Kryptonim Garbo. Najskuteczniejszy podwójny agent drugiej wojny światowej - Juan Pujol Garcia, Nigel West - ebook
Wydawca: Wydawnictwo RM Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Kryptonim Garbo. Najskuteczniejszy podwójny agent drugiej wojny światowej ebook

Juan Pujol Garcia, Nigel West

3.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 342 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kryptonim Garbo. Najskuteczniejszy podwójny agent drugiej wojny światowej - Juan Pujol Garcia, Nigel West

Najskuteczniejszy podwójny agent drugiej wojny światowej, znany aliantom jako Garbo, Niemcom zaś jako Arabel. Jego „siatkę szpiegowską” w Wielkiej Brytanii doceniono tak bardzo, że został odznaczony… przez obie strony.

W trakcie wojny Garbo przekazywał Niemcom informacje zebrane przez dwudziestu czterech agentów. Wszyscy byli wytworem jego wyobraźni, czego nigdy nie odkryli najlepsi szpiedzy Hitlera. Nawet nie podejrzewali podwójnej gry.

W jednej z najśmielszych operacji szpiegowskich wszech czasów Garbo przekonał Niemców do wydania rozkazu powstrzymującego oddziały, które mogły udaremnić lądowanie aliantów w Normandii 6 czerwca 1944 roku (Dzień D). Bez niego druga wojna światowa mogła się potoczyć zupełnie inaczej.

Przez dziesięciolecia prawdziwa tożsamość Garbo trzymana była w ścisłej tajemnicy. Po wojnie zniknął. Wiele lat później, po upozorowaniu własnej śmierci Juan Pujol García wyłonił się z owianego mgłą tajemnicy świata wywiadu. W nowej, uaktualnionej o oryginalne dokumenty MI5 wersji swojej relacji ujawnia kulisy tych niezwykłych wydarzeń.

Opinie o ebooku Kryptonim Garbo. Najskuteczniejszy podwójny agent drugiej wojny światowej - Juan Pujol Garcia, Nigel West

Cytaty z ebooka Kryptonim Garbo. Najskuteczniejszy podwójny agent drugiej wojny światowej - Juan Pujol Garcia, Nigel West

Stopniowo ponura rutyna i ciężka praca, w tym codzienne zamiatanie ogromnych przestrzeni, podważyły sens mojego popisu brawury. Zrezygnowałem z pracy. Postanowiłem, że uzyskam stopień naukowy w humanistyce i zacząłem spędzać dużo czasu w bibliotece taty. Szczególnie fascynowało mnie pochodzenie słów i całe dnie studiowałem książkę za książką. Wtedy przydarzył mi się atak wyrostka robaczkowego, po którym trafiłem do szpitala, co już wcześniej opisałem. Kiedy doszedłem do siebie po operacji, zdecydowałem mimo wszystko nie robić kariery naukowej, lecz zostać hodowcą kurczaków.
Zręczne sztuczki, do których uciekali się przywódcy Niemiec, aby okpić swój naród, nigdy nie przestały mnie zadziwiać swoim brakiem jakiegokolwiek sensownego, moralnego, etycznego czy choćby logicznego uzasadnienia. Ludzi poddanych takiej indoktrynacji i propagandzie nie sposób winić w takiej samej mierze za to, co się wydarzyło, jak głoszących ideologię narodowosocjalistyczną. Była to odmiana socjalizmu, w której właścicielowi nie odbierano jego krowy, lecz dojono ją do cna.
Z czterech najskuteczniejszych i najistotniejszych podwójnych agentów MI5 – B rutusa , M utta , T ate’a i Garbo , tylko T ate wyrażał sprzeciw. Reszta była ideologicznie gotowa do „odwrócenia” i nigdy nie miała zamiaru wykonać swojej misji dla Abwehry. Sprawa Garbo była wyjątkowa, ponieważ on sam chciał zostać podwójnym agentem. Pozostali nie mieli tak niebezpiecznych ambicji i pojawili się na scenie szpiegowskiej mimowolnie.
Harris był obdarzony wielką wyobraźnią połączoną z talentami praktycznymi. Uzyskał stypendium Trevelyana Goodalla do Szkoły Sztuk Pięknych Slade na Uniwersytecie w Londynie. Było to niezwykłe osiągnięcie, jako że zdobył to wyróżnienie, mając zaledwie piętnaście lat, więc teoretycznie nie powinien być brany pod uwagę. Wykształcony w Hiszpanii, gdzie urodziła się jego matka, znał bardzo dobrze ten kraj, a hiszpański był właściwie jego pierwszym językiem. Po ukończeniu Slade spędził rok w Akademii Brytyjskiej w Rzymie, studiując tam malarstwo i rzeźbę. Jego ojciec Lionel, angielski Żyd, był renomowanym handlarzem dzieł sztuki w Mayfair. Jego galeria sprzedawała głównie dzieła Velázqueza, Goi i El Greca. W 1930 roku Tomás zaczął pracować z ojcem i osiągnął kilka sukcesów handlowych. Był bardzo szanowany przez krytyków, a jego specjalistyczna wiedza znacznie wykraczała poza malarstwo i rytownictwo. Do tego nieźle rzeźbił, okazjonalnie zajmował się również ceramiką, witrażami, arrasami oraz grawerowaniem.

Fragment ebooka Kryptonim Garbo. Najskuteczniejszy podwójny agent drugiej wojny światowej - Juan Pujol Garcia, Nigel West








Siatka subagentów współpracujących z agentem Garbo

(Szczegółowe informacje zawiera dodatek II)

Garbo / Arabel – Juan Pujol García

Agent 1

steward KLM*
zrezygnował w 1943 r.

J(2) pilot i kurier KLM

J(3) szef oddziału hiszpańskiego Ministerstwa Informacji

J(4) cenzor Ministerstwa Informacji

J(5) sekretarka w urzędzie rady ministrów

Agent 2

William Gerbers
zmarły w Bootle w 1942 r.

2(1) Wdowa, pani Gerbers

Agent 3

Benedict
wenezuelski student „Carlos” w Glasgow

3(1) oficer lotnictwa

3(2) oficer brytyjskiej 49. Dywizji Piechoty

3(3) żeglarz i dezerter z Grecji

Agent 4

Chamillus
kelner gibraltarskiego NAAFI* stacjonujący w Chislehurst

4(1) Almura, radiooperator

4(2) strażnik stacjonujący w Chislehurst

4(3) amerykański podoficer rezerwy stacjonujący w Londynie

Agent 5

Moonbeam
Wenezuelczyk mieszkający w Ottawie (brat Agenta 3)

5(1) kuzyn Agenta 5 w Buffalo

Agent 6

podoficer bezpieczeństwa polowego zabity w 1943 r.

