Krótka kołdra . O dialogu małżeńskim - Mirosław Pilśniak OP - ebook
Wydawca: W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 414 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 38 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krótka kołdra . O dialogu małżeńskim - Mirosław Pilśniak OP

O przyjaźni, narzeczeństwie, seksie i antykoncepcji, o kryzysach, dialogu, wojnie i pokoju w małżeństwie – o wszystkich sprawach ważnych dla budowania dobrego, trwałego i szczęśliwego małżeństwa pisze w swojej książce o. Mirosław Pilśniak. Jako duszpasterz, który od blisko dwudziestu lat pracuje z małżeństwami, ma on ogromne doświadczenie, mądrość i pokorę, potrzebne, by pomagać parom, które mają się dobrze, a jeszcze bardziej tym, które przeżywają różne trudności. „Krótka kołdra” jest zapisem tego doświadczenia. Z pewnością może ona być cennym poradnikiem dla wielu poszukujących małżonków.

Mirosław Pilśniak OP - (ur. 1959), ukończył studia matematyczne w Poznaniu. W 1983 roku wstąpił do zakonu dominikanów, w 1990 przyjął święcenia kapłańskie. Był duszpasterzem młodzieży szkół średnich i akademickim, przeorem i proboszczem. Wykłada teologię małżeństwa, współpracuje z kanałem Religia.tv, gdzie prowadzi "Akademię rodzinną". Od 1992 roku zaangażowany w ruch rekolekcyjny i formacyjny małżeństw "Spotkania małżeńskie".

Opinie o ebooku Krótka kołdra . O dialogu małżeńskim - Mirosław Pilśniak OP

Cytaty z ebooka Krótka kołdra . O dialogu małżeńskim - Mirosław Pilśniak OP

spowodowane tym, że małżeństwo nie tworzy się samo, ale trzeba je nieustannie budować i pogłębiać.Trwające w jedności małżeństwo jest rzeczywistością duchową, więc podlega prawom życia duchowego. A w drodze ducha wierność zawsze owocuje.
Jak tworzy się więzi w praktyce? Budowanie więzi polega chociażby na tym, żeby się nie spóźniać, kiedy się umawiam, i żeby być gotowym na spotkanie z bliską mi osobą codziennie. Tylko tyle. Realizując te dwa punkty, rozpoczynam proces wychodzenia
przyjaźni Przyjaźnić się i nie utracić wolności Codziennie spotykamy wielu ludzi, nawiązujemy kontakty, rozmawiamy z nimi, umawiamy się na spotkania... Ale przecież nie od razu nawiązują się między nami więzi. Kiedy i w jaki sposób więzi powstają naprawdę? Najpierw istnieje coś takiego jak znajomość. Jest mnóstwo ludzi, których po prostu znamy, lubimy, których spotkaliśmy w ramach zaangażowania w jakieś konkretne dzieła. Myślę, że wśród tych znajomych jest pewna część osób, z którymi się spotykamy, ponieważ nas fascynują. Nie tylko w tym, co robią, ale jak to robią, dlaczego to robią i jacy są w tym, co robią. I wśród takiej grupy osób, która nas w jakiś sposób fascynuje, są osoby, z którymi bylibyśmy gotowi nawiązać kontakt zwany więzią.
przyjaźni Przyjaźnić się i nie utracić wolności Codziennie spotykamy wielu ludzi, nawiązujemy kontakty, rozmawiamy z nimi, umawiamy się na spotkania... Ale przecież nie od razu nawiązują się między nami więzi. Kiedy i w jaki sposób więzi powstają naprawdę? Najpierw istnieje coś takiego jak znajomość. Jest mnóstwo ludzi, których po prostu znamy, lubimy, których spotkaliśmy w ramach zaangażowania w jakieś konkretne dzieła. Myślę, że wśród tych znajomych jest pewna część osób, z którymi się spotykamy, ponieważ nas fascynują. Nie tylko w tym, co robią, ale jak to robią, dlaczego to robią i jacy są w tym, co robią. I wśród takiej grupy osób, która nas w jakiś sposób fascynuje, są osoby, z którymi bylibyśmy gotowi nawiązać kontakt zwany więzią. Na czy m polega taka więź? Nazwałby m ją przynależeniem. Pierwszy moment
spotykamy wielu ludzi, nawiązujemy kontakty, rozmawiamy z nimi, umawiamy się na spotkania... Ale przecież nie od razu nawiązują się między nami więzi. Kiedy i w jaki sposób więzi powstają naprawdę? Najpierw istnieje coś takiego jak znajomość. Jest mnóstwo ludzi, których po prostu znamy, lubimy, których spotkaliśmy w ramach zaangażowania w jakieś konkretne dzieła. Myślę, że wśród tych znajomych jest pewna część osób, z którymi się spotykamy, ponieważ nas fascynują. Nie tylko w tym, co robią, ale jak to robią, dlaczego to robią i jacy są w tym, co robią. I wśród takiej grupy osób, która nas w jakiś sposób
w jakieś konkretne dzieła. Myślę, że wśród tych znajomych jest pewna część osób, z którymi się spotykamy, ponieważ nas fascynują. Nie tylko w tym, co robią, ale jak to robią, dlaczego to robią i jacy są w tym, co robią. I wśród takiej grupy osób, która
życia. Dając prawo mojej wspólnocie do wszystkich tajemnic mojego życia, nie powinienem dzielić się tajemnicami mojego życia z kimś spoza mojej wspólnoty, nie dzieląc się nimi z moją wspólnotą. Takie zachowanie wyrzucałoby mnie z mojej wspólnoty. Tak samo w małżeństwie. Gdyby któreś z małżonków dzieliło jakąś swoją trudność osobistą z przyjacielem, a nie z mężem lub żoną, to rozbijałoby ich małżeństwo. Byłaby to pewnego rodzaju zdrada wobec tej wspólnoty, którą są. Czyli
Jak Ojciec sądzi, jakie będą ten nowy wiek i nowe tysiąclecie pod względem więzi międzyludzkich? Myślę, że niestety istnieje duże zagrożenie spłycenia więzi ludzkich. Dlatego konieczne jest istnienie takich środowisk, które będą świadomie dążyły do budowania spotkania z całą osobą, do budowania trwałych małżeństw i wspólnot. Takie propozycje daje nam właśnie chrześcijaństwo. Więzi są niezbędne do przetrwania ludzkości otwartej na Boga, dlatego że obecne środki komunikacji, łączności pozwalają żyć w pewnym fałszu anonimowości. Dobrym przykładem mogą być internetowe listy dyskusyjne, kluby i strony fanów, które dają poczucie przynależności do grupy, przyjaźni, a przecież są zbud owane jednopoziomowo, na płaszczyźnie zaangażowania w jakieś hobby, bez spotkania z całą osobą, z jej słabościami, lękami, troskami. Pomijane jest wielopoziomowe zaangażowanie w więzi z ludź mi, z Bogiem i z sobą, związane z oddaniem swojego czasu, części życia dla spraw tak zwanego dobra wspólnego, które nie odbywają się na zasadzie hobby, tylko służby wobec innych.
zerwanie z tymi przyjmowanymi powszechnie poglądami, w myśl których świat jest stworzony w wyniku seksu, i w związku z tym seks jest przedłużeniem czynności stwarzania świata. Judaizm desakralizuje seks. Bóg nie uprawia seksu. W dodatku judaizm proponuje zasadę, według której seks ma być spotkaniem tylko mężczyzny i kobiety, i to wyłącznie związanych
człowiek jako osoba, to ktoś wolny i autonomiczny. W tym samostanowieniu jest podobny do Pana Boga – może być dla kogoś tylko jako dar, może dać siebie w darze i tak samo może drugiego przyjąć tylko na zasadzie przyjmowania daru. Dlatego
odpowiedzi w duchu „co wolno, a czego nie wolno” robić w seksie. Proponuje inną perspektywę: jak realizować związek mężczyzny i kobiety w życiu małżeńskim tak, aby w najpełniejszy sposób odpowiedzieć aspiracjom, pragnieniom i poszukiwaniom człowieka, żeby w najpełniejszy sposób relacja ta zaowocowała szczęściem. Jest to pozytywna wizja człowieka i
Ma swoją wyjątkową wartość. Jeśli mam na tym świecie kogoś, o kim myślę jako o bliskim, to oczekuję od tej osoby widzialnych znaków uznania mojej wartości. Bez tego nie potrafię funkcjonować. Robiąc cokolwiek, dając cokolwiek, jednak nasłuchuję, czy znajdę odpowiedź. To nie jest egoizm, czyli skupienie się na sobie, jest to normalna dynamika miłości, która po prostu pragnie tej odpo- wiedzi.
Miłość jest afirmacją osoby w takim sensie, że przyjmuje osobę taką, jaką ona jest, z wszystkim bez wyjątku, pozwala jej być kimś zupełnie wyjątkowym i kimś jedynym. Można powiedzieć, że miłość jest wyzwoleniem osoby kochanej, a nie jej posiadaniem.
dialog jest określany jako rozmowa, która ma na celu uzgodnienie poglądów, która angażuje człowieka, jego wolę i emocje i która zapewnia autonomię uczestnikom rozmowy. Oznacza to, że w wyniku takiej rozmowy każdy pozostaje sobą, zakłada wolność drugiego, ale jednocześnie domaga się wolności dla siebie. Dialog ułatwia dobre formułowanie stanowiska i troskę o umiejętne wysłuchanie drugiej strony.
Dla przykładu: mężczyzna jest mrukiem i nie można się doczekać, by cokolwiek powiedział publicznie. Kobieta z zasady zabawia gości, szykuje co potrzeba, a w międzyczasie ruga mężczyznę, że nic nie mówi. Im bardziej ona go ruga, tym bardziej on milczy. Ta pętla się nakręca
Osoba dojrzała pozostaje bezustannie w napięciu pomiędzy przynależnością, oddaniem siebie, należeniem do kogoś a swoją indywidualnością. Wie zarazem, że zupełna rezygnacja z indywidualności prowadziłaby do tego, że przestałaby być pełnowartościową osobą także dla tej wspólnoty, w której żyje.
Mamy prowadzić z każdym człowiekiem dialog, a nie tylko głosić mu coś czy go do czegoś przekonywać. Obiecujące wydaje się to, że dialog, jako sposób obecności Kościoła w świecie, jest jednocześnie najsilniejszym motorem napędowym relacji małżeńskiej. Można się więc spodziewać, że Bóg budujący jedność pośród nas przez dialogujący Kościół jednoczyć będzie również przez dialog najmniejszy Kościół, czyli małżeństwo.
Pani M., pracująca w sekretariacie, ma pewne zadania organizacyjne do wykonania: coś powysyłać, napisać, przygotować tekst jakiegoś oświadczenia. Zbliża się sesja na temat dialogu w rodzinie i w ostatnim dniu pozostają już tylko minuty, żeby zakończyć sprawy z nią związane, a w domu czekają mąż,
Można we wzajemnych relacjach przyjąć postawę „męczennika”. „Wy już naprawdę nie dajecie mi spokoju, chcecie, żebym się rozchorował i umarł. Już się źle czuję. To wszystko przez was”. Co odpowiedzieć na takie stwierdzenie ze strony rodziców? Nawet nie chce
Można jeszcze prorokować. „Okłamałeś mnie w sprawie twojej szkoły. Wcale nie jest tak dobrze, jak mówiłeś. Nauczycielka wszystko mi już powiedziała. Zobaczysz, że jak tak dalej będzie, to wyrośnie z ciebie bandyta”. I rzeczywiście czasem wyrasta bandyta. Otwiera się bowiem pewna możliwość poprzez nazwanie kogoś takim

