Lista moich zachcianek - Grégoire Delacourt - ebook
Wydawca: Drzewo Babel Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 118

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Lista moich zachcianek - Grégoire Delacourt

Jocelyne Guerbette, właścicielka pasmanterii w mieście Arras, wypełnia na chybił trafił los na loterii. I nagle pieniądze spadają - jak manna z nieba. I Jocelyne zaczyna sporządzać listy. Listę swoich potrzeb. Listę swoich zachcianek. Listę swoich szaleństw. Ale każda wygrana ma swoją cenę. Rząd przypadkowych cyfr przypomina, że równowaga w życiu jest czymś niezwykle delikatnym.

Piękna historia zwykłej kobiety.

Z sympatią i przejęciem śledzimy losy bohaterki, która, spisując listę zachcianek, zmienia też bieg własnego życia – to tka jego materię, to ją pruje z beztroską kobiety wolnej.

Madame Figaro

Delacourt potrafi z poruszającą delikatnością wyrazić kobiece 'ja' i szczególną bolesność ludzkiej czułości.

Le Point

Powiaska ujmująca i na czasie – o włóczkach, guzikach, tasiemkach i o niszczycielskim wpływie wszechwładnego pieniądza.

Télé 7 Jours

Opinie o ebooku Lista moich zachcianek - Grégoire Delacourt

Fragment ebooka Lista moich zachcianek - Grégoire Delacourt












Grégo­ire De­la­co­urt

Uro­dził się w 1960 roku w Va­len­cien­nes.

Jest au­to­rem re­klam.

Pi­sarz ro­dzin­ny, jego de­biut li­te­rac­ki, na­gro­dzo­ny, m.in. Prix Mar­cel Pa­gnol, Rive Gau­che a Pa­ris, Co­eur de Fran­ce oraz dru­ga po­wieść, Li­sta mo­ich za­chcia­nek, tra­fi­ły na li­sty be­st­sel­le­rów we Fran­cji, a pra­wa do nich sprze­da­no do po­nad dwu­dzie­stu kra­jów.

www.gre­go­ire­de­la­co­urt.com


•••

Z wol­na za­peł­nia­my szaf­ki,

szu­fla­da po szu­fla­dzie. Ży­cie mija nam

na wy­peł­nia­niu domu; a gdy jest już peł­ny, nisz­czy­my przed­mio­ty, aby je za­stą­pić,

żeby mieć coś do zro­bie­nia ju­tro.

Po­su­wa­my się wręcz do tego, że nisz­czy­my swój zwią­zek, aby prze­nieść się

w inną zna­jo­mość, inną przy­szłość,

do in­ne­go domu.

W inne ży­cie do za­peł­nie­nia.

•••



ty­tuł ory­gi­na­łu

La li­ste de mes envies

kon­cep­cja gra­ficz­na

Mi­chał Ba­to­ry

re­dak­cja i ko­rek­ta

Bo­gna Pio­trow­ska

© 2012, by Edi­tions JC Lat­tes

© 2013 for the Po­lish edi­tion by Drze­wo Ba­bel

All ri­ghts re­se­rved

Drze­wo Ba­bel

ul. Li­tew­ska 1o/11 • oo-581 War­sza­wa

li­sty@drze­wo­ba­bel.pl

www.drze­wo­ba­bel.pl

ISBN 978-83-89933-79-9

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


Dla dziew­czy­ny

sie­dzą­cej na sa­mo­cho­dzie;

tak, była tam.


Wszyst­kie cier­pie­nia są do­zwo­lo­ne,

każ­de cier­pie­nie się za­le­ca;

wy­star­czy iść, wy­star­czy ko­chać.

LE FUTUR INTÉRIEUR, FRA­NÇO­ISE LEROY


Lu­dzie za­wsze się okła­mu­ją.

Ja na przy­kład wiem do­brze, że nie je­stem ład­na. Nie mam nie­bie­skich oczu, w któ­rych prze­glą­da­ją się męż­czyź­ni; w któ­rych toń chcą się rzu­cić, aby sko­czo­no im na ra­tu­nek. Nie mam fi­gu­ry mo­del­ki; je­stem z tych pulch­nych, a na­wet pu­szy­stych. Tych, co zaj­mu­ją pół­to­ra miej­sca w au­to­bu­sie. Ra­mio­na męż­czy­zny prze­cięt­ne­go wzro­stu nie ob­ję­ły­by cał­kiem mo­je­go cia­ła. Nie mam wdzię­ku ko­biet, któ­rym szep­cze się dłu­gie zda­nia z wes­tchnie­nia­mi w roli zna­ków prze­stan­ko­wych. Nie. In­spi­ru­ję ra­czej krót­ką fra­zę. Bru­tal­ny zwrot. Kość po­żą­da­nia, bez sło­ni­ny, bez przy­jem­ne­go tłusz­czu.

