Legowisko zła - Edward Pukin - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 386 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Legowisko zła - Edward Pukin

Edward Pukin - autor powieści „Kanalie”, zrażony indolencją i wszechwładnym nepotyzmem istniejącym w organach państwa, realnie kontynuuje swoją walkę z patologiami władzy, której orężem staje się twórczość literacka, a jej efektem kolejna książka. Tym razem jest to powieść sensacyjna - „Lęgowisko zła”.

 

Edi, otoczony pajęczyną zależności i interesów, łączącą skorumpowanych urzędników, jest bez szans w walce z jego ciemiężycielami. I chociaż ratuje dom rodzinny, to jednak ostatecznie przegrywa z mocą układu. W poczuciu bezsilności odstępuje od bezpośrednich starć ze swoimi ciemiężcami na sali sądowej i stosuje inny sposób walki. Decyduje się na opisanie zdarzeń w formie powieści, którą zamierza opublikować. W ten sposób stara się ujawnić to, co dzieje się w Polsce na styku władzy z biznesem oraz mechanizmy zachodzące w tworzących się mafijnych układach.

Opinie o ebooku Legowisko zła - Edward Pukin

Fragment ebooka Legowisko zła - Edward Pukin





Strona redakcyjna


Prolog

Dochodziła już godzina siedemnasta, gdy z budynku Komendy Miejskiej Policji wyszło naraz kilku mężczyzn. Jeszcze przez chwilę, zanim się rozeszli, wymieniali między sobą jakieś konstatacje. Jeden z nich, ubrany po cywilnemu, wyróżniał się od pozostałych także sportową sylwetką. Mężczyzna wsiadł do samochodu zaparkowanego przed budynkiem. Uruchomił silnik i bez zbędnego pośpiechu ruszył szeroką arterią, wiodącą przez miasto w kierunku Warszawy. Pół godziny później, kilkanaście kilometrów za miastem, skręcił z głównej trasy w boczną drogę. Przejechał przez wieś i wjechał w leśny kompleks. Jadąc dalej w głąb lasu, manewrował kierownicą adekwatnie do oznakowań kierujących na leśne kąpielisko. Po paru minutach dotarł do niewielkiej polany, na której stały już inne pojazdy. Zatrzymał się i wysiadł z samochodu. Podszedł do prowizorycznego płotu, usytuowanego na granicy parkingu ze stromizną, i spojrzał w dół skarpy. Jego twarz nie kryła zaskoczenia, gdy między drzewami dostrzegł niebieską taflę wody. Zafascynowany widokiem, o którym opowiadali również jego znajomi, przyglądał się urokliwemu jeziorku, naturalnie wkomponowanemu w leśne otoczenie.

Pojawiający się od czasu do czasu delikatny zefirek na gładkiej tafli jeziorka powodował, że pierwsza myśl o leżącym wśród drzew lustrze – w którym odbijają się korony wysokich świerków i błękit nieba – jest tylko złudzeniem. Prawie idealny okrąg leśnego oczka – nieco zarośniętego jasnozielonymi szuwarami, wśród których widoczne były również strefy żółtego piasku, uzupełniał gamę kolorów tego wyjątkowego miejsca. Bezpieczny dostęp do wody dla kąpiących się dzieciaków, a przede wszystkim możliwość obserwacji całego jeziora i wędkowania potwierdzały walory wypoczynkowe tego wyjątkowego akwenu. Mężczyzna rozejrzał się wkoło. Pagórkowaty teren wokół jeziora, porośnięty leśnym runem, zachęcał do zbierania jagód i do spacerów, a panująca wokół cisza, przerywana czasem okrzykami dzieci chlapiących się w wodzie, przywodziła na myśl chęć relaksu.

Niewielka odległość jeziorka od wsi i bliskość miasta budziły na tyle zainteresowanie okolicznych mieszkańców, że codziennie przebywało nad nim sporo ludzi egzystujących w tym unikatowym środowisku. „Mają rację, że to urokliwe miejsce zapewnia spokój i odcina od miejskiego hałasu i codziennej nerwówki” – przeszło mu przez myśl, kiedy skojarzył to, co widzi, z argumentami kolegów zachwalających tę okolicę jako miejsce aktywnego wypoczynku.

Po kilkunastu minutach mężczyzna wsiadł do samochodu i ruszył wolno leśną drogą w kierunku wsi. Dojeżdżał już leśnym traktem do skrzyżowania dróg, kiedy dostrzegł w głębi lasu samochód dziwnie zaparkowany między drzewami. Zawodowa dociekliwość spowodowała, że zatrzymał się. Wyjął ze schowka lornetkę i przez moment zlustrował podejrzane auto. Jego uwagę zwróciła obca rejestracja auta. Rozejrzał się, wyszukując kogokolwiek w pobliżu. Kilkadziesiąt metrów w lewo od samochodu, tuż za pagórkiem, dostrzegł ledwie widoczną szarą dachówkę budynku. „To pewnie ta opuszczona leśniczówka” – przypomniał sobie informację znajomych opisujących również okolice jeziora. Sięgnął po telefon. Przez chwilę z kimś rozmawiał, a następnie wysiadł z samochodu i skierował się w stronę zabudowania.

Niedługo później huk wystrzałów, dochodzący od strony leśniczówki, przerwał leśną ciszę i zaniepokoił ludzi wypoczywających nad jeziorem.


Rozdział I

Seweryn Bozdyk junior stał dłuższą chwilę na skrzyżowaniu uliczek Starego Miasta i rozglądał się wkoło. Nie bardzo kojarzył, z której strony nadszedł dwie godziny wcześniej, gdy kluczył wąskimi uliczkami w poszukiwaniu najkrótszej trasy, aby trafić pod wskazany w zawiadomieniu adres filii urzędu. Gdzieś w głębi jednego z tych niewiele różniących się od siebie staromiejskich zaułków zaparkował samochód. Kilkanaście minut wcześniej krążył w poszukiwaniu miejsca i w końcu znalazł wolną przestrzeń, w którą mógł się wcisnąć.

Teraz, będąc jeszcze pod wpływem opadających emocji, jakie nagromadziły się w auli miejskiego urzędu w czasie ostatniej godziny, starał się przypomnieć sobie chociażby jakiś drobny szczegół naprowadzający go na właściwy kierunek, którego celem było odnalezienie miejsca postoju samochodu. Chwilowa amnezja trochę go zaniepokoiła, ale intuicyjnie ruszył w lewo. Jego uwagę zwrócił szyld kawiarni po przeciwnej stronie skrzyżowania; poprzednio mijał ją, śpiesząc się na wyznaczoną godzinę, rozpoczynającą sesję państwowego egzaminu. „Intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła” – pomyślał, gdy z dala wypatrzył swoje auto.

Otworzył szeroko drzwi samochodu, tak aby wydostało się z niego nagrzane od słońca powietrze, i dopiero po kilku minutach usiadł za kierownicą. Uruchomił silnik i ruszył w kierunku głównej arterii miasta. Przesilone olbrzymią ilością pojazdów ulice trójmiejskiej aglomeracji wymuszały nie tylko na nim pełną koncentrację i uwagę. Szczególnie teraz, w godzinach szczytu, gdy obok turystów i przejezdnych także całe rzesze biuralistów opuszczały swoje miejsca pracy, dopychając niejako istniejące już zatłoczenie. Sędziowie i prokuratorzy, prezydenci miasta i naczelnicy wydziałów oraz ich podwładni, a także urzędnicy wielu innych instytucji państwowych i samorządowych stanowią to miejskie środowisko powiązane ze sobą układami politycznymi i biznesowymi, które, będąc na utrzymaniu mieszkańców – podatników, dzierży w swoich rękach władzę prawie absolutną i jednocześnie decyduje o ich losach.

To ci ludzie, nierzadko powiązani także z elitą zawiadującą mediami, rozporządzają codziennie tysiącami spraw obywateli. Od nich zależą decyzje, postanowienia, a także nakazy i zakazy. Dla wielu z nich poczucie władzy nie kończy się z chwilą zamknięcia biurka w urzędzie. Niejednokrotnie przenosi się ono także na zewnątrz urzędów, gdzie sprawy zawodowe łączone są z prywatnymi, bez względu na stanowione prawo i bardziej skierowane na własną interpretację osiągniętych przywilejów.