Fragment ebooka Krótka kołdra . O dialogu małżeńskim - Mirosław Pilśniak OP









Wstęp

 

Pewna kobieta szukała kiedyś u mnie porady. Obawiała się o zdrowie swojego męża, który był okropnie zapracowany. Prawie nie spał, gdyż kończył przygotowywać projekt architektoniczny, a czas naglił. Niedotrzymanie przez niego terminu groziłoby ich rodzinie finansową katastrofą. Miał już nawet na koncie, pewnie z powodu zmęczenia, dwa poważne wypadki drogowe – na szczęście bez udziału innych.

Jego żona przyszła się poradzić, czy powinna coś robić i ewentualnie co, aby go powstrzymać od samozagłady. Podczas rozmowy udało nam się wymyślić jakieś sposoby, które mogłyby służyć ochronie jego życia. Pomysły były co prawda zbyt pedagogiczne, ale przynajmniej wiedzieliśmy, że staramy się mu pomóc. Jednak, już wychodząc, kobieta zauważyła: „Mówiliśmy o  n i m  i  o  m n i e, a ja potrzebuję rozmowy o  n a s!”.

To było olśnienie. Zrozumiałem, że ci ludzie potrzebują dla siebie innego rozwiązania niż pedagogiczne wsparcie. Żaden pomysł, nawet najlepszy, dotyczący tylko jednego z nich, nie był w efekcie dobry. Tylko to, co mogło objąć ich dwoje naraz, było rozwiązaniem właściwym. Doświadczyłem wtedy świętości ich wspólnoty, istnienia nienaruszalnej jedności, mimo że w tamtej chwili znajdowali się nieco dalej od siebie.

Od tego czasu tajemnica więzi małżeńskiej stale mnie intrygowała. Nie wiem, czy ktoś potrafi opisać ją w sposób wyczerpujący. Ale wiem, że warto próbować, by nie przeoczyć Bożego daru, który objawia się w tym, co w związku dwojga ludzi jest najważniejsze.

Znam bardzo blisko pewnie kilkaset małżeństw i oswoiłem się z ich różnorodnością. Od niemal dwudziestu lat związany jestem z duszpasterstwem małżeństw w sposób mniej lub bardziej zorganizowany. Od dwudziestu lat biorę udział w rekolekcyjnym Ruchu Spotkania Małżeńskie, a przy tej okazji w przygotowaniu narzeczonych do przyjęcia sakramentu małżeństwa. Wiele małżeństw, niezaangażowanych w żadne duszpasterstwa, poznałem, kiedy byłem proboszczem wielkiej warszawskiej parafii.

Przez te wszystkie lata szkoliłem się i zdobywałem dodatkowe umiejętności po to, by kontakt z rodzinami i osobiste spotkania z małżonkami były coraz bardziej owocne i pomagały, a nie szkodziły potrzebującym. Oprócz tego, potrzebą chwili była umiejętność komunikowania się w sposób skuteczny, którą doskonaliłem w Szkole dla Rodziców i Wychowawców, a także zdobywanie doświadczeń mediacyjnych, czyli umiejętnego pomagania w poszukiwaniu rozwiązania problemów.

Teksty zamieszczone w tej książce to efekt mojej wieloletniej pracy z małżeństwami. Środowisko duszpasterskie domagało się przygotowania konferencji i cyklów wykładów. Są one niemal w całości owocem spotkań i warsztatów rodzinnych, a także wspólnego czytania najważniejszych dla nas lektur. Część tekstów powstała z potrzeby przełożenia na zrozumiały dla niewtajemniczonych język i spopularyzowania tez nauki Kościoła dotyczących tematów aktualnych, albo rozjaśnienia kontrowersji przedstawianych w publicznej debacie w sposób niezrozumiały czy też bulwersujący osoby wierzące. Współpraca duszpasterska zaowocowała również pojawieniem się wielu wywiadów i spisanych wypowiedzi powstających w zależności od chwilowych potrzeb. W związku z tym, forma taka wydawać się może trudniejsza do czytania, ale mam pewność, że nie znalazły się w książce tematy wydumane i niepotrzebnie roztrząsające problemy abstrakcyjne.

 

Książką tą chciałbym dodać sił wszystkim, którzy przeżywają lęk przed zaangażowaniem i nie wiedzą, w jaki sposób budować związek odpowiedzialnie i nieschematycznie.

Pragnę także dodać odwagi tym, którzy, żyjąc w małżeństwie, nie przeżywają go ciągle jako czegoś ożywiającego i świeżego, ale borykają się z rutyną. Dla mnie – duszpasterza i osoby patrzącej z zewnątrz – małżeństwo jest niemal zawsze czymś fascynującym.

