Książę mgły - Carlos Ruiz Zafón - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 187 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 21 min Lektor: Piotr Fronczewski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Książę mgły - Carlos Ruiz Zafón

Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu należącym niegdyś do rodziny Fleischmannów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego usłyszą różne ciekawostki o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku. Poznają również dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya. To on opowie im o złym czarowniku, Księciu Mgły, który gotów jest spełnić każde życzenie lub każdą prośbę, ale w zamian żąda bardzo wiele. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, niebawem okazuje się zatrważającą prawdą. Wiele lat musiało upłynąć, by Max zapomniał wreszcie owo lato, kiedy odkrył, właściwie przypadkiem, istnienie magii.

Opinie o ebooku Książę mgły - Carlos Ruiz Zafón

Cytaty z ebooka Książę mgły - Carlos Ruiz Zafón

Max liczył na to, że tamci zaprzeczą, że użyją zdroworozsądkowych argumentów, których on sam nie mógł znaleźć, wytłumaczą mu, iż u podłoża jego lęków kryje się ciężki i długi dzień, i wiele wydarzeń, które wziął sobie za bardzo do serca.
Jesienią skończę siedemdziesiąt dwa lata i chociaż mogę się pocieszać, że nie wyglądam na swój wiek, każdy rok ciąży mi na ramionach jak głaz. Dopiero z upływem lat zaczyna się dostrzegać pewne rzeczy. Teraz wiem na przykład, że życie dzieli się zasadniczo na trzy etapy. Najpierw człowiek nawet nie myśli o tym, że się zestarzeje, że czas płynie i że od pierwszej chwili, od samych narodzin, zmierzamy do wiadomego końca. Kiedy mija pierwsza młodość, wkraczamy w drugi okres i uświadamiamy sobie, jak kruche jest nasze życie. To, co z początku jest tylko bliżej nieokreślonym niepokojem, przybiera na sile, stając się wreszcie morzem wątpliwości i pytań, które towarzyszą nam przez resztę dni. I w końcu u kresu życia rozpoczyna się trzeci etap, okres pogodzenia się z rzeczywistością. Wówczas nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaakceptować naszą kondycję i czekać.

Fragment ebooka Książę mgły - Carlos Ruiz Zafón












KSIĄŻĘ MGŁY



Carlos Ruiz Zafón



Redakcja

Tytuł oryginału: El Príncipe de la Niebla
Redakcja: Marta Szafrańska-Brandt
Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz
Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski
Korekta: Elżbieta Jaroszuk


© Carlos Ruiz Zafón 1993. All rights reserved
© Projekt okładki i ilustracja na okładce: Opalworks
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2011
© for the Polish translation by Katarzyna Okrasko and Carlos Marrodán Casas


ISBN 978-83-7495-927-8


Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Warszawa 2011
Wydanie I







Dedykacja

Mojemu Ojcu



Od autora



Drogi Czytelniku!


Książę Mgły został opublikowany w roku 1992. Był to mój debiut powieściowy. Czytelnicy, którzy znają mnie przede wszystkim jako autora Cienia wiatru i Gry anioła, mogą nie wiedzieć, że moje pierwsze cztery powieści zaklasyfikowane zostały jako literatura młodzieżowa. Choć powstały z myślą o młodym odbiorcy, miałem nadzieję, że przypadną do gustu wszystkim, bez względu na wiek. Bardzo chciałem napisać taką książkę, którą z przyjemnością sam bym przeczytał jako dzieciak, jako dwudziestotrzylatek, czterdziestolatek czy wreszcie sędziwy osiemdziesięciolatek.


Nadszedł wreszcie czas, gdy po wielu długotrwałych bataliach o prawa autorskie moje pierwsze książki mogły zostać udostępnione czytelnikom na całym świecie. Mimo iż od ich napisania minęło już tyle lat, powieści te wciąż cieszą się zainteresowaniem i ciągle, co mnie niepomiernie cieszy, przybywa im czytelników, zarówno młodych jak i dojrzałych.
Jestem głęboko przekonany, że istnieją opowieści o uniwersalnym przesłaniu. Dlatego wierzę, iż czytelnicy moich późniejszych powieści, Cienia wiatru i Gry anioła, zechcą sięgnąć również po te moje pierwsze książki, w których nie brak magii, mrocznych tajemnic i niezwykłych przygód. Oby tych przygód jak najwięcej w świecie literatury przeżyli moi nowi czytelnicy.


