Liście - Leopold Meyet - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 133 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Liście - Leopold Meyet

Zbiór esejów i szkiców z 1895 roku. Leopold Méyet (1850–1912) był polskim teoretykiem prawa, adwokatem, kolekcjonerem pamiątek epoki romantyzmu, bibliofilem, literatem i filantropem. Pochodził z zasymilowanej rodziny żydowskiej z Francji. Studiował na Wydziale Prawa i Administracji w Szkole Głównej Warszawskiej, a po jej zamknięciu obronił w 1870 roku dyplom na rosyjskim Uniwersytecie Cesarskim w Warszawie. Współpracował z takimi czasopismami jak „Prawda”, "Niwa", „Bluszcz”, „Kółko Domowe”, „Świat”, „Świt”, „Tygodnik Ilustrowany”, „Kurier Warszawski” czy „Biesiada Literacka”. Jako literat nie został doceniony przez ówczesną krytykę. Zajmował się pracą u podstaw mającą na celu asymilację Żydów polskich w społeczeństwie. Obracał się w kręgach inteligencji pozytywistycznej, z wieloma przedstawicielami nawiązał serdeczne przyjaźnie. Uznanie przyniosły mu badania nad epoką romantyzmu polskiego. Wraz z Ferdynandem Hoesickiem opracował słynną dwutomową edycję „Listów” Juliusza Słowackiego (1899). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Liście - Leopold Meyet

Fragment ebooka Liście - Leopold Meyet






Spis treści

  1. Motto
  2. JESIENIĄ
  3. GARDENIA
  4. BAJKA
  5. PORTRET
  6. SKRZYDŁA
  7. ROZMOWA
  8. FAUST
  9. KWIATY
  10. ŚLIMAK
  11. ZAWSZE ONA
  12. I
  13. II
  14. DIANA
  15. W MASCE
  16. I
  17. II
  18. APAGE...!
  19. I
  20. II
  21. III
  22. SCHERZO
  23. PIEŚŃ BEZ SŁÓW
  24. I
  25. II
  26. III
  27. W SZKOLE
  28. NA ULICY
  29. PRZED OBRAZEM
  30. Kolofon

A kiedy sercu słońca nie staje,

Co kwiaty życia barwi ogniście,

Darmo się kwiecą łąki i gaje,

Ono przez marzeń przesmętnych kraje

Idzie, rwąc liście...

I gdy się innym róża rumieni,

I lilia śnieżna dzwoni srebrzyście,

Ono odchodzi w krainę cieni,

Z skargą tak cichą, jak gdy w jesieni,

Skarżą się liście...

Maria Konopnicka


JESIENIĄ

Spacerowali po parku, żywo rozmawiając z sobą, a zbliżywszy się mimowolnie do jeziora, wsiedli do łodzi i płynęli czas jakiś w milczeniu. Wyczerpali najwidoczniej przedmiot rozmowy, gdyż ciągle milczący i zadumani wysiedli na brzeg i spoczęli na darniowej ławeczce, pod rozłożystym klonem.

Był to łagodny i piękny jeszcze wieczór konającego lata. Rubinowe promienie zachodzącego słońca złociły talię szklaną jeziora i szkarłatnym wachlarzem zasłaniały widok na pola i czarny las okoliczny. Z daleka dochodziły głosy ptactwa wrzaskliwego, a czasem wiatr zakołysał drzewem i strząsnął pod stopy siedzącej pary garstkę liści suchych i zżółkłych. Był to pierwszy liść zwiędły, który spostrzegli tego lata.

On pochylił się, podniósł tę oznakę zamierającej natury i podał siedzącej obok kobiecie.

Te liście zwiędłe, ów tajemniczy urok jesiennego wieczoru, nasunął im myśl o zbliżającej się wolnym, lecz pewnym krokiem – jesieni ich życia.

A życie każdemu z nich z osobna płynęło dziwnym, to kryształowym, to mętnym potokiem. Przez niejeden gościniec szli z zachwytem i trwogą, w uroczej wiośnie zrywali z rozkoszą kwiaty najpiękniejsze i marnowali je bezlitośnie.

Po długiej pogoni za złudną szczęścia marą znaleźli się dziś obok siebie, w jednej pogrążeni myśli. Znali się i spotykali często; sprzeczali a rozumieli wzajem dobrze; odczuwali nieraz żywsze serca uderzenie – lecz nie kochali się nigdy... Szczególnym losu czy charakterów swych zrządzeniem, szukali szczęścia daleko, za górami, a w ów wieczór jesienny, gdy wypowiedzieli swe rozkosze i żale, nadzieje i zawody, ogarnęła ich tęsknota za tą błyskotliwą falą życia, która odpłynęła i nie powróci nigdy.

