Listy Cześnikiewicza do Marszałka - Józef Aleksander Miniszewski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 237 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Listy Cześnikiewicza do Marszałka - Józef Aleksander Miniszewski

Utwór z 1858 roku, któremu autor nadał formę zbioru listów. Józef Aleksander Miniszewski (1821–1863) był publicystą i powieściopisarzem. Wspierał program reform Aleksandra Wielopolskiego. W czasie powstania styczniowego uznany za zdrajcę, prawdopodobnie z wyroku władz powstańczych został zasztyletowany. W jego dorobku literackim znalazły się m.in. takie dzieła jak „Grzechy powszednie” (1850), „Galeria obrazów szlacheckich” (1860), „Ciernie kwitnące” (1865). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Listy Cześnikiewicza do Marszałka - Józef Aleksander Miniszewski

Fragment ebooka Listy Cześnikiewicza do Marszałka - Józef Aleksander Miniszewski






Spis treści

  1. DO ROMANA RADOLIŃSKIEGO
  2. LIST I
  3. LIST II
  4. LIST III
  5. LIST IV
  6. LIST V
  7. LIST VI
  8. LIST VII
  9. LIST VIII
  10. LIST IX
  11. LIST X
  12. LIST XI
  13. LIST XII
  14. LIST XIII
  15. LIST XIV
  16. LIST XV
  17. LIST XVI
  18. LIST XVII
  19. LIST XVIII
  20. RESPONS KAWALERA NIE ŚWIEŻEJ DATY
  21. KOLOFON

DO ROMANA RADOLIŃSKIEGO

Spodziewałeś się, kiedy, kochany Romanie

Że Cześnikiewicz w szrankach literackich stanie?

Ba!  A toć rzecz szlachecka! Od dawnego czasu

Chodził Polak po wojnach wytchnąć do Parnasu.

Żywot był poetyczny, a księgi dziejowe

Pełne dziwów jak gdyby marzenia pieśniowe;

Wieki jak zwrotki pieśni, a czyny to cuda,

Nie wszystkim się narodom takie życie uda!

Gdzie jest zdolność do czynu jest i do gawędy,

Zdolność szlachcie dawała i chleb i urzędy,

I majestat mądrości i rycerską sławę,

Każdy umiał narodu pokierować nawę.

I było przekonanie szlachcica polskiego

Że go Pan Bóg utworzył zdolnym do wszystkiego;

Osobliwego w ducha nagromadził blasku,

Jeno szlachcic nie umiał bicza kręcić z piasku...

Brał z niebios promień łaski i prządł z tej krynicy

Wielką sławę, bo w służbach stał Bogarodzicy.

A kiedy pełną chwały przeżył dni połowę

To włożył swą koronę Marii na głowę.

Z stolicznej Jasnej Góry jest do niebios droga

Którą się nasze modły dostają do Boga.

Oto nienawiść ludzka... zazdrość naszej chwale...

Żeśmy kmiecie Marii,  więc boscy wasale.

Niech się kosmopolitów urągają tłumy

Ja za uciechy ziemskie nie oddam stąd dumy!

Zblednie tarcza herbowa, zgaśnie blask pancerza,

Jeszcze się ornamentem zaszczycę szkaplerza!

Gdy się skończył rycerski żywot promienisty

Uchwyciłem za pióro i pisałem listy;

Bo najjaśniejsza lampa musi z czasem zgasnąć,

Kiedy sobie pozwoli, stróż jej życia zasnąć...

Tak się stało z szlachcicem, gdy leniwie zasnął

Przepadła jego wielkość, jakby z bicza trzasnął!

Lezie nań bieda, Żydy, jak się bronić nie wie

Bo i kozy po krzywym zwykły łazić drzewie.

Napręż ducha, a jako dąb podnieś konary!

Pocznij życie zakonem pracy i ofiary,

Z dawna tak się coś w duszy mej kłuło, roiło,

Jeno na wierzch wyrzucić sposobu nie było.

A żem jak wulkan pełen gorąca i huku

Wylał ognistą lawę na papierze, w druku...

Bodaj szlachtę sparzyła i Ciebie dosięgła,

Bo dusza moja z Twoją dawno się już sprzęgła,

Ołtarz serdeczny czystą miłością się żarzy

Nie uciekaj to Ciebie boleśnie nie sparzy.

W tej książce rozlicznego obfitość gadania,

Ale że grunt poczciwy, z czystego kochania,

Że tak zawsze pisałem jako w sercu czuję

Zbiór listów do Marszałka Tobie przypisuję.

do zgonu pełen szacunku i przyjaźni

Sługa. Twój

J. A.M.


LIST I

Wielmożny marszałku dobrodzieju!

