Krzysztof Klenczon, który przeszedł do historii - Dariusz Michalski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Krzysztof Klenczon, który przeszedł do historii ebook

Dariusz Michalski

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 510 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krzysztof Klenczon, który przeszedł do historii - Dariusz Michalski

Krzysztof Klenczon – legenda polskiego big beatu

Krzysztof Klenczon był muzycznym idolem Polaków. Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary i wreszcie Trzy Korony znaczą jego artystyczną drogę. Wszyscy pamiętamy jego przeboje: Matura, Kwiaty we włosach, Biały krzyż, Wróćmy na jeziora, 10 w skali Beauforta oraz Nie przejdziemy do historii – wieczny hymn jego pokolenia.

Klenczon był muzycznym samoukiem. Stał się ulubieńcem pokolenia wczesnych lat czterdziestych. Symbolem czasów PRL-u, uosobieniem tamtej młodości, może trochę rosochatej, ale niepokornej wobec establishmentu.

Debiutował w Niebiesko-Czarnych. Przeniósł się do wybrzeżowych Pięciolinii – też nie na długo. Razem z przyjaciółmi założył Czerwone Gitary: słynni Chłopcy z Wybrzeża byli nadwiślańskimi Beatlesami, on zaś polskim Johnem Lennonem. Niespokojny duch wciąż pchał go dalej, z balladowego beatu do drapieżnego rocka, więc powstanie Trzech Koron – pierwszego własnego zespołu – było oczywistością.

Opinie o ebooku Krzysztof Klenczon, który przeszedł do historii - Dariusz Michalski

Fragment ebooka Krzysztof Klenczon, który przeszedł do historii - Dariusz Michalski

















Dla mojego pokolenia Krzysztof był naprawdę KIMŚ.

Był symbolem TAMTYCH czasów i uosobieniem młodości,
może trochę wtedy surowej, trochę rosochatej,
ale niepokornej wobec establishmentu.


TO BYŁO TAK…


– Cześć, Krzysiek jestem.

Przed sobą miałem frontmana Czerwonych Gitar. Sztyblety, wąskie spodnie, szeroki pas, sztruksowa zgniło-ruda koszula, luźna marynarka. Zmierzwione, niechętne grzebieniowi włosy. Na twarzy uśmiech. Serdeczny, przyjazny, na pewno szczery.

Staliśmy na dużej scenie. Między kulisami wędrowali technicy ustawiający wzmacniacze, z góry dobiegały głosy oświetleniowców mocujących się z reflektorami.

Z wyciągniętą do powitania ręką szedł perkusista, etatowy wesołek zespołu.

– Jurek. Dzień dobry. A tam jest Benek. Stroi gitarę.

Od piętrowej szafy głośnikowej dobiegło zaczepne:

– A Jurek stroi miny! I nie chce próbować.

Był wtorek, dziewiąty kwietnia sześćdziesiątego ósmego roku. Prawie południe. W sali Operetki Warszawskiej montowano dekoracje do Musicoramy – nowej, a już znanej i atrakcyjnej imprezy muzycznej Biura Koncertowego Polskiej Federacji Jazzowej. Jej supergwiazdą miały być Czerwone Gitary, laureaci nagrody Młodzieżowa Płyta Roku, przyznanej im przez Polskie Nagrania i Rozgłośnię Harcerską.

– Seweryn! Se-we-ryn!! Chodź, przywitaj się!

Krzysztof dobrze znał swego muzycznego kompana, który tyłem do nas siedział na krześle, stroił gitarę i mruczał melodię nieznanej mi piosenki.

– Seweryn ma dla publiki niespodziankę, chce ludziom coś nowego zaśpiewać. – Widać było, że inicjatywa należy do Klenczona: energicznego, szybkiego w ruchach, bezpośredniego.

– No dobra. Słuchamy, panie kierowniku.

To do mnie.

Chyba widzieli, że byłem nimi autentycznie zafascynowany: najsławniejszym polskim zespołem młodzieżowym, którego płyty kupowałem u znajomych ekspedientek Domu Książki, którego piosenki śpiewałem na prywatkach, któremu na koncertach biłem gorące brawa. Byłem fanem Czerwonych Gitar, podrygiwałem w takt motorycznego jumpowego rock and rolla Nikt na świecie nie wie, wzruszałem się romantyczną melodyką Anny Marii.

Ale wtedy byłem przede wszystkim przedstawicielem najsprawniejszej w Polsce agencji koncertowej, która wymyślała, organizowała i realizowała imprezy, na jakie innych przedsiębiorstw estradowych jeszcze długo nie było stać. Czerwone Gitary zdążyły już poznać reguły show-businessu i wiedziały, że z każdym estradowym „menadżerem” należy się liczyć. Nawet z takim, który stał na najniższym szczeblu zawodowej hierarchii.

Byłem inspicjentem Musicoramy, na której przez dwa wieczory mieli zaprezentować się Warszawie Pięciu, Tadeusz Woźniak, Drumlersi, jazzowa Asocjacja HAGAW, Czesław Niemen z Akwarelami oraz oni.

Uczestników koncertu wybrała publiczność. Musicoramę, podpatrzoną w Paryżu, zaproponował Federacji Jazzowej Franciszek Walicki. Ten-Który-To-Wszystko-Wymyślił. Założyciel Rhythm and Bluesa, Czerwono- i Niebiesko-Czarnych, Akwarel. On był tego koncertu scenarzystą i reżyserem, nie chciał jednak spotkać się na próbie z Czerwonymi Gitarami – opiekował się już innym zespołem, Breakoutem, wolał uniknąć docinków Klenczona i milczącego żalu Krajewskiego, więc wysłał na próbę mnie. W Federacji pracowałem od pół roku, od rana do wieczora poznawałem show-business od kulis, przechodziłem na ty z Niemenem i braćmi Zielińskimi, dyskutowałem z Namysłowskim i Święcickim, na wyciągnięcie ręki miałem największe sławy rodzimego beatu i jazzu. Przeważnie moich rówieśników, więc przy powitaniach nikt nie bawił się w wersal, w śmieszące nas konwenanse. Wzajemny dystans był wtedy tak krótki, że… chyba w ogóle go nie było.

– Dzień dobry – za plecami usłyszałem nosowy, charakterystyczny głos drugiego frontmana Czerwonych Gitar.

– O, Seweryn wreszcie wyszedł ze skorupy! – Klenczon był w swoim żywiole, próbował docinać Dornowskiemu, który protestował:

– Niuniek, daj spokój.

Już niedługo miałem dowiedzieć się i zrozumieć, że w taki sposób Krzysztof Klenczon pokonywał tremę, którą miał zawsze – przed próbą i przed występem, na scenie i prywatnie, wtedy i kilka lat później, kiedy pracował już na własne konto.

Zaprzyjaźniliśmy się szybko i chyba serdecznie, bo na kolejne wakacje Seweryn zaprosił mnie do siebie do Sopotu: przez kilka tygodni kręciłem się między „chłopakami” na próbach i za kulisami, poznawałem coraz to nowych ich znajomych oraz znajomych znajomych i, szybciej niż chciałem, dostrzegałem coraz większą przepaść dzielącą Krajewskiego i Klenczona. Tak podobni do siebie charakterami, jednakowo samotni w tłumie, to się wzajemnie zbliżali, to gwałtownie od siebie oddalali. A kiedy później, na kilkanaście miesięcy, zostałem szefem artystycznym wciąż sławnego zespołu, dane mi było przez kilkanaście dni poznać konkurentów Czerwonych Gitar, Krzysztofowe Trzy Korony.

Nieprawdopodobne i nieoczekiwane jeszcze nie raz stawało się wtedy dla mnie realne.

Czy można przyjaźnić się z obydwoma biegunami, z dwiema antypodami? Okazuje się, że można – jeśli tylko umie się słuchać. I rozumieć. A przynajmniej starać się zrozumieć. Wiedzieć, że taka przyjaźń nie trwa wiecznie.

Seweryna podziwiałem, Krzysztof mnie fascynował. Tak bardzo, że postanowiłem napisać o nim książkę. Biografię Zbuntowanego Anioła, który – jednak! – przeszedł do historii.


PUŁTUSK


– Urodziłeś się…?

Na to pytanie nigdy nie otrzymałem odpowiedzi. Krzysztof zawsze uważał, że jeśli mamy rozmawiać dłużej i poważnie, to nie o jego życiu, tylko o muzyce. Długo więc nie znałem jego dzieciństwa, właściwie niczego nie wiedziałem o jego rodzinie, czasy Pułtuska i Szczytna były dla mnie terra incognita.

– Jakbym zaczął opowiadać o szkole, o nauczycielach, o kumplach, to zaraz bym się rozkleił i zaczął się zastanawiać, czy ja dobrze wybrałem. Estrada to trudny kawałek chleba, każdy sukces trzeba okupić ciężką pracą, wyrzeczeniami, rozstaniem z domem. Inżynierom jest łatwiej, nauczycielom też. No to teraz wiesz, kim nie zostałem. Ale nie żałuję.

Tylko tyle było prywatnych zwierzeń Idola Mojej Młodości. Starszego ode mnie dużo – wtedy! – bo prawie półtora roku.

„Wszystko zaczęło się w 1962 roku” – takimi słowami zwykle rozpoczynał opowieść o sobie. Uważał, że dzieciństwo miał banalne, młodość typową, a o schematach nigdy nie lubił mówić. W ogóle działanie wbrew utartym zwyczajom, jakby na przekór, szybko stało się jego celem.

Urodził się 14 stycznia 1942 w Pułtusku.

Helena Klenczon, matka Krzysztofa (między innymi w filmie Zagubiona dusza): „Urodził się w czasie okupacji. W Pułtusku mieszkaliśmy, bo ja wiem, nie dłużej niż rok; gdy nadeszli Sowieci – musieliśmy uciekać na wieś”.

Już 6 września 1939 podczas Kampanii Wrześniowej wojska polskie stoczyły z Niemcami bitwę. Jedenaście dni później na rzece Narwi wytyczono granicę między Niemcami a Związkiem Radzieckim. W czasie II wojny światowej Pułtusk został zniszczony niemal w osiemdziesięciu pięciu procentach.

Matka Krzysztofa: „Kiedy front zatrzymał się blisko nas, uciekliśmy do Ostrołęki. Tam mąż zaczął pracować na kolei. Czynił starania, żeby przenieść się do Szczytna. I tak wkrótce się stało. Późną wiosną czterdziestego piątego zjechaliśmy nad mazurskie jeziora”.

Szczytno, miasto na Równinie Mazurskiej, nad Jeziorem Długim, powróciło do Polski w 1945.

Jerzy Klenczon, stryjeczny brat Krzysztofa: „Myśmy przyjechali do Szczytna w 1946 większą rodziną. Strony wydawały się spokojne. Najpierw zamieszkaliśmy w ładnych domkach przy dzisiejszej ulicy Baczewskiego. Prędko nas jednak przepędziło stamtąd UB, bo domy były rzeczywiście ładne”.