Wiem to wszyst­ko.

A jed­nak cza­sem, za­nim Jo wró­ci do domu, zda­rza mi się wcho­dzić na górę, do na­szej sy­pial­ni i sta­wać przed lu­strem umiesz­czo­nym w drzwiach sza­fy – mu­szę mu przy­po­mnieć, żeby ją przy­krę­cił, bo jesz­cze któ­re­goś dnia roz­gnie­cie mnie pod­czas tej kon­tem­pla­cji.

Za­my­kam wte­dy oczy i roz­bie­ram się de­li­kat­nie, tak jak nikt nig­dy mnie nie roz­bie­rał. Za każ­dym ra­zem jest mi tro­chę zim­no; prze­cho­dzą mnie dresz­cze. Kie­dy je­stem już cał­kiem naga, zwle­kam przez chwi­lę z otwar­ciem oczu. De­lek­tu­ję się. Błą­dzę. Ma­rzę. Zno­wu wi­dzę tam­te po­ru­sza­ją­ce, omdla­łe cia­ła z al­bu­mów ma­lar­skich, któ­re po­nie­wie­ra­ły się w na­szym domu; a po­tem te ostrzej­sze, ze stron cza­so­pism.

De­li­kat­nie, w zwol­nio­nym tem­pie, uno­szę po­wie­ki.

Pa­trzę na moje cia­ło, moje czar­ne oczy, moje małe pier­si, moją opon­kę na brzu­chu, mój las ciem­nych wło­sów i wi­dzę sie­bie pięk­ną, i daję wam sło­wo, że w tym mo­men­cie je­stem pięk­na, na­wet bar­dzo pięk­na.

To pięk­no spra­wia, że je­stem głę­bo­ko szczę­śli­wa. Prze­raź­li­wie sil­na.

Po­wo­du­je, że za­po­mi­nam o ca­łym tym pa­skudz­twie. O nud­na­wej pa­sman­te­rii. O pa­pla­ni­nie i ku­po­nach do tot­ka bliź­nia­czek Da­ni­ele i Fra­nço­ise, któ­re pro­wa­dzą sa­lon uro­dy Co­iff’Es­théti­que są­sia­du­ją­cy z pa­sman­te­rią. Dzię­ki nie­mu za­po­mi­nam o rze­czach bez­wład­nych. Jak ży­cie, w któ­rym nic się nie wy­da­rza. Jak to kosz­mar­ne mia­sto bez lot­ni­ska; to sza­re mia­sto, z któ­re­go nie moż­na uciec i gdzie nikt nig­dy nie przy­jeż­dża, ża­den zło­dziej serc, ża­den bia­ły ry­cerz na bia­łym ko­niu.

Ar­ras. Czter­dzie­ści dwa ty­sią­ce miesz­kań­ców, czte­ry hi­per­mar­ke­ty, je­de­na­ście su­per­mar­ke­tów, czte­ry fast fo­ody, kil­ka śre­dnio­wiecz­nych ulic, przy uli­cy du Mi­ro­ir-de-Ve­ni­se ta­blicz­ka in­for­mu­ją­ca przy­jezd­nych i za­po­mi­nal­skich, że tu­taj dwu­dzie­ste­go czwar­te­go lip­ca 1775 roku uro­dził się Eu­gene-Fra­nço­is Vi­do­cq. I jesz­cze moja pa­sman­te­ria.

Gdy tak sto­ję przed lu­strem naga i pięk­na, wy­da­je mi się, że wy­star­czy­ło­by mi za­trze­po­tać ra­mio­na­mi, bym wzle­cia­ła w po­wie­trze, lek­ka i peł­na wdzię­ku. By moje cia­ło do­łą­czy­ło do ciał z ksią­żek o sztu­ce, któ­re po­nie­wie­ra­ły się po domu mo­je­go dzie­ciń­stwa. Do­rów­na­ło­by im wte­dy pięk­no­ścią; już na za­wsze.