Z życzeniami bezpiecznej podróży


Carlos Ruiz Zafón


luty 2010







Rozdział pierwszy



Wiele lat musiało upłynąć, by Max zapomniał wreszcie owo lato, kiedy odkrył, właściwie przypadkiem, istnienie magii. Był rok 1943 i dotychczasowy świat, targany wichrami wojny, nieuchronnie zmierzał ku katastrofie. W połowie czerwca, w dniu trzynastych urodzin syna, ojciec Maxa – zegarmistrz z zawodu, a w wolnych chwilach wynalazca – zebrał całą rodzinę w salonie, by obwieścić, że niestety muszą opuścić swój dom. Po dziesięciu latach tu spędzonych Carverowie mieli się przeprowadzić na wybrzeże, z dala od miasta i wojny, i zamieszkać tuż przy plaży, w małej rybackiej osadzie nad Atlantykiem.
Klamka zapadła. Mieli ruszyć w podróż nazajutrz o świcie. Do tego czasu musieli spakować wszystkie rzeczy i przygotować się do czekającej ich długiej podróży.
Rodzina przyjęła wieść bez najmniejszego zdziwienia. Niemal wszyscy przeczuwali, że myśl opuszczenia miasta w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca chodziła po głowie zacnemu Maximilianowi Carverowi już od dłuższego czasu; wszyscy z wyjątkiem Maxa. Przejazd szalonej lokomotywy przez sklep z chińską porcelaną byłby niczym w porównaniu z efektem, jaki usłyszana właśnie wiadomość wywarła na Maksie. Osłupiał, rozdziawił usta i wybałuszył oczy. Poraziła go myśl, pewność, że cały jego świat, wszyscy szkolni koledzy, cała podwórkowa paczka i narożny sklepik z komiksami, za chwilę zniknie na zawsze. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
I choć reszta rodziny, nie zwlekając, zaczęła posłusznie się rozchodzić, by przystąpić do pakowania, Max stał w miejscu ze wzrokiem wbitym w ojca. Zacny zegarmistrz przykucnął przed synem i położył mu dłonie na ramionach. W spojrzeniu Maxa można było czytać jak w książce.
– Teraz wydaje ci się, że to koniec świata. Miejsce, do którego się udajemy, spodoba ci się. Uwierz mi. Na pewno z kimś się tam zaprzyjaźnisz, sam zobaczysz.
– To dlatego, że jest wojna? – zapytał Max. – Czy dlatego musimy stąd wyjechać?
Maximilian Carver uścisnął syna, a następnie, nie przestając się uśmiechać, wyciągnął z kieszeni przytwierdzony do łańcuszka błyszczący przedmiot i złożył go w dłoniach Maxa. Kieszonkowy zegarek.
– Zrobiłem go specjalnie dla ciebie, Max. Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin.
Max otworzył srebrną klapkę zegarka. Na cyferblacie każda godzina oznakowana była rysunkiem księżyca zmieniającego fazy od nowiu do pełni w miarę przesuwania się wskazówek – promieni uśmiechniętego w samym środku słońca. Wewnątrz klapki widniały wygrawerowane ozdobnym pismem słowa: Machina czasu Maxa.
Tego właśnie dnia, ściskając w ręku otrzymany przed chwilą prezent i przyglądając się swojej rodzinie biegającej z walizkami po schodach, Max, nawet się tego nie domyślając, na zawsze przestał być dzieckiem.