W każdym środowisku miejskim ta pora dnia, w której rytm i płynność funkcjonowania miasta poddawane są ciągłej obserwacji oraz wynikającym z tego kolejnym zmianom, służącym poprawie ładu i porządku, staje się utrapieniem nie tylko dla tubylców, ale też charakteryzuje się swoistym rytuałem powtarzanym każdego dnia. To właśnie biuraliści, kończąc swoją chałturę – Seweryn od dawna tak określał pracę urzędników i pismaków – wysypują się zza swoich biurek i pędzą na wydzielone dla nich i hermetycznie zamknięte dla petenta parkingi. Następnie – już jako elita – wciskają się do ulicznego ruchu z przekonaniem o swojej wyższości, uznając, że i tu, na ulicach miasta, powinna sprawdzać się rola petenta, który ma być usłużny wobec urzędnika... także poza urzędem. Od innych przechodniów i kierowców odróżnia ich przede wszystkim prawie jednolity ubiór, kontrastujący z barwnymi kreacjami pieszych, a także bez mała nowe i dopieszczone na wysoki połysk samochody z automatyczną skrzynią biegów i klimatyzacją. Garnitur, biały kołnierzyk oraz elegancki krawat i ciemne okulary stały się czytelnym znakiem rozpoznawczym urzędników, a nawet obowiązującym ich standardem. Ponadto cechujące ich buta i pewność siebie zdają się upewniać niższe warstwy społeczeństwa, iż oto ma ono do czynienia z kimś szczególnym, z kimś, kto należy do kręgu władzy – władzy, która wie, co jest najlepsze dla obywateli i oczekuje od nich w zamian przede wszystkim szacunku i uznania dla jej nieomylności. Nawet dwuletnie auto marki Rover Seweryna Bozdyka, kupione okazyjnie za dobrą cenę na giełdzie, miało się nijak do nowych i ekstrawagancko „wypasionych” samochodów przedstawicieli władzy, którzy również stanem posiadania wyrażają swoją wyższość i butę.

Z tych powodów oraz wielu innych argumentów, a także wrodzonego buntu i przekory, Bozdyk junior nigdy nie doceniał rzekomo niebagatelnej roli urzędników, także z nazbyt usilnie okazywanej przez nich wyższości w stosunku do obywateli – petentów, których często przekonuje się o niemożności załatwienia nawet prostej sprawy, stosując nadinterpretację prawną do urzędowej tezy lub własnych interesów. Seweryn zawsze twierdził, że większość urzędników to ignoranci i osoby niekompetentne, które pełnione stanowiska uzyskali w wyniku coraz częściej stosowanego nepotyzmu lub doboru kadr – hierarchicznie podporządkowanego ważniejszym notablom, a nie z powodu najważniejszych atutów w wypełnianiu służebnej roli w stosunku do obywatela, jakimi powinny być wiedza i rzetelność. Swoją pozycję społeczną – wynikającą nie z kompleksu, a bardziej z przekory oraz niechęci do urzędniczego światka, Seweryn udowodniał nie tylko w licznych sporach z urzędasami – tak ich nazywał – w których często zmuszony był przywoływać argumenty prawne jako ostateczność, ale także w sytuacjach drogowych, gdy „biały kołnierzyk” wpychał się przed niego samochodem lub gdy jechali oddzielnymi pasami ruchu, tuż obok siebie. Dociskał wtedy nogą stopkę gazu do „dechy” i nie dawał się wyprzedzić, ryzykując nawet drobną stłuczką. Najczęściej jednak starał się, aby działo się to odwrotnie, żeby to jego przeciwnik musiał uważać, gdy on po nagłej zmianie pasa ruchu wskakiwał przed jego maskę i ostro hamował, aby nie uderzyć w tył samochodu jadącego przed nim. Opony wyprzedzonego aż piszczały od gwałtownego hamowania, zakreślając jednocześnie ślady kół na asfalcie, co Bozdykowi przynosiło satysfakcję i ręczyło o skuteczności jego manewru.

Oczywiście ta „zabawa” Seweryna Bozdyka w kotka i myszkę, przenoszona z urzędowych pomieszczeń, miała w sobie wiele osobistej złośliwości, ale potwierdzała także jego potrzebę odreagowania na urzędniczy patent zadufania i rzekomą urzędniczą moc. Stanowiła swoiste wypowiedzenie podporządkowania się tendencjom urzędniczym i nieuległości wobec państwa, które taki system arogancji swoich urzędników bezradnie akceptowało. Tu, na zatłoczonej ulicy, wśród ciężarówek i tirów oraz setek tysięcy samochodów osobowych, Seweryn czuł się o wiele pewniej, tym bardziej że wszystko zależało tylko od niego i jego umiejętności, a urzędnicza wszechpotęga nie miała dla niego już żadnego znaczenia. Mógł się jej przeciwstawić według własnego uznania.

Tak było również tego dnia. Seweryn, walcząc z urzędasami o godne dla siebie miejsce w ulicznej kawalkadzie, wracał z sesji egzaminacyjnej, w trakcie której jakiś ważny „biały kołnierzyk” pozbawił innego petenta możliwości zaliczenia egzaminu tylko za to, że ten zapytał o coś sąsiada. Jeden z dozorujących kołnierzyków, przechadzając się tam i z powrotem po egzaminacyjnej sali, to regulaminowe uchybienie dostrzegł.

– Musiałeś być tak wyjątkowo bystry i bezwzględny dla tego gościa, którego załatwiłeś bez mydła – wyrzucił z siebie, mówiąc do niego na „ty”, gdy po egzaminie zatrzymał się na skrzyżowaniu obok samochodu, w którym siedział dumny z siebie tamten nadzorca.

– Sam sobie winien! – krzyknął biały kołnierzyk, uchylając szybę w drzwiach swojego nowego audi.

– A wiesz, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu!? – wrzasnął Seweryn.

– Wal się, kmiotku! Mogłem i ciebie załatwić! – usłyszał w odpowiedzi. Ta zniewaga podniosła młodszemu Bozdykowi na tyle wysoko adrenalinę, że był skłonny natychmiast wyskoczyć do tamtego z pięściami, ale sznur samochodów na sąsiednim pasie ruszył i za chwilę stracił nowe audi i jego kierowcę z pola widzenia.

***

Godzinę wcześniej na egzaminie doszło do zgrzytu. Seweryn przerwał na chwilę wypełnianie swojego testu. Obserwował równocześnie niezbyt mądrze podpadniętego petenta i „białego kołnierzyka”, który w przesadnie emocjonalnej wymianie zdań stanowczo wykluczał jakąkolwiek możliwość kontynuowania zadania.

„Jak mu pomóc? Może jakoś odwrócić uwagę tego nadgorliwca?” – przeszło wtedy przez myśl Sewerynowi. Głośno odchrząknął, zwracając na siebie uwagę, i poruszył się w swojej ławce tak, aby spadł z niej zapasowy długopis. Egzaminacyjny kapo natychmiast odwrócił się w jego kierunku i Seweryn usłyszał skierowane do niego złowieszcze ostrzeżenie:

– Pan też chce mieć kłopoty?

