Kurier carski  - Z Moskwy do Irkutska - Jules Verne - ebook
Wydawca: Masterlab Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Kurier carski - Z Moskwy do Irkutska ebook

Jules Verne

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kurier carski - Z Moskwy do Irkutska - Jules Verne

[color=rgb(0, 0, 0)][font='czcionka tekstu podstawowego']Wspaniała powieść przygodowa klasyka fantastyki - Juliusza Verne. [/font][/color]

[color=rgb(0, 0, 0)][font='czcionka tekstu podstawowego']Tagi: przygodowa, podróżnicza, fantastyka.[/font][/color]

Opinie o ebooku Kurier carski - Z Moskwy do Irkutska - Jules Verne

Fragment ebooka Kurier carski - Z Moskwy do Irkutska - Jules Verne








Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-63625-87-0
Tekst z domeny publicznej.
Publikacja na licencji Creative Commons: uznanie autorstwa, na tych samych warunkach,
Ilustracje: Jules Férat
Rok pierwszej publikacji: 1876. Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne.
Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2013.
 
MASTERLAB
Wydawanie i konwersja ebooków
E-mail: biuro.masterlab@gmail.com
www.masterlab.pl
Białobrzegi

Poland


Część I.


Rozdział I. Uroczystość w Pałacu.

Jenerale, nowa depesza.

— Zkąd?

— Z Tomska.

— Czy komunikacya z tem miastem przecięta?

— Tak jenerale, od wczoraj.

— Co godzina posyłać telegram do Tomska, i mnie dokładnie o wszystkiem uwiadamiać.

— Dobrze jenerale – odparł pułkownik K*.

Wyrazy te zamienione zostały o godzinie 2-ej rano, kiedy uroczystość dochodziła swego najwyższego blasku.

W czasie wieczoru, muzyka pułku Preobrażeńskiego i Pawłowskiego nieustannie wykonywała najpiękniejsze polki, mazury i walce. Pary tancerzy i tancerek snuły się po wytwornych salonach pałacu, stojącego zaledwo w odaleniu kilku kroków od „starego kamiennego domu” gdzie tyle strasznych dramatów odbywało się niegdyś, a echa których rozbudziły się właśnie tej nocy, głusząc motywa kadrylów.

Było w tem coś olśniewającego.

Wielki salon, najwspanialszy ze wszystkich w tym pałacu, służył orszakowi dostojników i kobiet pysznie strojnych, za odpowiednią oprawę ich wspaniałości. Bogate złocone sklepienie, ręką czasu nadwerężone, zdało się gwiazdzistem oświetleniem. Złotogłowia portyer i firanek, spadające w ciężkich fałdach, mieniły się jaskrawemi barwy, łamiąc się gwałtownie na rogach ciężkiej materyi.

Przez szyby wielkich obłąkowatych okien, światło salonów lekko przyćmione zasłonami, wydawało się na zewnątrz jakoby odbiciem pożaru, tworząc żywe przeciwstawienie z ciemnościami nocy, otaczającemi ten pałac błyszczący. Sprzeczność ta zajmowała uwagę osób nie tańczących. Umieściwszy się w framugach okien, mogli dojrzeć kilka dzwonów, rysujących się niepewnie wśród cieniów. Pod rzeźbionymi balkonami, przechadzały się liczne, milczące, z karabinem na ramieniu placówki, których spiczaste szyszaki zdawały się zakończone kitą o zapince płomiennej, od blasku świateł na zewnątrz wychodzących. Słyszeli także kroki patroli, wybijających takt na płytach kamiennych, dokładniej może, niż nogi tancerzy na posadzce salonów. Od czasu do czasu warta powtarzała hasło, czasami zaś trąbka na apel mięszając się z dźwiękami orkiestry, łączyła swe czyste tony do harmonii ogólnej.

Niżej jeszcze, przed fasadą, ciemne massy rysowały się na wielkich ostrokręgach światła, wychodzącego z okien pałacu. Były to statki na rzece, której wody oświetlone drgającym płomieniem kilku latarni okrętowych, obmywały pierwsze podmurowania tarasów.

Główny bohater balu, to jest wydający tę uroczystość, którego pułkownik K* tytułował jenerałem, był po prostu ubranym w mundur gwardyjski strzelców. Nie była to przesada, ale przyzwyczajenie człowieka obojętnego na przepych i pozór. Ubiór więc jego tworzył żywą sprzeczność z wytwornymi kostyumami, snującymi się wokoło niego.

Postać ta wysoka, twarzy przyjemnej i spokojnej, jednak z chmurą zamyślenia na czole, przechodziła kolejno od jednej do drugiej gruppy, ale mówiła mało, a nawet zdawała się nie wiele zwracać uwagi tak na wesołe dowcipy zaproszonej młodzieży, jako też na słowa poważniejsze wysokich dygnitarzy lub członków ciała dyplomatycznego Europy. Dwóch czy trzech z tych biegłych polityków- – fizyognomistów z urzędu – zauważyło na twarzy gospodarza, pewien objaw niepokoju. Przyczyny jego nie mogli odgadnąć, ale żaden nie odważył się zapytać. W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że oficer gwardyi tajemnicą swą nie chciał zakłócać uroczystości. Ożywienie i wesołość balu ani na chwilę nie zbladły.

Jednakże pułkownik K*, odawca depeszy z Tomska, czekał na rozkaz odalenia się, a oficer nie przerywał milczenia. Wziął telegram, przeczytał, czoło jego więcej się jeszcze zachmurzyło. Nawet mimowolnie chwycił za rękojeść szpady, potem oczy zasłonił na chwilę. Możnaby sądzić że blask światła go raził, i że szukał ciemności aby mógł lepiej w samego siebie spojrzeć.

— Tak więc – powiedział, odprowadziwszy pułkownika do framugi okna – od wczoraj nie mamy żadnych wiadomości.

– Żadnych, i należy się lękać, że wkrótce depesze nie będą mogły już przebyć granicy syberyjskiej.

— Ale wojska z Amuru i Irkutska, jako też z Zabajkalia, otrzymały rozkaz natychmiastowego wymarszu.

— Rozkaz ten wyprawiony ostatnim telegramem jaki mogliśmy przesłać za jezioro Bajkalskie.

— Czy z zarządami Jenissejska, Omska, Semipałatyńska i Tobolska, wciąż jesteśmy w bezpośredniej komunikacyi, od chwili wkroczenia?

— Tak jenerale, nasze depesze dochodzą ich, a obecnie mamy pewność, że tatarzy nie posunęli się za Irtysz i Obi.

— Milczeć o tem wszystkiem!

Poczem skłoniwszy się głęboko, pułkownik zniknął w tłumie i wkrótce opuścił salony bez zwrócenia na to niczyjej uwagi.

Oficer zaś stał chwilę zamyślony, potem zbliżał się do rozmaitych towarzystw, zebranych w kilku punktach salonu, i wtedy twarz jego znów wyrażała najzupełniejszy spokój.

