Kulturtraeger - Kazimierz Laskowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 250 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kulturtraeger - Kazimierz Laskowski

Kulturtraeger” to powieść z 1898 roku autorstwa polskiego poety, prozaika i dziennikarza. Kazimierz Laskowski (1861–1913) studiował w Niemczech. Pracował jako redaktor kilku pism. Był autorem wielu piosenek, najczęściej nawiązujących do wydarzeń bieżących. Jego utwory ukazywały się w „Kurierze Warszawskim”, „Gazecie Radomskiej”, „Gazecie Kieleckiej” oraz warszawskich pismach humorystycznych. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Kulturtraeger - Kazimierz Laskowski

Fragment ebooka Kulturtraeger - Kazimierz Laskowski






Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. CZĘŚĆ II
  10. ROZDZIAŁ I
  11. ROZDZIAŁ II
  12. ROZDZIAŁ III
  13. ROZDZIAŁ IV
  14. ROZDZIAŁ V
  15. ROZDZIAŁ VI
  16. ROZDZIAŁ VII
  17. ROZDZIAŁ VIII
  18. ROZDZIAŁ IX
  19. ROZDZIAŁ X
  20. ROZDZIAŁ XI
  21. KOLOFON

Wanda leży w naszej ziemi
Co nie chciała Niemca...

(znana piosenka)


CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Deszcz ustał.

Gżycki wychylił się z powozu, spojrzał ku niebu, potem rzucił okiem na błotnistą, pełna kałuż wodę.

– Janie, jedź! – odezwał się niecierpliwie do furmana. – Pośpieszaj, będziemy późno! – powtórzył z naciskiem.

Furman biczyskiem ukazał na drogę.

– Ciężko, proszę pana! – odrzekł z flegmą, ale strzepnął lejcami i czwórka rosłych kasztanów ruszyła żwawiej. Po chwili jednak konie same zwolniły kroku.

Gżycki ponowił rozkaz.

– O! Będzie na czas – bąknął woźnica z niechęcią. – Już Wisłę widać! A no!

Przy tych słowach podniósł się na koźle i ujrzawszy przed lejcowymi końmi duży wybój, skręcił raptownie w bok. Bryznęło błoto, powóz przechylił się, wachlarzami nieomal dotykając ziemi.

– No, no, wywrócisz! – krzyknął Gżycki. – Uważaj!

– A, pan każe śmigać. Trzeba było pierwej drogę naprawić – zauważył poufale Jan i roześmiał się, spojrzawszy na przestraszoną twarz siedzącego w powozie.

Gżycki zmarszczył brew.

– Jan... widzę... znowu tego... – zaczął, przytknąwszy palcem w szyję, starając się przy tym przybrać wyraz surowy i karcący.

Wymowna ta uwaga nie zrobiła na furmanie najmniejszego wrażenia. Ruszył z lekceważeniem ramionami i bez wahania odrzekł:

– Panu sekretarzowi to zawdy jedno na myśli. A mnie się widzi...

– Niech się Janowi nic nie widzi! Niech Jan jedzie, a nie rozprawia. Pan administrator może już być na przewozie... Rozumie Jan!

– Co nie mam rozumieć. Ale ja przecie ciągnąć nie będę. Trzeba było drogę naprawić. Rozbili burakami... miała być reparacja. Ale to tam takie rządy! Wszystko w kieszeń idzie!... Dawniej to przynajmniej siutru i faszyny nawieźli... a teraz i to ustało.

– Pijanica – sykną przez zęby Gżycki.

– Niech se tam pan sekretarz co chce gada – rozprawiał w dalszym ciągu, nie zważając na przycinek, rozgadany furman – a ja podam, że teraz w fabryce wszystko się psuje... Po chwili zaś dodał:

– Różnie tam o tym ludzie mówią.

– A cóż ludzie mówią? – spytał Gżycki od niechcenia.