***


W noc swych urodzin nie zmrużył oka. Podczas gdy inni już spali, on czekał na nadejście świtu, który oznaczać miał ostateczne pożegnanie z maleńkim wszechświatem ukształtowanym przez ostatnie dziesięć lat. Przez długie godziny leżał cichutko w łóżku, wpatrując się w niebieskawe cienie tańczące na suficie, jakby liczył na to, iż zdoła z nich wreszcie wywróżyć swoje przyszłe losy. Nie wypuszczał z dłoni zegarka, urodzinowego prezentu od ojca. Srebrzyste księżyce cyferblatu lśniły w nocnym półmroku. Być może znały odpowiedź na wszystkie pytania, które Max zaczął sobie owego wieczoru zadawać.
Wreszcie horyzont zajaśniał pierwszym brzaskiem dnia. Max wyskoczył z łóżka i zszedł do salonu. W fotelu siedział gotowy do podróży Maximilian Carver, czytając książkę w świetle lampy naftowej. Max natychmiast zrozumiał, że nie on jeden nie spał tej nocy. Zegarmistrz uśmiechnął się i zamknął książkę.
– Co czytasz, tato? – zagadnął Max, wskazując na gruby tom.
– To książka o Koperniku. Wiesz, kim był Kopernik? – spytał zegarmistrz.
– Przecież chodzę do szkoły – obruszył się Max.
Ojciec czasami zadawał pytania, jakby przed chwilą spadł z księżyca.
– No ale co o nim wiesz? – nie ustępował Maximilian Carver.
– Odkrył, że Ziemia krąży wokół Słońca, a nie na odwrót.
– No, mniej więcej. A wiesz, co to oznaczało?
– Same problemy – skwitował Max.
Zegarmistrz uśmiechnął się szeroko i podał mu księgę.
– Masz. To dla ciebie. Przeczytaj ją.
Max wziął do ręki tajemniczy tom oprawny w skórę i bacznie mu się przyjrzał. Księga wyglądała, jakby liczyła sobie tysiąc lat i służyła za schronienie duchowi starego geniusza, przykutemu do jej stronic łańcuchem pradawnej klątwy.
– No dobrze – zmienił temat ojciec. – Kto obudzi twoje siostry?
Max, nie podnosząc wzroku znad książki, dał do zrozumienia, że chętnie zrzeknie się na rzecz ojca zaszczytu wyrwania z głębokiego zapewne snu piętnastoletniej Alicji i ośmioletniej Iriny. A gdy ojciec odszedł, by zerwać na nogi resztę domowników, Max rozsiadł się wygodnie w fotelu, otworzył książkę i zaczął czytać. Niebawem rodzina w komplecie po raz ostatni wyszła za próg dotychczasowego domu, rozpoczynając nowe życie. Zaczęło się lato.


***


Max przeczytał kiedyś w jednej z książek ojca, że pewne obrazy z dzieciństwa zostają w albumie pamięci wyryte niczym fotografie, niczym sceneria, do której człowiek zawsze wraca pamięcią, choćby upłynęło nie wiadomo jak wiele czasu. Chłopak zrozumiał sens owych słów, kiedy po raz pierwszy zobaczył morze. Gdy po trwającej już ponad pięć godzin podróży pociągiem wyjechali w pewnym momencie z mrocznego tunelu, oślepiła ich nagle bezkresna świetlna płaszczyzna, z której biła jasność nie z tego świata. Elektryczny błękit morza, rozbłyskującego słonecznymi promieniami, utrwalił się w oczach Maxa niby zjawa z zaświatów. Tory biegły teraz tuż przy brzegu. Max wystawił głowę przez okno i po raz pierwszy poczuł w nozdrzach wiatr przesycony saletrą. Odwrócił się, by spojrzeć na ojca: ten siedział w kącie przedziału, obserwując syna i uśmiechając się tajemniczo, jakby odpowiadał na pytanie, którego chłopak nie zdążył zadać. Max postanowił wówczas, że niezależnie od tego, dokąd jadą i gdzie mają wysiąść, nigdy już nie zamieszka w miejscu, z którego nie będzie mógł codziennie rano zobaczyć po przebudzeniu owego błękitnego i oślepiającego światła unoszącego się ku niebu niczym magiczny i przezroczysty pył. Taką właśnie obietnicę złożył samemu sobie.