Faktem było, że Bozdyk miał już wypełniony test i tylko sprawdzał poprawność swoich odpowiedzi. Nie musiał więc specjalnie obawiać się reakcji kołnierzyka, ale zbyt dużo wysiłku kosztowało go ukończenie rocznego kursu, aby teraz pozbawić się możliwości uzyskania państwowych uprawnień... tylko dlatego, że jakiś urzędas wykazuje swoją urzędową siłę. Seweryn, ogólnie rzecz biorąc, stosował się do obowiązujących reguł, choć nie zawsze się z nimi zgadzał. Wielokrotnie argumentował ich nielogiczność lub sprzeczność z rzeczywistością, dlatego był przekonany, że w tym przypadku najbardziej sensowna byłaby forma abolicji lub co najwyżej reprymendy dla petenta. Tym bardziej że czas określony na wykonanie testu zbliżał się już do końca i jeżeli nieszczęśnik nie wypełnił do tej pory kilkudziesięciu testowych pytań, to i tak nie miał szans na zaliczenie czasochłonnego egzaminu, stąd ewentualna podpowiedź sąsiada niezbyt poprawiała jego sytuację. Stało się jednak inaczej, gdyż ten nadgorliwy kapo postanowił na przekór logice udowodnić swoje górowanie nie tylko wobec podpadniętego, ale także wobec pozostałych uczestników egzaminu. Po krótkiej wymianie zdań zdeprymowany sytuacją petent, któremu odebrano niedokończony test i wpisano jednocześnie do niego jakąś adnotację, musiał opuścić salę jako domniemany oszust – pod czujnym wzrokiem nadętego biurokraty. Po tej scysji w urzędowej auli młodszy Bozdyk wiedział, że gdy tylko nadarzy się taka okazja, nie odpuści żadnemu napotkanemu biuraliście i stoczy z nim kolejną walkę, ale tym razem na ulicach miasta, aby w jakimś sensie pomścić tego przegranego na egzaminie.

Tłok na ulicach potęgował się z minuty na minutę. Seweryn ponownie zatrzymał się po przejechaniu kilkunastu metrów i kolejny raz wypatrywał dla siebie szansy na zmianę pasa ruchu, tylko po to, żeby wyprzedzić jeden lub dwa samochody jadące przed nim, z nadzieją, że jeszcze dopadnie urzędniczego pyszałka lub chociażby upokorzy jakiegoś innego urzędasa, spychając go na dalsze miejsce w kolumnie.

Taka jazda, na wzór narciarskiego slalomu, gdzie omija się kolejne tyczki raz z lewej, raz z prawej strony, wiąże się ze sporym ryzykiem. Z tą różnicą, że gdy narciarze slalomiści, ślizgający się na nartach indywidualnie, popełnią błąd, to najwyżej wypadną z trasy i niewiele im grozi. Natomiast jazda samochodem wśród innych pojazdów będących w ciągłym ruchu wymagała pewnych decyzji i przewidywania tego, co może uczynić inny kierowca.

Seweryn starał się więc trzymać środkowego pasa, aby móc w każdej chwili przeskoczyć na któryś z zewnętrznych torów jazdy i w ten sposób zdobywając kilkanaście metrów, nadrabiać częste postoje na czerwonych światłach i zyskiwać upływający czas. Równocześnie, tocząc tę wyimaginowaną walkę z urzędasami, zamierzał jak najszybciej wydostać się z ulicznego korka. Umówiony był na singlowy mecz tenisowy w ramach ligi amatorów tenisa, w której tym razem miał stoczyć walkę na korcie z reprezentantem warstwy najwyższej spośród urzędasów – pracownikiem ministerstwa i... bezwzględnie chciał mu „dokopać”.

Radio w samochodzie informowało Bozdyka juniora o dodatkowych objazdach, spowodowanych także pracami remontowymi głównej arterii. Nie były one możliwe dla pojazdów znajdujących się w centrum miasta lub na trasach wylotowych, dlatego rywalizacja z kołnierzykami dawała również szansę na szybsze opuszczenie uciążliwego tłoku. Wymiana nawierzchni przelotowych ulic, wykonywana latem, wobec olbrzymiego najazdu turystów, nie była najlepszym pomysłem miejscowych władz. Ale z tym faktem młody Bozdyk musiał się pogodzić i jakoś przetrwać tę uciążliwość – zresztą utrudniającą życie nie tylko kierującym pojazdami.

Gdy w końcu, po kilkudziesięciu minutach szalonej jazdy, wynikającej także z polowania na biuralistów, Seweryn wyjechał na trasę wylotową z miasta i mógł uspokoić nieco tempo bez potrzeby wyprzedzania kogokolwiek (widocznie „białe kołnierzyki” wcześniej rozjechały się w boczne ulice lub odjechały jeszcze bardziej do przodu w kolumnie), zatrzymał się na czerwonych światłach na skrzyżowania z uliczką, która prowadziła na teren kompleksu hurtowego z artykułami spożywczymi i giełdą kwiatów.

***

Bezwiednie odwrócił głowę w kierunku zabudowań i wzrokiem starał się przebić szyby okien budynku administracyjnego, za którymi powinien być – wyróżniający się spośród innych ludzi – człowiek olbrzym, o którym rozmawiali z Edem przy każdej okazji. Seweryn nie znał osobiście tego faceta, nazywającego się Zbigniew Górski. Jednak ilekroć wracał z Gdańska i przejeżdżał obok widocznych z daleka hangarów, jego myśli automatycznie nakierowywały się na śmiertelnika, który dzierżył władzę absolutną w tych obiektach, a uczynił jego przyjacielowi wiele złego. Znali się kilkadziesiąt lat. Wspólne imprezy i wycieczki scementowały na tyle ich przyjaźń, że nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. O swoich sprawach wiedzieli prawie wszystko. Stąd też Seweryn bardzo dobrze poznał okoliczności, w których Edi, poszukując strategicznego inwestora, został oszukany przez Górskiego i jego prawą rękę, Pawła Markowskiego, prezesa przejętej w gangsterskich okolicznościach spółki Ediego. Dlatego starał się wspierać go w procesie ujawnienia przestępczej działalności tego wyjątkowo perfidnie działającego „gościa” i sprytnie zorganizowanej szajki. Już samo imię lub nazwisko Zbigniewa Górskiego, pojawiające się w różnych rozmowach z Edim, powodowało także u niego natychmiastowy wzrost poziomu adrenaliny w organizmie. Seweryn Bozdyk – ponieważ identyfikował się tak bardzo ze sprawami przyjaciela, który nie mógł inaczej niż tylko źle życzyć swoim prześladowcom – również czekał na informacje dotyczące Górskiego, a szczególnie na tę mówiącą o jego aresztowaniu, co i jemu przyniosłoby ulgę. Ten olbrzymi mężczyzna, podobny z postury do pitekantropusa, którego po raz pierwszy zobaczył, gdy kiedyś pod pozorem zakupów wszedł razem z Edim do hurtowni Górskiego, był jednak bardzo przebiegłą osobą, umiejętnie maskującą swoje zamiary i sposób działania. Poza kompleksem handlowym do Górskiego należały nie tylko duża firma transportowa w Gdańsku i zakłady produkcyjne w Elblągu, ale także sieci małych hurtowni w kilku innych miastach. Wszędzie tam, gdzie tylko mógł, podstawiał dobrze opłacane osoby, które nazywał „słupami”, tylko po to, aby nie firmować swoim nazwiskiem zdobywanego majątku. Krył się za parawanem kilku zaufanych ludzi. Był niewidoczny i dlatego egzystował poza zasięgiem urzędu skarbowego i innych organów kontrolnych.

Regułą Górskiego w działalności było również to, iż obok niego lub bezpośrednio przed nim zawsze istniał ktoś, kto firmował nadanym stanowiskiem jego – często pozaprawną – działalność. Ci ludzie doskonale wiedzieli, że uczestniczą w przestępczej działalności, stąd też niektórzy z nich nie mieli żadnych skrupułów i gdy tylko nadarzała się okazja, „wyrywali” także coś dla siebie z tego „tortu”, który organizował ten człowiek. Od wielu lat uchodziło Górskiemu na sucho takie działanie. Szybko rozstawał się z osobami nielojalnymi wobec niego, których jednak się nie obawiał chociażby dlatego, iż wspólnie uczestniczyli w dokonywanych kombinacjach i przekrętach. Tym niemniej zwiększała się liczba ludzi, którzy czuli się pokrzywdzeni, szczególnie wśród pracowników zatrudnionych bezpośrednio w produkcji lub w działach handlowych. Seweryn wspólnie z Edim liczyli na to, że wcześniej czy później dojdzie do sytuacji, w której będą mogli pogrążyć przy ich pomocy Górskiego lub Markowskiego. Dochodziły ich słuchy o kolejnych ciemnych interesach i przekrętach tego zadufanego w sobie prowincjusza, celowo otaczającego się skorumpowanymi ludźmi. Także o kolejnych osobach, które szantażował lub je poniżał, a które, wykorzystane, nie wytrzymywały presji oraz przemocy i rezygnowały z pracy w jego firmach.

