Ksiuty z Melpomeną - Wiechecki, Stefan - ebook
Wydawca: vis-a-vis/Etiuda Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 258 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 9 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ksiuty z Melpomeną - Wiechecki, Stefan

Książka obejmuje felietony teatralne drukowane na łamach dziennika Ekspres Wieczorny. Niniejszy zbiór jest początkiem serii Utworów powojennych, która uzupełnia 16-tomowe Opowiadania przedwojenne.

Opinie o ebooku Ksiuty z Melpomeną - Wiechecki, Stefan

Fragment ebooka Ksiuty z Melpomeną - Wiechecki, Stefan











Strona redakcyjna


Przypisy znajdują się na końcu książki


Do ewentualnego czytelnika

Nie jestem winien powstania tej książki. W każdym razie nie jestem winien sam. Rozliczni znajomi dokuczali mi stale: „Dlaczego nie zbierzesz w jedną całość teatralnych i filmowych swoich felietonów rozsianych po gazetach, Przekrojach i wyczerpanych przeważnie książkach? Wydał Boy Flirt z Melpomeną, wydaj ty, jak przystało na Wiecha, ksiuty z tąże boginią! Będzie to kawałek historii teatru w Polsce Ludowej, widzianego oczami pana Piecyka, państwa Wątróbków, pana Krówki, pani Balon et consortes, jak się dawniej mawiało z tak zwanym przekąsem.”

Długo się nad tym namyślałem, marudziłem, wzdrygała się dusza przed kradzieżą wielkiemu Boyowi połowy tytułu, jednak wreszcie zaniosłem materiał wydawcom.

W końcu wbrew naszej woli plan, harmonogram, poślizg i inne raz rozpętane moce piekielne poniosły nas z sobą i książka jest. Kto chce, niech czyta.

Autor


U wolskiej Melpomeny

Wśród grzechów dawno minionej młodości miałem także dyrektorowanie teatrem. Był to Teatr Popularny na Woli, Wolska róg Młynarskiej. Powstał z przeróbki kina „Italia”, przez zbudowanie sceny i proscenium. Miał dobrych aktorów, z których niektórzy byli potem ozdobą pierwszorzędnych scen stołecznych. Miał bardzo urozmaicony repertuar, od Mazepy do Trędowatej, świetną publiczność i tylko jeden mankament: pod sceną niskie garderoby, w których nie można było stać, należało albo siedzieć, albo leżeć. Ale że odpoczywa się najlepiej w jednej z tych dwóch pozycji, aktorzy nie narzekali zbytnio na tę niewygodę.

Za to, jak już powiedziałem, publiczność była znakomita: płacząca lub śmiejąca się, nie zawsze może w odpowiednich momentach, ale biorąca żywiołowy, serdeczny udział w widowiskach.

Kłopoty bywały czasem z widzami, którzy zbytnio przejmowali się akcją i usiłowali pomagać aktorom na scenie, przez okrzyki i udzielanie porad. Lub w inny sposób przeszkadzali. Ale od tego miał teatr ochotniczą straż porządkową, która rozrabiającą jednostkę po prostu wyprowadzała z sali i spuszczała z niewysokich zresztą schodów, po czym zgłaszała się do mnie do mnie do kancelarii z meldunkiem: – Panie derektorze, wszystko w porządeczku, wstawiony barłoga odpłynął.

Jak żywe, barwne, kolorowe, niemal wypukłe zjawiły się przed mymi oczami te wspomnienia, kiedy otrzymałem zaproszenie do nowego, świeżo otwartego teatru na Woli.

Żeby się przekonać, jak zareaguje tzw. szeroki widz na nową kulturalną placówkę i sztukę w niej graną, zabrałem z sobą państwa Wątróbków. Już holem byliśmy olśnieni.

– Niech ja skonam, niech ja skonam! primo woto, pański dawniejszy „Popularniak” wysiada z kapci. Chociaż i tam było możliwie – dodał tytułem pocieszenia. Ale tu Pałac Ślubów można by założyć pomocniczy, bo wtem przy Zamku tłok jak na bazarze Różyckiego w Wielki Piątek.

Za to widownia nieco państwa W. rozczarowała:

– Co jest, jak pragne święconego jajeczka doczekać! przy takich wydatkach na kurtyne nie mogli się wykosztować? Albo do tych pierwszych rzędów schodzi się troszkie jak do suteryny. Podkropiony gość może mieć trudności. Ale w ogóle spodoba nam się. Drekoracja ładna, meble prosto z Desy, tylko scena, zaczem białem sufitem, jakiemś poszarpanem czarnem łachem jest nakryta – denerwował się pan Walery.

– Kto wie, może z uspołecznionych pralni taki gałagut zaczem materiału jem oddali. A może domowem sposobem na pralce „Amorek” sama derektorowa tak ten sufit przeprała, że makaron wyszedł – podjęła pani Gienia.

– Mylą się państwo – to jest tajemnica scenografa. Ale siadajmy, bo się zaczyna.

