziłbyś mi wielką przykrość, gdyby wybór twój padł na tę właśnie dziewczynę. Nie pojmuję, co takiego w niej widzisz… Nie chodzi mi tutaj o jej brak majątku – nic z tych rzeczy. Ale nie jest ani piękna, ani mądra, ani szlachetnego serca, krótko mówiąc: niczym nie zachwyca. Gdybyś tak jak ja znał swoją wartość, podobny pomysł nie przyszedłby ci nawet do głowy. Daj sobie trochę czasu, a przekonasz się! Jeśli teraz się z nią zwiążesz, będziesz żałował do końca życia – masz na to moje słowo.

– Och, niechże mama zamilknie, nie znoszę kazań! Powiadam przecież, że nie w głowie mi jeszcze plany matrymonialne. Ale na Boga, czyż w ogóle nie wolno mi używać życia?

– Oczywiście, że tak, chłopcze – lecz nie w taki sposób. Swoim zachowaniem tylko uraziłeś tę dziewczynę – to jest, uraziłbyś ją, gdyby była taka, jak należy. Ale zapewniam cię, to sprytna latawica i nim się zorientujesz, wpadniesz w jej sidła. A jeśli mimo wszystko uprzesz się, by ją poślubić, złamiesz mi tym serce!

– Dobrze już, niech mama się tym nie zadręcza – powiedziałem, widząc, że oczy jej wzbierają łzami. – I niech ten pocałunek wymaże z jej pamięci tamten, którego była świadkiem. Może mama spać spokojnie – obiecuję, że nigdy… to jest, obiecuję, że dwa razy się zastanowię, nim zdecyduję się zrobić coś, czego mama nie pochwala.

Powiedziawszy te słowa, zapaliłem świecę i czując się znacznie gorzej na duchu, udałem się na spoczynek.


Rozdział V

Pracownia

Zbliżał się koniec miesiąca, kiedy to, ulegając natarczywym namowom Rose, zdecydowałem się towarzyszyć jej w wyprawie do Wildfell Hall. Ku naszemu zdziwieniu, pierwszymi przedmiotami ujrzanymi przez nas w pomieszczeniu, do którego nas wprowadzono były sztaluga oraz stół zastawiony buteleczkami farb olejnych, zwojami malarskiego płótna, paletami i pędzlami. Pod ścianą stało kilka szkiców znajdujących się w różnych stadiach rozwoju oraz pewna liczba ukończonych już obrazów, które w głównej mierze przedstawiały pejzaże i ludzkie postacie.

– Zmuszona jestem przyjąć państwa w pracowni – rzekła pani Graham. – W salonie dziś nie palimy i panujący tam chłód jest dość nieprzyjemny.

Uwolniwszy z artystycznego chaosu kilka krzeseł, poprosiła, abyśmy usiedli, a sama zajęła miejsce przy sztaludze – w taki sposób, by podczas rozmowy z nami mieć możliwość rzucenia od czasu do czasu okiem na obraz i dokonania sporadycznych pociągnięć pędzlem, zupełnie jak gdyby nie była zdolna przenieść całej swej uwagi ze swojego zajęcia na gości. Malowidło przedstawiało poranny widok na dwór Wildfell Hall, który wznosił się mrocznie na tle srebrzystego błękitu nieba. Wszystkie kształty i barwy oddane były nad podziw wiernie, a całość tworzyła estetyczne, wysmakowane wrażenie.

– Widzę, że nie może się pani oderwać od swojej pracy, pani Graham – zauważyłem. – Proszę sobie zatem nie przerywać. Jeśli pozwoli nam pani sobie przeszkadzać, poczujemy się jak niemile widziani intruzi.

– Och nie! – odparła i odrzuciła pędzel na stół, jak gdyby moje słowa wyrwały ze snu uśpione w jej wnętrzu dobre maniery. – Nie jestem aż tak osaczona gośćmi, bym nie mogła poświęcić kilku chwil tym, którzy postanowili zaszczycić mnie swoim towarzystwem.