Chciałbym także oswoić frustrujące często zmęczenie spowodowane tym, że małżeństwo nie tworzy się samo, ale trzeba je nieustannie budować i pogłębiać.Trwające w jedności małżeństwo jest rzeczywistością duchową, więc podlega prawom życia duchowego. A w drodze ducha wierność zawsze owocuje.

Piszę także o kryzysie, który wcześniej czy później pojawia się w każdym związku. Chciałbym małżonków przekonać, że nie jest on zapowiedzią klęski, ale zawsze wyzwaniem i zadaniem wymagającym wysiłku. Dzisiaj bowiem niełatwo przyjmuje się do wiadomości oczywistą przecież prawdę, że wartościowe rzeczy nie budują się same. A taką wartością jest nierozerwalny związek męża i żony, tak mocny jak związek Chrystusa z Kościołem.

 

Nie sposób podziękować wszystkim, którzy zainspirowali powstanie tekstów zamieszczonych w tej książce, a jednak bardzo chciałbym wymienić przynajmniej niektórych:

– Jolę i Tomka Basistów z krakowskiego Ośrodka Spotkań Małżeńskich, z którymi przedzieraliśmy się przez duchowość i psychologię dialogu i komunikowania się;

– Irenkę i Jerzego Grzybowskich i animatorów Spotkań Małżeńskich, którzy bezustannie domagają się odkrywania na nowo charyzmatu małżeństwa i dialogu małżeńskiego;

– Redakcję miesięcznika „LIST” z Elżbietą Konderak, która wierzyła, że kiedy dokładnie popytać, wtedy zawsze odkryje się jeszcze coś nowego na duchowej drodze współczesnych małżeństw. Dzięki temu powstała lwia część tekstu książki;

– Redakcje czasopism: „W drodze”, „Tygodnika Powszechnego”, „Dziennika”, „Wysokich Obcasów”, których wywiady stanowią część materiału;

– dominikańskie duszpasterstwa akademickie i absolwenckie oraz koordynatorów Szkoły Wiary, którzy domagali się zrozumiałego przekazu nauki Kościoła dotyczącej małżeństwa;

– Iwonę i Zbyszka Słupów z Centrum Formacji Chrześcijańskiej z Krakowa, którzy zadali pytanie, czym duchowa droga małżeństwa różni się od innych dróg spotkania z Bogiem;

– Duszpasterstwo Rodzin w Warszawie, gdzie spędzamy wiele tygodni w roku na rodzinnych warsztatach w niezwykle gościnnym domu Oli i Marcina Sawickich, od których wszyscy uczymy się wierności i entuzjazmu dla życia rodzinnego;

– zespół Fundacji Sto Pociech przy naszym klasztorze w Warszawie, z którym próbujemy na wszystkie dostępne nam sposoby wzmacniać i wspierać rodziny w rozwoju i pokonywaniu kłopotów;

– moich braci dominikanów, którzy stale przypominają o pierwszeństwie powołania do wspólnoty wobec duszpasterskiej aktywności;

a nade wszystko

– moich Rodziców i Rodzinę, bo przez ofiarowaną miłość uczulają na wartość więzi, których tak bardzo brak, kiedy stajemy się samotni, a kiedy jesteśmy razem, wydają się być niezauważalne.


CZĘŚĆ  I

Rozmowy o...

... przyjaźni

 

Przyjaźnić się i nie utracić wolności

 

 

 

Codziennie spotykamy wielu ludzi, nawiązujemy kontakty, rozmawiamy z nimi, umawiamy się na spotkania... Ale przecież nie od razu nawiązują się między nami więzi. Kiedy i w jaki sposób więzi powstają naprawdę?

 

Najpierw istnieje coś takiego jak znajomość. Jest mnóstwo ludzi, których po prostu znamy, lubimy, których spotkaliśmy w ramach zaangażowania w jakieś konkretne dzieła. Myślę, że wśród tych znajomych jest pewna część osób, z którymi się spotykamy, ponieważ nas fascynują. Nie tylko w tym, co robią, ale jak to robią, dlaczego to robią i jacy są w tym, co robią. I wśród takiej grupy osób, która nas w jakiś sposób fascynuje, są osoby, z którymi bylibyśmy gotowi nawiązać kontakt zwany więzią.

 

Na czym polega taka więź?

 

Nazwałbym ją przynależeniem. Pierwszy moment tworzenia więzi pojawia się wtedy, kiedy dostrzegam w tym kimś cały jego koloryt i takie cechy i wartości, które powodują, że chciałbym z tym kimś być we wszystkim, na zawsze i dla niego samego. A drugi moment tworzenia się więzi polega na tym, że nie tylko chciałbym być z tym kimś, ale po prostu z nim jestem. To jest przyjemne, że ten ktoś jest gotów odpowiedzieć na mój telefon, na moją prośbę o spotkanie, być ze mną wtedy, kiedy jestem w dobrej lub złej formie. Wiem, że w jakiś sposób należymy do siebie. I metafizyki tej więzi nie da się zdefiniować. Widać ją po skutkach. Do kogo jestem gotów zadzwonić o trzeciej w nocy, gdy dzieje mi się coś złego, wiedząc, że robię temu komuś duży kłopot, być może narażam jego życie, zdrowie, dobre samopoczucie, pracę? Dla osoby, z którą buduję więź, mój kłopot jest na tyle ważny, że zawsze jest gotowa mi pomóc.

 

Poprzeczkę w budowaniu więzi ustawił Ojciec bardzo wysoko. Wydaje się, że mało kto ją osiąga.

 

Myślę, że warto mówić właśnie o takich więziach. Jest przecież mnóstwo znajomych, których bardzo lubimy, ale dopiero gdy przekroczymy próg świadomości i wiedzy, że tej konkretnej osobie zależy na mnie, że jest gotowa ze swojego zdrowia, życia zapłacić jakąkolwiek cenę, za bycie ze mną, dopiero taką relację nazwałbym więzią.

 

Tworząc więzi z ludźmi, trzeba się zaangażować, wykonać pewną „pracę”. Wydaje mi się, że w naszych czasach coraz trudniej nawiązuje się więzi. Dlaczego mimo wszystko warto to robić? Co jest ich wartością?

 

Wydaje mi się, że człowiek jest otwarty na więzi w sposób naturalny. Chcielibyśmy, żeby ktoś był z nami w sposób wyjątkowy. Często umawiając się na randki i spotkania, nie chodzi nam o to, żeby zobaczyć na przykład jakąś wystawę, tylko o to, żeby z tym kimś pobyć na tej wystawie. Taka bliska nam osoba wnosi w nasze życie bardzo wiele. Jest godna zaufania, jest kimś mądrym, na kogo możemy liczyć. I ta mądrość wyraża się zarówno w mówieniu „tak” naszym pragnieniom, jak i w mówieniu „nie” naszym zachciankom, szczególnie kiedy są one w jakikolwiek sposób nieuczciwe. Na przykład kiedy mówię: „Dzisiaj bardzo źle się czuję, chciałbym, żebyś do mnie przyszedł”, i kieruję te słowa do osoby, z którą zbudowałem więź, apeluję o jej pomoc. Jeśli jesteśmy w więzi, to ta osoba jest w stanie zostawić swoją ważną pracę, zawalić pięć umówionych spotkań, stracić mnóstwo pieniędzy, żeby być ze mną. Jeżeli ja bym tego nadużył, to zniszczyłbym tę więź.

 

Jeśli trwałość więzi międzyludzkich jest związana z naszą wewnętrzną dojrzałością, to co stanowi o tej dojrzałości? Innymi słowy, co zrobić i jak, aby budować więzi na twardym gruncie?

