Kura pisząca. Tom 1: Ssaki, ptaki i robaki - Joanna Łukowska - ebook
Wydawca: RW2010 Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 99 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kura pisząca. Tom 1: Ssaki, ptaki i robaki - Joanna Łukowska

[code]Wybór felietonów publikowanych w latach 2001-2009 w „Cieniach i Blaskach”.[/code] Tom pierwszy „Ptaki, ssaki i robaki” gromadzi teksty, w których pojawiają się zwierzęta, różnorakie, od robaków po stwory z gatunku homo sapiens.

O ile w „Państwie Tamickim” literacka fabuła bazuje na pewnych faktach z rzeczywistości, o tyle w „Kurze piszącej” realia czasami ubarwia fikcja. Znajdziemy tu anegdoty, scenki rodzajowe, historie rodem z życia autorki, jej obserwacje dookolnego świata i refleksje nad nim, zakończone morałem, zabawną lub skłaniającą do namysłu pointą.

Opinie o ebooku Kura pisząca. Tom 1: Ssaki, ptaki i robaki - Joanna Łukowska

Fragment ebooka Kura pisząca. Tom 1: Ssaki, ptaki i robaki - Joanna Łukowska





JOANNA ŁUKOWSKA

KURA PISZĄCA

wybór felietonów

tom pierwszy: Ptaki, ssaki i robaki

 

Wydawnictwo RW2010 Poznań 2012

Redakcja i korekta zespół RW2010

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Joanna Łukowska 2012

Okładka Copyright © zespół RW2010, 2012

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2012

e-wydanie I

 

ISBN 978-83-63598-20-4

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

 

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

 

RW2010, os. Orła Białego 4 lok. 75, 61-251 Poznań

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl


Filozof o kocim spojrzeniu, czyli z kim rozmawiać, żeby jakoś przeżyć.

Zaczęłam rozmawiać z kotem. Wiem jak to brzmi, równie dobrze mogłabym wyznać, że zaczęłam słyszeć głosy albo że widuję moją ciotkę nieboszczkę. Niemniej – gadam z kotem. I jak zwykle w takich przypadkach ważniejszy jest nie tyle sam fakt zaistnienia dziwactwa, co pytanie: dlaczego ono się w ogóle pojawiło. No więc, dlaczego gadam z kotem?

A z kimże mam rozmawiać...?

Mogłabym poprzestać na tym retorycznym pytaniu, ale moja matematyczna natura, nad którą czasem nie panuję (zwłaszcza gdy przypomnę sobie o gnijącym w szufladzie dyplomie magistra matematyki), nie uznaje retoryczności i każe mi analizować tudzież syntetyzować. Zanalizujmy zatem.

Przyjaciółki.

Jak dowodzą tego liczne przykłady, nie po to mamy przyjaciółki, żeby im się zwierzać, ale żeby one zwierzały się nam. Potem możemy te zwierzenia rozwlec po całym mieście. W ten sposób, tracąc zaledwie jedną przyjaciółką, zyskujemy w zamian dziesięć innych. Ale to nas tylko utwierdza w przekonaniu, że własne tajemnice należy trzymać pod kluczem, a klucz zakopać w ogródku.

Wniosek – przyjaciółki odpadają w przedbiegach.

Matka.

Jak tylko do niej zadzwonimy, zaraz pyta, co się stało. Odruchowo mówimy, że nic, ona odruchowo nie wierzy. Wypytuje więc dalej – najpierw o nasze zdrowie, potem o nasze dzieci, potem pyta, czy mąż nas przypadkiem nie zdradza. I kiedy na koniec znowu docieka, co się stało, mówimy szczerze, że... nic. Biorąc bowiem pod uwagę, że zdrowe jesteśmy jak byk, dzieci żyją, a na wspomnienie wczorajszej nocy wciąż się uśmiechamy – istotnie nic wielkiego się nie stało.

Telefon, do mamy, bez okazji, znienacka...? Zapomnij!

Ojciec.

Jeżeli sprawa nie tyczy nowego modelu samochodu, który od trzech lat tata planuje kupić jeszcze w tym roku, spokojnie możemy sobie darować wszelkie próby zagadywania go i zainteresowania naszą osobą, pozbawioną automatycznej skrzyni biegów, klimatyzacji i wspomagania kierownicy.