Dlatego też Seweryn niejednokrotnie odradzał Ediemu pomysł zaskoczenia olbrzyma wizytą w jego siedzibie i stanięcia z nim oko w oko. Przekonywał go, iż takim działaniem niczego nie osiągnie, a tylko spłoszy Górskiego. Czekali obaj już długo i cierpliwie na stosowny moment, kiedy czujność olbrzyma osłabnie, a pazerność i pewność siebie któregoś ze słupów przyczynią się do konfliktu.

Obserwacja świata przestępczego i intuicja Seweryna podpowiadały mu, że taka chwila wcześniej czy później nadejdzie. Starał się więc, by Edi unikał Górskiego, który tym samym powinien upewniać się, że ze strony oszukanego wspólnika nic mu już nie grozi.

Bozdyk bardzo emocjonalnie przeżywał sprawę utraty prawnych możliwości przez rodzinę swojego przyjaciela, także z powodu włączenia do rozpraw prawnika, którego małżonka była prezesem sądu prowadzącego rozprawy z powództwa Ediego. Junior Bozdyk nie mógł również zrozumieć, dlaczego i jakie argumenty spowodowały, że prokuratura umarzała kolejne zawiadomienia o popełnionych przestępstwach przez Górskiego i jego ludzi. „Dopóki istnieją prawne możliwości, dopóty walcz i nie odpuszczaj. Są jeszcze posłowie i media, więc poszukajmy wsparcia w organach rządowych” – przekonywał Ediego, wspierając go w chwilach zwątpienia.

Z chwilowego letargu wyrwał Seweryna dźwięk dochodzący z tira, który zatrzymał się tuż za jego samochodem. Gdy z lewego pasa wszyscy ruszyli, a Bozdyk, zapatrzony w zabudowania handlowego kompleksu, nie reagował, kierowca ciężarówki użył zakazanego w mieście sygnału. Opóźniony start ze skrzyżowania „Górskiego” zakłócił na tyle rytm jazdy Seweryna, że ten nie zdążył w czasie płynnej zmiany przejechać kolejnego skrzyżowania ze światłami. Tym razem zatrzymał się obok budynku administracyjnego dużych zakładów rafineryjnych. Gapiąc się tym razem wyczekująco w lampy świateł na sygnalizatorze ruchu, Seweryn nie zwrócił uwagi na młodo wyglądającą kobietę, która nagle znalazła się przy jego aucie i korzystając z uchylonej szyby, zapytała:

– Czy mogę się z panem zabrać, bo po rejestracji widzę, że jedzie pan w kierunku Warszawy?

– Bardzo proszę. Ale szybko! – odpowiedział bez zastanowienia i trochę zaskoczony, widząc już zmieniające się kolory na ulicznym sygnalizatorze.

– Bardzo panu dziękuję, że mnie pan zabrał na światłach, ale nie miałam innego wyjścia, bo szalenie się śpieszę. Wygląda pan na bardzo porządnego człowieka, a ja nie mogłam już dłużej czekać na znajomego, który miał mnie odwieźć do domu. Utknął gdzieś w korku w centrum miasta i nie wiadomo, kiedy się z niego wydostanie. Właśnie dzwonił do mnie. A poza tym nadciąga jakaś ulewa, a właściwie to nawałnica... burza... z piorunami, o której mówią w radiu – powiedziała wyjaśniająco, gdy tylko ruszył, a ona równocześnie zapinała pasy bezpieczeństwa.

Dopiero teraz dotarło do niego, że od dłuższego czasu, pochłonięty jazdą slalomem i „uliczną walką” z biurokratami o wyższą pozycję na drodze, nie słuchał radia, z którego w tym momencie płynęła jakaś lekka muzyka.

– Burza. Jaka burza? Skąd w tę letnią gorączkę burza? – zapytał z lekką ironią w głosie.

Nie odpowiedziała. Zauważył jej wahanie i zwątpienie w to, czy może jednak przesłyszała się o opadach, i by ją udobruchać, dodał pojednawczo:

– Chociaż... prawdę powiedziawszy, trochę deszczyku bardzo by się przydało.

Pasażerka Seweryna, ośmielona nieco zaproponowanym kompromisem, skorzystała z okazji, aby jednak postawić na swoim i równocześnie zakończyć temat opadu. Przysunęła się sugestywnie do przedniej szyby samochodu i niby wypatrując potencjalnego zagrożenia, delikatnie syknęła:

– Nie wiem dokładnie, czy chodzi tylko o deszczyk, bo ostrzegają, że to jakaś anomalia pogodowa, wynikająca ze zderzenia się gorących mas powietrza z zimnym, które napłynęły nad nasz region.

Idąc za jej wzrokiem, Seweryn przysunął się również do przedniej szyby. Poza drobnymi obłokami płynącymi po niebie niczego bardzo podejrzanego nie zauważył.

„No to trafiła kosa na kamień. Może to też jakaś przemądrzała biuralistka?” – pomyślał. „Tylko kto tu jest kosą, a kto kamieniem?” – zachodził w głowę.

Zwątpił w zapowiedź burzy, ale by jak najszybciej wyjaśnić tę kwestię, zaczął przełączać radiowe stacje. W którejś z nich usłyszał końcowy fragment komunikatu: w związku z tym, kierowcom zaleca się szczególną uwagę podczas jazdy na drogach w rejonie Żuław, a mieszkańcom zaleca się, by nie wychodzili na zewnątrz i pozostali w domach.

– A jednak się nie przesłyszałam – powiedziała cicho, choć z triumfem w głosie jego pasażerka.

Po chwili milczenia, w której Seweryn zastanawiał się nad dziwnym komunikatem, siedząca obok kobieta zapytała:

– Nie boi się pan huraganu?

– Nie. A poza tym ta burza, czy jak pani mówi: huragan, niekoniecznie musi być na głównej trasie i... aż tak groźna, jak wynikałoby z ostrzeżeń. Przecież jest lato! – nie dawał jeszcze za wygraną. – A pani niepotrzebnie się już stresuje.

– Bo, proszę pana, to poważne ostrzeżenie skierowane do mieszkańców kojarzy mi się z komunikatami z okresu stanu wojennego. Wtedy też tak groźnie brzmiały, a nie wszyscy zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji i niepotrzebnie zginęli ludzie.

Seweryn dopiero teraz spojrzał na nią uważniej. Nie mogła mieć więcej niż trzydzieści pięć – czterdzieści lat. Była ładną blondynką z podpiętymi za uszami lokami. Firmowe perfumy wyczuł, gdy tylko wsiadła do samochodu, a zwiewna sukienka na ramiączkach i opalone ramiona podkreślały jeszcze jej wyjątkowo dziewczęcy, ale dojrzały już wygląd.

„Pewnie niejeden facet ją adoruje” – wpadło mu do głowy, gdy jednocześnie sam sobie zadawał pytanie: „Co taka kobietka może wiedzieć o stanie wojennym?”.

Nie podjął tematu, który jednak natychmiast przywołał mu wspomnienia tamtej, odległej już zimy. Zamyślił się na moment. Pasażerka Seweryna, widząc, że ten się nie odzywa, zdjęła z ramienia torebkę i wygrzebała z niej duże przeciwsłoneczne okulary. Starannie poprawiła je na twarzy, odwróciła głowę do bocznej szyby i jakby zagniewana, gapiąc się w jakiś odległy punkt, znieruchomiała.

– Proszę pani, może to jest dziwne, ale to miejsce, gdzie pani wsiadła, oraz tamte zakazy i nakazy z lat, o których pani wspomniała, kojarzą mi się ze zdarzeniem, którego byłem wtedy uczestnikiem – zaczął nagle cicho mówić Seweryn Bozdyk, goniąc równocześnie za myślami uciekającymi daleko wstecz.

Spojrzała na niego w oczekiwaniu, że będzie kontynuował swoją myśl.

