Lekcja życia - Zygmunt Niedźwiecki - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 164 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lekcja życia - Zygmunt Niedźwiecki

Zygmunt Niedźwiecki (1864–1915) był prozaikiem. Prawie przez całe życie mieszkał w Krakowie, gdzie zajmował się dziennikarstwem. Współpracował z „Nową Reformą” i „Naprzód”. Od 1890 roku publikował w czasopismach nowele, zebrane następnie w tomie „Słońce” (1892). Pisywał humoreski i dokonywał licznych przekładów, głównie z literatury francuskiej. Bliskie były mu idee socjalistyczne. Ulegał tendencjom naturalistycznym. W swojej twórczości prezentował pesymistyczny obraz człowieka i społeczeństwa. Publikował nowele, fraszki, szkice, dzięki którym zdobył znaczną popularność i uznanie, np. „U ogniska” (1894), „Sam na sam” (1895), „Sposób na diabła” (1899), „Nowe erotyki” (1908). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Lekcja życia - Zygmunt Niedźwiecki

Fragment ebooka Lekcja życia - Zygmunt Niedźwiecki





Spis treści

  1. LEKCJA ŻYCIA
  2. PRZESTROGA
  3. POMNIK
  4. KANAPA
  5. HARACZ
  6. POJEDYNEK
  7. OCH! TA LITERATURA
  8. WESELE W SUTERENACH
  9. ERGO DECIPIATUR
  10. PORTRETY
  11. LISTEK FIGI
  12. OBYWATELSTWA HONOROWE
  13. W SZKLANCE WODY
  14. O TYTUŁ
  15. OPŁATEK
  16. KULT ZMARŁYCH
  17. DOBRANA PARA
  18. W OBRONIE HONORU
  19. PIWO
  20. W PIĘĆ MINUT
  21. DUSZE MALUCZKICH
  22. NIEZAWISŁY ORGAN
  23. NAJDROŻSZA DZIECINA
  24. FABRYKACJA FETYSZÓW
  25. W GNIAZDKU
  26. BRODAWKA
  27. KLESZCZOWY PORÓD
  28. GLÜCK IM WINKEL
  29. ZGNIŁA ARYSTOKRACJA
  30. KOLOFON

LEKCJA ŻYCIA

Ewunia jest jednym z tych niezliczonych aniołów bez skrzydeł, dla których wianka młodzi ludzie z jaką taką pasją, porzucają na całą długość miodowych miesięcy kokotki i knajpę, aby upoiwszy się na chwilę poetycznym trunkiem miłości, oraz awansem na mężów i ojców, wrócić do szynku, obsiąść zielone stoliki, utrzymywać metresy, intrygować, szwindlować, defraudować i przybijając z czasem do portu śmierci w aureoli cnót i zasług, zrobić miejsce następnej serii takich samych królów stworzenia, co wszystko razem, z dodatkiem paru wojen, epidemii, krachów, książek i wynalazków, gra rolę kolorowych szkiełek w tej niezrównanej humoresce, jaką kalejdoskop dziejów ludzkości na pozór bezpłatnie ukazuje nam od wieków.

Ewunię zaręczono z Adasiem. Kocha ona swego przyszłego, a on ją, przy tym cały szereg sekretnych przyczyn pcha dwa rody do skojarzenia tego związku.

Naraz Ewunia dostaje anonim, że jej narzeczony, będąc jeszcze urzędnikiem w X., pił skandalicznie, zaniedbywał obowiązki, robił na prawo i lewo długi, których nie oddawał, a nawet przywłaszczał sobie pieniądze, powierzane mu przez kolegów na prolongatę ich weksli, narażając ich na znaczne szkody.

W pierwszej chwili wybuchnęła Ewunia gorzkim płaczem, jako dziewica, patrząca na świat idealnie. Potem podarła anonim ze wzgardą, wspomniawszy, że żadne małżeństwo, wyjąwszy zawierane „incognito”, nie obeszło się jak świat światem bez listów, oczerniających ją przed nim, przed nią jego. Ale na samym końcu postanowiła rzecz sprawdzić i wypytała znajomych młodych ludzi o przeszłość swojego narzeczonego, a ponieważ to byli jego serdeczni przyjaciele, potwierdzili więc – w największej tajemnicy!... – całą treść anonimu, opierając ją na niewzruszonym gruncie dat, nazwisk i faktów.

Wtedy Ewunia, acz ze strasznym bólem serca, oświadczyła, nie tając pobudek, rodzicom, że nie zostanie żoną Adasia. Ponieważ zaś ślub miał się już odbyć za miesiąc, narzeczony skamieniał, a dwie rodziny stanęły dęba.