– Obraz jest już prawie ukończony – rzekłem, podchodząc do malowidła bliżej i starając się okazać podziw większy od tego, który odczuwałem. – Jedynie na pierwszym planie brakuje jeszcze kilku muśnięć pędzla, jak sądzę. Ale dlaczego zatytułowała go pani „Fernley Manor w hrabstwie Cumberland” zamiast „Wildfell Hall w hrabstwie X.”? – zapytałem, dostrzegłszy nakreślony niewielkimi literami podpis widniejący w dolnej części płótna.

Widząc jej zawahanie i rumieniec, który pojawił się na jej policzku, natychmiast zdałem sobie sprawę, że pozwoliłem sobie na zuchwalstwo. Lecz po chwili milczenia i w przypływie czegoś, co nazwałbym straceńczą szczerością, pani Graham odpowiedziała:

– Ponieważ mam przyjaciół, a w każdym razie znajomych, przed którymi pragnę zataić swoje obecne miejsce pobytu. Gdyby przez jakiś zbieg okoliczności któryś z owych znajomych zobaczył ten obraz, to mimo fałszywych inicjałów, którymi podpisałam się w rogu płótna, mógłby łatwo rozpoznać mój styl. Na wszelki wypadek zatem podałam również nieprawdziwą nazwę miejsca. Tym sposobem, jeżeli na podstawie tej pracy ktoś będzie próbował mnie odszukać, znajdzie się na fałszywym tropie.

– Więc nie zamierza pani zatrzymać tego płótna? – zapytałem, starając się skierować rozmowę na inne tory.

– Nie, nie mogę sobie pozwolić na malowanie dla przyjemności.

– Mama wysyła wszystkie swoje obrazy do Londynu – powiedział Arthur. – A tam ktoś je sprzedaje i przysyła nam pieniądze.

Rozglądając się po innych jej pracach, dostrzegłem jeszcze uroczy szkic naszego Lindenhope widzianego ze szczytu wzgórza, jedno płótno przedstawiające stary dwór w blasku popołudniowego słońca oraz prosty, aczkolwiek efektowny obraz pogrążonego w zadumie dziecka.

– Jak pan widzi, brakuje mi tematów – zauważyła artystka. – Malowałam już ten dwór w scenerii księżycowej nocy i chyba będę musiała postarać się wymyślić jeszcze jakiś inny sposób na jego przedstawienie – być może pośród krajobrazu zimowego lub podczas pochmurnego, ciemnego wieczoru… Doprawdy nie mam żadnych innych pomysłów. Mówiono mi, że gdzieś tu w okolicy rozciąga się wspaniały widok na morze – czy to prawda? Czy można dotrzeć tam na piechotę?

– Owszem, jeśli nie ma pani nic przeciwko prawie czteromilowemu spacerowi. Oznacza to, że idąc w obie strony musiałaby pani pokonać łącznie niemal osiem mil, do tego po dość nierównej, męczącej drodze.

– W którą stronę należy się skierować?

Już zaczynałem zagłębiać się w szczegóły dotyczące rozmaitych gościńców, dróżek i pól, które wiodły do wspomnianego miejsca, wyjaśniając, gdzie iść prosto, gdzie skręcić w prawo i gdzie odbić w lewo, kiedy pani Graham mi przerwała.

– Och, proszę nie tłumaczyć mi tego teraz. Wszystkie pańskie wskazówki zdążę zapomnieć do czasu, gdy będą mi potrzebne. Będę mogła się tam wybrać nie wcześniej niż na wiosnę i być może wtedy poproszę pana o pomoc. Na razie przed nami zima i…

W tym miejscu urwała nagle i ze stłumionym krzykiem na ustach zerwała się z miejsca.

– Państwo mi wybaczą na moment – powiedziała, po czym wybiegła z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.

