Las Ethon i duchy przeszłości - L. J. Starakiewicz - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 425 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Las Ethon i duchy przeszłości - L. J. Starakiewicz

Ethon. Zwykłe, małe miasteczko, na którego obrzeżach znajduje się stary las. Lucas Collins miał spędzić ten rok, uczęszczając po raz pierwszy do miejscowej szkoły. Tuż przed swoimi urodzinami w jego domu dzieją się dziwne i przerażające rzeczy, które wymuszają zmianę dotychczasowych planów. Z każdym kolejnym dniem Lucas zaczyna rozumieć, że jego rodzina skrywa tajemnicę, która może odmienić całe jego życie. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że sekret, jaki odkryje, będzie tylko początkiem zbiegu wydarzeń, które spowodują, że stanie on przed śmiertelnie niebezpiecznym zadaniem.

 

Las Ethon i duchy przeszłości” to fascynująca opowieść o przygodzie i walce z niewyobrażalnym złem, które tylko czeka na odpowiednią okazję, by się odrodzić…

Opinie o ebooku Las Ethon i duchy przeszłości - L. J. Starakiewicz

Fragment ebooka Las Ethon i duchy przeszłości - L. J. Starakiewicz






Strona redakcyjna


Rozdział I
Godfrey

Harold stąpał powoli po spalonej trawie. Mimo że nastała już noc, ziemia nadal była nagrzana od słońca, które podczas wakacji dawało się we znaki mieszkańcom Ethon. Mężczyzna ubrany w długi czarny płaszcz, sięgający do samej ziemi, i ciemny kapelusz zbliżał się do ogromnego lasu, do którego uciekł zabójca jego ojca. Targało nim wiele emocji. Obiecał matce, że nigdy nie będzie szukał tego człowieka i porzuci chęć zemsty. Jednak żal po stracie tak kochanego członka rodziny, który przez całe życie wspierał go na duchu, był tak wielki, tak szalony, że Harold nie mógł pozostawić całej sprawy losowi.

Noc była spokojna, lecz księżyc schował się, jakby przeczuwał, że tej nocy może stać się coś strasznego, w czym nie chce brać udziału. Harold nigdy nie był w tym lesie; od dawien dawna mówiono, że to przeklęte miejsce. Podobno każdy, kto tam wszedł, znikał na zawsze, gubiąc się w labiryncie drzew i pnączy. Gdy mężczyzna przekroczył granice lasu, poczuł, jak ogromny chłód przeszywa całe jego ciało. Otulił się płaszczem i drugą ręką wyciągnął przed siebie lampę naftową. Nie wiedział, jak długo będzie musiał szukać tego parszywego człowieka, jednak żądza zemsty była bardzo silna. Obiecał sobie, że nie spocznie, nie opuści tego miejsca, dopóki nie pomści swego ojca. Las był znacznie większy, niż wydawało się z zewnątrz, w dodatku bardzo stary. Drzewa sprawiały wrażenie dużo wyższych, jakby sięgały nieba, korzenie rosły nie tylko pod ziemią, ale wyrastały nad nią, jak gdyby chciały wstać i uciec z tego przerażającego miejsca.

Stąpał powoli, aby nie nadepnąć na spróchniałe, leżące na ziemi gałęzie, które mogłyby uprzedzić zbiega, że nadchodzi. Nie było ścieżek, szlaków, miejsce zdawało się opuszczone, całkowicie zapomniane. W pewnym momencie serce podskoczyło Haroldowi do gardła. Usłyszał za plecami szepty i dźwięk łamiących się gałęzi. Błyskawicznie obrócił się w tamtym kierunku. W tym samym momencie usłyszał odgłos tuż przed sobą. Bez zastanowienia odkrył płaszcz i wyciągnął szpadę. Trzymając w jednej ręce lampę, a w drugiej śmiercionośne narzędzie, zapytał spokojnie:

– Kto tu jest? – zmrużył oczy, aby lepiej poczuć otaczającą go ciemność. – Pytam: kto tu jest?

Jednak nikt się nie odezwał. Po chwili zastanowienia stwierdził, że musiało mu się zdawać, gdy nagle światło zgasło i poczuł, jak coś koło niego przebiegło. Zaczął obracać się z prędkością światła, machając szpadą we wszystkie strony. Krzyczał przy tym z wyraźnym przerażeniem w głosie:

– Ukaż się, tchórzu! Wiedz, że nie spocznę, dopóki chodzisz żywy.

– Cicho być – usłyszał chrypiący głos za sobą.

Jego strach sięgnął zenitu. Stanął jak zamurowany.

– Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? – zapytał, patrząc przed siebie. Teraz, gdy nie miał lampy, nie potrafił odnaleźć żadnego punktu, na którym mógłby się skupić.

– Nie zrobię ci krzywdy – głos otaczał go teraz z każdej strony – ale jeśli go szukasz, to lepiej nie chodzić tutaj z lampą. On cię widzi i wie, że tu jesteś.

Harold poczuł, jak lampa wypada mu z ręki i coś go dotyka. Starał się wyrwać i krzyknąć – bezskutecznie. Ręka zamarła w bezruchu, a z ust nie mogło się wydobyć choćby słowo.

– Tak myślałem, że będziesz się szarpać i krzyczeć, dlatego chwilowo pozbawiłem cię tych jakże ludzkich zdolności – powiedziała postać. – Jestem twoim przyjacielem, ale pozwól, że nie zdradzę na razie mojego imienia – przejechała po ręce Harolda i mówiła dalej: – Nie masz dłoni rolnika ani wojownika. Jesteś również bardzo młody, jak sądzę po głosie – głos był delikatny i jednocześnie tajemniczy. – Przybyłeś tutaj, aby pokonać zabójcę swojego ojca, czyż nie? – zapytała.

Harold poczuł, że odzyskał moc ruszania głową. Kiwnął więc twierdząco.

– Rozumiem, nie wiesz, że często oczy widzą omylnie. Czasem należy spojrzeć tym – poczuł zimną rękę na swojej klatce piersiowej. – Tak, serce. Hmmm... Bardzo tajemniczy organ, nieprawdaż? – ciągnęła. – Jego ból potrafi doprowadzić do obłędu. A co tobie teraz podpowiada serce? – zapytała, a Harold chciał już krzyknąć „pomocy”, ale... – Tak to z wami właśnie jest, tylko byście krzyczeli i panikowali. Możesz mi teraz odpowiedzieć na pytanie?

Harold odkaszlnął i poczuł, że jego głos jest o wiele łagodniejszy.

– Dlaczego mi to zrobiłeś? Nic od ciebie nie chcę, przyszedłem tu w swojej sprawie, więc czy mógłbyś mnie puścić?

– Widzisz, chłopcze, to, co się dzieje w tym lesie, dotyczy wszystkich, a zwłaszcza mnie. Nie musisz się mnie obawiać, nie zrobię ci krzywdy. Chcę ci tylko pomóc.

– Niby jak? Powodując, że nie mogę się ruszyć? – zapytał, a w jego głosie zabrzmiały strach i panika.

Nagle wszystko ucichło. Harold spróbował ruszyć ręką, krzyknąć. Wszystko wróciło do normy. Zaczął rozglądać się na boki, wymachiwać rękoma, jakby chciał kogoś chwycić. Na próżno. Postać znikła, a on pozostał bez broni i bez światła. Dopiero teraz poczuł się całkowicie bezbronny, w miejscu, które z pewnością nie witało go z otwartymi ramionami. Zaczął powoli iść do przodu, podnosząc nogi wysoko, aby nie upaść. Nic nie widział, czuł tylko coraz silniejszy zapach zgnilizny i padliny, jakby podchodził do martwego zwierzęcia. Smród stawał się intensywniejszy. Harold musiał przyłożyć chusteczkę do twarzy, aby choć trochę zahamować ten odór. Niespodziewanie otaczająca go ciemność rozbłysła jasnym światłem i usłyszał znów ten sam głos:

– Nadchodzi... uciekaj... – po czym wszystko umilkło. Światło tak mocno poraziło go w oczy, że zaczął nieświadomie się cofać. Upadł na plecy. Podparł się rękami i poczuł, jak ciepła maź spływa mu po głowie. Krew zaczęła mu pulsować w żyłach, jednak znalazł w sobie resztki odwagi i podniósł się, patrząc przed siebie. Blask powoli gasł, a smród, który czuł przed chwilą, otaczał go z każdej strony.