 

Myślę, że więzi ludzkie mają głęboki i teologiczny sens, polegający na otwarciu nieba i tego, co Pan Bóg naprawdę wnosi w ludzkie życie. Bo przecież to, co Pan Bóg wnosi w nasze życie, to jest przymierze, czyli więź oparta na zaufaniu i na gotowości do daru. Nasze ludzkie więzi, budowane w sposób czysto naturalny, to znaczy budowane na zaufaniu, na oczekiwaniu, na fascynacji drugą osobą, w gruncie rzeczy powstają dzięki temu, że jesteśmy zdolni do daru. Bóg nas takimi stworzył i do tego nas wzywa, abyśmy budowali więzi z Nim i z sobą nawzajem. I dlatego nasze więzi ludzkie dotykają naszej prawdziwej zdolności do miłości i przemiany. Dotykają też naszej grzeszności, odmowy miłości, ucieczki przed nią, niezdolności do niej.

Mówiąc o dojrzałości, chcę powiedzieć, że zdolność do budowania więzi i pragnienie budowania więzi odsyła nas do tego, co wnosi chrześcijaństwo w życie człowieka i co Bóg proponuje człowiekowi, czyli do rzeczywistej więzi i jedności z Bogiem. W związku z tym, pytanie o dojrzałość będzie pytaniem o to, czy człowiek, który buduje więzi, jest w pełni sobą i w pełni osobą, i na ile jest w pełni osobą. Na jakim etapie budowania swojej osoby się znajduje? I można powiedzieć, że człowiek na każdym etapie jest w pełni sobą. A jednak poprzez rozpoczęcie procesu budowania więzi z kimś drugim i przez poddanie się procesowi budowania, który trwa przeciętnie od sześciu do ośmiu lat, dojrzewamy. Poddani jesteśmy kategorii czasowej i nie ma szans, żebyśmy zbudowali więź w szybszym tempie. Samo budowanie jest już więzią, ciągłym napięciem pomiędzy tym, że jest ona niedokończona, a tym, że przecież już coś zbudowaliśmy. Nie jest tak, że więź może tworzyć ktoś już uformowany, sprawdzony, zdolny do niej.

Na każdym etapie życia dorosłego człowieka możliwe jest budowanie więzi. Poczynając od fascynacji, na przykład znalezienia się w grupie dorastającej młodzieży, w której każdy odgrywa swoją rolę i próbuje udowodnić swoją siłę i wrażliwość, poprzez etap wchodzenia w więzi z pytaniem, czy mógłbym z tym człowiekiem przeżyć resztę życia, aż po etap, kiedy człowiek zadaje sobie pytanie, jak chciałby przeżyć resztę swojego życia. Wiek dorosłego człowieka określa się na dwadzieścia pięć lat – abstrahując od dojrzałości duchowej, którą, co prawda, można osiągnąć wcześniej, ale która podlega różnym zmianom i kryzysom. Chciałem podkreślić to, że budowanie prawdziwych więzi pokazuje, na co nas stać. Dzięki temu stajemy się coraz bardziej prawdziwi i coraz bardziej zdolni do bezwarunkowej i bezkompromisowej relacji. Jestem z tobą już nie ze względu na to, co mi dajesz, tylko dlatego, że jesteś. Jestem z tobą, dlatego że przyjmujesz mnie takiego, jakim jestem, a z trudem docieram do prawdy, że nie potrafię budować więzi. W ten sposób więź się oczyszcza.

 

Jako chrześcijananie, wierzymy, że Bóg pomaga nam w budowaniu relacji z innymi. Czy można budować bez Boga? Czy człowiek coś traci, budując bez Niego?

 

Wszyscy ludzie zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga i są zdolni do tego, żeby stać się podobnymi do Niego. Jeżeli człowiek osiąga pełnię swojej osoby, to przybliża się do tego, kim może być w Bożych oczach, bez względu na to, czy wie o tym, czy nie. Jest taka myśl, która od starożytności pojawia się w chrześcijaństwie, że ten świat powinien codziennie dziękować Bogu takiemu, w jakiego wierzy, za to, że są na świecie chrześcijanie, dzięki którym Boże działanie jest tak konkretne i tak bliskie. To chrześcijanie czynią Boże działanie tak namacalnie bliskim, wnoszą w świat łaskę przebaczenia, miłosierdzie, życzliwość, pragnienie dobra dla drugiej osoby, są gotowi znosić ciężary, niesprawiedliwość i nie odpowiadają złem za zło. Jeżeli człowiek buduje pogłębioną więź z drugim człowiekiem, wówczas dociera do jego tajemnicy, to znaczy do tego, że ten drugi człowiek pozostanie dla mnie zagadką, ale może odsłaniać się coraz bardziej i bardziej. Jeżeli ktokolwiek buduje tego typu więź, uczestniczy w jedynej więzi, jaką jest więź z Bogiem.

 

Ale czy nie będąc chrześcijaninem, coś się traci, budując więzi, czy raczej nic?

 

Ponieważ budowanie więzi jest procesem nieskończonym, który nigdy nie zostanie dopełniony, napotyka na bariery, kryzysy wzrostu, czyli, innymi słowy, kiedy pewien sposób budowania wyczerpuje się, to pojawia się pytanie o wiarę albo o przeciwieństwo wiary, czyli rozpacz. Jeśli nie da się zbudować na tym świecie nic skończonego, wkładając w budowanie więzi maksymalnie dużo czasu, siły, uwagi, wrażliwości i wszystkich zalet, które w sobie posiadam, to pojawia się pokusa rozpaczy. Wiara chrześcijańska daje odpowiedź na tę pokusę, a ktoś, kto nie zna Chrystusa, może sobie odpowiedzieć, że nie warto budować więzi i pojawia się rezygnacja. Drastycznymi przykładami z okropnymi konsekwencjami są małżeństwa zawierane na jakiś czas, to znaczy w przeświadczeniu, że jak nam się nie będzie udawało, to się rozejdziemy. Z takiego małżeństwa wychodzi się poranionym, a dzieci, które pozostają, jeszcze bardziej cierpią, bo oczekiwały nieskończonej miłości swoich rodziców, a ona okazała się skończona.

 

Mówi Ojciec o tym, że w więziach chce się być razem, na całe życie, a przecież są różne więzi: małżeńskie, zakonne, przyjacielskie. Mają cechy wspólne, ale i różnicujące. Co jest wspólne dla tych więzi, a co je różni?

 

Moje doświadczenie jest bardzo specyficzne. W mojej wspólnocie zakonnej mam bardzo wiele więzi nie tylko takich strukturalnie bliskich, ale osobiście bliskich, które są bardzo trudne i wymagające, a zarazem prawdziwe. I kiedy spotkałem się z doświadczeniami budowania więzi w małżeństwach na rekolekcjach Spotkań Małżeńskich, ze zdziwieniem odkryłem, jak wiele jest podobieństw i mało różnic pomiędzy więziami we wspólnocie a więziami małżonków. To znaczy, że mogę zrozumieć doświadczenie małżeństw budujących więź, a małżonkowie mogą zrozumieć doświadczenie osób
ze wspólnot zakonnych.

Są jeszcze więzi przyjacielskie i one mają mnóstwo cech podobnych do więzi budowanych we wspólnotach przynależności, ale mają też pewne mankamenty. Podobnie może być, na przykład,
z zaufaniem, liczeniem na siebie, fascynacją, ale to nie musi być przynależenie do końca życia. Dając prawo mojej wspólnocie do wszystkich tajemnic mojego życia, nie powinienem dzielić się tajemnicami mojego życia z
kimś spoza mojej wspólnoty, nie dzieląc się nimi z moją wspólnotą. Takie zachowanie wyrzucałoby mnie z mojej wspólnoty. Tak samo w małżeństwie. Gdyby któreś z małżonków dzieliło jakąś swoją trudność osobistą z przyjacielem, a nie z mężem lub żoną, to rozbijałoby ich małżeństwo. Byłaby to pewnego rodzaju zdrada wobec tej wspólnoty, którą są. Czyli więzi przyjaźni muszą być zbudowane na prawdzie mojej osoby, a prawdą mojej osoby jest przynależenie do wspólnoty zakonnej. Natomiast prawdą osoby, która jest w związku małżeńskim, jest jej lub jego bycie żoną albo mężem.

 

Jeśli dla tak wielu z nas więzi są bardzo istotne w życiu, to dlaczego równocześnie tak często się ich boimy, mamy obawy przed utratą wolności, lękamy się przynależności do kogoś, zranień, odrzucenia... Jakie są przeszkody w budowaniu więzi? Dlaczego więzi nie wytrzymują różnych prób: czasu, oddalenia, różnicy zdań?

