Książka o tęsknocie - Anselm Grün - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Jedność Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2004

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 187 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Książka o tęsknocie - Anselm Grün

Tęsknota jest początkiem wszystkiego. To ona chroni przed cynizmem rezygnacji i jest źródłem wielkiej siły duchowej. W naszej tęsknocie oddycha dusza. I tylko ten, kto ma szerokie serce, żyje w pełni. Anselm Grün inspiruje do tego, by odnaleźć własną tęsknotę. Przesłanie jego najnowszej książki brzmi: słuchaj głosu swego serca. Pozostań na tropie swych marzeń. Uwolnij się od zależności – idź za swą własną gwiazdą, gdyż wskazuje drogę do prawdziwego szczęścia.

Anselm Grün ur. w 1945 r., doktor teologii, benedyktyn, zarządza opactwem w Münsterschwarzach. Jako znany doradca duchowy prowadzi kursy medytacji uwzględniające psychoterapie, kontemplacje i post. Autor licznych publikacji.

Opinie o ebooku Książka o tęsknocie - Anselm Grün

Fragment ebooka Książka o tęsknocie - Anselm Grün







Anselm Grün

Książka o tęsknocie


Tytuł oryginału: Buch der Sehnsucht


Copyright © 2003 by Verlag Herder Freiburg im Breisgau


© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2004


Przekład

Ryszard Zajączkowski


Redakcja i korekta

Barbara Rabajczyk


Redakcja techniczna

Artur Czerwiec


Projekt okładki

Justyna Kułaga-Wytrych


ISBN 978-83-7660-537-1


WYDAWNICTWO „JEDNOŚĆ”

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

StartFragment

Dział sprzedaży tel. 041 349 50 50

Redakcja tel. 041 349 50 00

EndFragment

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Przedmowa

Anton Lichtenauer


Tęsknota nigdy nie jest bardziej nieujarzmiona niż w okresie młodości. Pierwsza miłość, wielkie przyjaźnie – i już niebo stoi przed nami otworem. Wszystko wydaje się możliwe – nie w przyszłości, lecz w tym momencie. Życie jest fantastyczne i zaczyna się zaraz za horyzontem. Nigdzie indziej tylko tam.

A co potem? Tennessee Wiliams uczynił z trasy tramwaju, jeżdżącego ciągle na tym samym odcinku, swoisty symbol życia: „A Streetcar Named Desire” („Tramwaj zwany pożądaniem”). „Stacja końcowa – tęsknota” – to niemiecki tytuł tego utworu opowiadającego o życiu, które utknęło w szynach niepowodzeń. Trasa przesiadki nosi nazwę „Cementery” i prowadzi na cmentarz. Sztuka opowiada o ludziach, którzy w wirze pragnień, pożądań, tęsknot i popędów niszczą wreszcie samych siebie. Główne przesłanie utworu to „Śmierć, której przeciwieństwem jest tęsknota”.

Banalności sprzeciwiają się zarówno młodzieńcza tęsknota, jak i zwątpienie dorosłych. „Boską naturę ma kochający i szyderca, wszelka rozpacz i tęsknota oraz ci, co żyją nadzieją”. Gotfryd Benns Satz wyraża tę samą myśl, którą Tennessee Wiliams zawarł w swojej sztuce. Rozpacz i nadzieja, cynizm i tęsknota są sobie bliskie, chcą bowiem wykroczyć daleko poza ramy tego, co jest nam dane. Przekraczają granice tęsknoty w sposób, który interesuje Anzelma Grüna.

Tęsknota pojawia się wszędzie. Słupy oklejone plakatami w naszych miastach bądź oślepiające reklamy w tygodnikach lustrowanych obiecują: kup szczęście za pieniądze! Tutaj i teraz, nie czekając – za gotówkę. Nie kupujemy przy tym samochodu, lecz witalność i przewagę. Karta kredytowa rządzi naszymi marzeniami, umowa z bankiem jest samorealizacją, polisa ubezpieczeniowa – bezpieczeństwem. Papierosy są symbolem nieskrępowanej wolności lub kultywowanego stylu, w zależności od marki, zaś darowane w prezencie diamenty stanowią obietnicę nieprzemijającej miłości.