– Przyszedłeś po brata – usłyszał piskliwy głos, tak przerażający, że poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.

– Kim wy jesteście?! – zaczął krzyczeć w panice. Oczy piekły go, jakby ktoś przyłożył do nich żarzący się pogrzebacz.

– Kim my? – usłyszał pytanie i okropny śmiech. – My, drogi chłopcze, jesteśmy wszystkim. Materią i energią, duszą i ciałem. A ja... – Harold poczuł, jak postać zbliża się do niego – ja, mój drogi chłopcze, jestem PANEM, PANEM WSZYSTKIEGO! – krzyknęła.

Mężczyzna upadł, ponownie uderzając się w głowę. Tym razem nie starał się wstać, lecz zaczął czołgać się do tyłu najszybciej, jak tylko umiał. Ponieważ nic nie widział, opierał się na pozostałych zmysłach. Nagle poczuł, jak coś łapie go za nogi i ciągnie w przeciwnym kierunku. Zaczął krzyczeć, ile miał sił w płucach:

– AAAAAAAAAAAAA!!!!!

Postać zaczęła się śmiać. Harold poczuł, jak podnosi się z ziemi i uderza o pień grubego drzewa. Pnącza obwiązały jego ciało, nie mógł się ruszać. Zaczął się szamotać, gdy nagle wzrok mu powrócił. W panującym mroku ujrzał przed sobą pochyloną postać, opierającą się na lasce. Jej głowę nakrywał ogromny, postrzępiony kaptur.

– Chciałeś zabić brata... Dość odważnie z twojej strony – zaczął nieznajomy. – Jednak, to nie on zabił twojego ojca.

Zaczął się zbliżać do Harolda, który był coraz bardziej pewny, że nie rozmawia z człowiekiem.

– Jak to??? Widziałem na własne oczy, jak pchnął go nożem – odparł, po czym na nowo podjął walkę z wydawałoby się żywymi pnączami.

– Zabił, bo ja mu kazałem – usłyszał. – Widzisz, chłopcze, twój ojciec był człowiekiem, który zagrażał mi w mojej małej operacji.

Harold ujrzał wychylającą się spod płaszcza posiniaczoną dłoń. Napawało go to coraz większą odrazą.

– W jakim planie? Mój ojciec był spokojnym, kochającym człowiekiem! Jeżeli jesteś w zmowie z moim bratem, zabiję was obu! PRZYSIĘGAM! – krzyczał.

– Niedobrze... To by oznaczało, że muszę i ciebie zabić – odpowiedział nieznajomy, po czym zaczął coraz szybciej zbliżać się do Harolda. Mimo że opierał się na lasce, bardzo szybko znalazł się przy mężczyźnie. Nim ten się zorientował, zakapturzona postać stała niecały metr przed nim. – Do widzenia, chłopcze. Pozdrów ojca – powiedział nieznajomy głosem starca.

Harold poczuł ogromny ból w klatce piersiowej. Zamknął oczy, zaczął krzyczeć. Szamotał się coraz bardziej, czuł, jak gałęzie drzewa stają się jego częścią. Kości strzelały jak zapałki, a krew płynęła niczym rwąca rzeka. Lecz nie tracił przytomności, czuł, jak wzbiera w nim coraz większa siła. Nagle otworzył oczy i zobaczył, jak jego oprawca stoi przed nim i patrzy na niego czerwonymi, przerażonymi ślepiami. W jednym momencie wydarzyło się kilka rzeczy. Harold rozerwał pnącza, które go blokowały, i upadł na nogi. Z ogromną wściekłością przyglądał się temu czemuś, co chciało go zabić. Postać zaczęła się cofać:

– ZABIJĘ CIĘ, CRASHAW!!! – krzyknęła, uderzyła laską o ziemię i w jednym momencie rozpłynęła się niczym obłok.

Harold patrzył i nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało. Przed chwilą miał zginąć z rąk tego czegoś, a teraz czuł się o wiele silniejszy. Powoli zaczął rozchylać płaszcz, aby zobaczyć, czy przypadkiem to wszystko mu się nie wydaje i czy nie jest ranny. Wtedy ujrzał TO. Nie miał już ciała. Od tej pory należał do lasu.

Po chwili rozległ się jego przeraźliwy krzyk:

– NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEE...


Rozdział II
Hempshire

Zwykłe lato w małym mieście Ethon. Pogoda była wspaniała, słońce świeciło jak nigdy. Od kilku lat nie odnotowano tak wysokich temperatur w tym rejonie Anglii. Ethon jest jednym z najmniejszych miasteczek hrabstwa Berkshire. Jak każde miało swoje szczęśliwe dni oraz takie, o których lepiej zapomnieć. Do tej pory lato co roku było dość pochmurne i nic nie wskazywało na to, że tym razem będzie inaczej. Mieszkańcy, których było zaledwie kilka tysięcy, przyzwyczaili się do grymasów matki natury. Tymczasem tego lata ciasta w piekarniach i ciastkarniach rozpływały się klientom na plastikowych talerzykach, a asfalt rozgrzewał się tak bardzo, że idąc po nim, miało się wrażenie spaceru po trawie pokrytej szronem. Dla Lucasa i Simona były to wreszcie prawdziwe wakacje. Spędzali je, grając w szachy, bawiąc się żołnierzami z czasów wojny secesyjnej i stawiając budowle z klocków lego.

Lucas, młodszy syn Alberta i Jesmin, miał dwanaście lat. Był szczupły, wręcz za chudy. Jego mama wstydziła się, gdy miał ściągnąć koszulkę na szkolnym basenie, ponieważ wyglądał, jakby nie jadł od ponad miesiąca. Na całej klatce piersiowej widać było żebra, na których sprawny muzyk mógłby zagrać dowolną melodię. Ręce i nogi chłopca też nie należały do najgrubszych. Lucas nie przejmował się tym – wiedział, że ma bardzo szybką przemianę materii (tak zawsze powtarzała mu mama). Wszystko, co jadł, jego organizm trawił w błyskawicznym tempie, a kilogramów przybywało mu bardzo niewiele. Miał jasnobrązowe włosy, piwne oczy i był niewysokim, drobnym chłopcem, który uwielbiał się bawić.

Przeciwieństwem Lucasa był jego brat – Simon, starszy o dokładnie trzy lata. Był silny i dobrze zbudowany jak na swój wiek. Miał kasztanowe włosy, jasnobrązowe oczy i bardzo gęste brwi. Ponadto widać było u niego zarys męskiej postawy. Podobnie jak Lucas, uwielbiał się bawić i psocić, często pomagał też swojemu dziadkowi w różnego typu pracach na podwórzu.

Dwupiętrowy dom Collinsów znajdował się w spokojnej części Ethon. Mieszkali tam oni wraz z rodzicami pani Collins – dziadkiem Jhonem i babcią Isabellą. Dom stał na uboczu, wśród pól i pięknych drzew, które rosły przy drodze prowadzącej do dość dużej, lecz starej posiadłości. W okresie jesiennym wyglądały jak najpiękniejsze obrazy, pełne kolorów. Miało się wrażenie, że każdy, kto jedzie tą drogą, staje się częścią wielkiego dzieła znanego artysty. W zimie zaś były pięknie okryte śniegiem i zamarzniętym deszczem; często przypominały postacie, na które w pewnym momencie został rzucony urok i dlatego stanęły w miejscu. Dziadek powtarzał wnukom, że te drzewa są starsze od niego. Mówił, że pamięta swoje dzieciństwo. Jak twierdził, już wtedy były duże, rozłożyste i wywierały na każdym ogromne wrażenie. W pobliżu domu znajdowały się także pola – jednak nie uprawne, tak jak w pozostałej części miasta. Były to porośnięte pięknymi trawami pokłady ziemi, zamieszkane przez najróżniejsze zwierzęta. Często można było spotkać zająca, królika czy też bażanta, a od czasu do czasu stadko młodych saren. Zwierzęta były oswojone, w zimie podchodziły do posiadłości, by zdobyć pokarm.