Obłowiwszy się, Bogu chwała, wiadomości dostatkiem, pośpieszam z uiszczeniem się z danego słowa kochanemu Marszałkowi i takowych pierwszą wiązkę przesyłam. Ale mi też przyszedł wcale dobry koncept co do samego pisania listów, i wywinąłem się raz na na zawsze (np. póki jestem w Warszawie) od gderania kochanego Marszałka za kaligrafię moją.

Zaznajomiłem się z Redaktorami Gazety Codziennej. Spotkaliśmy się na śniadanku u Czabana. Gadu, gadu, język rozwiązał mi się jakoś przy winie, nuż opowiadać wrażenia moje z podróży w Podlasie, na święta do pana Seweryna, nuż pocznę robić uwagi swoje o Warszawie i o tym, co widzę, aż owi panowie do mnie:

– Panie dobrodzieju czy pisujesz kiedy?

– A jakżeż nie mam pisać, czy to asaństwo myślicie, że szlachcic grykosiej samymi obejdzie się karbami. Jest ci u nas do pisania laska Pana Boga, kontrakty, rewersy, listy, obrachunki, Matko Najświętsza! a wójtostwo? co tu stąd korespondencji!

– Ależ nie o tym mowa łaskawco, czy dla literatury ojczystej pisujesz pan kiedy?

– Jak to, do druku?

– A do druku...

– Jak żyję tak nie pisałem!

– A łaskawco pisz, tak jak opowiadasz, będzie to bardzo ciekawe.

Nuż w komplementy, jak nie zaczną namawiać, ja się tłumaczę, że mam co tydzień list jeden pisać do marszałka a czasu złapać trudno. – Dajże więc te listy co do marszałka idą, poślemy drukowane!

– Ha! Jak sobie państwo pościelicie tak się i wyśpicie, chcecie ładować w gazetę bajanie starego grykosieja, pakujcież; żeby tylko nie szwankować na tym; ja nie dobijam się imienia literackiego, nie ryzykuję, ale asaństwo i reputacja a może i chleb!

Koniec końcem stanęło na tym, że pozostałem i owo skąd moją listy w druku!

Poczynam tedy od wyjazdu z Kaliskiego na Podlasie. Huk to kraju do przejechania, a podróż była i po nowoświecku i po staropolsku. W Zduńskiej Woli żegnaliśmy się z kochanym Juliuszem tak czule jak gdybym do Ameryki i to na lata całe wyjeżdżał; poczciwy Węgier do łez nas rozczulił. Stąd już pełen wspominków poczciwej przyjaźni i wina, ruszyłem ku żelaznej drodze. Oj ostatnie trzy latka, które nam rolnikom dały takie cięgi, każdego nauczyły rozumu i do pracy zagnały.

Gdzie spojrzysz czy z jednej czy z drugiej strony drogi to szlamem nawożą pole, chleba dostatek będzie w przyszłości, tylko daj Boże odbyt lepszy i ceny wyższe! Ba, wszak to i dziś już że brak z trudnością spotkasz, chyba prawdziwego amatora drażnienia psów; a są okolice gdzie ktoś zrobiwszy sobie ślub rozdania jałmużny musiałby chyba przez okólniki szukać sobie dziada. Chłopek najedzony, to i wesoły i rumiany; bądź co bądź, jednak chociaż tanio, choć o grosz trudno okowita stoi, zboże wołki napoczynają po spichrzach, ale z tym wszystkim weselej na polskiej ziemi, bo nikt z głodu nie umiera.

Kto zaś stęka jeszcze na ciężkie czasy i na goliźnie, to niech siedzi w domu, gdzie tak dobrze wyspać się można jak po hotelach niemieckich, a woda przysięgam panu Bogu, że każda uleczy przy życiu wypełnionym pracą. Chcesz słonej to ją osolić, gorzkiej toć i na to sposób, a ruchaj się to bole z kości ustąpią. Na zabawę wznowić staro polskie kuligi, czym chata bogata tym rada, a dalibóg będzie wesoło. Za moich latek młodych robili paniczom fraki krawcy z Stawiszyna, Poddębic, Łasku i Szadku, ja sam w takim fraku wkręciłem się do serca Magdusi, która znowu przy stu tysiącach posagu dostała całej wyprawy za sto dukatów, a w inwentarzu żywym z dziesięć tysięcy. A jakie przy tym było kochanie! Toć do dzisiaj starczy, kiedy ledwie parę tygodni niewidzenia a już tęsknię za nią, jak w miodowych miesiącach, i przeklinam mój proces, za którym z pół roku posiąść przyjdzie  w Warszawie! A jak też wszystko podrożało w stolicy! Mając sprawić całkiem nowy przyodziewek do miejskiej elegancji, wolałem stare bekiesze blamażom kazać oczyścić, niżeli z obrazą Pana Boga setkamisypać ruble za szmaty. Radziłbym tak nie jednemu z braci szlachty, to finansowe przesilenie nie byłoby tak strasznym dla szlacheckich fortun.