Poszły w ruch reflektory, w teatrze zrobiło się jasno i przytulnie. Na scenie rozgrywał się dramat dotkniętego całkowitą głuchotą wielkiego hiszpańskiego malarza Goyi, prześladowanego w dodatku przez kamarylę dworską i króla Ferdynanda VII.

W antrakcie spytałem państwa Wątróbków o wrażenia.

– No owszem, mnie się bardzo podoba i malarz, i jego narzeczona, z którą od lat żyje na kocie łape. Ale Gienia narzeka, że pół sztuki tylko rozumie, bo ten głuchy malarz, owszem, mówi i to całkiem leguralnie, a ta jego narzeczona językiem głuchoniemych się posługuje. Tak że faktycznie większość publiki tylko połowe sztuki kapuje. Ja tych trudności nie mam, bo w tej mowie jestem oblatany. Ciotecznego braciszka głuchoniemego miałem i nie tylko życiowo się mogie z każdem porozumieć, ale i poezja dla mnie mięta. Za pomocą łokcia i dziesięciu palców Powrót taty potrafię zadeklamować.

Totyż pani Korsakówna, która na medal odstawia te narzeczoną głuchego, właściwie tylko do niego i do mnie te swoje własnoręczne wiązanki wygłasza, bo tylko my oba cwaj rozumiemy, o co jej się rozchodzi. Reszta publiki już musi poprzestać na de rektorze Łomnickim, któren tak więcej wspaniale ujął tego hiszpańskiego Matejkie. Tylko że ten malarz to nieostrożny facet, jakieś listy podobnież pisał, w których sobaczył od ostatnich Jego Królewskie Wysoko Błagorodje. A tego żadna władza nie lubi i król Fredek siódemka jeszcze łagodniak, że go z miejsca do pudła nie zamknął, tylko bojówkie tak zwanych ochotników królewskich na niego nasłał, pod przebraniem orkiestry starożytnych bajtlesów.

Te faktycznie, jak widziem, niemożebną drakie ze starego plastyka robią. Narzeczone mu na scenie wypotrzebowują, szyby biją, umeblowanie niszczą. W ogóle dokuczliwe faceci.

Na przykład torbe po cukierkach w charakterze tak zwanego rogu obfitości mu zakładają na głowe, szczypią, za nos ciągną i za uszy. Słyszałem, że podobnież za królewskich ochotników są przebrane uczniowie szkoły teatralnej na Miodowej, gdzie pan Łomnicki jest za tzw. rektora. Jakoby nachalnie się na rektorze odgrywają za dwójki z Ojca zadżumionych i kozaka. Dalej się w tem dokuczaniu posuwają, czem było umówione z reżyserem. Rektor nie może się bronić, to tylko jem powtarza po cichu:

„Dobrze, dobrze, pogadamy jutro na Miodowej.”

W drugiej części omal nie doszło do niemiłego incydentu między jednym z aktorów a panem Walerym.

Pan Wajda, świetny reżyser tego znakomitego przedstawienia, ulokował niektórych aktorów wśród publiczności dla ożywienia akcji. Jeden z nich stał obok nas i w pewnym miejscu rzucił basem jakąś kwestię w kierunku sceny. Pan Walery odwrócił się i rzekł spokojnie:

– Nie wtrącaj się pan, dobrze?! Szanuj się pan troszkie. Nie wiesz pan, co się robiło z takiem podgazowanem osobnikiem w dawniejszem przedwojennem „Popularniaku” na Wolskiej? No to możesz się pan dowiedzieć.

Zażegnałem jakoś to nieporozumienie i po przedstawieniu zostałem przez zachwyconych państwa Wątróbków zaproszony na uroczyste śniadanko w drugie święto Wielkiej Nocy. Mamy sobie powspominać dawny teatr na Woli.


Lilia Wenecja

Do znakomicie przewietrzanych autokarów teatralnych, odwożących widzów z Teatru Polskiego do różnych dzielnic Warszawy, wsiada się po sosnowej drabinie.

Tej okoliczności zawdzięczam znajomość z panem Euzebiuszem Krówką i przekazaną mi garść jego ciekawych wrażeń z przedstawienia Lilli Wenedy.

Zaczęło się od tego, że kiedy wspinałem się rozważnie po rzeczonej drabinie do autokaru, ktoś trącił mnie w nogę i rzekł:

– No, właź pan żywo pod blandekie, bo mróz jak wielkie nieszczęście. Co pan mendel jajek masz po kieszeniach, że się pan tak guzdrzesz?

Obejrzałem się i sfrunąłem w ramiona indagatora, gdyż drabinę w tej chwili szarpnął z boku jakiś inny śpieszący do domu teatroman.

Po krótkiej wymianie wzajemnych przeproszeń pan Krówka przedstawił mi się, wspólnymi siłami wdarliśmy się do samochodu i wkrótce dla zabicia czasu rozpoczęliśmy pogawędkę o teatrze.

– Jakże się panu podobało?

– Owszem, na sali ciepło i odnowione, faktycznie, wszystko formalnie.

– Ależ panie, ja mówię o tym, co się działo na scenie.