Najbardziej charakterystycznym elementem przyrody znajdującym się w pobliżu posiadłości był ogromny stary las. Przypominał zaczarowaną krainę, w której żyją postacie rodem z baśni i bajek, jakie dziadek opowiadał czasami Lucasowi na dobranoc. Las był ogromny, porośnięty różnymi gatunkami drzew. Niektóre z nich były niewielkie, ledwo wpuściły korzenie w ziemię, inne zaś ogromne – ich gałęzie przeplatały się, tworząc tajemniczą, zdradliwą i niebezpieczną pajęczynę liści, przypominającą tarczę ochronną.. W miasteczku krążyła stara legenda o lesie. Niektórzy nawet nie pozwalali dzieciom chodzić w to miejsce, twierdząc, że tam straszy. Różne były opinie na ten temat, lecz jedno pozostawało pewne – mieszkańcy małego miasteczka po prostu bali się tego lasu, jakby stało się tam coś przerażającego, o czym nikt nie chce mówić, a jedynie ostrzega młode pokolenie, by wywołać w nim strach przed złem, które może czyhać w lesie.

W skład posiadłości Hempshire wchodziła stara stodoła, w której dziadkowie trzymali kiedyś konie oraz inne zwierzęta. Dalej znajdowała się dość duża posesja, na której stał dom państwa Collinsów, a obok nowo wybudowana altanka. Cała posiadłość była otoczona starym metalowym płotem, zakończonym ostrymi kolcami. Miało to chronić teren przed nieproszonymi gośćmi. Płot dawniej był czarny, ale z biegiem lat wyblakł i teraz przybrał barwę rdzy.

Pan Collins pracował w urzędzie miasta. Był to średniego wzrostu mężczyzna o włosach czarnych jak pochmurna noc. Nie siwiały one z wiekiem, czym pan Collins szczycił się wśród znajomych – wszyscy dawno posiwieli, a on nie miał ani jednego srebrnego włoska na swej dość kwadratowej głowie. Pan Collins był osobą raczej potężnej postury. Miał także dość krótko przystrzyżone wąsy, które nie bardzo podobały się jego żonie:

– Mówię ci, zgól te cholerne wąsy, to już nie jest modne. Jeszcze trochę i zaczniesz przypominać despotycznego władcę. Teraz wszyscy golą wąsy, żeby wyglądać młodziej, a ty przeciwnie: jeszcze je zapuszczasz... – pani Collins każdego dnia o poranku przekonywała męża.

On jednak zawsze milczał. Gdy tylko poruszano ten temat, chował się w łazience, gdzie staranie małymi nożyczkami przycinał wąsy, uśmiechając się do siebie. Słowa małżonki odbijały się od niego jak piłka. Zawsze powtarzał sobie: „Wąsy i bujna fryzura to coś, czego oni już nigdy nie będą mieć” – i uśmiechał się do siebie jeszcze szczerzej.

Pani Collins, córka państwa Cadburych, skończyła szkołę pielęgniarską, lecz nie pracowała w swoim zawodzie. Była dość niską, lecz bardzo piękną kobietą, po której nie było widać, że urodziła dwoje dzieci. Zawsze szczupła, o długich, jasnych włosach, których kolor przypominał letnie słońce. Miała duże brązowe oczy i pewnego rodzaju magiczną moc w dłoniach – wszystko, czego dotknęła w domu, zamieniało się w coś pięknego i nieskazitelnego. Jak za sprawą czarodziejskiej różdżki sprawiała, że przedmioty ukazywały swoją drugą naturę, ukrytą, taką, którą tylko ona potrafi z nich wydobyć. Pani Collins po urodzeniu pierwszego syna zrezygnowała z pracy pielęgniarki i zajęła się hodowlą kwiatów. Miała ogromną kolekcję. Jej hodowla obejmowała wiele gatunków kwiatów – od róż po hortensje. Tegoroczne gorące lato bardzo ją cieszyło – mogła oddać się całkowicie swojej pasji.

Babcia Isabella była na zasłużonej emeryturze. Wcześniej przez trzydzieści pięć lat pracowała w miejskim szpitalu. Była – podobnie jak jej córka – niską kobietą, niewyglądającą na swój wiek. Jedynie zmęczona twarz i pełna zmarszczek szyja mogły sugerować, że pani Isabella nie jest najmłodsza. Co jednak najważniejsze, była to kobieta pełna hartu ducha. Miała w sobie mnóstwo siły i determinacji. W domu zajmowała się pieczeniem placków dla swoich wnuków, których kochała z całego serca. Jej mąż także przeszedł już na emeryturę. Był kimś w rodzaju lekarza zwierząt, jednak nie weterynarzem. Rozmawiał z czworonogami i pomagał im rozwiązywać różnego typu problemy, z którymi nie radzili sobie zwykli doktorzy. Niektórzy nazywali go czubkiem, ponieważ nawiązywał kontakt ze zwierzętami jak z ludźmi. Miał siwe włosy i nosił okulary, jednak jak na swoje siedemdziesiąt lat wyglądał bardzo dobrze. Jego głównym zajęciem było dbanie o posesję, pilnowanie porządku; jego zięć nie miał na to czasu – spędzał w pracy większą część doby. Dziadek Lucasa i Simona jako jedyny chyba mieszkaniec Ethon nie bał się chodzić do starego lasu. Kilka razy zamierzał nawet zabrać ze sobą wnuków. Jednak zawsze, kiedy chciał to zrobić, wybuchała kłótnia pomiędzy nim a rodzicami Lucasa i Simona; szczególnie temu pomysłowi sprzeciwiał się pan Collins.

Dom nie był duży. Miał dwa piętra i obszerną piwnicę. Cały budynek był zbudowany z drewna i pomalowany na kolor ciemnego kasztanu. Już od progu gości witały obrazy państwa Collinsów oraz Cadburych. Co ciekawe, na każdym malowidle członkowie rodziny byli przedstawiani w towarzystwie zwierząt, a tło nieodmiennie stanowił wielki, przerażający las. Idąc dalej, mijało się drzwi do mieszkania Johna i Isabelli. Po ich przekroczeniu uderzała fala ciepła, czuć też było zapach świeżego placka z wiśniami oraz bułki drożdżowej, którą babunia piekła codziennie na śniadanie. W tej części domu znajdowały się dwa pokoje. W jednym z nich babcia zawsze czytała swoje książki pielęgniarskie i medyczne; to była jej życiowa pasja. W pokoju dziadka było zupełnie inaczej. Na ścianach wisiały stare zdjęcia. Były to portrety dziadka z przeróżnymi postaciami – z dobrymi znajomymi (których nikt nie rozpoznawał), a także ze zwierzętami: sarnami, lisami, końmi; na jednej z fotografii uwieczniono nawet pana Cadbury’ego z wilkiem. Dziadek powtarzał, że te zwierzęta żyją w lesie, którego panicznie boją się ludzie. Zawsze pachniało tam jakoś inaczej niż w całym domu. U dziadka można było wyczuć zapach mchu, świeżego drewna i liści. Wejście sprawiało wrażenie granicy lasu. Stała tam jedna szafa – zawsze zamknięta na klucz, łóżko, które niezmiennie było posłane i wyglądało jak nieużywane, a także wielkie biurko, na którym leżały stosy papierów o niewiadomym pochodzeniu. Z kolei u Isabelli pachniało różnymi wywarami, bardzo podobnie jak w aptece, w której przyrządza się leki. Znajdował się tam wielki stół, na którym leżały posegregowane alfabetycznie książki oraz rzucająca się w oczy bardzo stara lampa naftowa. Zarówno Lucas, jak i Simon uwielbiali chodzić do dziadków, ponieważ czuli się u nich jak w zaczarowanej krainie, w której wszystko może się zdarzyć, a czas płynie wolniej. Wychodząc stamtąd, miało się wrażenie powrotu do rzeczywistości.

Do mieszkania państwa Collinsów prowadziły schody zrobione ze starego parkietu. Mieszkanie było dużo większe od lokum dziadków. Znajdował się tam dość duży salon z nowoczesnymi meblami, wieżą stereo i ogromnym telewizorem, który pan Collins kupił ostatnio na gwiazdkę. Dalej była sypialnia rodziców oraz kuchnia, która zawsze wyglądała jak z katalogu – czysto, wszystko ładnie poukładane. Z kuchnią sąsiadował nieduży pokój Lucasa i Simona. Stały w nim dwa łóżka, każde pod inną ścianą, a obok nich szafy. Na końcu pokoju znajdowało się niezwykłych rozmiarów okno. Pozwalało ono delektować się widokiem na rozległe pola i las Berkshire. Na środku pokoju leżała wykładzina koloru purpurowego. Tuż przy łóżkach stały małe biurka, na których zamiast książek były poustawiane wszelkie zabawki. Co rano, gdy tylko wstawało słońce, do pokoju wdzierały się promienie, rozświetlając wnętrze.