***


Max stał na peronie, wpatrując się w niknący w oddali pociąg, podczas gdy Maximilian Carver, opuściwszy na chwilę rodzinę stojącą przy biurach zawiadowcy stacji, udał się przed dworzec, by uzgodnić z miejscowymi tragarzami warunki i rozsądną cenę za przewóz bagaży, osób i całego ekwipunku do końcowego miejsca przeznaczenia. Dworzec, jego otoczenie i pierwsze dostrzeżone domy o dachach wstydliwie wyglądających zza koron drzew skojarzyły się Maxowi z zabawkowymi makietami, z owymi miniaturowymi, budowanymi przez kolekcjonerów elektrycznych kolejek miasteczkami, które są tak łudząco podobne do rzeczywistych, iż trzeba bardzo uważać, by nie pobłądzić w którejś z uliczek, bo może się to skończyć upadkiem ze stołu. Zastanawiając się nad wielością światów, Max zaczął już rozważać jeden z wariantów teorii Kopernika, kiedy donośny, rozbrzmiewający tuż nad jego uchem głos matki wyrwał go z kosmicznych uniesień.
– No i jak? Wóz czy przewóz?
– Za wcześnie na ocenę – odpowiedział Max. – Miasteczko wygląda jak makieta. Jak na wystawach sklepów z zabawkami.
– A może to jest makieta – uśmiechnęła się matka, a wtedy jak zwykle Max mógł dostrzec w jej twarzy blade odbicie swej siostry Iriny.
– Ale nie mów tego ojcu – dodała. – O właśnie, o wilku mowa…
Maximilian Carver pojawił się w towarzystwie dwóch rosłych tragarzy w ubraniach upaćkanych olejem, sadzą i innymi, bliżej niezidentyfikowanymi substancjami. Obaj mieli gęste wąsy, na głowach zaś identyczne marynarskie czapki, jakby stanowiły one część przypisanego ich profesji uniformu.
– To Robin, a to Filip – przedstawił ich zegarmistrz. – Robin zajmie się bagażem, a Filip rodziną. Może być?
Nie czekając na odpowiedź, obaj siłacze podeszli do piętrzącego się na peronie stosu pakunków i bez najmniejszego wysiłku unieśli najcięższy kufer. Max wyciągnął swój zegarek i spojrzał na krąg uśmiechniętych księżyców. Strzałki wskazywały drugą po południu. Na starym zegarze dworcowym była dwunasta trzydzieści.
– Dworcowy zegar źle chodzi – mruknął Max.
– A widzisz? – pospieszył z komentarzem rozentuzjazmowany ojciec. – Ledwo przyjechaliśmy, a już mamy co robić.
Matka Maxa uśmiechnęła się wyrozumiale, jak zawsze wtedy, gdy Maximilian Carver zaczynał zbyt nachalnie manifestować swój hurraoptymizm. Syn jednak zdołał dostrzec w jej oczach mgiełkę smutku i ów dziwny blask, który od dziecka kazał mu przypuszczać, że matka potrafi przewidzieć pewne rzeczy, przez innych ledwo przeczuwane.
– Wszystko będzie dobrze, mamo – powiedział Max i ledwo wypowiedział ostatnie słowo, natychmiast poczuł się jak głupek.
Matka pogłaskała go po policzku i uśmiechnęła się.
– Naturalnie, Max. Wszystko będzie dobrze.