Jednakże ważne wypadki w skutek których odbywała się powyższa rozmowa., nie były tak zupełnie nieznanemi, jak sądził oficer gwardyjski i pułkownik K*. Nie mówiono o tem urzędownie, to prawda, ale kilku dygnitarzy wiedziało mniej więcej dokładnie o wypadkach. W każdym razie, o tem czego się może zaledwo domyślano, a o czem nie mówiono wcale, nawet w ciele dyplomatycznem, rozmawiało dwóch z gości, nie odznaczających się ani mundurem, ani orderem żadnym na, a zdający się mieć wiadomości dosyć dokładne.

Jeden z tych ludzi był Anglikiem, drugi Francuzem; obydwaj szczupli, wysokiego wzrostu, jeden brunet, jako południowiec z Prowancyi, ­ – drugi rudy jak prawdziwy gentleman z Lancashire. Anglo-Norman, sztywny, zimny, powolny, oszczędny w ruchach i słowach, zdawał się mówić i rozprawiać tylko pod naciskiem sprężyny, w równych przestankach działającej. Francuz przeciwnie, żywy, ruchliwy, jednocześnie mówił ustami, wzrokiem, rękami, posiadający dwadzieścia sposobów odmalowania swej myśli, kiedy tymczasem jego słuchacz zdawał się mieć tylko jeden wyraz niezmiennie wystereotypowany w mózgu.

Te ich sprzeczności fizyczne byłyby uderzyły najnędzniejszego w świecie fizyonomistę; badacz zaś popatrzywszy z bliska na dwóch cudzoziemców, byłby określił w krótkości tę ich sprzeczność słowami: że Francuz „cały był wzrokiem” Anglik „cały uchem”.

W istocie przyrząd optyczny jednego z nich w skutek częstego użycia., szczególniej był udoskonalonym. Czułość i ruchliwość jego błonki ocznej, wyrównywała czułości jednego z tych czarodziejów, rozpoznających kartę, w krótkiej chwili zbierania, albo poprostu z ułożenia kratki niedostrzegalnej dla innych oczów. Francuz ten posiadał więc w najwyższym stopniu dar tak zwanej „pamięci ocznej”

Anglik przeciwnie, zdawał się wyłącznie stworzonym do słyszenia i słuchania. Skoro jego organ słuchu uderzony został jakim dźwiękiem, niezapominał go więcej i w dziesięć, dwadzieścia lat poznał go wśród tysiąca.

Uszy jego nie posiadały, ma się rozumieć, zdolności poruszania się jak uszy zwierząt opatrzone trąbkami słuchowemi; ale ponieważ uczeni zawyrokowali, że uszy ludzkie są „prawie” nieruchome; możnaby twierdzić że uszy naszego Anglika, prostując się, skręcając w prawo i lewo, usiłowały pochwycić dźwięki zaledwo dosłyszalne.

Tutaj należy powiedzieć, że ta doskonałość wzroku i słuchu u tych dwóch ludzi, służyła im wybornie, bo Anglik był korespondentem Daily Telegraph, Francuz zaś korrespondentem… Jakiego dziennika lub jakich dzienników, nie mówił nigdy, a skoro go pytano odpowiadał żartobliwie, że korespondował ze swoją „kuzynką Magdaleną”. W gruncie, Francuz ten pozornie tak lekki, był bardzo przebiegłym i bystrym. Rozprawiając na wszystkie strony, być może dla pokrycia swej chęci dowiedzenia się czegoś, nigdy się nie zdradzał. Sama jego gadatliwość służyła mu doskonale, był on prawdopodobnie więcej milczący i skryty od swego kolegi z Daily Telegraph.

Jeżeli uczestniczyli na balu w nocy z 15 na 16 Lipca, uczestniczyli jako dziennikarze dla tem większego zbudowania czytelników.

Zbytecznem byłoby mówić, te ludzie ci namiętnie kochali swoje powołanie, rzucali się ze zręcznością łasicy, na nowiny najmniej przewidziane, żadna przeszkoda nie była zdolną ich przerazić, posiadali niezmiernie zimną krew i rzeczywistą odwagę ludzi swego fachu. Prawdziwi łowcy polujący na wiadomości, przeskakiwali płoty, przebywali rzeki, przesadzali zapory z nieporównanym ogniem biegunów czystej krwi, co chcą stanąć „pierwszym” lub „zginąć”.

Dzienniki nie żałowały im pieniędzy, – najlepszego, najpewniejszego i najdoskonalszego środka zdobywania wiadomości, po dziś dzień światu znanego. Należy dodać na ich pochwałę, że nigdy nie wglądali i niewdzierali się za mury prywatnego życia, a działali tylko kiedy interesa towarzyskie lub polityczne tego wymagały, Słowem byli tak zwanymi „reporterami politycznymi i wojennymi”.

Korrespondent francuzki nazywał się Alcyd Jolivet; Harry Blonnt, angielski. Spotykali się po raz pierwszy, na uroczystości w pałacu, z której mieli dać sprawozdanie do swoich dzienników. Niezgodność charakterów, połączona z zazdrością dziennikarską, nie mogła obudzić sympatyi wzajemnej. Jednak zamiast unikać, szukali się raczej, pragnąc przeczuć wiadomości dnia tego. Byli to dwaj myśliwi, polujący na jednem territoryum z jednaką ostrożnością. Co jednemu brakowało, z korzyścią mogło być wyciągnięte od drugiego, w wspólnym więc interesie potrzebowali się widzieć i porozumieć.

Tego więc wieczoru obydwaj czatowali. W istocie, coś było w powietrzu.

— Gdyby to nawet było tylko przelotem kaczek – mówił do siebie Alcyd Jolivet – warte jednego strzału.

Dwaj korrespondenci rozmawiali z sobą, właśnie w kilka chwil po wyjściu pułkownika K*, usiłując wymacać się wzajemnie.

— Doprawdy, panie, uroczystość ta jest cudowną! – powiedział ujmująco Alcyd Jolivet, rozpoczynając rozmowę tem zdaniem prawdziwie francuzkiem.

— Wspaniałą! telegrafowałem to już – odparł zimno Harry Blonnt, używając tego wyrażenia wyłącznie poświęconego uwielbieniu przez obywatela Królestwa Zjednoczonego.

— Jednak – dodał Alcyd Jolivet – jednocześnie czułem się w obowiązku oznajmić mojej kuzynce…

— Pańskiej kuzynce? – powtórzył Harry Blonnt zadziwiony, przerywając swemu koledze.

— Tak – ciągnął dalej Alcyd Jolivet – mojej kuzynce Magdalenie. Z nią to korresponduję. Kuzynka moja lubi dobrze i spiesznie być powiadamianą! Sądziłem się więc w obowiązku donieść jej, że podczas uroczystości jakaś chmura zdawała się obciążać czoło jenerała.

— Mnie zaś wydał się promieniejącym – odrzekł Harry Blonnt, pragnący może ukryć swe przekonanie w tej mierze.

— I naturalnie kazałeś mu „promienieć” w szpaltach Daily Telegraph!

— Rozumie się.

— Są ludzie umiejący w najkrytyczniejszych chwilach zachować pozory spokoju.

— Czego wcale nie dokazał nasz gospodarz, kiedy pułkownik zawiadomił go, iż komunikacya przerwana między granicą a Irkutskiem.

— Ah! to pan wiesz o tem?

— Doskonale.