*

Była ósma rano i początek tygodnia, czyli najgorszy czas, jaki mógł tylko istnieć – jak mawiał pan Collins. Promienie słońca rzucały cień na samochód Alberta, który jak w każdy poniedziałkowy poranek był wypucowany i gotowy do jazdy.

Lucas i Simon właśnie się budzili...

– Aaaaaaalee mmmmii się nie chce wstawać – ziewając, wymamrotał Simon i błyskawicznie zakrył głowę kołdrą, ponieważ słońce świeciło mu prosto w oczy. – Ile razy mam ci powtarzać, żebyś na noc zasłaniał okno?! Przecież nie mogę normalnie otworzyć oczu...! – krzyknął do Lucasa z głową schowaną pod kołdrą.

– Nie drzyj się na mnie, po prostu zapomniałem. Tobie to się nigdy nie zdarza? – odpowiedział błyskawicznie chudziutki chłopiec z głową odwróconą do ściany. – Musimy wstać, bo zaraz i tak nas obudzą... – dodał po chwili.

Nagle do pokoju weszła mama chłopców. Gdy tylko otworzyła drzwi, słońce wręcz uderzyło ją w twarz. Zasłoniła ją dłonią i podeszła bez słowa do okna. Szybkim ruchem przysłoniła delikatnie zasłony, tak by słońce przestało razić.

– Co wy jeszcze robicie w łóżkach? Dochodzi ósma trzydzieści, wstawać! Nie ma spania.

Lucas i Simon doskonale wiedzieli, że jest dopiero po ósmej. Mama jak zwykle dodała parę minut. Bracia nazwali to kiedyś syndromem wczesnego zegara. Uznali też, że to dziedziczna cecha – babcia Isabella robiła identycznie.

– A nie mówiłem? – bąknął Lucas pod nosem.

– Jeszcze chwilę, mamo – odpowiedział Simon powolnym, śpiącym głosem, nadal z głową ukrytą pod kołdrą.

– Ani minuty dłużej, wasz tata zaraz pojedzie do pracy. Chciałby się z wami pożegnać, ale żeby tak się stało, musicie wstać z łóżek. Wiecie doskonale, że wasz ojciec nie lubi poniedziałków i na początku tygodnia zawsze jest w podłym humorze.

Nagle z kuchni dobiegł wrzask:

– AAAAUUUU... Jesmin!!! Nie widziałaś gdzieś mojego sprawozdania dla burmistrza o stanie czystości tamtego małego osiedla w północno-wschodniej części miasta?! – Było słychać, jak ojciec chodzi po kuchni w tę i z powrotem, szukając czegoś w pośpiechu.

Mama błyskawicznie opuściła pokój chłopców i podążyła w kierunku źródła krzyku. Chłopcy nawet nie drgnęli, usłyszawszy wrzask ojca. Byli przyzwyczajeni do tego typu rozmów rodziców, zwłaszcza w poniedziałkowe poranki. Ich tata miał jedną poważną wadę – często coś gubił, a później dociekał, kto jest odpowiedzialny za to, że w jego czarnej teczce, z którą zawsze chodził do pracy, nie ma akurat tej konkretnej rzeczy.

– Albercie, nie denerwuj się, chłopcy słuchają, a na dole jest moja mama. Znowu będzie myślała, że się kłócimy... – odparła mama spokojnym głosem. – Zaraz poszukam tego twojego sprawozdania. Chyba gdzieś je widziałam... – Na chwilę zniknęła z kuchni, w której krzątał się jej mąż. Nawet nie zwrócił uwagi na to, co do niego powiedziała. – Oooooo, jest tutaj!!! – krzyknęła.

– Gdzie? Gdzie jest? – wykrzyczał Albert z radością w głosie.

– Tutaj leżało, pod stertami papierów w naszym salonie. Mówiłam, że gdzieś to widziałam.

Pan Collins spakował zgubę do teczki i już miał wyjść z domu, kiedy Jasmina chwyciła go za rękę:

– Kochanie... Chłopcy... Nie zapomniałeś o czymś?

Albert przez chwilę milczał. W pewnym momencie zawrócił, uchylił delikatnie drzwi do pokoju dzieci i powiedział:

– Na razie, chłopaki – mrugnął do nich lewym okiem, pocałował żonę w policzek i wyszedł z domu.

Chłopcy nawet nie zdążyli zareagować na to krótkie pożegnanie. Szczerze mówiąc, w ogóle się nim nie przejęli. Byli już do tego przyzwyczajeni.

Nagle usłyszeli głos mamy dochodzący z kuchni:

– WSTAWAĆ!

Na ten okrzyk Simon błyskawicznie podniósł kołdrę z głowy, a Lucas raptownie obrócił się w kierunku drugiej części pokoju...

– Mama tym razem chyba nie żartuje – powiedział z lekkim strachem w głosie Lucas do brata, który leżał i wpatrywał się w coś, co chwilę marszcząc brwi.

– Ej, widzisz tego pająka, który chodzi nad moim łóżkiem? – zapytał Simon. Gdy tylko Lucas usłyszał słowo „pająk”, szybko wstał i podbiegł do brata.

– Gdzie? Gdzie ty go widzisz?! – zapytał.

– No tam – wskazał palcem. – Teraz idzie do mojego plakatu z Randallem, widzisz? – kierował brata wzrokiem, jakby byli ze sobą związani niewidzialną liną.

– No, teraz widzę. Co on tu robi? Przecież mama nigdy nie zostawia w domu zwierzęcia, które jest bezużyteczne, a pająk na pewno do niczego się nie przydaje. No, chyba że do zjadania much, ale od tego to chyba jesteś ty, co nie? – powiedział Lucas i spojrzał na starszego brata z zaciekawieniem i lekkim strachem w oczach, bo zdał sobie sprawę, że palnął coś głupiego.

– Nie wiem, może po prostu pominęła go, sprzątając w weekend, albo wszedł przez uchylone okno. Nieważne, zostawmy go w spokoju, zobaczymy, jak długo pożyje niezauważony przez mamę. Chociaż powiem ci, że nigdy nie widziałem, jak pozbywa się zwierząt z domu – stwierdził Simon. – A ty? – Po chwili zdał sobie sprawę z tego, co powiedział Lucas. – Coś ty powiedział? Gadzie, chcesz żebym cię uszkodził? – Teraz młodszy brat był w centrum jego zainteresowania.

– Nie, no co ty, to był taki żart. A wracając do naszej małej sprawy, to zgadzam się z tobą.

Obaj wpatrywali się nadal w pająka, który właśnie zaczął robić małą pajęczynkę w rogu pokoju.

– Ona zawsze sprząta, kiedy nas nie ma...

W tym momencie do pokoju weszła Jesmin.

– Co wy robicie? Czemu tak się przyglądacie tej ścianie? – zapytała, przekroczywszy próg. Zerkała to na jednego, to na drugiego, a czasami na ścianę...

– A nic, mamo. Właśnie pokazywałem Lucasowi mój plakat i mówiłem, że muszę sobie załatwić nowy, bo ten jest już przestarzały.

Gdy mama przekroczyła próg pokoju, Lucas zszedł z łóżka brata i zaczął się przeciągać. Większość ciuchów, jakich był posiadaczem, przedtem należały do jego brata. Nie było sensu kupować nowych ubrań, ponieważ te po Simonie zwykle nadawały się jeszcze do noszenia. Lucas porozciągał się jeszcze dwa razy, ziewnął i wyszedł z pokoju. Simon zrobił podobnie, tylko wcześniej poskładał łóżko. Doskonale wiedział, że mama wyznaje zasadę: „jak wstajesz i już nie masz zamiaru się na nim kłaść, to od razu musisz poskładać łóżko, żeby o tym nie zapomnieć”. A Simon zdawał sobie sprawę, że nie skorzysta z posłania aż do wieczora. W końcu czekał go cały dzień zabaw z młodszym bratem, bo pogoda była wprost cudowna. Pamiętał jednak, że obiecał pomóc dziadkowi przy naprawianiu drzwi do stodoły. Lubił z nim przebywać. Dziadek podczas pracy zawsze opowiadał mu historie z lat młodości. Mówił, jakie przygody przeżył, będąc w wieku Simona. Opowieści dziadka były tak dziwne, że czasami chłopiec zaczynał rozumieć ludzi mówiących, że pan Cadbury jest trochę stuknięty. Jednak kochał go z całego serca, więc podobne myśli szybko ulatywały mu z głowy.