Ale nie ośmie­lam się nig­dy.

Ha­łas Jo do­bie­ga­ją­cy z par­te­ru za­wsze mnie za­ska­ku­je. Pęka je­dwab mo­je­go snu. Ubie­ram się raz-dwa. Ja­sność mo­jej skó­ry spo­wi­ja cień. Znam wy­jąt­ko­we pięk­no skry­te pod mo­imi sza­ta­mi. Ale Jo nie za­uwa­ża go nig­dy.

Raz mi po­wie­dział, że je­stem pięk­na. Było to prze­szło dwa­dzie­ścia lat temu, mia­łam nie­wie­le po­nad dwa­dzie­ścia lat. By­łam wy­stro­jo­na: nie­bie­ska su­kien­ka, zło­ci­sty pa­sek, imi­ta­cja sty­lu Dio­ra; chciał ze mną iść do łóż­ka. Jego kom­ple­ment wziął górę nad moim ład­nym stro­jem.

Sami wi­dzi­cie, lu­dzie za­wsze się okła­mu­ją.

Bo mi­łość nie wy­trzy­ma­ła­by praw­dy.


Jo czy­li Jo­ce­lyn. Mój mąż od dwu­dzie­stu je­den lat.

Przy­po­mi­na Ve­nan­ti­no Ve­nan­ti­nie­go, przy­stoj­nia­chę, któ­ry grał Mic­keya Ją­ka­łę w Ga­mo­niu i gang­ste­ra Pas­ca­la w Te­sta­men­cie gang­ste­ra. Sta­now­cza szczę­ka, spoj­rze­nie spode łba, zwa­la­ją­cy z nóg wło­ski ak­cent, słoń­ce, zło­ci­sta skó­ra, chry­pli­wy głos, od któ­re­go gą­ski do­sta­ją gę­siej skór­ki, tyle że mój Jo­ce­ly­no Jo­ce­ly­ni ma dzie­sięć kilo nad­wa­gi, a od jego ak­cen­tu pa­nien­ki ra­czej nie mdle­ją.

Pra­cu­je w Häa­gen-Dazs od otwar­cia fa­bry­ki w 1990 roku. Za­ra­bia dwa ty­sią­ce czte­ry­sta euro mie­sięcz­nie. Ma­rzy o za­stą­pie­niu pla­zmą na­sze­go sta­re­go te­le­wi­zo­ra mar­ki Ra­dio­la. O Po­rsche Cay­en­ne. O ko­min­ku w sa­lo­nie. O kom­ple­cie fil­mów z Ja­me­sem Bon­dem na dvd. O ze­gar­ku Se­iko ze sto­pe­rem. I o ko­bie­cie pięk­niej­szej i młod­szej niż ja; ale tego mi nie mówi.

Mamy dwo­je dzie­ci. Wła­ści­wie tro­je. Jed­ne­go chłop­ca, jed­ną dziew­czyn­kę i jed­ne zwło­ki.

Ro­ma­in zo­stał po­czę­ty tego wie­czo­ra, kie­dy Jo po­wie­dział mi, że je­stem pięk­na, a jego kłam­stwo spra­wi­ło, że stra­ci­łam gło­wę, ubra­nie i dzie­wic­two. Była jed­na szan­sa na ty­siąc zaj­ścia w cią­żę za pierw­szym ra­zem, i aku­rat wy­pa­dło na mnie. Nad­ine zja­wi­ła się w dwa lata póź­niej i od­tąd już nig­dy nie po­wró­ci­łam do mo­jej ide­al­nej wagi. Po­zo­sta­łam gru­ba: coś jak cię­żar­na ko­bie­ta pu­sta w środ­ku, ba­lon wy­peł­nio­ny próż­nią.

Bań­ka po­wie­trza.

Jo prze­stał uwa­żać, że je­stem pięk­na i prze­stał mnie do­ty­kać; za­czął prze­wa­lać się wie­czo­ra­mi przed te­le­wi­zo­rem mar­ki Ra­dio­la, po­ja­da­jąc lody, któ­re roz­da­wa­li im w fa­bry­ce, i po­pi­ja­jąc kro­nen­bo­ur­ga. Przy­zwy­cza­iłam się za­sy­piać sama.