Tęsknota wzmaga chęć kupna oraz oszukuje rozsądek i serce. Jedynym pewnikiem jest to, że można mieć wszystko oraz że to, co można mieć, jest wszystkim. Na tym polega zwykłe oszustwo ubezpieczeniowe. Wir pożądania nie daje nam spokoju, krąży coraz szybciej, popędzany pragnieniem coraz większego posiadania.

Tęsknota ma dwa oblicza: spełnia się lub gnębi i wyniszcza. Może ogrzewać duszę albo ją wypalać. W przeszłości marzenie o urzeczywistnieniu raju na ziemi stale wyzwalało niszczącą siłę, która wszystko demolowała.

Zarówno ludzie odczuwający niedosyt, jak i ci, którzy doświadczyli kiedyś upajającego szczęścia, znają smak tęsknoty. Alpiniści, którzy po wspinaczce na szczyt schodzą do doliny, marzą o zdobyciu kolejnego szczytu i mówią: „Tak naprawę nigdy nie jest się na górze”. Tęsknota pojawia się tam, gdzie zaczyna się pustka. Tęsknota jest również obietnicą bez pokrycia bądź atrakcyjnym marzeniem. Tęsknota dąży do spełnienia i nadaje życiu sens, cel, znaczenie, blask. Tak samo jak miłość.

Miłość i tęsknota są z sobą zespolone. Również miłość wykracza poza granice, nałożone na nasze ego. Według mitologii greckiej Eros był demonem, istotą pośrednią między bogami a ludźmi. Jego matką była Penia, czyli bieda, zaś jego ojcem bóg Poros. Eros należał do dwu światów i pośredniczył między bogami a ludźmi. Zdawał sobie sprawę, że ludzie mają potrzeby, że są ubodzy i pragną miłości. Eros podtrzymywał ich tęsknotę za miłością. Tęsknota jest snem o tym, aby znieść wszystko, co nas ogranicza. Dzięki Erosowi żywe jest pragnienie szczęścia, które nigdy nie ustaje: „Każde pragnienie chce żyć wiecznie”. Tęsknota żyje nadzieją, że w nieujarzmionym zgiełku życia usłyszymy w końcu decydujące słowa, które dają pociechę i poczucie bezpieczeństwa. Żyje ona nadzieją przeżycia spełnienia w ciągłym codziennym pośpiechu; doświadczenia chwili, w której przestaje istnieć czas. Chce ona we wszystkich pragnieniach znaleźć miłość, która dotyczy mnie. Grün uważa, że jeśli zaufamy tej tęsknocie, wówczas wprowadzi nas ona na właściwe tory życia.

Anzelm Grün zdaje sobie oczywiście sprawę z podwójnego oblicza tęsknoty, lecz mimo to twierdzi, że jest ona naszą najważniejszą siłą duchową. Pokazuje nam bowiem drogę prowadzącą do prawdziwego szczęścia.

Świat pozbawiony tęsknoty byłby czymś w rodzaju koszmaru – gdyby życie było tylko „ostatnią okazją” do tego, aby napchać kieszenie lub przechować wszystko w zamrażarce własnego ego. Anzelm Grün inaczej wyobraża sobie szczęście: jest to ogień duszy, którego nie wolno nam ugasić, lecz który trzeba wzniecać, aby świat się nie oziębił lub nie skostniał. Należy stawiać sobie dalekosiężne cele i w ten sposób pozostawiać miejsce na nadzieję i marzenia. Należy otwierać na oścież serca, gdyż we własnej tęsknocie znajdujemy prawdziwą ojczyznę, trzeba szukać przystani, lecz nie zadowalać się tym, co już udało się osiągnąć. Anzelm Grün radzi: Nie pozwól zniszczyć swoich marzeń, szukaj miejsc, w których będziesz mógł istnieć i stawać się tym, kim jesteś. Żyj w odpowiednich warunkach. Zejdź z torów przyzwyczajeń i wejdź na właściwą ścieżkę. Zbadaj dobrze swoją tęsknotę i utrzymuj ją przy życiu.