Lucas wrócił do pokoju umyty i przebrany w swoje codzienne ciuchy, czyli dżinsy po Simonie, które miały na obu kolanach łaty, ponieważ się przetarły. Miał na sobie także koszulkę moro w rozmiarze XS – na nim i tak wyglądała na za dużą.

– Poskładaj łóżko, wiesz, że mama strasznie się denerwuje, gdy czekasz z tym do późna... – na wejściu przekazał uwagę bratu, który jeszcze raz ziewnął.

– OK, OK, już składam, panie porządny.

Lucas nie lubił, gdy jego starszy brat pouczał go za każdym razem, kiedy czegoś nie zrobił lub o czymś zapomniał. Zawsze się o to kłócili i docinali sobie, co zwykle kończyło się w ten sposób, że albo babcia ich uspokajała, albo po prostu obrażali się na siebie i każdy szedł w swoją stronę. Ludzie, którzy ich nie znali, mogliby powiedzieć, że się nienawidzą. Jednak oni po prostu tacy byli.

Simon wyszedł z pokoju i zobaczył, że do mieszkania wchodzi dziadek.

– Dzień dobry, dziadku. Co słychać? – zapytał.

– A dzień dobry, dzień dobry. A dobrze... Wstałeś już? – zapytał dziadek z ironią w głosie, patrząc na Simona ubranego w pidżamę.

Dziadek jak zwykle miał na sobie spodnie z szarego materiału, koszulę w ciemnobrązowe i beżowe paski oraz szelki, będące zresztą charakterystyczną cechą jego ubioru. Tym razem szelki były czarne; w ogóle nie pasowały do stroju. Zwykle było tak, że dziadek w taki sposób dobierał kolory, jakby chciał komuś zrobić na złość. Na szyi miał zawieszone okulary, a na głowie czapkę w kolorze zgniłej trawy.

Z salonu wyszła Jesmin:

– O, cześć, tata. Mama już wstała? Mam do niej pewną sprawę. Miała przepis na taki dobry placek. Już nie pamiętam, jakie były składniki, a chciałam w końcu sama upiec jakieś pyszności – zapytała z uśmiechem.

– Tak, już dawno wstała... Zresztą wiesz, jaka ona jest. Wstaje z pierwszym promykiem słońca, jaki wtargnie do naszego domu. Jest w kuchni, jak co rano piecze swoją bułkę... – powiedział, patrząc na Simona, który czmychnął do łazienki, żeby się umyć.

Kiedy Jesmin otwierała drzwi wyjściowe, John zadał jej pytanie, którym dręczył ją co dzień przez całe wakacje.

– Jesmin, powiedz mi jedno...

– Słucham...

– Dlaczego co rano budzisz ich tak wcześnie? Jest dopiero ósma trzydzieści. Przecież oni muszą się wyspać, wystarczy, że przez cały rok szkolny wstają codziennie niczym... – mówiąc to, widział, jak mina córki zmienia się z wesołej i pogodnej w złą i bojową.

– Tato, zawsze to samo... Nie będę ci tego powtarzać po raz setny... Myślę, że znasz odpowiedź na to pytanie – odparła i zamknęła za sobą drzwi.

– Taka sama jak jej matka... – powiedział John pod nosem, zmierzając do kuchni. Otworzył delikatnie drzwi do pokoju wnuków. Zobaczył, że Lucas stoi na łóżku brata i spogląda w sufit. – Co tam robisz, mały?

– O, cześć, dziadku – odpowiedział z wyraźnym zakłopotaniem. – A nic, tak sobie patrzę na takiego małego pajączka – gdy tylko z jego ust wydobyły się te słowa, ugryzł się w język.

– Pająka? A dlaczego tak się w niego wpatrujesz? Jest w nim coś szczególnego? – Chwycił okulary, założył je na nos i delikatnie podszedł do łóżka, jakby się bał, że spłoszy stworzonko, które obserwuje Lucas.

– Samo to, że znalazł się w naszym pokoju, jest szczególne. Przecież wiesz, jaka jest mama, nigdy żadnego zwierzęcia nie było w tym domu, a jak już jakieś się pojawiało, to nie na dłużej niż pięć minut. Jednak temu udało się przetrwać. To już czyni z niego WYJĄTKOWEGO pająka.

Dziadek roześmiał się serdecznie. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego córka przywiązuje wielką wagę do tego, żeby nic nie pełzało, nie latało i nie zostawiało po sobie śladu w jej czystym mieszkanku.

– To pokaż mi go, zobaczymy, co tu robi – podobnie jak Lucas stanął na łóżku, by obejrzeć pająka.

– Ale nie powiesz mamie, prawda?

– Nie powiem, przyrzekam.

– O, tu jest, dziadku... Widzisz... Tutaj w rogu, taki malutki, czarny, wydaje mi się, że robi małą pajęczynkę.

– A tak, widzę go... Wiesz, według mnie on po prostu zakłada sobie dom...

Lucas szczerze wierzył w umiejętności dziadka, który, jak mówili niektórzy, potrafił rozmawiać ze zwierzętami, więc spojrzał na dziadka i powiedział:

– Dziadkuuuu... Aaaa... może spytasz go, skąd się tu wziął? – chłopiec poczuł, jak ogarnia go fala ciepła. Zalała najpierw brzuch, a później twarz.

John uśmiechnął się delikatnie i odparł:

– Niestety, ale już wyszedłem z wprawy, zresztą nie wydaje mi się, by to małe stworzonko chciało zwierzać mi się ze swoich zamiarów. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że ono się nas boi. Popatrz, jak szybko stara się schować pod plakat.

John ściągnął okulary i spojrzał na pająka. Zapadła głucha cisza. Lucas nie słyszał Simona, który biorąc rano prysznic, jak zawsze śpiewał utwory swojego ulubionego zespołu Oasis. Ale teraz, kiedy dziadek spojrzał na małego pajączka, co dziwne, już bez okularów, chłopiec miał wrażenie, że świat wokół ucichł. Wszystko wydawało się zatrzymać w czasie. Główną postacią tej scenerii był pająk.

Nagle chłopiec zobaczył błysk w oczach dziadka i wszystko wróciło do normy.

Lucas stał jak zamurowany, a pan Cadbury uśmiechał się jeszcze szerzej niż wtedy, kiedy wnuk poprosił go, by porozmawiał ze zwierzątkiem, które nawiedziło pokój. Dziadek założył okulary i zszedł z łóżka.

– Co ci się stało, mały?

– Aaa nic... wydawało mi się... żeeee...

Dziadek zdjął okulary i popatrzył na niego w dziwny sposób:

– Tak, co ci się wydawało?

– A nic, nic. Muszę chyba pójść zjeść śniadanie – Lucas w pośpiechu udał się do kuchni. Wciąż jednak miał przed oczami obraz dziadka patrzącego w bardzo dziwny sposób na pająka. Nie mógł też zapomnieć tego uczucia, gdy czas zdawał się zatrzymać, a cały świat był skupiony tylko na ich trojgu: pająku, dziadku i na nim.

Jednak wszedłszy do kuchni, szybko oprzytomniał – zlew był pełen naczyń. To był dla Lucasa wielki szok. Mama sprzątała każdego ranka; zastanawiał się, dlaczego tym razem naczynia nie są umyte. W krótkim czasie wydarzyło się kilka rzeczy, które miał zrozumieć dopiero parę miesięcy później. Słyszał teraz, że jego brat jednak śpiewa jak co rano pod prysznicem. Chodziły mu różne myśli po głowie: „Co się stało na tym łóżku? Dlaczego zdawało mi się, że nie słyszę niczego, co mnie otaczało?”. Jednak najbardziej zaprzątało mu głowę jedno pytanie: „A może dziadek po prostu porozmawiał z tym pająkiem?”.

