Laokoon - Aleksander Niewiarowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 208 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Laokoon - Aleksander Niewiarowski

Utwór Aleksandra Niewiarowskiego z 1854 roku. Aleksander Niewiarowski (1824–1892) był powieściopisarzem i dziennikarzem. Używał pseudonimu Aleksander Półkozic. Współpracował z wieloma warszawskimi pismami, np. „Gazetą Codzienną”, „Pszczołą”, teatralnym „Antraktem”. Przynależał do Cyganerii Warszawskiej. Zasłynął jako mistrz felietonu – był m.in. stałym felietonistą „Gazety Warszawskiej” – oraz autor cenionych wspomnień. Wśród jego dzieł można wymienić „Wspomnienie o Cyganerii Warszawskiej” (1964) oraz powieści: „Galeria panien na wydaniu” (1855), „Życie na żart” (1856), „Galeria konkurentów i konkurentek” (1857). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Laokoon - Aleksander Niewiarowski

Fragment ebooka Laokoon - Aleksander Niewiarowski






Spis treści

  1. CZĘŚĆ PIERWSZA
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. CZĘŚĆ DRUGA
  11. ROZDZIAŁ I
  12. ROZDZIAŁ II
  13. ROZDZIAŁ III
  14. ROZDZIAŁ IV
  15. ROZDZIAŁ V
  16. ROZDZIAŁ VI
  17. ROZDZIAŁ VII
  18. ROZDZIAŁ VIII
  19. ROZDZIAŁ IX
  20. ROZDZIAŁ X
  21. ROZDZIAŁ XI
  22. ZAKOŃCZENIE
  23. ?KOLOFON

CZĘŚĆ PIERWSZA

Eheu, quantus oquis, quantus adeat viris

Sudor! Quanta moves funera Dardanae

Genti! Lam galeam Pallas, et aegida,

Currusque, et rabiem parat.

Vaticinium de ruina urbis Troiae.

Horatius, I. 15.


ROZDZIAŁ I

W ostatnim dniu czerwca, 184* roku, obszerny dziedziniec Kazimierowskiego Pałacu żywy i urozmaicony przedstawiał widok. Dzień słoneczny, pogodny jak młodość i jej nadzieje, bez chmurek, oświecał tłumy młodzieży wyległe z Sali Posiedzeń, gdzie zaledwie zakończył się znamienity dramat studenckiego życia, akt uroczysty!

Malce, w mundurkach, z kołnierzami czerwonymi jak ich policzki, z guzami świecącymi jak ich oczy, kręcąc w powietrzu paczki seksternów i książek zapiętych w długie rzemienne paski, w wesołych podskokach przebiegali dziedziniec w rozmaitych kierunkach. Niektórzy tylko, trzymając starannie pod pachą nagrody w złoconej oprawie lub zwinięte w trąbki pochwalne listy, szli poważniejszym krokiem, jakby obciążeni świeżo nabytą godnością. Inni znowu, którym niefortunne losy lub raczej, według szkolnej terminologii, skargi lizusów i niesprawiedliwość profesorów nie dozwoliły uzyskać promocji, pochmurzeni, wychodzili za bramy pałacu, wcześnie już układając sobie tłumaczenie przed rodzicami. W ogóle jednak ci, których ojcowie, matki lub opiekunowie mieszkali na wsi, którym wakacje ukazywały się pod postacią wesołej do domu podróży, obiecywały słodkie uściśnienie matek, małych sióstr, braciszków, i napełniały myśl obrazem ogrodu umalowanego w czerwone wiśnie i bladoróżowe truskawki, ci szczęśliwcy, najweselej, najhałaśniej opuszczali Salę Posiedzeń.

Biedne dzieciaki! Nie wiecie, że poza tymi murami, za szeregiem ufnych lat młodzieńczych, rzeka was inna szkoła – Życie! Że w niej innych, złośliwszych napotkacie lizusów i lekcje trudniejsze... Że wtedy, widok tych samych murów będzie ochładzał rozpalone gorączką życia skronie, a szereg dni upłynionych przy ławce, książkach i piłce, przeleci wam w pamięci tęsknie, jak sznurek żurawi niknących w srebrzystym obłoku!