***

– Jechałem wtedy pekaesem do Gdańska na egzaminy. W moim życiu ciągle jakieś zaliczam. Wówczas studiowałem zaocznie na Akademii Wychowania Fizycznego. Tego dnia przygotowany do zaliczeń – pomimo komunikatów o blokadzie Gdańska, które także wzbudzały moją ciekawość zobaczenia na własne oczy tego, o czym informowały media, a jednocześnie z przekonaniem, że zajęcia na uczelni się odbędą i że studentów nikt nie zatrzyma – wybrałem się w podróż do Gdańska.

W autobusie panowała wtenczas wyjątkowa cisza. Nikt do nikogo się nie odzywał, nie grało nawet radio kierowcy. Gdy po godzinie dojeżdżaliśmy do Gdańska, na wysokości rafinerii zatrzymał nas wojskowy patrol. Wśród pasażerów powiało grozą, kiedy porucznik Ludowego Wojska Polskiego zapowiedział kontrolę bagaży oraz dokumentów, po czym jego podwładny zaczął sprawdzać dowody osobiste i odpowiednie przepustki. Dwaj żołnierze z gotowymi do użycia karabinami ustawili się w drzwiach autokaru. Tę powagę sytuacji pogłębiał widok z okna autokaru. Przez odmarzające szyby widać było ustawione w tyralierę czołgi z lufami skierowanymi w olbrzymie zbiorniki rafinerii. Grupka uzbrojonych żołnierzy stała przy rozgrzanym koksowniku. Wcześniej, gdy wielokrotnie przejeżdżałem obok zakładów, palący się ogień z wysokiego komina wskazywał, że rafineria pracuje w normalnym rytmie. Tym razem jego brak sygnalizował już z daleka, że proces technologiczny rafinerii został zatrzymany. Większość pasażerów, jakby w obawie, że samo przyglądanie się temu, co widać za szybami autobusu, może być pretekstem do interwencji oficera, udawała, że nie jest zainteresowana tym wojennym koszmarem oraz sytuacją na zewnątrz i posłusznie wypełniała polecenia kontrolujących.

– Dowód proszę i... przepustkę – rzucił polecenie młody porucznik, podchodząc do mnie z pominięciem kilku innych osób siedzących z przodu.

Podałem mu dowód osobisty.

– A przepustkę pan ma? – zapytał, przeglądając uważnie kartki. Gdy wsiadający do autokaru oficer zapowiedział kontrolę dokumentów i przepustek, przeczuwałem, że będę miał kłopoty z powodu braku przepustki. Jednak zauważyłem, iż nie wszyscy posiadają tego typu zezwolenia. Pomyślałem, że może nie są one tak ważne, jak by to wyglądało z pierwszej informacji po zatrzymaniu autokaru.

– Nie. Nie mam. Nawet nie wiedziałem, że coś takiego powinienem mieć – odpowiedziałem spokojnie.

– Gdzie pan jedzie i po co? – odezwał się tamten, przyglądając mi się badawczo. – Ma pan bagaż? – spytał jeszcze, zanim zdążyłem odpowiedzieć.

– Nie. Nie mam – odparłem zgodnie z prawdą i wyjaśniłem powód mojego wyjazdu: ważny termin zaliczeń.

– Proszę wysiąść! – zarządził po męsku, gdy spróbowałem negocjować możliwość dalszej jazdy. – Ten pan nie pojedzie dalej – zakomenderował na cały głos i wskazał na mnie stojącemu obok żołnierzowi, który dotknął mojego ramienia i lekko popchnął w kierunku wyjścia.

Wysiadłem już bez żadnej próby sprzeciwu, zaniepokojony dalszym rozwojem sytuacji. Przyglądałem się żołnierzom kontrolującym pozostałe osoby w autokarze i tym, którzy zatrzymywali nadjeżdżające samochody osobowe. Ci zaglądali do bagażników oraz szczegółowo czytali dokumenty kierujących i pasażerów. Kiedy kontrola się zakończyła i autokar odjechał, podszedł do mnie ten sam porucznik, który kazał mi opuścić autobus, i zapytał groźnie:

– Czy chce pan mieć kłopoty?!

Gdy próbowałem jeszcze raz podać główny powód przyjazdu do Gdańska, zdecydowanie mi przerwał, a następnie – wyjaśniając moją sytuację (studenta, który zamierza dostać się do oblężonego Gdańska bez odpowiedniej przepustki i upiera się przy swoim) – uprzedził:

– Wolałbym, aby pan nie pakował się w dalsze kłopoty. Od dzisiaj wszystkie uczelnie są zamknięte. Będzie w tej sprawie komunikat telewizyjny, więc nie ma potrzeby, aby pan jechał dalej. Także dla pana bezpieczeństwa. Potem już nikt z panem nie będzie rozmawiał i zostanie pan zatrzymany... przynajmniej na kilkadziesiąt godzin. A pewnie w domu czeka żona i dzieciaki. Po co panu te dodatkowe problemy?

– To co mam teraz zrobić!? Iść piechotą... do Elbląga? – prawie krzyknąłem, aż zareagowali dwaj stojący w pobliżu żołnierze ściągnięciem z pleców karabinów.

– Spokojnie! – zakomenderował do nich oficer, a do mnie powiedział: – Jeżeli tylko o to chodzi, to nie musi się pan martwić, zaraz to załatwimy.

Podszedł do jednego z zatrzymanych samochodów wyjeżdżających z Gdańska i po chwili rozmowy z kierowcą, kiwnął na mnie ręką, abym wsiadł do auta.

– Życzę państwu spokojnej drogi – powiedział i odsunął się na bok, przepuszczając auto, do którego wtedy wsiadłem.

Do Elbląga dojechaliśmy już bez przeszkód. Nikt z nas – ani ja, ani kierowca i jego żona – poza kurtuazyjną wymianą grzeczności nie podjęliśmy najmniejszej nawet polemiki dotyczącej aktualnej sytuacji w kraju ani też nie komentowaliśmy wcześniejszych zdarzeń. Przygnębienie, jakie nas ogarnęło, potęgowały kolumny wojskowych pojazdów, które wolno przemieszczały się w kierunku Trójmiasta. Nawet teraz, gdy sobie przypominam tamto zdarzenie i opowiadam o nim pani, przechodzą mnie ciarki.

Seweryn zakończył opowieść i powoli wracał do rzeczywistości. Przycisnął pedał gazu. Dopiero teraz dotarło do niego, że bardzo zwolnił, opowiadając historię z przeszłości. Jego pasażerka wpatrywała się w dal i nie próbowała przerwać ciszy, która nastała. Seweryn ponownie się zamyślił, bo dotarło do niego, że obydwa przypadki – tamto zdarzenie z bieżącym – połączył jeszcze jeden bardzo symptomatyczny zbieg okoliczności. Zabrał tę kobietę do samochodu z tego samego miejsca przed rafinerią, w którym sam się znalazł przed laty.

Wyrwany z myślowej hipnozy, nie zwrócił uwagi, że minęło już sporo czasu od chwili, gdy jego myśli błądziły daleko wstecz. Szukał wzrokiem informacji niezbędnej dla oceny miejsca, w którym aktualnie się znajdowali. Dopiero w momencie, kiedy wjechali na długi odcinek prostej, zorientował się, że oddalił się już niemały kawałek trasy od Gdańska i że za dwie, trzy minuty będzie wjeżdżał długim podjazdem na most na Wiśle. Nawiew chłodnego powietrza do wnętrza samochodu, który wdzierał się przez otwarte okno, był dla Seweryna pierwszym zwiastunem nadchodzącej burzy, choć jeszcze się łudził, że to ochłodzenie może być także związane z nadrzecznym mikroklimatem i lekką bryzą od wiślanych wód. Przejeżdżając mostem ponad rzeką, oboje rozglądali się na boki, urzeczeni widokiem. Wisła, w tym miejscu ograniczona szerokością własnego koryta, nie czyniła takiego wrażenia jak wiosną, gdy rozlana na zielone poldery, urzeka swoją rozległością i masą wody, zalewając wysokie na kilka metrów krzaki i drzewa. Dopiero wtedy też można dostrzec jej wielkość i potęgę, ale także wynikające z tego zagrożenie, na wypadek gdyby przerwane zostały przeciwpowodziowe wały.