— Mnie, trudno byłoby wiedzieć, ponieważ ostatni mój telegram poszedł do Udinska – zauważył z pewnem zadowoleniem Alcyd Jolivet.

— Mój zaś do Krasnojarska tylko – powiedział Harry Blonnt.

— A zatem musisz pan wiedzieć także o rozkazach wysłanych do armii w Nikołajewsku?

— Tak panie, wiem o tem równocześnie z chwilą wysłania telegrafu do Kozaków Tobolskich, aby się koncentrowali.

— Najszczersza prawda panie Blonnt, zamysły te i mnie były znane, a wierz mi, że kuzynka moja wielu rzeczy jutro się dowie.

— Właśnie jak czytelnicy Daily Telepraph, panie Jolivet.

— Otóż to: kiedy się wszystko widzi!…

— I słyszy co się mówi!…

— Interesująca, warta śledzenia kampania, panie Blonnt.

— To też śledzić ją będę, panie Jolivet.

— W takim razie spotkamy się może na territoryum mniej bezpiecznem od salonowej posadzki!

— Mniej pewnem, tak, ale…

— Ale też i mniej śliskiem – odparł Jolivet, który podtrzymał swego kolegę w chwili, kiedy ten tracił równowagę odalając się.

Na tem, dwaj koledzy rozstali się, zadowoleni, że jeden drugiego w niczem nie wyprzedził. W istocie obaj zarówno grali.

W tej chwili drzwi prowadzące do wielkich salonów otwarły się. Tam stało kilka obszernych stołów z prześliczną zastawą, zlotem i porcelaną obciążonych. Na stole środkowym przeznaczonym dla wyboru towarzystwa, błyszczał niezmiernej wartości serwis, sprowadzony z fabryk londyńskich, w około zaś tego arcydzieła sztuki jubilerskiej, odzwierciadlały się, pod blaskiem przepychu, tysiące sztuk najcudniejszego serwisu jaki kiedykolwiek wykonały rękodzielnie w Sevres.

Zaproszeni skierowali swe kroki ku sali jadalnej.

W tej samej chwili pułkownik szybko podszedł do oficera strzelców.

— I cóż? – zapytał tenże żywo, tak samo jak pierwszą razą.

— Telegramy nie przechodzą już za Tomsk.

— Kuryera natychmiast!

Oficer opuścił salon, wyszedł do przyległego pokoju. Byłto gabinet pracy, bardzo skromnie starym dębem umeblowany, położony w rogu pałacu. Kilka obrazów, między inne mi kilka z podpisem Horacego Vernet’a, wisiało na ścianie.

Oficer szybko otworzył okno, i odetchnął stanąwszy na obszernym balkonie, powietrzem orzeźwiającem pięknej nocy lipcowej.

Oczom jego, oświetlone promieniami księżyca ukazały się mury ufortyfikowane, w pośrodku których wznosiły się dwie katedry, trzy pałace i arsenał. W około tego opasania wyraźnie rysowały się trzy miasta: Kitaj-Gorod, Biełoj-Gorod, Zemlianoj-Gorod, rozległe cyrkuły europejskie, tatarskie lub chińskie, nad niemi wznosiły się wieże, dzwony, minarety, kopuły trzechset kościołów, z zatkniętemi srebrnemi krzyżami. W małej rzece płynącej krętem korytem gdzieniegdzie odbijały się promienie księżyca. Całość tworzyła ciekawą mozajkę różnokolorowych budynków w obwodzie dziesięcio milowem.

Rzeka ta była to Moskowa, miasto Moskwa, mur ufortyfikowany Kremlin.


Rozdział II. Tatarzy.

Jeżeli jenerał tak nagle opuścił salony pałacu, w chwili kiedy uroczystość kipiała w całym blasku, uczynił to dla tego, iż ważne wypadki spełniały się podówczas za granicami Uralu. Nie ulegało już wątpliwości, iż groził napad tatarów.

Rossya azyatycka albo Syberya zajmuje przestrzeń pięciuset sześćdziesięciu mil i liczy około dwóch milionów mieszkańców. Ciągnie się ona od gór Uralskich, oddzielających ją od Rossyi Europejskiej, aż do wybrzeży oceanu Spokojnego. Na południe graniczy z Turkestanem i cesarstwem Chińskiem; na północ z oceanem Lodowatym od morza Kara do cieśniny Behringa. Dzieli się ona na gubernie albo prowincye, jako to: Tobolską, Jenisejską, Irkutską, Omską i Jakutską; na dwa główne obwody: Ochocki i Kamczacki, posiada dwa kraje podległe dziś panowaniu Rossyi: kraj Kirgizów i Czukczów.

Ogromna ta przestrzeń stepowa, zawierająca przeszło sto dziesięć stopni od wschodu na zachód, jest zarazem miejscem deportacyi winowajców.

Dwaj jenerał-gubernatorowie reprezentują tutaj najwyższą władzę. Jeden z nich ma swoją rezydencyę w Irkutsku stolicy Syberyi zachodniej. Rzeka Czumna wpadająca do rzeki Jenisieju, przedziela obiedwie Syberye.

Żadna droga żelazna nie przecina jeszcze olbrzymich tych płaszczyzn, pomiędzy któremi znajdują się i bardzo urodzajne. Żaden gościniec nie czyni kunkurencyi kopalniom, co sprawia, iż na znacznej przestrzeni wnętrze gruntów syberyjskich, bywa bogatsze od powierzchni. w lecie jeżdżą tam kibitkami i telegami; sankami w zimie.

Jedyna kommunikacya, ale kommunikacya elektryczna, łączy granicę wschodnią z zachodnią Syberyi, za pośrednictwem drutu, przeszło ośm tysięcy wiorst długiego. Wyprowadzony z Uralu, przechodzi on przez Ekaterynburg, Kassimów, Tiumeń, Iszim, Omsk, Elamsk, Koływań, Tomsk, Krasnojarsk, Niżnyj-Udińsk, Irkutsk, Wierch-Nerczysk, Strelińsk, Ałbazyn, Błagowieszczeńsk, Radde, Orłowskaya, Aleksandrowskoe, Nikołajewsk, i pobiera sześć rubli dziewiętnaście kopiejek, za każdy wyraz idący na ostatnią stacyę. Z Irkutska przeprowadzona jest linia do Kiachty na granicy mongolskiej, ztamtąd zaś po trzydzieści kopiejek za wyraz, poczta przesyła depesze do Pekinu w ciągu dni czternastu.

Ta to właśnie linia z Ekaterynburga do Nikołajewska została przerwana, co zrodziło obawę, aby pewna część kirgizów nie przyłączyła się do tatarów.

Kirgizi dzielą się na trzy hordy: wielką, małą i średnią, liczą około czterechkroć sto tysięcy „namiotów” co znaczy dwa miliony dusz. Z tych rozmaitych pokoleń, jedne są niepodległe, drugie uznają władzę bądź Rossyi, bądź chanów z Chiwy, Kokondu i Buhary, to jest, najgroźniejszych naczelników w byłym Turkestanie. Horda średnia, najbogatsza i najliczniejsza zarazem; obozy jej zalegają całą przestrzeń od Sara-Su, Irtyszu, wyższego Iszim, Jeziora Hadisang i jeziora Aksakal. Wielka horda. zajmująca okolice na wschód średniej, ciągnie się do gubernii Omskiej i Tobolskiej. Gdyby więc ludy te uległy tatarom, byłoby to szkodą Rossyi azyatyckiej, a zarazem rozdzieleniem Syberyi na wschód Jenissieju.