Marta Orlikowska-Jurczak (w swojej pracy magisterskiej o Klenczonie): „Czesław Klenczon, żołnierz Armii Krajowej, po wyzwoleniu musiał się ukrywać. Gdy pytano o niego, żona mówiła, że nie żyje”.

Helena Klenczon: „UB go zabrało, bo nowej władzy Czesław się nie podobał: był energiczny, fachowy, uczciwy – zupełnie inny niż tamci. Więc go aresztowali. Ale szybko im uciekł. Przez dziesięć lat ukrywał się w Drawsku Pomorskim pod zmienionym nazwiskiem”.

Trochę historii…

„Początki obecnego ładu politycznego w Polsce – pisze Norman Davies w książce Boże igrzysko. Historia Polski – sięgają daty 22 lipca 1944. W dniu tym utworzono w Lublinie pod auspicjami ZSRR pierwszy powojenny rząd, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Wątpliwy status prawny PKWN był rzeczą mniej istotną niż jego praktyczna zależność od ZSRR. 31 grudnia PKWN nadał sobie status rządu tymczasowego, [którego] pozycja znacznie się umocniła po 21 kwietnia 1945, czyli od chwili podpisania polsko-sowieckiego traktatu o przyjaźni, wzajemnej pomocy i współpracy. […]

Wojnę domową wywołała działalność sowieckich sił bezpieczeństwa w okresie wyzwalania kraju. […] Zbrojny opór skupiał się wokół trzech odrębnych i nieskoordynowanych ze sobą ugrupowań”. Narodowe Siły Zbroje (NSZ) były szczególnie aktywne w rejonie Gór Świętokrzyskich. Działała i długo walczyła Ukraińska Armia Powstańcza UPA. „Stowarzyszenie Wolność i Niezawisłość (WiN) utworzono we wrześniu 1945 z żołnierzy rozwiązanej Armii Krajowej. WiN działał przez cały rok 1946, zwłaszcza w rejonach Lublina i Białegostoku. Jego kres nadszedł w lutym 1947; 40 000 ludzi skorzystało z oferty amnestii i publicznie złożyło broń”.

Z Internetu dowiemy się, że do stowarzyszenia Wolność i Niezawisłość należał Czesław Klenczon: „W okolicach Olsztyna utworzono osobne obwody, jeden z nich obejmował powiaty Mrągowo i Pisz. Należał do oddziału Waleria. Struktury te podejmowały działalność wywiadowczą, która pozwoliła konspiracyjnym zwierzchnikom, a za ich pośrednictwem polskiej emigracji politycznej, ocenić rzeczywiste nastroje społeczne, skalę oporu i represji.

Mama z Krzysiem (Pułtusk, 1943)

Krzysztof z ojcem (1967)

W drugiej połowie grudnia 1946 Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Olsztynie rozpoczął aresztowania wśród osób podejrzanych o współpracę z WiN. Dziesiątki ludzi zostały poddane brutalnym przesłuchaniom. W maju 1947 Wojskowy Sąd Rejonowy w Olsztynie ogłosił wyrok w sprawie 18 osób pełniących kierownicze funkcje w olsztyńskim WiN. Wśród skazanych na więzienie znalazł się Czesław Klenczon, organizator WiN w Szczytnie. Jednak uniknął aresztowania i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem”.

Był żołnierzem wyklętym.

Hanna Klenczon, siostra Krzysztofa: „O ojcu w naszym domu się nie mówiło. Mama ciągle nam powtarzała:

– Nie wolno wam mówić, że tata żyje.

Więc od najmłodszych lat kłamaliśmy, że taty nie ma. W szkole:

– Tata? Zginął. My taty nie mamy”.

Amon Wróblewski, przyjaciel i powiernik Krzysztofa: „Opowiadał mi, że do lasu, gdzie tata się ukrywał, nosił mu jedzenie”.

Janusz Ferenc, kolega szkolny: „Ojciec Krzysztofa ujawnił się dopiero po pięćdziesiątym szóstym. Mój ojciec przyszedł do domu – i powiedział do mamy:

– Wiesz? Klenczon jest w Szczytnie i się ujawnił.

Tata był w wojsku w drużynie pana Klenczona”.

Siostra: „Ujawnił się, gdy ogłoszono amnestię. Ale to nie był ten sam ojciec. Wrócił do nas jakiś przytłamszony, nieobecny. Mimo to został prywatnym przedsiębiorcą, założył wytwórnię wód gazowanych w Mikołajkach”.

Ojciec Krzysztofa urodził się 22 listopada 1910 w Rucianem. Matka (z domu Rajczyk) – 26 maja 1909 w Warszawie. Siostra – 10 stycznia 1946 w Szczytnie.

Drzewo genealogiczne Krzysztofa i jego siostry jest dość łatwe do narysowania.

Dziadkowie ze strony ojca: Julian i Franciszka Klenczonowie.

Dziadkowie ze strony matki? Hanna: „Niestety, nie znam rodziców mamy. Wiem, że mieszkali w Warszawie przy ulicy Złotej (dziś w tym miejscu stoi Pałac Kultury). Babcia zmarła w 1914, dziadek dwa lata później. Mama i jej młodsi bracia Jan i Wacław Rajczykowie wychowali się w domu dziecka w Pułtusku”.

Stryj i ciotka ze strony ojca: Aleksander Klenczon i Henryka Krzyżanowska.

Rodzeństwo stryjeczne i cioteczne: Ryszard, Jerzy, Jakub, Janusz, Urszula, Halina i Marek (dzieci Aleksandra) oraz Tadeusz i Alina (dzieci Henryki).

Hanna: „Krzysztof darzył ojca szczególną miłością. Gdy tata wrócił, wciąż byli razem, ojciec bardzo lubił śpiewać, więc – gitara do ręki, pogaduchy, wspomnienia”.

Józef Drozdowicz, kolega szkolny: „Śpiewać lubił już od małego. Najchętniej pieśni patriotyczne. Więc śpiewaliśmy razem, jeszcze zanim ujawnił się jego ojciec – Ułani, ułani, My, Pierwsza Brygada”.

Siostra: „To ojciec nauczył nas wtedy, co to jest Polska, co znaczy Polska Walcząca, co to jest AK. Dlatego Biały krzyż, dedykowany przez Krzysztofa naszemu ojcu, miał dla niego taką wartość. Bo on był wielkim patriotą.

Ja byłam wtedy smarkata, do tego dziewczyna, więc w tym nie uczestniczyłam, a oni sobie pogadywali. I razem śpiewali”.

Alicja, żona Krzysztofa: „Mój teść był bardzo muzykalny, często śpiewał z Krzysztofem. Nauczył go między innymi piosenki Polesia czar, przepięknej piosenki z kresów”.

Pośród łąk, lasów i wód toni,

W ciągłej pustej życia pogoni

Żyje posępny lud.

Brzęczą much roje nad bagnami,

Skrzypi jadący wóz czasami

Poprzez grząską rzekę w bród.

Czasem ozwie się gdzieś łosia ryk

Albo gdzieś w głębi dziki głuszca krzyk,

Potem znów cisza niczym niezmącona,

Dusza lśni, pustką rozmarzona,

Piękny o Polesiu sen.

Polesia czar to dzikie knieje, moczary,

Polesia czar to dziwny wichru jęk.

Gdy w mroczną noc z bagien wstają opary,

Serce me drży, dziwny ogarnia lęk.

Słyszę, jak w głębi wód jakaś skarga się miota,

Serca prostota wierzy w Polesia czar.

Seweryn Krajewski (w filmie 10 w skali Beauforta): „Krzysztof miał notes. Ten zaczarowany notes to był śpiewnik z piosenkami z Podola, z Polesia. Piękne pieśni! On się nimi inspirował, ich brzmieniem, ich zaśpiewem”.

Krzysztof: „Często mnie ludzie pytali – ty też parę razy – skąd u mnie ta romantyczna nuta. Stamtąd, z kresów. Seweryn ma ją po swojej matce. Ja – po ojcu. To on mnie w takiej muzyce wychował. W bardzo pięknej muzyce, bardzo prawdziwej, bardzo ludzkiej. Smutnej? Nie. Raczej romantycznej, pełnej wspomnień, westchnień…”.

Helena Klenczon: „Jak oni czasem tak śpiewali – rzadko, bo Krzysztof, kiedy występował z tymi młodzieżowymi zespołami, to stale gdzieś fruwał po świecie – myślałam sobie: Takiego duetu ojca z synem, tak pięknie śpiewającego chyba nikt nigdy nie słyszał.

Jaką oni by mogli zrobić karierę!”.

Krzysztof Grono, kolega szkolny: „Krzysztof ojca bardzo kochał i szanował. I to ojciec prowadził później wszystkie jego sprawy finansowe”.

1952


SZCZYTNO


„W latach 1949-1955 uczęszczałem do Podstawowej Szkoły Muzycznej w Szczytnie, gdzie następnie w 1959 ukończyłem także Liceum Ogólnokształcące” – tak w lutym 1968 opisał Krzysztof Przebieg działalności twórczej. Napisał półprawdę, albowiem w 1948 rozpoczął naukę w miejscowej Szkole Ćwiczeń (szkole ogólnokształcącej stopnia podstawowego). Od 1955 kontynuował ją w szczycieńskim Państwowym Liceum Ogólnokształcącym.

Hanna Klenczon: „Do końca jego szkoły podstawowej mama pracowała w biurze, w księgowości, ale było ciężko, więc przeniosła się do sklepu Baty z obuwiem. Opiekowała się wtedy nami Pola – głucha, ale cudowna osoba: jeszcze kiedy Krzysztof i ja chodziliśmy do przedszkola, ona w naszym domu gotowała, prała, sprzątała, nawet robiła czasami remonty, malowała, naprawiała dach. Trzymała z nami sztamę, kryła nas po prostu.

Mama wracała z pracy o osiemnastej i kiedy przychodziła – na stole były grzecznie rozłożone książki, myśmy się uczyli, odrabialiśmy lekcje. Ale dopiero od osiemnastej. Wcześniej Krzysztof zawsze siedział, razem z kolegami, w Bazie. Wciąż tam po niego chodziłam, raz, drugi, trzeci – żeby wracał, bo przyjdzie mama, a wtedy to nie przelewki. Płakałam i błagałam:

– Wracaj, mama będzie wściekła!

Ale wzajemnie się kryliśmy, bo też byliśmy kumplami.

– Powiedz mamie, że mam mecz i muszę iść na SKS.

– Dobra, ale o ósmej masz być w domu. Krzysztof, bądź!”.

Baza to ośrodek sportów wodnych. SKS – Szkolne Koło Sportowe.