– Jeżeli o tem, to nerw publiki się nie szanuje. Przez trzy godziny nagła krew człowieka zalewa, jak się patrzy, co się tam wyprawia. O co oni tam te wojne prowadzili? O muzyczny instrument, o staroświeckie bałabajkie tyle trupa nakładli?

A wszystko przez dwie cholery baby: starsze córkie jednego króla i żone drugiego. Po mojemu król czy prezydent powinien do śmierci w kawalerskiem stanie się znajdować.

– Tyż by nic nie pomogło. Weź pan takiego Hitlera, kawaler, a jak na świecie zamięszał – wtrącił swoje zdanie w tym miejscu przysłuchujący się naszej rozmowie konduktor.

– Bo nietronkowy – bronił swej tezy pan Krówka – marchiew surowe wtrajał i wodą popijał. Zresztą teraz się pokazało, że miał kochankie, która go napuszczała na całe Europe.

– Ale pies z niem tańcował i z tem Hitlerem, zaznacz pan lepiej pare słów na konto tej wojny w teatrze o te bałabajkie, boś mnie pan zaciekawił, a kurs dopiero się zaczął, do Targowej mam pare minut czasu i mogie posłuchać.

– To uważasz pan, było tak. Jeden król, wdowiec z czworgiem dzieci, pasjamy lubiał muzykie. Nie tylko że rżnięte orkiestre trzymał, ale sam za kapelmajstra był i na bałabajce nie najgorzej podgrywał. Ta bałabajka podobnież miała być srebrna.

– Ależ, panie, to była harfa! – usiłowałem sprostować.

– Wszystko jedno, jak się zwała… dosyć na tem, że palcamy się przebierało.

No i uważasz pan, dowiedziała się o tem żona tego drugiego króla, zakapior baba, podstawna, otczajna i tak zaczęła swojego męża szpontować, tak oliwy do ognia dolewać, że dał się koniec końców zbajerować i wojne temu muzykantowi wymówił.

– Rzecz jasna, że dał mu ciężkie knoty, bo sołdatów miał z pikamy i pałaszamy, a tamten drugi bez wojska, tylko na czele orkiestry się bronił. I żebyś pan widział te orkiestre… siedmiu dziadów w komżach, z temy… harfamy.

Nic dziwnego, że muzykant razem z tą swoją harfą do niewoli się dostał i wtenczas się pokazało, jakie dzieci bywają.

Młodsza córka, ta właśnie Lilia Wenecja, dobry dzieciak, w nocnej koszuli przyleciała do pałatki tego drugiego króla za tatusiem prosić.

A starsza, Rózia, kawał cholery, jak ojciec z obozu bez harfy wrócił, bo mu ta szantrapa królowa ją zaszabrowała, zaczem się cieszyć, że tatuś jest, niemożebnie sztorcować go zaczęła i nazad wysyłać, żeby instrument przytargał albo się jej na oczy nie pokazywał.

– Co pan mówisz? To faktycznie zgaga.

– I o co? O głupie harfe! To co by ona zrobiła bywszy na mojem miejscu, jak mnie szwagier sześciolampowe radio z siódmą prostowniczą przepił? Zabić go miałem? Powiedziałem: „Trudno, rodzina miała, rodzina przepiła.”

– Każden by tak samo postąpił.

– A ta wydra Rozalia nie… i gadaj pan z nią! Tylko wejść na scene, za kok złapać…

– Daj pan spokój, przecież to wszystko artyści… do pucu tylko tak odgrywają.

– No faktycznie, ale nerwy się z tem nie liczą. A w ogólności z tem graniem tyż jest granda i puszczanie roboty na fuche. Weź pan na przykład takie rzecz: ta wredna królowa, zaczem wypuściła z niewoli tego muzykanta, za włosy na chojaku kazała go powiesić i zaznaczyła, że w tem przypadku przepustkie do domu może mu wydać, o wiele jego rodowity syn tak rzuci toporem, że go od gałęzi odetnie.

Kiedyś, jeszcze przed tamtą wojną, widziałem w cyrku Cynzelego kowboja, któren swojej narzeczonej jabłko, papierówkie na głowie położył i jak strzelił z dubeltówki, to z jabłka tylko pestki się posypali, a narzeczona cała stoi i tylko perskie oko do frajerów w lożach zasuwa.

Myślałem, że tu będzie tak samo. A wiesz pan, jak było? Ten syn z bliźniaków – co imiona do śmiechu mieli: Lelum i Polelum – na jury, niby tyż totem toporem się zamierza, ważne miny robi i pomalutku, pomalutku, lelum polelum chodu za firankie. Niby tyż tam będzie rzucał. Taką sztukie to każden odegrać potrafi. To nie jest granda?

– Jest. Ale licz się pan z tem, że wojna była, artyści dla szkopów nie chcieli przedstawiać i za kielnerów się zatrudniali, to i z drygu wyszli. Chciałbyś pan, żeby starszego koleżkie skaleczył i do mamra się dostał? Jak już mamy fest budenek teatralny w Warszawie, że podobnież nawet ładniejszy jak przed wojną, to i oni po trochu do swojego fachu się włożą i kowboj za frajera dla nich będzie. Na razie musiem być cierpliwi. No, a jak się skończyło?