Agent 7

Dagobert
były żeglarz w Swansea

7(1) żołnierz brytyjskiej 9. Dywizji Pancernej

7(2) Donny, przywódca Aryjskiego Porządku Świata

7(3) wrenka (Żeńska Śłużba Marynarki Wojennej) na Cejlonie

7(4) Dick, fanatyk hinduski

7(5) Drake w Exeter

7(6) faszysta z południowej Walii

7(7) Dorick w Harwich

* Rozwinięcie oraz wyjaśnienie skrótów zawiera słowniczek na końcu książki


O Autorach

Nigel West jest historykiem wojskowym i dziennikarzem specjalizującym się w kwestiach dotyczących wywiadu. Współpracował jako badacz z wieloma autorami i jest uznawany za eksperta w tej dziedzinie. Współtworzył kilka programów telewizyjnych, między innymi serie BBC Spy!Escape!. Opublikował następujące książki: MI5: 1909-1945, która wprowadziła na karty historii dwóch nieznanych wcześniej szpiegów; The Circus: MI5 Operations 1945-1972 oraz MI6: British Secret Service Operations 1909-1945. Jest również współautorem książki Snow: The Double Life of a World War II Spy.

Juan Pujol García urodził się w 1912 roku w Barcelonie. Po wojnie upozorował własną śmierć i wyjechał do Wenezueli, gdzie otworzył księgarnię. Umarł w 1988 roku w Caracas.


Podziękowania

Książka ta nie zostałaby ukończona bez uprzejmej pomocy wymienionych poniżej osób, wobec których mamy ogromny dług wdzięczności.

Pułkownik Roger Hesketh umożliwił wgląd w swoje fundamentalne dzieło FORTITUDE, A History of Strategic Deception In North-Western Europe, April 1943 to May 1945. Ta ważna książka, opublikowana w 1999 roku jako FORTITUDE: The D-Day Deception Campaign, stanowi istotny punkt odniesienia dla każdego, kto interesuje się wojennymi operacjami wywiadowczymi.

Tony Tobella spędził mnóstwo czasu z Garbo, tłumacząc jego wspomnienia z katalońskiego i hiszpańskiego na angielski.

Bill Risso-Gill pozwolił nam obejrzeć zdjęcia ze zbiorów swojego ojca i służył nieocenionymi informacjami na temat jego działalności jako pierwszego oficera prowadzącego Garbo podczas wojny.

Major generał P. R. Kay z komisji ds. informacji wrażliwych Ministerstwa Obrony ukierunkował nas i udzielał cennych porad.

Wielu byłych pracowników brytyjskiej służby bezpieczeństwa Security Ser­vice (MI5) i tajnej służby wywiadowczej Secret Intelligence Service (MI6) było zaangażowanych w sprawę Garbo. Z oczywistych względów nie możemy im publicznie podziękować za udział w powstaniu niniejszej książki.


Wstęp

Pod koniec maja 1984 roku grupa emerytowanych oficerów wywiadu zgromadziła się w salonie Klubu Sił Specjalnych w Londynie, aby ponownie spotkać szpiega, który według pewnych źródeł miał zginąć w 1959 roku. Nikt z nich nie był pewny, czy człowiek, którego mieli nadzieję ujrzeć, to naprawdę podwójny agent, znany im pod wojennym pseudonimem Garbo.

Nadzwyczajny udział Garbo w zwycięstwie aliantów jest dobrze udokumentowany. Trudno znaleźć podręcznik na temat dezinformacji strategicznej, który go nie wspomina. Jednak żadnemu autorowi nie udało się sforsować muru tajemnicy, który brytyjska służba bezpieczeństwa MI5* wzniosła wokół swojego najbardziej znanego szpiega. Jego prawdziwa tożsamość była równie ściśle strzeżona w roku 1984, jak pod koniec wojny, kiedy podjęto skomplikowane działania mające chronić go przez resztę życia.

Moje własne badania na temat Garbo rozpoczęły się w 1972 roku, kiedy czytałem The double Cross System in the War of 1939-1945 (Yale University Press, 1972), relację dotyczącą podwójnych agentów MI5 autorstwa Johna Mastermana, i byłem pod wrażeniem jego obserwacji, że Garbo miał w sobie „coś z geniusza” i wykazał „mistrzowskie zdolności”. Istotnie, został wyróżniony następującym stwierdzeniem: „Znawcy operacji systemu XX System* zawsze uważali sprawę Garbo za najokazalszy przykład kunsztu”. Niestety, Masterman udzielił nielicznych wskazówek co do prawdziwej tożsamości Garbo, więc możliwości dalszego badania sprawy były mocno ograniczone.

Jednak wciąż intrygował mnie Hiszpan znany mi tylko jako Garbo. Dlaczego otrzymał właśnie taki pseudonim? Co stało się z nim po wojnie?

Według Seftona Delmera, dziennikarza weterana, który opisał przygody Garbo w książce The Counterfeit Spy (Hutchinson, 1973), „założył on dobrze prosperującą agencję public relations, a także firmę zajmującą się eksportem i importem” w Angoli. Jednak „nagle w 1959 roku” Garbo „dotknął kolejny atak malarii. Tym razem ze skutkiem śmiertelnym”. Czy rzeczywiście? Czy to prawdopodobne, że ekspert w dziedzinie przetrwania umarł tak pospolitą śmiercią, prowadząc małą firmę gdzieś w portugalskojęzycznej części Afryki? Szczerze w to wątpiłem i ilekroć udało mi się wytropić byłego oficera MI5 aktywnego podczas wojny, zawsze wypytywałem go o miejsce pobytu Garbo. Niestety Tomás Harris, główny oficer prowadzący agenta z ramienia MI5, zginął w wypadku samochodowym na Majorce w styczniu 1964 roku. Jego żona Hilda, która również dobrze znała Garbo, zmarła niedługo po nim. Sefton Delmer także nie żył i chociaż jego syn uważał, że ojciec odkrył prawdziwe dane Garbo, najwyraźniej nikomu się nie zwierzał. Nie przelał też swojej wiedzy na papier. Nawet oficerowie, którzy spędzili większość wojny, nadzorując operacje podwójnych agentów, znali tylko pseudonim. Zasada „Wiesz tyle, ile potrzebujesz” działała doskonale. Oni wszyscy zdawali sobie sprawę z nadzwyczajnych osiągnięć Garbo, ale wydawało się, że nikt nie znał jego prawdziwej tożsamości i dalszych losów. Przełom w moich poszukiwaniach nastąpił w maju 1985 roku, kiedy przeprowadzałem wywiad z Anthonym Bluntem.