– Nic ci nie jest, Lucas? Tak nagle wybiegłeś z tego pokoju. Już myślałem, że coś ci się stało... – zapytał dziadek. Nie miał zaniepokojonej miny, lecz wręcz przeciwnie: wyglądał na zadowolonego, jakby cieszył się, że jego młodszy wnuk coś widział – coś, czego nie powinien zobaczyć tego przepięknego poranka.

– Nie, nic, dziadku, tylko po prostu poczułem, że muszę szybko pójść coś zjeść, bo strasznie boli mnie brzuch. Wiesz, może to dlatego, że nie jadłem wczoraj kolacji... – odpowiedział szybko, choć tak naprawdę nie był głodny. W tym momencie całą jego uwagę zaprzątała niezwykła sytuacja.

Do mieszkania weszła Jesmin, niosąc dużą książkę. Były w niej zebrane przepisy na różnego rodzaju przysmaki, które babcia zależnie od okazji przyrządzała dla wnuków. Gdy mama weszła do kuchni, położyła książkę na ladzie i zdziwiona zapytała syna:

– Dlaczego naczynia nie są jeszcze umyte? I co Simon robi tyle czasu w łazience? Przecież wszedł do niej jakieś pół godziny temu! Ile można się kąpać? – zastukała w drzwi łazienki i krzyknęła: – Simon... WYCHODŹ ... To nie jest twój prywatny pokój, a jeśli chcesz, to załatwię ci takie lokum, w którym będziesz mógł siedzieć przez cały dzień... Siedem dni w tygodniu nie będziesz stamtąd wychodził, a jedyną twoją rozrywką będzie właśnie mycie... – nagle woda przestała lecieć i tragiczny śpiew Simona ucichł. – No, tak myślałam – odpowiedziała Jesmin z czystą satysfakcją.

– Mamo, dlaczego jest tyle naczyń w zlewie? – zapytał trochę speszony Lucas, spoglądając kątem oka na dziadka, jakby szukał w nim oparcia.

– No, a jak myślicie? Chyba nie sądzicie, że zawsze będę za was sprzątać? O nie, raz na jakiś czas możecie mi pomóc. Życie to nie tylko zabawa, prawda, tato? – zapytała dziadka, jakby to on miał zaraz stanąć koło tych naczyń i zacząć je szorować.

John stal jak zamurowany. By uniknąć wzroku córki i wnuka, spojrzał na kalendarz, który wisiał przy drzwiach chłopców. Zachowywał się, jakby niczego nie usłyszał.

– Mówiłaś coś, córuniu? Nieeeee? Ooo, która to już godzina... Muszę iść zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz... – odparł i błyskawicznie ulotnił się w taki sposób, żeby na nikogo nie spojrzeć.

Lucas uśmiechnął się automatycznie pod nosem, widząc minę mamy. Pani Collins stała z rękami założonymi na biodrach i patrzyła na swojego tatę, jakby nie dowierzała, że człowiek w jego wieku zachowuje się jak dziecko.

Po chwili Simon wyszedł z łazienki i zobaczył, jak młodszy brat myje naczynia, a mama wertuje kartki jakiejś starej księgi. Zdziwił go ten widok, ale widząc mamę pochłoniętą lekturą, postanowił o nic nie pytać. Przeszedł bez słowa do pokoju, założył robocze ubranie – nowe, choć brudne czarne dżinsy oraz starą bluzę z napisem „Ethon School”, znakiem szkoły, do której chodził już trzy lata. Wyszedł z pokoju, złapał kanapkę, która leżała na stole, i udał się w kierunku wyjścia.


Rozdział III
Nicholas Kessler

Od dziwnej historii z pająkiem, który zadomowił się za plakatem Simona, dziadek zachowywał się już zwyczajnie. Zgodnie z wcześniejszymi planami wraz z wnukiem naprawiał deski w stodole. Były rozbite w bardzo dziwny sposób. Wyglądało to tak, jakby ktoś biegł i nagle przypomniał sobie, że drzwi do stodoły są zamknięte. Tuż obok wejścia była dziura, w której zmieściłby się dość duży pies. Najpierw Simon pomógł dziadkowi ściągnąć resztki desek, które wisiały jak gałęzie. Następnie zmierzył długość i szerokość dziury. Zastanawiał się, co mogło się stać. Pamiętał, że dziadek prosił go o pomoc, ale nie chodziło o naprawianie dziury, lecz czyszczenie i malowanie kilku desek z drugiej strony stodoły. Idąc wczoraj spać, pamiętałby o sporej wyrwie w ścianie tego budynku; przecież mijał go kilkadziesiąt razy dziennie. Po chwili jednak ta myśl uleciała mu z głowy, bo dziadkowi najwyraźniej bardzo się śpieszyło i z niecierpliwością czekał na wymiary desek, które miał przyciąć na stojącej obok pile. Dzień był upalny, jak każdy tego lata. Było przedpołudnie, a słońce dawało się we znaki. Simon spojrzał na swojego brata, który siedział na kamiennym murku otaczającym ich dom i popijał zimną lemoniadę.

– Ej, Lucas, może nam też zrobiłbyś coś do picia? Umieramy z pragnienia... – Simon popatrzył na dziadka, jakby miał nadzieję, że go poprze. Usłyszał tylko znudzone pomrukiwanie brata. – Słyszałeś, co do ciebie mówiłem, ty mała PCHŁO?! – krzyknął, widząc, że brat go ignoruje.

– Simon, uspokój się... – powiedział szybko dziadek, usłyszawszy ostatnie słowa wnuka.

– Ale dziadku... Myyyy... – ściszył głos, bo zauważył, że ten patrzy na z niego politowaniem. – To znaczy ty, dziadku, ciężko pracujesz, a on siedzi i się obija. Nawet nie chce mu się lemoniady zrobić... – mruknął pod nosem, wskazując na młodszego brata, który nadal nie reagował na jego słowa.

Dziadek nic nie powiedział, spojrzał tylko na Lucasa i głośno zachrząkał:

– Yhy, yhy!!!

Ten od razu zwrócił na to uwagę i podniósł wzrok na dziadka. Natychmiast wstał i pobiegł w kierunku głównego wejścia do domu.

– Co mu się stało? – zapytał Simon. Na widok spłoszonego brata delikatnie parsknął śmiechem.

– A nie wiem – odpowiedział dziadek.

– Jakoś dziwnie się dziś zachowuje... – ciągnął Simon. – Dokładnie od rana. Mam wrażenie, że czegoś się boi. Ostatnim razem tak się zachowywał, gdy wykorzystał firmowe papiery taty do zrobienia zapory wodnej dla swojego małego miasta. Mam nadzieje, że tym razem nic nie zbroił, bo później dostaje mi się za to, że go nie upilnowałem – powiedział Simon. Odebrał od dziadka kolejną wymalowaną deskę i oparł ją o stodołę.

Dochodziło już popołudnie, kiedy dziadek i Simon skończyli naprawiać stodołę. Wyglądało to całkiem przyzwoicie, chociaż nowe deski nie wkomponowały się odpowiednio w stary już budynek. Simon, o dziwo, nie był zmęczony. Marzył jednak o posiłku. Od rana zdążył tylko w pośpiechu zjeść kanapkę.

Gdy szli do domu, małego, jak mówił na Lucasa dziadek, nie było na polu, co było dziwne, bo w taką pogodę nigdy nie siedział w domu.

Koło schodków Jesmin przesadzała jakiś nowy rodzaj kwiatu.

– Co to jest? Pierwszy raz widzę takie coś na oczy... – powiedział Simon i zaczął przyglądać się dziwnej roślince.

– To jest kuflik szkarłatny, inaczej zwany Callistemon ciritius... – powiedziała zadowolona Jesmin.

Kwiat był naprawdę piękny. Miał dość chudą łodyżkę i malutkie zielone liście, od których promienie słońca odbijały się niczym od luster. Na samym końcu roślinki znajdował się czerwony kwiat, który przypominał wściekłego jeża.

– To ma być ładne? – zapytał Simon ze zdziwieniem.

– Trzeba poczekać, aż zakwitnie. Mówią, że może to trwać nawet kilka lat, ale jak już się to stanie, jest się czym chwalić. Myślę, że znajdę na ten kwiat jakiegoś nabywcę w Ethon.

– Pewnie trudno zdobyć taką roślinę...