Zaintrygowany spojrzałem w kierunku okna, na które chwilę przedtem przypadkowo padł jej wzrok i uczyniłem to w samą porę, by dostrzec poły męskiego płaszcza znikające za rozłożystym ostrokrzewem rosnącym w połowie drogi pomiędzy oknem a przedsionkiem.

– To znajomy mamy – oznajmił Arthur.

Rose i ja wymieniliśmy się spojrzeniami.

– Zaprawdę, nie wiem, co o niej myśleć – powiedziała szeptem Rose.

Chłopiec popatrzył na nią z zaskoczeniem, więc Rose natychmiast skierowała jego uwagę na inny temat, gdy ja tymczasem zainteresowałem się obrazami. W ciemnym kącie znajdował się jeden, którego wcześniej nie dostrzegłem. Przedstawiał siedzące na trawie małe dziecko, w którego drobnej twarzyczce o niebieskich, uśmiechających się spod jasnobrązowej czuprynki oczkach rozpoznałem stojącego teraz przede mną młodego dżentelmena -Arthura w okresie niemowlęcym.

Chcąc przypatrzeć się obrazowi w lepszym świetle, podniosłem go, jednocześnie odkrywając, że stoi za nim jeszcze jeden odwrócony płótnem do ściany malunek. Tamten również ośmieliłem się obejrzeć. Był to portret całkiem przystojnego dżentelmena w kwiecie wieku – nie najgorzej oddany, ale jeśli namalowany został tą samą ręką, co pozostałe prace, musiał powstać wiele lat przed nimi, bowiem brakowało mu tak charakterystycznej dla nich precyzji detali, świeżości kolorów i lekkości. Niemniej, było to nader interesujące malowidło. Pewna wyrazistość rysów przedstawionego na nim oblicza dowodziła, że to udana podobizna. Jaskrawoniebieskie oczy mężczyzny patrzyły poniekąd żartobliwie, jego wargi zdawały się gotowe rozciągnąć w uśmiechu, podczas gdy opadające obfitymi falami na czoło włosy sugerowały, że ich właściciel bardziej dumny jest ze swej powierzchowności niż z intelektu. I być może całkiem słusznie, choć bynajmniej nie sprawiał wrażenia głupca.

Portret znajdował się w mych rękach nie dłużej niż dwie minuty, kiedy powróciła pani Graham.

– To tylko ktoś w sprawie obrazów – powiedziała przepraszająco. – Poprosiłam, żeby zaczekał.

– Obawiam się, że oglądając dzieło, które autorka postanowiła skierować płótnem do ściany, pozwoliłem sobie na ogromne zuchwalstwo – zacząłem – ale czy mogę zapytać…

– Istotnie, to było z pana strony zuchwalstwo, sir. I proszę mnie nie pytać o ten obraz, bowiem pańska ciekawość i tak nie zostanie zaspokojona – odrzekła, próbując złagodzić cierpkość swoich słów uśmiechem. Jednak rumieniec, który wystąpił na jej policzek i ogień płonący w jej oczach powiedziały mi, że wrze w niej gniew.

– Chciałem tylko dowiedzieć się, czy namalowała go pani sama – powiedziałem urażony, kiedy bezceremonialnie wyrwała mi obraz z rąk. Odkładając go na swoje miejsce, postawiła go tak, jak stał wcześniej – płótnem do ściany, a następnie spojrzała mi w twarz i roześmiała się.

Lecz mnie wcale nie było do śmiechu. Udając obojętność i pozwalając Rose na chwilę rozmowy z panią domu, odwróciłem się do okna, by wyjrzeć na spustoszony ogród. Wkrótce jednak oznajmiłem siostrze, że pora już iść i uścisnąwszy rączkę małemu dżentelmenowi oraz skłoniwszy się chłodno damie, ruszyłem do drzwi. Pożegnawszy się z Rose, pani Graham wyciągnęła do mnie dłoń i uśmiechając się doprawdy czarująco, rzekła łagodnym głosem:

– Niech nad pańskim gniewem nie zachodzi słońce[3], panie Markham. Proszę mi wybaczyć, jeśli uraziłam pana swoją obcesowością.