Spojrzeli na siebie z wyrzutem: dlaczego w ogniu serc swych nie stopili czystego złota uczuć, pragnień i obowiązków szlachetnie pojętego życia? Pytali się wzajem, czy do życia tego nic ich powołać nie zdoła – i żal mieli do siebie, do świata, a nawet do liści na drzewach szumiących, że ich zieloność przemija tak szybko, i że zwiędłe i zżółkłe spadają, pod stopy przechodnia...


GARDENIA

W izbie poddasznej rósł niski, krzewiasty, wśród bogato rozwiniętych liści lśniących, rozwijał się w pąki białe, piękne i pachniał cudną wonią – kwiat gardenii.

Często blada postać kobieca nachylała się ku niemu, jak gdyby go tchnieniem swoim ogrzać lub mu tajemnicę zwierzyć pragnęła. Wychudłą ręką starannie ścierała kurz z jego liści i zwracała ku słońcu, gdy ono zaglądało na poddasze.

Kwiat zrósł się niejako z tym oknem, rysował się pięknie na tle małych, zielonawych szybek, nęcił widokiem swoim ciekawy wzrok sąsiada i jak promień złotego słońca rozpraszał mrok i smutek biednej izby poddasznej.

Musiał istnieć związek pewien między kwiatem a tą, która pielęgnowała go tak troskliwie. Poświęcała mu nieraz długie dnia godziny, szeptała przed nim o marzeniach młodości, o trosce i zawodach życia i nieraz nuciła ładną piosenkę, którą ktoś niegdyś dla niej był ułożył...

Lecz gdy choroba z nóg ją zwaliła, wszystkie te pieszczoty ustały. Kwiat dziwił się, że w izdebce coraz większa panuje cisza, że ludzi tam mniej się przewija, że maszyna do szycia warczeć przestała i że wszystko przybrało jakąś żałobną postać... Dziwił się i zwracał w kąt pokoju, gdzie na łóżku leżała jego opiekunka.

Może spojrzenia ich spotkały się i zrozumiały wzajem, gdyż niedługo kwiat znalazł się przy chorej. Na stoliku oswoił się prędko z nowym stanowiskiem, pachniał jak przedtem, i dobrze mu było jak na oknie za zielonawymi szybkami.

Szmer na schodach przerwał panującą na poddaszu ciszę. Dał się słyszeć głos dziecięcy:

– Tu, proszę pani...!

Drzwi roztworzyły się szeroko i do izby wbiegł chłopczyk wątły i blady, prowadząc za sobą młodą, strojnie ubraną kobietę. Na jej gęstych, jasnych włosach spoczywał czarny z piórami kapelusz i przysłaniał nieco nos zgrabny i szafirowe, rozmarzone oczy. Weszła szybko – a z nią razem jakby radosne tchnienie wiosny, jasność i życie wstąpiły w te progi. Zbliżyła się do łóżka i cofnęła z przerażeniem. Po chwili, ochłonąwszy nieco, sięgnęła do portmonetki i garść papierków złożyła w ręce chorej.

Chciała odejść natychmiast, gdy zatrzymał ja głos cichy, błagalny:

– Kto jesteś, pani? – milczała.

– I ja byłam niegdyś młodą, wesołą, szczęśliwą – szeptała chora – jak ty, pani. Z tego wszystkiego pozostało mi dziś w ciężkiej chorobie – wspomnienie, samotność, nędza... Nie odchodź pani jeszcze... przybliż się, niechaj rękę twą uścisnę z serdeczną wdzięcznością. Czym i kiedy odsłużę się za dobroć twoją...? Weź przynajmniej kwiatek z tej gardenii... ukochanej przeze mnie.

Z trudnością podniosła się na łóżku, zerwała gałązkę z kwiatem, związała nitką i podała przybyłej, która, podziękowawszy, wybiegła z mieszkania.

W bramie zatrzymała się chwile, popatrzała, na kwiat i przypięła go do stanika. On tez przytulił się do jej piersi, podnosząc wdzięk tej nadobnej postaci – i pachniał cudnie.

Po krótkim namyśle wsiadła do przejeżdżającej dorożki i wieźć się kazała na jedną z ruchliwszych ulic miasta. Wyskoczyła przed okazałą kamienicą, pobiegła na schody i zadzwoniła silnie.