Osiemnaście miesięcy wcześniej ten zasłużony historyk sztuki został zdemaskowany jako były szpieg sowiecki i pozbawiony szlachectwa. Nie licząc krótkiej konferencji prasowej, unikał rozmów na temat swojej zdrady. W kwietniu 1981 roku, kiedy kończyłem pracę nad książką o historii MI5, poprosiłem go o udzielenie wywiadu. Blunt służył w MI5 przez pięć lat w czasie wojny i nie mogłem się doczekać, aż usłyszę jego wersję wydarzeń. Wiedziałem, że nawet przed ujawnieniem przeszłości zawsze odmawiał rozmów o swojej pracy dla służby bezpieczeństwa. Zwykle zasłaniał się tajemnicą państwową. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, zgodził się na spotkanie i zaprosił mnie do swojego mieszkania w Londynie. Widocznie zachęcili go do tego dawni koledzy z MI5. Postawił tylko jeden warunek: nasze spotkanie miało pozostać w tajemnicy do jego śmierci, podobnie jak część informacji, które zdecydował się powierzyć mi w zaufaniu.

Blunt był bliskim przyjacielem Tommy’ego Harrisa i wiedział coś o jego współpracy z Garbo. Można to było wywnioskować ze wstępu, który napisał do wystawy dzieł Harrisa w Galerii Instytutu Courtlanda w 1975 roku (nieco wcześniej przestał pełnić funkcję jego dyrektora). Przedstawił krótko biografię Harrisa i wspomniał jego zaangażowanie w sprawę Garbo:

Gdy wybuchła wojna, Tomás zaczął pracować dla Ministerstwa Wojny, gdzie nieoceniona okazała się jego dogłębna znajomość Hiszpanii. Wszakże jego największym osiągnięciem było to, że odegrał ważną rolę w przeprowadzeniu największej operacji systemu XX – operacji Garbo, która w znacznym stopniu zmyliła Niemców co do planu inwazji na Francję. […] Po dokonaniu inwazji, jeden z jej najważniejszych dowódców stwierdził, że operacja Garbo warta była dywizji pancernej.

Odbyłem z Bluntem całą serię długich rozmów, w których przypomniał swoje wojenne dokonania i bez nalegania z mojej strony opowiedział, że miał okazję jeść obiad z Garbo. Panowie zostali sobie przedstawieni przez Tommy’ego Harrisa w 1944 roku w restauracji Garibaldi na Jermyn Street. Blunt wciąż wykazywał niesamowitą pamięć do szczegółów. Pamiętał nawet, że Garbo używał imienia Juan lub Juan García. Nie bardzo mi to pomogło, gdyż García jest bardzo popularnym nazwiskiem w Hiszpanii, ale stanowiło pewien postęp.

Moje poszukiwania na pewien czas znowu utknęły w martwym punkcie aż do marca 1984 roku, gdy otrzymałem fascynującą notatkę od emerytowanego oficera Tajnej Służby Wywiadowczej – SIS (MI6)* mieszkającego za granicą. Uzupełniała ona opis zdarzenia, o którym wspomniałem w mojej historii MI5. Podziękowałem za list i wiedząc, że podczas wojny służył w sekcji kontrwywiadu zajmującej się Hiszpanią, zadałem zwyczajowe już pytanie o Garbo.

Ku mojej radości odpowiedział, że spotkał agenta i zna jego prawdziwe nazwisko. Dodał, że nie ma pojęcia, czy żyje oraz gdzie mógłby teraz przebywać. Rzucając wszystkie inne zajęcia, pośpieszyłem na spotkanie nowego kontaktu i zrelacjonowałem informacje otrzymane od Anthony’ego Blunta. Mój informator powiedział, że Garbo nazywa się Juan Pujol García i potwierdził, że w Anglii podczas wojny używał tylko panieńskiego nazwiska matki, García. Niestety, niewiele wiedział o miejscu jego pobytu, ale zasugerował, że warto rozpocząć poszukiwania od stolicy Katalonii Barcelony, skąd pochodziła rodzina Pujol García.

Książka telefoniczna Barcelony wymienia dosłownie setki osób nazywających się Pujol García, lecz niezrażony zatrudniłem miejscowego badacza Jose Escorizę, aby wykonał pracę detektywa. On i jego rodzina już wcześniej bardzo mi pomogli w poszukiwaniu informacji, a teraz Jose obiecał, że zadzwoni do każdego Juana Pujola Garcíi figurującego w książce telefonicznej i zada mu dwa krótkie pytania „eliminacyjne”: czy ma około 60–70 lat i czy spędził podczas wojny pewien czas w Londynie. Przecząca odpowiedź na jedno z tych pytań wykluczała „kandydata”. Oczywiście przygotowałem dłuższą listę dodatkowych pytań na wypadek odpowiedzi twierdzącej. Czy znał Tommy’ego Harrisa? Czy otrzymał odznaczenie od rządu brytyjskiego? Czy zna pseudonim Garbo? Odpowiedzi na te pytania z pewnością pozwoliłyby zidentyfikować właściwego Juana Pujola Garcíę. Tydzień nieustannego telefonowania nie dał pozytywnych rezultatów, a lista osób nazywających się J. Pujol García została wyczerpana. Jednak przed rozpoczęciem kolejnego etapu poszukiwań mój pomocnik zauważył coś istotnego.

– Za każdym razem zadaję to samo pytanie i zwykle dostaję tę samą odpowiedź – stwierdził. – Ale był jeden wyjątek. Rozmawiałem z pewnym człowiekiem, zbyt młodym, aby mógł być tym, kogo szukamy, ale który nie przestawał zadawać pytań. Po tylu bezowocnych rozmowach ta jedna utkwiła mi w pamięci. Było w niej coś szczególnego, choć nie jestem pewien co.