– Nie musisz wszystkiego, mój drogi synku, wiedzieć. A czy ty przypadkiem nie miałeś czegoś zjeść? Babcia przygotowała dosłownie ucztę dla ciebie i dla dziadka. Widziała, jak ciężko pracowaliście. Dziadek chyba już zjada twoją porcję.

Simon odwrócił się i zobaczył, że dziadek, który jeszcze chwilę temu stał obok niego, poszedł do domu. Najwyraźniej nie był zainteresowany rozmową o roślinach.

Chłopiec odetchnął i udał się w kierunku drzwi.

*

Wcale się nie dziwił, że jego brata nie ma na zewnątrz – Lucas siedział w domu i zajadał się pysznościami, które babcia przyrządziła na obiad. Były to naleśniki z dżemem, bitą śmietaną oraz truskawkami, racuchy z jabłkami i cukrem pudrem oraz mnóstwo soku malinowego. A na sam koniec tej słodkiej uczty najlepszy placek z wiśniami pod słońcem, jak uważali zarówno wnuki Isabelli, jak i jej mąż. Chłopcy jedli w kuchni bez słowa. Simon próbował udawać złego na Lucasa za to, że ten nie posłuchał go, kiedy prosił o zrobienie lemoniady, i dopiero dziadek musiał interweniować. Ale w głębi duszy nie czuł żalu, tylko chciał dać nauczkę młodszemu bratu.

Lucas nie odzywał się podczas posiłku. Cały dzień chodził jak zamroczony po tym, co stało się rano. Miał ochotę powiedzieć o wszystkim Simonowi, a nawet zapytać babcię, co to mogło być. Przyznał sam przed sobą, że zapomniałby o tym, gdyby to się stało tylko raz, jednak kiedy dziadek poprosił go o zrobienie lemoniady (o ile chrząknięcie można nazwać prośbą), poczuł, jakby jego wzrok przeszywał go na wylot. Najdziwniejsze było to, że nie słyszał tego chrząkania. Czuł się za to tak, jakby dziadek wrzucił mu polecenie do głowy. Dlatego bał się komukolwiek o tym powiedzieć.

Dzień dobiegał końca. Na dworze powoli zapadał zmrok, słońce oddawało panowanie nad ziemią księżycowi i chowało się za horyzont. Na polu osiadła delikatna mgła, a na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Na dworze zrobiło się bardzo chłodno. Było to szczególnie odczuwalne po upalnym dniu. Mama chłopców wróciła do domu ubrudzona ziemią. Wyglądała, jakby stoczyła bitwę z nowym kwiatkiem, który nie chciał dać się zasadzić w doniczce. Nie przejmowała się posiłkami dla dzieci. Wiedziała, że babcia zrobi im obiad i nakarmi je, żeby nie chodziły głodne aż do kolacji. Kiedy Jesmin nie przesadzała kwiatków i nie doglądała swojej małej hodowli pięknych roślin, czytała wielkie książki zielarskie, które podobno pożyczała z biblioteki. Wyglądały, jakby od wieków nikt ich nie czytał. Były stare, zakurzone i tak jak książka z przepisami babci miały pożółkłe kartki.

Zapadł już zmrok. Chłopcy nadal siedzieli w pokoju dziadka, przeglądając jego papiery, z których nic nie rozumieli. Były napisane w innym języku. Znali tylko angielski, więc nie dociekali, co znaczą poszczególne opisy. Jednak świetnie się bawili, czytając sobie nawzajem po linijce tekstu leżącego na biurku Johna:

– Enta hala lapse tuly... – przeczytał Lucas, po czym zaśmiał się głośno. Nie wiedział, czym był spowodowany ten wybuch radości, ale nie mógł się powstrzymać. Później Simon wyrwał mu kartkę z ręki i czytał dalej:

– Enta hala netar tulla... – po czym obaj zaczęli się głośno śmiać.

W pewnym momencie do pokoju wszedł dziadek. Gdy tylko zobaczył, że chłopcy czytają jego zapiski, rozzłościł się.

– CO WY ROBICIE, CHŁOPCY?! – krzyknął.

Simon, który trzymał w ręce kartkę, upuścił ją nagle. Ta powolnym ruchem, wykorzystując opór powietrza, spłynęła pod nogi dziadka.

– To nie ja, dziadku... To Simon – odezwał się szybko Lucas, żeby wybronić się w tej niezręcznej sytuacji. Wykorzystał fakt, że dziadek nakrył Simona z kartką, a nie jego. – Mówiłem mu, że nie wolno nam tego czytać, ale wiesz, jaki on jest... Zawsze wie najlepiej – dodał, chyląc głowę, by uniknąć wzroku brata, który zrobił się czerwony jak rozgrzany piec.

Dziadek schylił się po kawałek białego pergaminu i skierował groźny wzrok na Simona, który był wyraźnie zainteresowany głową Lucasa. Chłopiec miał zaciśnięte pięści i było widać, że nie jest w najlepszym humorze. Lucas w tym czasie zszedł z pola widzenia, oddalił się w kierunku szafy, udając niewiniątko. Po tym, co wydarzyło się tego dnia, unikał wzroku dziadka.

– No, Simonie, możesz mi powiedzieć, dlaczego złamałeś zakaz czytania moich ksiąg, papierów i wszystkiego, co znajduje się na tym biurku? – zapytał czerwony na twarzy, nie spuszczając wzroku z wnuka. W prawej ręce trzymał zapisaną kartkę.

– Dziadku... Jaa... eeee... no wiesz... eee... to nie tylko ja... Lucas też czytał, tylko wcześniej – spojrzał na brata, który wyraźnie chciał uniknąć kary.

– Taaaaaaakkkkk? – zapytał dziadek i spojrzał na młodszego wnuka z zaciekawieniem. – I co tam wyczytałeś, mój mały? – jego głos się zmienił. Nie był już oschły, ostry i zdenerwowany. Przypominał głos, jakim zadał mu rano pytanie „Co się stało?”.

Lucas popatrzył na dziadka i jąkając się, mruczał pod nosem:

– Eeee... niiiccc, dziadku... nie... eee... noo... nie wiem, co tam jest napisane – przyśpieszył na końcu, jakby chciał mieć to już za sobą.

Dziadek popatrzył na niego z zawiedzioną miną. Lucas nie wiedział, o co chodzi. Od samego rana miał dziwne wrażenie, że dziadek zamierza mu coś uświadomić albo chce się od niego dowiedzieć czegoś, co by go ucieszyło.

– Aaaaa... OK... No to będziecie mieli nauczkę na przyszłość. Jeszcze raz powtarzam: możecie się tu bawić, przebywać, oglądać moje książki, ale nie wolno wam ich czytać... zrozumieliście? – zapytał tym samym tonem, jakim rozmawiał z Simonem.

– Tak jest, dziadku – odpowiedzieli zgodnie obaj bracia.

Wyszli z pokoju w milczeniu. Kiedy odeszli kilka metrów od pokoju dziadka, który na dodatek zamknął za nimi drzwi, Simon walnął młodszego brata w plecy z takim impetem, że ten aż się pochylił.

– UUUUUAAAAAAA!!! ZA CO TO?! – krzyknął Lucas z grymasem na twarzy.

– JA TYLKO CZYTAŁEM?! – odpowiedział zbulwersowany Simon, spoglądając na brata, jakby chciał jeszcze raz uderzyć go w plecy. – Znowu ci się upiekło, mała pchło... – dodał, a jego twarz z purpurowej zmieniła się w delikatnie czerwoną. – Wiesz, zastanawia mnie tylko jedno – ciągnął. – Dlaczego kiedy dziadek mówił do mnie, był wściekły jak nigdy, a gdy popatrzył na ciebie, od razu zmienił ton i odezwał się w taki sposób, jakbyś nie był niczemu winien albo wręcz zrobił coś, za co powinieneś dostać pochwałę...

– No, ja też się zastanawiam... – powiedział Lucas, masując kark, gdzie następnego dnia z pewnością pojawi się wielki siniak. Simon był bardzo silny, a jego uderzenie można by porównać do zderzenia ze ścianą. – Chciałem ci o czymś powiedzieć. Dzisiaj stało się coś, co trochę mnie przeraziło. Opowiem ci o wszystkim, jak położymy się do łóżek.