Drzwi otworzyły się natychmiast, a w nich ukazał się służący we fraku i białym krawacie.

– Pan jest... powrócił...? – zapytała gorączkowo.

Służący skłonił głowę z dobrotliwym uśmiechem.

Nie pytając więcej, przeszła śmiało przez kilka pokojów i zapukała do małych, ukrytych drzwi gabinetu bardzo wziętego lekarza, który w tej chwili z gazetą w ręku wypoczywał na wygodnej otomanie.

Usłyszawszy pukanie, podniósł się zwolna i z uśmiechem wyrzekł:

– Proszę...!

Uchyliła drzwi lekko, przybiegła do otomany i zarzuciła ręce na szyję młodego lekarza.

– Jak się masz, mój ty śliczny, drogi, niedobry chłopcze! Jak można było siedzieć tak długo? Wyjechałeś na dwa dni, a nie było cię przez cały tydzień... Umierałam z tęsknoty...

– Czy być może? Więc naprawdę przywiązałaś się do mnie tak bardzo? Czy mam temu wierzyć? – dodał, obejmując jej kibić i patrząc w jej oczy.

– Po cóż miałabym cię okłamywać? – odrzekła z uśmiechem. – Za to jedno, żeś dla mnie taki dobry i wyrozumiały, jak nikt nigdy, kochać cię nie przestanę.

I złożyła na jego czole długi pocałunek.

– Jakaś ty dziś ładna, moja droga, jak ci do twarzy w tej aksamitnej zarzutce... w białym staniku...! Jak ty pachniesz ślicznie...! Ach! kwiat gardenii przy twojej piersi... Po raz pierwszy widzę cię z kwiatami... Co się stało...?

– Opowiem ci później, bo tam pewnie pacjenci twoi niecierpliwią się bardzo.

– Nie szkodzi... Mamy czas do czwartej.

– Więc słuchaj – rzekła z pięknym blaskiem w oczach. – Śpieszyłam do ciebie, gdy na ulicy, płacząc, zastąpił mi drogę mały chłopczyna. Wzywał pomocy przechodniów dla swej chorej matki... Wzruszył mnie bardzo ten malec, uwierzyłam i poszłam z nim... oh! Daleko stąd... Takiej nędzy strasznej nie widziałam w życiu. Na połamanym łóżku leżała, jak trup blada, młoda jeszcze kobieta, wydając od czasu do czasu bolesne westchnienie. Litość przeszyła moje serce, machinalnie sięgnęłam ręką do kieszeni i oddałam jej wszystkie pieniądze przeznaczone na sprawunki. Czy dobrze zrobiłam...? Wiedziałam, że mnie pochwalisz... Następnie chciałam odejść prędko, gdy zatrzymała mnie słabym głosem:

– Kto jesteś, pani? – pytała.

– Cóż jej miałam odpowiedzieć?! Nie wiedziałam, co rzec – dodała młoda dziewczyna, spuszczając oczy. – Milczałam. Gdy następnie zaczęła mi opowiadać, jak szczęśliwą była za młodu, od łez wstrzymać się nie mogłam... By nie wybuchnąć głośnym płaczem, pożegnałam ją czym prędzej i wybiec już chciałam, gdy nieszczęśliwa zatrzymała mnie na chwile prośbą, żebym wzięła ten kwiat gardenii...

– To dziwne zdarzenie – odezwał się lekarz.

– Mówiła mi, że z tym kwiatem łączyły się zawsze najpiękniejsze dni jej życia, więc postanowiła pielęgnować go i nie rozstawać się z nim nigdy. Muszę tam zajrzeć znowu. Wiesz co, wybierzemy się do niej razem... Mój drogi, jedyny, może ty jej co poradzisz – rzekła ze łzami w oczach. – Weź ją do swego szpitala. Ona taka biedna, samotna a taka miła...

Osypała go pocałunkami.

– Dobrze, dobrze – odrzekł z uśmiechem – pojedziemy tam jutro rano.

Klasnęła w ręce uszczęśliwiona.

– Choć raz w życiu spełnię dobry uczynek. Lecz powiedz mi – dodała po krótkiej przerwie, gdy oczy jej przybrały dawny wyraz rozmarzenia – czy to tak można przywiązać się do kwiatka i czy on może choć trochę osłodzić komu życie...?

– Można...! Biedakom wystarczy kwiatek, jedno piękne w życiu wspomnienie, a tych, którzy nudzą się ciągle od zbytku szczęścia i rozkoszy, tych nie poruszy cały ogród kwiatowy, chyba jakiś ogrom klęsk niespodzianych, albo jakiś wielki rój wesołości przyjdzie do nich i siadzie im na ramionach.