Wniosek – wiadomy.

Mąż.

Jak tylko zaczynamy wyłuszczać mężowi nasze problemy, reaguje on w standardowy sposób, uzależniony jedynie od nastroju, w jakim się aktualnie znajduje. Gdy ma typowy dla siebie humor, czyli jest zmęczony, kwituje nasze słowa: „A ty znowu o tym samym...”. Gdy nie ma humoru, przerywa nam zaraz na wstępie okrzykiem: „Ty masz problemy? Ty?! Ja to mam dopiero problemy!”. Kiedy ma dobry humor, mówi pospiesznie, żeby go sobie nie zepsuć: „No, dobra, to ile ci potrzeba?”.

Bez względu na humor mąż się nie nadaje.

Przyjaciel z dzieciństwa.

Początkowo wydaje się idealny. Zapatrzony w nas i zasłuchany, potakuje głową ze współczuciem i pełnym zrozumieniem... Ale nagle, po godzince, ocykamy się na kanapie w jego objęciach lub stwierdzamy, że uwiera nas ściana, do której zostałyśmy przyciśnięte jego namiętnym pocałunkiem. Wtedy oczywiście wchodzi mąż, a nasze wszelkie dotychczasowe kłopoty bledną wobec wizji rozwodu, podziału: majątku, dzieci, przyjaciół.

Przyjaciel z dzieciństwa – skreślić. Jesteśmy już duże.

Dzieci.

Trudno prowadzić jakiekolwiek sensowne pertraktacje z istotą, która przemieszcza się z prędkością dźwięku (wydawanego tonem żądającym), słucha głównie Michała z piątego piętra, bez przerwy leje się z młodszym bratem, naszych rozsądnych próśb i delikatnych argumentów (w sprawach kapci, telewizji i odrabiania lekcji) nie przyjmuje do wiadomości, a z jawnych gróźb rzucanych w chwilach desperacji zwyczajnie sobie kpi, szczeniak jeden!... Poza tym jak tu rozmawiać o własnych potrzebach z kimś, ktoś wiecznie czegoś od nas chce?!

Rozmowa z dziećmi? To jak gadanie ze ścianą.

Współpracownicy.

Teoretycznie w pracy się pracuje, a nie rozwiązuje problemy osobiste. Praktycznie w pracy nawiązuje się stosunki i tworzy osobiste problemy, więc dyskutowanie o nich to już doprawdy zbyteczne zagęszczanie atmosfery. Nadto z takiego zaduchu może wyskoczyć konkurent i nim się obejrzymy, zajmie nasze miejsce przy biurku i w sercu szefa.

Współpracownicy – zły pomysł. A może... szef? Wolne żarty!

Znajomi lub dalsi krewni.

Czego byśmy nie powiedziały, zrobiły czy kupiły, wychodzimy na głupie, które nigdy nie wiedzą, co jest dla nich najlepsze. Zawsze wybieramy najgorszą i najdroższą z możliwych opcji. Żeby nie spłonąć ze wstydu, pozostaje z pokorą wysłuchać dobrych rad tych, którzy znają nas o niebo lepiej niż my same, a potem szybko zmienić temat.

Znajomi – nic z tego.

W ten oto sposób wyczerpaliśmy listę ludzi, z którymi moglibyśmy ewentualnie pogadać od serca. Pozostają zwierzęta domowe, bo dzikie stworzenia już z definicji są dzikie i do konwersacji się nie nadają.

Chomik.

Jest za mały. Za łatwo się gubi i zbyt łatwo go przygnieść. Biedaczek gotów zdechnąć pod brzemieniem naszych trosk, które nieodpowiedzialnie zrzucimy na jego wątłe barki. Czyli nie chomik.

Świnka morska.

Bez przerwy je, przerabiając zielsko na bobki. Jak tu się zwierzać, gdy w trakcie słuchacz robi bobki? Ponadto w chwilach podniecenia świnka skacze i ćwierka, a przyciśnięta do zgnębionej piersi, gubi sierść niemiłosiernie. Czyli świnka – też nie.

Pies.

Pies, przyjaciel człowieka, nim w ogóle zaczniemy perorę, poliże nas po twarzy i wyciągnie na spacer. Da radę to wytrzymać, gdy jest pogoda. Gdy leje i wieje, tylko się bardziej zirytujemy, że dzieciaki chciały psa, a teraz my musimy z nim łazić po błocie i odganiać od śmietnika. Więc, choć taki z niego przyjaciel, również nie.