Dwaj starsi już uczniowie, z patentami w ręku, odłączyli się w tej chwili od poważniejszej grupy kolegów, i powolnym krokiem zmierzali ku żelaznej bramie, otwierającej widok na Krakowskie Przedmieście i pałac Krasińskich.

Najzupełniejsza sprzeczność uderzała w twarzach, ruchach i postaci dwóch młodzieńców. Jeden z nich, starszy, nazywa się Eugeniusz Grżycki, ma lat dwadzieścia, rodziców w Płockiem, posiadających znaczny majątek i herb starożytny. Drugiego, zapisano do listy szkolnej pod imieniem Gustawa G. Nikt zresztą nie domyślał się jego pochodzenia ani stanu rodziców. Zwierzchność tylko szkolna wiedziała, że był sierotą i mieszkał przy ubogiej staruszce.

Powierzchowność, równie jak fortuna, różniły kolegów. Eugeniusz był delikatny, biały, średniego wzrostu, a niebieskie zamglone oczy, przy jasno błąd włosach, nadawały jego twarzy dystyngowanie zniewieściały wyraz. Przeciwnie Gustaw, wysoki, smagły i brunet, miał cerę śniadą, prawie oliwkowatą, przy której jaśniały czarne pełne wyrazu i zapału oczy. Ale oczy te, błyszczące w samotności lub w szczerym koleżeńskim kółku, omdlewały na widok liczniejszego zebrania: rumieniec występował na ogorzałe policzki, a twarz cała przyjmowała wyraz lękliwy i bolesny. Zdawało się, że pieczęć losu, jak znamię Kaima, znaczyła wstydliwą pokorą czoło młodzieńca. A piękne było to czoło! Spod czarnych miękkich i lśniących jak jedwab włosów, połyskiwało blade i bielsze od reszty twarzy. Jakaś mgła zamyślenia czy zapału zdawała się krążyć dokoła szerokich skroni, jak chmura około szczytów bladej Alp skały!... Eugeniusz miał nos cokolwiek zadarty i grube ust wargi; u Gustawa, pod prostym greckiego kształtu nosem, rysowała się wąska linia czerwonych ust, poza którymi kryły się równe, małp i rażącej białości zęby.

Eugeniusz mieszkał u jednego z profesorów, utrzymujących pensjonarzy bogatych. Gustaw znalazł przytułek u starej wdowy, zajmującej skromne poddasze przy ulicy Aleksandrii, i od trzech lat już sam opłacał wpis szkolny, żywiąc się za pomocą korepetycji dawanych uczniom niższych klas i prywatnych lekcji, w czym od władzy szkolnej, jako pilny i przykładnego prowadzenia się młodzieniec, pomoc i rekomendacje zyskiwał. Gustaw był korepetytorem młodszych uczniów na tejże pensji gdzie i Grżycki umieszczonych: stąd może hardziej jak z kilkoletniego w klasach koleżeństwa zawiązała się pewna ściślejsza znajomość między dwoma najróżniejszych charakterów i usposobień młodzieńcami, tak dalece, że po ukończeniu szkół Eugeniusz uprosił przyjaciela by przepędził wakacje w domu jego rodziców, którzy dawniej już nawet polecili mu, ażeby wybrawszy któregoś z biednych a zdolniejszych kolegów, przywiózł z sobą na nauczyciela dla młodszych braci swoich. Gustaw zamyślając udać się na uniwersytet o swoim koszcie, przyjął chętnie propozycję zapewniającą mu zysk jakiś. Tak więc, obydwaj koledzy wyszedłszy z Sali Posiedzeń i pożegnawszy profesorów, opuścili razem dziedziniec Kazimierowski. Przez chwilkę postępowali milcząc. Może uczucie poważnego smutku ucisnęło młodą myśl, rozstającą się pierwszy raz w życiu z miejscami, w których wykształciły się ich głowy, podrosły serca. Przybywszy na róg pałacu Uruskich, koledzy zatrzymali się jednocześnie.