– Prawda... – odrzekła zamyślona. – No, uciekam, żeby ci dłużej nie przeszkadzać, a ten piękny kwiat daję temu, kto mi jest najdroższy. Przyjmę ci go do surduta... Ot tak... Lepiej się jeszcze wyda na czarnej klapie, niż na białym staniku. Noś go... bardzo ci z nim do twarzy... Co robisz wieczorem? – spytała ze zwykła żywością. – Przyjdź do cyrku... świetne przedstawienie... cyrk pod wodą... zupełnie coś nowego... Franka będzie ze swoim chłopcem... Wszak ty ją lubisz... a potem pójdziemy sobie razem gdziekolwiek. Dobrze?

– Zobaczę.

– Więc do widzenia.

Posłała mu całusa rękami i skrytymi drzwiami wybiegła cicho i zręcznie.

Lekarz pozostawszy sam w gabinecie, uprzątnął dzienniki z otomany, ułożył je pod przyciskiem na stole i zbliżając się do biurka, gdy mimowolnie rzucił okiem w lustro, ujrzał kwiat gardenii, przyrosły jakoby do czarnego surduta. Wyjął go z klapy i umieścił na brzegu biurka w małym, chińskim wazonie.

Kwiat ów pięknie odbijał na tle brązów, starego zegara i różnych gracików i, jak przedtem, pachniał ciągle.

Lekarz spojrzał na zegar, zadzwonił, uchyliły się drzwi główne i spod ciężkiej portiery wyszedł służący.

– Przyjmować!

Lokaj zniknął za drzwiami, a po chwili weszła do gabinetu siostra miłosierdzia.

Lekarz przywitał ją z szacunkiem, wskazał miejsce i usiadł przy niej.

– Jakże zdrowie siostry Teresy?

– Dziękuję... teraz mam się zupełnie dobrze.

– A cóż porabia nasza mała?

– Właśnie z jej przyczyny pozwoliłam sobie przyjść tu do pana doktora – mówiła nieśmiało. – Urlop pański kończy się dopiero pojutrze, lecz może pan będzie łaskaw choć na chwilę wpaść dziś do szpitala i zobaczyć naszą chorą. To takie poczciwe, a biedne dziecko... Dowiedziałam się, że pracą zamęczała się dla całej rodziny, brata do szkół wysyłała. Pokochałam ją bardzo, gdy ona mi w oczach niknąć poczyna. Gorączkuje ciągle i robi się taka biała, jak ten... kwiat, co stoi na stole...

– To nie dobrze – szepnął lekarz – zresztą zobaczę. Przyjdę zaraz, skoro tylko załatwię się z tymi, co czekają.

– Dziękuję bardzo!

Chciała wstać z miejsca, lecz zawachawszy się chwilę, siadła znów na krześle.

– Dziwna rzecz, jak mnie odurzył silny zapach tego kwiatu... Co to jest?

– Gardenia – rzekł lekarz, zbliżywszy się i kwiat jej podając. – Niech go siostra przyjmie ode mnie i oswoi się z tym zapachem.

Wzięła kwiat do ręki, powąchała silnie i skłoniwszy się, wyszła z gabinetu.

Idąc ulicą, niosła go ostrożnie. W jej rękach wyglądał jakoś inaczej i nastroił się jakoby do jej poważnej postaci. Przechodnie usuwali się poważnie, a jedna z kobiet, skłoniwszy się przed nią nisko, szepnęła do siebie:

– To zapewne kwiat do kościoła...

Siostra szła wprost do szpitala, gdzie wśród wielu chorych, na sali ogólnej, leżało dziewczę młode, wątłe, z twarzą jak papier białą.

Nachyliła się ku niej, pocałowała w czoło i z uśmiechem podała kwiat gardenii.

Chora pochwyciła go w wychudłe ręce i do ust podniosła. Napawała się silną wonią i poczęła oddychać swobodniej. W oczach zajaśniał blask żywy, na twarz wystąpił rumieniec, jak gdyby poczuła ulgę w ostatnich życia godzinach... Bo kwiat i dla niej pachniał.

Nazajutrz dopiero zgnieciony i zwiędły wypadł z rąk osłabionych na ziemię.

Wyrzucono go wkrótce na śmiecie, lecz i tam pachniał jeszcze. Bo on nie znał różnic, dla wszystkich żył i umarł jednaki – pachniał. Podobno tkwiła w nim dusza, która czasem w ludzkich ciałach przebywa.