Nic innego nie nazywamy duchowością. Anthony de Mello, do którego Anzelm Grün chętnie się odwołuje, powiedział kiedyś: „Aby odnieść sukces w przygodzie, zwanej duchowością, należy czerpać z życia tak dużo, jak to tylko możliwe. Wielu ludzi zadowala się takimi błahostkami jak bogactwo, sława, wygoda i prestiż społeczny”. Są to cele o wiele za małe w porównaniu z tym, co naprawdę leży w naszych możliwościach.

Tak więc, czy tęsknota jest stacją końcową? Nie – tęsknota jest początkiem wszelkiej sztuki życia. Co więcej: tęsknota jest początkiem wszystkiego.


I. Język duszy



Emocja pełna siły


Niemieckiego słowa „tęsknota” (Sehensucht) nie da się przetłumaczyć na inne języki. Również słowo greckie, z którego wywodzi się termin niemiecki, nie posiada tej pełni znaczeniowej, która istnieje w języku niemieckim. Greckie słowo epithymía oznacza właściwie pragnienie. Wywodzi się ono od słowa thymós, odnoszącego się do zjawisk ze sfery emocjonalnej. Thymós oznaczało pierwotnie powietrze, burzę, to, co poruszane i poruszające, siły życiowe. Pierwotnie więc greckie słowo odnosiło się do podniecenia, gwałtownego pragnienia wynikającego z ludzkiej witalności. Używa go nawet św. Łukasz, kiedy mówi o Jezusie: „Epithymia epethýmesa – gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami” (Łk 22,15). Jezus ma na myśli nie tylko tęsknotę ducha, lecz całej osoby; tęsknotę pełną mocy i poruszeń serca. Filozofia grecka często nadawała temu słowu odcień negatywny, odnosząc je do pożądania cielesnego, będącego w sprzeczności z duchem. Również w Biblii słowo to jest najczęściej używane w negatywnym kontekście jako coś grzesznego, przeciwnego Bogu.

Łacińskie słowo desiderium oznaczało pierwotnie „pragnienie, pożądanie” i miało z pewnością wiele wspólnego ze słowem sidus – „gwiazda”. Pisarze łacińscy mówią o ogniu tęsknoty lub o palącej tęsknocie za czymś, czego nie posiadamy. Gwiazdy możemy tylko oglądać, lecz nie jesteśmy w stanie ich dosięgnąć.

Filozofia stoicka często utożsamiała pożądanie z desiderium carnis, czyli pożądaniem cielesnym. Jednak u św. Augustyna słowo to odzyskuje znowu swoje pierwotne znaczenie odnoszące się do tęsknoty w szerszym aspekcie. Św. Augustyn mówi, że każde ludzkie pragnienie i pożądanie wykracza ostatecznie poza granice tego świata. Św. Tomasz z Akwinu uchwycił to wyobrażenie św. Augustyna i stworzył doktrynę o desiderium naturale. Człowiek posiada wrodzoną tęsknotę za oglądaniem Boga, za zjednoczeniem się z Nim i może zrealizować swoje człowieczeństwo tylko wówczas, kiedy połączy się z Bogiem.

Niemieckie słowo „tęsknota” podpowiada nam jeszcze coś innego. Składa się ono z dwóch wyrazów: „ścięgno” i „nałóg”. Przypomina to ścięgno człowieka gotującego się do skoku lub napiętą cięciwę łuku, zanim zostanie wypuszczona strzała. Tęsknota wiąże się więc z wewnętrznym stanem napięcia. Człowiek czeka z całą energią na skok, aby dosięgnąć tego, do czego zmierza jego tęsknota lub na strzał, który trafia do celu.