– Fatalnie, ogólna gimza… same nieboszczyki, tylko na Rozalie śmierci nie ma. Ale za dużo byłoby detalicznie opowiadać. Wybierz się pan z żoną. Nerwy nerwamy, ale warto.

– Wiadomo, że się wybiere. Warszawski rodak jestem z dziada pradziada.

Lilla Weneda Juliusza Słowackiego

Teatr Polski. Warszawa 1948 r.

Tak, pamiętam doskonale tę Lillę Wenedę wystawioną na otwarcie odbudowanego Teatru Polskiego w powstającej z gruzów Warszawie. Wracało się z teatrów ciężarowymi budami, grającymi rolę autobusów miejskich. Oczekiwały na gości pod teatrami, gdyż inaczej rzadko kto ryzykowałby powrót do domu przez czarne wypalone wąwozy ruin. Dzięki ciężarówkom Lilla Weneda szła kompletami… Dzięki nim powstała pierwsza moja wyżej przytoczona teatralna „recenzja”, pierwsze moje powojenne ksiuty z Melpomeną.

Bawili się nią szczególnie aktorzy, wykonawcy Wenedy. Osterwa grający jedną z głównych ról, a zarazem reżyser przedstawienia, po spontanicznych brawach, kiedy aktorzy wychodzili przed kurtynę się kłaniać, mawiał półgłosem do kolegów:

– No, dość tego, chodu, panowie, za firankie.

Elżbieta Barszczewska, kreująca Lillę Wenedę w długiej białej szacie, była nazywana za kulisami dobrym dzieciakiem w nocnej koszuli. Że znakomitą Leokadię Pancewiczową w związku z interpretowaną przez nią Rozą Wenedą nazywano „Róźka Zakapior”, serdecznie ją na tym miejscu przepraszam.

Następną premierą, która podpadła mi pod pióro, była grana świetnie w Teatrze Klasycznym, dziś noszącym nazwę Współczesnego, sztuka Michała Rusinka:


Kobieta we mgle

Bardzo nie lubię pisać recenzji ze współczesnych sztuk teatralnych, specjalizuję się raczej w wielkim klasycznym repertuarze. Tak się jednak złożyło, że stały nasz sprawozdawca wyjechał i musiałem się podjąć nagłego zastępstwa, chodziło o pośpiech w informowaniu czytelnika o naszym życiu teatralnym. Chcąc jednak, aby recenzja z Kobiety we mgle nie była głosem zblazowanego krytyka, żeby miała za podstawę opinię bezpośredniego odbiorcy z tak zwanych mas, zwróciłem się o pomoc do pana Walerego Wątróbki, który ze względu na tytuł sztuki scedował swoje pełnomocnictwo na panią Gienię.

Wybrała się do teatru z sąsiadką i oto jej obserwacje poczynione z redakcyjnego fotela w czwartym rzędzie.

– Owszem, nie powiem, sztuka życiowa i do płaczu, o jednej doktorowej, co ją Niemcy do obozu zabrali.

Tam podobnież umrzyć miała, a koło doktora jedna blondyna w różowej sukni zaczęła się kręcić i na konto cywilnego ślubu go trajlować.

Ten wypłosz, świński kolorek, już przed wojną znał doktorowe i lekcje śpiewu u niej miał pobierać.

– Przepraszam, bo nie zrozumiałem, o kim pani mówi? – ośmieliłem się przerwać.

– No, o tem rudem tłomoku w różowej sukni. Taka zła jestem na nią, że cała się trzęse… Bo wyobraź pan sobie, nie tylko do gotowego chciała wejść, za doktorowe się zostać, ale jeszcze branzoletkie, którą nieboszczka przed Niemcami w ogródku zakopała pod gruszą, wygrzebała, na rękie założyła, meble w mieszkaniu poprzestawiała i chodzi.

A doktór, jak to chłop, dał się zbajerować i jeszcze żółte róże tej cholerze kupił. I w ogólności ma być ślub.

Nieboszczka, jak się o tem dowiedziała, w pociąg i do Warszawy.

– Chwileczkie, zaraz, jak to nieboszczka się o tem dowiedziała?

– Zwyczajnie, ktoś jej musiał pare słów napisać, bo uważasz pan, z tą śmiercią to był zwyczajny puc. Niby tyż umarła, a właściwie żyła pod Amerykanamy. Jak się spod tych Amerykanów wydostała, spomknęła się z jednem Nowakiem i razem na Ziemie Odzyskane pojechali.

Trzy lata przesiedzieli na szabrze i dopieru – jak słyszą, co się święci – do Warszawy.

Doktorowa umysłowo chorą wariatkie, sparaliżowaną na lewe rękie, zaczęła strugać, a ten ów Nowak za doktora z Tworek się podawał.

Przyjechali i dawaj rozrabiać.