Wilhelm Szwerecki, nauczyciel z liceum (w filmie Zagubiona dusza): „Poznałem go, jeszcze gdy uczęszczał do szkoły podstawowej, poprzez Międzyszkolny Ośrodek Sportów Wodnych, gdzie się uczył sztuki żeglarstwa. Od samego początku zauważyłem, że umiejętnie łączył żeglarstwo z muzyką, to znaczy na wszystkich biwakach i spływach, w których uczestniczył, zawsze był z gitarą. Podczas wieczornych ognisk zwykle śpiewał, komponował też własne piosenki”.

Siostra: „Na komunię dostaliśmy od mamy rowery. Bez rowerów trudno było się wtedy poruszać, a my kochaliśmy wycieczki. Na trzy kilometry wokół Szczytna ciągnęły się lasy, była woda, jeziora, więc w sobotę i niedzielę urządzaliśmy wyprawy. Na jednym rowerze plecaki, namioty, mapy, prowiant: konserwy, pomidory, ogórki, jajka, chleb. Wieczorem rozbijaliśmy namioty, Krzysztof gotował, bo uwielbiał dania jednogarnkowe. Na drugi dzień łowiliśmy rybki, było opalanko, kąpanko, biegaliśmy razem z psami.

To były wyprawy z rowerami, ale pieszo. Żadnych wygód: jest jak jest, musimy sobie radzić «po harcersku». Oczywiście obydwoje należeliśmy do harcerstwa. Tak nas nauczyła mama”.

Ryszard Burliński, mieszkaniec Szczytna: „W liceum byliśmy razem w sekcji gimnastycznej, biegaliśmy na nartach. Braliśmy udział w zawodach powiatowych. Krzysztof był sympatyczny i towarzyski, był normalnym facetem. Widać było jego zdolności, ale nigdy nie pozował na gwiazdę”.

Matka: „On strasznie chciał mieć gitarę i grać na niej. Był muzykalny, dużo śpiewał jako dziecko – takie tam, rozmaite dziecięce piosenki. Inne dzieci też śpiewały, młodzież była wtedy bardziej muzykalna niż teraz, ale Krzysiek chyba miał większy dryg do tego śpiewania niż inni. Więc mówię do męża:

– Kup mu gitarę, to się czymś zajmie.

Kupił mu – chyba na naszą zgubę. Gitara była malutka, bo wydawało się nam, że Krzysiek chce mieć zabawkę, tak jak inni konia na biegunach albo szabelkę. Ale nie, on naprawdę chciał grać, muzyka naprawdę go interesowała. Jednak widziałam, że męczy się z tą maleńką gitarką: ani porządnie jej nie nastroisz, ani dobrze na niej nie zagrasz, bo to zabawka. No to mu powiedziałam:

– Jak tak bardzo chcesz, to na nią zarób. A jak ci będzie brakowało, to dołożymy”.

Siostra (w filmie Zagubiona dusza): „Tato, który był wówczas kierownikiem składu drewna w Szczytnie, zaproponował Krzysztofowi i moim kuzynom, że mogą w czasie wakacji zarobić trochę pieniędzy na własne przyjemności. Wiedział doskonale, na co wyda je Krzysztof – oczywiście na kupno gitary”.

Matka: „Nie wiem skąd mąż wytrzasnął nowy instrument, ale tej gitary Krzysztof już z rąk nie wypuszczał. To może śmiesznie zabrzmi, ale miałam przeczucie, że jego przeznaczeniem jest właśnie gitara”.

Siostra: „To było w 1955, ta gitara jest na jednym ze zdjęć rodzinnych. Dla Krzysztofa była bardzo ważna, potrafił od rana do nocy siedzieć z gitarą, układać palce na strunach, próbować. Mama go strofowała:

– Zostaw gitarę, weź się do nauki.

Wtedy ojciec:

– Jeszcze masz czas, jeszcze zdążysz skończyć studia.

I Krzysztof ćwiczył, trenował, próbował. Cierpliwości miał nieprawdopodobnie dużo, ja go za to podziwiałam.

Od 1954 należał do Organizacji Harcerskiej (taką miała wtedy nazwę), zdobył w niej stopień instruktorski. Na zbiórkach przy ognisku zawsze śpiewał, kiedy dostał gitarę, to z gitarą: najchętniej pieśni partyzanckie, wojskowe – już wolno było je śpiewać, to był przecież czas chwilowej odwilży. Bardzo lubiłam, jak grał na werblu: w drużynie był etatowym werblistą, razem z Ryszardem, swoim bratem stryjecznym.

Ta drużyna, którą prowadził druh Kornaszewski, przedwojenny skaut, uczyła życia: harcerze dostawali od wojska namioty, w lesie wycinali drzewa na prycze, które sami budowali, od chłopów dostawali słomę. Uczyli się życia surowego, twardego, prawdziwego”.

Jerzy Klenczon, brat stryjeczny: „Szkoły muzycznej Krzysztof nie kończył. Był samoukiem. W starszych klasach szkoły podstawowej (w piątej, szóstej i siódmej) grał na gitarze stale. A w szkole średniej, kiedy jeździliśmy na wakacje – na biwakach i ogniskach harcerskich, nad wodą – takie «śpiewane» spotkania były bardzo częste i Krzysztof był ich bohaterem”.

Krzysztof Grono, Józef Drozdowicz i Janusz Ferenc: „W siódmej klasie tworzyliśmy razem z nim zespół: dwie gitary i perkusja. Potem było różnie, ale na studniówce zespół był nawet pięcioosobowy: śpiewała Lilka Rogińska, Heniek Niewiadomski grał na akordeonie, Zyziek Szulc i Krzysiek Klenczon na gitarach [Krzysztof Grono na perkusji].

Krzysiek miał dryg do muzyki. Kiedyś nie przyszedł do szkoły, nie wiedzieliśmy dlaczego. Po lekcjach poszliśmy do niego do domu, a on:

– Słuchajcie, mam klarnet, nauczyłem się grać, mogę wam coś zagrać.

Zamiast chodzić do szkoły, katował ten klarnet. Kupił go od jakiegoś muzyka.

Ale w szkole nie chciał śpiewać. Kiedy nauczyciel chemii kompletował chór, Krzysiek wykręcał się jak mógł, żeby w nim nie uczestniczyć. Profesor Budzyński był jednak uparty, trzeba było mieć wyjątkowy antytalent, żeby się z tego wymigać, nie dostać się do jego chóru, ale ten uczeń go przechytrzył. I kiedy zaczął śpiewać na próbę – usłyszał:

– Idź ty, Klenczon, stąd! Tyś jest kompletnie głuchy! Słuchu muzycznego nie masz za grosz, nie nadajesz się do chóru!

A kiedy przygotowaliśmy przedstawienie Karpaccy górale, w którym śpiewaliśmy między innymi «Hej, bracia opryszki, dolejcież do czarki, do ognia dorzućcie tu drew», to za nic nie chciał z nami śpiewać. Wolał zagrać rolę zbójnika. Amanta”.

1959

Siostra: „On wtedy kochał sport”.

Drozdowicz: „W sobotę był bal maturalny, całą noc, następnego dnia w Piszu mieliśmy mecz koszykówki. W czarnych garniturach tam pojechaliśmy, mocno zmęczeni, spaliśmy na boisku na trawie. Drużyna przeciwników przyszła, obudziła nas, oczywiście dostaliśmy sromotne bańki. Młodsi o trzy lata, mniejsi od nas, ale dobrzy technicznie, ograli nas do zera”.

Siostra: „Sport był dla Krzysztofa odskocznią od muzyki. Gitara i sport cieszyły się jego największym zainteresowaniem. Szkoła? Szkolni kumple pamiętają go jako wisusa, bo taki był. Szybko kartkował podręczniki, ale problemów żadnych nie miał, przechodził z klasy do klasy. Nie był prymusem, ale w szkole sobie radził: był dobry z przedmiotów ścisłych, uwielbiał angielski, co mu potem zaprocentowało, bo w Ameryce mówił z dobrym akcentem, ludzie tam nie wierzyli, że jest Polakiem!

Do życia podchodził bardzo… humorystycznie.

Mama się o Krzyśka niepokoiła, bo to był prawdziwy synuś mamuśki:

– Taki ładny chłopak i nie ma żadnej dziewczyny?”.

Drozdowicz: „Już wtedy dziewczyny się w nim kochały, ale on był wobec nich raczej wyniosły, wyczuwaliśmy w nim jakąś rezerwę.”

Siostra: „Mama mnie namawiała, żebym Krzysztofa «obserwowała». Więc chodziłam za nim do Bazy, ciągnęłam do domu:

– Krzysiek, do domu! Mamusia cię woła.

Traktował mnie wtedy jak smarkulę, więc odszczekiwał:

– Sama idź do domu, gówniaro.”

Ferenc: „Ciągnęła go woda: jezioro, łodzie, żagle. Zdobył patent sternika jachtowego, ale nigdy go nie odebrał. Egzamin zdał w ośrodku, w 1971 roku”.

Kiedy wrócą ptaki do mazurskich gniazd,

Ruszaj tam, gdzie już żeglarze płyną szlakiem gwiazd.

Wróćmy na jeziora, na wędrowny rejs,

Znajdziesz tam cel swojej drogi wśród szumiących drzew.

Białe żagle, szmaragdowa toń,

A przy tobie przyjacielska dłoń.

Wrócisz tam z gitarą, gdzie ogniska blask,

Zostań tu, noc śpi w szuwarach, pieśni słucha las.

Wróćmy na jeziora, na samotny brzeg,

Zostań tu, gdzie las i woda, masztów cichy śpiew.

Białe żagle, które kryje mgła.

I nic nie mów, bo przygoda trwa.

Wróćmy na jeziora, gdy zapadnie mrok,

Znajdziesz tu swoją przygodę, wrócisz tu za rok.

Wrócisz tu za rok!

Siostra: „Teledysk do tej piosenki był niewypałem artystycznym. Nakręcono go nad Zalewem Zegrzyńskim niedaleko Warszawy, chociaż Krzysztof marzył, żeby to było na Mazurach. Bo on kochał Mazury”.

Ferenc: „Kiedy Krzysiek był już znany z występów i przebojów z Czerwonymi Gitarami, napisał do mnie, żeby mu zorganizować jakiś mały letni domek – nad rzeczką, w lesie, gdzie by mógł wypoczywać. Zorganizowałem mu domek kempingowy nad Wałpuszem, ale on, w pięknym miejscu nad jeziorem, na półwyspie, zbudował sobie inny domek – niewielki, miał może dziesięć, piętnaście metrów kwadratowych powierzchni. W pięknym miejscu, z daleka od ludzi. I kiedy przyjeżdżał do Szczytna, to tam przebywał”.

Dom,

Miejsce, które znasz,

Twój rodzinny dom.

Dom,

Nie widziałeś go od lat,

Chyba tylko w snach.

Wraca wciąż pamięć dni,

Tych pięknych dni,

Minionych dni,

Zgubionych gdzieś tam.

Wróć!

Swojej matki dłoń,

Spracowaną dłoń,

Ucałuj znów.

Wróć!