Wracając atoli do podróży mojej, przyznam się panu Marszałkowi, że ani spodziewałem się na sześćdziesięciu milach długości naszego królestwa znaleźć takie stopniowanie kultury, jakie spotkałem.

Jaka różnica między Belgią a Kaliskiem, dwa razy tyle między Kaliskiem a Podlasiem. Po drodze żelaznej ślizgaliśmy się do Warszawy jak po mydle, znasz to Marszałku, pisać nie ma o czym; w Warszawie popas wcale dobry i to wiadomo. Droga dopiero od Warszawy na Kałuszyn, Międzyrzec, Radzyń, aż do Siemienia samego, bardzo mi była ciekawą. Już to historyk ma co o tym kraju powiedzieć, bo za czasów nowszej taktyki wojennej, droga ta była militarnie niesłychanie ważną. Nie mówiąc już o zagonach puszczanych na Mazury przez Krzyżaki, Litwinów, Jadźwingów, toć od Karola Gustawa Szwedzkiego, kraj ten kopcił zgorzeliskiem i pokrywał się mogiłami z pięć razy. Przeszkadzało to wiele podniesieniu kultury, a zawsze płoszyło przemysł fabryczny, który mimo dostatku wody lasu i chleba, nie osiedlił się tam dotąd koloniami, jak u nas.

Wszelako pyszne tu majątki, ziemia wszędy wdzięczna i do uprawy łatwa; ale że ludność nieodpowiednia obszarom; stąd wiele łąk błotnych i zarosłych, lądów odłożonych, a lasy jakie!

Na takich to majątkach przecie budowano przed laty pałace, o jakich ani nam śniło się kiedy na Wielkopolsce. W Radzyniu przepyszny pałac, przypominający Luwr rozmiarem i pięknością, dźwignęli książęta Sapiehowie, używając i rzemieślników i artystów z dalekich krajów sprowadzonych. Powracając ze świąt na Lublin do Warszawy równie piękną budowę widziałem w Lubartowie po Sanguszkach. Te olbrzymie fortuny, po kilka tysięcy włók liczące obszerności, wyszły z domów książęcych, a szlachecki dobytek za mały do utrzymania tak ogromnych budowli, więc marnieją powoli. Szerokie tu nastręcza mi się pole do powiadań. A przede wszystkim kwestią chlebowa

Chwała temu niech będzie, kto pierwszy fundowaniem wiążącego się u nas Towarzystwa Rolniczego zajął i doprowadził. Może przy wspólnym myśleniu o polepszeniu krajowego gospodarstwa przyjdzie u nas i do porządnego planu, co i gdzie hodować? Obszerne równiny Podlaskiego kraju, obfite w łąki i pastwiska, dla niskiego położenia swojego nie właściwe są do chowu owiec. Za to można tu prowadzić wielki chów bydła i koni.

Na osuszenie Podlasia doprowadzenie do tego stanu, co Kaliskie, półwieku trzeba jeszcze usilnej pracy. Sąsiedztwo błotnistego Polesia Litewskiego za Bugiem opóźnia na wiosnę wegetacją niesłychanie. Długo tu bowiem ciepła wiosenne chłoną masy lodów sformowanych przez zimę. Stąd spóźniony się jarzyn i koniczyny nie odpowie dostatecznie obfitym sprzętem, wedle potrzeby owczarniowego gospodarstwa. Wszelako przebaczyć nie można pługom i orce w tych stronach! Przecież to na Podlasiu przedpotopowe jeszcze sochy, dwoma pazurami żelaznymi orzące, jaka bądź ziemia, czy kamienista czy gładka! Jakże tu umęczony rataj biedny, z całej siły zmuszony kierować owo niezgrabne ruchadło! W tej poczciwej ziemi tak łatwej, żelaznym pługiem można by cudów dokazywać, nie męcząc ani zaprzęgów ani człowieka.

O pogłębieniu córek, o wyczyszczeniu z perzu ani tutaj pomyśleć przy owych narogach. Poprawić rasę bydła z jakimże pożytkiem tutaj można czy to na mleko, czy też na wyrost dla mięsa i roboty.