Doktór na razie, jak nieboszczkie w ciemnym pokoju zobaczył, chodu, bo myślał, że to dusza pokutująca, bo Zaduszki za pasem, ale później się przyzwyczaił. A doktorowa nic, tylko w czarne pluszowe suknie się przebrała, po mieszkaniu chodzi, rękie do pucu bezwładne trzyma i stale, i wciąż powtarza:

– Wiedziałam, wszystko wiedziałam…

Rzecz jasna, że musiała wiedzieć, że o wiele doktór z rudą się spomknął, która jeszcze przed wojną na lekcjach śpiewu perskie oko do niego zaiwaniała, to rzadkiewek w ogródku nie rwią, tylko całkiem coś innego uskuteczniają. Ale nic nie mówi.

Ja tylko patrze, jak się zapomni i tą sparaliżowaną ręką zacznie wszystkiem łomot dawać. Ale się na siłe wstrzymywała.

A ten Nowak w doktorskiem fartuchu za nią chodził i co i raz z notesu jej czytał, co i jak ma robić, żeby te wariatkie jak się należy odstawiała, żeby się wszystko za wcześnie nie wydało, zaczem doktorowa branzoletki nie odkopie, bo po większej części o to się jej rozchodziło. Potem się jeszcze truła i pompowanie żołądka miała robione. W ogólności szpitalna sztuka, z życia doktorów i obłożnie chorych. Tylko się siedzi i patrzy, czy czasem operacji ślepej kiszki nie zaczną komu na tej scenie robić. Ale mgły nie było.

– No, a jak się pani podobała Gorczyńska?

– Jaka Gorczyńska? Ta burmistrzowa z mężem ankoholikiem? Straszne rokoko!

– Nie, Maria Gorczyńska, znakomita artystka, wykonawczyni roli doktorowej.

– Aha, nieboszczka! Owszem, ładna, cielesna kobieta, ale odgrywa te doktorowe nie zanadto.

– Jak to, więc pani inaczej ujęłaby tę rolę?

– Rzecz jasna, że inaczej, od samego początku inaczej bym ujęła. Owszem, czarne pluszowe suknie bym założyła, nie powiem, ale nikomu bym się nie pokazała, tylko schowałabym się za drzwi i znienacka wyskoczyła ze szczotką na kiju w ręku.

Potem rudego tłomoka szczotką w łeb i… dawaj branzoletkie! Stół przesunęłabym na środek, tak jak stojał za mojego życia.

– A następnie?

– Następnie róże z wazonika bym wyjęła, wodą chlusnęła w ślipie doktorowi i w te odezwała się słowa:

„Ty stary łajdaku, rudej zgagi ci się zachciało, róże po pięćset złotych sztuka jej kupujesz, a mnie rumianek po złotówce pęczek przynosiłeś?!” I jeszcze raz bym go oblała resztą wody spod kwiatków. Róże wręczyłabym kuchcie, żeby odniosła do kwiaciarni, musieliby wziąść nazad z pół ceny. Nowaka, wont, bo mąż przede wszystkiem.

I dopiero bym zaczęła na rudem wypłoszu z mieszkania wyjeżdżać.

W ondulacje ją wazonem, w ondulacje, aż by się jej mgło zrobiło.

To by dopieru była, jak się należy, kobieta we mgle!

– Czy jednak nie za ostro formułuje pani swoją opinię o blondynce? Uroczej pani Pachońskiej, kreującej tę rolę, byłoby przykro… – wtrąciłem pojednawczo.

– Nie za ostro, nie za ostro, bo nóż w sercu nosze. Mój Walerek w swojem czasie do jednej maglarki uderzał… ruda była jak wiewiórka.

Kobieta we mgle

Sztuka Michała Rusinka
Teatr Klasyczny. Warszawa, 1948 r.

Jak widać, pani Gienia była mi bardzo pomocną w zrecenzowaniu tej sztuki. Ale co to pomocną? Sama wykonała za mnie cały ten trudny obowiązek, ja ograniczyłem się jedynie do wzięcia honorarium. Muszę powiedzieć z góry, że nie jest to w tym zbiorku jedyny jej głos krytyczny o naszej sztuce teatralnej. Oświadczała się na te tematy jeszcze kilkakrotnie. Ale oczywiście nie może się mierzyć ze swym małżonkiem, panem Walerym, na którego opinii opiera się większość zamieszczonych tu krytyk.

Jednak i panu Piecykowi z Targówka zawdzięczam wiele wnikliwych i pełnych znawstwa uwag o warszawskich i prowincjonalnych premierach.

Weźmy choćby taką rozmowę o Szekspirowskim Otellu.


Hotello

Pan Piecyk jest zapalonym teatromanem. Wiedziałem o tym od dawna, toteż spotkawszy go w bufecie na Ladacznicy z zasadami, przywitałem bez zdziwienia szablonowym pytaniem:

– Jak się panu podoba ta sztuka?

– Murzyni modne! – odrzekł pan Teoś, zaciągając się papierosem.

– Co?