Dom -

Tam kochałeś raz

I łykałeś łzy.

Dom

Pełen uczuć i was -

O nim moje sny.

Wraca wciąż pamięć dni…

Wróć…

Dom -

Nie zastąpi ci go nic,

Kiedyś wrócisz tam.

Dom -

Nie zastąpi ci go nikt,

Jeszcze wrócisz tam.

Koledzy szkolni ze swymi żonami (Szczytno, 1968): Bożena i Krzysztof Gradowie (gospodarze przyjęcia), Janusz Ferenc (siedzi tyłem), Krzysztof Klenczon, Aniela Ferenc, Alicja Klenczon, Monika Giernatowska, NN, Zygmunt Giernatowski, Józef i Urszula Drozdowiczowie

Hanna: „Mama bardzo pokochała Dom, który Krzysztof skomponował i napisał w Ameryce: odkryłam to nagranie na jednej z taśm, już po jego śmierci. W jego rzeczach, zaraz po śmierci, znalazłam tekst tej piosenki; on jej właściwie nigdy nie dokończył, nie zaaranżował. Napisał ją dla mamy – uważał, że ta jego «najukochańsza drobinka» (mama miała półtora metra wzrostu) powinna mieć coś od niego”.

Czy ktoś napisał piosenkę dla Krzysztofa?

Janusz Kondratowicz (w 2013): „Ja napisałem, całkiem niedawno, bo jakieś dwa lata temu. O Szczytnie rozmawiałem z nim wiele razy. Wiele razy byłem w jego mieszkaniu. I chciałem, żeby duch Klenczona był obecny w dzisiejszym mieście. Bo może ludzie by sobie przypomnieli, że on tam się wychowywał, tam żył, tam budował swoje pierwsze łodzie, jeszcze nieporadne, z żaglem poszytym z prześcieradeł. Że mały chłopak w harcerskim mundurku uczył się pływać na takich właśnie domowych żaglówkach”.

Moje miasto mnie kocha

I ja kocham je też,

I ubieram je w słońce,

W jasność, w chmury i w deszcz.

Tutaj jeszcze wciąż żyję

W dobrej wierze, w złym śnie,

Tu się śmieję i płaczę,

Kiedy czasem mi źle.

Stąd wymykam się chyłkiem

Biegnąc w błękit i w mrok,

By powrócić w łagodność

Lasów, jezior i łąk.

Nawet jeśli gdzieś ludzie

Pewniej wchodzą w swój czas,

Moje miasto jest jedno,

Nasze miasto jest jedno,

Bo naprawdę jest we mnie,

Bo jest we mnie i w was.

2 czerwca 1959 Krzysztof Klenczon otrzymał świadectwo dojrzałości:

„Po maturze chciałem zostać inżynierem. Czego? Wszystko jedno. Bardzo mi ten tytuł imponował: inżynier to ktoś z fachem w ręku. Na budownictwo lądowe na Politechnice Gdańskiej było łatwiej zdawać, wolnych miejsc było tam więcej, no to spróbowałem i się dostałem”.

Kartka pocztowa do Janusza Ferenca:

„Na początek dostałem 300 złotych stypy. To wcale nieźle. Na razie wykłady nie są zbyt trudne, ale trzeba trochę się wkuwać. Co sobotę mamy zabawę, na której niesamowity tłok: dochodzi do tego, że goście tańczą po stołach. Łażę z Wojtkiem i wygłupiamy się. W pokoju mieszkam z samymi piździelcami. […] Wczoraj byłem w kinie Panorama na Pociągu, mówię ci: po kiju film, warto iść, tylko nie wiem, czy u was go grają”.

Krzysztof Grono: „Krzysztof na Politechnice jakoś siebie nie widział i po pierwszym semestrze odszedł. Z nami było różnie, ale po maturze wszyscy dostaliśmy się na studia, a przecież w takiej szkole morskiej było ośmiu kandydatów na jedno miejsce”.

Józef Drozdowicz: „Wtedy każdy z nas miał swoją wizję przyszłości, PRL nam nie przeszkadzała”.

Grono: „W małych miasteczkach, takich jak Szczytno, ambicje młodych były rozbudzane przez nauczycieli: Jesteście dobrzy, próbujcie, starajcie się. Każdy miał wtedy szansę. Awansować można było, zdobywając wiedzę. I to awans był naszym napędem. A myśmy czuli na sobie odpowiedzialność, że nie możemy zawieść rodziców.

Nauczyciele w naszej szkole byli naprawdę dobrzy. Gdy zdaliśmy maturę, to kto chciał, ten mógł dostać się na studia. Jedni wracali po pierwszym semestrze, bo zachłysnęli się swobodą. No, ale jeśli ktoś przegrał pierwszy semestr w pokera? Zostawali ci, którzy mieli w szkole reżim”.

Krzysztof: „Wytrzymałem tylko jeden semestr. Matematyka, przedmioty ścisłe, ech! – przyszły inżynier musi wkuwać, a ja do tego nie miałem głowy. Roznosiło mnie, byłem za bardzo ruchliwy, więc pół roku później wybrałem wychowanie fizyczne. W sporcie byłem dobry, pomyślałem, że zostanę trenerem, ale dyplomowanym”.

Hanna: „Po maturze chciał zdawać na studia, ale było mu wszystko jedno na co – byle tylko uczelnia mieściła się w Trójmieście. No i zdał, ale długo tam miejsca nie zagrzał: ciągnęło go do muzyki, do muzyków, do Gdańska, gdzie był studencki klub Żak. Tam zaczął się obracać wśród artystów coraz bardziej później znanych, aż wreszcie wsiąkł w ich środowisko”.

W 1960 niedoszły inżynier zdał egzamin do Studium Nauczycielskiego Wychowania Fizycznego w Gdańsku Oliwie.


WARGIN


Studium nauczycielskie było w Polsce Ludowej jedną ze szkół pomaturalnych, kształcących przyszłe kadry o statusie ni to technika, ni to magistra. Ludzi usytuowanych między jednym a drugim, mimo to fachowców. Właśnie takim wykształceniem legitymował się Krzysztof Klenczon, kiedy rozpoczynał, sam nie spodziewając się tego, karierę. Zawodową? Tak, tyle że w zawodzie, jakiego nie miał, bo też nie miał go gdzie, u kogo zdobyć. Karierę artystyczną.

W myśl przysłowia „Nie rób sam tego, co można we dwoje”, za partnera wybrał wtedy taką samą wrażliwą artystycznie duszę – Karola Wargina.

Przyszła „druga połowa” Krzysztofa w finałowym duecie legendarnego festiwalu szczecińskiego, od dziesiątego roku życia aż do matury był(a) żołnierzykiem w Korpusie Kadetów – tym samym, który wykształcił kabaretowca Jan Pietrzaka (służyli w jednym plutonie, występowali razem między innymi na akademiach centralnych w stołecznej Hali Gwardii). Tam właśnie reżyser Wanda Jakubowska łowiła małych kandydatów do zagrania roli małego Karola Świerczewskiego w kręconym w latach 1951-1953 hagiograficznym filmie politycznym Żołnierz zwycięstwa (w postać Lenina wcielił się Jacek Woszczerowicz, w Stalina Kazimierz Wilamowski, Gustaw Holoubek był tam Dzierżyńskim, Józef Kozłowski – Bierutem, Rafał Kajetanowicz – Rokossowskim). Karolek Wargin podobał się na zdjęciach próbnych i otrzymał główną rolę dziecięcą – przyszłego generała Waltera. W 1955 zagrał w filmie nowelowym Zaczarowany rower Silika Sternfelda (obok Józefa Nalberczaka oraz smarkatych Bogumiła Kobieli, Andrzeja Kozaka i… Romana Polańskiego). Jako przodownik nauki i pracy bez trudu dostał się na Wydział Łączności Politechniki Warszawskiej, ale ze studiów zrezygnował i zdawał powtórnie – na Studium Nauczycielskie Wychowania Fizycznego w Gdańsku Oliwie. Tam poznał Krzysztofa Klenczona.

Karol Wargin: „Po zdaniu wstępnych egzaminów teoretycznych i praktycznych, w czerwcu 1960 zostaliśmy przyjęci na pierwszy rok. Obaj znaleźliśmy się na liście studentów, którym przydzielono akademik, gdyż Krzysztof był na stałe zameldowany w Szczytnie, a ja – w Warszawie.

Jak go poznałem? Pewnego wieczoru, po kolacji, wybrałem się do sali gimnastycznej, żeby pograć w tenisa stołowego. Moją uwagę zwrócił skromny, poważny chłopak siedzący samotnie w końcu korytarza i podgrywający na gitarze do nuconej cichutko nostalgicznej piosenki Polesia czar, zapewne ulubionego utworu z dzieciństwa. Podszedłem do niego i poprosiłem o dobranie akordów do Let’s Twist Again, największego wtedy przeboju młodzieżowego. Chętnie się zgodził, ustawił tonację i uderzył w struny. Spróbowaliśmy zaśpiewać razem – wyszło nieźle. Spróbowaliśmy inne piosenki, zaczęła nas otaczać coraz większa grupa słuchaczy, więc wstaliśmy i ruszyliśmy w stronę żeńskiego akademika. Dziewczyny dołączyły do pochodu, ale przed dwudziestą drugą trzeba było wracać do siebie. Wiadomo – regulamin.

Takie spotkania po kolacji stały się niepisaną częścią programu dnia; więzi koleżeńskie między studentami były niezwykle silne.

Po dwóch miesiącach nauki, jesienią, zostaliśmy wyznaczeni do prac polowych na wsi – w tamtych czasach wojsko i studenci pomagali PGR-owcom w wykopkach. Kiedy wracaliśmy na obiad, raptem Krzysiek i ja wyskoczyliśmy przed kolegów i zaintonowaliśmy, w marszowym rytmie:

Bo ochotnicza straż pożarna w Kapuścinie

Z odwagi słynie na cały świat.

Bo mają trąbki, mają pompki, mają gaz:

Sik, sik! Olé, olé! Sik, sik! O, Caracas!

Tam po kolacji też zbieraliśmy się niemal w komplecie: w pustej stodole Krzysiek przygrywał nam do tańca albo decydowaliśmy się na wspólne śpiewanie piosenek z końca lat pięćdziesiątych. Później w akademiku bardzo często wzbogacaliśmy nasz wspólny repertuar, dzieliliśmy się głosami, zmienialiśmy rytmy piosenek ludowych na twistowe, Krzysiek cały czas doskonalił technikę gry na gitarze. […] Z naszych piosenek największym szlagierem stała się Ballada o gołębiach – kabaretowa, alegoryczna opowieść o trójkącie małżeńskim w ptasim świecie. Była to ulubiona piosenka dyrektora studium, spotykała się też zawsze z gorącym przyjęciem całej kadry pedagogicznej.