W tym momencie Max poczuł, że ktoś go obserwuje. Błyskawicznie odwrócił wzrok i ujrzał ogromnego prążkowanego kota, który zza krat jednego z okien budynku dworca przyglądał mu się bacznie, jakby potrafił czytać w myślach. Kot-nie-kot zmrużył oczy i jednym susem, zdradzającym nieprawdopodobną u stworzenia podobnych rozmiarów zwinność, przyskoczył do małej Iriny i zaczął się do niej łasić. Siostra Maxa uklękła, żeby pogłaskać pomiaukujące cicho zwierzę. Wzięła je na ręce; kot bez oporu przystał na jej pieszczoty, liżąc przymilnie palce Iriny, która uśmiechała się oczarowana. Dziewczynka, nie wypuszczając go z rąk, podeszła do miejsca, gdzie czekała reszta rodziny.
– Dopiero co przyjechaliśmy, a ty już znalazłaś przybłędę. Ciekawe, jakie choróbska mogą się lęgnąć w takim zwierzaku? – rzuciła Alicja, wyraźnie zdegustowana.
– To żadna przybłęda, to bezpański kotek – odparła Irina. – Mamusiu, proszę…
– Jeszcze nawet nie dojechaliśmy do domu, Irino – zaczęła matka.
Dziewczynka przybrała żałosno-błagalny wyraz twarzy, który kot uzupełnił ze swej strony słodkim, uwodzicielskim miauknięciem.
– Mógłby zamieszkać w ogrodzie. Proszę…
– Tłuste, brudne kocisko – powiedziała Alicja. – Znowu pozwolisz, by postawiła na swoim?
Irina obrzuciła siostrę przeszywającym stalowym spojrzeniem mówiącym: zamknij usta, bo inaczej grozi ci wojna. Alicja wytrzymała przez chwilę wzrok siostry, potem odwróciła się i sapiąc z wściekłości, odeszła w stronę pakujących bagaże osiłków. Po drodze minęła się z ojcem; czerwone policzki Alicji nie uszły uwadze Maximiliana Carvera.
– Znowu się kłócicie? – zapytał. – A cóż to takiego?
– Biedny, porzucony kotek. Możemy go wziąć? Zamieszka w ogrodzie, ja się nim zaopiekuję. Przyrzekam – pospiesznie wyjaśniła Irina.
Zegarmistrz, nie bardzo wiedząc, co z tym fantem począć, spojrzał najpierw na kota, potem na żonę.
– A co na to powie mama?
– A ty? Co ty na to powiesz, Maximilianie? – odparła wywołana do odpowiedzi żona, a na jej twarzy pojawił się uśmieszek zdradzający, że dylemat, przed którym stanął mąż, serdecznie ją ubawił.
– Sam nie wiem. Trzeba by go zaprowadzić do weterynarza, poza tym…
– Błagam… – szepnęła Irina.
Zegarmistrz i jego żona wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Właściwie czemu nie – zawyrokował Maximilian Carver, nie chcąc zaczynać lata od rodzinnego konfliktu. – Ale będziesz się nim zajmować. Trzymam cię za słowo.
Twarz Iriny aż pojaśniała z radości, a źrenice kota stały się nagle wąziutkie – przypominały teraz czarne szpilki zatopione w bursztynowych, lśniących tęczówkach.
– Ruszamy w drogę. Bagaże już załadowane – obwieścił zegarmistrz.
Irina, ze swoim podopiecznym na rękach, pobiegła w stronę furgonetek. Kot, opierając głowę na ramieniu dziewczynki, nadal wpatrywał się w Maxa. Jakby na nas czekał – pomyślał chłopiec.
– Idziemy, Max. Nie stój tu jak słup soli – upomniał go ojciec, który, za rękę z żoną, szedł już w stronę samochodów.
Max ruszył za nimi.
I wówczas, pod wpływem nagłego impulsu, odwrócił się i raz jeszcze popatrzył na poczerniałą tarczę dworcowego zegara. Przyglądając mu się uważnie, zrozumiał, że coś jest nie tak. Doskonale pamiętał, że kiedy tu przyjechali, zegar wskazywał wpół do pierwszej. Teraz była na nim za dziesięć dwunasta.
– Max! – rozległ się głos ojca, wołającego go z furgonetki. – Przestań się guzdrać!
– Już idę – mruknął chłopiec pod nosem, nie odrywając wzroku od wskazówek.
Zegar nie był popsuty; działał doskonale. Czynił to jednak w sposób dość szczególny – wskazówki biegły na wspak.