– Nie pójdę za złodzieja.

Co począć z impregnowaną wierszydłami wariatką, biorącą tak tragicznie najzwyklejsze ludzkie błahostki?

Przez chwilę, widząc jej upór, szukał ojciec w swej głowie, osiwiałej w szkole życia, sposobów. Dziewczynę razi, że jej narzeczony nie jest tak czysty, tak biały, jak reszta ludzi. Wyczyścić chłopczyny a la minute niepodobna, takt pozostanie faktem, że kradł pieniądze. Lecz gdyby tak podsmolić nieco resztę ludzi, aby od nich nie odbijał tak bardzo – co?

Rzekł więc żonie:

– Nie ma co, trzeba zdjąć z oczu tej smarkuli zasłonę, pokazać jej życie...

Przybierając ton uroczysty, ojcowski, począł w obecności żony przekładać córce, że... złodziej... to nie jest znowu nic tak strasznego. Złodziei jest... więcej, jest dużo nawet bardzo dużo.

– Ale nie wszyscy! – rzuciła rozogniona.

– Są wyjątki – odparł ojciec, prostując się z godnością.

– Skoro są wyjątki, dlaczego mój mąż nie ma być wyjątkiem?!

– Bo są bardzo rzadkie. Nie żądaj zbyt wiele.

– Żeby były najrzadsze! Niech mój mąż będzie między najrzadszymi!

– Ale bo widzisz... może nawet i ci najrzadsi wydają się... nieraz... tylko pozornie... Natura ludzka... Czy ty myślisz, że Adaś pomimo tego nie może być jeszcze, nie jest już dzisiaj najuczciwszym człowiekiem?

– O splamionej przeszłości! Dziękuję!

– Tralala! Splamionej!... Poetyczne brednie! Życie nie jest pralnią. Owszem, to ono nas plami, a my się dopiero potem pierzemy... O! – poparł z naciskiem, zadowolony z tej złotej myśli. – Młody chłopak dostaje się w złe towarzystwa, napotyka pokusy... jakiś fałszywy podpis... jakiś zegarek... prask! Palnął głupstwo – i potem dopiero splamiony!... Nieprawda! Nieszczęście!... Traf!... To zupełnie tak, jakby ktoś, poślizgnąwszy się i upadłszy w błoto, musiał bezwarunkowo całe życie chodzić uwalany tym błotem, jakby nie wolno mu było umyć rąk wyczyścić obuwia i sukien!

Ale dziewczyna obstawała przy swoim.

– Tylu młodych ludzi u nas bywa! Dlaczego o żadnym z nich nikt nic podobnego nie mówi? Dlaczego oni są czyści?... Dlaczego tylko ten, za którego ja idę, ma być taki?

– Dlaczego, dlaczego... Dlatego!... Jeszcze na nich nie przyszło! a jak przyjdzie... Zresztą kto ich tam wie. Co do mnie, ja wolę nawet takich, którzy już... spłacili grzesznej ludzkiej... Wolę, niż świętoszków, zcichapuków, blagierów!... Niż tych wzorowych młodzieńców, co to niby bez zarzutu, a nikt za to ręczyć nie może, czym naprawdę byli, czym są i czym jeszcze będą?... Tacy to właśnie najgorsi!... Młodość ma swoje błędy!... Musi... tego... wyszumieć, wyburzyć się, inaczej nie byłaby... tego... młodością!... O!

– Doprawdy!... Ja uszom nie wierzę!... Z tego, co tatko mówi to formalnie wypada, że Adam więcej wart od innych właśnie dlatego, że... że takie rzeczy robił?!

– A tak!... Żebyś sobie wiedziała, że więcej! – wykrzyknął ojciec z pasją głosiciela niewzruszonych prawd, natrafiających na opozycję. – Upadł, podniósł się i więcej pewnie nie upadnie, bo... bo już raz leżał. Ale nie trzeba go po raz drugi do upadku popychać przez fanatyczne... O!... Potępianie tego co było i... minęło. Tamto było jego winą – to byłoby naszą, a właściwie twoją!... Tak jest!... Bo to jakbyś mu powiedziała: „Nie możesz już być inny tylko taki... całe życie taki!... Jak w jednej... krótkiej... chwili”.

– To było kilkanaście razy.

– A więc jak w jednym, przelotnym okresie życia. I to ty, którą kocha!... Ty, która go kochasz!... Ty go potępiasz tak okrutnie!... Dziecko!... Ja cię zaklinam: nie gub człowieka!... Któż wie, co by Adaś... w pierwszej rozpaczy...