Pew­nej nocy obu­dził mnie. Był twar­dy, pi­ja­ny i pła­kał. Wzię­łam go więc w sie­bie i tej nocy Nadege wśli­znę­ła się do mo­je­go brzu­cha i za­to­nę­ła w za­ka­mar­kach mo­je­go cia­ła i wśród mo­ich smut­ków. Kie­dy osiem mie­się­cy póź­niej wy­szła na ze­wnątrz, była sina. Jej ser­ce było nie­me. Ale mia­ła prze­cu­dow­ne pa­znok­cie i bar­dzo dłu­gie rzę­sy, i choć nig­dy nie zo­ba­czy­łam ko­lo­ru jej oczu, to je­stem pew­na, że była ład­na.

W dzień na­ro­dzin Nadege, któ­ry był tak­że dniem jej śmier­ci, Jo prze­stał pić piwo. Po­roz­bi­jał róż­ne przed­mio­ty w na­szej kuch­ni. Krzy­czał. Po­wie­dział, że ży­cie jest par­szy­we, że ży­cie jest kur­wą, skur­wio­ną kur­wą suką. Bił we wła­sną pierś, czo­ło, ser­ce i ścia­ny. Po­wie­dział, że ży­cie jest za krót­kie. Że to nie fair. Że trze­ba ko­rzy­stać, bo czło­wiek nie ma cza­su, psia­krew; moje ma­leń­stwo – do­dał, mó­wiąc o Nadege – gdzie moja có­recz­ka? Gdzie je­steś, kru­szyn­ko? Prze­stra­sze­ni Ro­ma­in i Nad­ine ucie­kli do swo­je­go po­ko­ju. Tam­te­go dnia Jo za­czął ma­rzyć o pięk­nych rze­czach, od któ­rych ży­cie sta­je się słod­sze, a ból mniej do­tkli­wy. O pla­zmie. O Po­rsche Cay­en­ne. O bon­dach. I o ład­nej ko­bie­cie. Był smut­ny.

Wra­ca­jąc do mnie: ro­dzi­ce dali mi na imię Jo­ce­ly­ne.

Była jed­na szan­sa na mi­lion po­ślu­bie­nia męż­czy­zny imie­niem Jo­ce­lyn, i wy­pa­dło na mnie. Jo­ce­lyn i Jo­ce­ly­ne. Mar­tin i Mar­ti­ne. Lo­uis i Lo­uise. Lau­rent i Lau­ren­ce. Ra­pha­ël i Ra­pha­ël­le. Paul i Pau­la. Mi­chel i Mi­chele. Jed­na szan­sa na mi­lion.

I wy­pa­dło na mnie.


Pa­sman­te­rię prze­ję­łam w tym sa­mym roku, gdy wy­szłam za Jo.

Pra­co­wa­łam tam już od dwóch lat, gdy pew­ne­go dnia wła­ści­ciel­ka za­krztu­si­ła się gu­zi­kiem, któ­ry wzię­ła w zęby, żeby spraw­dzić, czy na pew­no jest z ko­ści sło­nio­wej. Gu­zik ze­śli­znął się po wil­got­nym ję­zy­ku, prze­bił do czę­ści krta­nio­wej gar­dła, za­ata­ko­wał wią­za­dło pier­ścien­no-tar­czo­we i prze­do­stał do aor­ty; pani Pil­lard nie sły­sza­ła więc, jak się dusi, po­dob­nie zresz­tą jak ja, gu­zik zdła­wił bo­wiem każ­dy dźwięk.

Za­alar­mo­wał mnie do­pie­ro od­głos upad­ku.

Pa­da­ją­ce cia­ło po­cią­gnę­ło za sobą pu­deł­ka z gu­zi­ka­mi; osiem ty­się­cy gu­zi­ków po­to­czy­ło się po pod­ło­dze skle­pi­ku i była to pierw­sza rzecz, o któ­rej po­my­śla­łam, kie­dy od­kry­łam tra­ge­dię: ile dni i nocy spę­dzę na czwo­ra­kach, se­gre­gu­jąc osiem ty­się­cy gu­zi­ków fan­ta­zyj­nych, me­ta­lo­wych i drew­nia­nych, dla dzie­ci, do hau­te co­utu­re itd.