Rozdział drugi



Nowy dom Carverów stał na północnym skraju długiej plaży pełnej białego, iskrzącego się piasku i porosłej tu i ówdzie kępkami nadmorskich traw, które drżały przy każdym powiewie wiatru. Plaża była naturalnym przedłużeniem miasteczka, z jego małymi drewnianymi domkami – wysokości najwyżej dwóch pięter – w większości pomalowanymi na miłe dla oka pastelowe kolory. Przy każdym z domków za białym i równiusieńko postawionym płotem rozciągał się ogródek, co jeszcze pogłębiło pierwsze wrażenie Maxa, że znalazł się w miasteczku ze sklepu z zabawkami.
Carverowie ruszyli główną ulicą, mijając plac i stojący przy nim ratusz. Maximilian Carver demonstrował po drodze miejscowe atrakcje i osobliwości, rozentuzjazmowany niczym lokalny przewodnik.
Miejsce było spokojne i spowite tym samym blaskiem, którym Max poczuł się oczarowany, ujrzawszy morze po raz pierwszy. Większość mieszkańców przemieszczała się po okolicy rowerem albo po prostu na piechotę. Wszędzie było czysto, a jedynym rozlegającym się tu hałasem – jeśli nie liczyć dobiegającego raczej z rzadka warkotu jakiegoś pojazdu silnikowego – był szum fal morskich łagodnie rozlewających się po plaży. Kiedy tak szli, Max mógł obserwować reakcje malujące się na twarzach ojca, matki i sióstr na kolejne elementy scenerii miejsca, w którym mieli rozpocząć nowe życie. Mała Irina i jej koci towarzysz przyjmowali paradę domków, równo poustawianych jak klocki, z umiarkowaną ciekawością, jakby poczuli już, że są u siebie. Alicja, zanurzona w nieprzeniknionych myślach, wydawała się przebywać tysiące kilometrów stąd, co utwierdzało jedynie Maxa w przekonaniu, że wie o swojej starszej siostrze tyle co nic. Matka rozglądała się dookoła z pogodną rezygnacją, przyklejonym uśmiechem pokrywając niepokój, którego przyczyny i charakteru Max nie potrafił dociec. Maximilian Carver obserwował natomiast z triumfalną miną nowe miejsce pobytu, co jakiś czas rzucając porozumiewawcze spojrzenia żonie i dzieciom, ci zaś odpowiadali mu niezmiennie uśmiechem akceptacji (zdrowy rozsądek podpowiadał, że każda inna postawa złamałaby serce zacnego zegarmistrza, przekonanego, że sprowadził rodzinę do raju).
Mając przed sobą ulice skąpane światłem i spokojem, Max pomyślał, że koszmar wojny nie tylko pozostał gdzieś daleko, ale nawet stał się jakby nierzeczywisty, i że być może ojciec wykazał się niebywałą intuicją, sprowadzając ich tutaj. Kiedy bagażówki wyjechały na drogę prowadzącą w stronę ich nowego domu przy plaży, Max zdążył już wymazać z pamięci dworcowy zegar i niepokój, jaki budził w nim od samego początku nowy przyjaciel Iriny. Spojrzał daleko w morze, po widnokrąg, i zdało mu się, że dostrzega sylwetkę czarnego, smukłego statku, sunącego niczym fatamorgana pośród gęstej, unoszącej się nad wodą mgły. Po chwili statek zniknął.