Poprosiłem Jose, aby przeszukał swoje notatki, odnalazł tego właśnie Pujola Garcíę i ponownie do niego zadzwonił. Tym razem rozmówca zachowywał się nader podejrzanie. Chciał wiedzieć, kto grzebie w przeszłości i dlaczego. Escoriza wytłumaczył, że próbuje odnaleźć bohatera wojennego dla przyjaciela z Anglii. Odpowiedź została dobrze przyjęta i za trzecim podejściem młody Katalończyk potwierdził, że jego wuj Juan Pujol García, obecnie tuż po siedemdziesiątce, rzeczywiście spędził większość wojny w Londynie. Niestety, od dwudziestu lat nie widział wujka, który mieszkał gdzieś w Ameryce Południowej.

Były to dla mnie wspaniałe wieści: Garbo, jeśli wuj tego człowieka to rzeczywiście on, był widziany cały i zdrowy kilka lat po oficjalnie ogłoszonym zgonie. Bratanek poinformował nas jeszcze, że ostatni ślad Juana Pujola Garcíi pochodził z Wenezueli, lecz nie znał adresu ani numeru telefonu. Natychmiast poprosiłem o pomoc badacza telewizyjnego z Caracas, który po dziesięciu dniach pracowitych poszukiwań dostarczył mi numer telefonu syna Pujola i podał, o jakiej porze mam szansę porozmawiać z nieuchwytnym do tej pory Juanem. Zadzwoniłem i zadałem rozmówcy pytania, na które odpowiedzi znał według mnie jedynie Garbo. Juan Pujol García nie tylko na wszystkie poprawnie odpowiedział, ale też z własnej inicjatywy podał dodatkowe informacje. Oczywiście, spędził większą część wojny w Londynie, w… Hendon. Tak, był dobrym przyjacielem Tommy’ego Harrisa i znał jego trzy siostry – Violettę, Conchitę i Enriquettę. Otrzymał również medal nadany przez rząd brytyjski w 1944 roku. To faktycznie był Garbo, choć oddalony o tysiące mil. Z pewnym wahaniem zgodził się spotkać ze mną w kolejnym tygodniu w Nowym Orleanie. Właśnie tam 20 maja 1984 roku po raz pierwszy spotkałem szpiega, którego tropiłem ponad dekadę. Brakowało tylko kilku dni do czterdziestej rocznicy lądowania aliantów w Normandii sławnego Dnia D – inwazji, dla której powodzenia Garbo uczynił tak wiele.

To, co nastąpiło później, jest dobrze znane i było relacjonowane w gazetach na całym świecie. Tego samego miesiąca poleciał do Londynu na prywatną audiencję u Jego Królewskiej Wysokości Księcia Edynburga w Pałacu Bu­ckingham, a później udał się na spotkanie z dawnymi towarzyszami w Klubie Sił Specjalnych. Wśród zgromadzonych byli: pułkownik T. A. Robertson – oficer MI5 odpowiedzialny w czasie wojny za operacje podwójnych agentów, pułkownik Roger Hesketh – mózg operacji strategicznej dezinformacji Garbo, Ciril Mills – pierwszy oficer prowadzący Garbo (znany mu jako pan Grey) oraz Desmond Gristow – emerytowany pracownik MI6, który brał udział w pierwszym przesłuchaniu Garbo po jego przybyciu do Anglii. Szóstego czerwca 1984 roku Garbo odwiedził plaże Normandii, gdzie wylądowali alianci, i złożył hołd żołnierzom, którzy oddali życie, aby uwolnić Europę od nazizmu. Zarówno ponowne spotkanie w Londynie, jak i wizyta we Francji stanowiły niezwykłe przeżycie. Dokądkolwiek się udał, dziękowano mu za szczególny udział w zwycięstwie i zadawano podobne pytania: Dlaczego to zrobiłeś? Jak ci się udało? Pozostała część książki stanowi odpowiedź na te pytania.

Garbo napisał rozdziały od pierwszego do czwartego, następnie ja zrelacjonowałem wydarzenia londyńskie w rozdziale piątym. Garbo kontynuował w rozdziałach szóstym i jedenastym, podczas gdy ja uzupełniłem szczegóły w rozdziałach siódmym, ósmym, dziewiątym, dziesiątym i epilogu. Wreszcie Roger Hesketh w dodatku I udokumentował pełne znaczenie znakomitych osiągnięć Garbo.

Nigel West


ROZDZIAŁ 1

Dzieciństwo

Historia świata jest naszym wyobrażeniem świata, a nie obrazem ludzkości.

Oswald Spengler


Czterdzieści lat otwierających moje życie było pełne przygód i przelanie ich na papier okazało się bardzo ciekawym doświadczeniem. Jednak na wstępie chciałbym prosić czytelnika o wyrozumiałość, gdyż nie jestem ani wyrafinowany, ani biegły w sztuce pisarskiej. Zgadzam się ze starożytnym filozofem, który stwierdził: „Wiem, że nic nie wiem”. Mam zamiar po prostu opowiedzieć historię mojego życia.

Urodziłem się 14 lutego 1912 roku w Barcelonie, mieście, które nazywano niezrównanym. W tamtych czasach próbowało się ono pozbyć gorzkich skutków Setmana Tragica – tragicznego tygodnia 1909 roku. Radykałowie, socjaliści i anarchiści wspólnie zorganizowali wówczas strajk, podczas którego płonęły kościoły, domy i klasztory, a polityczni agitatorzy i demagodzy podburzali ludzi, aby wyszli na ulice i w ten sposób rozpętali tygodniowe rozruchy. Chociaż władze szybko je stłumiły, nadal panował niepokój i w latach mojego dzieciństwa Barcelona była sceną walk ulicznych, strajków, zamachów na życie ludzi i przewrotów. Każdego poranka, gdy mój ojciec wychodził do pracy, żegnał się z nami, jakby wychodził po raz ostatni. Każde rozstanie rozdzierało nam serce.

Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze przy Carrer Muntaner 70, nieopodal skrzyżowania z ulicą Arago. W tamtym czasie przebiegała wzdłuż niej linia kolejowa Madryt–Saragossa–Alicante, prowadząca do barcelońskiego dworca. Nigdy nie nudziło mnie przyglądanie się przez płot potężnym silnikom parowym, z sykiem ciągnącym niezliczone wagony. W wyobraźni mknąłem wraz z nimi w odległe miejsca przy akompaniamencie gwizdu pociągu. Marzyłem o poznawaniu świata i jestem przekonany, że mój gorący entuzjazm dla podróży był skutkiem lat spędzonych w bezpośrednim sąsiedztwie linii kolejowej. Później, kiedy nasza pozycja społeczna wzrosła i przeprowadziliśmy się do większego domu, tęskniłem za pociągami, które tak pobudzały moją fantazję, wypełniając ją obrazami odległych krajów i nieznanych lądów.