Dwa gołąbki się kochały,

Jeden czarny, drugi biały,

Ale z ich miłości drwił

Rudy gołąb z vis-a-vis

Z przeciwka, ku-ku-ru, ku-ku-ru,

Rudy gołąb z vis-a-vis.

Zmienne serce jest kobiece -

Mówił gołąb – gdy odlecę,

Żeby mi tu jak na złość

Nie wpadł w gniazdo rudy gość

Z przeciwka, ku-ku-ru, ku-ku-ru,

Rudy gołąb z vis-a-vis.

I odleciał z tymi słowy,

Bo to gołąb był pocztowy,

I zostawił żonkę tam

Z rudym gościem sam na sam,

W gniazdeczku, ku-ku-ru, ku-ku-ru,

Z rudym gościem sam na sam.

Wraca gołąb na gołębnik,

Hen, wysoko na poddębnik,

Patrzy w gniazdo: a to co?

Skąd te rude piórka są

W gniazdeczku, ku-ku-ru, ku-ku-ru,

Skąd te rude piórka są?

Drogi mężu, nie myśl sobie

Źle o jego garderobie;

On chciał tylko ku-ku-ru,

Po cichutku ku-ku-ru, z sąsiadką

Ku-ku-ru, ku-ku-ru,

Po cichutku ku-ku-ru.

Z piosnki morał ten wynika:

Nie opuszczaj gołębnika,

Bo gdy mąż tam, żona tu -

Czasem bywa ku-ku-ru

Z sąsiadem ku-ku-ru, ku-ku-ru,

Po cichutku ku-ku-ru.

Po feriach [na przełomie 1960/1961] trzeba było wrócić do rutynowych obowiązków studenta: nauka, treningi sportowe, randki lub… próby zespołu tanecznego. Nasz zespół tańców kaszubskich był często zapraszany do zakładów pracy i domów kultury. Pani kierownik zespołu na jednym z występów pozwoliła Krzyśkowi i mnie, w ramach przerywnika w tańcach, zaśpiewać dla publiczności dwie wybrane piosenki. Od tego czasu śpiewaliśmy już regularnie”.

Eugeniusz Wojciechowski: „Studium miało całkiem dobry zespół taneczny, w którym trudno było nie zwrócić uwagi na piękną parę: wyjątkowej urody Ewę oraz niejakiego Krzysztofa Klenczona. Ponieważ wówczas byłem już szczęśliwie żonaty, więc na Ewę nie mogłem w ogóle zwracać uwagi; skupiłem się na jej partnerze. A że od dziecka ciągnęło mnie do muzyki (od zawsze grałem na akordeonie), więc dość szybko złapałem dobry kontakt z Krzysiem.

To Maciek Czarnocki, który prowadził uczelniany radiowęzeł, powiedział mi, że nasz starszy kolega nie tylko dobrze tańczy, ale bardzo dobrze radzi sobie z gitarą, dysponuje ciepłym głosem o ciekawej barwie, do tego pisze i muzykę, i dobre, niepospolite teksty. Właśnie w studiu u Maćka Krzysiu nagrał po raz pierwszy Polesia czar. Słuchało się tego z wielką przyjemnością”.

W krótkim dokumencie Przebieg działalności twórczej Krzysztof mocno upiększył tamte lata: „Brałem czynny udział w życiu muzycznym środowiska studenckiego, współpracując z zespołami jazzowymi (m.in. w Klubie Studentów Żak w Gdańsku). Grałem na klarnecie i gitarze oraz zajmowałem się kompozycją”.

Wargin: „Jeden z ostatnich dni praktyki studenckiej był dla nas szczególny, a w przyszłości zaważył na wyborze drogi życiowej i karierze Krzysztofa Klenczona (który kiedy tylko mógł, zabierał ze sobą gitarę). Był akurat Dzień Kobiet i po części oficjalnej akademii Krzysiek i ja stanęliśmy nieco z boku, Krzysiek uderzył w struny i… zaczęło się. Wykonaliśmy najpierw Pluszowe niedźwiadki, które w następnym roku stały się przebojem w całej Polsce, potem rosyjską Babuszkę, Bella, bella donna i na koniec Dwa gołąbki. Były brawa, gratulacje, podziękowania.

W drodze powrotnej mieliśmy w Gdańsku przesiadkę, przy skrzyżowaniu obok Żaka, znanego klubu studenckiego. Zwróciliśmy uwagę na wielki plakat i hasło na nim: Szukamy młodych talentów. Dowiedzieliśmy się, że dzień wcześniej odbyły się tam eliminacje środowiskowe w ramach Ogólnopolskiego Festiwalu Młodych Talentów. Pomyśleliśmy: wejdziemy i zapytamy o redaktora Franciszka Walickiego, który (tego też dowiedzieliśmy się z afisza) był przewodniczącym jury.

Redaktor był bardzo zajęty, ale dla świętego spokoju zgodził się poświęcić nam pięć minut. Ściągnęliśmy szybko płaszcze, Krzysiek wziął do ręki gitarę i dał przygrywkę do Babuszki. Po porannym występie dla kobiet śpiewało się nam nadzwyczaj dobrze, więc po Babuszce zdecydowaliśmy się na Pluszowe niedźwiadki, które podzieliliśmy tak, jak dzieli się węgierski czardasz – na część wolną w zwrotce i szybki refren, który zaśpiewaliśmy w rytmie twista. Taka aranżacja i wykonanie przypadły panu redaktorowi do gustu, więc zanotował nasze nazwiska i adres akademika, i zaprosił na eliminacje miejskie następnego dnia, zaznaczając, że to zaproszenie warunkowe.

Te eliminacje również odbywały się w Żaku, gdzie zobaczyliśmy kilku podekscytowanych uczestników nerwowo błądzących po korytarzu. W pewnym momencie podszedł do nas Czesław Wydrzycki, którego już kilka razy słyszeliśmy w radiu: zaproponował stworzenie tercetu i roztoczył przed nami wizję grupy rewelersów z programem pieśni latynoamerykańskich. Nie wybiegaliśmy tak daleko w przyszłość, myśleliśmy o tym, czy wszyscy uczestnicy przyjdą na eliminacje; gdyby kogoś zabrakło – wtedy my moglibyśmy wystąpić. Niestety: soliści jeden po drugim wchodzili, wykonywali przygotowany program i schodzili ze sceny…

Nagle zgasło światło, elektryczne gitary umilkły. Organizatorzy zaczęli znosić świece i zapalone ustawiali na obudowie kaloryferów. Publiczność, coraz bardziej niezadowolona, zaczęła gwizdać. Spojrzeliśmy na siebie, poderwaliśmy się na równe nogi i podeszliśmy do konferansjera z pytaniem, czy możemy zaśpiewać, bo jesteśmy «niezależni od prądu». W pobliżu był na szczęście redaktor Walicki, więc konferansjer mógł zapowiedzieć:

– Za chwilę wystąpią Krzysztof Klenczon i Karol Wargin z Oliwy w humorystycznej piosence rosyjskiej Babuszka oraz w piosence dziecięcej Pluszowe niedźwiadki.

Śpiewaliśmy jak natchnieni, bo przecież ziściły się nasze marzenia! Refren Niedźwiadków podchwyciła publiczność, aplauz był niesamowity! Wracaliśmy do Oliwy pełni nadziei, że przejdziemy do kolejnej rundy turnieju. Rzeczywiście, po kilku dniach otrzymaliśmy zaproszenie. Ale na blankiecie wypełnionym pismem maszynowym znowu widniał dopisek: warunkowo”.

Gdańsk, dnia 20.3.1962 r.

Ob. K. Klenczon i K. Wargin

Zawiadamiamy, że Komisja Kwalifikacyjna Ogólnopolskiego Turnieju p.n. Czerwono-Czarni szukają młodych talentów postanowiła dopuścić pana(nią) warunkowo do przesłuchania kandydackiego II-go Etapu Turnieju w ramach Eliminacji Strefowych (dla woj. Gdańskiego, Bydgoskiego i Olsztyńskiego), które odbędą się w dniach 31.III. i 1.IV.1962 r. w Gdańsku w Hali Stoczni Gdańskiej.

Kandydaci winni stawić się dnia 31.III.br. godz. 1100 w Hali Stoczni, Gdańsk, ul. Jana z Kolna 31.

Laureaci przesłuchania kandydackiego otrzymają bezpłatne zakwaterowanie.

Kierownik Turnieju

(Janusz Paschalis)

Wargin: „Byliśmy załamani! Zastanawialiśmy się, czy nie zrezygnować, ale ciekawość zwyciężyła. A Krzysiek był pewien, że trzeba tam pojechać.

Kiedy przyszedł moment rozpoczęcia imprezy, wciąż nie było duetu z Malborka. My czekamy cierpliwie. Kiedy konferansjer zapowiedział pierwszego uczestnika, a duetu z Malborka wciąż nie było – redaktor Walicki zarządził wpisanie nas na jego miejsce. Więc było wiadomo, że występujemy na równych prawach z innymi uczestnikami i że nasz występ będzie punktowany.

Radość nasza była ogromna, bo przecież wśród publiczności były nasze dziewczyny, a także kilkunastu kolegów z akademika. Konkurencja była niezwykle silna, zapamiętałem duet Bernard Dornowski i Marek Szczepkowski z Gdyni: zaśpiewali dwie rytmiczne, melodyjne piosenki w języku angielskim i zebrali wiele braw. Byli dobrze znani jurorom, więc martwiliśmy się o nasze szanse, ale… poszło. Po naszym występie słyszeliśmy z sali głośne «Bis!», ale regulamin nie przewidywał bisowania.

Wracaliśmy do Oliwy szczęśliwi.

Kiedy otrzymaliśmy zawiadomienie o zakwalifikowaniu nas do finału, uzmysłowiliśmy sobie, że mamy przecież mnóstwo zobowiązań wobec naszego Studium: mieliśmy zostać nauczycielami dyplomowanymi, więc raźno zabraliśmy się do roboty.

W nawale zajęć zapomnieliśmy o konieczności skontaktowania się z organizatorami Festiwalu Młodych Talentów, ale oni o nas nie zapomnieli. Przysłali jedno, potem drugie pismo, na które odpowiedzieliśmy natychmiast: «Jedziemy do Szczecina»”.


SZCZECIN


U schyłku 1961 roku Wielki Mag Polskiego Rock and Rolla Franciszek Walicki nosił w sobie wielką gorycz: oto Czerwono-Czarni, których stworzył i wylansował, zdradzili jego i jego idee i „zaprzedali się Estradzie Szczecińskiej”, skaptowani przez jej dyrektora Jacka Nieżychowskiego. Pełen pomysłów, ambitny i kreatywny Redaktor Z Gdyni nie poddawał się łatwo; nie mogąc realizować jednego pomysłu, rozwijał następne. Pierwszym byli Niebiesko-Czarni (w myśl zasady: pokonać wroga jego własną bronią), drugim idea, akcja wyrażona hasłem Polska młodzież śpiewa polskie piosenki.