Kiedy dama decyduje się przeprosić, wszelkie żale, rzecz jasna, muszą pójść w niepamięć. Po raz pierwszy więc rozstaliśmy się w przyjaźni i tym razem jej wyciągniętą do mnie na pożegnanie dłoń, zamiast z utajoną niechęcią, uścisnąłem z prawdziwą serdecznością.


Rozdział VI

Postęp

W ciągu czterech następnych miesięcy nie wchodziłem w ogóle pod dach pani Graham, a ona pod mój, jakkolwiek temat jej osoby wciąż pojawiał się w rozmowach żyjących wokół mnie kobiet, a moja znajomość z nią nie przestawała się rozwijać. Powtarzanym przez innych płotkom nie poświęcałem nazbyt wiele uwagi, a jedyną istotną zasłyszaną przeze mnie wieścią było to, jakoby piękna samotnica odważyła się w pewien pogodny, mroźny dzień wybrać się wraz ze swym synkiem aż na plebanię, gdzie zastała niestety jedynie pannę Millward. Mimo wszystko jednak spędziła tam ponoć długi czas, bowiem obie miały sobie wiele do powiedzenia, a potem rozstawały się z obustronnym postanowieniem, że ich spotkanie nie będzie ostatnim. Nie da się ukryć jednak, że Mary lubiła dzieci, kochające zaś matki lubią tych, którzy potrafią należycie docenić ich małe skarby.

Czasami jednak zdarzało mi się panią Graham widywać – nie tylko na mszy w kościele, lecz również pośród wzgórz – czy to zmierzającą wraz z synkiem w jakimś konkretnym kierunku, czy to spacerującą spokojnie z książką w ręku po wrzosowiskach albo po otaczających stary dwór posępnych pastwiskach, podczas gdy chłopiec bawił się w pobliżu. Przy każdej takiej sposobności – kiedy w trakcie jakiejś samotnej wędrówki czy konnej przejażdżki udawało mi się ją gdzieś wypatrzyć, z reguły świadomie kierowałem swymi krokami tak, by nasze ścieżki się spotkały. Lubiłem bowiem przyglądać się pani Graham i rozmawiać z nią, przede wszystkim zaś upodobałem sobie pogawędki z jej małym towarzyszem, który – skoro tylko lód jego onieśmielenia dostatecznie stopniał – okazał się być bardzo sympatycznym, bystrym i zajmującym chłopcem. Obydwaj szybko staliśmy się dobrymi przyjaciółmi – jednak czy ku zadowoleniu jego mamy? Tego nie potrafiłem stwierdzić na pewno. Na początku odnosiłem wrażenie, że chętnie wylałaby kubeł zimnej wody na zarzewie naszej zażyłości, że wolałaby naszą przyjaźń zdusić w zarodku. Ale wbrew swym pierwotnym uprzedzeniom, w miarę upływającego czasu musiała dojść wreszcie do wniosku, że jestem zupełnie niegroźny, że moje intencje są czyste i że znajomość ze mną i moim psem przynosi jej synowi wiele radości, bowiem przestała protestować, a nawet zaczęła witać mnie uśmiechem.

Sam Arthur zaś, jeśli dostrzegł mnie z daleka, wykrzykując pozdrowienia, wybiegał mi na spotkanie. Jeżeli jechałem właśnie wierzchem lub w pobliżu znajdował się jeden z moich koni pociągowych, dbałem o to, aby chłopca nie ominęła przejażdżka. A gdy dziecko siedziało już na grzbiecie zwierzęcia, jego matka zawsze podążała za nim – domyślam się jednak, że nie tylko po to, ażeby ustrzec je przed upadkiem, lecz również, by upewnić się, że nie zaszczepiam w nim żadnych niewłaściwych idei. Zdawała się najbardziej rada, kiedy chłopiec biegał i swawolił wraz z Sancho, a ja szedłem obok niej. Obawiam się, że nie brało się to z jej zamiłowania do mojego towarzystwa (choć niekiedy lubiłem łudzić się tą myślą), lecz raczej z przyjemności, jaką sprawiał jej widok szczęśliwego Arthura zażywającego ruchu – tak bardzo potrzebnego jego delikatnemu ciałku i tak rzadko przezeń zaznawanego z braku odpowiednich jego wiekowi towarzyszy do zabawy. I być może dodatkową osłodę stanowiło dla niej to, że idąc obok niej, znajdowałem się z dala od jej dziecka i nie mogłem wyrządzić mu – celowo czy też niechcący – żadnej krzywdy.