– Tatusiu!... niech tatuś takich rzeczy nie mówi!... Niech tatko w taki sposób na mnie nie wpływa!... Ja nie mogę!... Mnie by się ciągle zdawało, że się splamiłam... Ile razy bym usłyszała: „Kradzież”!... „Złodziej”!... – krew by mnie oblewała, myślałabym zaraz: „Twój mąż także kradł!... twój mąż także złodziej!”...Czyż ja bym miała prawo wtenczas uważać kradzież za coś złego?... Odwracać się od ludzi, którzy... Czyż ja bym... zostawszy matką... Nie! Nie!... To nad moje siły!

– Ależ córeczko! Egzaltujesz się! Jesteś zdenerwowaną, aniołku, jak każda dziewczyna przed ślubem. Uspokój się, patrz trzeźwo, po ludzku... Te rzeczy się na głos potępia dla przykładu, ze względu na honor sztandaru etycznego, bo inaczej, to cóż by się działo!... Ale w prywatnych stosunkach należy baczyć na słowa: „Nie wińcie! Albowiem nikt nie jest bez winy!”

– Ja jestem bez winy! Mama także jest bez winy! I tatuś jest bez winy!... I ja mam wprowadzać w dom nasz człowieka, który nie jest bez winy?!... Ja?!

Zaczynał być wściekły. Już brała go ochota tupnąć nogą i zawołać: „Oślico jakaś! Rób, jak ci każą, nie baw się z rodzicami w dysputy!” – nagle przyszła mu myśl zbawcza, odetchnął i biorąc na bohaterstwo, rzekł z patosem:

– A gdyby i w naszej rodzinie nie wszyscy byli bez winy?

– W naszej? – odparła z dreszczem. – Któż?

– Gdyby byli?!... Gdybym... Ja nie był bez winy?!

Przerażona – rozśmiała się sztucznie.

– Tatuś żartuje umyślnie, żeby mnie...

Lecz ojciec postanowił raz skończyć.

– Właśnie, że nie żartuję! A nie! Dowiedz się, kiedyś chciała. Miałem podobne zdarzenie jak Adaś, w jego wieku... Zapomniałem się tak samo... Czy i teraz jeszcze odrzucisz jego rękę? Pamiętaj, że to będzie wyrok na twego własnego ojca, który ci dał życie!..., który cię..., który dla ciebie..., i któremu powinnaś była zaufać, bo komuż więcej, niżeli rodzicom, na szczęściu dziecka.

Moment był tak znakomity do urwania nużącej rozmowy, że dzielne ojczysko spożytkowało go. Wyszedł – zostawiając dziewczynę zbladłą i oniemiałą nad głębiami życia, które w jej wieku tak się jeszcze bezdennie wydają głębokie.

W drugim pokoju zaś szepnął żonie:

– Teraz już jestem o nią spokojny. Chwała ci Panie!... Gdyby się tak Adam obraził i cofnął, wtenczas i po dostawach!... Jego stary by sobie na pewne poszukał innego wspólnika!... Tylko słuchaj – jakby cię pytała, czy to prawda, nie przecz, ale mnie uniewinniaj. Za to po ślubie powiedz, żem skłamał przez poświęcenie i wyperswaduj jej to gruntownie, bo nużby zaczęła szperać i wyszperała... coś... z przeszłości. A ma do tego, jak widać, talent. Tego by tylko brakowało!... Niechżeż człowiek, do diabła, u siebie w domu przynajmniej ma prawo głowę do góry nosić!


PRZESTROGA

Kubuś!