– Jakże więc zrobimy teraz, Guciu?

– A prawda! Trzeba naradzić się.

– Podług mnie, najlepiej byłoby gdybyśmy poszli teraz obydwa do mego profesora. Tam, i pogadamy obszerniej i każemy zapisać się na karetkę.

– Niepodobna! Mam jeszcze kilka interesów do załatwienia. Należą się mi tu owdzie pieniądze, a potem, trzeba upakować się zupełnie, pożegnać znajomych...

– Ach! Nudziarz jesteś. Jam od wczoraj gotowiuteńki do drogi, ty musisz odkładać wszystko na ostatni moment. A widzisz! I ciebie nawet na lenistwie złapać można.

– Cóż chcesz? Tyle miałem zajęcia podczas egzaminu i aktu... to znów nic mogłem wcześniej poodbierać pieniędzy, krawiec opóźnił się z robotą cywilnych sukien, słowem, dziś dopiero na drugą będę gotów zupełnie.

– A teraz dwunasta... No, a propos! Masz

– Nie, tylko surdut.

– To źle. U nas, na wsi, częste wizyty, zabawy; ale zaradzimy temu: mam nowiuteńki fraczek, mogę więc oddać ci mój przeszłoroczny, jeszcze zupełnie w dobrym stanie.

– Lecz niepodobna mi będzie chodzić w tym fraku w domu twoich rodziców. Nawet jestem cokolwiek wyższy.

– Bajki! Za to jam tłustszy. Zresztą nikt w domu nie zna tego fraka, miałem go raz tylko na świętach.

– Niechże i tak będzie. Otóż wracając do rzeczy, mniemam, że należałoby nam rozejść się raczej: ty, ruszaj do domu i zajmij się ulokowaniem nas obu na poczcie; ja przez ten czas załatwię się zupełnie, i o czwartej punkt zejdziemy się w pasażerskim pokoju.

– Zupełnie inaczej zamierzałem użyć te kilka chwil swobody: chciałem byśmy obydwa zrzuciwszy studenckie mundury poszli do Andzi, zabrali ją na pożegnalny obiad, i wypiwszy parę butelek szampana, uściskawszy dziewczynę, dopiero, hura na pocztę! Ale z tobą nic zrobić, nie można.

– Andzia jest głupia i zła dziewczyna; raz tylko dałem się wplątać w jej towarzystwo, drugi raz pewnie nie pójdę. Starszy jesteś cokolwiek ode mnie, mój Genciu, a strasznie mało masz doświadczenia. Wszakże ta dziewczyna widocznie natrząsa się z ciebie; uważałem dobrze, i ręczę ci, że gdyby nie widziała jak hojnie wydajesz dla niej pieniądze, powiedziałaby po prostu: „Idź precz do książki, smarkaczu!”.

– A niechże cię licho, jaki mi sensat... Słowo honoru, nigdy, widzę, nie pozbędziesz się szkolnego munduru, całe życie będzie on wisiał przylepiony do twoich pleców. Czyś ty Niemiec, albo Popowicz jaki, żeby zaś nie mieć żadnej pasyjki! U nas każdy przepada, to za pieskiem, to za konikiem, za szklaneczką itd. A ty, fi! Mon cher! Kiepski szlachcic z was!

Gustaw zarumieniony odwrócił się. Mały wężyk pychy i próżności ukąsił go w serce. Dwaj koledzy rozeszli się w przeciwne strony.


ROZDZIAŁ II

Nazajutrz, około dziesiątej rano, karetka pocztowa zatrzymała się na stacji Miastkowo, położonej za Ostrołęką. Dwaj nasi młodzi bohaterowie, w cywilnych już sukniach, wyskoczyli z powozu.

– Pocztylion! Zawołał z gęstą miną Eugeniusz, wydobędziesz nasze tłomoczki.

– Panowie tu zostaną?

– Może i nie tu, ale nie pojedziemy dalej karetką.