Czasami jednak odnosiłem wrażenie, że dyskusje ze mną zaiste przynoszą pani Graham niejaką radość. W pewien pogodny, lutowy poranek, gdy przechadzaliśmy się wspólnie po wrzosowisku, wyzbyła się tak typowego dla siebie chłodu i powściągliwości i objawiła się mi jako elokwentna i zdolna do prawdziwej refleksji rozmówczyni. Wyglądała przy tym tak pięknie, a jej poglądy tak fortunnie pokrywały się z moimi, że poczułem się oczarowany. W drodze zaś powrotnej do domu zaskoczyła mnie myśl, że być może zamiast spędzać życie z Elizą Millward, warto byłoby przejść przez nie, mając u swego boku kogoś takiego, jak pani Graham. Ów brak stałości w moich uczuciach zaraz mnie jednak zawstydził.

Dotarłszy do domu, wszedłem do bawialni, gdzie zastałem nie kogo innego, jak Elizę właśnie, siedzącą sam na sam z Rose. Przyznać muszę, że to niespodziewane spotkanie nie wzbudziło we mnie takiej radości, jaką powinno i choć gawędziliśmy razem długi czas, panna Millward wydała mi się głupiutka i nawet nieco mdła w porównaniu z dojrzalszą panią Graham. Cóż więc – tyle na temat mojej lojalności!

„Chyba jednak nie powinienem żenić się z Elizą, skoro matka moja tak stanowczo się temu sprzeciwia – powiedziałem do siebie w duchu. – I trzeba mi przestać oszukiwać tę nieszczęsną dziewczynę, każąc jej myśleć, że mam wobec niej jakieś zamiary. Z Bożą pomocą mój obecny nastrój się utrzyma i łatwiej mi będzie uwolnić się spod jej przyjemnego, acz niekorzystnego wpływu. I chociaż znajomość z panią Graham okazać się może nie bardziej korzystna, wzorem lekarzy spróbuję uleczyć większe zło mniejszym. Moje uczucia do młodej wdowy prawdopodobnie nigdy nie staną się poważne – tak jak, bez wątpienia, jej uczucia do mnie. Ale jeśli w obcowaniu z nią mogę znaleźć nieco przyjemności, ani chybi mam prawo jej szukać. A jeżeli jej blask przyćmi w moich oczach i tak już gasnące światło Elizy, tym lepiej.

Od owego czasu w niemal każdy bezdeszczowy dzień wybierałem się na zbocze Wildfell, z nadzieją, że uda mi się spotkać moją nową znajomą. Jednak tak zmienne były godziny, w których pani Graham decydowała się opuścić swoją pustelnię i tak rzadko udawało się mi ją gdzieś wypatrzyć, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie unika mnie z takim samym uporem, z jakim ja szukam jej towarzystwa. Taka myśl jednakże wydała się mi nazbyt nieznośna i ponieważ łatwo i szybko mogłem ją od siebie odpędzić, zaraz to uczyniłem.