– Co? Ano gadają, że administrator ma nie być.

– Głupstwo!

– Tak mówią. Pono nasz hrabia już nie chce Niemców trzymać. Wyganiają oni naszych... Kiedyś wrócił do Murowańca Kuba z żoną. Ciupusem go do granicy Beskid Prusaki odstawili... Styrał się, chudzina... musiał, graty za byle co wyprzedać, bo mu tchu nie dali... żandarmów nasłali i wprost na drogą wyrzucili, choć paszport miał.

– Takie prawo – wtrącił sentencjonalnie Gżycki. – Nie wolno zagranicznym poddanym chodzić na zarobki.

– A czemuż oni do nas idą. Niedaleko szukając w naszej fabryce... Niemiec na Niemcu! Biedny człek pożywić się nie może, a jak kogo wezmą z naszych, to jeno do czarnej roboty. Czy to tak dobrze?

Gżycki nie odpowiedzialnie. Rozmowa z stangretem była mu w ogóle nie na rękę, choć w głębi duszy przyznawał rozumowaniu chłopa nieco racji, zwłaszcza, że; pogłoski o usunięciu administratora nie były pozbawione podstawy. Pewności jednak żadnej nie było. Mówiono o tym w zarządzie cukrowni, wspominał mimochodem starszy buchalter, ale jak dotychczas kończyło się na głuchych wieściach, sam zaś Gżycki, będący oficjalista od posyłek, wnioskował z różnych okoliczności, że abszit nieprędko nastąpi. Zresztą przyjazd administratora, zapowiedziany telegraficznie, utwierdzał go w tym przekonaniu. Tym więcej przeto uważał za stosowne nie wdawać się w drażliwą dysputę z rozmownym woźnicą. Więc nieodpowiadając na pytanie, zaczął znowu karcącym głosem przynaglać do pośpiechu:

– Niech no Jan nie rozprawia... bajek nie roznosi... jak się spóźnimy, będzie śtraf! Pan administrator nie żartuje!

Pogróżka trafiła do przekonania. Jan cmoknął, rozwinął bat, uderzył dyszlowe na przegiętkę, kasztany ruszyły kłusa. Ale mimo to nie dał pogawędce za wygraną. Z Gżyckiego nie robił sobie wiele, jeździli razem od lat kilku po „drogach”, wiedział o sekretarzu „różności”, miał go, jak to mówią” w garści, wiedział też, że choćby ten chciał, to z jego zwierzeń nie skorzysta, boby się przy tym różne sprawki wydać mogły, więc choć Gżycki, nierad z poufałości, wsunąwszy się w głąb powozu milczał, Jan nie przestał mówić:

– O, halunkowałby pewnie! – jął znowu gwarzyć, skoro wjechali na równiejszy, wysadzony topolami gościniec. – A i strach kazałby zapłacić. Ale niech się pan sekretarz nie boi... Będziemy w porę. Ano, już i przewóz widać... Przewoźnicy czekają u drugiego brzegu z promem. Będziemy na czas. To i dobrze... Trzeba szkapom wytchnąć... bo się zmachały. Psiakość taka droga! Niech ją, siarczyste!

Zaklął.

Gżycki wziął na cierpliwość i milczał uporczywie, rozglądając się wokół.

Dojeżdżali do celu. Powóz toczył się teraz szybko przez nadbrzeżne pastwiska. Droga wiodła wężykowato wzdłuż wału ochronnego, poza którym zieleniły się kępy wikliny, skąpane w pozostałych po ostatnim wylewie strugach. Na pastwisku pasło się kilka par koni, gromadka włościańskiego bydła szczypała przyżółkłą na jesiennym chłodzie drobną trawę, grzęznąc racicami w przesyconej wilgocią darninie; z wikła dolatywał melancholijny pokrzyk czajek. Im bliżej Wisły” grunt stawał się więcej grząskim, nawet na drodze mimo nasypu, kopyta biegnącej szparko czwórki wydawały charakterystyczny odgłos, do mlaskania podobny.