 

Budowanie więzi nie jest rezygnacją z wolności. Gdyby tworzenie więzi odbywało się poprzez rezygnację z mojej wolności, byłaby ona zbudowana na fałszu. Bo człowiek jest stworzony do wolności. Człowiek powinien wejść w relację cały, czyli łącznie z tym, że jest zdolny do wolności. I rzeczywiście – to paradoks, że przynależąc do kogoś, ofiarowuję mu także swoją wolność. Ale budowanie więzi to proces, który polega na wystawianiu na taką próbę. Pozwalamy bliskiej nam osobie oczekiwać od nas poświęcenia naszego czasu, uwagi, siły, wrażliwości, a zarazem sprawdzamy, czy ta osoba tego nie nadużywa. Sprawdzamy, czy ta osoba nie nadużywa naszej wolności, i możemy wprost lub nie wprost zadeklarować, że czujemy się niepewnie co do tego, czy nasze zaangażowanie w więź z tą osobą nie oznacza utraty naszej wolności. Jesteśmy ludźmi grzesznymi i będziemy bezustannie poruszać się po bardzo wąskiej linie, balansując między utratą swojej wolności a nadmiernym pilnowaniem tego, co nasze. I to będzie powolny proces realizacji mojej osoby. Tylko że poprzez to balansowanie, nie pozostaję w miejscu, lecz idę.

 

Czy ludzie budujący więzi mają jeszcze jakieś inne obawy?

 

Takie, że nie tylko ja wystawiam kogoś na próbę, ale też pozwalam siebie wystawić na próbę. Kiedy ktoś mi mówi, że jest mu ciężko, to ja muszę wiedzieć, co on mi naprawdę mówi. W dodatku to ja muszę zadecydować, w jaki sposób powinienem odpowiedzieć na prośbę tej osoby. Czy żartem, poklepaniem po ramieniu, czy poświęceniem nocy, dnia itd. To ja muszę zadecydować, jakiego ty mnie potrzebujesz. A zarazem ponoszę ryzyko tego, że moja decyzja, jakiego mnie potrzebujesz, jest błędna. Zgadzam się ponosić ciężar ryzyka, że się pomyliłem, i ty też ponosisz takie samo ryzyko.

 

Czasem jednak nie jesteśmy w stanie, albo nam się tak wydaje, zaangażować się, utrzymać więzi ze współmałżonkiem, współbratem, przyjacielem... Co Ojciec, mając duże doświadczenie w pracy z małżeństwami, w byciu duszpasterzem i przeorem, radzi w takich sytuacjach? Odbudowywać czy zostawiać w obawie przed większymi zranieniami? Jakie są drogi powrotu do siebie nawzajem?

 

Istnieją kryzysy w więzi, które są normalnym procesem ludzkiego wzrastania. Są one związane z naszymi wewnętrznymi przemianami, z dorastaniem, dojrzewaniem, przechodzeniem na kolejne etapy funkcjonowania, na przykład przechodzenie z etapu małżeństwa bez dzieci na etap małżeństwa z dziećmi. Małżeństwo bez dzieci ma mnóstwo czasu dla siebie, na zaangażowanie we wspólnoty czy w pracę zawodową. Kiedy pojawiają się dzieci, istnieje na przykład potrzeba porzucenia miejsca dotychczasowej pracy na kilka lat, co oznacza poświęcenie siebie na rzecz wychowywania dzieci. Ta konieczność zmiany funkcjonowania w codzienności oznacza wejście w kryzys. Polega on na tym, że dotychczasowy sposób naszego funkcjonowania okazuje się niewystarczający. Również nasza zdolność do adaptacji, do zmiany okazała się niewystarczająca. Kiedy wypracowaliśmy jakieś schematy naszej koegzystencji i nagle zaistniała konieczność zmiany, człowiek najczęściej robi to zbyt wolno w stosunku do potrzeb i wtedy pojawia się kryzys. Takie kryzysy w życiu człowieka przychodzą co kilka lat, chociaż w życiu osób starszych te trudne okresy się wydłużają nawet do lat kilkunastu. Kryzysy w oczywisty sposób mają duży wpływ na więzi. Muszę znaleźć nowy sposób odpowiadania na moją obietnicę przynależenia do bliskiej mi osoby. Chrześcijaństwo podsuwa konkretną podpowiedź. Wierność. To znaczy, jeśli nie wiem, jak mam odpowiedzieć na zmiany, to powinienem chociaż pozostawać wierny.

Istnieje humanistyczny pogląd, że jeżeli pozostawanie w więzi jest dla bliskiej mi osoby bardzo trudne i znacznie zubaża możliwości realizacji jej osoby, to lepiej, żeby zbudowała nowy związek. Znam jednak ludzi, którzy tego próbują, i mogę powiedzieć, że nie jest to dobra metoda.

 

A jeśli wierność wydaje się za trudna? Jeśli zdrada już się dokonała? Jak powracać?

 

To jest trudna próba. I uwzględniając to, że każda zdrada śmiertelnie rani osobę, której obiecaliśmy wierność, ale także śmiertelnie rani mnie, ponieważ odszedłem od siebie samego, przestałem być tym kimś, kim chciałem być. Koszt zdrady jest bardzo wysoki. Zdrada kwestionuje wszystkie dotychczasowe wartości, które osiągnąłem w życiu, w zasadzie wszystko traci sens. Ale chrześcijaństwo daje odpowiedź, że czas po zdradzie otwiera nowy etap mojego życia. Jeżeli uda się powrócić, wiedząc, skąd powróciłem i jak bardzo dużą krzywdę poprzez moją zdradę wyrządziłem komuś i sobie, to taki powrót jest ogromną szansą wejścia na zupełnie nowy etap budowania więzi, bardziej bezwarunkowej i prawdziwszej. To znaczy widzę ogromną szansę dla kogoś, kto pomimo zdrady próbuje powrócić do więzi. To jest dar, chwila nawrócenia, spotkania Boga i spotkania nowego samego siebie, bardziej prawdziwego. Ta chwila nawrócenia czasem odbywa się za cenę straszliwej krzywdy, którą wyrządzamy drugiej osobie. Ale w związku krzywda może być wybaczona i może stać się podłożem, na którym zostanie zbudowany zupełnie nowy poziom więzi i porozumienia. W takiej chwili docieram do prawdy o sobie: że jestem tak słaby i tak mały w więzi, którą buduję, a zarazem zdolny do niej.

 

Jak tworzy się więzi w praktyce?

 

Budowanie więzi polega chociażby na tym, żeby się nie spóźniać, kiedy się umawiam, i żeby być gotowym na spotkanie z bliską mi osobą codziennie. Tylko tyle. Realizując te dwa punkty, rozpoczynam proces wychodzenia z niedbałości i tego, co burzy zaufanie. A w byciu „na czas” jest ukryta duża część tego, co nazywamy ludzką kondycją. Gotowość spotykania się z bliską mi osobą codziennie oznacza, że więzi nie da się budować okazjonalnie, na zasadzie widzenia się raz na jakiś czas. Konieczne jest wejście na pewną drogę życiową, niezależnie od tego, czy mam wolny czas, czy jestem w dobrej, czy w słabej formie, czy jestem w stosunku do ciebie jakoś szczególnie przyjaźnie nastawiony, czy nie, ale chcę być z tobą.

 

Jak Ojciec sądzi, jakie będą ten nowy wiek i nowe tysiąclecie pod względem więzi międzyludzkich?