Gdzie tę zdolną, muzykującą młodzież znaleźć? To proste: szukać jej jak Polska długa i szeroka.

A polskie piosenki?

Mateusz Święcicki: „To był pomysł Franciszka Walickiego, choć podpisują się pod nim również Jacek Nieżychowski oraz Stefan Bratkowski i Wojciech Giełżyński. Najważniejszym celem festiwalu było pokazanie podskórnego, nieoficjalnego i zwalczanego wówczas ruchu śpiewania po polsku muzyki zachodniej. Rodzimych przebojów w tym stylu nie było. Ba! Był to czas, kiedy Polskie Radio zwracało się do wykonawców, żeby łaskawie raczyli coś nagrać, żeby twórcy rozrywkowi komponowali i pisali po polsku!”.

Jacek Nieżychowski, dyrektor Estrady Szczecińskiej: „Jak już ta młodzież śpiewa te swoje rock and rolle, to dlaczego nie po polsku? Tak, żeby i ci wokaliści rozumieli, co wykonują, i ich publiczność wiedziała, że taka piosenka jest adresowana do nich, bo o nich, o młodych opowiada. Czerwono-Czarni pokazali, że ze swoją muzyką trafią do każdego słuchacza, więc żeby zakończyć tę szarpaninę z Frankiem Walickim – to twój zespół czy nasz? – zaproponowałem mu, żeby przy ich pomocy wyłowił młode talenty z coraz większego tłumu domorosłych Presleyów. Pieniądze mamy i na taką akcję chętnie damy”.

Franciszek Walicki, w oficjalnym dokumencie Założenia ogólne: „Uwzględniając duże zainteresowanie młodzieży współczesną muzyką rozrywkową i piosenką, biorąc pod uwagę fakt, że zapotrzebowanie na taką piosenkę jest duże, a dotychczasowe osiągnięcia w zakresie kompozycji i wykonawstwa nadal skromne – redakcja tygodnika «Dookoła Świata» i Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Imprez Artystycznych w Szczecinie, podejmując inicjatywę młodzieżowego zespołu rozrywkowego Czerwono-Czarni, ogłosiły w październiku 1961 ogólnopolski turniej pod nazwą Czerwono-Czarni szukają młodych talentów. Organizatorom turnieju chodziło o wypracowanie stylu polskiej piosenki rozrywkowej i poszukiwanie młodych, utalentowanych odtwórców współczesnej piosenki i muzyki o charakterze młodzieżowym.

Założenia turnieju, jako imprezy masowej o zasięgu ogólnokrajowym, obejmują szeroki wachlarz zagadnień z zakresu poznawania, uprawiania i popularyzowania najlepszych osiągnięć muzyki rozrywkowej i piosenki, wyrabiania smaku muzycznego, kultury muzycznej i zamiłowania do muzyki w jak najszerszym tego słowa rozumieniu.

Kulminacyjnym punktem turnieju – finałem obu podstawowych dyscyplin tej imprezy: Turnieju Młodych Talentów i Konkursu na piosenkę – ma być I Ogólnopolski Festiwal Młodych Talentów”.

Festiwal odbył się 29 czerwca-2 lipca 1962 w Szczecinie (tam wystąpili soliści i duety piosenkarskie) i Międzyzdrojach (zespoły).

Czwarty punkt regulamin Turnieju informował wszystkich jego uczestników, że obowiązuje ich „wykonanie dwu piosenek z dowolnie dobranego repertuaru pod warunkiem, że co najmniej jedna z nich będzie wykonana w języku polskim”.

Karol Wargin: „W Szczecinie spotkaliśmy wielu znanych już i popularnych piosenkarzy: byli Karin Stanek, Helena Majdaniec, Wojciech Gąssowski, Czesław Wydrzycki. Nasz występ był przewidziany pod koniec programu”.

Jerzy Kossela: „Zapamiętałem z tego występu Klenczona, bo znakomicie grał na gitarze rytmicznej. To brzmiało, w przeciwieństwie do innych gitarzystów to było takie… kompletne. I to zapamiętałem ze Szczecina. Ale tylko jego postać i piosenkę, którą tam zaśpiewał, natomiast zapomniałem nazwisko”.

Krzysztof Klenczon: „Ze strachu mało nie zrobiłem wtedy w spodnie! Bo co innego śpiewać dla kolegów, co innego w zaprzyjaźnionym klubie, a zupełnie co innego przed wielką publicznością, w obcym mieście, do tego walcząc nie o pietruszkę, tylko… tak, o honor!”.

Wargin: „Tamtego dnia lało, byliśmy zmoczeni, zżerała nas trema. Konferansjer Jacek Fedorowicz, widząc nasze przestraszone twarze, zajrzał do karteczki z informacjami o uczestnikach konkursu i uspokoił nas:

– Nic się, chłopaki, nie martwcie, ja też jestem z Gdańska.

Zaczęliśmy od Babuszki: przy niej łatwiej było wykrzyczeć swoją radość – że oto jesteśmy wśród najlepszych, że osiągnęliśmy szczyt naszych marzeń, że warto walczyć do końca. Pluszowe niedźwiadki to już była formalność”.

Raz uciekły z pozłacanej klatki

Cztery małe pluszowe niedźwiadki.

Czwarty łkał, wracać chciał,

Do ciemnego lasu wejść się bał.

Mały miś

Do lasu bał się iść,

Ze strachu drżał jak liść

Pluszowy miś:

„Ciemny las -

Tam wilki zjedzą nas,

Wracajmy, bracia, wraz,

Dopóki czas”.

Nie bój się,

Wilki nie zjedzą cię,

Będziemy bronić się,

Nie damy się!

Śmiało, w przód!

Po słodki, wonny miód!

Jagody – istny cud!

Użyjem w bród.

Trzy niedźwiadki marzą o swobodzie,

O jagodach i o słodkim miodzie,

Czwarty łkał, wracać chciał,

Do chatki z piernika wejść się bał.

Mały miś…

Trzy niedźwiadki – rety! co za heca!

Babę Jagę wsadziły do pieca.

Teraz wieść: muszą nieść,

Już nie będzie Baba Jaga dzieci jeść.

Mały miś…

Klenczon: „Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, jak trudno jest śpiewać do mikrofonu, przed tłumem ludzi, do tego we dwójkę. Śpiewając, trzeba słuchać siebie, partnera, swoich instrumentów, wspólnego śpiewania, no i reakcji publiczności. Gdybyśmy wtedy mieli jakikolwiek zespół akompaniujący, to bym chyba umarł ze strachu”.

Wargin: „Na wyniki obrad jury trzeba było czekać do następnego dnia. Burzliwa dyskusja ciągnęła się przez całą noc, bo poziom finalistów był wysoki i wyrównany, więc zdania jurorów podzielone”.

Nikogo nie zdziwiło wysokie zwycięstwo Niebiesko-Czarnych z Gdyni wśród zespołów oraz wyróżnienie wśród duetów (właściwie zespołów) wokalnych Krzysztofa Klenczona i Karola Wargina. Z mieszanymi uczuciami przyjęto za to dużo większy skład piosenkarskiej Złotej Dziesiątki, wyłonionej ze stu dwudziestu finalistów. Znaleźli się w niej, między innymi, Wojciech Gąssowski z Warszawy, Wojciech Kędziora z Poznania, Helena Majdaniec ze Szczecina, Karin Stanek z Bytomia, Marek Szczepkowski z Gdyni i Czesław Wydrzycki z Gdańska.

Fragment finału 1 lipca zarejestrowała na czarno-białej taśmie Polska kronika filmowa. W jej wydaniu 28A/62 można zobaczyć i usłyszeć:

Fedorowicz: – Pierwszy występuje duet Klenczon/Wargin. Krzysztof Klenczon, Karol Wargin z Gdańska. Prosimy.

Wargin: – Do którego tutaj mikrofonu przejść?

Fedorowicz: – Czy może wolicie do tego mikrofonu?

Klenczon: – Do tego.

Fedorowicz: – Duet śpiewa piosenkę pod tytułem Mały miś.

I poznać status laureata: „To jest trzecie miejsce w konkursie zespołów wokalnych”.

Oraz zaobserwować owację publiczności.

Przyjaciele szkolni: „Rozjechaliśmy się po maturze, ale spotykaliśmy się w każde ferie, zawsze w drugi dzień świąt. Najpierw u któregoś z nas, a potem szliśmy do Zacisza. W 1962 na Wielkanoc Krzysiek był już po eliminacjach do szczecińskiego festiwalu, więc dyskutował z nami: skończyć studium nauczycielskie i dopiero później zająć się muzyką, czy pieprznąć to w diabły i startować od razu? Powiedzieliśmy mu: Jak masz okazję – skorzystaj. Ale szkołę skończ”.

Helena Klenczon: „Skończył te swoje studia nauczycielskie, zrobił dyplom i zaraz dostał nakaz pracy w szkole. Niedaleko Szczytna, ale to była przecież wioska, maleńka, nie bardzo było wiadomo, jak tam dojechać. Nazywała się Rumy. Dla Krzyśka to było jak zesłanie. Bo kogo on tam miał uczyć wuefu?

Taki był zahartowany, taki energiczny, a popłakał się, jak się o tym dowiedział:

– Mamo! Za co? Za co Pan Bóg tak mnie pokarał?! Ja tam pracować nie będę.

Miał do Pana Boga żal, ale modlił się do niego. I wymodlił”.

Hanna Klenczon: „Że on bierze udział w jakimś konkursie i że występuje na festiwalu – o tym myśmy nic nie wiedzieli. W domu było wtedy ciężko, bywało bardzo biednie, mama walczyła o chleb, czasami nie miała pracy, więc Krzysztof bał się nam powiedzieć o Szczecinie”.

Klenczon: „Konkurs się skończył, zostałem zauważony między innymi przez Czesława Niemena (wtedy jeszcze Wydrzyckiego) i to dzięki niemu zostałem zaproszony do współpracy z Niebiesko-Czarnymi”.

Wargin: „Przed wyjazdem ze Szczecina Krzysiek nawiązał kontakt z Jerzym Kosselą. Ja musiałem śpieszyć się do Sopotu, gdzie czekała narzeczona, a już wkrótce małżonka Brygida”.

Jerzy Kossela: „Pamiętam, że spotkałem Krzysztofa w którymś z klubów studenckich Trójmiasta jeszcze w 1961. Potem słyszałem go śpiewającego z Warginem podczas eliminacji do szczecińskiego turnieju. Byłem wtedy w Niebiesko-Czarnych, którzy ostro konkurowali z Czerwono-Czarnymi. Zapamiętałem go wtedy dobrze i ucieszyłem się, że znalazł się w gronie zwycięzców”.