Prawda, że Kirgizi ci, niewprawni w sztuce wojennej, są raczej rabusiami i złodziejami karawn, aniżeli regularnym żołnierzem. Tak jak to powiedział P. Lewszyn, „ścieśniona kolumna, albo czworobok dobrej piechoty, może stawić czoło dziesięćkroć przenoszącej liczbie Kirgizów, a jedna armata może znieść przerażającą ich liczbę”.

Tak, ale potrzeba aby czworobok dobrej kawaleryi przybył do kraju, aby armata opuściła prowincye rossyjskie, oddalone o dwa do trzech tysięcy wiorst. Oprócz tego z wyjątkiem drogi prostej łączącej Ekaterinburg z Jrkutskiem, stepy często bagniste, niełatwe do przebycia, i niewątpliwie upłynęłoby kilka tygodni, zanim wojska rossyjskie byłyby wstanie odeprzeć hordy tatarskie.

Omsk, jest środkowym punktem organizacyi wojskowej w zachodniej Syberyi, przeznaczonej dla utrzymania w posłuszeństwie ludności kirgizkiej. Tam są granice, które te ludy koczujące niezupełnie poddane, niejednokrotnie znieważyły. Linia kolonii wojskowych, to jest ta gdzie byli rozłożeni eszelonami kozacy od Omska do Semipałatyńska, była w kilku miejscach przerwaną. Oprócz tego należało się obawiać, aby „wielcy sułtani” zarządzający obwodami znaczniejszemi Kirgizów, nie przyjęli dobrowolnie lub przymusowo zwierzchnictwa tatarów, tak jak oni muzułmanów.

W istocie, już oddawna Tatarzy turkestańscy a szczególniej z Buhary, Chiwy, Kokandu i Kunduzy, usiłowali zarówno siłą jak przekonaniem, uwolnić hordy kirgizkie od panowania Rossyjskiego.

Kilka słów o tych Tatarach.

Tatarzy należą wyłącznie do dwóch różnych rass, do rasy kaukazkiej i mongolskiej.

Rasa kaukazka jest ta, powiedział Abel de Rémusat „którą europejczykowie uważają jako typ piękności naszego rodzaju, bo wszystkie ludy tej części świata mają swój rodzaj”; łączy pod jedno zwierzchnictwo Turków i krajowców szczepu perskiego.

Do rassy czysto mongolskiej liczą się: Mongołowie, Mandżurowie i Tybetanie.

Tatarzy podówczas zagrażający, byli z rassy kaukazkiej i wyłącznie zajmowali Turkestan. Obszerny ten kraj dzieli się na rozmaite państwa, zarządzane przez chanów, ztąd nazwa chanat. Głównymi chanami są: Buchara, Kokand, Kunduz etc.

W tej epoce najważniejszym i najgroźniejszym chanem był chan z Buhary. Rossya już kilkakrotnie prowadziła wojnę z jego dowódzcami, którzy w osobistym interesie, dla nałożenia swego jarzma, popierali niezależność Kirgizów. Obecny naczelnik Feofar-Chan:, wstępował w ślady swoich poprzedników.

Chanat Buhary, ciągnie się z północy ku południowi, pomiędzy trzydziestym siódmym a czterdziestym pierwszym równoleżnikiem, a od wschodu na zachód pomiędzy sześćdziesiątym pierwszym a sześćdziesiątym szóstym stopniom długości, to jest: zajmuje powierzchnię około dziesięciu tysięcy mil kwadratowych.

W państwie tem, ludności jest dwa miliony pięćkroć sto tysięcy mieszkańców, wojska sześćdziesiąt tysięcy, podczas wojny w trójnasób zwiększonego i trzydzieści tysięcy kawaleryi. Jest to kraina bogata w produkta zwierzęce, roślinne, mineralne, powiększona przyłączeniem ziemi Balkh, Aukoi i Meimaneh. Posiada dziewiętnaście miast znaczniejszych. Buhara otoczone murem, na przestrzeni ośmiu tysięcy mil angielskich, najeżone wieżami, osada sławna wsławiona przez Avicennesów i innych uczonych X wieku, uważaną jest za ognisko nauki muzułmańskiej i liczoną do najsławniejszych w Azyi środkowej; Samarkanda posiadająca grób Tamerlana i sławny pałac gdzie chowają niebieski kamień, gdzie każdy nowo-obrany chan powinien siedzieć; broni go niezmiernie silna warownia; Karszi opasane potrójnym murem, leży w oazie, otoczonej bagniskami, przepełnionemi żółwiami i jaszczurkami, prawie niezdobyte; Czerdżoui, prawie przez dwadzieścia tysięcy dusz bronione; nakoniec Katta-Kurhan, Nourata, Djizah, Paikande, Karakoul, Khouzar etc., składają zbiór miast trudnych do zdobycia. Chanat Buhara opasany górami, odosobniony przez stepy, jest państwem prawdziwie groźnem i Rossya musiała przeciw niemu znaczne siły wystawić.

Zarządzał wtedy tym krajem Tataryi dumny i dziki Feofar. Polegając na innych chanach – głównie na chanie z Kokandu i Kunduzy, wojownikach strasznych i chciwych łupieztwa, gotowych rzucić się na przedsięwzięcie przyjemne instynktom tatara, – wspomagany przez wszystkich dowódzców hord środkowych Azji, stanął na czele najścia. Wkroczył do obwodów Semipałatińskich, i kozacy w zbyt małej liczbie znajdujący się na tym punkcie, musieli cofnąć się. Rabując, burząc, zaciągając do wojska poddających się, biorąc do niewoli opierających się, przechodzili z jednego miejsca do drugiego, z całym taborem władzcy wschodniego, mogącym być nazwanym domem obywatelskim, jego żonami i niewolnicami – wszystko to z czelnością Gengis-Chana nowożytnego.


Rozdział III. Michał Strogoff.

Wkrótce drzwi gabinetu otwarły się i oficer służbowy oznajmił pułkownika K*.

— Gdzie kuryer? żywo zapytał jenerał.

— Jest tam jenerale, odpowiedział K*.

— Czy znalazłeś człowieka jakiego nam potrzeba?

– Śmiem ręczyć za niego.

— Czy on liczy się do służby pałacowej?

— Tak jest jenerale.

— Znasz go?

— Osobiście i wiem że kilkakrotnie już wykonywał z pomyślnym skutkiem, bardzo trudne zlecenia.

— Za granicą?

— Na Syberyi.

— Zkąd rodem?

— Z Omska. To Syberyjczyk.

— Czy posiada zimną krew, rozum i odwagę?

— Tak jenerale, posiada on wszystkie warunki do pomyślnego przeprowadzenia missyi tam, gdzie innym niezawodnie nie powiodłoby się.

— W jakim wieku?

— Lat trzydzieści.