 

Myślę, że niestety istnieje duże zagrożenie spłycenia więzi ludzkich. Dlatego konieczne jest istnienie takich środowisk, które będą świadomie dążyły do budowania spotkania z całą osobą, do budowania trwałych małżeństw i wspólnot. Takie propozycje daje nam właśnie chrześcijaństwo. Więzi są niezbędne do przetrwania ludzkości otwartej na Boga, dlatego że obecne środki komunikacji, łączności pozwalają żyć w pewnym fałszu anonimowości. Dobrym przykładem mogą być internetowe listy dyskusyjne, kluby i strony fanów, które dają poczucie przynależności do grupy, przyjaźni, a przecież są zbudowane jednopoziomowo, na płaszczyźnie zaangażowania w jakieś hobby, bez spotkania z całą osobą, z jej słabościami, lękami, troskami. Pomijane jest wielopoziomowe zaangażowanie w więzi z ludźmi, z Bogiem i z sobą, związane z oddaniem swojego czasu, części życia dla spraw tak zwanego dobra wspólnego, które nie odbywają się na zasadzie hobby, tylko służby wobec innych. Chrześcijaństwo ma tutaj do przekazania niezwykle ważną wartość.

 

Jak walczyć o więzi we współczesnym świecie?

 

Ewangelicznie, to znaczy trzeba budować przez przenoszenie tajemnicy i prawdy z ust do ust. Poprzez tworzenie środowisk, grup, wspólnot, rodzin, małżeństw, bo w nich jest niesamowita siła świadectwa. Fascynujące, a przecież i do nas skierowane są słowa ludzi, którzy patrząc na chrześcijan, stwierdzają: „patrzcie, jak oni się miłują”. To jest odkrycie, że dotąd byli ślepi na tę część rzeczywistości, jaką jest miłość realizowana poprzez bycie w więzi.

 

Rozmawiała Elżbieta Konderak


... narzeczeństwie

 

Dać szansę małżeństwu: czy potrafię siebie ofiarować?

 

 

 

O co chodzi w narzeczeństwie? Jaka jest jego istota, jaki ma ono cel? O czym młodzi ludzie u progu małżeństwa powinni wiedzieć?

 

Narzeczeństwem nazywa się dzisiaj różne rodzaje związków. Niekiedy taki stan trwa wiele lat. Niektórzy przedstawiają się jako narzeczeni, ale planują ślub na przykład za pięć lat. Pytam wtedy: dlaczego, jeśli zdecydowali się na małżeństwo, nie zawierają go? Zazwyczaj odpowiadają, że muszą jeszcze załatwić różne ważne sprawy – zmienić pracę, czasem założyć firmę, kupić mieszkanie, i wtedy dopiero będą mogli zostać małżeństwem. Być może te postulaty są istotne, ale nie mogą być warunkiem zawierania małżeństwa. Myślę, że taki bliżej niezdefiniowany stan „związania bez związania” jest błędem na drodze do małżeństwa.

Narzeczeństwo to zewnętrznie wyrażona decyzja zawarcia małżeństwa. Zazwyczaj kandydat na małżonka odwiedza rodzinę dziewczyny i prosi rodziców o jej rękę. Jest to pozostałość z rytuałów rodzinnych sprzed wielu wieków, gdzie małżeństwo wiązało się ze skomplikowanymi obyczajami rodzinnymi. Przez związki małżeńskie rodziny wchodziły w nowe koligacje. Wzięcie za żonę dziewczyny nie było możliwe bez zgody jej rodziców. Mężczyzna starając się o kobietę, musiał przekonać rodzinę do swojej wiarygodności. Za nim wstawiała się jego własna rodzina, która świadczyła o jego wiarygodności jako przyszłego małżonka.

Dzisiaj trzeba rozróżnić kilka faz tworzenia więzi prowadzących do małżeństwa. Pierwszy etap to zawiązywanie znajomości. To czas poznawania i przyjaźni. Najlepiej jeśli to wzajemne poznawanie nie jest za bardzo wiążące i zobowiązujące, aby nie odbierało wolności decyzji. Powinno przypominać rozpoznanie terenu. Jaką osobą jest ta, która zwróciła moją uwagę? Dobrze, jeśli to dzieje się w jakichś grupach środowiskowych, w towarzystwie, wspólnotach, które nadają znajomości szerszy kontekst. Chodzi o takie warunki, w których z jednej strony można blisko współpracować, a z drugiej nie ma jeszcze zobowiązań, które nazwałbym zaangażowaniem.

Zaangażowanie to już drugi etap. Oznacza ono deklarację, że najbliższy, bliżej nieokreślony czas: miesiąc, rok, dwa lata, a w razie potrzeby dłuższy okres przeznaczy się na bycie z drugim, spędzanie razem czasu, poznawanie drugiego i w ten sposób także poznawanie samego siebie. Czas zaangażowania powinien być też czasem, w którym obie strony próbują odczytać to, czy faktycznie tworzy się między nimi bliska więź. Więc teraz przeznaczają siły, pieniądze i czas na to, by ze sobą być. Starają się także odpowiedzieć sobie na pytanie: czy moglibyśmy być mężem i żoną? Czy są jakieś realne przesłanki wskazujące na to, że potrafilibyśmy stworzyć taki związek? W chwili, kiedy każda z tych osób odkrywa w sobie takie pragnienie, i potrafi przedstawić to drugiej osobie, że rzeczywiście chce i jest w stanie tworzyć małżeństwo, jest to właściwy moment na narzeczeństwo, czyli na uroczystą deklarację: chciałbym być twoim mężem, jeżeli mnie zaakceptujesz; chciałabym być twoją żoną, jeżeli to będzie możliwe. I to jest moment zawarcia narzeczeństwa.

 

Jak długo powinien trwać okres narzeczeństwa?

 

Narzeczeństwo to przygotowanie do zawarcia małżeństwa, nie powinno trwać zbyt długo. Narzeczeni przecież już się znają. Decyzja odnośnie do zawarcia małżeństwa została podjęta i nie ma powodu, by czekać. Pragną zjednoczenia w małżeństwie, więc starają się je zawrzeć. Ten czas to okres wypracowania stylu funkcjonowania we wzajemnej relacji. Stylu prowadzenia sporów i jednania się. Oczekiwania cierpliwości u drugiego, ale i nienadużywania czyjejś życzliwości. W tym czasie należy postawić pytania o to, jak ma wyglądać ich małżeństwo. Na tym etapie należy przedyskutować i uzgodnić swoje poglądy, wizje, przyzwyczajenia i pewne różne oczywistości, które każdy wnosi w relację. Dobrą pomocą do tego są chociażby „Wieczory dla Zakochanych” – warsztatowy kurs przygotowujący do małżeństwa. Stwarzają one możliwość bezpiecznej wymiany poglądów i wypracowania metody rozwiązywania sytuacji konflik-towych.

Teraz możemy postawić kolejne pytanie: po czym można poznać, że ktoś jest już gotowy do zawarcia małżeństwa? Popularne, najczęściej „kobiece” poradniki, doradzają: „Sprawdź, czy będzie on dobrym partnerem w życiu, na zakupach, w towarzystwie, w łóżku i tak dalej...”. Ale to przypominałoby raczej wybór dobrego towaru. W ten sposób nie zawiera się małżeństwa. „Spójrz na jego rodziców”. „Przyjrzyj się jej matce, ona będzie tak wyglądała za dwadzieścia pięć lat”. Albo: „sprawdź, czy będzie dobrą gospodynią domową” – to nie są dobre porady. Najważniejsze kryterium, które powinno zostać spełnione, odnosi się do siebie, zadając pytanie: czy ja – na miarę tego, jak znam tę drugą osobę – jestem zdolny (zdolna) ofiarować swoje życie właśnie tej konkretnej osobie, takiej, jaka ona jest? Czy wierzę, że ona potrafi ten dar mojej osoby przyjąć? I czy widzę, że ten drugi robi wszystko, żeby ofiarować mi swoje życie? Czy potwierdzam gotowość przyjęcia tego daru? Nie odbywa się to zatem na zasadzie „sprawdzania” drugiej osoby. Najistotniejsze jest to, czy oboje potrafią podjąć decyzję ofiarowania siebie drugiemu. A po drugie: czy mają potwierdzoną doświadczeniem nadzieję, że dar osoby będzie zauważony, a następnie z całą delikatnością, mocą i szacunkiem przyjęty? Po tym można poznać, czy wzajemna relacja jest gotowa na deklarację narzeczeństwa. Deklaruje się wspólnie uzasadniony zamiar, by być mężem i żoną. Wtedy jest czas na rozpoczęcie przygotowań do zawarcia małżeństwa.