Według Dudena (redaktora słownika języka niemieckiego) słowo „tęsknić” jest używane tylko na obszarach niemieckojęzycznych. Duden nie łączy tego słowa z „cięciwą”, lecz ze słowem „senen – martwić się, pragnąć miłości”. Brzmi w nim bolesna nuta, przypominająca niespełnioną miłość. Zakochany tęskni za ukochaną, aby się upewnić co do jej miłości. Tęsknota może sprawiać też ból. Zakochany kieruje całą swoją uwagę na kochanego człowieka i czeka, aby ten odwzajemnił jego miłość. Ma wrażenie, że umarłby, gdyby jego miłość była daremna.

Słowo „nałóg” nie wywodzi się od „szukać”, lecz od „być schorowanym, chorym”. Nałóg oznacza więc chorobliwe pragnienie bądź uzależnienie. Tęsknota zaś nie jest uzależnieniem od takiego produktu jak alkohol bądź narkotyki, czy też od prestiżu bądź sławy. Tęsknota jest skierowana na coś zupełnie innego: na ojczyznę, poczucie bezpieczeństwa, szczęście, miłość, piękno, spełnienie. Zmierza ona do doskonałości. Ale podobnie jak człowiek czuje się czasami chory z miłości, tak samo jego tęsknota za wiecznością staje się tak silna, że nie znajduje on już upodobania w codzienności i wówczas czuje się chory z tęsknoty.

Połączenie tych dwóch członów spowodowało, że w ostatnim stuleciu słowo „tęsknota” było wykpiwane. Kojarzono z nim bowiem coś chorobliwego. Ludzie oddają się tęsknocie za tym, co nie może się spełnić, zamiast stawiać czoła konkretnym wyzwaniom życiowym.

Okres romantyzmu cechowała pełnia tęsknoty. Eichendorff i Novalis są głosicielami romantycznej tęsknoty. Dla nich i dla epoki, w której żyli, tęsknota była uczuciem całkowicie pozytywnym, wartościowym i autentycznym. Jednak po tym, jak sfałszowano jej obraz, przedstawiając ją jako ucieczkę od rzeczywistości, przez długi czas unikano używania tego słowa. Znikło ono ze słownika pozytywnych emocji. Dopiero w naszej epoce odzyskało swe pierwotne znaczenie.

Człowiek czuje, że jego życie bez tęsknoty byłoby nudne i straciłoby napięcie, otwartość na tajemnicę, głębię i żywotność. Żyjemy bowiem w ciągłym napięciu pomiędzy siłami, które tkwią w „cięciwie” i chorobliwej ociężałości nałogu. Człowiek staje się chory, jeśli ożywiony jest tylko jeden biegun – spokój lub napięcie. Człowiek, który szuka jedynie spokoju, łatwo zatapia się w wygodnictwie. Ten zaś, kto koncentruje się tylko na swojej cięciwie, na swoich własnych siłach, podejmuje nadmierny wysiłek i wówczas cięciwa pęka. Ten, kto się uzależnia, traci wolność.

Wysiłek napięcia musi skończyć się napiętą, a jednocześnie pełną spokoju postawą tęsknoty. Nałóg zaś musi się przekształcić w dynamikę i siłę tęsknoty. Tylko wówczas można go wyleczyć.

Prawdopodobnie wiele dających się dziś zaobserwować nałogów jest wyrazem wypartych tęsknot. Dlatego najwyższy czas stawić czoła własnej tęsknocie, co jest oznaką poczucia rzeczywistości. Tylko wówczas, kiedy staniemy z nią twarzą w twarz, uznamy ją i pozwolimy, aby stała się częścią naszego życia, wyzwolimy się od nałogów, które nas opanowały.