— Czy to człowiek silny, wytrwały?

— Jest on zdolnym znieść najstraszniejsze mrozy, głód, pragnienie i niewygody.

— Czy to człowiek żelazny?

— Tak jenerale.

— A serce?

— Z czystego złota.

— Nazywa się?

— Michał Strogoff.

— Czy gotów do drogi?

— Oczekuje Waszych rozkazów.

— Niech wejdzie.

Za chwilę kuryer Michał Strogoff wchodził do gabinetu jenerała.

Michał Strogoff był wysokiego wzrostu, silnie zbudowany, o szerokich barkach i wypukłej piersi. Głowa jego przedstawiała piękny typ rassy kaukazkiej. Członki zdawały się sprężynami mechanicznie ułożonemi do wykonywania pracy wymagającej siły. Pięknego tego chłopca nie łatwo było wbrew jego woli poruszyć, bo skoro stał, nogi jego zdawały się być wrośniętemi w ziemię. Na głowie kształtu kwadratowego, o szerokim czole, wiły się loki z pod kasku żołnierskiego. Kiedy twarz jego zazwyczaj blada mieniła się, to tylko pod wpływem przyspieszonego bicia serca, żywsza cyrkulacya napędzała mu krew do twarzy. Oczy miał szafirowe, wejrzenie prawe, otwarte, niewzruszone, błyszczało mu z pod cokolwiek chmurnej powieki, świadcząc o wysokiej jego odwadze „odwadze bez gniewu, odwadze bohaterskiej”, jak się wyrażają fizyognomiści. Z pod dużego nosa o rozwartych rozdrzach, ukazywały się usta symetryczne, cokolwiek wywinięte, znamionujące istotę wspaniałomyślną i dobrą.

Michał Strogoff był charakteru stanowczego, decydował się prędko, nie zaciskał paznogci w niepewności i nie drapał się w ucho. Zarówno oszczędny w gestach jak w słowach, umiał stać nieruchomie jak żołnierz przed swoim zwierzchnikiem, ale kiedy chodził, ruch jego oznaczał się wielką swobodą i dystynkcyą poruszeń, – co dowodziło ufności i bystrości umysłu zarazem. Był on jednym z ludzi dających się określić jednem pociągnięciem pióra.

Michał Strogoff nosił wytworny wojskowy mundur, podobny cokolwiek do munduru oficerskiego strzelców konnych, podczas wyprawy buty, ostrogi, spodnie prawie obcisłe, kurtka obłożona futrem, szamerowana żółtym sutaszem na tle bronzowem. Na wypukłej piersi błyszczało kilka krzyży i kilka medali.

Michał Strogoff, należał do korpusu kuryerów, był on oficerem pomiędzy tymi wybranymi. Jego ruchy, fizyognomia, chód, malowały człowieka „wykonawcę rozkazów”. Posiadał więc najważniejszy przymiot, jak mówi romansopisarz Turgeniew, do osiągnięcia wysokiego stanowiska.

W istocie, jeżeli człowiek mógł odbyć podróż z Moskwy do Irkutska, przezwyciężając przeszkody, narażając się na nieuniknioną prawie zgubę, to człowiekiem tym mógł być tylko taki Michał Strogoff.

Ważną okolicznością było i to, że Michał Strogoff doskonale znał okolice które miał przebywać, znał rozmaite narzecza, nie dla tego że je już kilkakrotnie przebywał, ale dla tego że był pochodzenia syberyjskiego. Ojciec jego od lat dziesięciu już nieżyjący, stary Piotr Strogoff, mieszkał w Omsku, gdzie matka jego Marta Strogoff dotąd zamieszkiwała. Tamto, w pośród dzikich stepów prowincyi Omska i Tobolska, odważny strzelec syberyjski wychowywał swego Michała, zaprawiając go do wszelkich niewygód. Prawdziwem powołaniem Piotra Strogoff, było myśliwstwo. Tak w lecie jak i w zimie, wśród najwyższych upałów, zarówno jak w najtęższe mrozy, przechodzące czasami pięćdziesiąt stopni niżej zera (Celciusza) przebiegał zamarzłą płaszczyznę, jodłowe lasy, zakładał sidła, czatował ze strzelbą na drobną zwierzynę, z widłami lub nożem na grubego zwierza. Grubą zwierzyną były niedźwiedzie syberyjskie, groźne i dzikie, dorównywające wzrostem, niedźwiedziom morza lodowatego. Piotr Strogoff zabił ich przeszło trzydziestu dziewięciu, to znaczy że i czterdziesty padł pod jego ciosami, a wiadomo, jeżeli mamy wierzyć legendom rossyjskim, jak wielu myśliwych zadało śmiertelny cios trzydziestu dziewięciu niedźwiedziom, czterdziestego zaś sami padali ofiarą!

Piotr Strogoff przekroczył liczbę fatalną, bez najlżejszego zadraśnięcia nawet. Od tej pory, syn jego Michał, wówczas liczący lat jedenaście, towarzyszył mu w jego wyprawach – nosił widły, i miał być pomocą ojcu, nożem tylko uzbrojonemu. W czternastym roku Michał zabił niedźwiedzia sam, – ale to nic jeszcze; – zdjąwszy zeń skórę, zaciągnął ten olbrzymi ciężar do domu rodzicielskiego, oddalonego o wiorst kilka. To wskazywało w dziecku siłę niepospolitą.

Życie takie posłużyło mu; doszedłszy do wieku dojrzałego, był zdolny znieść wszystko, zimno, upał, głód, pragnienie, niewywczas. Był to człowiek z żelaza. Mógł dwadzieścia cztery godzin nic nie jeść, dziesięć nocy nie spać, znaleść sobie schronienie na. stepie, tam gdzie innego powietrze zdusiłoby. Obdarzony nadzwyczaj delikatnemi zmysłami, prowadzony instynktem Delawara wśród białej płaszczyzny, kiedy mgła zaciemniała cały horyzont, nawet kiedy przebywał w okolicach podrównikowych, gdzie noce biegunowe długie dnie trwają, odnajdywał drogę tam, gdzie inny nie umiałby kroku postąpić. Znał wszystkie tajemnice swego ojca. Nauczył się kierować według znaków niedostrzegalnych prawie, układu sopli, gałęzi na drzewach, odbicia ostatnich granic horyzontu, zdeptanej trawy w lesie, niepewnych odgłosów przebijających powietrze, dalekich wystrzałów, ciągnienia ptaków, mgły, słowem z tysiąca wskazówek przemawiających do umiejących je rozpoznać. Wreszcie zahartowany na mrozie i śniegach posiadał zdrowie żelazne i serce złote, jak to prawdziwie objawił pułkownik K*.

Jedyną namiętnością Michała Strogoff była jego matka, stara Marta, która żadną miarą niechciała opuścić Omska i starego domu, gdzie cały wiek swój z mężem przeżyła. Syn porzucał ją z sercem wezbranem, przyrzekając o ile możności jak najczęściej odwiedzać, czego dotrzymywał z religijną sumiennością.