Dzisiaj jest taka moda, że ludzie deklarują narzeczeństwo po kilku tygodniach lub miesiącach znajomości, chcąc w ten sposób związać drugą osobę tak, by nie szukała już innych znajomości otwartych na małżeństwo. Myślą: zobaczymy, jak powiedzie się nam nasze narzeczeństwo. Jeśli będzie wszystko w porządku, to zdecydujemy się zawrzeć małżeństwo. Świadczy to o niezrozumieniu dynamiki związku. Taką wstępną deklarację związania w decyzji co najwyżej można by nazwać „zaangażowaniem”, chociaż w praktyce wygląda to na „zaklepanie”. Coś jakby: „jesteś mój, więc nie wolno ci szukać kogoś innego”. Rzeczywiste narzeczeństwo to deklaracja i gotowość na zawarcie małżeństwa. Bardzo ważne jest uświadomienie sobie, że jeżeli zaręczyny odbyły się publicznie, czyli na przykład wobec rodziny, to w przypadku zerwania z powodu jakichś szczególnych trudności, należy odwołać deklarację również wobec tego samego forum. I lepiej tego nie robić przez wysłanie SMS-a.

Spotkałem kilka par, które narzeczeństwo zawierały w taki sposób, że przyszły do księdza z prośbą o błogosławieństwo na czas wzajemnego wzrastania – aby był owocny w przygotowaniu do zawarcia małżeństwa. Myślę, że to bardzo dobry pomysł, świadczący o tym, że przygotowanie do małżeństwa nie jest tylko rozważeniem zasad taktycznych, ale również rodzajem rekolekcji: duchowym przygotowaniem na przyjęcie łaski małżeństwa. To cenne podejście, chociaż dzisiaj mało popularne. Obecnie akt narzeczeństwa dokonuje się raczej metodą faktów dokonanych. Moda na zamieszkanie razem spełnia rodzaj deklaracji i próby – „zobaczymy, jak to będzie”. Zdecydowanie się na współżycie seksualne bywa takim faktem, który stanowi dla ludzi domyślne zobowiązanie zawarcia małżeństwa. Choć niewyrażone wprost, jest zobowiązaniem faktycznym, a jednocześnie nadużyciem zaufania. Niestety, niektórzy w ten sposób próbują starać się o narzeczonych.

 

Jak Ojciec, ze swojego duszpasterskiego doświadczenia, ocenia wspólne zamieszkanie przed ślubem? Jak wpływa ono na kształt przyszłego małżeństwa?

 

Mieszkanie razem jest oczywiście sposobem na poznanie się bliżej, ale złym sposobem. Opinia, że wspólne mieszkanie jest szkodliwe dla związku, uważana jest za napaść. Niestety, są środowiska, w których ktoś, kto do momentu ślubu chce żyć osobno, dbając o klarowność i czystość relacji, budzi zdziwienie i dezaprobatę. Szkodliwą rolę odgrywają też obiegowe opinie i publiczne plotki powtarzane dość bezmyślnie przy okazjach towarzyskich, zwłaszcza rozpowszechnianie „wiadomości z życia gwiazd”. Niestety, wielu ludzi przyjmuje bez refleksji tego typu nowiny. Jakoś to pewnie sobie tłumaczą, że w dzisiejszych czasach po prostu mieszka się przed ślubem, bo z braku czasu nie ma innych sposobów na poznanie drugiego. Ciekawe, cóż się takiego stało, że obecnie wspólne zamieszkanie przed ślubem niekiedy traktuje się jako normę? Czy są to jakieś szczególne czasy? Trzeba zadać sobie pytanie nie o czasy, w jakich żyjemy, ale o to, czy mieszkanie ze sobą jest dobrym przygotowaniem do trwałego małżeństwa. Badania Krystyny Slany z Uniwersytetu Jagiellońskiego dowodzą, że trwałość tak budowanych relacji jest nieporównanie mniejsza niż budowanych inaczej. Jednak w powielanych bezmyślnie opiniach wspólne mieszkanie ocenia się jako przejaw odpowiedzialności za przyszłe małżeństwo. Oboje zainteresowani sprawdzają ponoć, czy potrafią ze sobą być na małej przestrzeni, czy umieją się ze sobą porozumiewać. W jakim więc stopniu znali się dotąd? Czy w inny sposób nie mogą odkryć, jaki jest styl ubierania się drugiej osoby, jak ona gotuje, czy jest pracowita, porządna itd.? Elementem takiego poznawania jest także okazywanie czułości, czasem współżycie seksualne. Chłopak i dziewczyna sprawdzają, czy potrafią być dla siebie czułymi kochankami. W obiegowych, bardzo prymitywnych przekazach, ten styl życia prezentowany jest jako oczywista i właściwa droga do małżeństwa. Jednakże, z drugiej strony, można zadać pytanie: dlaczego tak robią? Może po prostu nie wiedzą, co uczynić, żeby zbudować szczęśliwy związek. Skoro nie mają pojęcia, jak postępować, próbują poszukiwać na własną rękę, ewentualnie sięgają po różnego rodzaju poradniki, prześcigające się w proponowaniu cudownych rozwiązań. Nie wiem jednak, dlaczego – niezależnie od braku respektu dla Bożych przykazań i konsekwencji wspólnego zamieszkiwania przed ślubem – mało kto zauważa, że taka strategia budowania więzi jest po prostu szkodliwa dla osób przygotowujących się do małżeństwa.

Wspólne zamieszkanie przed zawarciem związku małżeńskiego nie może pozytywnie wpływać na kształt przyszłego związku. Po pierwsze – dla osoby wierzącej, bezmyślność w ogóle jest poważnym zaniedbaniem sumienia. Jeśli ktoś przyjmuje jakąś ważną informację bezmyślnie, to znaczy, że nie nadaje się do dorosłego życia. Po drugie – pewne zachowania przez kilka stuleci nie były akceptowane, a teraz się mówi, że są inne czasy, że rzecz uważana za niewłaściwą stała się właściwą. Co spowodowało tę zmianę? Czy rodzice mniej kontrolują swoje dzieci, czy też mamy większą swobodę w zdobywaniu mieszkania, większy dobrobyt? Jeżeli mamy tu do czynienia z bezmyślnością, to zadajmy sobie pytanie, czy jest ona dobrym nauczycielem przy zawieraniu małżeństwa? Jeżeli ktoś myśli o małżeństwie, musi zapytać siebie, czy chce je zawrzeć tak, by stworzyć trwały, szczęśliwy związek, czy może chce tylko popróbować, jakie ono będzie. Nie można, nie niszcząc miłości, przyjąć asekuracyjnej postawy: „Jeśli się okaże, że nie jesteśmy szczęśliwi, to się rozejdziemy”, bo to stwierdzenie automatycznie niszczy miłość. A jednak dzisiaj jest moda na stawianie warunków. Niezwiązanie się w formalny sposób wydaje się najlepszym wyjściem, bo zaoszczędza pewien rodzaj bólu podczas rozstania. Ale przecież tak podejmowana decyzja jest już w sumie pogrzebem tego związku. Wystawia go na próbę, z której nie można wyjść zwycięsko. Jeżeli zawiązuje się bardzo bliską relację i angażuje się całe swoje życie, i to na wszystkich płaszczyznach: pieniędzy, mieszkania, dzieci, to przerwanie takiej relacji nie jest dobrym pomysłem, gdyż każda porażka kończy mnóstwo naszych życiowych nadziei.

Także problemy z trwałością małżeństw powinny nam dać do myślenia. Nie wolno godzić się na to, że w „dzisiejszych czasach” małżeństwa nie są trwałe i tyle.