Moja matka nazywała się Mercedes Garciá. Na jej zdjęciach z młodości, które wciąż mam, bezsprzecznie widać, że była bardzo ładna. Pochodziła z Motril, miasta położonego w prowincji Grenada na południu Hiszpanii, i przez całe życie zachowała taneczny, choć elegancki krok Andaluzyjki. Do późnego wieku cieszyła się dobrą figurą. Kiedy ludzie patrzyli na nią, gdy jako niemal siedemdziesięcioletnia kobieta ze śnieżnobiałymi włosami szła ulicą, odnosili wrażenie, że ma około czterdziestu lat.

Ponieważ rodzice przeprowadzili się do Barcelony, kiedy miała zaledwie osiem lat, mówiła po katalońsku bez śladu obcego akcentu. Używała go bez przerwy w domu, uciekając się do kastylijskiego tylko wtedy, gdy miała gości. Uwielbiała wszystko, co katalońskie – piosenki, muzykę, tańce i zwyczaje. Mimo że atmosfera domu była tak mocno katalońska, nikt z mojej rodziny nie przejawiał tendencji separatystycznych, gdyż byliśmy przede wszystkim Hiszpanami.

Czasami mama opowiadała nam o swoim dzieciństwie w Motril, mieście z siedmioma młynami mielącymi cukier, leżącym w pięknej, żyznej dolinie, pokrytej ogromnymi plantacjami falującej trzciny cukrowej. Mówiła o festiwalach organizowanych w mieście, wypiekanych w domu słodyczach, sławnym torta real[1] czy cieście królewskim, pysznym chlebie pan de aceite, w którym olej zastąpiono smalcem, okrągłych bułeczkach i tropikalnych owocach. Jej rodzice byli gorliwymi, codziennie przystępującymi do komunii katolikami, co sąsiedzi uważali za dewocję. Toteż moja mama została wychowana w surowej atmosferze, przesyconej dyscypliną. Rygorystyczna postawa towarzyszyła jej również w małżeństwie, pozostała nieugiętą zwolenniczką dyscypliny z bezwzględnie chrześcijańskim światopoglądem do końca życia.

Mój tato Juan Pujol był na wskroś Katalończykiem. Jego rodzina pochodziła z Olot, miasteczka nieopodal La Garrotxa w prowincji Girona, lecz później przeprowadziła się do Barcelony, gdzie tato się urodził i poszedł do szkoły. Goethe powiedział kiedyś: „Talent kształtuje się w samotności, charakter zaś w strumieniu życia”. Mój ojciec nie miał szansy uczyć się w odosobnieniu, lecz z pewnością jego charakter ukształtowały codzienne zmagania, aby zarobić na utrzymanie. Dzięki ciężkiej pracy i nawykowi oszczędzania udało mu się założyć niewielką fabrykę, która po pewnym czasie stała się najważniejszą farbiarnią w Barcelonie, dobrze znaną ze wspaniałej czerni.

Moi rodzice mieli czwórkę dzieci. Najstarszy Joaquin, obdarzony silnym i bezpośrednim usposobieniem, lubił fotografować i zbierać znaczki. Dwa lata po nim na świecie pojawiła się Buenaventura, która zawsze była i do dzisiaj pozostała dla mnie drugą mamą. Ja urodziłem się dwa lata później, a po mnie przyszła na świat Elena. Wszyscy, zgodnie z hiszpańskim zwyczajem, używaliśmy naszych imion, nazwiska ojca – Pujol, po którym następowało nazwisko matki – García. Uważano nas w nękanej kłopotami Barcelonie tamtych dni za rodzinę majętną. Niezagrożeni ubóstwem nie musieliśmy się martwić o bieżące potrzeby. Niczego nam nie brakowało, nawet rozrywek, za którymi nie musieliśmy tęsknić.

Mój tato zasługuje na szczególną uwagę. W zasadzie powinienem mu poświęcić cały rozdział, gdyż pozwoliłoby to zrozumieć moje późniejsze postępowanie. Był dla mnie mentorem, głową rodziny, dbał o moje codzienne potrzeby i wychowanie moralne, a także, wyjaśniając i udzielając rad, wpoił mi idee i zasady, które zdeterminowały mój charakter. Krok po kroku prowadziły mnie i kształtowały w dzieciństwie i wczesnej młodości.

Nie mam żadnych wątpliwości, że był najuczciwszym, najszlachetniejszym i najbardziej bezinteresownym człowiekiem, jakiego spotkałem w życiu. Jego uprzejmość sprawiała, że nie tylko przyjaciele, ale i wrogowie – jeśli tacy w ogóle istnieli – widzieli w nim opiekuna i obrońcę. Zawsze był gotów wysłuchać ludzi w potrzebie, zaoferować im pomoc w problemach i pocieszyć w strapieniu. Bezsprzecznie był człowiekiem zasad, zawsze gotowym udzielić pomocy tym, którzy znaleźli się w opałach.

Można by odnieść wrażenie, że idealizuję ojca. Jednak nawet gdybym spojrzał na niego obiektywnie, opisałbym go identycznie, mimo że niestety tego nie przeczyta. Gdyby mógł przeczytać entuzjastyczne słowa pochwały, napisane moją niewprawną ręką, czułby się uszczęśliwiony. Dwa wydarzenia z mojego dzieciństwa i młodości posłużą za ilustrację, jak prostolinijnym, hojnym i pełnym miłości człowiekiem był mój tato.

Moi starsi kuzyni mawiali, że jako mały chłopiec byłem trudny do opanowania. Nie poprzestawałem na niszczeniu własnych zabawek – ten sam los spotykał zabawki mojego rodzeństwa. Dlatego brat i siostry bardzo się starali, aby nie wpadły w moje ręce. Jak wynika z opowieści rodzinnych, rzeczywiście bywałem nieokiełzany, więc gdy miałem siedem lat, mama postanowiła wysłać mnie do szkoły z internatem prowadzonej przez ojców marianów w Mataró, około dwudziestu mil od Barcelony. Rodzice wysłali tam również mojego brata, aby się mną opiekował i pomógł mi przezwyciężyć tęsknotę za domem.