Niemniej pewnego pogodnego, marcowego popołudnia, kiedy zajęty byłem nadzorowaniem prac przy wałowaniu pola i przy naprawianiu żywopłotu w dolinie, wreszcie udało mi się ją dostrzec. Siedziała ze szkicownikiem w ręku nad płytkim, skalistym strumykiem, podczas gdy Arthur bawił się, budując tamy. Nie mogłem zaniedbać tak rzadkiej okazji, więc zaraz ruszyłem w ich kierunku, zapominając o polu i żywopłocie. Szybszy ode mnie jednak okazał się Sancho, który zauważywszy z oddali swego młodego przyjaciela, pełnym galopem przemierzył dzielącą ich odległość i z radością rzucił się na dziecko, niemal wpychając je do wody.

Pani Graham przyglądała się badawczo sylwetkom obnażonych przez zimę drzew i to, co widziała przenosiła na papier zamaszystymi, aczkolwiek delikatnymi ruchami. Nie odzywała się do mnie zbyt często, ale mimo to wciąż stałem obok, obserwując postępy czynione przez jej ołówek. Przyjemność sprawiało mi patrzenie na jej sprawne, zgrabne palce i to, co spod nich wychodziło. Niebawem jednak owe palce zaczęły się wahać, drżeć nieznacznie i błądzić, aby wreszcie znieruchomieć. Właścicielka ich z rozbawieniem podniosła na mnie oczy i oznajmiła, że mój nadzór nie służy jej szkicowi.

– Wobec tego pójdę pogawędzić z Arthurem – powiedziałem.

– Panie Markham, czy mógłbym się przejechać, jeśli mama mi pozwoli? – zapytało dziecko.

– Na czym, chłopcze?

– Tam na polu chyba widać konia – odrzekł, wskazując palcem miejsce, w którym czarna klacz ciągnęła za sobą wał.

– Nie, Arthurze. To za daleko – zaprotestowała jego matka.

Ponieważ jednak obiecałem jej, że po jednym lub dwóch okrążeniach chłopiec bezpiecznie do niej wróci, a Arthur wręcz trząsł się z podekscytowania – uśmiechając się, w końcu wyraziła zgodę. I był to pierwszy raz, kiedy pozwoliła mu oddalić się w moim towarzystwie na taką odległość.

Siedząc z uroczystą miną na grzbiecie olbrzymiego rumaka, który nosił go tam i z powrotem po szerokim, stromym zboczu, chłopiec wyglądał niczym ucieleśnienie cichego zachwytu. Radość jednak nie mogła trwać wiecznie i prace na polu szybko dobiegły końca. Zdjąwszy młodego jeźdźca z jego wierzchowca, zaprowadziłem go z powrotem do matki, która zdawała się zdenerwowana tym, że zatrzymałem chłopca na tak długo. Z zamkniętym szkicownikiem, prawdopodobnie od wielu już minut, niecierpliwie czekała na nasz powrót.

– Najwyższa pora wracać do domu – powiedziała i zaczęła się ze mną żegnać.

Ja jednak nie chciałem się jeszcze z nią rozstawać. Postanowiłem zatem, że przejdę wraz z nimi część drogi prowadzącej w górę wzgórza. Podczas spaceru pani Graham stała się na powrót bardziej przystępna i zaczynało mnie na nowo wypełniać poczucie szczęścia. Lecz kiedy w zasięgu wzroku pojawił się stary dwór, ona znieruchomiała i odwróciła się do mnie, jak gdyby oczekując, że tutaj nasza rozmowa się zakończy i że tutaj się rozstaniemy. I doprawdy, był po temu czas najwyższy, gdyż szybko zapadał zimny wieczór, słońce już zaszło i pęczniejący księżyc zaczynał błyszczeć jasno na bladoszarym sklepieniu nieba. Tymczasem uczucie bez mała litości nie pozwoliło mi ruszyć się z miejsca. Nie mogłem znieść myśli, że wróci sama do tego opuszczonego, smutnego domu, który tak chmurnie na nas teraz spoglądał. W dolnych oknach jednego ze skrzydeł budynku migotało co prawda nikłe, czerwone światło, ale większa część dworu pogrążona była w absolutnym mroku. Do tego wiele ogołoconych z szyb i ram okien ziało czarną, przepastną pustką.

