Litwaki - Kazimierz Laskowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 119 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Litwaki - Kazimierz Laskowski

Kazimierz Laskowski, LitwakiLitwaki” to utwór polskiego poety, prozaika i dziennikarza Kazimierza Laskowskiego (1861–1913). Studiował w Niemczech. Pracował jako redaktor kilku pism. Laskowski był autorem wielu piosenek, najczęściej nawiązujących do wydarzeń bieżących. Jego utwory ukazywały się w „Kurierze Warszawskim”, „Gazecie Radomskiej”, „Gazecie Kieleckiej” oraz warszawskich pismach humorystycznych. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Litwaki - Kazimierz Laskowski

Fragment ebooka Litwaki - Kazimierz Laskowski




Spis treści

  1. WSTĘP
  2. Rozdział I PIERWSZA MANUFAKTURA
  3. Rozdział II PIERWSZA LITWACKA „ASYMILACJA”
  4. Rozdział III
  5. Rozdział IV LITWAK I SYJONISTA
  6. Rozdział V SPOSÓB NA SPOSÓB
  7. Rozdział VI W SIECI
  8. KOLOFON

WSTĘP

Słońce chyliło się ku zachodowi, zanurzając się za sinawą chmurę i złocąc jej wystrzępione, nierówne brzegi błyszczącym, jakby z płynnego metalu ulanym rąbkiem. Dachy stacyjnych zabudowań czerwieniły się jasno w blaskach tej pozłoty, której promienie nad samym peronem mąciły kłęby czarnego dymu dobywającego się spiralnymi skrętami z komina lokomotywy stojącej u podjazdu pociągu.

Pociąg dopiero co stanął. Jeszcze drżały w powietrzu ostre tony pierwszego dzwonka. Z wagonów wysiadali pasażerowie, w oknach spuszczano szyby, wychylały się głowy podróżnych, na stopnie wchodzili chłopcy bufetowi, niosąc tace pełne szklanek gorącej herbaty, przeciskali się przez tłum przekupnie pomarańcz, pierników i czekolady, dwóch gazeciarzy defilowało przed wagonami, pilnie patrząc w okna, czy ktoś nie zażąda dziennika, jakiej ilustracji lub szczypty drukowanego za parę groszy humoru.

W oknie jednego z zielonych trzeciej klasy wagonów ukazała się właśnie wyrazista twarz o rysach ostrych z wydatnym nosem nad pąsowymi grubymi ustami, dokoła których wił się bujny, czarny, kędzierzawy zarost. Czasem przenikliwe i trochę zaczerwienione w obwódkach oczy patrzyły z tej twarzy na snujący się po peronie tłum, ruchliwie prześlizgując się z jednej postaci na drugą.

Pogardliwy uśmiech skrzywił usta podróżnego.

Naczynajetsia Polsza!... – mruknął.

Sug mal Borysower – my tu długo będziemy stoić? – zabrzmiało za nim szybkie, nerwowe pytanie.

Borysower odwrócił się wolno do wnętrza wagonu. Na drewnianych ławkach siedziało tam trzech jeszcze pasażerów. Dwaj z nich ubrani byli w długie ciemne paltoty różniące się od chałatów tylko surdutowym u szyi fasonem i materiałem, na głowach zaś mieli czarne letnie czapki – trzeci miał na sobie ciemnobrązowy marynarkowy garnitur, zielony krawat i miękki kapelusz.

Borysower popatrzył na nich z wolna.

– Panu się bardzo śpieszy, panie Ustman? – rzekł do pasażera w brązowym garniturze.

– Dlaczego się nie ma śpieszyć? – odparł Ustman, wstając. – Tyle czasu się jedzie, jedzie i nie można dojechać! Kości już bolą... nudno!

– Jeszcze całą noc trzeba jechać – westchnął jeden z siedzących.

– Ja pójdę kupić gazetę! – rzekł Ustman, wychodząc na wagonowy kurytarzyk.

Borysowicz usiadł i zsunął czapkę na tył głowy.

– Gorąco jest!... – sapnął, ocierając spocone czoło. – Marszeles, czy wy Gitlowicza wliczacie do siebie?

– A kogo mam zaliczać? – odpowiedział Marszeles, mały, niskiego wzrostu Żyd z siwą, żółtawą na końcach brodą i wsparłszy ręce na parasolu, począł pilnie patrzyć w oczy Borysowicza wypłowiałymi źrenicami koloru rozwodnionego wina rodzynkowego.

– Zaliczajcie sobie, ja przecie nic nie mówię... – rzekł Borysowicz – ale wy Gitlowicz przyjdźcie jutro do mnie zaraz po południu – ja was poznam z Katzengoldem; nie trzeba tracić czas!