Tęsknota nie trzyma nas na uwięzi, lecz otwiera nasze serca i pozwala swobodnie oddychać. Nadaje naszemu życiu jego ludzką godność.


II. Jacy jesteśmy. Jakimi być możemy


Cygan w fotelu


Anthony de Mello chętnie przytacza historie, wyjaśniające tajemnice naszej rzeczywistości. Jesteśmy zamknięci w klatce własnych przyzwyczajeń, niczym niedźwiedź krążący w jedną i w drugą stronę po sześciometrowym wybiegu. Gdy po kilku latach usuniemy pręty, niedźwiedź nadal będzie się poruszał w obrębie owych sześciu metrów, tak jakby wciąż pozostawał w klatce. Dla niego klatka nadal tam jest. Jego tęsknota obumarła wskutek długich lat niewoli.

W innych krótkich opowiadaniach de Mello podejmuje również temat tęsknoty. Ukazuje, jak mała może się ona czasami stać po niekończącym się oczekiwaniu:

„Po trzydziestu latach wspólnego oglądania telewizji mąż zwraca się do swojej żony:

‘Zróbmy dziś wieczorem coś naprawdę ekscytującego!’

Przed jej oczyma natychmiast pojawiają się wizje nocy spędzonej w mieście.

‘Fantastycznie!’, mówi ona. ‘Co będziemy robić?’

‘Moglibyśmy się zamienić fotelami’”.

Dla mężczyzny cała tęsknota za czymś ekscytującym wyrażała się w zamianie foteli. Rzecz jasna nie znał on większych tęsknot, żadnych dalekosiężnych pragnień. Trzydzieści lat oglądania telewizji sprawiło, że jego tęsknoty stały się tak niewymagające, iż mimowolnie budzi to w nas śmiech.

Lecz czy tak nie jest? Do jak małej miary wielu ludzi zredukowało dziś swoje tęsknoty!

Śmieszność wynika z napięcia pomiędzy ideałami a rzeczywistością. Jej iskry sypią się gęsto, kiedy świat – taki, jaki mógłby być, zderza się z rzeczywistością – taką, jaka ona jest.

Kolejną historię – również z życia wziętą – de Mello zatytułował „Cygan”:

„W małym pogranicznym miasteczku już od 50 lat w tym samym domu żyje pewien stary człowiek. Pewnego dnia, ku zdumieniu osób ze swego otoczenia, przeprowadza się do sąsiedniego budynku. Reporterzy lokalnej gazety pojawiają się u niego, aby zapytać o powód przeprowadzki. Ten, zadowolony, odpowiada im z uśmiechem: ‘Widocznie mam w sobie coś z cygana’”.

Komentarze wydają się zbyteczne. To po prostu „siedzi” w czło- wieku. W ten sposób de Mello celnie opisuje nasze tęsknoty, małe i skurczone wskutek naszego samozadowolenia.

Czynimy siebie mniejszymi niż jesteśmy.

O wiele mniejszymi.

Utracona gwiazda


„Utracona gwiazda” autorstwa Ernsta Wiecherta była po wojnie bardzo popularną historią. Książka opowiada o młodym niemieckim żołnierzu, powracającym do domu z niewoli rosyjskiej, szczęśliwym, że w końcu znalazł się u siebie. Jednak po kilku tygodniach mężczyzna stwierdza, że tak naprawdę nie czuje się tu jak we własnym domu. Rozmawia o tym ze swoją babcią i wspólnie uznają, że w ich mieszkaniu zgasła gwiazda. Pod ich dachem nie mieszka już żadna tajemnica. Żyje się bardzo powierzchownie. Żołnierz snuje plany, buduje, poprawia, troszczy się o to, aby wszystko jakoś funkcjonowało, podejmuje różne zadania, a tym samym ogranicza swoje życie. Tymczasem to, co właściwe, przepadło. Życie nie posiada już żadnego kierunku ani głębi. Zgasła bowiem gwiazda tęsknoty.