***


Do dwupiętrowego budynku, stojącego jakieś pięćdziesiąt metrów od brzegu, przylegał skromny ogródek. Okalał go biały płot, którego sztachety aż wołały o pędzel i farbę. Drewniany dom, pomalowany cały – oprócz ciemnego dachu – na biało, był w dość dobrym stanie, jak na bliskość morza i niszczący wpływ wilgoci oraz ustawicznie wiejącego wiatru przesyconego saletrą.
Po drodze Maximilian Carver objaśnił rodzinie, że budynek wzniesiony został w roku 1928 dla rodziny cenionego chirurga londyńskiego, doktora Richarda Fleischmanna i jego małżonki Evy Gray, jako ich letnia rezydencja nadmorska. W oczach miejscowych budowla uchodziła w tamtych czasach za absolutnie ekstrawagancką. Fleischmannowie nie mieli dzieci, trzymali się na uboczu i nie kwapili zbytnio z nawiązywaniem jakichkolwiek kontaktów z sąsiadami. Doktor Fleischmann, przyjechawszy tu po raz pierwszy, zażądał stanowczo, by wszelkie materiały budowlane i specjaliści sprowadzeni zostali z Londynu. Ten kapryśny wymóg oznaczał w praktyce potrojenie kosztów, ale majętny chirurg mógł sobie na to pozwolić.
Mieszkańcy osady sceptycznie i podejrzliwie przyglądali się, jak przez całą zimę 1927 roku napływali kolejni robotnicy i przyjeżdżały kolejne załadowane ciężarówki, a tymczasem powoli, dzień po dniu, wznosił się szkielet domu na skraju plaży. W końcu, wiosną następnego roku, malarze pomalowali mury po raz ostatni i kilka tygodni później doktorostwo wprowadziło się, by spędzić tu lato. Dom przy plaży wnet okazał się miejscem magicznym, które miało odmienić los Fleischmannów. Żona chirurga – jak głosiły plotki – wiele lat wcześniej uległa wypadkowi, po którym nie mogła mieć dzieci, jednak podczas tamtego pierwszego roku w nowej siedzibie zaszła w ciążę. Dwudziestego trzeciego czerwca 1929 roku urodziła w nowym domu syna; poród odbierał mąż. Fleischmannowie dali chłopcu na imię Jacob.
Jacob wniósł nowe światło w życie bezdzietnego przez tyle lat małżeństwa, zmienił ich dotychczasowy, samotniczy i zgorzkniały styl życia. Po jego przyjściu na świat doktor wraz z żoną zaczęli się stopniowo zaprzyjaźniać z sąsiadami. Niebawem stali się lubianymi i szanowanymi obywatelami. I tak miało pozostać przez wszystkie te szczęśliwe lata, aż do tragedii w 1936 roku, kiedy to pewnego sierpniowego poranka Jacob utonął, bawiąc się na plaży przed domem.
Cała radość i blask, które upragniony potomek wniósł w życie rodziców, ulotniły się na zawsze. Zimą doktor Fleischmann poważnie podupadł na zdrowiu. I już nigdy nie miał powrócić do sił: lekarze ostrzegli doktorową, że mąż nie dożyje lata. Rok po tragedii adwokaci wdowy wystawili dom na sprzedaż. Nikt go jednak nie kupił ani się do niego nie wprowadził.
Dom stał pusty i zaniedbany, dopóki Maximilian Carver nie dowiedział się o jego istnieniu. Zegarmistrz wracał właśnie z podróży, w którą wybrał się, by zakupić części i narzędzia do warsztatu, i musiał zatrzymać się w miejscowym hoteliku na noc. Przy kolacji wdał się w rozmowę z właścicielem i zwierzył mu się, iż jednym z jego najskrytszych i żywionych od dawna marzeń jest zamieszkanie w niewielkim, prowincjonalnym miasteczku, dokładnie takim jak to. Hotelarz opowiedział mu wówczas o opuszczonym, stojącym na skraju plaży domu. Maximilian, nie bacząc na to, że opóźni wyjazd, postanowił go obejrzeć. Przez całą drogę powrotną bił się z myślami, zastanawiając się, czy może sobie pozwolić na taki wydatek. Rozważał, czy byłoby opłacalne przeniesienie zakładu do miasteczka, które go zauroczyło. I choć powziął decyzję o wiele wcześniej, rodzina dowiedziała się o niej dopiero po ośmiu miesiącach od tej podróży.