Nasze Wielkopolskie wyżyny potrzebujące tyle wołów, mogłyby podnosić swoje owczarnie, a od bogatych w pastwiska Podlasiaków zakupywać bydło. U nas przy większej ludności dźwigać cukrownictwo, Podlasie niechby zostało przy gorzelniach. Jak też to jeszcze wiele do roboty w tej Polsce naszej! niechby tylko człowiek pokochał rozumowane rolnictwo. Panom Poznańczykom, którzy taką ciżbą lecieli do Polski przed rokiem, za kupnem dóbr, sprzedawszy Niemcom rodzinne wioski, które ci nabywszy już na wiek wieków w kraj niemiecki zamienią, na innym miejscu trzeba by o tym obszerniej powiedzieć. Ale raz dokonawszy niepoczciwego czynu niechajby za Wisłą szukali pomieszczenia z ocalałym kapitałem. Tam by dźwignęli rolnictwo, zasługując się matce ziemi, a pomiędzy narodem czystej krwi lechickiej leczyliby się ze zniemczałości, w czym korzyść ich osobista. Ale cóż? Im trudno oddalać się od kochanych Niemców, od wygód niemieckich! Poznańczycy robić już muszą wiecznie posługę Germanii, trzymając straż przednią w peregrynacji ku wschodowi, więc posuwają się blisko granicy, a za nimi pójdą dający zysk przy odkupie synowie Odyna. Pewna część Podlasia ludna w szlachtę, wszelako tych ja okolic nie zaczepiłem, jeno ową na drodze ku Lublinowi, gdzie wielkie fortuny, a stąd sąsiedztwo rzadkie; z trudnością tu liczniejszych sprosić gości do domu przychodzi. Święta wszelako w Siemieniu mieliśmy wesołe u naszego rodowitego Kaliszanina, kochającego Boga i ludzi po naszemu. Polowania na grubego zwierza nastręczyły nam poznanie takich kniei, o jakich na Wielkopolsce od pół wieku nie słyszano.

Otóż to mi nazywa się być krajowi pożytecznym, kiedy się ma głowę i serce. Oglądając gospodarstwo p. Seweryna łatwo widzieć mogliśmy, że ono prym trzyma w Podlasiu. Już to obszerność liczą tu nie na włóki nowopolskie, ale na mile kwadratowe. Człowiek ten przede wszystkim wojuje z naturą dziką a potem z uporem ludzkim. Osuszać bagna, dobywać grunta orne i łąki z zarośli, kolonizować polską wdzięczną ziemię, a tym sposobem dwoić plon i intraty to ogromne jego zadanie. A takich mas mierzwy jak żyję przy najlepszym gospodarstwie nie widziałem jak u niego. Przyszedł do tego wprowadzeniem kosy do żniwa, guwernerów ku temu sprowadzając aż z kaliskiego. To niesłychanie podniosło ilość sprzątniętej słomy. A jakie ciekawe w Siemieniu studia robić można pod względem moralności!

Widzieliśmy rozbójników i złodziei, którzy po osadzeniu na roli, danej na własność czynszową, stali się najpracowitszymi i najzamożniejszymi kolonistami. Co za szkoda że te podróż odbyłem zimową porą. Że tam zajrzeć musze latem i bliżej rozpatrzyć się w żywocie rolniczym to pewna. Wszelako i z tego co widziałem rad jestem serdecznie.

Ponieważ w Polsce znikło już przywiązanie do kątków rodzinnych a handel wioskami upowszechniony, ponieważ kosmopolityzm nachodzący nas, przyniósł między innymi i chęć gwałtowną szybkiego bogacenia się, a rolnictwo rozumowane weszło choć na język w modę, z tych powodów kto tylko ma kapitał i chęć potrajania majątku w ciągu życia, niech szuka dóbr w Podlasiu i Lubelskiem; wszelako bez pracowitości, siły woli, wyższego poglądu, a punktualności w wykonaniu dobrze zrobionego planu, nie ma tam po co lecieć, bo będzie tylko pchał biedę po dawnemu, jak się to tam praktykuje odwiecznie. Wracając z Siemienia na Lubartów i Lublin, widzieliśmy całą długość Lubartowszczyzny (włók np. 2800) i oceniliśmy, jakie to tu robią interesy, samym kupnem, nie mówiąc już o tym, co zrobią podniesieniem kultury.

O samym Lublinie dużo by opowiadać, że jednak pan Marszałek kupiłeś już Album Lubelskie, nie chcę mu psuć moją gryzmołą lepszej pewno lektury; to tylko nadmienię, że w Lublinie jeszcze po staro polsku Żydy obrywają poły gościom do sklepu ciągnąc, a lichwą jak nigdzie na świecie. Droga z Lublina wszystka dobrym krajem, wszelako aż do Warszawy kultura licha; ta Wisła, to jakby naturalna granica rozumowego przemysłu gospodarskiego!

Na tym kończę list mój pierwszy kochany Marszałku, a teraz zagospodarowawszy się w kochanej Warszawce donosić Ci będę niestworzone rzeczy. Ba! bo i cóż też to dzieje się w świecie i z miastami i z ludźmi! Dalibóg żeby nie tęsknota za Magdusią, byłoby mi i wesoło. Włóczę się po całych dniach, goniąc za sędziami, adwokatami, wszędy kogoś spotkam, znajomych pełno, gawęda nieustająca, a co dzień nowinki. Czekajże na nie kochany Marszałku do przyszłego listu, a ja ruszam do teatru na operę Halkę, bo przecież za sześć rubli od przekupnia dostałem bilet do krzesła. A teraz zasyłając panu Marszałkowi i połowicy jego ukłony, zostaję przyjacielem i sługą.