– Co mamy tracić czas? – zawołał Marszeles – ja jemu pierwszy powiedziałem, że ja jego zaprowadzę do Wawrendufta!

– Co jest Wawrenduft?

– A co jest Katzengold?

– Wy Marszeles potrzebujecie spokojnie słuchać. Ja wam zaraz powiem co jest Katzengold, to wy sami zmiarkujecie, że Wawrenduft to nic jest.

– A różnice! – syknął Marszeles, nerwowo podskakując na ławce – jak wy chcecie, żeby Wawrenduft był ganef, to on zaraz ma być ganef?

– Sss! żeby on był chociaż porządny „ganef” ale nie jest! Wy chcecie wiedzieć, Marszeles? To ja powiem! On jest gekeszenes ganef!1 To wy chcecie do niego prowadzić taki porządny kupiec jak Gitlowicz, żeby on z nim zrobił interes!

Marszeles zerwał się z ławki.

– Żeby ten pociąg nie ruszył z miejsca, jeżeli to jest prawda! – zawołał.

Ale Borysower wyciągnął rękę i ujął go za ramię.

– To jest prawda i dlaczego wy chcecie, żeby ten „pojezd” się nie ruszył? On się właśnie ruszył, a wiecie dlaczego? Bo potrzebno jest, żeby my jechali dalej spokojnie – i potrzebno jest, żeby Gitlowicz zrobił solidny interes z Katzengoldem, a nie z naszym Wawrenduftem!

– Dlaczego to jest potrzebno?

– Ja wam powiem. Ja to już mówiłem Gitlowiczowi, ale ja jemu nie powtórzę, a wy słuchajcie, bo wam zarobku nie da ani Wawrenduft, ani Katzengold, tylko sam Gitlowicz.

– Ja słucham, ale mnie jest dziwno...

– Może być i dziwno – to nie kosztuje! Wy słuchajcie Marszeles, to wam nie będzie dziwno. Wy mi powiedzcie najpierw: czy Gitlowicz jest porządny kupiec?

– Ojojoj! Dlaczego on nie ma być porządny? On jest bardzo porządny!

– I bogaty?

– Bogaty? – jakby on nie był bogaty, toby nie był porządny! Czy to można być bidnym i porządnym?

– Un nie jest bidny. On nawet jest bardzo niebidny.

– Wiadomo! Co z tego ma mieć Wawrenduft?

– Nic nie potrzebuje z tego mieć! Wy nie skoren, Marszeles, wy zarobicie i tak, ja wam powiadam!

– Z jakim sposobem?

– Gitlowicz potrzebuje zrobić dobry interes! A sieher genef!

– A soj! a ganz sieher geneff? – wtrącił się milczący dotąd Gitlowicz – a geszeft bez wsiakowo rysku!

– Wy słyszycie, Marszeles? Gitlowicz wam sam powiada! słuchajcie dalej: co ma Wawrenduft? on ma sklep. Ten sklep trochę idzie, a trochę stoi.

– Un ma towary...

– Ma. Ja żiczę moje wrogi taki towar. Ten towar co on go ma, jest ganz git na plajtę, ale jest ganz szlecht na handel! Wszystkie jego sąsiady mają takie same sklepy. Co on może targować? całkiem nic?

– Jak Gitlowicz z nim zrobi szytwę2...

– Gitlowicz z nim nie zrobi szytwę. Gitlowicz potrzebuje zrobić szytwę na taki geszeft, co idzie i będzie szedł.

Kanieczno! – wtrącił Gitlowicz.

– Katzengold właśnie taki interes ma – ciągnął dalej Borysower – on ma damski bławatny towar i do niego na Nalewki przychodzą kupować katolickie kobity z całego miasta. On zarabia siedemdziesiąt procent – czasem więcej.

– To po co on potrzebuje szitwes?

– On potrzebuje szitwes, bo on chce zrobić duży ruch. On potrzebuje wziąć nowy drugi sklep i sprzedawać gotowe konfekcje. On potrzebuje na początek sprowadzić z Berlina trochę modele i posadzić dziesięć, piętnaście może dwadzieścia krawce i szwaczki, coby na te modele szyły gotowy towar z jego materiału. To on sprowadzi dwa modele na każdą rzecz, a sprzeda dwadzieścia! I to będzie wszystko recht zagraniczne, sprowadzane Mode-Waaren! wszystkie katoliczki będą u niego kupować, bo on będzie dawać o 15, może 20 procent taniej od inne katolickie kupce, a będzie zarabiać na tym swoje sto procent, może więcej! Teraz to wy rozumiecie Marszeles, że on potrzebuje to zrobić?