Gustaw z rozkoszą przeciągnął się na słońcu, spojrzał w rozjaśniony horyzont i zapytał niedbale: – A stąd daleko do... jakże ją nazywasz?

– Do Rudawy? Bliziutko; nie wiem czy będzie pół mili.

– W takim razie, przychodzi mi pomysł.

– No, a jaki?

– Oto zostawmy tłomoczki na poczcie i przejdźmy pieszo resztę drogi.

– Ale rzeczy?

– Przyślesz po nie dziś jeszcze.

– Prawda, wyborna myśl! Mnie samego coś ciągnie do spaceru; wyraźnie pokuliłem sobie nogi siedząc tyle godzin w karetce. Tu zwłaszcza będziemy mieć przepyszny spacer, prawie samym lasem. Zgoda więc na twój pomysł. Raz przecież jesteś praktyczny. Ruszajmy.

– Oho! Nie zaraz. Przede wszystkim muszę umyć się i przebrać cokolwiek; po wtóre, jestem głodny jak wilk. Mówię to na wiarę ludzką, bo sam nigdy głodnego ani sytego wilka nie widziałem.

– Przebrać się łatwo: wejdź do pasażerskiej izby, tam właśnie zaniesiono nasze tłumoki. Co do jedzenia, udam się do pani posthalterowej. Do licha, znany tu jestem przecież! Nie pozwolą przyszłemu dziedzicowi Rudawy umrzeć z głodu na granicach jego posiadłości. Ruszaj do stancji, ja do pani.

Gustaw, zostawszy sam w gościnnej izbie, rozpiął walizkę i dobył z niej czarny surducik z niezbyt cienkiego sukna, lecz zupełnie świeżego kroju, który bardzo dobrze ubierał udatną postać młodzieńca. Na jasnym tle, w drobne lilia paseczki, żaknocikowa chustka na szyi, kamizelka pikowa koloru kawy ze śmietanką, i pantalony z letniego ciemno szaraczkowego kortu, dopełniły stroju korepetytora; a gdy odwinął białe kołnierzyki, które przy śniadej jego cerze świetniej wyglądały, włożył szare rękawiczki niciane i nakrył głowę białym ceratowym kaszkiecikiem, musiał wyglądać na wcale ładnego chłopca, gdy nawet służąca pani posthalterowej, która w tej chwili wniosła na tacy rozmaite zimne przekąski, wyznała swej pani, że od dziesięciu lat jak służy na poczcie, nigdy na tak ludnym trakcie piękniejszego pasażera nie widziała. Na co zresztą zazdrosny a dowcipny pisarz pocztowy rzekł złośliwie: – De gustibus et de pięknibus non est dosputandum!

Nasyceni wreszcie i ustrojeni bohaterowie nasi, zapaliwszy cygara (przedmiot, bez którego świeżo wyzwoleni z haftek szkolnego munduru rzadko się obchodzą), wyruszyli wesoło w drogę. Z początku obydwaj byli zajęci przedmiotami zewnętrznymi: Grżycki świstał spoglądając na las, świadek wielokrotnych jego myśliwskich klęsk i tryumfów. Gustaw, z rozkoszą mieszczucha, napawał się aromatycznym ziół i drzew zapachem, i wśród lekkiego szumu gałęzi rozdumał się na dobre.

– O czym tak marzysz? zapytał Eugeniusz.

– Ba! Trudna odpowiedź. Tyle rozmaitych myśli przepłynęło mi przez głowę... Las zawsze wywiera wrażenie. Dobrze mi jest tu. Zazdroszczę pionierom dziewiczych puszcz Ameryki. Nie wiem czemu, ilekroć znajduję się w lesie, samotny zwłaszcza, wyobrażam sobie, że z każdego drzewa, co chwila, duch jakiś przemówi do mnie. Niepodobna, aby miejsce gdzie tyle roślin zieleni się, kwitnie, rodzi i usycha, było i tylko obszernym cmentarzem, wiórzyskiem dla naszych pieców i kominów. Tu musi być życie! A te drzewa, rozumieją swoje szumiące pieśni!