Do Wisły było kilkadziesiąt kroków. Popryszczone od słońca skorupy namułu, łachy żółtego, napływowego piasku, porosłe gdzieniegdzie skrzypem i rozchodnikiem, zwiastowały bliskie sąsiedztwo wody.

– Jesteśmy! – odezwał się Jan wesoło, podnosząc się nieco na koźle.

Gżycki odrzekł krótko: – To dobrze. Niech Jan stanie na wale. Zjeżdżać nie trzeba, bo brzeg stromy.

To mówiąc, zaczął na sobie poprawiać ubranie, pogładził siwiejącą brodę i mruknął sam do siebie:

– Diabli wiedzą, czego się właściwie trzymać. Kto wie, skoro już chamy przebąkują, czy się stary utrzyma!? Chociaż... nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Sprytna sztuka, da on sobie radę! Zresztą ma przecie kontrakt... Nie! Nie... to wszystko bajki... I syna sprowadził... Młody już na tę kampanię miał zostać dyrektorem... Wachtman wychodzi... Wolę ja się starego trzymać... Z tej gadaniny nic nie będzie – rozmyślał – zamiast jednego, będziemy mieli tylko dwóch Kurzbachów! Stary by młodego tak po nic nie zwoził... Hrabia hrabią, a administrator administratorem... Nie tak to łatwo go wyrzucić... Zobaczymy... z miny starego wyczytam, co się święci.

Zamyślił się.

Tymczasem Jan, podjechawszy pod rosnący przy wale białodrzew, zatrzymał konie. Gżycki wysiadł i nie zwlekając, puścił się szybkim krokiem ku przewozowi. Gromadka chłopów, czekająca na brzegu, pokłoniła mu się z daleka. Odkłonił się.

– Prom na tamtej stronie? – spytał.

– A juści – odpowiedziano. – Czeka na podróżnych.

– A kolej już gwizdała?

W miejsce odpowiedzi dał się słyszeć przeciągły świst. Niebawem na przeciwległym brzegu wszczął się ruch. Nadjechało kilka furmanek. Przewoźnicy podciągnęli prom lina i zarzucili kładki.

Gżycki przysłonił dłonią oczy, spojrzał. Flisy pośpiesznie wnosili rzeczy podróżnych, składając je na ławkach: Gżycki wpatrywał się bacznie.

– Jest – szepnął po chwili.

Na prom wchodził otyły mężczyzna średniego wzrostu, podpierając się laską. Na głowie miał czapkę bez daszka, z ramion spadał mu aż do ziemi pled, co całej postaci nadawało wygląd niezwykły. Jeden z przewoźników niósł przed nim fotel składany, który rozstawił na środku promu. Podróżny gestykulował żywo, a choć odległość nie dozwalała słyszeć głosu, z ruchów znać było, że się o coś gniewa. Wreszcie zasiadł wygodnie na przygotowanym fotelu, wyciągnął nogi przed siebie i widocznie upatrywał kogoś, bo, podobnie jak Gżycki, przysłonił dłonią oczy.

Gżycki dostrzegł ten ruch. Wydobył z pośpiechem chustkę i jął wymachiwać w powietrzu, sygnalizując. Po czym zaczął biegać nad brzegiem tam i z powrotem, zaniepokojony jak kokosz, gdy wodzone przez nią kaczęta na wodę spłyną, ona zaś dosięgnąć ich nie może.