Krzysztof: „Jurek okazał się fajnym kumplem. Chyba mnie polubił, bo zwierzył mi się – ale w najgłębszej tajemniczy – że jego dni w Niebiesko-Czarnych są policzone, bo po wakacjach idzie w kamasze. Śmiał się, że chociaż uważał się za faceta inteligentnego, to tym razem mundurowi go przechytrzyli; nie ma odwołania, jak się nie stawi w komisji poborowej, to go zamkną. I w związku z tym chce zaproponować Franciszkowi Walickiemu przyjęcie mnie do zespołu na swoje miejsce. Powiedział:

– Ja cię u redaktora zarekomenduję.

Nie uwierzyłem. Jezus Maria! Ja w Niebiesko-Czarnych?!”.

W niedzielę 9 września 1962 Klenczon otrzymał od Walickiego telegram: Proszę o kontakt. Niebiesko-Czarni.

Hanna: „ Rodziców nie było wtedy w domu. Usłyszałam od brata:

– Ja o tym mamie nie powiem, bo się boję.

– Ja też nie.

– Trudno. Powiesz, co chcesz, ale ja jadę.

– A kiedy wrócisz?

– Nie wiem. Ale zadzwonię.

Gdzie «zadzwonię», skoro nie mieliśmy telefonu?

Spakował się błyskawicznie.

– Powiedz rodzicom, że wstydu nie przyniosę, a nazwisko Klenczon będzie znane w całej Polsce.

Mama jakoś łatwo z tym się pogodziła:

– No, pewnie zostanie tam artystą – i bardzo dzielnie załatwiła, żeby nie miał żadnych przykrości i kłopotów, że nie zgłosił się już do pracy w tej wiejskiej szkole”.

Henryk Zomerski: „Po prostu wsiadł w pierwszy najbliższy pociąg, który jechał do Bydgoszczy – tam wtedy stacjonowaliśmy – i przyjechał na próbę zespołu”.

Przyjaciele szkolni: „Jak stał, tak rzucił dziennik lekcyjny na stół i pojechał. Mama do pana Drozdowicza:

– Ratuj, ratuj, to przecież mój syn!

Drozdowicz był inspektorem oświaty, więc sprawę załatwił – ale pieniądze! Przecież, jako nauczyciel, Krzysiek dostał trzymiesięczne pobory na zagospodarowanie oraz pensję płaconą z góry. Jego mama:

– Wszystkie pieniądze oddam, ale ratuj go!

Teraz na budynku szkoły w Rumach jest wmurowana tablica z informacją o Krzysztofie”.

Nauczycielu, który wolał być gitarzystą w Niebiesko-Czarnych.


NIEBIESKO-CZARNI


Niebiesko-Czarni (1963): Klenczon, Popławski, Bernolak, Nebeski

Legenda mówi, że obecność Klenczona w Niebiesko-Czarnych była skutkiem i następstwem jego festiwalowego sukcesu. Ale Amon Wróblewski, przyjaciel Krzysztofa, pamięta jeszcze jeden jego występ:

„Już od słynnego koncertu Rhythm and Bluesa na kortach tenisowych w Sopocie, w 1959, zajmowałem się tak zwaną techniką imprez, czyli ich nagłośnieniem i oświetleniem. Byłem też tak zwanym porządkowym pierwszego Non-Stopu, na sopockim molo, w 1962. I pamiętam, jak pewnego popołudnia do służbowego stolika Niebiesko-Czarnych podszedł czarnowłosy chłopak z gitarą, postawił chłopakom wino i poprosił o ocenę (powiedział: recenzję) jego występu w piętnastominutowej przerwie koncertu zespołu. Zaśpiewał razem z Karolem Warginem, występ duetu tak się spodobał młodej publiczności, że redaktor Walicki postanowił dokooptować Klenczona do Niebiesko-Czarnych”.

Karol Wargin: „Pewnego dnia, tego samego lata, zjawił się u nas w domu niespodziewanie Krzysiek, który z Niebiesko-Czarnymi koncertował w Sopocie. Zaproponował mi zaśpiewanie kilku piosenek w duecie. Zgodziłem się z wielką ochotą – przecież ciągnie wilka do lasu. W Non-Stopie nasze występy były wkomponowane w popisy solistów; czułem się pewnie, niemal jak członek zespołu. Młodzież bawiła się doskonale, dla nas były to ostatnie wspólne występy na estradzie”.

Jerzy Kossela: „Kiedy w Niebiesko-Czarnych szukaliśmy następcy gitarzysty Andrzeja Jasińskiego, przypomniałem sobie chłopaka, który w Szczecinie tak świetnie grał i śpiewał – tylko jak on się nazywał? Na szczęście pomógł nam Franciszek Walicki – miał spis wszystkich uczestników festiwalu i tam znalazł jego nazwisko i adres.

Krzysztof skontaktował się z zespołem natychmiast. Przyjechał ze wszystkimi rzeczami.

– Już jestem. Rzuciłem szkołę i jestem”.

Spotkali się 10 września w hotelu Pod Orłem w Bydgoszczy.

Franciszek Walicki: „Kiedy Klenczon przyszedł – zobaczyłem jakby zupełnie innego człowieka; był wystraszony, okropnie prowincjonalny, skurczony w sobie. Chcąc go ośmielić, zadyrygowałem:

– Weź gitarę, zagraj i zaśpiewaj, jak w Szczecinie.

Zaczął coś brzdąkać i nagle zagrał melodię, która mi się spodobała.

– Świetnie! Twoja? To zrobimy z niej piosenkę – napiszę do niej tekst.

Chyba się ucieszył, ale cały czas głowę miał spuszczoną, stał zgarbiony, patrzył pod nogi.

– Jak będziesz ją śpiewał z zespołem, to pamiętaj, że śpiewasz do ludzi: znajdź sobie kogoś na widowni, najlepiej ładną dziewczynę, i śpiewaj do niej. Spróbuj.

Zaśpiewał jeszcze raz, teraz już pewniej, śmielej, chyba się nawet uśmiechnął.

To był nasz pierwszy wspólny przebój, oczywiście dużo później: Taka jak ty”.

Henryk Zomerski: „Dopiero kiedy się dobrze poznaliśmy, już w Czerwonych Gitarach, dowiedziałem się o nim więcej, choć wcale nie tak dużo. Bo Krzysio był skryty. Serdeczny, kumpelski, ale prawie się nie zwierzał, nie opowiadał o swoim życiu prywatnym, o rodzinie, o własnych sprawach. W Niebiesko-Czarnych poznałem go już pierwszego dnia, bo go Walicki do mnie skierował na pierwszą próbę”.

Kossela: „Tamtego dnia przyjechał również Jasiński, który powiedział, że załatwił sobie urlop dziekański, więc w dalszym ciągu może grać u nas. Kiedy się dowiedział, że przyjechał Klenczon, to się wycofał”.

Zomerski: „Jasiński się wycofał, wrócił na Wybrzeże, natomiast Krzysiu już został. Najpierw jako gitarzysta akompaniujący, a później przejął funkcję gitarzysty solowego. To ja pierwszy pokazałem mu, jak się gra Red River Rock. Ja go uczyłem repertuaru, ja go naprowadzałem na nasz styl, właściwie to ja go wprowadziłem do zespołu. Czy był mi później wdzięczny? Na pewno pamiętał o tym”.

Bernard Dornowski: „Na próbach był bardzo stremowany, a na pierwszych koncertach wstydliwie uciekał w najciemniejsze miejsca na estradzie albo chował się za kolumny głośnikowe”.

Hanna Klenczon: „Trema go zżerała, bał się, że palce będą się ślizgały na strunach gitary”.

Niebiesko-Czarni w Non-Stopie (Sopot, lipiec 1963): pianista Zbigniew Podgajny, saksofonista Włodzimierz Wander, gitarzysta Krzysztof Klenczon, perkusista Andrzej Nebeski, gitarzysta Janusz Popławski, basista Henryk Zomerski

Janusz Popławski: „Ale później na scenie wnosił do zespołu żywiołowość, dużo radości i humoru, a nawet odrobinę szaleństwa. Podobały nam się jego utwory Bo to był zły dzieńGdy odlatują bociany”.

Włodzimierz Wander: „Ale nie daj Boże podać mu rękę, pomóc mu! Zaperzał się wtedy, wściekał, stawał się agresywny. Zrozumiałem, że on w taki sposób chciał pokonać tremę, wstyd, że jeszcze niewiele potrafi, że inni są od niego lepsi”.

Siostra: „Od wyjazdu Krzysztofa minęło kilka czy kilkanaście dni – i nagle telefon, do sąsiadów:

– Mamo, ja już nie wracam. Zostaję w zespole na stałe.

Mama uznała, że to silniejsze od niego, ojciec też nie miał do syna pretensji. Żadne z nas się nie domyślało, nie wiedziało, ile Krzysztofa kosztowały pierwsze kroki w Niebiesko-Czarnych. On był z natury nieśmiały, a do tego on z malutkiego miasteczka – nowi koledzy z Wybrzeża, on samouk – oni wszyscy mieli przygotowanie muzyczne. Więc rzeczywiście najwygodniej na koncertach było mu stać za kolumną głośnikową. Ale się uczył, przez cały czas.

Oni szli po koncercie «w miasto», on do pokoju w hotelu i ćwiczył. Bardzo mu zależało, żeby zostać w Niebiesko-Czarnych, bardzo przeżywał pobyt tam. Jaki był dumny, kiedy nagrał swój pierwszy utwór, instrumentalny Gdy odlatują bociany! Albo gdy coś zaśpiewał w chórku!

Rodzice nagle zaczęli poważnie traktować to jego muzykowanie. Ojciec był nawet zadowolony:

– No tak, to nie jest jakiś tam muzyk grający do kotleta w jakiejś Sielawie.

Sielawa to była restauracja z dansingiem w Mikołajkach”.

Popławski: „Spotkaliśmy się po raz pierwszy 9 stycznia 1963 w Toruniu. Przyjechałem po południu, natychmiast usiadłem razem z Krzysztofem Klenczonem i z Włodkiem Wanderem, kierownikiem muzycznym, i w ciągu godziny przerobiliśmy cały repertuar, trzygodzinny program, który zespół grał wtedy w Non-Stopie.

To Krzysztof mnie nauczył, jak grać oszczędnie, za to z większą ekspresją. Bywało, że na trasach mieszkaliśmy razem w pokoju, wtedy on chętnie słuchał, co ja gram i nawzajem się uzupełnialiśmy. Ja znałem dobrze harmonię, kontrapunkt, akordy, budowę utworów, zasady kompozycji i tak dalej. Krzysztof z kolei miał bardzo duży talent, entuzjazm do grania i pomysłowość”.

Franciszek Walicki tak po latach scharakteryzował swego muzycznego „chrześniaka”: „Krzysztof Klenczon był niepokornym, zbuntowanym entuzjastą rock and rolla. Postać barwna i niejednoznaczna, ulepiona jakby z różnych gatunków gliny, złożona z różnych klocków. Pod względem fizycznym – atrakcyjny, z wieloma cechami idola. W środku – kłębowisko sprzeczności: nieśmiały i zadziorny zarazem, romantyczny i agresywny, zamknięty w sobie, ale również otwarty na każdy powiew nowatorstwa”.