Gdy Seweryn wjechał na szczyt mostu wznoszącego się w tym miejscu na kilkadziesiąt metrów ponad poziom rzeki i otworzyła się przed nimi szeroka panorama, której granica sięgała kilkunastu kilometrów, nie sposób było nie dostrzec na horyzoncie ciemnych chmur.

– To pewnie o nich informowali w radio – powiedział, przerywając ciszę, w której słychać było dotychczas tylko równomierną pracę silnika samochodu i cichą muzykę z radia.

Jego towarzyszka odwróciła się do niego i tylko skinęła przytakująco głową. Jednak wyczuwała, że on pragnie rozmowy, więc powiedziała z nadzieją w głosie:

– Może je ominiemy, bo tak wygląda, jakby chmury przechodziły... tam, gdzieś dalej, bokiem – palcem wskazała kierunek po prawej stronie od samochodu i po skosie od przeciwnego brzegu rzeki.

– Jak pani ma na imię? – zapytał niespodziewanie, aby uciec od tematu burzy i nawiązać rozmowę w sprawie, która nurtowała go od momentu, gdy jego pasażerka skojarzyła tak odległe od siebie w czasie, ale bardzo sugestywne ostrzeżenia. Chciał dowiedzieć się, dlaczego w głowie tak młodej osoby utkwił w głowie stan wojenny, tym bardziej że mogła mieć wtedy nie więcej niż kilka lat. Zaskoczona pytaniem kobieta nie zareagowała od razu. Odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili, gdy Seweryn już sądził, że nie ujawni swojego imienia.

– Magdalena.

– Czy mogę się do pani zwracać po imieniu? – zapytał przez grzeczność, a gdy ta wyraziła zgodę potwierdzoną uśmiechem, swoją ciekawość przedstawił dłuższym wstępem. – Pani Magdo. Bardzo mnie zaintrygowało to, że nawiązała pani tym ostrzeżeniem o burzy do komunikatów z okresu, jaki dobrze znam. Pani natomiast wygląda na osobę niewiele mającą wtedy do powiedzenia, chociażby z tego względu, że była wtedy jeszcze dzieckiem, które mało mogło zrozumieć, dlaczego, kto, kogo i przed czym ostrzegał...

Pasażerka Seweryna Bozdyka zaczęła mówić szybko i bez chwili namysłu:

– Tak, to prawda, o czym pan powiedział. Ale później, gdy dorastałam, często o tych sprawach w domu rozmawiano i opowiadano różne zdarzenia. Stąd moje zainteresowanie tamtym okresem. Jestem dziennikarką i właśnie dzisiaj nagrywałam rozmowę o minionych czasach z kilkoma pracownikami rafinerii. Wyszedł z tego bardzo interesujący materiał i...

Chciała jeszcze coś dodać, ale wjechali w długi zakręt, będący także skrzyżowaniem dróg, i zauważyli stojący w poprzek szosy policyjny samochód z wirującymi na dachu światłami. Nie dokończyła swojej myśli; widziała, że będą musieli się zatrzymać. Seweryn podjechał do policjanta stojącego przed radiowozem.

– Jeżeli państwo jadą w kierunku Warszawy, to trzeba skręcić tu w prawo na objazd. Główna trasa jest zablokowana. Kilkanaście minut temu doszło do poważnego wypadku, zderzyły się dwa samochody: ciężarowy i cysterna. Dwa kilometry stąd droga jest zatarasowana. Przywrócenie ruchu na tym odcinku potrwa przynajmniej kilka godzin – zanim ściągną z szosy obydwa pojazdy. Jeden z kierowców nie dostosował prędkości do zmieniających się warunków pogodowych. Są też osoby ranne – wyjaśnił precyzyjnie policjant.

– Jakoś sobie poradzimy – odpowiedział Seweryn, gdy funkcjonariusz dodał, że objazd nie jest zbyt dobrze oznakowany. Bozdyk już ruszał, gdy policjant odwracał się w kierunku następnego auta, które nadjeżdżało, ale usłyszał jeszcze dodatkowe ostrzeżenie:

– Proszę jednak uważać na bardzo wąskiej drodze objazdu.

Niewiele odjechali od głównej trasy wąską drogą, której kierunek wyznaczały wysokie drzewa, łączące się koronami nad szosą oraz krzaki na poboczu, tworzące razem swoisty tunel, gdy pogoda zaczęła się szybko zmieniać. Seweryn nawet nie zauważył, w którym momencie zaczął padać deszcz. Najpierw drobny i mokry pył delikatnie osadzał się na masce samochodu. Później przez odchylające się od porywów wiatru krzaki coraz większy i jeszcze bardziej zacinający z boku, stanowiący jakby forpocztę nadchodzącego gęstego opadu, z którego po paru minutach duże już krople rozbryzgiwały się na masce samochodu. Nagle pociemniało i powiało wyraźnie odczuwalnym chłodem. Seweryn zasunął niedomkniętą jeszcze do końca szybę w swoim oknie i włączył szybszy przebieg wycieraczek. Pierwsze odgłosy wyładowań, które usłyszał, będąc już na bocznej drodze objazdu, bardzo go zaniepokoiły. Ale gdy równie nagle, jak pojawił się deszcz, rozbłysła ciemność i strzelił gdzieś niedaleko piorun, zaniepokoił się jeszcze mocniej. Wyłączył radio, które już tylko trzeszczało, i zerknął na dziennikarkę. Zauważył, że gapiąc się na niego, chciała coś oznajmić, ale zanim otworzyła usta, przerwał jej myśl.

– Proszę wyłączyć komórkę – zakomenderował i wyłączył jednocześnie własną.

Niewiele mógł z jej twarzy wyczytać, ale domyślał się, że chętnie by zawróciła. Podobnie myślał i on sam, ale jego męska duma na taki sposób ucieczki nie pozwalała, tym bardziej że burza już ich dopadła. Uznał niemożliwość odwrotu. Ocenił w myślach, że zawracanie na wąskiej szosie, przy słabnącej widoczności było zbyt ryzykowne. W jego głowie kołatała się myśl o wypadku na głównej trasie. Jechał więc dalej, zważając już tylko na drogę przed samochodem.

– Nie obawia się pan błyskawic i piorunów? Czy nie lepiej przeczekać? – zapytała ponownie, tym razem bardzo wystraszona, ale z nadzieją, że Seweryn jednak zatrzyma się gdzieś na poboczu lub że zawrócą.

– Nie – odpowiedział zdecydowanie Bozdyk junior, aby zniwelować do minimum jej lęk i ukryć własny.

Jego odpowiedź nie była prawdą. Zmieszał się i nie bardzo wiedział, co powinien jej jeszcze powiedzieć, aby poczuła się bezpieczniej. Zabrał ją przypadkowo, trochę z zaskoczenia i czuł pełną odpowiedzialność również za nią, dlatego starał się koncentrować uwagę na wąskiej szosie objazdu, na który skierował go policjant. Wiedział, że z każdym przejechanym kilometrem jest coraz bliżej Elbląga, chociaż niezbyt dobrze orientował się, gdzie w tym momencie się znajduje i czy wróci jeszcze na główną trasę. A jeżeli tak się nie stanie, to od której strony wjedzie do miasta? To wszystko powodowało, że Seweryn nie czuł się najpewniej. Tymczasem na zewnątrz rozszalała się już potężna nawałnica. Zwolnił prędkość jazdy do minimum, dostosowując się do ostrzeżeń policjanta i warunków na drodze. Zza wycieraczki przedniej szyby samochodu, biegającej jak furiatka w tę i z powrotem, niewiele było widać. Tylko w świetle błyskawic, które co chwilę rozświetlały wokół czarną otchłań, mógł skontrolować, czy długi i monotonny objazd już się kończy. Nie mógł się doczekać drogowskazu dającego mu pewność, że nareszcie wrócą na główną trasę. Pierwszy raz w życiu przyszło mu wjechać w taką ciemną i nisko zawieszoną chmurę, w środku której non stop strzelały ogniste zygzaki.