Szkoła nazywała się Valldemia, pamiętam ją dobrze do dziś. Miała przestronne klasy, wielkie ogrody i place zabaw oraz edukację z wyraźnie wyczuwalną francuską nutą, co nie było szczególnie zaskakujące, skoro większość tamtejszych nauczycieli-zakonników była narodowości francuskiej.

Spędziłem tam cztery ciągnące się w nieskończoność lata. Odczucie to potęgował fakt, że jeździliśmy do domu tylko na Boże Narodzenie, Wielkanoc i letnie wakacje. Przez pozostałą część roku pozwalano nam opuszczać szkołę jedynie w niedzielę, kiedy odwiedzał nas ktoś z rodziny. I tato nie opuścił ani jednej niedzieli podczas całego mojego pobytu w Mataró. Co tydzień przez cztery długie lata przyjeżdżał pociągiem wcześnie rano, zabierał nas ze szkoły i szliśmy na długi spacer po plaży, który kończył się lunchem w jednej z wielu tamtejszych restauracji. Po południu zawsze wstępowaliśmy do cukierni, gdzie tato kupował nam ciastka i inne słodycze, które zabieraliśmy ze sobą do szkoły. Podczas wspólnie spędzanych godzin opowiadał różne historie, doradzał nam i zachęcał do nauki. Do dziś pamiętam jego napomnienia, przestrogi i łagodne przygany podczas nadmorskich spacerów.

Kolejnym przykładem uczuciowej natury mojego taty był przypadek, który wydarzył się, gdy miałem 19 lat. Pewnego dnia poczułem kłujący ból w okolicy brzucha. Lekarze zdiagnozowali ostre zapalenie wyrostka robaczkowego i zdecydowali, że natychmiast muszę trafić do szpitala. Tam od razu skierowano mnie na salę operacyjną i podano znieczulenie. Trzy dni później wdało się zakażenie, a rana nie chciała się goić. Dostałem wysokiej gorączki i majaczyłem. Między kolejnymi napadami drgawek byłem świadomy obecności taty. Siedział przy mnie przez całą noc, trzymając mnie za rękę i płacząc. To był jedyny raz, kiedy widziałem ojca płaczącego. Nigdy nie zapomniałem jego łez, wyrażających zmartwienie i czułość.

Ojciec nie należał do żadnej partii – był apolityczny, głęboko przesiąknięty ideami liberalnymi i bezwzględnie wierzył w wolność. Czuł wstręt do wszelkiego rodzaju ucisku. Nigdy nie uczęszczał na żadne zgromadzenia polityczne czy spotkania partyjne, nie wspierał ani prawicy, ani lewicy. Jeśli skłaniał się ku jakimś poglądom, to raczej ku centrum, gdzie znajdował wspólne zdanie z ludźmi, którym bliskie były idee liberalne i wolnorynkowe. Nauczył mnie szanować wyjątkowość każdego człowieka – bez względu na to, czy jest bogaty, czy biedny, dobry czy zły, czarny czy biały – oraz jego uczucia. Pogardzał wojną i krwawymi rewolucjami, despotami, autorytaryzmem, ludźmi chcącymi wykorzystywać innych i pełnymi uprzedzeń. Jego osobowość była tak silna, a jego wpływ na mnie i mojego brata tak wielki, że żaden z nas nigdy nie wstąpił do żadnej partii politycznej. Twierdził, że polityka jest dla polityków, chociaż zawsze spełniał swój obywatelski obowiązek i głosował na tę czy inną grupę ubiegającą się o władzę.

Nigdy nie wdawał się w spory – uważał, że każdy ma prawo do własnych przekonań i nie chciał o nic kruszyć kopii. W wyniku tego czuł się swobodnie, krytykując złe rządy i równie swobodnie oddając swój głos na tych, których uważał za dobrych patriotów. Jako liberał z ogromnym przygnębieniem myślał o wszelkich wojnach, a szczególnie najkrwawszej z nich wszystkich I wojnie światowej, która toczyła się za jego życia. Nie mógł zrozumieć, czemu ludzkość weszła na drogę samozniszczenia, dlaczego poświęcano tyle młodych istnień ludzkich, a wielu ludzi pozbawiano energii życiowej i moralności. Czy nie można było powstrzymać tej katastrofy, wręcz pogromu ludzkości? Hiszpania pozostała neutralna podczas I wojny światowej, chociaż skłaniała się raczej ku aliantom. Przemysł kataloński zwiększył eksport do Francji, najbliższego sąsiada Hiszpanii. Również inne regiony kraju produkowały towary, które szerokim strumieniem płynęły do państw Ententy. Zniknęło bezrobocie, a pojawił się dostatek i dobrobyt, lecz to nie uszczęśliwiało mojego taty. Przypominał słowa Tołstoja: „Wojna jest czymś tak potwornym, tak okrutnym, że żaden człowiek, a szczególnie ktoś wyznający zasady chrześcijańskie, nie powinien brać na siebie odpowiedzialności za jej wszczynanie”.

Jak więc było możliwe, że ci, którzy rozpoczęli wojnę, uważali się za chrześcijan? Mój ojciec nie krytykował istnienia armii, lecz kierował swój gniew ku wydającym rozkazy – politykom, którzy wysyłali na śmierć tysiące robotników i prostych mieszkańców miast, wpoiwszy im przedtem nienawiść do wroga. Tato nie żywił urazy do munduru czy wojskowych – odczuwał wstręt względem ducha wojny. Rozumiał, że oficerowie, generałowie, dowódcy, a nawet żołnierze w koszarach byli nieodzowni dla zagwarantowania krajowi bezpieczeństwa i niepodległości. Bardzo trudno przychodziło mu jednak zrozumieć, dlaczego politycy użyli zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żonę w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku jako pretekstu do masakry, która po nim nastąpiła. Rzymski mówca Artius stwierdził: „Świnie karmią się żołędziami, bocian wężami, a historia życiem ludzi”. Może to prawda, lecz tato nie potrafił tego znieść i nauczył mnie pogardy dla przemocy i wojny.