Tak doszliśmy do kota. Zanalizujmy zatem kota.

Po pierwsze, kot z zasady się nie zwierza, dając nam tym samym wolne pole do popisu.

Po drugie, kot w ogóle się o nas nie martwi. To my jesteśmy od tego, by martwić się o niego, i póki wywiązujemy się ze swoich obowiązków, może nas słuchać choćby cały dzień, nie przerywając nam ani jednym miauknięciem na temat naszych zaprzepaszczonych szans i pogrzebanych ambicji oraz mało zarabiającego męża.

Po trzecie, kota – nawet gdy jest samcem – samochody interesują wyłącznie w jednym aspekcie, mianowicie, żeby go żaden nie przejechał, czyli do motoryzacji ma dokładnie takie samo podejście jak my.

Po czwarte, kot nie przejawia oznak zniecierpliwienia, zmęczenia czy złego humoru, a przez większość czasu jest cudownie znudzony. Dlatego spokojnie wysłuchuje peror o wszystkich naszych nieszczęściach i tragediach (choćby najbardziej absurdalnych), bo są mu one absolutnie obojętne.

Po piąte, fakt leżenia z kotem na kanapie, nawet w objęciach, nawet przy wtórze podejrzanych pomruków, nie może być powodem do rozwodu nawet dla bardzo zazdrosnego męża.

Po szóste, kot nie uznaje pośpiechu, nie kpi i nie pyskuje.

Po siódme, kot nie współpracuje, ale i nie czyha podstępnie na nic, z wyjątkiem chomika.

Po ósme, kot nie wyrywa się z dobrymi radami.

Po dziewiąte, kota nic nie przygniecie, bo się odsunie.

Po dziesiąte, kot używa kuwety, defekując się na uboczu, i nie podnieca się bez sensu tylko dlatego, że z nim rozmawiamy.

Po jedenaste, kot to istota leniwa, tak jak my, i nie będzie nas ciągać po dworze, bo musi się wybiegać, na dokładkę wtedy gdy nam zebrało się na monolog.

Teraz zsyntetyzujmy. Dlaczego skoro rozmawiać, to tylko z kotem?

Bo gdy ty mu wyłuszczasz, on słucha, mrucząc zachęcająco, a jeżeli nawet nie słucha, to przynajmniej się tym nie chwali. Kot, nawet samiec, nie irytuje się, że my znowu o tym samym, a najważniejsze – kot nie przerywa kobiecie.

A kobieta, która się wygada, to istota szczęśliwa i przychylna światu...

Dlatego dla poprawy sytuacji w domu i rodzinie, kobieta winna zaopatrzyć się w kota. Tak jak ja. Co było do dowiedzenia, jak powiadają matematycy.


Mężczyzna jako istota znosząca.

Mężczyźni od małego znoszą do domu różne niepotrzebne rzeczy: kamienie, kawałki rur, resztki kabli, zepsute radio ze śmietnika, małego kota, bezdomnego psa, kolegę, który zapomniał klucza... Problem nie znika, gdy pociechy podrosną. Nastolatki przywlekają, nie wiadomo skąd, dziwne płyty z dziwną muzyką, dziwnych przyjaciół, których płci nie sposób rozpoznać na pierwszy rzut oka, dziwne poglądy, od których włosy stają dęba, wreszcie dziwne narzeczone, na widok których zaczynamy się zastanawiać, czy jednak pomysł, aby nasz jedyny syn został księdzem, nie jest wart rozważenia...

A gdy się wreszcie ożenią, bynajmniej im nie przechodzi. Młody żonkoś ciągnie za sobą: swoje przyzwyczajenia („Kochanie, tyle razy cię prosiłem, żebyś pastę z tubki wyciskała od końca, a nie od środka, to chyba nie tak trudno zapamiętać...”); swoje prace zlecone („Skarbie, czy mógłbyś uprzątnąć te papiery ze stołu, bo nie mam gdzie obiadu postawić?”); kumpli z wojska, którzy pojawiają się nagle, a potem oddają nam męża w stanie mocno wskazującym; szwagrów, którzy się mnożą jak myszy i wciąż wyciągają nam męża na ryby czy na jednego; oraz swoje ukochane zabawki, czyli akwaria, wędki, gazety, znaczki, narzędzia itp. Kobiety jakoś to wytrzymują. Dla zachowania spokoju w związku i rodzinie, my kobiety, gotowe jesteśmy do największych poświęceń.