– Poeta z ciebie, mój kochany. Co do mnie, lubię las także i bardzo nawet, ale wtedy tylko, gdy wśród gęstwin jego zagrają głosy ogarów... gdy strzał zahuczy odbity echem! Lecz tak na pusto, romansować myślami z drzewem, szumem, duchami etc. indignum et stultum est.

– Powiedz mi, Genciu, czy rodzice twoi spodziewają się nas?

– A to pytanie! Przecież wiedzą, że na wakacje do Chin nie pojadę.

– Ale ja pytam się czy spodziewani jesteśmy obydwa; prosto mówiąc, zapytuję cię, azali doniosłeś rodzicom, że przywieziesz mnie z sobą?

– No, teraz, clarum et justum est! Mówię bezpiecznie barbarzyńską łaciną, wiem, że wśród lasu nie będziesz mnie poprawiał. Otóż, chcę być również zrozumiałym – Ergo! Na list matki, obligujący mnie, aby przywieźć na czas wakacji korepetytora dla Maksia braciszka i Stasia item braciszka, odpowiedziałem, że przywiozę z pewnością, nie wymieniłem jednak kiedy i kogo. Oto wszystko.

– Może rodzice nie będą kontenci ze mnie?

– Masz że tobie! Zaczynasz skrupulizować. Mój Guciu, czy nie zawrócisz się czasem stąd do szosy? U ciebie mogą przytrafić się podobne wybryki. Najprzód, upewniam cię, że w domu zawsze i wszyscy kontenci są z tego, co zrobię: po wtóre uprzedzam, że ojciec nie miesza się do niczego poza obrębem gospodarstwa. Poczciwy stary! Trochę skąpy, gdy idzie o gotówkę, zresztą dobry, łagodny i milczący. Wątpię czy usłyszysz głos jego przez czas wakacji, chyba gdy szpak, jego ulubieniec, który nazywa się Pipu, nienakarmiony; wtenczas gotów przewrócić dom cały. Oto masz rysunek mego ojca. Matka zupełnie co innego. Rządzi wszystkim i we wszystko wgląda. Wesoła, dowcipna, wielka dama, jeszcze bardzo młodo i ładnie wygląda, przekonasz się o tym. Byłeś zresztą co dzień powiedział jej dzień dobry, chwalił, że dobrze i zdrowo się prezentuje; a nie deptał nade wszystko paskudnego mopsa faworyta, będziesz w łaskach. Siostra...

– Masz więc i siostrę?

– Ba! I jaką jeszcze... Prawda nie wspomniałem ci o niej nigdy, nie było sposobności. Otóż siostra Henrysia, już dorosła panienka – musi mieć koło osiemnastu lat, bo mama szesnasty jej liczy – otóż ta siostrzyczka jest śliczna jak anioł, zła jak czarcik a dowcipna jak nasz prefekt po dobrym obiedzie. Uważaj jednak, Gustawie, dodał poważniej Eugeniusz, że rysuję ci portrety mojej rodziny cokolwiek al fresco malizioso. Nie bierzże stąd fałszywego wyobrażenia o naszych domowych stosunkach. Upewniam cię, że wszyscy starzy i młodzi Giżyccy, ilu nas zastaniesz w Rudawie, kochamy się jak owe ptaszki zwane inseparabilis, o których wspomniał ongi nasz zacny pan Antoni Waga.

– Oh! Oh! Przypominasz dawne dzieje, nasze Działyńskie, Leszno!

– A czy wierzysz, że nie mogę bez zapału przypomnieć sobie tamtych szkół? Późniejsze wszystkie, blade już! Tak coś jakoś zdaje mi się, że my Leszniaki jesteśmy z drzewa, z którego robią...

– Drwa i wiórki, mój bracie. Największa część naszych kolegów tak skończyła przedwcześnie, a Bóg wie, co nam przeznaczono. – Bajki! Ty masz zawsze smutne myśli w zapasie, nosisz je z sobą jak moja matka pastylki w boatce.