Wielu przyjaciół i znajomych – wśród nich niemało walczących podczas II wojny światowej po stronie aliantów – przy różnych okazjach pytało mnie, dlaczego całym sobą, z tak wielką determinacją i ze wszystkich sił oddałem się sprawie aliantów. Jaką krzywdę wyrządziły mi państwa Osi, że włożyłem całą energię w zniszczenie ich ambicji? Książę Edynburga, który uhonorował mnie długą prywatną audiencją w Pałacu Buckingham, gdy opowiedziałem mu o moich przejściach wojennych, spytał: „Dlaczego ty, Hiszpan, tak chętnie pomogłeś Brytyjczykom podczas II wojny światowej?”.

Odpowiedź tkwi w moich przekonaniach – tych samych wartościach, które wpoił mi mój ojciec, a które zmusiły mnie do walki przeciwko wszelkiemu uciskowi i tyranii. Nigdy nie żywiłem żadnej urazy do Niemców. Przeciwnie, zawsze podziwiałem ich przemysł i miłość do tradycji. Ponieśli druzgocącą klęskę w 1918 roku i nikt nie podał im wtedy pomocnej dłoni. Zostali głęboko upokorzeni i pozostawieni samym sobie. Właśnie wówczas brak zrozumienia ze strony sąsiadów sprawił, że odczuli obcość, pogardę i urazę. Wykorzystał to później ambitny, okrutny maniak, nieludzki sadysta do uwodzenia rodaków swoim pustosłowiem. Sprawił, że uwierzyli w to, czemu nie powinni dać wiary, gdyż było nierealne, irracjonalne, niewykonalne i niedopuszczalne; mianowicie w siłę pruskiej armii i wielkość narodu niemieckiego. Oba te czynniki odegrały tu istotną rolę, wywołując butę, która stanowiła paliwo dla prowokacyjnych przemówień lidera nazistów. Jak Niemcy mogli paść ofiarą tej strategii? Jakiej sofistyki i sideł użył ten przebiegły, despotyczny podżegacz, że potrafił indoktrynować umysły inteligentnych i zaradnych Niemców tak skutecznie?

Nazwisko tego człowieka brzmiało Adolf Hitler, a swoją filozofię wyłożył w Mein Kampf. Hitler nienawidził zarówno partii lewicowych, jak i zwolenników Habsburgów. Jednak największą niechęć żywił do Żydów, których poddał niemal całkowitej eksterminacji za pomocą najbardziej perwersyjnych, nienawistnych i niegodziwych środków, jakie zna historia. Wiele milionów osób było jego ofiarami, a ich śmierć obciążyła jego sumienie. Ludzkość nie mogła tolerować czegoś tak diabolicznego. Ja również nie mogłem się na to zgodzić. Dlatego właśnie walczyłem z niesprawiedliwością i niegodziwością, używając dostępnej mi broni.


ROZDZIAŁ 2

Barcelona

Historyk jest prorokiem spoglądającym w przeszłość.

F. von Schiegel


„Czytając biografię, musisz pamiętać, że prawdy nigdy się nie publikuje”. Nie podzielam tej opinii George’a Bernarda Shawa, stwierdziłbym raczej, że są wyjątki od każdej reguły. Postanowiłem zaprzeczyć sentencji sławnego irlandzkiego pisarza, czyniąc wszystko, co w mojej mocy, aby ujawnić, ile się da, o człowieku znanym jako Arabel-Garbo.

Kiedy spoglądam w przeszłość, wydaje mi się, że oglądam film dokumentalny, który upływu czasu ani trochę się nie zamazał. Po czterech latach w Valldemii wróciłem do Barcelony, aby uczęszczać do szkoły podstawowej prowadzonej przez braci szkolnych[2], a mieszczącej się dosłownie pół budynku od naszego domu. Cała nasza czwórka trzy razy w tygodniu pobierała również prywatne lekcje francuskiego u nauczyciela z Marsylii. Francuski odgrywał wtedy rolę, jaką obecnie przejął angielski – był uniwersalnym językiem turystyki, dyplomacji i biznesu. Jednak najważniejsze wspomnienia, które powracają w chwilach nostalgii, wiążą się z moim ukochanym ojcem – przyjacielem i mentorem. Pamiętam odór czarnego tytoniu, którego palenie stanowiło jego pasję. Szczególnie lubił długie, cienkie cygara, nieco podobne do wytwarzanych w Toskanii, a w Katalonii nazywane caliquenyes. Pokój momentalnie zaczynał tak okropnie cuchnąć, że musieliśmy wyjść, więc tato starał się palić je na zewnątrz, aby nie powodować naszego dyskomfortu. Wielokrotnie próbował rzucić palenie, ale nigdy mu się nie udało. W końcu był tak nimi zatruty, że znacząco przyczyniło się to do jego śmierci.

Mam też w pamięci jego miłość do kart – rozrywki, której się z radością od­da­wał, szczególnie w niedzielne popołudnia. Jego ulubioną grą była manilla, do której potrzeba czterech osób. Graczami zazwyczaj byli: tato, przyjaciel rodziny – dyrektor lokalnej szkoły średniej, ksiądz Mossen Josep i ja. Po pewnym czasie tato stwierdził, że ja i mój brat powinniśmy uczęszczać do szkoły Mossena Josepa. Jednak szczerze mówiąc, nie minęło wiele czasu, jak zarówno szkoła, jak i jej dyrektor niezwykle mnie znudzili. Lekcje były nużące i wydawały się ciągnąć w nieskończoność, więc chodziłem na nie z wielką niechęcią. Po trzech spędzonych tam latach byłem pokaźnym piętnastolatkiem z sypiącym się wąsem. Niebawem zacząłem się golić i uważałem się za mężczyznę w każdym calu. Randki z dziewczynami pochłaniały większość mojego czasu, którego resztę poświęcałem na sport, gimnastykę i piesze wycieczki.

Pewnego dnia pokłóciłem się z nauczycielem, który się na mnie uwziął, a którego nie darzyłem specjalnym szacunkiem. Wróciłem do domu i powiedziałem ojcu, że nie chcę już chodzić do tej szkoły. Przyjął moją decyzję spokojnie i odparł, że skoro zakończyłem edukację, to muszę znaleźć pracę. Podjąłem wyzwanie i zacząłem pracować w sklepie z artykułami metalowymi w Carrer Comte d’el Asalto, położonym w starej części Barcelony, niedaleko słynnego bulwaru Rambla.

Jako praktykant musiałem dbać o czystość w sklepie, biegać na posyłki i odkładać na miejsce wszystkie narzędzia, które sprzedawcy zostawili na ladach po pokazaniu ich potencjalnym klientom. Stopniowo ponura rutyna i ciężka praca, w tym codzienne zamiatanie ogromnych przestrzeni, podważyły sens mojego popisu brawury. Zrezygnowałem z pracy.