Było postanowione że w dwudziestym roku życia Michał Strogoff wstąpi do korpusu kuryerów. Młody Syberyjczyk odważny, rozumny, gorliwy, dobrego prowadzenia, odznaczył się zaraz w podróży na Kaukaz, podczas buntu kilku sukcessorów Szamyl’a; potem podczas ważnej missyi, która go pociągnęła aż do Petropolowki w Kamczatce, na granicę Rossyi azyatyckiej. Podczas tej podróży rozwinął zadziwiająco przymioty zimnej krwi, przezorności, odwagi, która zjednała mu pochwałę zwierzchników i posunęła szybko na drodze obranego zawodu.

Z urlopów przynależnych mu po tak dalekich drogach, nieomieszkał nigdy korzystać, poświęcając czas ten swojej starej matce, jeżeli nawet tysiące wiorst dzieliło go od niej i zima uczyniła drogi nieprzebytemi. A jednak, wprawdzie poraz to pierwszy dopiero, Marta już trzy lata niewidziała syna, trzy lata, trzy wieki! Za parę dni miał otrzymać urlop i już przygotowywał się w drogę do Omska, kiedy wypadły wiadome nam okoliczności. Tak więc Michał Strogoff został wprowadzonym do jenerała, niewiedząc zupełnie czego odeń żądano.

Jenerał nic nie mówiąc patrzył nań chwil kilka badając okiem przenikliwem; Michał zaś stał nieruchomie.

Potem, jenerał widocznie zadowolony, odwrócił się do biórka, dal znak naczelnikowi policyi aby usiadł i po cichu podyktował list z kilku wierszy się składający.

Po napisaniu, jenerał z całą uwagą list odczytał i podpisał. Włożono go w kopertę i zapieczętowano.

Wtedy jenerał dał znak Michałowi Strogoff aby się przybliżył.

Michał postąpił kilka kroków i znów stanął nieruchomie, gotów odpowiadać.

Jenerał jeszcze raz bacznie się weń wpatrzył. Potem zapytał krótko:

— Nazywasz się?…

— Michał Strogoff.

— Jakie zajmujesz stanowisko?

— Kapitana korpusu kuryerów.

— Znasz Syberyą?

— Jestem Syberyjczyk.

— Urodziłeś się?

— W Omsku.

— Czy masz tam krewnych?

— Mam.

— Kogo?

— Moją starą matkę.

Jenerał umilkł. Potem ukazując mu list trzymany w ręku odezwał się:

— Oto list który rozkazuję ci oddać do własnych rąk dowodzącego, nikomu innemu.

— Wręczę go według rozkazu.

— Głównodowodzący jest w Irkutsku.

— Udam się do Irkutska.

— Ale trzeba będzie przebyć kraj zalany przez Tatarów, którzy usiłować będą ten list ci odebrać.

— Przedrę się.

— Będziesz przejeżdżał przez Omsk?

— Tamtędy droga mi wypada.

— Jeżeli będziesz się widział z matką, narazisz się na odkrycie. Potrzeba abyś jej nie widział!

Michał Strogoff zawahał się.

— Nie będę się z nią widział.

— Przysięgnij mi iż nic cię nie skłoni do odkrycia kto jesteś, i gdzie się udajesz?

— Przysięgam.

— Michale Strogoff, ciągnął dalej jenerał, wręczając list kuryerowi, weź ten list, w nim mieści się ocalenie kraju.

— List ten zostanie wręczonym.

— Więc przedrzesz się bądź co bądź wypadnie?

— Przedostanę się lub zginę.

— Potrzebuję abyś żył.

— Będę żyć i przedostanę się, odpowiedział Michał Strogoff.

Jenerał zdawał się być zadowolonym pewnością i spokojem odpowiedzi Michała.

— Idź więc w imię Boga.

Michał Strogoff skłonił się po wojskowemu, opuścił natychmiast gabinet jenerała, a w kilka chwil później i pałac.

— Zdaje mi się że szczęśliwie wybrałeś pułkowniku.

— I ja tak sądzę, Michał Strogoff wykona wszystko, co tylko człowiek wykonać jest w stanie.

— To w istocie jest człowiek, odpowiedział jenerał.


Rozdział IV. Z Moskwy do Niżnego-Nowgorodu.

Przestrzeń którą miał przebyć Michał Strogoff między Moskwą a Irkutskiem, wynosiła pięć tysięcy dwieście werst (5,523 kilometry). Kiedy drut telegraficzny nie był jeszcze przeprowadzony między górami Uralskiemi a granicą wschodniej Syberyi, depesze przesyłano za pośrednictwem kuryerów, a najpospieszniej nawet odbywając podróż, potrzeba było ośmnastu dni na przebycie przestrzeni z Moskwy do Irkutska. Ale stanowiło to wyjątek, a droga Rossyi azyatyckiej trwała zazwyczaj od czterech do pięciu tygodni, chociaż czyniono wszelkie możliwe ułatwienia dla gońców cesarskich.

Jako człowiek nie lękający się ani zimna ani śniegów, Michał Strogoff byłby wolał podróż w czasie zimy, dozwalającej całą przestrzeń przebyć sankami. Wtedy niedogodność jej zmniejsza się zrównaniem stepów śniegami. Wtedy niema strumieni do przebycia. Wszędzie powierzchnia lodowa ułatwia podróż sankami. Może wówczas pewne zjawiska natury stają się groźnemi, jako to ustawiczne mgły, niezmierne mrozy, zawieruchy, zasypujące nieraz całe karawany. Często także, wilki zmuszone głodem, tysiącami zalegają płaszczyznę. Dogodniej byłoby jednak, narażać się na niewygody zimy, bo wtedy Tatarzy byliby rozlokowali się w miastach, nie zaś włóczyli po stepach. Ale nie od niego zależał wybór czasu i chwili. Jakiekolwiek były warunki, musiał zgodzić się na nie i jechać.

W takich to okolicznościach, Michał Strogoff miał odbywać podróż.

Naprzód nie jechał już jako kuryer. Należało nawet pozory zajmowanego przezeń stanowiska usunąć. Gdyby go odkryto, missya jego przepadła. To też wręczając mu znaczną sumę potrzebną na podróż i pewne ułatwienia, pułkownik K* nie dał mu żadnego otwartego rozkazu, poprzestał na wydaniu „podorożnej”.

Podorożna była wystawiona na imię Mikołaja Korpanoff, negocyanta, mieszkającego w Irkutsku. Upoważniała ona do przybrania w danym razie eskorty złożonej z kilku osób.

Podorożna, było to poprostu pozwolenie używania koni pocztowych; ale Michał Strogoff wtedy tylko miał z niej korzystać, jeśli nie podawała w podejrzenie jego stanowiska, to jest, tylko na terrytoryum europejskiem. Ztąd wynikało że w Syberyi, nie mógł już rozkazywać na stacyach pocztowych, wybierać koni, ani też robić żadnych wyjątków na swój pożytek osobisty. Michał Strogoff powinien był pamiętać, że już nie jest kuryerem, a prostym kupcem Mikołajem Korpanoff, podróżującym z Moskwy do Irkutska, i jako taki musiał się podać wszelkim niedogodnościom zwykłego podróżnika.

Przebyć z mniejszą lub większą szybkością, ale przebyć niepostrzeżonym, taki był program jego.