– Cóż chcesz? Nie należę do liczby szczęśliwych, nic mi się dotąd nie wiodło, każdy zamiar spełzał na niczym, każda chęć zamierała we mnie niespełniona.

– Należysz do fatalistyków?

– Nie żartuj! Moje oczy widziały już dużo nieszczęścia i wiele słonych i gorzkich kropli wypiły...

– Ale! Darujesz mi mój drogi – jedno pytanie?

– A pytaj sobie o co chcesz!

– Bo widzisz, lubo znam cię tak dawno... nigdy nie przyszło mi na myśl zapytać cię o twoją rodzinę: kto był twój ojciec i gdzie jest teraz?

– Teraz, jest w grobie – odrzekł smutnie Gustaw.

– Ach! A matka?

– Matka... W niebie, z aniołami, do których była podobną. – Łza zabłysła w oku młodzieńca.

– Przebacz mi – rzekł Eugeniusz podając rękę koledze zasmuciłem cię... nie wiedziałem...

– Jestem sam jeden na świecie. Sieroctwo, mój bracie, to gorzki kawałek chleba. Lecz przestańmy o tym; powiedz mi raczej, daleko jeszcze iść mamy? Sądziłem, że to bliżej wypadnie.

– Prawie już jesteśmy w domu, las rzednieje a Rudawa tuż pod nim leży, ogród nawet dotyka części lasu. Oto czy postrzegasz na lewo ten szereg topól za borem, patrz! Teraz je widać, jest to aleja, która prowadzi prosto na dziedziniec pałacu. Tam znów na prawej stronie widać ogród. Tylko trudniej odróżnić go, bo do samego lasu dotyka.

– A tenże wielki budynek, z cynkowym dachem, wystający z pośród kasztanów, czy lip, bo dojrzeć nie mogę, to pewnie będzie dwór?

– Pałac, kochanku! Niech cię Bóg strzeże nazywać go inaczej. U nas po wsiach, lada chałupa nazywa się pałacem; nasz przynajmniej zasługuje na swoje miano. Ale wiesz co, Gustawie? Przychodzi mi myśl... Niepodobna żebyśmy tak zwyczajnie bez żadnego efektu przybyli pod drzwi domu. Pomyślano by, że niesłusznie otrzymaliśmy palenia. Mama zwłaszcza i siostra nie przebaczyłyby nam nigdy braku inwencji. Trzeba je zabawić przy okazji, zrobić jakąś niespodziankę. Pomyśl no!

– Sam wynajdź. Tępy jestem do figlów: posuwam je do szaleństwa, jeżeli już przyjdzie taki moment. Tu zwłaszcza, poważna rola korepetytora nie pozwala mi zajmować się kompozycją drolatyczną. Zamawiam sobie nawet, że i w egzekucji nie przyjmę udziału, jeżeli moja toga nauczycielska ma być podkasaną w tej farsie.

– Mam już, mam! Nie lękaj się, będziesz cały z twoją powagą mentora.

– Cóż więc umyśliłeś?

– Rzecz bardzo prostą: zatrzymasz się tu ja tymczasem pójdę przez ogród do domu, i powitawszy się z wszystkimi powiem, że na teraz nie mogłem dostać żadnego nauczyciela, lecz po wakacjach znajdzie się łatwej, etc. – Ty w ciągu kwadransa udasz się prosto gościńcem do dworu: przyszedłszy przed pałac, polecisz lokajowi by doniósł pani, że wędrowny muzyk, Niemiec, pyta czy nie potrzebują jego usług.

– Jakichże usług znowu?

– No, powiesz, że stroisz fortepiany, grasz... Przecież z łatwością przyjdzie ci odegrać tę rolę; mówisz dobrze po niemiecku, jesteś znakomicie muzykalny, a do tego masz jakąś dziwnie cudzoziemską minę, tylko wyglądasz bardziej na Włocha jak Niemca.

– Jeżeli potrzeba mogę uchodzić za Włocha, wiesz przecie, że znam ten język równie dobrze jak niemiecki.