„Gdzie my jesteśmy? Czy tu zaczyna się piekło?” – zapytał w myślach.

– Gdzie my się wpakowaliśmy? – powiedział do siebie, tym razem głośno.

Magda, jakby winna tej sytuacji, aby nie zwracać na nią uwagi, wcisnęła się jeszcze bardziej w fotel.

„Pewnie najchętniej cofnęłaby czas” – przeszło mu przez głowę, gdy przez chwilę kątem oka popatrzył na nią. Nawet nie wiedział, w którym momencie zaczął analizować przebieg ostatnich faktów. „Jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej, zanim wjechałem w tę ciemność za dnia – a przecież jest dopiero czwarta po południu! – i przejeżdżałem Wisłę, przemknęło mi przez myśl, co mogłoby nas spotkać, gdybym jechał bardziej w prawo od rzeki, tam gdzie wisiały widoczne już z daleka chmury. A teraz tkwię w tym po same uszy! Tam na moście byłem pewny, że miniemy się z burzą, widząc chmury po prawej stronie. Tymczasem główna trasa odbijała bardziej w lewo. Jasny gwint! Kurde! Czy tak bezkrytycznie zlekceważyłem możliwość spotkania się z burzą... a teraz widzę, że nawet z nawałnicą? Faktem jest, że najważniejsze było dla mnie, aby – bez względu na potencjalne zagrożenie – powrócić jak najszybciej do domu. Jasna cholera! To ten wypadek tira i cysterny wymusił na mnie, że znalazłem się w tym miejscu, czego nie mogłem przecież wcześniej przewidzieć, a już na pewno nie mogłem sądzić, że może być aż tak groźnie. Ale przecież nic lepszego od tego, że trzeba jechać dalej, już nie wykombinuję” – przekonywał sam siebie.

– A niech to diabli wezmą! – zaklął cicho pod nosem, lecz natychmiast przestraszył się nawoływania do diabelskich możliwości.

Nieprzewidziana w żadnych wariantach przeszkoda w postaci ściany wody, w którą Seweryn wjechał i jakoś musiał ją pokonać, stała jakby w miejscu, a przejechane kilometry nie zmieniały ich sytuacji.

„To wszystko wyglądało tak, jakby wcześniej sama natura chciała mnie ostrzec. Początkowo ciemnym, nisko zawieszonym kłębowiskiem chmur i wzmagającym się deszczem, a gdy nie zareagowałem na to ostrzeżenie, koniecznie zamierzała mnie zatrzymać, grzmiąc i wyładowując swoją potężną energię” – analizował w coraz silniej nachodzącej go panice.

Dopiero teraz ogarnął Seweryna autentyczny strach. Jego puls nabrał prędkości podobnej do przesuwających się po szybie obu wycieraczek, a dłonie na kierownicy zwilgotniały od potu. Zaskoczeniem dla niego było nie samo zjawisko letniej burzy, które o tej porze roku mogło przypominać jakąś dziwną anomalię pogodową, ale przede wszystkim to, że pojawiła się nagle, w samym środku lata i z taką niespotykaną siłą.

„Czy zrobiłem coś złego, że KTOŚ pragnie mnie ukarać?” – pomyślał z trwogą.

Bozdyk junior nie był praktykującym katolikiem, mimo to w chwilach zagrożenia jego myśli bezwiednie kierowały się na możliwość istnienia sił nadprzyrodzonych.

„Przecież rano, kiedy wyjeżdżałem z domu, nic nie wskazywało, że coś tak niesamowitego, a jednocześnie bijącego grozą, przyjdzie mi obserwować, a jeszcze bardziej uczestniczyć w tym wybryku natury, porównywalnym do równikowych huraganów – znanych mi tylko z telewizyjnych przekazów. A może to jakiś znak z GÓRY, zesłany tylko dlatego, że tak źle życzę Górskiemu i tym dwóm pozostałym krętaczom?” – jeszcze inna refleksja przeleciała przez jego głowę.

Seweryn tak sugestywnie i mocno potrząsnął głową, aby odrzucić od siebie niespokojne i nachodzące go myśli, że jego towarzyszka aż znieruchomiała.

***

Od dłuższego czasu przyglądała się kierowcy z niepokojem, widząc jego nieruchomy wzrok, skierowany w czeluść przed nimi. Zdawało jej się, że ten sympatyczny pan po pięćdziesiątce, z zawadiackim wąsikiem w stylu D’Artagnana – bohatera powieści Dumasa Trzej muszkieterowie, który przypadkowo ją zabrał, coś jednak przed nią ukrywa. Przypomniała sobie doświadczenia wykonywane podczas zajęć szkolnych. Wiedziała, że światło biegnie szybciej niż dźwięk, mogła więc określić, jak daleko od nich uderzył piorun. Stąd też, zanim jeszcze wjechali w tę mroczną otchłań, przeliczała w myślach sekundy upływające od momentu błysku do odgłosu wyładowania i wychodziło jej, że uderzenia pioruna są coraz bliższe. Uznała, że podobnie jak ona, on także liczył w pamięci odgłosy wyładowań, ale równocześnie dostrzegła w nim jakiś niepojęty upór, który nie pozwalał nawet na moment zawahania i choć ostrożnie, to jednak parł swoim roverem do przodu.

„Albo taki odważny, albo to głupi ryzykant. Dlaczego wsiadłam do tego samochodu?” – pomyślała z żalem.

Połamane gałęzie drzew na drodze wskazywały, że grozi im nie tylko ulewa, ale także bardzo mocne, huraganowe porywy wiatru, uderzające w samochód i spychające go z drogi. Gdy wjechali w samo centrum nawałnicy, zbędne stało się odmierzanie sekund. Każdemu błyskowi odpowiadał natychmiast potężny łoskot.

– Na Boga! Gdzie pan jedzie? Niech pan się zatrzyma! Ma pan taką siłę, żeby to przetrzymać?! – perswadowała cicho dziennikarka, kuląc się w fotelu. Spojrzała na Seweryna błagalnym wzrokiem, z którego mogło wynikać, że wszystko zależy tylko od niego, a może nawet z przekonaniem, iż mógłby on także powstrzymać tę nawałnicę, gdyby tylko zechciał. Ale on nie miał takiej mocy, a jednocześnie jakaś magiczna siła wciągała go w ten ocean wody i w tyralierę błyskawic. Jechał na przekór sobie i wszystkiemu temu, co się działo wokół. Był zdeterminowanym człowiekiem, który podejmował w swoim życiu wiele różnych wyzwań, często ryzykownych. Cechował go także upór i jeżeli na coś się decydował, to starał się być aktywnym w realizacji tego, do czego zmierzał. Jego nieustępliwość uwidaczniała się w sprawach z urzędami. Szczególną inspiracją była dla niego pokrętna gra urzędników prokuratury i sądów, którzy z jakichś ukrytych powodów chronili Górskiego, wykorzystującego swoje koneksje w rozgrywce z Edim.

– Nie mamy już takiej możliwości! Pani Magdaleno! Proszę zrozumieć jednak, że tu, w samochodzie, uderzenia pioruna są dla nas mniej niebezpieczne niż gdziekolwiek indziej – odparł. – I oby tylko coś się na nas nie zwaliło – mruknął po chwili namysłu. Starał się być opanowany, ale jego dłonie, zaciśnięte na kierownicy, coraz bardziej drżały ze strachu. Na samą myśl o tym, że jakieś drzewo może zatarasować im drogę lub co gorsza powalić się na samochód, przygarbił się, wypatrując potencjalnego zagrożenia.