Józef.

P.S. Mój kochany Marszałku, jeżeliby tam w Zborowie Pan Bóg pobłogosławił na pomiot charci proszę mi zostawić, zwłaszcza po Jedynce pieska i suczkę żółtą, białoszyjną koniecznie; bo to cecha gniazda Bojanowskich chartów, które to jeszcze przed Mistrzem Adamem ścigały kota, aby mu dać pyszny obrazek do powieści: „Pan Tadeusz”.

Dnia 11 stycznia 1858 r.


LIST II

Wielmożny Marszałku Dobrodzieju!

Nie uwierzysz jakie to dziwne a miłe robi wrażenie zobaczyć swoje pismo drukowane, a do tego na raz jeden w kilkutysięcznych rękach! Gdyby nie omyłki w druku, których nie poprawili drukarze, byłaby to dla mnie niczym niezachmurzona radość, zostać autorem. Zwyczajnie, my hulamy w karnawał, toć i te kanalie federszmuce, co innego maja w rękach a co innego w głowie.

Wszelako gdy im obiecałem przysłać ze wsi okowity anyżowej, poletek słoniny i legumin Da prezent, obiecali się poprawić i nie wystawiać na pośmiewisko uczciwego szlachcica. Ale mówmy o czym innym.

Warszawa Mocium Panie zwielmożniała nadzwyczajnie. Istnie tak wygląda jak nasza znajoma pani Grzegorzowa w tym przepysznym kornecie z Paryża, co jej zięć przywiózł, a wszelako włóczą, się za nią jakieś obszarpane lonty! Nawstawało pałaców i domów pysznych co niemiara, oświecono miasto gazem, sprawiono wodociągi, urządzono straż ogniową, zbudowano zjazd do Wisły wspaniały; to bardzo wiele i w krótkim czasie. Wszelako po dziedzińcach tych pałaców błota i śmieci obfitość, na ulicy śród nocy bardzo łatwo wpaść w dziurę lub nos o mur zdefigurować, bo tak jasno; w cysternach wody nie widzę, trytrony pali jakaś gorączka, kropli wody w ustach nie mają! A na ulicach nie masz komu błota na kupki zeskrobać i cała publiczność po pas zaszargana! Żeby tez Warszawę trudno być miało wysuszyć, ha! to już nie wiem gdzie by na świecie było sucho! Tyle rozlicznego próżniactwa, co tutaj w mieście, a do miotły nie masz zabrać się komu i gród stołeczny zaflejtuszony, tak iż po Stambule pierwsze trzyma miejsce, a kto wie czy nie o prym walczy! Jeżeli przed tym błotem chcesz uciec do doróżki, bardzo się omyliłeś grubo. W doróżce gorzej jak na ulicy, bo oprócz błota znajdziesz obfitość rozlicznego brudu. W Berlinie każdy proceder jest pod kontrolą i rygorem przepisów. Niech jeno dorożkarz zaflejtuszy karetkę, albo konia zachodzi, już pewno stracił konsens. Nazwyczajony marudzić po wszystkich kątach wioskowego gospodarstwa i tutaj na bruku wielkiego miasta chciałbym się rządzić jak szara gęś, tak to z nałogu! Toć i wczoraj złapałem urwisa na uczynku z ręką w cudzej kieszeni. Ot i nowy kłopot, a chodź do sądów, a zeznawaj a świadcz. Ja bym na wsi tak wykwintnie używając prawa zbankrutował w pół roku, bo cała ludność przeniosłaby się do kryminału. Najlepiej to po naszemu: Potrzymaj no go. A potem do roboty kanalio! Bo to ja głupi, paść urwisa chlebem publicznym w fechtunku? Żeby do tego nic nie robił! Oj kochany marszałku, jak powrócę na