Tymczasem prom odbił od brzegu. Rozległ się miarowy odgłos bijących w rzekę wioseł; żylaste, nagie ręce przewoźników, to unosiły się w górę, to gięły w dół, walcząc z prądem rzeki. Stojący u rudla stary flis, pochylał się całą postacią naprzód, kierując wprawnie. Niekiedy rzucał kilka słów komendy towarzyszom, czasem silniej w wiślaną falę uderzył. Wtedy prom zmieniał kierunek, omijał wynurzającą się mieliznę i sunął dalej, kołysząc się z wolna. Przeprawa szła szybko. Plusk wioseł, chlepot fal kolebiących w dno promu, coraz wyraźniejszym się stawał. Można było już rozróżnić głosy ludzkie, pojedyncze wyrazy. Dreptający po brzegu Gżycki ponowił sygnał chustką. Siedzący na fotelu podróżny zdawał się tego nie widzieć, dopiero gdy Gżycki, pragnący bądź co bądź zaznaczyć swą obecność, krzyknął: Hop! hop! Habe die Ehre! podniósł się z siedzenia i skinął ręką. Po czym zaczął przynaglać przewoźników do pośpiechu.

Muskający szarą wstęgę Wisły wiatr, niósł ku brzegom szorstkie echo słów:

– Nu!! Schaffkopf! Halurnker! Faulenzer! Nu!

Ręce chłopskie poruszyły się jeszcze szybciej, mięśnie wytężały się silniej. Prom, pchnięty magiczną siłą cywilizacyjnych dźwięków, przybił do brzegu.

Na brzegu stał w pokornej postawie, z odkrytą głową Gżycki, oficjalista cukrowni, której pan Otto Kurzbach był od lat dwudziestu pięciu administratorem, a pan Horst Kurzbach miał zostać dyrektorem, o ile bajki chłopskie nie miały podstawy, i witał przybyłego:

Gehorsamster Diener! Herr Admininistrator!

Malzeit Gżycki! – brzmiała odpowiedź Kurzbacha.

Z trzech ludzi, którzy niebawem mieli dążyć razem do polskiej wioski, jeden tylko stary Jan, stojący obok koni na wałowym wzgórku, przemówił zrozumiałej i szczerzej:

– Ano! Pojedziewa ze śwabem! Pojedziewa! Ścierwo spasie... Będzieta miały co ciągnąć! Psiakość!

Mówił to do czwórki kasztanów.

Kurzbach, opierając się na ramieniu idącego ciągle z odkrytą głową Gżyckiego, z trudnością wydostał się na stromy brzeg, na którym stał ekwipaż. Długie płaskie stopy otyłego administratora zapadały się w sypki piasek; Kurzbach mruczał i sapał, całym ciężarem pokładając się na towarzyszącym mu oficjaliście.

Tymczasem przewoźnicy wynosili z promu rzeczy i pakunki: olbrzymi kufer podróżny, osłonięty futerałem z nieprzemakalnego płótna, sakwojaż, fotel składany, derę strzyżoną i kilka jeszcze innych ściśniętych w paski przyborów.

Kurzbarch skinął na jednego z niosących, zapuścił rękę w kieszeń szerokich spodni i nie patrząc na nisko kłaniającego się chłopa, dał mu kilka sztuk drobnej monety.

Nu Gżycki! – odezwał się po chwili, ruchem głowy ukazując na pakunki,

Gżycki własnoręcznie jął pomagać przewoźnikom i Janowi, który, pokłoniwszy się kilkakrotnie, przywiązywał teraz kufer za powozem. Oficjalista naglił:

– Prędzej! Prędzej! A uważnie, żeby się rzeczy w drodze nie obtarły.

Z wielką też starannością sam układał zawiniątka i paczki, ukradkowo spoglądając w stronę stojącego nieopodal Kurzbacha, jakby badał, czy ten pieczołowitość oficjalisty o dobro pańskie spostrzega.

Ale Kurzbach przyglądał się tym zabiegom i krzątaninom obojętnie, parokrotnie zaledwie raczywszy wykrzyknąć stereotypowe:

– Nu Gżycki!

Stał nad brzegiem Wisły z głową podniesioną do góry, wydawszy wargi, z okiem utkwionym w okoliczną przestrzeń, jak wódz-zdobywca, rozpatrujący zajęty plac boju.