Marszeles przymrużył oczy. Myślał. Myślał i obliczał, kiwając się z lekka. Borysower i Gitlowicz patrzyli na niego w milczeniu.

– Co ja na tym zarobię? – spytał w końcu cicho.

– Co wy możecie zarobić?

– Ja wim?

– Ja też nie mogę wiedzieć! Sugt a wort!

– Wy mnie dacie czwartą część z tego, co dostaniecie od Katzengolda.

– Uj, czemu wy nie chcecie 50 procent?

– Ja chcę 25 procent!

– Co jest 25 procent? Skąd wy wiecie, co może dać Katzengold? On nie da prawie nic!

– To wy mi z tego dacie 25 procent!

– Ja wam dam 10 procent! – Ja potrzebuję 25 procent!

– Co jest „potrzebuję”?! Jakbym ja wam nie powiedział, wy nie dostalibyście nic!

– To mnie by dał Wawrenduft...

– Co taki ganef może dać? Uj, Marszeles, wy jesteście jak dziecko! Wy wierzycie na taki Wawrenduft! Ja wam dam 15 procent – ostatnie słowo!

– Wy możecie dać 25!

– Żeby moje wrogi tak mogli! Ja wam dam 16!

– Ja wam co powiem, Borysower – wy dacie 20, a Gitlowicz da 10...

– Co znaczy? Za co ma dać Gitlowicz?

– Za szytwe!

– Joch git niszt! – rzekł Gitlowicz.

– Wus sugt ir? Za co wy nie chcecie dać?

– Joch git niszt!

– Un nie może dać nic! On przyjeżdża z Rosji do nasze kupcy i daje swoje pieniądze, żeby my mogli się bronić przed gojami – jemu nie potrzebno dać nic!

– To jest gadanie! On zrobi geszeft, co żaden goim będzie miał te zyski...

– Wus wolt ir? Jakby on nie miał zrobić, toby on nie przyjeżdżał do nas! Ale jemu wigoniali stamtąd!

– To przez tego my jemu dajemy interes!

– On nie może dać nic!

Da! ja nie magu! – rzekł Gitlowicz. Wtem na peronie ozwał się drugi dzwonek.

Jeszcze nie przebrzmiał jego głos, kiedy tuż pod ścianą wagonu rozległa się zmieszana wrzawa głosów, wśród których górował jakiś chrapliwy dyszkant.

– Ustman? – zawołał, wstając Borysower – wus schrajter? – i wychylił się z okna.

U stopni wagonu stała zbita gromadka ludzi otaczająca roznosiciela gazet i Ustmana. Błyszczące oczy, zarumienione gniewem policzki, kilka ściśniętych w kułak pięści znamionowały jakąś sprzeczkę. Ustman zaperzony starał się dostać na stopnie wagonu.

Borysower wybiegł na korytarz. Za nim podążyli Marszeles i Gitlowicz.

Wus ist k’szejn?... – zawołał Borysower, stając u wyjścia.

Bezparjadok! – wołał zaperzony Ustman – sumaszedszyje! rugajut mienia! bijut’!

W czom djeło? – zapytał Gitlowicz.

– Chciałem kupić gazetę – „Warszawskij Dniewnik” – tłumaczył Ustman po rusku – gazetczik nie miał! Powiedziałem mu, że to nachalstwo sprzedawać polskije żurnały, a ruskiej gazety nie mieć! A on się stawia!

– Nieprawda, wymyślał chłopakowi! Jakie prawo ma, parch jakiś! Nie chce czytać polskiego pisma, to niech nie kupuje! Ale wara mu wymyślać! Cóż to on?! Naczelnik jaki? – wołali wszyscy jeden przez drugiego. Pięści wyciągały się coraz bliżej. Biedny gazeciarz płakał, mówiąc, że go potrącił Ustman.

Borysower puścił w ruch język – posypały się znów łajania z obu stron.

Z drzwi prowadzących na prawo z kancelarii stacyjnej, wyszedł żandarm. Spojrzał na rozjątrzoną gromadkę i zaczął ku niej z wolna iść.

– Kimt rajn! – zawołał Borysower, szarpiąc Ustmana za ramię. Ten i ów się obejrzał. Zaczęli się cofać. Wtem rozległ się gwizd lokomotywy – jęknął dzwonek stacyjny – odpowiedziała świstawka zawiadowcy – pociąg ruszył.