wieś, będzie o czym gadać i radzić na długie wieczory jesienne: bo też obserwacji nazbiera się masą do przeżuwania przy wiejskim kominku. Gospodarska natura wszędzie chciałaby ulepszać i coś dźwigać. Ale co tu znaczy człek partykularny, choćby miał oczu czworo i rąk ze trzy pary! Mniejsza tam zresztą o powierzchowność, ale biorąc rzeczy z gruntu, to niepojęte dlaczego u nas wszystko co robimy, to tak jakby tymczasowo, jakby na popasie. Weźmy na przykład porównanie dwóch fabryk machin rolniczych: tutejszej warszawskiej i poznańskiej, pana Hipolita Cegielskiego. Firma warszawskiej fabryki zdawałaby się dawnością swoją imponować i obiecywać wiele. Firma Cegielskiego nowiutenieczka. Pierwsza w środku polskiego kraju, w środku potrzeb, z najwyższą łatwością odbytu, z ogromnymi obstalunkami, jakże postępuje? terminy jak dotrzymuje? My to wiemy, ale jakże ma lepiej dotrzymać, kiedy ona żadnego indywiduum pracującego w fabryce nie jest pewna, czy jej dopisze. Kupisz parokonną młocarnię, a w miesiąc ledwie ją cztery konie uciągną. Kupisz młynek do kartofli a nie długo ludność masz za małą w podwórzu do ciągnienia kół, a ileż to czasu trzeba do zacieru! Pługa ani pokaż w ziemi bez dopasowania praktycznego. Pan Cegielski wziął sumienność od Niemców; organizacja fabryki jego jak zegarek regularna, a machiny jakież to wykończone, usymplifikowane! Elegancję stanowi prostota, a cnotę każdej matematyczne wykończenie najdrobniejszych szczegółów! Czemuż to u nas tak nic robią? Ha! Bóg wie czym się to dzieje, ale to wiem tylko, że Cegielski doktór filozofii, człowiek dystyngowany, kółka jednego nie wypuści z fabryki, którego by nie obejrzał; palec wbity w bronę próbuje czy dobrze obsadzili. Sumienność przede wszystkim i przejecie się włożonym dobrowolnie na siebie obowiązkiem! Trzeba aż kochać swoją fabrykę i obowiązek, aby mieć i zyski i chwałę z prawdziwej użyteczności dla kraju. Teraz pytam skąd Cegielskiego machiny z najwyborniejszych materiałów i taką sumiennością zbudowane; są tańsze od warszawskich, mimo cła i transportu dalszego? To kwestia ta sama na każdym miejscu w Warszawie. Kupisz cygaro kosztujące za granicą groszy polskich piętnaście, tu płacisz czterdzieści! Mydło kosztujące w Berlinie 6 srebrnych groszy tu płacisz pół rubla! Powóz kosztujący w Wiedniu 400 talarów, tu płacisz 5000 zł. Surdut w Frankfurcie 15 talarów, tu kosztuje 30 rubli! I jakiż na to zdzierstwo sposób? Odpowiadają ci: wolno kupić lub nie kupić. Ale jakie też wykwintne życie prowadzą kupcy i fabrykanci warszawscy. Radziwiłłom i Sanguszkom trudno o lożę do teatru, bo w tej loży siedzą ci, co z Radziwiłłów i Sangnuszków wstają! Jedni używają życia kosztem drugich a całe kupiectwo i fabrykanci stoją silną falangą zlokalizowanych, przeciw którym nie znajdziesz prawa na zdzierstwo. A przecież z czasem znaleźć się musi sposób! niepodobna, aby to panowanie absolutne merkantylni przeciągnąć się miało na wieki.