Dopiero na głos Gżyckiego: Schon fertig! Herr Administrator! Ruszył z wolna ku pojazdowi i podsadzony przez otwierającego drzwiczki oficjalistę siadł, nie zwracając najmniejszej uwagi na ponawiane niskie ukłony starego Jana.

Gżycki, otuliwszy nogi administratora derą, usadowił się na przodzie.

Ruszono.

Jakiś czas jechano w milczeniu. Gżycki nie śmiał pierwszy wszczynać rozmowy, Kurzbach zaś, zapaliwszy cygaro, rozglądał się jak poprzednio, badawczo wokół, rzucając od czasu do czasu przenikliwe wejrzenie na oficjalistę.

Wjeżdżano do najbliższej wioski. Zła w ogóle droga, w opłotkach wiejskich była jeszcze gorsza. Kałuża zlewała się z kałużą, wybój łączył z wybojem. Pojazd co chwilę przechylał się to w prawo, to w lewo.

Kurzbach zaczął się niecierpliwić.

– Gżycki! – odezwał się gniewnie – dlaczego drogi nie naprawiono. Przecież kazałem, aby każdy z plantatorów płacił na ten cel po kopiejce z postawionego korca buraków.

Gżycki odrzekł nieśmiało:

– Nie chcieli! Kurzbach wybuchnął.

– Nie chcieli I? Verflucht! Dlaczego nie chcieli? Przecież cukrownia nie może własnym kosztem robić takich nakładów. Zresztą od lat kilku zaprowadziłem taki porządek... płacili... Co to ma znaczyć Gżycki?! kto się pierwszy sprzeciwił!?

Oficjalista westchnął:

Nu gadać! Pewnie ten Prusdowic...

– Istotnie pan Bruzdowicz pierwszy odmówił składki.

Kurzbach zaśmiał się złowieszczo.

Ha! ha! Halunker! Ja mu pokażę! Nie dać zaliczki! Niech mi Gżycki przypomni, albo... Po chwili zaś dodał:

– Czy mój syn... pan Horst – poprawił – tam bywa? Hm?

Gżycki zawahał się.

– To jest... tego...

– Bywa? – powtórzył ostrzej Kurzbach.

– Czasami... w niedzielę... – wybąknął pytany z widocznym zakłopotaniem i obawą.

– To bardzo dobrze – odrzekł Kurzbach z flegmą.

Gżycki zdumiał. Spodziewał się wybuchu gniewu, tymczasem, przeciwnie, tak same słowa Kurzbacha, jak i ton, w jakim wypowiedziane zostały, mówiły co innego.

Był to dla Gżyckiego zawód  miły. Choć więc nie odgadywał przyczyn takiego zapatrywania się administratora, ośmielony, uważał za stosowne korzystać ze sposobnej chwili i nie przerywać rozmowy.

Jakoż zaczął na nowo:

– Pan Horst bywa u państwa Bruzdowicz, zapewne w interesie plantacji. Pan Bruzdowicz cieszy się wśród obywatelstwa dużym uznaniem... Podobno stanowczo zażądał podwyżki... inni gotowi pójść za jego przykładem. Pan Horst... pan dyrektor... zapewne pragnie wpłynąć na...

– A skąd Gżycki wie, że Horst został dyrektorem? – spytał Kurzbach, przerywając.

– Ja? Niby... Wszyscy o tym mówią...

– Mówią? Ale przedtem rozpowiadano co innego? – surowym tonem zagadnął Kurzbach, a gdy Giżycki nie odpowiadał, powtórzył rozkazująco:

– Nu Gżycki! mów! Opowiadali, że ja już nie będę administratorem! Cieszyli się I... ha! ha! – zaśmiał się sucho.

Gżycki również nadrobił śmiechem i nie odpowiadając wprost przemówił:

– Pan administrator wie o wszystkim...