Na wszystkie świętości zaklinam Cię odmów!... Reżyserem?!... Reżyserem teatru amatorskiego! I to jeszcze w Pypciowie!... Czy słyszał kto kiedy o równie okrutnym rodzaju samobójstwa?!... Ja nie zaprzeczam Twych zdolności scenicznych. W takim Franciszku Moorze z V aktu „Zbójców”, w takim „Berku zapieczętowanym” jesteś istotnie niedościgły. A kreacją hrabiego w „Łobzowianach” przeszedłeś sam siebie. Lecz cóż stąd?... Skoro Cię losy zagnały do Pypciowa zachowaj się jak człowiek, poddany kwarantannie!... Zorientuj się, dla Boga, gdzie jesteś! Wielki świat małych miasteczek, to najgorszy z półświatków: półświatek ducha. Ci burmistrze, notariusze, proboszcze, komisarze, nauczyciele, kasjerzy prowincjonalni to istne menażerie małp parodiujących człowieka. Galerie ciasnych, nieokrzesanych i złośliwych megalomanów, których śmieszności i wady obłażą przybysza, jak robactwo kogoś, jadącego jednym wozem z niechlujami. Idiocieje i nikczemnieje się bez ratunku wśród tej tłuszczy, obcując z nią, na mocy potężnego prawa asymilacji. Jedyną prezerwatywą: trzymać się z dala! – inaczej pożegnawszy w Tobie przed miesiącem niezłego chłopca, przywitałbym może za lat kilka skończone bydlę. Wprawdzie i ja niegdyś uległem deputacji kulfonów w czarnych anglezach, przychodzącej mnie uroczyście prosić w imieniu pypciowskiej śmietanki, bym „zechciał objąć reżyserię...”, etc. Zechciałem – chociażem wiedział: Ty nie wiesz – posłuchaj. Przede wszystkim trupa, wręczająca Ci najpokorniej jedną z najkomiczniejszych buław na świecie, skoro ją tylko przyjmiesz, zmieni się w czeredę wrogów, którzy ze wszystkich sił przeszkadzać Ci będą w wykonaniu tego, o co Cię sami tak gorąco prosili. Dlaczego?... Bo są źli, głupi, nieokrzesani, bo muszą to udowodnić, bo taką, nie inną, jest psychologia małomiejskich andrusów... przepraszam... pypciowskiej złotej młodzieży. Kompletujesz personel. Tłumy mężczyzn, ani jednej kobiety. Ci pierwsi pchają się nieproszeni, te drugie głuche są na prośby, chociaż się palą do grania, bo to okazja... Na koniec przyrzekają, każda z innym warunkiem, że będzie także grać przyjaciółka, że nie będzie grać rywalka, że próby będą wieczorami, bo ona popołudniu nie może, że próby będą popołudniu, bo ona wieczór nie może, że rola będzie z śpiewem, że w roli nie będzie całowania..., itd. itd. Deszcz! – połowa kobiet na próbę nie przychodzi, dla bólu zębów, imieniny! Trzy czwarte mężczyzn chybia, urżnąwszy się. Służący nie napalił w sali – próba odłożona, nadymił – próby nie będzie. Damy co chwila tracą wiarę w siebie, aby cię zmusić do komplementów, mężczyźni zaś... Ach, ci drągale są po prostu do niczego! Za okno bierze ochota ich powyrzucać! Ten ma krzywe nogi, ów mówiąc potrząsa kolanem, tamten ciągle oblizuje wargi, połyka zgłoski na uwagę, aby lżej chodził, odcina się, że jest pierwszym w okolicy mazurzystą, nie uczą się ról, nie pamiętają wskazówek. Hałasują podczas prób, a przepadają gdzieś jak kamień w wodzie właśnie wtenczas, kiedy ich na scenie potrzeba. Po za knajpą, kartami i domem publicznym nie istnieje nic dla tych junaków. Dekoracje pstre od dziur i plam, jak przeszłość wielkich ludzi. Kurtyna nie chce iść w górę, gdy ją podciągać, a nie spada, kiedy się ją opuszcza. Trzech suflerów ucieka z budki z powodu przeciągu, a czwartego sam wyrzucasz, bo się ustawicznie gapi na... buciki kobiet grających. Naraz jeden z amatorów zwraca rolę, dostawszy czyraka, który nie pozwala mu usiąść – po nim jedna z kobiet czyni toż samo z powodu dyfterii w domu, a druga na stanowcze życzenie narzeczonego. Muzyka cofa przyrzeczenie, obstalowana na jakieś wesele, najzapalniejsi się zniechęcają, grozi fiasko!... Cudem doszedł spektakl do skutku. Publiczność już się schodzi, muzyka gra, za kulisami piekło! Gaszę tremę u dam zapewniając każdą z osobna tym samym frazesem, że wygląda zachwycająco – wyrywam z rąk mężczyzn flachę, aby się nie popili do reszty, smaruję szminką gęby, przyklejam pęki kłaków pod nosami. Łażę po drabinach, wiążę sznury, wbijam gwoździe, obtłukuję sobie palce, dziurawię surdut, kąpię