Tam, gdzie z naszych serc spadnie gwiazda tęsknoty, nie poczujemy się jak u siebie w domu. Można być u siebie tylko tam, gdzie mieszka tajemnica. I nie chodzi tutaj o jakiś odległy cel, o skoncentrowanie się na czymś obcym bądź na osiągnięciu, do którego dążymy i które sprawi, że zdobędziemy znaczenie w oczach innych ludzi. W nas samych jest takie miejsce, w którym mieszka tajemnica. Jest to cisza, miejsce wolne od głośnych myśli, determinujących naszą osobę, wolne od oczekiwań i pragnień ludzi z naszego otoczenia. Jest ono wolne od dręczących wyrzutów, jakie sobie czynimy, od deprecjonowania bądź obwiniania siebie. W tym miejscu, w którym mieszka sam Bóg, jesteśmy wolni od władzy człowieka. Tu nikt nie może nas zranić, tu jesteśmy cali i zdrowi, tu jesteśmy sobą. Tam, gdzie mieszka tajemnica, możemy czuć się jak u siebie w domu.

Człowiek, pozostający w zgodzie z sobą, wszędzie doświadcza ojczyzny. Wokół jego osoby ojczyzna tworzy się sama. Kiedy w ciszy spotykamy siebie, własne problemy, braki, niezrealizowane oczekiwania czy kompleksy, musimy się jakoś od nich uwolnić. Nikt nie jest w stanie znieść konfrontacji jedynie z samym sobą. Dlatego jest zrozumiałe, że niektórzy uciekają przed prawdą o sobie. Jednak jeśli wiem, że pośród tych wypartych treści i zranień mieszka we mnie sam Bóg, wówczas mogę wszystko znieść i odkrywam w sobie takie miejsce, w którym poczuję się jak u siebie, ponieważ żyje we mnie tajemnica.

Wtedy też mogę brać miarę z nieba.

Żaba w studni


Pewne mongolskie przysłowie mówi: „Żaba żyjąca w studni ocenia rozmiar nieba według krawędzi studni”. Mongołowie to naród zakochany w bezkresach stepów. Z historii znana jest ich ruchliwość i pragnienie swobody. Te cechy do dziś charakteryzują plemiona koczownicze. Powyższe przysłowie ukazuje wyraźnie ich mądrość wobec panoszącej się duchowej ciasnoty.

Czasami jesteśmy podobni do żaby, która ocenia rozmiar nieba po brzegach studni. Dostrzegamy jedynie to, co znajduje się na pierwszym planie. Żaba pływa w wodzie i tylko od czasu do czasu spogląda w górę. Podobnie i my pływamy pośród wielu zadań naszej codzienności. Od czasu do czasu podnosimy wzrok i spoglądamy w niebo, lecz nie dostrzegamy jego bezkresu. Tylko ci, którzy noszą w sobie tęsknotę za nieskończonością, potrafią dostrzegać bezkres nieba. I w tym leży paradoks: tylko ludzie spoglądający w głąb własnego wnętrza potrafią właściwie patrzeć na zewnątrz, tylko ci, którzy noszą w sobie tęsknotę za światem, wykraczającym poza widzialną rzeczywistość, mają wyczucie tego świata. Dla nich nie jest on wszystkim. Tęsknota koryguje to, co dostrzegają, i w ten sposób wszystko nabiera właściwiej miary.