– Wiem.

– Byli jednak tacy, co się tą niemiłą zapowiedzią zmartwili – wtrącił Gżycki znacząco.

Kurzbach spojrzał nań uważnie, po czym rzekł:

– Ja mam dobrą pamięć. Ja będę pamiętali Była w tych słowach i obietnica nagrody i pogróżka zarazem.

Gżycki zrozumiał to dobrze. Przyszedł mu na myśl zaraz wice-dyrektor fabryki, Olszyński, który jawnie przeciw administratorowi występował.

– Tego diabli, wezmą! Nie chciałbym być w jego skórze – rozważał w duchu. – I chemikowi się dostanie. Stary nie lubi żartować... Ale co mi tam do tego, byłem ja miejsca nie stracił.

Niemniej postanowił skorzystać z wygodnego sam na sam i upewnić się stanowczo jak rzeczy stoją, bez świadków.

Twarz nastroił odpowiednio, i chociaż rozmawiano po niemiecku, obejrzał się na furmana z dobrze udaną ostrożnością, po czym nachylając się prawie do kolan Kurzbacha, przyciszonym głosem zaczął:

– Ja bym panu administratorowi miał coś do powiedzenia...

Nu!?

– Ten cały strejk między plantatorami to sprawka Bruzdowicza i... i... Olszyńskiego.

Kurzbach popatrzył nań uważnie, przenikliwie.

– Tak Olszyńskiego – ciągnął Gżycki. Przywidziało mu się, że powinien zostać dyrektorem i teraz...

Kurzbach machnął pogardliwie ręką, jakby go ta wiadomość nic a nic nie obchodziła.

To Gżyckiego zbiło z tropu, zamilkł, ale po chwili zaczął z innej beczki.

– U pana Bruzdowicza odbył się w tych dniach zjazd obywateli. Pan dyrektor był także zaproszony... Uczestniczył... Podobno plantatorzy wnieśli podanie do hrabiego z żądaniem podwyższenia ceny buraków o dwadzieścia kopiejek na korcu...

Kurzbach uśmiechnął się szyderczo:

– A Gźicki co o tym myśli – zagadnął.

– Ja? Ja?... Jeżeli mi wolno wyrazić swe zdanie to... sądzę, że do wiosny jeszcze daleko. Mamy czas. Na jesieni wszyscy są przy pieniądzach, ale po Nowym Roku zmiękną. Zgodzi się jeden... drugi... trzeci i bez podwyżki się obejdzie...

Kurzbach zaczął się śmiać na cały głos.

Du hast Kopf Gżycki! du hast Kopf! Tak będzie! Tak będzie... Wir kennen unsere Papenhaimer – bełkotał klepiąc oficjalistę po ramieniu. Po czym „wydobywszy cygaro dał go towarzyszowi.

Gżycki przyjął ten namacalny dowód zadowolenia, z oznakami najżywszej radości. Ujął cygaro w dwa palce, delikatnie, powąchał, wzrokiem wyrażając zachwyt. Nie śmiał jednakże zapalić, dopiero gdy Kurzbach gestem dał do zrozumienia aby to uczynił, uciął w zębach koniec i zatrzasnąwszy zapałkę pociągnął. Palił z wolna, napędzając dłonią ulatujące kłębiki dymu powtórnie w usta, a równocześnie myślał:

– Dobrze się zaczęło. Trzeba kuć żelazo na gorąco. Byłbym głupiec, gdybym z okazji nie korzystał. Trzeba się staremu przypodobać... Gratyfikacja pewna.

I już otwierał usta, gdy Kurzbach nagle spytał:

– Gżycki... Ile lat już jestem administratorem? Pytanie uczynione znienacka zastanowiło na chwilę Gżyckiego, jednakże po krótkim namyśle odpowiedział pospiesznie:

– Dwadzieścia pięć... Od roku... Panie administratorze!