– Prawda! Zapomniałem, że jesteś ogromny lingwista. Dobrze więc! Będziesz Włochem z Lombardii, wypada przeto abyś mówił po włosku i po niemiecku. Moja matka posiada cokolwiek obydwa te języki, Henrysia po włosku nawet nieźle mówi. Złudzenie będzie zupełne.

– Ale, cóż potem?

– No, potem skoro nastroisz fortepian, zagrasz cokolwiek, żądaj w nagrodę usług, aby mama darowała ci mopsa faworyta. Doskonałe rzeczy stąd wynikną – Ale...

– Żadne ale! Powiadam ci, że wszyscy będą zadowoleni; od razu zaskarbisz sobie względy pani domu i Henrysi. Co chcesz! Nudzą się kobieciska! Każda rozrywka jakby z nieba spada.

– No, niechże więc będzie jak chcesz.

– Brawo! Beatus est homo, qui scientia inventionata habet!

– A! Niech cię licho porwie z twoją łaciną. Mógłbyś śmiało powrócić do szkół na nowo.

– Co tam! Wszystko jedno. Lecz nie traćmy czasu. Zaczekajże tu; za dziesięć minut wyrusz prosto gościńcem, ja przez ogród natychmiast ile nogi wystarczą pobiegnę. Ad felix videndum.

– Jeszcze!

– Popraw to w czasie mojej nieobecności. Eugeniusz zwrócił się na lewo i wkrótce zniknął w krzakach.

Gustaw popatrzył chwilkę za odchodzącym, westchnął z uczuciem zazdrości, że nie mógł szczerze podzielić wesołości towarzysza, wreszcie znużony cokolwiek przechadzką i chcąc umówioną pauzę wygodniej przepędzić, usiadł przy gościńcu za cienistym krzakiem leszczyny, i wodząc okiem za lotem dwóch bocianów szybujących w niezmiernej wysokości, wędrował myślą po rozkosznym ogrodzie pełnym niebieskich migdałów.

W kilka chwil marzenia korepetytora przerwał tętent kłusującego konia. Gustaw obejrzał się. W odległości kilkunastu kroków, na drodze wiodącej ode wsi, spostrzegł młodą panienkę, na białej jak śnieg klaczy jadącą. Śliczna kawalerzystka ubrana była w amazonkę z ciemno zielonego kaszmiru, na szyi miała pąsową krawatkę z białymi i sztywnie ukrochmalonymi kołnierzykami; oczy koloru zielonego, zwane vert de mer, osłonięte czarnymi rzęsami, nakryte łukami wąskich i ciemnych brwi, miały dziwnie powłóczysty, omdlewający wyraz... a znów, w górę podczesane od skroni i w bogatych lokach spadające do koła głowy blond włosy, zadarty nosek z otwartymi nozdrzami, pełne i czerwone jak wiśnia usta, nadawały coś imponującego i zalotnie złośliwego tej milutkiej i białej jak lilia twarzyczce. W tej chwili, jedną ręką usiłowała zwolnić bieg wierzchówki, drugą obnażoną z rękawiczki, białą i delikatną jak u dziecka, podniosła do skroni, odgarniając jasne pukle włosów, wysunięte spod zgrabnego, z zielonego aksamitu, obszytego złotym galonem kaszkiecika.

Biedny korepetytor osłupiał na tyle wdzięków, tak niespodziewanie jawiących się wśród samotności i uroku lasu. Z początku pozostał bez ruchu w niemej kontemplacji; lecz widząc, że młoda amazonka nadjeżdża już ku miejscu gdzie ukryty i skulony siedział za krzakiem, zdjęty pomieszaniem powstał nagle. Na widok niespodziewanie wyrastającej jakby spod ziemi postaci dziewica krzyknęła, a piękna jej wierzchówka przerażona, skoczyła silnie w bok, przez całą szerokość drogi, i zrzuciwszy na ziemię omdlałą kawalerzystkę, w pełnym galopie powróciła gościńcem ku wsi.