Ad­op­to­wa­ny syn pani Pil­lard przy­je­chał z Mar­sy­lii na po­grzeb, za­pro­po­no­wał mi prze­ję­cie in­te­re­su, bank wy­ra­ził zgo­dę i dwu­na­ste­go mar­ca 1990 roku pe­wien sub­tel­ny ma­larz przy­był, aby na fron­to­nie i drzwiach skle­pi­ku na­nieść na­pis Pa­sman­te­ria Jo, daw­niej Ma­ison Pil­lard. Jo był dum­ny. Pa­sman­te­ria Jo – mó­wił, ude­rza­jąc się w tors jak­by mu przy­pię­li me­dal. – Jo to ja, to moje imię!

Pa­trzy­łam na nie­go i my­śla­łam so­bie, że jest pięk­ny i że mam szczę­ście, że mam ta­kie­go męża.

Pierw­szy rok mał­żeń­stwa był olśnie­wa­ją­cy. Pa­sman­te­ria. Nowa pra­ca Jo w fa­bry­ce. I wy­cze­ki­wa­ne na­ro­dzi­ny Ro­ma­ina.

Ale jak do­tąd pa­sman­te­ria nig­dy nie przy­no­si­ła nad­zwy­czaj­nych zy­sków. Mu­szę sta­wiać czo­ła kon­ku­ren­cji ze stro­ny czte­rech hi­per­mar­ke­tów i je­de­na­stu su­per­mar­ke­tów, ban­dyc­kim ce­nom sto­iska pa­sman­te­ryj­ne­go na so­bot­nim tar­gu, kry­zy­so­wi, któ­ry spra­wia, że lu­dzie sta­ją się stra­chli­wi i źli, oraz igno­ran­cji miesz­kań­ców Ar­ras przed­kła­da­ją­cych prak­tycz­ność go­to­wych ubrań nad fan­ta­zję odzie­ży szy­tej na mia­rę.

We wrze­śniu lu­dzie za­ma­wia­ją u mnie na­szyw­ki lub na­pra­so­wan­ki; a gdy za­miast ku­po­wać nowe ubra­nia, wolą na­pra­wić ze­szło­rocz­ne – igły, nici, parę zam­ków bły­ska­wicz­nych.

Boże Na­ro­dze­nie to czas wy­kro­jów do prze­brań. Księż­nicz­ka za­wsze sprze­da­je się naj­le­piej, za nią pla­su­ją się tru­skaw­ka i dy­nia. Je­śli cho­dzi o chłop­ców, nie­źle idzie pi­rat, w ze­szłym roku pa­no­wa­ła ma­nia sumo.

Póź­niej jest ci­sza aż do wio­sny. Scho­dzi kil­ka przy­bor­ni­ków, ze dwie czy trzy ma­szy­ny do szy­cia i tka­ni­na na me­try. Ro­bię na dru­tach i cze­kam na cud. Moje mo­de­le sprze­da­ją się dość do­brze, zwłasz­cza śpi­wor­ki dla nie­mow­ląt, sza­li­ki i ba­weł­nia­ne swe­try do szy­deł­ko­wa­nia.

Mię­dzy po­łu­dniem a czter­na­stą za­my­kam sklep i wra­cam do domu, aby sa­mot­nie zjeść obiad. Cza­sem, gdy po­go­da do­pi­su­je, idzie­my z Da­ni­ele i Fra­nço­ise do ka­wiar­ni L’Es­ta­mi­net albo Café Lef­fe przy Pla­cu Bo­ha­te­rów i, sie­dząc na ta­ra­sie, jemy grzan­ki z se­rem i szyn­ką.

Ład­ne są te bliź­niacz­ki. Wiem do­brze, że wy­ko­rzy­stu­ją mnie jako tło dla swo­ich wą­skich ta­lii, dłu­gich nóg, ja­snych, sar­nich oczu o roz­kosz­nie pło­chli­wym wy­ra­zie. Uśmie­cha­ją się do męż­czyzn, któ­rzy je­dzą sa­mot­nie lub we dwóch, po­miau­ku­ją, cza­sem gru­cha­ją. Ich cia­ła ślą sy­gna­ły, ich wes­tchnie­nia są bu­tel­ka­mi ci­śnię­ty­mi w mo­rze i nie­raz ja­kiś męż­czy­zna pod­no­si któ­rąś z nich. Nie trwa to dłu­go: jed­na kawa, wy­szep­ta­na obiet­ni­ca, stra­co­ne złu­dze­nie – męż­czy­znom tak bar­dzo brak wy­obraź­ni. Póź­niej pora znów otwo­rzyć na­sze skle­py. To wła­śnie wte­dy, w dro­dze po­wrot­nej, na­sze kłam­stwa wy­cho­dzą na wierzch. Mam do­syć tego mia­sta, czu­ję się, jak­bym żyła w fol­de­rze hi­sto­rycz­nym, brrr, du­szę się – mówi Da­ni­ele. – Za rok będę da­le­ko stąd, gdzieś, gdzie jest słoń­ce, zo­pe­ru­ję so­bie pier­si. Gdy­bym mia­ła pie­nią­dze – do­da­je Fra­nço­ise – rzu­ci­ła­bym wszyst­ko, ot tak, z dnia na dzień. A ty, Jo?