– Nic, mówie, że Murzyni w obecnym czasie w modzie. Do jakiego teatru się pan nie wybierzesz, dwóch, trzech ich przedstawia, a już najmarniej jeden. Podobnież artyści, co ich podgrywają, nie myją się z czarnej farby już po pare miesięcy: nie opłaci się jem, bo wiedzą, że w następnej sztuce znowuż za Murzynów będą. Żony jem w domu raban podnoszą, do pościeli nie chcą puszczać, ale żaden się nie myje. Bo faktycznie za dużo by mieli roboty szorować się i znowuż mazać. A tak wsadzi jeden, drugi łeb w piec, sadzamy się przypudruje i gotów na scene.

I to nie tylko w Warszawie, na prowincji masz pan to samo. Pare dni temu nazad byłem interesownie w mieście Łodzi. Koleżka wyciągnął mnie do teatru, troszkieśmy sie spóźnili, weszliśmy na sale po ciemku. Blandeka już była podniesiona, rozglądam się po scenie, patrze… jest Murzyn! Jeden, ale za to grubszy, w starszem wieku i jak się pokazało później, gienierał!

Stał na środku i mowe zawalał, insze artyści za księży byli poprzebierane, a jeden na biało za Ojca Świętego.

Rozchodziło się o to, że Turki wojne jemu wypowiedzieli, a że duchowieństwu nie wypada się naparzać, wynajęli księża tego Murzyna, żeby się za nich z Turkamy obleciał.

A nazywał się on, uważasz pan, Hotello, dlatego że Murzyni w hotelach najczęściej służą za dzwońców, czyli szwajcarów.

– Ależ panie Teosiu, nie Hotello, tylko Otello nazywał się Szekspirowski bohater, którego pan widział, i nie żadne duchowieństwo to było, tylko wenecki senat z ubranym na biało dożą.

– Możliwe, ale tu nie o to się rozchodzi, tylko o to, że cham.

– Kto?

– No, ten Murzyn. Tak nasz z koleżką zgniewał, żeśmy chcieli się do niego podnieść i na scene wejść, towarzyskiego alibi go nauczyć. Jego szczęście, że na galerii siedzieliśmy, bo przypuszczam, że derekcja musiałaby publice pieniądze za bileta zwrócić, jakby główny artysta w szpitalu się znajdował, ale o tem potem.

Dosyć na tem, że ten ów Murzyn mówi:

„Owszem, prosze duchownych osób, mogie knoty Turkom spuścić, ale pod waronkiem, że katolickie kobiete pod tytułem Desdymona za małżonkie mnie dacie.”

„Owszem, prosze bardzo – mówiom księża – załatwione!” i dali jem ślub. Ale nadleciał ojciec tej kobiety i mówi, że mowy o tem być nie może, bo by się nie mógł z czarnem zięciem w towarzystwie pokazać. Ale ponieważ że ona się zgadzała, Murzyn zaczął się do teścia stawiać.

„Odskocz tatuś od nowożeńców, bo będzie niedobrze. Widziałem mętrykie, Desdymona jest pełnoletnia i pozwoleństwa rodziców nie potrzebuje. Chodź, Mondzia, do domu noc poślubne uskuteczniać!”

I poszli. Pokazało się potem, że stary Desdymony miał racje. Murzyn okazał się skończonem żłobem i niemożebny w pożyciu.

Tak się złożyło, że sąsiadka, cholera, ukradła Murzynowej chustkie do nosa, którą on jej dał w prezencie… Co ten lebiega o te chustkie za grandy toczył, to pan pojęcia nie masz. Trzy godziny nasz wszystkich męczył, a najwięcej żone.

Na wojne nie chciał jechać, tylko tam i nazad ganiał, i: „Gdzie chustka?” się ciągle pytał.

Żona szuka wszędzie, nie może znaleźć, to koniec końców dla świętego spokoju mówi, na jury, że w praniu.

Jak oparzony wyleciał, za chwile jest nazad, widocznie na górze był, przejrzał na sznurach całe pranie, i wiesz pan, co zrobił? W morde jej dał przy ludziach.

Wtenczas to właśnie chcieliśmy z koleżką iść do niego na te scene. „Kobiete, łobuzie, bijesz o głupie chustkie za sto złotych?!”

Ale na tem nie koniec. Jeden oficer, któren na posade gienierała lefrektował i chciał Hotella z niej wyślizgać, do pucu mu natrajlował, że jeden podporucznik do Desdymony uderza. Myślał, że Murzyn podporucznika zimnym trupem położy i do mamra go za to zamkną.

Detalicznie wszystko mu streszczał, jak podporucznik się z jego żoną podbawiał. Ten niby tyż to słucha, ale furt powtarza: „Gdzie chustka?” i „Gdzie chustka?”

Wiesz pan, jak się skończyło? Przeliczył jeszcze raz bielizne z magla i udusił żone, ponieważ że chustki nie było!

W tym miejscu przerwał nam rozmowę dzwonek na zaczęcie ostatniego aktu Ladacznicy.

Kiedy wychodziłem z teatru, przejęty do żywego losem nieszczęsnego Negra, zlinczowanego w sztuce, którą właśnie obejrzałem, dogonił mnie na schodach pan Piecyk, ujął pod rękę i rzekł:

– Zanadto nie trzeba się znowuż nad Murzynamy rozczulać, bo i między niemy dranie się trafiają. Jedź pan do Łodzi, to się pan przekonasz!