Przed trzydziestu laty eskortę dostojnego podróżnika, składało najmniej dwustu kozaków konnych, dwustu piechurów, dwudziestu pięciu kawalerzystów, trzysta wielbłądów, czterysta koni, dwadzieścia pięć wozów, dwa statki przenośne i dwie armaty… Takie materyały były potrzebne dla odbycia podróży przez Syberyą.

Michał Strogoff nie miał ani armat, ani kawalerzystów, ani piechurów, ani żadnych zwierząt w ogóle. Miał jechać powozem lub konno – w razie potrzeby odbywać podróż piechotą.

Pierwsze tysiąc czterysta werst, to jest odległość między Moskwą a granicą nie przedstawiały żadnych trudności. Droga żelazna, powozy pocztowe, parowe statki, konie na rozmaitych stacyach, były przeznaczone do użytku wszystkich a tem samem i do użytku Michała Strogoff.

Tak więc szesnastego lipca rano, bez śladu munduru, z podróżnym workiem na plecach, odziany w zwykle szaty, w obcisłą kurtkę spiętą pasem i szerokie spodnie w buty wpuszczone, Michał Strogoff szedł na kolej, aby wsiąść na pierwszy pociąg. Na pozór był zupełnie bezbronny, ale pod pasem krył się rewolwer, a w kieszeni szeroki jatagan, służący myśliwcowi syberyjskiemu do zakłócia niedźwiedzia bez nadwerężania drogocennego jego futra.

Na kolei moskiewskiej wielu zebrało się pasażerów. Koleje rossyjskie są miejscem bardzo licznych zgromadzeń, składających się zarówno z odjeżdżających jak z przyglądających się tym ostatnim. Jest to pewien rodzaj giełdy na wiadomości.

Michał zastał pociąg mający go zawieść do Niżnego Nowgorodu, Tam, w owej epoce, kończyła się droga żelazna, która łącząc Moskwę z Petersburgiem, ma być doprowadzoną aż do granicy rossyjskiej. Była to przestrzeń czterystu werst. Pociąg przebywał ją w ciągu dziesięciu godzin. Michał Strogoff przybywszy do Niżnego Nowgorodu: w miarę okoliczności, miał podróżować dalej bądź parowym statkiem po Wołdze, albo też dostać się przez góry Uralskie.

Michał Strogoff oparł się w kącie, jak zamożny mieszczanin niezbyt zajmujący się swemi interesami i usiłujący czas snem sobie skrócić.

Ale ponieważ nie był sam jeden w całym przedziale, spał tylko jednem okiem i słuchał obydwoma uszami.

Podróżni byli to po większej części kupcy udający się na sławny jarmark do Niżnego Nowgorodu. Ma się rozumieć była to mięszanina Żydów, Turków, Kozaków, Rossyan, Georgianów, Kałmuków i innych, ale prawie wszyscy prowadzili rozmowę w języku rossyjskim.

Rozmawiano więc o ważnych wypadkach odbywających się za Uralem.

Egoiści zapatrywali się na wojnę, tylko z punktu widzenia handlowego. W Michale Strogoff nikt niedomyślał się wojskowego, brano go za kupca i rozmawiano swobodnie, on zaś słuchał.

— Mówią że cena herbaty wznosi się, rzekł Pers dający się łatwo poznać po futrzanej astrachańskiej czapce i ciemnej fałdowanej sukni, wytartej czyszczeniem.

— Oh! ceny herbaty nigdy nie spadną, odparł stary żyd o pomarszczonej twarzy. Prowadzący handel z Niżnym Nowgorodem, łatwo ją będą mogli przesłać przez zachód, ale co do dywanów z Bukhara, inaczej się rzeczy mają.

— Jaktol Więc wy oczekujecie transportu z Bukhara? Pers zapytał.

— Nie, ale transportu z Samarkandy, a ten jeszcze więcej jest narażonym.

— Jeżeli dywany nie przybywają, to i handel zapewne ustanie.

— A stracone korzyści, Boże Izraela, wykrzyknął żydek, czy to za nic rachujesz?

— Masz słuszność, odrzekł inny podróżny, produkta Azyi mogą niedopisać na jarmarku, tak dywany z Samarkandy, jako też wełna, łój, szale wschodnie.

— Strzeż się więc, odezwał się jakiś dowcipny Rossyanin. Potłuścisz szale jeżeli je z łojem pomieszasz.

— Was to śmieszy! odparł zgryźliwie kupiec, którego nie bawiły żarty tego rodzaju.

— Czy darcie się za włosy, posypanie popiołem nawet, zmieni co w wypadkach? Nie! tak samo jak i w przewozie towarów.

— Znać że nie jesteście kupcem, zauważył żydek.

— Na honor, nie, zacny potomku Abrahama! Nie handluję ani chmielem, ani pierzami, ani miodem, ani woskiem, ani solonem mięsem, ani kawiorem, ani drzewem, ani wełną, ani wstążkami, ani lnem, ani safianem, ani futrami!…

— Ale czy kupujecie? zapytał Pers, przerywając wyliczanie podróżnika.

— O ile można jak najmniej, i tylko na swój własny użytek, odpowiedział tenże przymrużając oczy.

— To jakiś żartowniś.

— To niebezpieczny człowiek, odpowiedziano po cichu. Strzeżmy się!

W drugim rogu przedziału zajmowano się więcej polityką, aniżeli sprawami handlowemi.

— Słyszałem o skoncentrowaniu wojsk na granicy.

— W istocie kupcy ci mają słuszność, niepokojąc się o handel i przewóz.

— Lękam się iż jarmark Niżnego Nowgorodu nie ukończy się tak świetnie jak rozpoczął!

Jeżeli w tym przedziale przedmiot rozmowy nie był urozmaiconym, nie był różnorodniejszym i w innych wagonach tego pociągu; ale wszędzie można było spostrzedz zachowywanie pewnych ostrożności.

To zauważył jakiś podróżny siedzący w pierwszynn wagonie pociągu. Podróżny ten – widocznie cudzoziemiec – wszystkim zaglądał w oczy i zadawał naraz dwadzieścia pytań, na które otrzymywał bardzo dwuznaczne odpowiedzi. Co chwila wychylający się przez otwarte okno, z wielką nieprzyjemnością swoich towarzyszów podróży, bacznie przyglądał się horyzontowi z prawej strony. Pytał o nazwę najdrobniejszych nawet miejscowości, jakim trudniły się handlem, jakie posiadały rękodzielnie, wiele liczyły mieszkańców, jak dalece były moralnemi etc., i wszystko to zapisywał w książeczce przepełnionej już notatkami.

Podróżnikiem tym był Alcyd Jolivet, a jeżeli zadawał tyle pytań, to jedynie w nadziei iż z tylu różnorodnych odpowiedzi, pochwyci jaki fakt interesujący dla „swojej kuzynki”. Skutkiem tego wydał się podejrzanym i odbierał odpowiedzi bez znaczenia. Zapisał więc w książeczce:

„Podróżni niewypowiedzianej ostrożności”.