Bywa też, że pod wpływem jakiegoś tajemniczego zaćmienia umysłu, to my prosimy naszych panów, żeby coś przynieśli. Na przykład dajesz synkowi dziesięć złotych i prosisz grzecznie:

– Syneczku, masz tu pieniążki i kup dwa kilo ziemniaków, pół kilo cebuli, mąkę, dziesięć jajek, a jeżeli ci starczy, możesz sobie coś kupić.

Syneczek odpowiada grzecznie:

– Dobra.

Po czym po godzinie przynosi: pół kilo ziemniaków, dwa kilo cebuli, mąkę, ale żytnią, paczkę czipsów, cztery lizaki i żadnych jajek, bo mu już nie starczyło.

Tajemnicze zaćmienie umysłu trwa dalej i tym razem zwracasz się do męża. Nie przemęczasz go, prosisz jedynie o włoszczyznę bez kapusty, jakiś drób na rosół i mielone na kotlety oraz drożdże, koperek i kaszę. Dajesz mu też listę, żeby o niczym nie zapomniał. Twój mąż wyrusza pełen zapału i przynosi: kapustę bez włoszczyzny, całego indyka i kilo tatara. Wzdychasz i pytasz:

– Co to jest?

Dowiadujesz się, że:

– To jest, kochanie, kapusta, to drób po promocyjnej cenie, a to świeżo zmielona wołowina na kotlety, droga jak cholera, ale naprawdę wygląda wspaniale!

Znowu wzdychasz, bo teraz będziesz musiała:

a) jeszcze raz go wysłać po włoszczyznę i całą resztę, o której zapomniał, bo wstydził się przy ludziach korzystać z kartki;

b) pociąć i upchnąć w zamrażarce całe siedem kilo indyka;

c) tłumaczyć facetowi, że ta mielona wołowina to polędwica, że zmielona została na tatar i właśnie dlatego, cytujesz, „była droga jak cholera”.

– Aha – odpowie twój maż i tyle.

Faktycznie, to by było na tyle w kwestii proszenia mężczyzn, żeby dla odmiany przynieśli coś, co przyda się nam, a nie im.

Jednak zdarza się, że osobnik przynosi do domu coś więcej niż szparagi zamiast fasolki szparagowej albo por zamiast selera, bo wciąż mu się myli jedno z drugim. Sprawa się komplikuje, kiedy mężczyzna wpada rozpromieniony do domu i, ni z gruszki, ni z pietruszki, wręcza ci... prezent. Bez okazji i bez powodu. Podarek może być w postaci kwiatu lub całego bukietu, albo pudełka twoich ulubionych czekoladek; w wyjątkowych przypadkach może też przybrać kształt gustownego puzderka z firmowym nadrukiem znanego jubilera...

Twoją pierwszą naturalną reakcją jest zdziwienie. Czujesz się mile zaskoczona, co odbija się jasnym błyskiem w twoich oczach, delikatnym rumieńcem na policzkach i słonecznym uśmiechem na ustach. Bąkasz:

– Dziękuję, kochanie... Cóż to za okazja?

Małżonek bez chwili wahania przytula cię, całuje w rękę i odpowiada na przydechu:

– A czyż musi być zaraz jakaś okazja, żebym kupił ci prezent, przecież cię kocham... – Po czym bierze wdech i już normalnym tonem pyta: – Co dzisiaj na obiad?

Nastrój pęka jak bańka mydlana. Miłe zdziwienie przeradza się w niemiłe podejrzenie, że ktoś tu cię robi w konia. Przestajesz wierzyć w bezinteresowność podarunku, zaczynasz wietrzyć podstęp. Nieczuły drań nawet się nie postarał, żeby choć trochę przedłużyć romantyczny efekt! Co gorsza, nie zauważył swojej gafy! Jak gdyby nigdy nic buszuje wśród garnków, próbując odkryć, co zrobiłaś na obiad. Przeganiasz więc „buszmena” z kuchni i przystępujesz do przesłuchania.

– Co się stało? – pytasz, mrużąc oczy.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com