Otello Williama Szekspira
Teatr Polski, Łódź, 1948 r.


Tylko nie Rozalinda

Zamiarowaliśmy z Gienią szafe kupić. Chodziliśmy po tych różnych składach, ale nie było. To jest szafy owszem byli, tylko nie do sprzedania, bo albo nie wycenione, albo rachunek nie nadszedł, albo kierownik wyszedł. Jak nie remont, to renament, jak nie renament, to inwentarz, czyli tyż jakieś insze uspołecznione święto handlowe… dosyć na tem, że sprzedaż chwilowo wstrzymana. Zgiewało nasz koniec końców i zaczęliśmy się rozglądać za jakąś używaną sztuką.

Znalazła Gienia w Expresiaku ogłoszenie w te słowa:

„Szafa trzydrzwiowa, mahoń, na nóżkach, do sprzedania. Tamże mało używany kontrabas. Trębacka 10 w podwórzu na lewo 1 piętro.”

Poszliśmy wieczorową porą na te Trębackie, wchodziem w podwórze na lewo, potem do jakiejś sieni i walcujem się na pierwsze piętro. Patrze, basetla czyli kontrabas stoi w rogu: to widocznie tu! Ale szafy nie było widać. Z pół godziny po różnych piętrach żeśmy ganiali, aż koniec końców wyszliśmy na jakieś podwórko – nie podwórko, ogródek – nie ogródek, Mariensztat – nie Mariensztat… Widno jak w dzień, pełno ludzi się kręci, w altance jakieś dwie facetki siedzą, ale wszystko jakieś takie dracznie ubrane. Faceci w pluszowych garniturkach, nelonach na nogach, jeden w damskim berecie z plerezą, drugi znowuż ma czapkie z rogami, jak auguści w cyrku dawniej nosili. Gienia się cafła za jakiś winkiel, mnie tam wciągła i nadmienia:

– Walerek, niedobrze, to zdaje się będą wariaci!

– A coś ty chciała… mądry szafe ci sprzeda? Zresztą mylisz się. Te ubrania to ostatnia moda letnia MHD, tak nazwane wdzianka, tylko że ciut, ciut za ciasne, dziecinne numera, bo innych się nie robi.

– A te kapelusze?

– Spróbuj, kochanie ty moje, kupić męski kapelusz numer

57… nie dostaniesz… to sprawiają sobie ludzie bereciki, włóczkowe pilotki i temuż podobnież. Muszą to być lokatorzy tego domu, tylko gorzej, żeśmy na jakieś większe nieporozumienie towarzyskie trafili.

Faktycznie jeden młodziak, niejaki podobnież Orlando, pokłócił się ząb za ząb ze starszym facetem w żałobnej damskiej perelince i krzyczał, że tatuś coś mu tam zostawił w spadku, a braciszek drań go wykantował i te rzecz dla siebie przyuważył, a on teraz się żeni i zamiaruje te szczegółe odebrać.

– Gieniuchna, gorzej – mówie do żony – tu zdaje się cała chwestia o te szafe się rozchodzi. Idziem do domu. Orlandoszczak nie sprzeda.

– Nie wiadomo, a zresztą może mu nie oddadzą. Patrz, prezes dozorcego zawołał.

Gienia uważała, że ten czarny w perelinie to prezes blokowego komitetu. Faktycznie przyszedł gruby, nabity w sobie mężczyzna, w średnim wieku, troszkie na dozorcego pasował. Spojrzał się ten dozorca na młodziaka i mówi:

– Rozejdź się pan, nie rób pan publiki, bo będzie niedobrze.

I zaczyna tego młodziaka w dalszym ciągu straszyć:

– Taką mam krepe – mówi – że jakbym cie, szczeniaku, palcem ruszył, ręka, noga, mózg na ścianie! – mówi. – Dziesięciu takich jak ty na kilo u mnie wchodzi, kto ze mną zacznie, zaniem się obejrzy, już kwiatki na niem rosną! mówi.

A Orlandoszczak nie drefi nic a nic, tylko spokojnie do niego:

– Odsuń się, dzwońcu, nie wtrącaj się do rodziny.

A dozorca go za klapy, a Orlandoszczak jak sienie odwinie, jak nie zaprawi ciecia między oczy, tamten fajt na ziemie i leży bez przytomności. Facetki w altanie w krzyk.

– Gieniuchna, zmiatajmy, stróża zabił, za świadków będziemy. Ja już nie lefrektuje na te szafe. Nie mam zamiaru z tem młodziakiem się sprzeczać, to bokser, chociaż piórkowej wagi. Ale Gieniuchna nie chciała zrezygnować, wyszła na środek tego podwórka i zaznacza:

– Wszystko wszystkiem, ale gdzie tu jest ta szafa do sprzedania?

A prezes w czarnej perelinie jak nie krzyknie w tem trakcie:

– Idź precz, Rozalindo!

W Gienie jakby pieron trzasł:

– Co, coś pan powiedział? Kto Rozalinda? Kto Rozalinda?