***


Pierwszy dzień w domu przy plaży pozostać miał w pamięci Maxa jako dziwny amalgamat niecodziennych obrazów. Po pierwsze, kiedy tylko furgonetki zatrzymały się przed domem, a Robin i Filip zaczęli wyładowywać bagaże, Maximilian Carver w jakiś niewytłumaczalny sposób zdołał wpaść na coś, co przypominało stare wiadro, i po kilku żałosnych podskokach wylądował w końcu na ogrodzeniu, łamiąc ponad cztery metry sztachet. Incydent został przypieczętowany ukradkowymi uśmieszkami reszty rodziny i niezbyt poważnym siniakiem nieszczęsnej ofiary.
Obaj muskularni tragarze postawili kufry z dobytkiem na ganku i uznając swoją misję za zakończoną, ulotnili się, cedując na rodzinę zaszczyt wniesienia bagaży po schodach. Kiedy Maximilian Carver uroczystym gestem otworzył drzwi, ze środka uniósł się zatęchły zapach, jakby duch, uwięziony w tych czterech ścianach przez wiele lat, wreszcie się z nich wydostał. Wnętrze było zamglone od kurzu; łagodne światło przesączało się przez opuszczone żaluzje.
– Mój Boże – westchnęła matka Maxa, zastanawiając się, ile ton kurzu przyjdzie im sprzątnąć.
– Dom jest po prostu uroczy – pospieszył z komentarzem Maximilian Carver. – Przecież mówiłem.
Max i Alicja wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Mała Irina aż otworzyła usta z wrażenia. Zanim ktokolwiek zdążył wykrztusić słowo, kot Iriny zeskoczył z jej rąk i z radosnym miauknięciem ruszył po schodach.
Chwilę później, podążając za jego przykładem, Maximilian Carver wkroczył do nowej rodzinnej siedziby.
– Przynajmniej kotu się tu podoba – szepnęła Alicja.
Matka Maxa, nie zastanawiając się ani chwili, kazała otworzyć wszystkie drzwi i okna na oścież, by przewietrzyć pokoje. Najbliższe godziny wszyscy Carverowie poświęcili na doprowadzenie nowej siedziby do jako takiego porządku. Niczym w oddziale do zadań specjalnych każdemu przydzielono ściśle określoną misję. Alicja zajęła się sprzątnięciem pokojów i przygotowaniem łóżek. Irina, wzbijając tumany kurzu, wymiatała śmieci ze wszystkich zakamarków. Max zaś, idąc za nią, zgarniał je do szufelki. Matka rozdysponowywała bagaże i sporządzała w myślach listę prac niezbędnych do odnowienia domu. Maximilian Carver usiłował – z całym poświęceniem, gdyż nie było to łatwe – doprowadzić do stanu używalności po wieloletnim letargu rury, krany, kable, gniazdka i wszelakie inne mechanizmy.
Wreszcie rodzina rozsiadła się na ganku nowej siedziby, pozwalając sobie na chwilę zasłużonego odpoczynku, i przyglądała się złotym odcieniom, jakich nabierało morze u schyłku dnia.
– Wystarczy na dziś – stwierdził Maximilian Carver, cały w sadzy i tajemniczych smarach.
– Jeszcze kilka tygodni pracy i dom będzie się nadawał do zamieszkania – odezwała się matka.
– W pokojach na piętrze roi się od pająków – pośpieszyła donieść Alicja. – Wielgachnych.
– Pająków? Fajnie! – wykrzyknęła Irina. – Jak wyglądają?
– Są całkiem podobne do ciebie – odcięła się Alicja.
– Możecie się uspokoić? – upomniała dziewczynki matka, pocierając sobie nos zewnętrzną stroną dłoni. – Max wszystkie wytłucze.
– Nie trzeba ich zabijać, wystarczy je zebrać i przenieść do ogrodu – wtrącił się zegarmistrz.
– Czy ja zawsze muszę być bohaterem do specjalnych poruczeń? – wymamrotał Max. – Czy pająkobójstwo nie może zaczekać do jutra?
– Co ty na to, Alicjo? – spytała matka.
– Nie mam zamiaru spać w pokoju pełnym pająków i Bóg wie jakiego jeszcze robactwa – oświadczyła kategorycznie Alicja.
– Ale ty głupia jesteś – skwitowała Irina.
– A ty jesteś wstrętny bachor – nie pozostała dłużna Alicja.
– Maksie, skończ z pająkami, zanim wybuchnie wojna – poprosił Maximilian Carver zmęczonym głosem.
– Mam je zabić czy tylko postraszyć? Mogę im na przykład powykręcać nóżki – zaproponował Max.
– Dosyć już – ucięła matka.
Max, ociągając się, wszedł do domu z zamiarem wykończenia jego dzikich lokatorów, i ruszył po schodach do położonych na piętrze pokoi. Z wysokości ostatniego stopnia kot Iriny przypatrywał mu się świecącymi oczyma. Max odniósł wrażenie, że w ogóle nie mruga.
Chłopiec minął zwierzę, które zdawało się strzec górnych pokoi niczym wartownik. Kiedy wszedł do pierwszego z nich, kot ruszył jego śladem.


***


Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com