Postanowiłem, że uzyskam stopień naukowy w humanistyce i zacząłem spędzać dużo czasu w bibliotece taty. Szczególnie fascynowało mnie pochodzenie słów i całe dnie studiowałem książkę za książką. Wtedy przydarzył mi się atak wyrostka robaczkowego, po którym trafiłem do szpitala, co już wcześniej opisałem. Kiedy doszedłem do siebie po operacji, zdecydowałem mimo wszystko nie robić kariery naukowej, lecz zostać hodowcą kurczaków. Postanowiłem, że gdy tylko poczuję się wystarczająco dobrze, wstąpię do Królewskiej Szkoły Hodowców Drobiu w Arenys de Mar.

Był rok 1931, długi okres dyktatury generała Primo de Rivery dobiegł końca i zaprzysiężono rząd generała Bereguera, który obiecywał demokrację i wybory samorządowe.

Większość dużych miast poparła republikanów, jednak na wsi zdecydowana większość ludności głosowała na partię monarchistyczną. Chociaż republikanie byli w mniejszości, ogłosili zwycięstwo, ponieważ przejęli władzę w miastach i stolicach prowincji. Chcąc uniknąć rozlewu krwi, król Alfons XIII opuścił kraj, nie ogłaszając formalnej abdykacji. Władzę objął centrowy lider republikanów Niceto Alcalá Zamora.

Jedyne, co pojąłem ze skomplikowanych proklamacji, obwieszczeń i deklaracji, które nastąpiły po zmianie władzy, to że Hiszpania gwałtownie traci wewnętrzną stabilność. Zdawało się, że ludzie, którzy znosili dyktaturę popieraną przez króla, teraz zbuntowali się przeciw rozsądnej jedności narodowej. Mój ojciec żywił złe przeczucia, że nadciągały trudne dni, co wielce go martwiło. Jednakże nie było mu dane dowiedzieć się, co przyniesie przyszłość, gdyż umarł kilka miesięcy po powstaniu drugiej republiki w 1931 roku.

Śmierć taty pozostawiła w naszej rodzinie wielką pustkę, a moje serce opanowała głęboka rozpacz. Byłem przygnębiony i przytłoczony. Straciłem na zawsze tego, którego kochałem najbardziej. Trumnę taty nieśli pracownicy jego fabryki, a w pogrzebie brali udział również pacjenci szpitala św. Jana Bożego dla dzieci, którego był wielkim dobroczyńcą. Wielu innych żałobników odprowadzało tego łagodnego i hojnego człowieka na miejsce ostatniego spoczynku. Pięćdziesiąt lat po jego śmierci doszedłem do wniosku, że opatrzność słusznie zabrała go ze sceny, zanim mógł być świadkiem ucisku i tego wszystkiego, co jego ukochany kraj miał wycierpieć.

Kiedy skończyłem naukę zawodu hodowcy drobiu, przyszedł czas, by stawić się w koszarach na obowiązkową służbę wojskową. Rekrut mógł się wówczas wykupić po odsłużeniu sześciu miesięcy. To rozwiązanie, znane jako program zapłaty za służbę wojskową, miało dodatkową zaletę: korzystający z niego rekruci mogli nocować w domu. Poza tym, jeśli poborowy zaliczył wszystkie szkolenia wojskowe i przykładał się do nauki przez owe sześć miesięcy, mógł opuścić armię w stopniu podporucznika.

Postanowiłem skorzystać z programu i w ten sposób ominąć część najbardziej uciążliwych obowiązków związanych z życiem wojskowym. Przyjęto mnie do 7. Regimentu Artylerii Lekkiej, który stacjonował w koszarach przy porcie barcelońskim w drassanes, rejonie starych doków. Niestety, okazało się, że był to regiment kawalerii, toteż musiałem się nauczyć jeździć konno. Kapitan, który nas edukował, był niezwykle surowy, więc nieraz wracałem do koszar z rozpalonymi do żywego pośladkami. Dopuszczalną kuracją na tę dolegliwość było przyłożenie do wrażliwej okolicy materiału nasączanego octem i posypanego solą. Kiedy to zrobiłem, zobaczyłem wszystkie gwiazdy na niebie. Tak twarde szkolenie sprawiło, że nie pałałem szczególną miłością do kawalerii, gdy już zdobyłem ostrogi. Zakończyłem służbę wojskową pozbawiony entuzjazmu dla moich towarzyszy czy wierzchowca; brakowało mi zasadniczych cech, których oczekuje się od kawalerzysty, czyli lojalności, wielkoduszności i poczucia dumy. Nie chciałem zostać w wojsku.

Miałem szczęście, że nie wezwano nas do stłumienia zamieszek, które wybuchły w trakcie mojej służby. W styczniu 1933 roku anarchiści opanowali wioskę Casas Viejas niedaleko Kadyksu – wystąpienie to zostało bezlitośnie stłumione przez siły bezpieczeństwa za namową rządu Manuela Azani Diaza: zastrzelono czternastu jeńców. Wstrzymano nam wszystkie przepustki, ale na całe szczęście było to zbyt daleko od Katalonii, aby nas tam posłano.

W październiku 1934 roku wybuchł bunt w Asturii, stłumiony przez centrowo-prawicowy rząd. Potem rządy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Jeszcze szybciej rozchodziły się po kraju złe nowiny. Co dnia gazety donosiły o śmiertelnych ofiarach kolejnych rozruchów. Rozpętały się krwawe namiętności. Debaty w parlamencie spadły do poziomu wzajemnego obrażania się i krytycznych tyrad; politycy bez przerwy kłócili się ze sobą. Jednego dnia członków frakcji prawicowej siedzących przed kawiarnią ostrzelano z broni maszynowej, kolejnego dnia to samo spotykało reprezentantów lewicy. Strzelaniny stały się chlebem powszednim. Co gorsza, rządy brały udział w represjach, skazywały przeciwników na chłostę i przypisywały sobie uprawnienia, których zgodnie z konstytucją nie miały. Policja, wciągana w nieustanne akty prywatnej zemsty, sama łamała prawo.

W końcu nadszedł czarny dla mojego kraju 18 lipca 1936 roku – nie­szczęsny dzień, który zmienił bieg historii Hiszpanii. Był to początek krwawej wojny domowej.