By­ła­bym pięk­na i szczu­pła i nikt już nig­dy by mnie nie okła­my­wał, na­wet ja sama. Ale nie od­po­wia­dam nic, wy­star­czy mi, że się uśmiech­nę do ład­nych bliź­nia­czek. Że skła­mię.

Kie­dy nie mamy klien­tów za­wsze pro­po­nu­ją mi ma­ni­cu­re, sty­li­za­cję lub ma­secz­kę albo, jak ma­wia­ją, uci­na­my so­bie po­ga­du­chę. Ja z ko­lei dzier­gam dla nich be­re­ty i rę­ka­wicz­ki, któ­rych nig­dy nie no­szą. Dzię­ki nim je­stem wpraw­dzie okrą­gła, ale za­dba­na i mam wy­pie­lę­gno­wa­ne dło­nie; wiem, kto z kim sy­pia i znam pro­ble­my De­ni­se z La Ma­ison du Ta­blier ze zdra­dli­wą czter­dzie­sto­dzie­wię­cio­pro­cen­to­wą Ge­ni­evre de Loos; sły­sza­łam o kraw­co­wej z Char­let-Fo­ur­nie, któ­ra przy­ty­ła dwa­dzie­ścia kilo, od­kąd jej mąż do­stał fio­ła na punk­cie asy­sten­ta fry­zje­ra z sa­lo­nu Jean-Jac. Ca­łej na­szej trój­ce zda­je się wte­dy, że je­ste­śmy naj­waż­niej­szy­mi oso­ba­mi na świe­cie.

A w każ­dym ra­zie w mie­ście Ar­ras.

Przy­najm­niej na tej uli­cy.


Tak to wy­glą­da. Mam czter­dzie­ści sie­dem lat.

Na­sze dzie­ci się wy­pro­wa­dzi­ły. Ro­ma­in jest w Gre­no­ble, stu­diu­je na dru­gim roku na uczel­ni han­dlo­wej. Nad­ine sie­dzi w An­glii, pra­cu­je jako opie­kun­ka do dzie­ci i krę­ci fil­my na vi­deo. Je­den z nich zo­stał po­ka­za­ny i na­gro­dzo­ny na ja­kimś fe­sti­wa­lu i wte­dy ją stra­ci­li­śmy.

Po raz ostat­ni wi­dzie­li­śmy ją w mi­nio­ne Boże Na­ro­dze­nie.

Kie­dy oj­ciec spy­tał ją, czym się zaj­mu­je, wy­ję­ła z tor­by małą ka­me­rę i pod­łą­czy­ła do te­le­wi­zo­ra Ra­dio­la. Nad­ine nie lubi słów. Od­kąd mówi, mówi bar­dzo mało. Na przy­kład nig­dy nie mó­wi­ła do mnie: mamo, je­stem głod­na. Za­miast tego wsta­wa­ła i bra­ła so­bie coś do je­dze­nia. Nig­dy nie po­wie­dzia­ła: od­py­taj mnie z wier­szy­ka, z pra­cy do­mo­wej, z ta­blicz­ki mno­że­nia. Sło­wa prze­cho­wy­wa­ła w so­bie, jak gdy­by były czymś rzad­kim. We dwie na wszyst­kie spo­so­by od­mie­nia­ły­śmy mil­cze­nie. Spoj­rze­nia, ge­sty i wes­tchnie­nia zaj­mo­wa­ły miej­sce pod­mio­tów, orze­czeń i do­peł­nień.