– Czy ten dom nie wydaje się pani ponurym miejscem do życia? – zapytałem po chwili milczącej refleksji.

– Tak, czasami – odpowiedziała. – W zimowe wieczory, kiedy Arthur już śpi, a ja siedzę samotnie, słuchając zawodzeń wiatru omiatającego te popadające w ruinę, stare pomieszczenia, żadna lektura i żadne zajęcie nie potrafi poskromić ponurych myśli i obaw, które rodzą się tłumnie w mojej głowie. Ale dobrze wiem, że głupstwem byłoby poddawać się takim słabościom. Jeśli Rachel zadowolona jest z takiego życia, dlaczego mnie miałoby ono nie odpowiadać? Zresztą, dopóki będę mogła liczyć na takie schronienie, dopóty będę za nie wdzięczna.

Ostatnie zdanie wypowiedziała półgłosem, jak gdyby nie mówiła do mnie, tylko do siebie samej. A potem pożegnała się ze mną i odeszła.

Kierując się do domu, nie uszedłem zbyt daleko, kiedy na skalistej dróżce biegnącej w górę wzniesienia pojawił się pan Lawrence jadący na swym ładnym, szarym kucyku. Zboczyłem nieco z obranego kursu, postanawiając zamienić z nim słowo, jako że nie widzieliśmy się od długiego czasu.

– Czy osobą, z którą rozmawiał pan przed chwilą była pani Graham? – zapytał, gdy wymieniliśmy się już pozdrowieniami.

– Owszem.

– Hm. Tak też myślałem – powiedziawszy to, spojrzał na grzywę swego konia tak, jak gdyby coś mu się w niej nie podobało.

– Czy coś w tym złego?

– Och, bynajmniej – odparł. – Tylko sądziłem, że nie darzy jej pan zbytnią sympatią – dodał cichym głosem, po czym jego wargi wykrzywił nieco złośliwy uśmieszek.

– I co z tego? Czy człowiekowi nie wolno już zmienić zdania?

– Oczywiście, że wolno – rzekł, starannie wygładzając zwichrzoną grzywę swego siwego kucyka.

Wreszcie zajrzał mi w twarz swoimi nieśmiałymi, orzechowymi oczami i zapytał:

– A zatem zmienił pan zdanie?

– Nie do końca. Nie… rzekłbym, że mam o niej takie samo zdanie, co przedtem – choć może nieco lepsze.

– Rozumiem.

Rozejrzał się wokół, szukając innego tematu do rozmowy, a dostrzegłszy na niebie księżyc, uczynił jakąś uwagę o pięknej nocy. Ja jednak ją zignorowałem.

– Lawrence, czy kocha się pan w pani Graham? – zapytałem, spokojnie patrząc mu w oczy.

Zamiast poczuć się urażonym owym pytaniem, przezwyciężywszy początkowe zaskoczenie wywołane moją zuchwałością, zachichotał, jak gdyby wielce rozbawiony tym pomysłem.

– Ja? Czy ja się w niej kocham? – powtórzył. – Co, na nieba, podsunęło panu taką myśl?

– Widząc, z jakim zainteresowaniem śledzi pan rozwój mojej znajomości z rzeczoną damą i jak bardzo ciekawi pana moja opinia na jej temat, pomyślałem, że może powoduje panem zazdrość.

Lawrence ponownie się roześmiał.

– Zazdrość? Ależ nie! Sądziłem jednak, że zamierza się pan ożenić z Elizą Millward.

– Wobec tego mylił się pan. Nie zamierzam się żenić – ani z jedną, ani z drugą.

– Zatem uważam, że najlepiej pan zrobi, jeśli zostawi je obydwie w spokoju.

– A pan planuje poprosić Jane Wilson o rękę?

Lawrence zaczerwienił się i znów dotknął grzywy konia. Mimo wszystko odpowiedział jednak na moje pytanie:

– Nie, nie sądzę.

– Więc najlepiej pan zrobi, jeśli zostawi ją w spokoju.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com