się w własnym pocie, pomagając niezdarnej służbie, zastępując idiotę fryzjera, poganiając suflera, muzykę, grających, aby się cała ta buda z kart nie rozleciała przed czasem. Albowiem w kolosalnym tym bzdurstwie jakim jest teatr amatorski, jedyną osobą, która musi je brać na serio, jest reżyser. Co czyni go figurą zarazem bardzo pożałowania godną i humorystyczną w wysokim stopniu. To też czując cały nieunikniony komizm swej gorliwości, chce się jednak wytrwać do końca w celu wypróbowania, jak długo da się wytrzymać z taką hołotą. Ledwie dysząc po ostatnim spuszczeniu kurtyny, jak po przybiciu do portu, myślisz: Nareszcie!... Diabła tam! To dopiero połowa. Dotąd Ty ich, teraz oni poczynają obrabiać Ciebie. Zmarnowałeś ich talenty: amanci podają się za urodzonych komików, a komicy czują się co do jednego tragikami. Grający bez peruk nie mogą Ci darować zaordynowania komuś peruki, a za nalepienie komuś nosa z pewnością dostałeś łapówkę. „Czemu amatorzy tak krzyczą?” – skarży się połowa publiczności,  „Ależ amatorów nic nie słychać!” – mówi druga. Burmistrz wściekły, sprzedano mu krzesło obok krupiera, proboszcz i aptekarzowa pienią się, posadzono ich razem. Jakże można było dać rolę pannie X., która jest dzieckiem przedślubnym. Jakże można wpuszczać na scenę p. Y., którego ojciec cierpi notorycznie na chorobę sekretną. Nauczyciel zarzuca, że nie umiecie grać chłopów, dependent od adwokata, posiadacz jedynej w świecie przedziałki we włosach (przedziałka stangreta od hrabi do tej się nie umyła), że nie umiecie grać ról salonowych... A mamy! mamy!... „Proszę pana! Dlaczego ogień bengalski którym miała być oświecona moja Zosia, tak krótko się palił?... „Przy fotelu, którego wam pożyczyłam, brakuje jeden gwoździk!...” „Dlaczegoście tak późno spuścili kurtynę?!... Zostawiać Manię tak długo na scenie po ciemku, sam na sam z młodym człowiekiem!”... „Proszę pana! ławeczka powinna była być do ziemi przymocowana!... Kiedy Fela się na nią rzuciła, przechyliła się pod nią w tył i...” (i panienka, zadarłszy w górę nózie, pokazała suflerowi, orkiestrze i trzem pierwszym rzędom wszystkie tajniki swej skrytej toalety w silnym oświetleniu kinkietów). „Wandzia otwiera drzwi w tylnym płótnie, a tam strażak całuje w najlepsze sługę od aptekarzy w oczach całej publiczności!... Cud, że Wandzia nie zemdlała!” Moja wina! Moja wina! Nie godzien jestem być reżyserem!!... I złożyłem urząd skwapliwie. Ba! – w mig zmiana frontu. Rozżarci krytycy przemieniają się w chwalców natchnionych, a ja z zupełnego niedołęgi w wytrawnego i niestrudzonego mistrza. Oprócz ustnych objawów uznania otrzymuję stertę listów i trzy urzędowe akty dziękczynno-pochwalne na arkuszach: od wiceprezesa, od prezesa i od całego grona amatorów. Boże, pełen litości!... Na rozpacz jednak było za wcześnie. W trupie mej były dwie gwiazdy: żona kupca, dorobkiewiczanka z ambicją okazania „wielkiemu światu”, do którego weszła, że mu we wszystkim równą – i córka młynarza, mały, czupurny projekcik na jędzę, urodzona aktoreczka. Jako zapobiegliwy reżyser nie szczędziłem im rozumie się pochwał. Ale w Pypciowie więcej nie trzeba. Gruchnęło, że się biorę do młynarzówny i że szturmuję kupcową. Ja! Który, paląc im komplementy, suszyłem głowę: Skąd wziąć dywanu? Kto pożyczy stojące lustro? Jak „udać” wicher za sceną?... Dla którego one na równi z dywanem, lustrem i wichrem za sceną były jedynie częściami składowymi preparowanej dla Pypciowa biesiady artystycznej!... I cóż?... Młynarz, nieufający cieniom kulis wysłał córkę do babci, a kupiec, dzieląc nieufność młynarza, wpędził żonę z całą forsą w... dziewięciomiesięczny urlop, chociaż dopiero przed kwartałem rodziła. Obie stracone dla „sztuki!”... Co ma począć wódz, któremu zagwożdżono dwa najlepsze działa?!... Odprawiłem więc z niczym nową deputację czarno odzianych kulfonów, tłumacząc się brakami personelu, tym bardziej, że na jednej z prób scena pod hołubcami pierwszego mazurzysty zawaliła się i mój najlepszy amant (ten potrząsający kolanem), padając, przetrącił sobie chrząstkę w nosie.