Kiedy Alcyd Jolivet w ten sposób zapisywał swoje wrażenia z podróży, jego kolega, jadący tym samym pociągiem, w jednakim celu, takiemu samemu oddawał się zajęciu, takie same obserwacye robił w drugim przedziale. Nie widzieli się tego dnia na pociągu moskiewskim i obydwaj nie wiedzieli że jadą na teatr wojny.

Tylko Harry Blount małomówiący, a słuchający dużo nie natchnął swych towarzyszów taką nieufnością jak Alcydes Jolivet. To też nie wzięto go za niebezpiecznego człowieka i rozmawiano przy nim aż nazbyt swobodnie. Tak więc korrespondent z Daily Telegraph mógł badać wypadki zajmujące kupców udających się do Niżnego Nowgorodu i jak dalece handel Azyi środkowej był zachwiany.

To też bez najmniejszego wahania zapisał rezultaty swoich spostrzeżeń.

„Podróżnicy niezmiernie zaniepokojeni, mówią tylko o wojnie, a mówią tak swobodnie jak nigdy”.

Czytelnicy Daily Telegraph byli narażeni na mniej pewne objaśnienia, aniżeli „kuzynka” Alcydesa Jolivet.

Oprócz tego, ponieważ Harry Blount siedział po lewej stronie pociągu, widział tylko część okolicy dość urozmaiconej, nie zadając sobie trudu patrzenia na prawo, gdzie były długie płaszczyzny, dodał więc z zupełną pewnością.

„Kraj górzysty między Moskwą a Włodzimirem”.

Widocznem jednak było, że rząd rossyjski wśród tych ważnych wydarzeń, przedsiębrał środki odpowiednie.

W istocie, cesarstwo liczące dwanaście milionów kilometrów kwadratowych, nie może pozostawać w bezustannym spokoju. Pomiędzy tylu różnorodnemi ludami muszą być koniecznie pewne odcienia. Terrytoryum rossyjskie w Europie, Azyi i Ameryce, rozciąga się od piętnastego do sto trzydziestego stopnia długości zachodniej. Liczy przeszło siedmdziesiąt milionów mieszkańców mówiących trzydziestoma różnorodnemi językami. Rassa słowiańska jest naturalnie przeważną, ale wliczają się w nią Rossyanie, Polacy, Litwini. Dodawszy do tego Finlandyę, Estonię, Lapończyków, Czeremissów, Czuwaszów, Niemców, Greków, Tatarów, pokolenia kaukazkie, hordy Mongolskie, Kałmuków, Samojedów, a łatwo zrozumiemy że w tak obszernem państwie trudno utrzymać jedność i że może ona dopiero być wynikiem czasu.

Michał Strogoff był zupełnie w porządku, a tem samem nie miał powodu obawiać się policyi.

Na stacyi Włodzimierz pociąg stał kilka minut, co pozwoliło korespondentowi Daily Telegraph zdjąć podwójny szkic, fizyczny i moralny, tej dawnej stolicy rossyjskiej.

Na tej stacyi przybyło podróżnych. Między innemi, młoda dziewczyna stanęła przy drzwiczkach przedziału, zajmowanego przez Michała Strogoff.

Naprzeciw kuryera było puste miejsce. Dziewczyna zajęła je, kładąc przy sobie mały worek podróżny z czerwonej skóry, stanowiący jak się zdawało cały jej pakunek podróżny. Potem nie podniósłszy nawet oczu na swych przypadkowych towarzyszów podróży, rozpoczynała drogę mającą trwać kilka godzin jeszcze.

Michał mimowoli bacznie spoglądał na nową swą sąsiadkę. Ponieważ siedziała tak iż miała jechać obrócona tyłem, Michał ofiarował jej swoje miejsce, podziękowała mu za to lekkiem skinieniem głowy.

Dziewczyna ta liczyła szesnaście do siedemnastu lat najwyżej. Głowa jej prześliczna, przedstawiała w całej czystości typ słowiański, – typ cokolwiek surowy, przeznaczony raczej aby być pięknym, aniżeli ładnym, skoro kilka lat jeszcze stale ukształtuje jej rysy. Z pod chusteczki wymykały się bogate blond włosy. Oczy ciemne, wejrzenie powłóczyste nieopisanej słodyczy, nos prosty, szczupły i blady. Usta zarysowane cienko, jak zdawało się, już dawno zapomniały uśmiechu.

Młoda podróżna była wysoka, smagła, o ile o tem można było wnosić z pod obszernego okrycia pozoru bardzo skromnego. Chociaż byłato jeszcze „bardzo młoda dziewica” w całem znaczeniu tego wyrazu, wysokie czoło, kształty czyste niższej części twarzy, wskazywały wielką energię moralną, co wcale nie uszło uwagi Michała Strogoff. Widocznie dziewczyna ta cierpiała już w przeszłości i spodziewała się cierpienia w przyszłości – widząc ją w niezbyt wesołych kolorach; ale niemniej było pewnem, że umiała walczyć i postanowiła zwalczać trudności życia. Wola jej musiała być żywa i silna, pokój niewzruszony, nawet w okolicznościach gdy mężczyzna musiałby się ugiąć i wzruszyć koniecznie.

Takie wrażenie na pierwszy rzut oka budziła młoda dziewczyna. Michał. Strogoff sam silny i niewzruszony, musiał zauważyć cechy tej fizyognomii, i ostrożnie aby ją nie niepokoić, ale bezustannie obserwował swoją sąsiadkę.

Ubiór młodej podróżnej odznaczał się nadzwyczajną prostotą i czystością zarazem. Nie była bogatą, łatwo to było odgadnąć, ale napróżno szukanoby najmniejszego zaniedbania w jej ubiorze. Cały jej pakunek składał worek podróżny, który dla braku miejsca umieściła na kolanach.

Miała na sobie długie futro ciemnego koloru, bez rękawów, przystające wdzięcznie do szyi. Pod tem okryciem, tiunika ciemna także, spadała na suknię długą po kostki, ozdobioną u dołu skromnym haftem. Buciki skórkowe o grubych podeszwach zdawały się wybrane mi w przewidywaniu długiej podróży, okrywały jej małe nogi.

Michał Strogoff po pewnych szczegółach i kroju jej ubrania, wnosił że sąsiadka jego jest Inflantką i pochodzi z prowincyi baltyckich.

Ale dokąd udawała się dziewczyna, sama, w tak młodym wieku, bez opieki ojca, matki lub brata, tak koniecznej dla niej? Czy przybywała z daleka, z prowincyi Rossyi zachodniej? Czy tylko do Niżnego Nowgorodu jechała, czy też cel jej podróży był aż za granicą Rossyi zachodniej? Czy jaki przyjaciel lub krewny czekał na pociągu jej przybycia? Czy niebyło raczej prawdopodobniejszem, że wysiadłszy z wagonu znajdzie się tak samotna w mieście, jak w tym przedziale, gdzie nikt – tak mogła sądzić – nie zdawał się o nią troszczyć? To było prawdopodobne.

W istocie, przyzwyczajenia jakich się nabywa w osamotnieniu, bardzo widocznie malowały się w całem zachowaniu podróżnej. Sposób wsiadania do wagonu, gotowania się do podróży, starania się aby nie zawadzać nikomu, wszystko to wskazywało przyzwyczajenie do samotności i rachowania na siebie samą tylko.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.