Walerek, słyszysz i nie upominasz się za swoją ślubną małżonkie zhańbioną!

Wtenczas ja wychodze zza winkla i nadmieniam:

– Panie szanowny, szafy możesz pan nie sprzedać, ale nie masz pan dania racji żonie ubliżać. Ona dla pana nie Rozalinda!

I od razu słysze ze wszystkich stron krzyk, śmiech i jakieś klepanie. Przyglądam się, a tu z jednej strony po ciemku z tysiąc ludzi siedzi i bis nam bije.

Zmiarkowałem od razu, żeśmy niechcący do teatru na tak zwaną scene się wtranżolili. Łapie żonę za rękie i krzycze:

– Gienia, chodu! pomyłka w druku!

Faktycznie zaszła pomyłka: szafa była na Brackiej, zaś na Trębackiej kuchenne wejście do teatru się znajduje.

Więc jak wynika z opowiadania pana Wątróbki, w poszukiwaniu szafy weszli oni oboje z Gienią na scenę Teatru Narodowego podczas przedstawienia Rozalindy. Oczywiście takiego wypadku nie było. Był natomiast bardzo podobny. Właśnie podczas tej sztuki, w drugim, zdaje się, akcie wśród aktorów odzianych w szesnastowieczne stroje zjawili sie dwaj panowie w modnych garniturach współczesnych, tak zajęci jakąś pasjonującą rozmową, że nie zauważyli, gdzie się znajdują.

Dopiero śmiechy na widowni i wielkie brawa wywołały na ich twarzach zdumienie i przerażenie. Dali oczywiście drapaka. Jednym z nich był dyrektor naczelny teatru, a drugim scenograf. Omawiali dekoracje do następnej sztuki.

Ten zabawny, autentyczny najzupełniej fakt posłużył mi jako pretekst do wprowadzenia na scenę pana Walerego z panią Gienią i skłonienia ich do wynurzeń na temat Rozalindy.

Następną premierę przeżywał również z małżonką pan Piecyk. Tym razem chodziło o Teatr Polski.


Helcia, chodu!

– Panie Teosiu, jak się panu podobał Zakon Krzyżowy? Przypuszczam, że pan, jako miłośnik i znawca naszych dziejów, był już z pewnością na tej sztuce – zagadnąłem wczoraj w tramwaju pana Piecyka.

– Rzecz jasna, że byłem, zaraz pierwszego dnia. Jak mnie się spodobało? Owszem. Jest to, jak panu szanownemu zapewnie wiadomo, osiem obrazów z życia duchowieństwa, z udziałem straży ogniowej miasta stołecznego Warszawy, streszczone przez bywszego hrabiego.

– Nie bardzo pana rozumiem. Dlaczego duchowieństwa? Gdzie pan tam widział straż?

– Zaraz, czekaj pan. Po kolei. Duchowieństwa dlatego, że tak zwane Krzyżaki to byli szkopy przebrane w komże. To jest raz. Po drugie w tej sztuce figuruje jeden biskup z Płocka, któren się później ożenił z niejaką Ryngałłą, ale z początku także samo musi być przez nasz uważany za osobe duchowną. To jest dwa.

– No dobrze, a gdzież ta straż?

– Zaraz dojdziem i do straży. Zaczęło się od tego, że Witold, braciszek króla Jagiełły, przyjechał w goście do Krzyżaków, które zamieszkiwali wtenczas w drewnianym bunkrze w Białowiejskiej Puszczy. Zanosiło się na większy kawalerski ochlaj z politycznem kongresem, bo Krzyżakom, uważasz pan, rozchodziło się o to, żeby Witolda na starszego braciszka napuścić, czyli że wojne Polsce wydać. Ale przez Ryngałłe cały ten kant nie przeszedł. Ryngałła to, uważasz pan, była siostra Jagiełły i Witolda, jednem słowem z królewskiej rodziny. Ale że czasy byli niespokojne, w wojsku z poboru służyła w charakterze, zdaje się, tajnego podporucznika. Bo na wierzchu, uważasz pan, damską jedwabną suknie z koronkamy nosiła, a pod spodem żelazne staroświeckie umundurowanie wojskowe. Nawet nylony na nogach ze szwejsowanej blachy posiadała. A biusthalter podobnież ręcznie kuty przez przodowników pracy w Państwowej Fabryce Parowozów, dawniej „Cegielski” w Poznaniu.

A ikre w ręku takie posiadała, że Breitbart nieboszczyk frajer. Nóż kuchenny półłokciowy, na trzy palce szeroki, w rogalik zginała rękamy i nawet się nie sczerwieniła. Tą, uważasz pan, Ryngałłe przywiózł ze sobą Witold na ten kawalerski wieczorek do Krzyżaków. A jeszcze zmuszony jestem nadmienić, że była to kobieta twarzowa jak rzadko, swoja, równa, jednem słowem taaka kobieta! – tu pan Piecyk wzniósł symbolicznie oba łokcie w górę. – Totyż Krzyżaki, jak sobie małowiele podgazowali, w bajer ją zaczęli brać na konto wolnej miłości.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com