Kolejny oślepiający błysk i słup ognia wystrzelony w górę z przydrożnej zabudowy, a po nim następny wstrzymał prawie Bozdykowi bicie serca. Poczuł swąd dymu i spalenizny. Pociemniało mu w oczach i przez chwilę jechał na oślep, zanim jego wzrok ponownie zaczął przetwarzać dane do mózgu. Nawet gdyby chciał teraz zawrócić, nie było już takiej możliwości, ponieważ jedno z drzew za nimi zwaliło się na szosę, tarasując przejazd. Płomienie palącego się drewna rozświetlały drogę, jakby zwiastując, że nie należy tu jechać, gdyż w tym kierunku przesuwa się piekło, które swój koniec znaczyło ogniem i spalenizną. Kątem oka dostrzegł fruwające elementy szopy lub stodoły, które opadały i nagle zatrzymywały się na gęstej ścianie przydrożnych drzew. Na ile warunki na szosie pozwalały, Seweryn Bozdyk, nie bacząc już na nic, przyspieszał coraz bardziej, aby jak najszybciej opuścić rejon sponiewierany odsuwającym się kataklizmem. Jeszcze tylko dwa lub trzy, ale oddalające się grzmoty potwierdzały, iż kulminacja tornada, która przeszła kilka minut wcześniej nad nimi, była ostatnim akordem huraganu.

Mokry i spocony powoli wracał do rzeczywistości. Wyrwany z koszmarnego obrazu potężnej burzy, której efekty były nader widoczne. Rozłupane konary drzew, stojące kikuty na podobieństwo bojowych lanc, połamane gałęzie i zniszczone trakcje energetycznych słupów czyniły ten rejon apokaliptycznym w równie niespodziewanie i szybko rozjaśniającej się ciemności. Dymy i smród spalenizny oraz widoczny ogrom strat dopełniały dzieła zniszczenia, które niebiańska straż pożarna w postaci ulewy, jakby ze wstydu, co narobiła – teraz sama dogaszała. Seweryn zerknął na Magdę, aby się upewnić, że widzi to samo, co on. Powoli wysuwała się z fotela, prostując zgarbione plecy. Jej pomięta sukienka świadczyła o tym, jak głęboko wcisnęła się pomiędzy fotel a wnękę na nogi. Rozcierała zdrętwiałe dłonie, którymi zaparła się o drzwi samochodu.

– Już po wszystkim, pani Magdo. Witam w świecie ludzkości. Chyba tylko my wyrwaliśmy się z tego piekła, co dobrze o nas świadczy. Kto wie, czy nie zostaliśmy na tym świecie sami, jak... Adam i Ewa w raju – zażartował ironicznie Seweryn.

– Boże! Gdzie my jesteśmy? Jak to się stało, że udało się panu przejechać bez szwanku? Myślałam, że to już koniec świata i tylko się modliłam. Panie Jezu Chryste! Kto nas ochronił? – strzelała pytaniami, kierując jednocześnie oczy ku górze.

Seweryn nie skomentował jej spontanicznej salwy pytań, tym bardziej że ciągle musiał uważać i objeżdżać slalomem rozrzucone na drodze gałęzie. Odruchowo chwyciła go za rękę.

– To dzięki Bogu. Tylko dzięki Bogu... jesteśmy cali i żyjemy! Ależ z pana szaleniec i ryzykant, ale i szczęściarz! – powtarzała, ściskając jego dłoń.

– Pani Magdo, sam nie wiem, jak to się stało, że przejechaliśmy przez ten huragan, ale jestem pewien jednego – a w życiu swoje już przeszedłem – że niezbadane są ludzkie losy i jeżeli przyszło nam we dwoje przeżyć coś tak bardzo niewiarygodnego, to może tylko znaczyć, że jeszcze dużo mamy do zrobienia na tym świecie. I pewnie ten KTOŚ... tam z GÓRY... zadbał o to szczególnie, aby nasze drogi się skrzyżowały. Przecież gdyby nie ten wypadek na głównej drodze, dawno bylibyśmy już w Elblągu i jechali prostą trasą – cicho wyraził swoje przekonanie Seweryn.

Magdalena długo się zastanawiała, patrząc na niego z ukosa.

„Kogo on mi przypomina? Coraz bardziej jest mi bliski, chyba nawet mi się podoba”.

– Też tak myślę, bo w przypadki nie wierzę – odpowiedziała krótko. Poczuł ciepło jej ręki i zerknął na nią. Gorąco biło również z jej oczu. Jakby zawstydzona odruchem, puściła jego dłoń, a za moment, patrząc już przed siebie, dodała z uśmiechem:

– O proszę, chyba kończy się ten dziwny i przeokropny objazd.

Dojeżdżali do zabudowań niewielkiej, ale znanej Bozdykowi miejscowości pod Elblągiem, z której był wyjazd na główną trasę. Przez resztki chmur przebijało się powoli słońce, a we wsi poza rozległymi kałużami nie widać było żadnych większych oznak nawałnicy, która przeszła niedaleko stąd.

– Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby to tornado zahaczyło o siedliska ludzi w tym miejscu. Ale, ale, proszę spojrzeć. Jednak nie jesteśmy sami na tym świecie, a... szkoda – powiedział Seweryn, zwracając się do towarzyszki podróży, i ruchem głowy wskazał na kobietę wychodzącą z budynku przy drodze.

– Też sobie tego nie wyobrażam. Nikt nam nie uwierzy w to, co jednak widzieliśmy na własne oczy, chyba że wrócimy i zrobię parę zdjęć – zaproponowała Magda, u której odezwała się dziennikarska pasja dokumentowania faktów.

Przez chwilę zastanawiał się nad propozycją dziennikarki i w pierwszym odruchu skłonny był zadośćuczynić jej sugestii udokumentowania ogromu zniszczeń dokonanych samoczynnie przez naturę, ale równie szybko odwiódł się od tej myśli. Zbyt świeże były jeszcze w nim obrazy, które spowodowały, że nie miał ochoty ponownie przeżywać koszmaru nawałnicy i jej skutków. Na samą myśl o tym, że jeszcze raz może zderzyć się z siłami, na które człowiek nie ma wpływu, przez jego ciało przeszedł zimny dreszcz i natychmiast pojawiła się gęsia skórka. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, w czym uczestniczył i jak szczęśliwie udało mu się wyjść bez szwanku z piekła. Teraz ogarnął go paniczny strach na myśl, jak tragicznie mogło się to skończyć.

– Pani Magdo, przyznam uczciwie, że jak na jeden dzień mam dość wrażeń i szczerze mówiąc, nie chciałbym tego koszmaru przeżyć jeszcze raz. Ale... jeżeli pani chce, to możemy zawrócić – powiedział wymijająco, z nadzieją, że ona wychwyci jego niechęć do emocjonalnie rzuconej propozycji.

– Chyba ma pan rację. I tak straciliśmy sporo czasu, a nie wiem, co się dzieje w redakcji i w domu. Jeszcze dziś wyślę tam fotoreportera i już na spokojnie opiszę to niespotykane zjawisko w tej części świata.

– Pani Magdo, a do jakiej gazety pani pisze?

– To nowy magazyn internetowy „Nasz Expres”. Zajmuję się w nim publicystyką i sprawami społecznymi... a trochę też problemami naszego miejskiego sportu – dopowiedziała zagadkowo.

Równomierny szum pracy silnika wypełnił powstałą w samochodzie ciszę. Seweryn w żadnym przypadku nie posądzałby, że siedząca obok niego pasażerka, choć dziennikarka, może również interesować się tą dziedziną życia. Sam doskonale znał problemy miejscowego sportu i kulisy wielu zdarzeń. To właśnie dlatego w tajemnicy przed żoną, a także przed Edim zaczął pisać teksty, które miały się złożyć na jego literacki esej o sprawach klubu. Od czasu do czasu komentował też bieżącą sytuację w miejscowych mediach, podpisując się własnym nazwiskiem. Stąd mogła go znać i dlatego miał wrażenie, że w tej rozmowie Magda w jakiś babski sposób sprawdza go, nie chcąc sama ujawnić swoich myśli. Zastanawiał się, czy powinien jej o tym powiedzieć, ale powstrzymał się, gdy kątem oka zauważył, że dziennikarka zamierza jeszcze coś dodać do swojej wypowiedzi.

– Tak na marginesie, mam do pana pytanie... – powiedziała z wahaniem, ale jednocześnie skierowała na niego wzrok w oczekiwaniu na przyzwolenie.

– Pani Magdo, kto pyta nie błądzi – odparł przysłowiem.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.