Do przedziału wracali zaperzeni, zziajani, szwargocząc zaciekle, Borysower i Ustman. Za nimi z wolna wszedł Gitlowicz i Marszeles.

– To jest napaść! Rozbój! Gwałt! – wołał Ustman – a policja nic nie mówi takim łajdakom! Oh, żeby tak u nas w Smoleńsku! Poszliby do kryminału wsie! Albo w Sybir!...

Jakiś pasażer przechylił się drugiego przedziału.

– Nie trzeba, mój panie wymyślać nikomu od Polaków, tu polski kraj i polski naród!

Czto? Polsza?! at udiwitielno! – zawołał Ustman – ja ruskij i ja tu ruską koleją jadę! Za rosyjskim pasportem! Czto dla mienia Paljaki! Nie znaju! Nie choczu znat’!

Pasażer uśmiechnął się.

– Pan ruski? – rzekł – a wolno spytać, czy chrzczony?

Ustman obrócił się gwałtownie plecami i siadł, mrucząc coś pod nosem. Ale Borysower wstał. Zmierzyli się oczami z podróżnym.

A wy czto? – spytał. – Wam kakoje dieło mieszatsia?

– Ja podróżuję jak pan! – odrzekł pasażer spokojnie – i proszę, żeby w wagonie nie robić hałasu i nie obrażać nikogo. Jeżeli panowie się nie uspokoicie, na najbliższej stacji wezwę żandarma. Jestem urzędnikiem państwowym i Rosjaninem.

Borysower usiadł. W przedziale, gdzie jechał, zapanowała cisza.

Dopiero po długiej chwili czterej potomkowie Mahabeuszów zaczęli szeptać.

– To jest kraj rozbójników! – żalił się Ustman.

– Tsss, oni tylko lubią krzykać! – uspakajał go Borysower.

– W Warszawie takie same Polaki są?

– Są takie, są jeszcze inne. Co panu zależy? Pan ich nie będzie widział!

– Jak to nie będę? Jak ja będę redaktorem nowe żargonowe gazete, to ja muszę...

– Nic pan nie musi. Pan potrzebuje mieszkać w nasze miasto.

– Nie w Warszawie?

– W Warszawie tylko na Nalewki, albo na Dzikie, albo na Gęsie, albo na Chłodne... jeszcze nie cała Warszawa nasza jest. Ale połowa jest nasza. Tam pan będzie mieszkał, tam pan będzie pisał – na nich!

– O, na nich to ja będę!... A oni nie będą się na mnie rzucić?

– Z jakim sposobem? Oni nie będą rozumieć, nie będą nawet wiedzieć... oni głupie są! Tylko krzykać dużo lubią bardzo!

– A zarobić na nich można?

– Hörszte, Marszeles? Pan Ustman się pita czy można na Polaki zarobić?

– A na kim będzie można, jak nie na nich: to nie jest „można” – to jest „potrzebno”! Jakby nie było na świecie Polaki, to z czego by my żyli?

Ustman zatarł ręce.

– To jest dobrze! – rzekł – nasze w Rosji też tak myślą i wszystkie się wybierają tu jechać!

– O wa, wystarczy miejsca! Tylko one muszą razem z nami robić wszystko! A szitwe soł sajn?

W cieniu wieczornym zalegającym wnętrze wagonu poruszył się gruby Gitlowicz.

Uwidim! – rzekł z wolna – kto będzie mądry, ten będzie górą!

– Wus sugt ir?... – spytał Marszeles – co znaczy „górą”?

– Co ma znaczyć! – zawołał prędko Borysower – my jesteśmy najmądrzejszy naród na cały świat! A kto ma być górą? My! A kto będzie dołem? Ten, co jest głupi! A kto jest głupi? Nie trza wam tego powiedzieć, Marszeles! Wy to sami wiecie!

– No, ja wiem...

Umilkli. Pociąg pędził wśród naszych równin, co od białego Niemna pasmem szerokim tęskniącej za przeszłością ziemi ścielą się aż w mazowieckie piaski – mijał bory sosnowe i mokre łąki i rdzawe wrzosowiska i łubinu poletka kwieciem żółtym czy niebieskim pokryte – uciekał od chat strzesznych, co rzędami przysiadły na okrajkach borów, na karczowiskach poleśnych – toczył się żelazną wstążką szyn, wioząc w serce kraju forpoczty jego pasożytów...

1Gekeszenes ganef – złodziej kieszonkowy; termin złożony z hebrajskiego rzeczownika „ganef” (złodziej) i z polskiego „kieszeń”, użytego w nimieckiej formie czasownikowej z suffiksem „ge” czasu dokonanego.

2Szytwa – spółka.