Smak życia


„Niektórzy żyją tak rutynowo, że z trudnością przychodzi im uwierzyć, że żyją po raz pierwszy”. Polski pisarz, Stanisław Jerzy Lec, jeden z najbardziej ciętych krytyków naszych czasów, starał się w ten sposób coś unaocznić. Lec nie ma tutaj na myśli reinkarnacji, lecz wrażenie, jakie czynią na nim w codziennym życiu pewnego rodzaju ludzie. Dla nich żadna rzecz nie posiada posmaku tajemnicy bądź uroku niepowtarzalności. Są młodzi, potem znajdują się w kwiecie wieku, dojrzewają i starzeją się. Zawsze jednak żyją tak, jakby doświadczyli tego już tysiące razy. Nie mają wyczucia „nowości” i niepowtarzalności tego, co przynosi ze sobą następny dzień i co kryje w sobie każda faza życia. Zachowują się tak, jakby już wszystko wiedzieli, a tak naprawdę nie wiedzą niczego. Słowo „wiedza” pochodzi od vidi (widziałem). Ludzie, o których pisze Lec, nie dostrzegają niczego. Wegetują niczym ślepcy. Ich życie upływa jak w teatrze kukiełkowym. Nie żyją własnym życiem, lecz są ożywiani. Są sterowani z zewnątrz i bez cienia fantazji wykonują wciąż te same ruchy. Nie mają żadnych marzeń, które tchnęłyby życie w ich egzystencję.

Tymczasem chodzi właśnie o to, żebyśmy uświadomili sobie swoją niepowtarzalność, przerwali powtarzającą się rutynę i postrzegali życie jako coś jedynego w swoim rodzaju. Abyśmy czuli, co ono oznacza: „Oddycham, więc jestem. Jestem tutaj. Odczuwam smak życia każdego dnia na nowo. Żaden dzień nie jest podobny do drugiego”.

Każdy człowiek jest jedyny i niepowtarzalny. Bóg ma swój własny obraz każdego człowieka, obraz, który staje się rzeczywistością wyłącznie poprzez tego właśnie człowieka. Naszym zadaniem jest uczynić widocznym ten pierwotny obraz przez swoje życie.

Nuda i niepokój


Podczas wykładu na temat psychologii pierwszych mnichów, kiedy wyjaśniałem, co rozumieli pod pojęciem acedii – którą można przetłumaczyć jako nudę lub przesyt – jedna z kobiet stwierdziła, że moje słowa mogłoby się dokładnie odnosić do jej męża. Opisała mi jego zachowanie. Kiedy jest mgliście, trudno z nim wytrzymać. Chodzi po pokoju tam i z powrotem. Kiedy ona jest w kuchni, on czyta gazetę, lecz nie jest w stanie długo tego wytrzymać. Wstaje, znowu siada, popychany przez ciągły niepokój. Lecz w ostateczności nie robi niczego. Kiedy ona go prosi, aby naprawił klamkę w domu, to już jest dla niego o wiele za dużo. Ciągle ma w stosunku do niej jakieś życzenia i dekoncentruje ją w pracy. Klnie na pogodę, na Kościół, polityków, radę gminy i na sąsiadów. Wszyscy są przeciwko niemu i on ma wstręt do wszystkich i wszystkiego, ale sam nie wie, czego chce. Ma wszystkiego dość i jest rozdrażniony.

Niemieckie słowo „rozdrażniać” oznacza w języku potocznym: „powodować nudę” i wywodzi się od starszego rdzenia, oznaczającego „zmęczyć, być uciążliwym”. Człowiek, który się nudzi, jest ciągle zmęczony i wszystko przychodzi mu z trudem.

To, co patriarchowie nazywają acedią, jest czymś więcej niż samą nudą. Jest to brak chęci, ociężałość, niezadowolenie, przesyt, niezdolność do życia chwilą. Acedia to skutek frustracji z powodu pożądania; mieszanka smutku i urazy. Według Ewagriusza jest to najbardziej niebezpieczny demon, który nie tylko prowadzi walkę w poszczególnych częściach duszy, lecz w całości ją paraliżuje.

Ewagriusz, grecki mnich, którego można nazwać psychologiem wśród pierwszych mnichów, nazywa acedię demonem czasu obiadowego, pojawia się on bowiem w południe. O godzinie 15-tej podawany jest obiad. W czasie największego upału, przed obiadem, życie jest szczególnie uciążliwe. Mnich odczuwa głód i nie może go znieść, dlatego ciągle wypatruje, czy nie nadeszła już pora obiadowa.