Popławski: „Walicki i Klenczon od początku się boksowali. Odczułem to prawie natychmiast, kiedy się pojawiłem w Niebiesko-Czarnych. Widzieli to chyba wszyscy członkowie zespołu, ale każdy z nas musiał wiele się uczyć, bo niewiele umiał, każdemu zależało na pracy w Niebiesko-Czarnych, bo to była dobra, znana i ceniona firma. Dość duża, bo przecież byli nie tylko muzycy i wokaliści, ale również techniczni od sprzętu, oświetlenia i nagłośnienia, był kierownik zespołu, był nasz opiekun artystyczny, czyli Franek, no i była jeszcze wielka, rozbudowana, ale potrzebna wtedy biurokracja – agencja estradowa [najpierw w Opolu, potem w Bydgoszczy], która organizowała nasze koncerty, załatwiała transport i hotele, rozprowadzała bilety, załatwiała reklamę, wypłacała nam pieniądze. Każdy taki urzędnik był ważny (nawet jeśli nie był), a Krzysiek w takim świecie nie umiał się poruszać, bo nie lubił słuchać innych.

Kiedy na próbie zagrał coś nie tak, albo kiedy po występie Włodek Wander zwrócił mu uwagę – on się natychmiast zaperzał, buntował, stawał okoniem: «No co ty?! Przecież…» – i zaczynał wykrzykiwać swoje racje. Których zazwyczaj nie miał. Potem się uspokajał i był jak brat-łata, naprawdę serdeczny i przyjacielski”.

Siostra Krzysztofa: „Bardzo się zdenerwował, kiedy dostał powołanie do wojska. Było dla niego jak wyrok, znaczyło jedno: koniec kariery, koniec muzyki. Pierwszy raz widziałam go ze łzami w oczach.

– Nie pójdę! Zdezerteruję!

Wtedy mama do ojca:

– Bierz pół litra i idź.

Jak niedawno ona załatwiła sprawy związane z pracą Krzysztofa, tak teraz tata załatwił sprawy związane z wojskiem. Wyrok odroczono. Na zawsze”.

Mógł więc Klenczon junior we wszystkich dokumentach urzędowych określać się jako „szeregowiec, przeniesiony do rezerwy”, w kwestionariuszu paszportowym informować o sobie: „Zasadniczej służby wojskowej nie odbywałem”.

Swoją karierę studyjną Krzysztof datował dopiero od lutego 1964, kiedy Niebiesko-Czarni nagrali na instrumentalnej czwórce jego melodię Gdy odlatują bociany (a także, innych kompozytorów, Pejzaż z wiatrakami, Poganiaczy bydłaDominikę); również wtedy na kolejną czwórkę nagrano piosenki The Locomotion, Czy mnie jeszcze pamiętasz?, Wiem, że nie wróciszTylko nie mów mi o tym. Więcej Klenczona w nagraniach Niebiesko-Czarnych nie było. W programie estradowym – owszem, bowiem latem 1963 zespół wykonywał jego piosenkę Bo to był zły dzień.

Klenczon, Wander, Nebeski, Bernolak, Popławski

Popławski: „Krzysztof wtedy? Nie był już amatorem, ale do zawodowstwa było mu jeszcze daleko. On po prostu był zastrachany, bo przyszedł do zespołu, który miał nazwę, popularność, repertuar, styl, brzmienie, wielu solistów – w takim tłumie on się czuł zagubiony. Jeszcze nie pokrywał tego zastrachania tupetem, bezczelnością, niegrzecznością, co charakteryzowało późniejszego Klenczona, frontmana Czerwonych Gitar.

Czy dobrze grał na gitarze? Co się będziemy oszukiwać: «rytmiczny» ma za zadanie utrzymywać równy rytm, trzymać tempo, być kołem zamachowym maszyny, jaką jest zespół muzyczny. I on to robił dobrze. Że potrafi nieźle komponować, czyli czuje melodię, przekonałem się na jednej z prób, kiedy mi zagrał swoje Bociany. Nie miałem wątpliwości, że to jego dawna kompozycja, bardzo staranna, wypieszczona w każdej nutce, więcej niż poprawna, bo chwytliwa, choć jeszcze nie przebojowa. No, ale kto wtedy u nas komponował przeboje? Tylko Czesiek Niemen. I do Cześka wszystkim nam było bardzo, bardzo daleko”.

Kiedy 3 lipca 1978 nagrywałem z Krzysztofem rozmowę, już po zastopowaniu magnetofonu i wyłączeniu mikrofonu, a więc off record, eksplodował żalem, który nosił w sobie od dawna:

„Pytałeś o Niebiesko-Czarnych? Przecież ja tam byłem zapchajdziurą! Na próbach «trzymałem rytm», na koncertach «nadawałem tempo», ważni byli soliści, a partie instrumentalne przysługiwały nielicznym: Wanderowi, Popławskiemu i Podgajnemu. Nawet Nebek, bardzo dobry muzyk, musiał się powstrzymywać od nadmiaru energii, a przecież czasami aż się prosiło, żeby zagrał dłużej, dynamicznie, «na pokaz» – dobry perkusista to skarb dla każdej orkiestry, a on był znakomity. Czasami udawało mi się przemycić jakiś motyw solowy, jakiś fragmencik partii gitarowej, ale tylko czasami.

Oczywiście nigdzie nie zamierzałem odejść, bo nie miałem dokąd, ale w Niebiesko-Czarnych nie czułem się dobrze. Chociaż to z nimi pojechałem do Paryża”.

Niebiesko-Czarni na próbie w podparyskim kinie Cyrano (12 grudnia 1963):
Wander, Popławski, Burano, Klenczon

Niebiesko-Czarni w Paryżu przed Łukiem Triumfalnym:
Dornowski, Wander, Klenczon, Majdaniec, Nebeski, Walicki, Szczepkowski, Popławski, Burano, Niemen, Bernolak, Podgajny

Popławski: „Krzysiek nie znał żadnego obcego języka. Paryż go sparaliżował, na próbach i za kulisami Olympii, gdzie występowaliśmy przed Gwiazdką 1963, musiałem mu we wszystkim pomagać, byłem jego tłumaczem. A to przecież on był najbardziej otwarty na to, co tam się działo, co widzieliśmy i słyszeliśmy: na niełatwy rytm surfa, na który musieliśmy natychmiast przerobić cały przywieziony z Warszawy repertuar, na inne brzmienie gitar, nawet na odmienny sposób ich trzymania – nie poziomo, «na brzuchu», ale pionowo, z gryfem pod brodą, tak jak wtedy grali Latynosi”.

Klenczon: „Ciężko tam było. Naprawdę ciężko”.

Dla siostry Krzysztofa Paryż znaczył zupełnie co innego – sukces: „To było zaraz po świętach Bożego Narodzenia, przyjechał rano, mama i ja na baczność, a on zaczął opowiadać o naprawdę wielkim, innym świecie… Po raz pierwszy usłyszałam, że jest w Europie super zespół i jemu ten zespół się podoba.

– Nikt w Polsce nie ma jego nagrań, a ja ci je, siostra, przywiozłem.

I wyjął mały magnetofon Telefunken i taśmę z przegranymi chyba wszystkimi, jakie wtedy były, nagraniami Beatlesów”.

19, 20 i 21 stycznia 1964 w warszawskiej Sali Kongresowej sześciokrotnie wystąpiła Marlena Dietrich ze, złożoną z muzyków radiowych, polską orkiestrą pod dyrekcją jeszcze mało komu znanego amerykańskiego pianisty i dyrygenta Burta Bacharacha. W pierwszej części obu recitali Boskiej Marleny zagrali i zaśpiewali – wyraźnie na jej życzenie – Niebiesko-Czarni w tak zwanym doborowym składzie, czyli z trójką swoich najlepszych solistów, Buranem, Majdaniec i Niemenem oraz z Błękitnymi Pończochami.

Włodzimierz Wander: „Kupiła piosenkę Cześka [Czy mnie jeszcze pamiętasz? – przyp. D.M.], była pod wrażeniem jego muzyki, ale słowa z nim nie zamieniła. On i ja, wszyscy zresztą, myśleliśmy, że w finale koncertu, dziękując orkiestrze, dyrygentowi, może i nam, zwróci się do Cześka – a skąd! Ona była wpatrzona w Krzyśka!”.

Nie taka znowu skromna dokumentacja fotograficzna tamtego koncertu, a zwłaszcza jego kulis, owej sensacji nie potwierdza. Ale tamto grupowe zdjęcie wciąż zdobi przynajmniej trzy albumy: żony i teścia Krzysztofa oraz jego amerykańskiego partnera.

Alicja Klenczon: „Ojciec miał zdjęcie, z autografem – na tym zdjęciu Krzysztof stoi obok Marleny…”.

Vyto Beleska: „…to znaczy Marlena Dietrich obok Krzysztofa”.

Alicja: „Ojciec je wszystkim pokazywał, bardzo dumny.

– Marlena Dietrich z byle kim się nie zadaje”.

Przyszły przyjaciel Klenczona, profesor ekonomii Zbigniew Malara (rocznik 1951) tak zapamiętał tamtego Krzysztofa:

„Najpierw w Łodzi poznałem Włodka Wandera, potem (w kwietniu, może w maju 1964) cały zespół, kiedy wystąpił w Cieplicach Zdroju w klubie Gencjana. Już wtedy Krzysztof skupił moją uwagę. Wcale nie chował się w kulisie, tylko stał pośrodku sceny, nieco bokiem do publiczności. I choć nie wyglądał na przyszłego frontmana, to gitara pasowała do niego jak ulał. Zbyt wielu okazji na indywidualne popisy nie miał, albowiem instrumentaliści w Niebiesko-Czarnych stanowili ledwie tło dla licznych wokalistów, przecież jednak dał się zauważyć – i grając swoje Bociany, i śpiewając piosenki Taka jak tyWspomnienia szkolne.

„Błękitny Anioł” i jej ulubiony polski zespół mocnego uderzenia (Warszawa, styczeń 1964): Zbigniew Podgajny, Czesław Gryczyński (pracownik techniczny Niebiesko-Czarnych), Krzysztof Klenczon, Zbigniew Bernolak, Włodzimierz Wander, Michaj Burano, Andrzej Nebeski, NN, Marlena Dietrich, Janusz Popławski, Adriana Rusowicz, Maria Dziecielska, Helena Majdaniec, Czesław Niemen

Oczywiście po koncercie pobiegłem za kulisy, po autografy, no i żeby przypomnieć się Wanderowi, który mnie poznał z Klenczonem. Pamiętam, że podając mi rękę, Krzysztof przedstawił się imieniem i nazwiskiem, co odebrałem jako wyraźne wskazanie mi mojego miejsca i określenie ram znajomości. I chyba coś jeszcze, o czym mogłem przekonać się dużo później: atrybut skromności i dużej kultury osobistej.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com