Do ciekawych obserwacji moich zaliczyć muszę upadek szpicbalików, kędy to młokosy nasze trwonili niegdyś czas, zdolności i fortuny. Przecież minęła choroba owa, którą opłakiwał wszelki poczciwy człowiek. Były to owoce siewu literatury szalonej francuskiej; po Tajemnicach Paryża, Żydach tułaczach, Marcinach podrzutkach, spadł z nas wstyd boży. Społeczeństwo dystyngowane szukało wrażeń w plugawych zebraniach. Zgroza wspomnieć owe czasy, kiedy młodzieniec w stroju balowym opuszczał najbardziej dystyngowanee zebrania, aby do gniazda wyuzdanych namiętności pobiegnąć! I to weszło w taką modę, że ludzie najlepiej wychowani spędzali noce całe na orgiach ogródkowych! Dzisiaj ani o tym usłyszysz; człowiek przyodział się znowu uroczystą szatą wstydu, a drobna garstka maruderów z tamtego czasu już nie może podźwignąć owego przedsiębiorstwa, stawionego pod pręgierzem ockniętej ze snu publicznej opinii. Ale z czym bieda, kochany Marszałku, to z szlachtą naszą, która tu zagląda jeden po drugim do Warszawy z połowem i i stadkiem córeczek, poświecić w stolicy wypieszczonymi wdziękami w ciszy gajów wiejskich, i ułowić zięcia. Straszliwie głucho w Warszawie. O balach ani słychać, wieczorów tańcujących mało, bale resursowe nie mogą się dźwignąć, maskarady puste i bez dowcipu, epuzerów ze świecą szukać! Co dnia spotkasz gapiącą się na ulicy gromadkę wieśniaczą przed wystawą sklepową, która kusi jejmość i jejmościanki do kupna, przecież uciekają z przestrachu jak stado wróbli, usłyszawszy ceny tych przepychów japońskich i paryskich. A u jegomości jaka mina! Idzie krokiem powolnym, rozmyśla, mota na palcach rachunki okowity i ziarna, a tak ogląda się jakby co chwila chciał drapnąć z Warszawy. Ale jejmość i córunie trzymają tatkę za poły „czekaj tatku! może jeszcze w tę sobotę dopisze bal resursowy, a pani Ksawerowa obiecała tańcującą herbatę!” Czeka biedne ojczysko z towarem jeszcze jednego targu! Bodajże cię niedomogo! wygląda niby na pana a królować w domu nie umie. Wielcy panowie niech sobie żyją na wielkim świecie, bo na to mają, ale po co ten drobiazg szarga dorobek krwawy po miejskim bruku? Czy to już nie dopatrzysz gdzie w powiecie pracowitego z dobrego gniazda chłopca na zięcia? A co wywiozą poczciwe dzieweczki z tego wielkiego miasta? Ot opowiem ci marszałku jedną próbkę. Pani sędzina X. zjechała też tutaj na kilka niedziel z parą ślicznych gołąbek swoich. Z tych młodsza, brunetka, zda mi się, że Józia, ma podobno talent muzyczny. Chodzą tedy do teatru na każdą operę, na każdy koncert. Dwa razy słyszała panią Viardot  nuż zaraz chwytać i pieśni jej i metodę! Spotkawszy się na wotywie w kaplicy Loretańskiej z sędziulkiem, dociągnęliśmy nabożeństwem aż do kanonicznej godziny, w której to szlachecki żołądek przywykł do zalewania robaka. Poszliśmy tedy razem na wódeczkę do poczciwego naszego Pryfkiego na Krakowskim Przedmieściu, zastało się tam parę osób; za wódką i śledziem poszła butelka i ciepła przekąska, tak przebarłożyliśmy do godziny czwartej, bo to jakoś dzień był dżdżysty i chłodny. – Zajrzyj do mojego stadka Cześnikowiczu – rzecze sędzia! A i zaszedłem. Dalejże bawić gościa panienki! Śliczne też to żabuszki, ba i figlarne! Józia nuż śpiewać po łacinie czy po włosku, Bóg wie, co wymawia, bo sarna nic nie rozumie, ale kręci gardziołkiem jak szpak księdza Gawełczyka, a buzią manewruje tak, że raz perełki zębów błysną, to znowu smoczą udaje paszczę, a ciągnie tony potężne, zda się że piersi pękną! Hałasu co nie miara, lecz sercu, choć rozgrzanemu winem, żadnej uciechy! Miły Boże, jaka szkoda czasu i nakładu! Na artystkę to nie wyjdzie, a poczciwej piosenki narodowej zaśpiewać nie umie. Nigdy ja nie zapomnę teścia mojego śp. Stolnika. Kiedy bywało trzeba mu wesołości, to sobie huknie Kurdesza! a gdy znowu rozrzewnić się zapragnie, woła wtedy: „Hej dziewczęta zaśpiewajcie co ojcu a do serca!”  Siadała tedy do klawicymbała moja Magdusia lub z angielską gitarę. Balbina, śpiewały pieśń Karpińskiego, lub dumkę o Żółkiewskim. Ale otóż i pora do pomówienia o muzyce. Co tu prześlicznych pieśni Komorowskiego, Moniuszki a jak mało ich dźwięczy jeszcze pod strzechami szlacheckimi!