Demon czasu obiadowego jest również symbolem kryzysu życia dojrzałego. W tym okresie wielu ludzi stwierdza, że nie mogą już ze sobą wytrzymać. Czują się wewnętrznie rozdarci i niespokojni. W tym rozdarciu nie mogą wytrzymać ani ze sobą, ani z innymi. Z jednej strony tęsknią za człowiekiem, aby nie czuć samotności, lecz kiedy już ktoś się pojawi, zaczyna im działać na nerwy. Wówczas stwierdzają, że miłość między ludźmi nie istnieje, że nie ma nikogo, kto miałby dla nich czas.

Dla pierwszych mnichów radzenie sobie z emocjami i namiętnościami było głównym tematem życia duchowego. Smutne doświadczenie nudy, ołowiane poczucie przesytu, ciężar ograniczenia się do własnej osoby jest niczym w porównaniu z tym, co pojawia się w cza- sach współczesnych. Należy jednak do pokus, z którymi istota ludzka musi się zmagać aż do dziś.

Dąsy


W rozmowach ludzie ciągle skarżą się, że czują się samotni, że nie mają nikogo, kto by ich przytulił, z kim mogliby porozmawiać o swoich sprawach. W tych skargach słyszę pragnienie bliskości i poczucia bezpieczeństwa. Próbuję wówczas poruszać temat tęsknoty i pytam, co sobie obiecują po bliskości drugiego człowieka. Wówczas słyszę słowa: „Chciałbym/chciałabym mieć kogoś, kto po prostu byłby przy mnie, kto by ze mną wytrzymywał, służył mi pomocą, jeśliby mi się nie wiodło, kto by mnie rozumiał, nie oceniał, kogo nie musiałbym/musiałabym się bać. Tęsknię za kimś, kto by mnie czule głaskał, komu mógłbym/mogłabym swobodnie powiedzieć, co się ze mną dzieje”. Najczęściej pytam tych ludzi: „A sam/sama potrafisz być blisko siebie, być czuły/czuła dla siebie, brać siebie takim, jaki/jaka jesteś, nie oceniając się ani nie potępiając? Potrafisz dać poczucie bezpieczeństwa małemu zranionemu dziecku, które w tobie siedzi?” Wtedy odkrywam, że ludzie oczekują od innych tego, co najpierw mogliby dać sami sobie. Im bardziej człowiek nie potrafi być blisko siebie, tym większa jest w nim tęsknota za bliskością i poczuciem bezpieczeństwa. Człowiek nie potrafi sam zaspokoić tej tęsknoty, lecz potrzebuje drugiego człowieka, który pomógłby mu poczuć się bezpiecznie. Człowiek potrzebuje zbawczej i pełnej miłości bliskości Boga, dzięki której czuje się pewnie. Jednak jeśli oczekuje tej opiekuńczej bliskości tylko i wyłącznie ze strony innych ludzi i Boga, nie doświadczy jej nigdy.

Człowiek musi się nauczyć podstawowej rzeczy: należy być blisko siebie, wytrzymywać ze sobą i czule się ze sobą obchodzić, aby cieszyć się bliskością i poczuciem bezpieczeństwa, których doświadczamy ze strony innych ludzi i Boga. Tęsknota za bezpieczeństwem nie powinna czynić nas biernymi, przeciwnie – ma nas wprawiać w ruch, abyśmy zbliżali się do samych siebie i otwierali na ludzi z naszego otoczenia. Jeśli się do nich zbliżymy, wówczas doświadczymy ich bliskości. Jeśli zaś czujemy się pozostawieni samym sobie i siedzimy nadąsani w kąciku samotności, wtedy nikt nie znajdzie się blisko nas.

Niezawinione nieszczęście


Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com