Minęli pokój babci, który był zamknięty jak co wieczór i dochodziły z niego dziwne zapachy i odgłosy naczyń. Tam też nie wolno było wchodzić o tej porze. Babcia, podobnie jak jej mąż, przestrzegała surowych zasad w kwestii prywatności. Wnuki mogły się bawić w ich niesamowitym mieszkaniu, ale nie wolno im było czytać papierów dziadka ani przeglądać zawartości jego szafy. Wchodzenie po osiemnastej do pokoju babci i przeszkadzanie jej również były zakazane. Raz zdarzyło się, że Simon zjawił się tam po godzinie osiemnastej – i to był chyba największy błąd w całym jego dotychczasowym życiu. Pani Cadbury wydarła się na niego, jakby zniszczył jej najlepszą sukienkę. Isabella przywiązywała do ubioru ogromną wagę, podobnie zresztą jak jej córka. Najdziwniejszą rzeczą w całym tym zamieszaniu nie było jednak to, że Simon stał jak zamurowany, gdy babcia wypominała mu, że nie dotrzymał obietnicy, i zapowiedziała, że gdy następnym razem wejdzie do jej pokoju bez pukania, w dodatku po osiemnastej, nie dostanie ani kawałka placka z wiśniami. Chłopiec pewnie zapomniałby o tym ostrzeżeniu, gdyby nie fakt, że kochał to ciasto (wydawało mu się, że bez niego nie będzie mógł normalnie żyć). Tylko dzięki temu zapamiętał przestrogę babci. Przypomniał sobie, że gdy wszedł wtedy do pokoju, zapadła cisza. Nie widział żadnych naczyń, które mogłyby wydawać dziwne odgłosy, a biurko babci było uporządkowane jak zawsze. Isabella siedziała nad otwartą książką. Gdy tylko wyszedł z pokoju, usłyszał ten sam dźwięk, który dochodził codziennie wieczorem z tego pomieszczenia.

Chłopcy wyszli z mieszkania dziadków i pobiegli na górę. Jak zwykle panowała grobowa cisza. Kolacja jak co wieczór czekała na nich w lodówce. Tym razem były to kanapki z serem i cebulką. Na kuchence stało gorące mleko. Chłopcy zawsze zastanawiali się, jak to się dzieje, że kolacja jest gotowa dokładnie na ich przyjście. Może ich mama ma szósty zmysł i wie, kiedy ma przygotować posiłek?

Późnym wieczorem przyjechał Albert. Jak zwykle był zmęczony i wyglądał, jakby uczestniczył w wielkiej gonitwie, a nie siedział za biurkiem i wykonywał papierkową robotę.

– Cześć, skarbie – powiedział do swojej żony, mijając salon. Od razu udał się do kuchni w poszukiwaniu jedzenia.

– Witaj... – Jesmin oderwała się od książek i poszła w ślad męża do kuchni. – I jak było w pracy? Wszystko dobrze? Twój raport się podobał? – zadała serię pytań.

– Tak, jak zwykle wszystko się podobało, ale mój szef, wiesz, pan Anthony Littell, zadał mi kolejne raporty i oczywiście dużo, dużo pracy na cały tydzień. Nie wiem, co oni by beze mnie tam zrobili. Całe miasto chyba wyglądałoby jak jedno wielkie wysypisko śmieci... – odetchnął i zjadł naraz pół kromki z boczkiem posmarowanym musztardą. Popijał wszystko gorącą herbatą, jaką zrobiła mu żona. – Ale wiesz, Jesmin, moja teoria, że poniedziałek to najgorszy dzień tygodnia, zawsze musi się potwierdzić. Wyobraź sobie, że ten mały chwalipięta z wydziału wydawania dokumentów dla pojazdów mechanicznych z piętra wyżej przyszedł do mojego biura i mówi do mnie tak: „Hej, Albert, jak minął weekend? Byłeś gdzieś czy tak jak zawsze spędziłeś sobotę i niedzielę ze swoją rodzinką w domu, pracując nad nowym raportem dla Anthony’ego?”. Odparłem więc: „Nic się nie pomyliłeś, Robercie, musiałem przygotować ten rap...” – w tym momencie Albert przerwał, wkładając drugą połowę kanapki do ust – „raport o południowo-wschodniej części miasta”. A on na to: „Ha, ha, ha... Wiedziałem. Ty to zawsze musisz znaleźć sobie zajęcie na weekend” – zakończył.

Robert Stepson był małym, grubym mężczyzną w okularach. Miał dość sporą łysinę na głowie, ogromny brzuch, który zawsze szedł metr przed nim, i straszny charakter. Pan Collins szczerze go nienawidził. Stepson był pupilkiem szefa całego urzędu – pana Littella. W pracy głównie objadał się pączkami i pił kawę. Był szefem wydziału wydawania dokumentów pojazdom mechanicznym. Wszystkie obowiązki wykonywali za niego jego podopieczni, a on przypisywał sobie ich zasługi. Albert chodził z nim do tej samej klasy w Ethon School. Już wtedy go nie znosił. Robert uwielbiał przechwalać się różnymi rzeczami, jakie robił, gadżetami, które kupił, a także tym, w jaki sposób spędził ostatni weekend...

Pan Collins kontynuował relację z dnia pracy:

– Stepson mówił dalej: „No tak, jak mówiłem, Albercie... Ty zawsze... tak, tak...”. Cały czas śmiał się pod nosem. „Ja na przykład byłem z moją żoną i Anthonym w Londynie na wielkich zakupach, a później rozegraliśmy partyjkę na polu golfowym w Worldcity... Wiesz, tym najlepszym klubie golfowym w Anglii. Anthony jest jego członkiem...”. Powiedział to z taką dumą, jakby to on był członkiem tego klubu, a nie ktoś zupełnie inny. Odpowiedziałem mu: „No to się cieszę, Robercie, a teraz czy możesz sprawdzić, czy nie ma cię z drugiej strony drzwi, bo wydawało mi się, że słyszałem, jak je zamykasz i idziesz dalej zajadać się pączkami, powiększając tym samym swój ogromny już brzuch”. Wskazałem mu wzrokiem drzwi. A on na to: „Oj, Albercie... Ty zawsze masz taki ciężki dowcip. Ha, ha... Dobra, dobra. Idę już dalej robić coś... coś... no, coś tam na pewno będę robił”. I wyszedł z biura, nie zamykając za sobą drzwi, co jeszcze bardziej mnie rozłościło. Ze wściekłości tak ścisnąłem kubek z wodą, że wylała mi się na spodnie – skończył opowiadać i wsuwał dalej kanapki.

– Co cię utwierdza w przekonaniu, że poniedziałek jest najgorszym dniem tygodnia, Albercie, bo nie rozumiem... – zapytała spokojnie Jesmin, spoglądając na niego ze zmarszczonymi brwiami.

– Njaktonieuzumieszocmuhodziło? – zapytał jednym tchem, gryząc kanapkę i popijając herbatę.

W tym momencie z pokoju chłopców dobiegł głośny śmiech. Lucas i Simon jak co wieczór słuchali opowieści taty. To był ich jedyny kontakt z ojcem w tygodniu.

Jesmin nic nie odpowiedziała na ten odgłos pochłaniania pokarmu połączony z chrząkaniem. Popatrzyła na męża wymownie i delikatnie się uśmiechnęła.

– No, nie rozumiesz, o co mu chodziło? – zapytał ze zdziwieniem. – Przyszedł mi się pochwalić tym, że spędzał wspaniały weekend poza naszym małym miasteczkiem... A jaaaaa...

W tym momencie żona przerwała mu, bojąc się, że Albert powie coś bardzo głupiego:

– A ty spędzałeś wspaniały weekend, bawiąc się z dziećmi. Czy to chciałeś powiedzieć? – skierowała wzrok na drzwi do pokoju chłopców.

– Tak, tak... Właśnie to – odparł, ale Jesmin widziała, że nie o to mu chodziło i przyznał jej rację z wielkim trudem. Zdawała sobie sprawę, że był zazdrosny. Jego dawny kolega miał wszystko, zbudował piękny dom, każdy weekend spędzał z szefem urzędu, kupował sobie nowe elektroniczne gadżety, a Albert musiał pracować jak wół, żeby od czasu do czasu kupić jakiś niedrogi sprzęt do swojego pokoju, nie mówiąc o wakacjach.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.