P. Moniuszko z Włodzimierzem Wolskim zbudowali operę „Halka” pierwszą w swoim rodzaju, bo operę narodowymi dźwięczącą uczuciami, narodowym prowadzoną myśleniem.

Docisnąć się do teatru było niepodobna; ledwie kasę otworzą, a już w kwadrans nie znajdziesz biletu! Słyszę chwalenia, słyszę krytyki rozliczne, ciekawość bierze mię wielka zobaczyć. Jednego razu słyszałem bracią szlachtę tak prawiącą o Halce: „Muzyka, bo serdeczna, do duszy płynie. Ależ treść jaka? Oto szlachta oplwana, błotem obrzucona, zbrodnią napiętnowana. Kiedy to pójdzie za granicę,  cóż o nas powiedzą?”

Jeżeli takie gawędy usłyszysz Marszałku, połowicznie nawet nie uwierz! Trzeba wsłuchać się, wpatrzeć i rozumem wejść w całą budowę. Szlachcianki włoskimi trelami wypędziły z dworków poczciwe dźwięki tradycyjnych pieśni narodowych. Gdzie szukać zarodów tej harmonii bożej tlejącej w duszy narodu? Ocalała jeno chata wieśniacza, gdzie przez ekonomki i garderobiane nie zagospodarowały się jeszcze jakieś biedne rybaki et comp. Trzeba tedy lud prosty wyprowadzić na scenę z jego rzewną prostotą. Wiążże tu intrygę w powszednim dniu pracowitego ludku, coby i dramatyczność miała i oraz była dla melodii szkieletem do osnucia na żywe pieśni w prześliczne ciało anielskiej harmonii! Janusz wisus zgrzeszył, ale gdy go raz diabeł skusi do złego, czy zaraz miał się ożenić z Halką? Toby i opery niebyło! Biedna Halka prześlicznie boleje, aż słuchaczowi łzy same z oczu płyną. Ale czyż to ma plamić naród, że jej nie zaślubił Janusz po takiej krzywdzie jak odarcie, że wstydu dziewiczego? Przepyszne zwycięstwo pieśni nabożnej nad chęcią zemsty wielką jast prawdą; a gdy odarte z nadziei serce wyżyć nie może topi się Halka!

Tu grzechu wiele; odzierać modlitwę z wszechmocy! od zemsty poszła do samobójstwa; jakby Chrystus odkupiciel połowę tylko łaski bożej przyniósł na ziemię od Ojca przedwiecznego! Ale chociaż w tym obrazku grzechu trochę, jest prawda żywego świata całkowita. Dziecię natury często tak zrobi.

Ale nie bój się Marszałku dobrodzieju ani o Halkę ani o swoją skórę. Chłopy na operę nie chodzą i nikt ci stodoły nie podpali, a szlacheckiego młokosa boleść Halki do gruntu wzruszy i nie zrobi krzywdy jej siostrzycom. A niech się też bracia szlachta odzwyczają od tego głupstwa, ażeby żyli jeno na wystawę dla cudzoziemczyzny, „a co to powiedzą o nas Niemcy, a co Francuzi!” Bądźmyż raz na tym świecie u siebie w domu! żyjmy i wyrabiajmy się w sobie i dla siebie przede wszystkim! Toć nasze grzechy są jeszcze grzechami aniołów w porównaniu z szpetnością ogromnego plugastwa Europy zachodniej, gdzie społeczeństwo na schyłku. Wybijcież sobie z głowy kokietowanie kelnerów i pończoszników niemieckich panowie bracia, bo w domu dużo roboty, której oni nam nie ułatwią. Ja bym się raczej innego lękał wstydu za naród nasz na obczyźnie. Oto zeszłego lata powlekło się bez celu za granicę ze sześć tysięcy szlachty, zostawili tam ze dwadzieścia milionów gotowizny za to przywieźli trochę gałganków i trochę wspomnień, ale co wspominają? Niemieckie bety po hotelach, melszpajzy, koncerty po promenadach i ziewanie swoje, gdy rozpamiętawszy przekonali się jeno o tym że w Europie wszystkie miasta murowane! Jakąż drogą wrócą do kraju te miliony? Róbcie tak jeszcze latek parę a będziecie zamiast butów nosili łapcie plecione z łabuzia a chodzili w flaneli na święto, w drelichu na co dzień! Z tego śmieją się Niemcy i mówią sobie do ucha:  „O głupie te polskie grafy jak stołowe nogi! my wzdychamy jak do Eldorado do ich ziemi, a oni tu przychodzą, by nas opatrzyć na drogę do pochodu ku wschodowi, zostawiając nam cale swoje mienie!” Dlatego to ażio na nasze pieniądze 17 procent; takiego urągowiska lękajmy się panowie bracia, ale nie zgorszenia Halką!

Ależ mój Marszałku rozpisałem się z kazaniami, kiedy ty czekasz nowin. Cóż tu za nowiny?  Oto kryzys finansowe, okowita nie idzie w górę, zboże mało co skoczyło, zawsze ceny już lepsze; ale trzymaj się każdy jak może, wypchnie się produkt z czasem lepiej, są widoki. Póki liche ceny nie doniosę, niech tylko skoczą napiszę zaraz.

Trzymaj się tedy Marszałku, bo chociaż żółwim krokiem, ale dojdzie wszystko lepszej ceny! A teraz nim się co uzbiera do pisania, odpocznę, myśląc o was wszystkich kochani bracia.

Niechaj jeno pomyślność w skok doniosę, brudów nie dowiecie się ode mnie, zostawię plugastwo komu innemu do trzęsienia. Ściskam cię kochany Marszałku, Jejmość pani do stópek się ścielę.

Józef.

P.S. Zapomniałem przestrzec moją Magdusię w ostatnim liście, aby jędyk nie wysyłała do Warszawy na sprzedaż. Powiedz jej to p. Marszałek, gdy ją zobaczysz w kościele, a może z wizytą zajedzie. Bo kiedy karnawał głuchy a szlachty mało w Warszawie, na smakołyki nie masz odbytu, Skamlałaby długo poczciwa moja Magda, gdyby tanio poszedł jej dobytek.

Dnia 18 stycznia 1858 r.