Ja! Ja! Fünf und zwanzig! – potwierdził Kurzbach. – Fünf und zwanzig – powtórzył, i wychyliwszy się z powozu powiódł wzrokiem w około.

Przejeżdżali właśnie w pobliżu pola, zasadzonego burakami. Kilkanaście robotnic wyrywało kłęby składając je w pryzmy. Spódniczki krótkie nogi bose, na głowie chustki wzorzyste, zawiązane w kształt turbana, ręce unurzane w ziemi.

Ujrzawszy zbliżający się pojazd przerwały robotę, wyprostowały się. Jedna z bliżej stojących pokłoniła się ręka do ziemi, za nią poszły inne, a po chwili jakby na powitanie podróżnych rozległ się śpiew.

Zadźwięczała w powietrzu tęskna nuta ludowej piosenki.

Gżycki – struchlał.

Dziewczęta śpiewały:

„Matko Boska! Polska! ochraniaj Polaków,

Tych przybłędów Szwabów, powrzucaj do krzaków. „

Tak śpiewały. Mimo odległości słyszał najwyraźniej i zląkł się. Kurzbach rozumiał, a nawet mówił nieźle po polsku. Treść przyśpiewki mogła go w haniebny humor wprowadzić. Na samą myśl o tym Gżyckiego ciarki przeszły. Poruszył się niecierpliwie, począł chrząkać. Na szczęście jednak Kurzbach nie dosłyszał piosenki. Uwaga administratora była w tej chwili czym innym zajętą, bo twarz jego nie zmieniła wyrazu, i duże pod krzaczastą brwią osadzone oczy, nie przestały wpatrywać się w pole buraczane.

Zalękniony Gżycki nie śmiał przerywać duchowej kontemplacji administratora. Pojazd ruszył żwawiej. Niebezpieczeństwo minęło, mimo to śpiew dziewcząt odebrał mu chęć do dalszej rozmowy. Dłuższy czas jechali w milczeniu, bo i Kurzbach oplótłszy się pledem zamyślił się czegoś niezwykle. Nie uśmiechał się już jak poprzednio, tylko zagłębiony całą postacią w powozie pomrukiwał niekiedy do siebie:

So! So! Fünf und zwanzig Jahrenl So! So!

W oddali zarysował się komin fabryczny. Z ceglanej szyi buchał kłąb ciemnego dymu. Przedwieczorny wiatr rozsnuwał na tle jesiennego nieba szara flagę przemysłu. W powietrzu czuć było kopeć węgla kamiennego, odór wytłoczyn buraczanych i smarów. Ukazywały się niekiedy białe fontanny pary, coraz wyraźniej rozlegały się ostre echa: warczenie maszyn, szczęk łańcuchów, przeplatane przeraźliwym poświstem kotłów parowych.

Powóz wiozący administratora wjeżdżał na terytorium fabryczne.

Nagle, milczący Kurzbach podniósł rękę ukazując na dach jednego z domków robotniczych. Gżycki spojrzał. Na dachu siedział zakurzony popiołem kot. Przed domem stała wyrobnica w zwykłej odzieży, trzymając umorusane dziecko na ręku.

– Widzisz Gżycki? – spytał Kurzbach.

– Ja wohl – odpowiedział oficjalista na chybił trafił.

Schmutzig! Schmutzig! Alles schmutzig! W tym kraju nawet koty brudne! Pfuj – zauważył lekceważąco Kurzbach i splunął.

Wyrzucona z gardzielą niemieckiego ślina padła na ścieżkę wydeptaną stopami białych murzynów, idących właśnie na fajerant do cukrowni. Wszyscy odkryli z pokorą głowy, witając mijający ich pojazd.

Za chwilę stary szwajcar Pętak otwierał lewą ręką wjazdową bramę. Prawą urwała mu przed paru laty centryfuga.