Na ekra­nie po­ja­wi­ły się czar­no-bia­łe ob­ra­zy: po­cią­gi, tory, roz­jaz­dy; na po­cząt­ku wszyst­ko po­ru­sza­ło się bar­dzo po­wo­li, póź­niej z wol­na przy­spie­szy­ło, ob­ra­zy po­czę­ły na­kła­dać się na sie­bie, rytm sta­wał się uwo­dzi­ciel­ski, fa­scy­nu­ją­cy; Jo wstał i po­szedł do lo­dów­ki po piwo bez­al­ko­ho­lo­we; nie mo­głam ode­rwać oczu od ekra­nu, wzię­łam moją cór­kę za rękę: pod­miot; przez moje cia­ło prze­bie­gły fale: orze­cze­nie; Nad­ine się uśmiech­nę­ła: do­peł­nie­nie. Jo zie­wał. Ja pła­ka­łam.

Kie­dy film się skoń­czył, Jo po­wie­dział, że w ko­lo­rze, z dźwię­kiem i na pła­skim ekra­nie to był­by cał­kiem nie­zły fil­mik, cór­cia, a ja po­wie­dzia­łam, dzię­ku­ję, dzię­ku­ję, Nad­ine, nie wiem, co chcia­łaś wy­ra­zić w swo­im fil­mie, ale ja au­ten­tycz­nie coś po­czu­łam. Odłą­czy­ła małą ka­me­rę od ra­dio­li i, spo­glą­da­jąc na mnie, szep­nę­ła: za­pi­sa­łam Bo­le­ro Ra­ve­la w ob­ra­zach, mamo, żeby głu­si mo­gli je usły­szeć.

Wte­dy ob­ję­łam moją cór­kę, przy­tu­li­łam ją do swo­je­go zwiot­cza­łe­go cia­ła i nie tłu­mi­łam łez, bo na­wet je­śli nie ro­zu­mia­łam wszyst­kie­go, to od­ga­dy­wa­łam, że żyje w świe­cie wol­nym od kłamstw.

Przez tę chwi­lę, gdy trzy­ma­łam ją w ra­mio­nach, by­łam speł­nio­ną mamą.

Ro­ma­in zja­wił się póź­niej, w po­rze struc­li i pre­zen­tów. Pod rękę trzy­mał ja­kąś pan­nę. Pił z oj­cem to­ur­te­la i gry­ma­sił na po­kaz: to ja­kieś szczy­ny, nie bro­war – po­wie­dział, a Jo zga­sił go zło­śli­wym ta­aak? to weź za­py­taj Nadege, co to jest do­bre piw­ko, już ona ci po­wie, gów­nia­rzu dur­ny, pa­lan­cie je­den. Wte­dy pan­na ziew­nę­ła i Boże Na­ro­dze­nie było po­psu­te. Nad­ine wy­szła bez po­że­gna­nia, znik­nę­ła po­śród zim­na, ulot­ni­ła się jak ob­łok. Ro­ma­in do­koń­czył świą­tecz­ną struc­lę; otarł usta wierz­chem dło­ni, ob­li­zał pal­ce, a ja za­sta­no­wi­łam się, na co te wszyst­kie lata, kie­dy czło­wiek uczył go, by sie­dział pro­sto, nie kładł łok­ci na sto­le i mó­wił dzię­ku­ję; te wszyst­kie kłam­stwa. Za­nim i on wy­szedł, po­in­for­mo­wał nas, że rzu­ca stu­dia i ra­zem ze swo­ją pan­ną bę­dzie pra­co­wać jako kel­ner w Pa­la­is Bre­ton, na­le­śni­kar­ni miesz­czą­cej się w Uria­ge, mia­stecz­ku uzdro­wi­sko­wym po­ło­żo­nym o dzie­sięć mi­nut dro­gi od Gre­no­ble. Po­pa­trzy­łam na mo­je­go Jo; ocza­mi za­kli­na­łam go: zrób coś, po­wiedz coś, nie po­zwól mu, za­trzy­maj go, ale on tyl­ko pod­niósł w kie­run­ku na­sze­go syna bu­tel­kę, jak ro­bią to cza­sa­mi męż­czyź­ni w ame­ry­kań­skich fil­mach, ży­czył mu po­wo­dze­nia i to było wszyst­ko.

Tak to wy­glą­da. Mam czter­dzie­ści sie­dem lat.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.