Co dzieje się w takim razie podczas takiego przygotowania do małżeństwa przez wspólne mieszkanie? Możemy powiedzieć w ten sposób: „Oczywiście, wspólne mieszkanie, włącznie z życiem seksualnym, przed ślubem, jest sposobem na poznanie się”. Problem w tym, że takie poznanie obciążone jest błędem. Jest poznaniem, które zawiera w sobie jakąś truciznę. Na czym ten błąd polega? Człowiek wchodzi w sytuację, która z punktu widzenia moralności Kościoła jest zamazaniem sakramentalnego znaku. Wspólne zamieszkanie przed ślubem jest tutaj albo wyrażeniem zamiaru zawarcia małżeństwa, czyli wyrazem dobrych chęci, albo wyrazem trudności mieszkaniowych. A ma być znakiem małżeństwa. Dlaczego według opinii oczywistej dla wszystkich myślimy, że mężczyzna i kobieta mieszkający w jednym mieszkaniu tworzą małżeństwo? Mężczyzna i kobieta tworzący małżeństwo nie wieszają na drzwiach mieszkania tabliczki z napisem „małżeństwo sakramentalne”, a żyjący w konkubinacie dla uniknięcia zgorszenia nie umieszczają z kolei napisu „wolny związek, ale nie współżyjemy”. Nie istnieją takie zewnętrzne rozróżnienia. Mieszkanie kobiety z mężczyzną to małżeństwo. Przynajmniej jeszcze powszechnie tak to zjawisko rozumiemy. Bywa również tak, że poznajemy wspólnie żyjącą parę, niebędącą jeszcze małżeństwem, i zastanawiamy się wówczas, czy to dobrze, że oni razem mieszkają. Dobrze, jeśli takie pytania w ogóle się pojawiają. Gorzej, gdy taką sytuację odbieramy jako normę. Istnieją przecież środowiska uznające te zjawiska za oczywiste. Ludzie mieszkają wspólnie i w jakimś momencie pobierają się. Ale przy takim traktowaniu sprawy chyba tylko jakiś bardzo silny impuls musiałby sprowokować decyzję zawarcia małżeństwa. Można wyobrazić sobie takie impulsy. Dla przykładu: mama i tata siedzą człowiekowi na głowie i mówią: „Weź się wreszcie za siebie i ożeń się!”. Drugi argument, jaki może się pojawić, to słuszna niechęć, aby małżeństwo traktować tylko jako akt prawa – kościelne sformalizowanie związku, aby znowu legalnie przystępować do sakramentów. Bywa, że motywem zawarcia formalnego związku jest chęć ratowania go w sytuacji, gdy już się rozpada. Czasem motywem tym jest pojawienie się dziecka. I znowu widzimy kolejne pytanie: czy te motywy zewnętrzne powinny prowadzić do zawarcia małżeństwa?

Jak już wspomniałem wcześniej, motywem do zawarcia małżeństwa powinno być pragnienie, aby stać się darem wzajemnym. Jednak ten dar był już w pewien sposób dawany wcześniej i niestety został zaprawiony trucizną. Jaką truciznę mam na myśli? We wspólnym mieszkaniu tkwi następujące założenie: „Nie znamy się jeszcze wystarczająco, nie wiemy, czy potrafimy być małżeństwem, więc zamieszkajmy, żeby się sprawdzić”. Tylko że jest to eksperyment na żywych ludziach. Sama sytuacja stwarza taką eksperymentalną sytuację. Co ona oznacza? „Próbujmy, starajmy się. Jeżeli się okaże, że nie potrafimy żyć jak w małżeństwie, w zgodzie, w jedności i szczęściu, albo nie sprawdzamy się jako potencjalny ojciec czy kochanek, gospodyni domowa, sprzątacz, pracownik zarabiający pieniądze, to się rozejdziemy bez większych kosztów”. Jak się zachowuje człowiek w takiej sytuacji? Stara się oczywiście sprawdzić. No i sprawdzi się. Będzie się starał. Będzie sprzątał, gotował, będzie uśmiechnięty, umyty, uczesany, nawet perfumami się pokropi, będzie się dobrze zachowywał, nie będzie się lenił, będzie się sprawdzał jako kochanek. A jeżeli nie postara się... no, to dopiero wpadnie w kłopoty. Straci: mieszkanie, wszystkie nadzieje, współtowarzysza na swojej drodze życiowej. Zatem robi, co może. No i tak starając się, człowiek potrafi wytrzymać jakiś czas. Rekordziści, których znam, wytrzymali, żyjąc w ten sposób ładnych kilka lat. Ten związek miał różne fazy, w końcu niemal całkowicie się załamał. Jednak para uznała, że skoro już tyle czasu są ze sobą, to najlepszym sposobem na postawienie związku na nogi będzie decyzja o zawarciu ślubu. Zdecydowali się na sakramentalny ślub i po dwóch tygodniach żona wyprowadziła się od już sakramentalnego męża, i powiedziała, że nie chce go więcej widzieć. On z kolei zrozpaczony przyszedł do księdza zapytać, co może w tej sytuacji zrobić. Kiedy poznałem historię początku ich związku, zrozumiałem, że zawarcie małżeństwa było ich sposobem na ratowanie tego rozlatującego się konkubinatu. Myślę, że zabrakło tam pragnienia zawarcia trwałego, nierozerwalnego, małżeńskiego, bezwarunkowego związku miłości. Tego typu błąd w różnych wersjach popełniają ludzie, gdy wejdą w sytuację, w której próbują „się sprawdzić”.

 

A jak sobie radzić w przypadku sytuacji konfliktowych, które w szczerych relacjach narzeczeńskich też często się zdarzają?

 

Oczywiście są sprawy, które wymagają uzgodnienia. Wszystko można omówić, poczynając od tego, czy będą spać przy otwartym, czy przy zamkniętym oknie, aż po kwestię wydawania pieniędzy i wyboru miejsca, w którym chcieliby spędzać wolny czas. Pojawiają się także znacznie poważniejsze pytania: „Czy pracujemy dla pieniędzy, czy dla idei; czy chcemy mieć w małżeństwie dzieci?”. Porozumienie się co do tych wszystkich rzeczy oznacza także wchodzenie w sytuacje konfliktowe. Jeżeli kobieta i mężczyzna nie są małżeństwem, a mieszkają ze sobą, to w przypadku „niesprawdzenia się” grozi wyrzucenie z domu albo odejście tej drugiej osoby. Co zatem w takich związkach robi się z konfliktami? Po prostu unika się niezręcznych sytuacji na zasadzie: „Dobra, no to już nie rozmawiajmy o tym. Jest tyle przyjemniejszych rzeczy, które moglibyśmy dzisiaj zrobić; nie mówmy o tym, co nas dzieli”. Nie wchodzi się w konflikt, aby uniknąć problemu i pojednać się. W sytuacji konkubinatu tego rodzaju omijanie sytuacji konfliktowych samo się narzuca jako rozwiązanie. Wiele takich związków, pomimo nierozwiązanych, zamiecionych pod dywan sytuacji, wciąż pozostaje w relacji. Ale nie można konfliktów zbierać bez końca. Bo co się dzieje? W momencie gdy ludzie zawierają małżeństwo, traktując je jako zalegalizowanie – przez przywołanie Bożej mocy – dotychczasowego nielegalnego związku, nagle odkrywają sytuacje konfliktowe jako zagrożenie. Okazuje się, że te nieporozumienia, które dotąd postrzegano jako przejściowe, mają już ciągnąć się do końca życia. Zadają więc rozpaczliwe pytanie: „To na tym ma polegać zawieranie małżeństwa?”; „Czyli on wciąż będzie się zachowywał tak jak do tej pory?”; „Będzie tak mnie ranił przez całe życie!?”. Małżeństwo staje się wtedy straszną pułapką. Wszystkie nierozwiązane sytuacje wybuchają z potworną siłą. Ta energia niszcząca związek została zmagazynowana już dużo wcześniej we wszystkich nierozwiązanych konfliktach.

 

Jakie jeszcze zagrożenia niesie ze sobą sytuacja konkubinatu?

 

Zamazanie znaku. Znaku wspólnego życia, mieszkania, wspólnych pieniędzy, wspólnie spędzonego czasu... Przede wszystkim jednak zamazuje się prawdziwe znaczenie wspólnego mieszkania i ogromnej intymności życia. Odsłonięcie przed drugim samego siebie, w tym sfery seksualnej – także pełnej treści – dla wielu ludzi ma duże znaczenie. Nie jest tylko jakimś banałem, jak czasem – podobno modny – seks towarzyski, uchodzący za sposób nawiązywania znajomości...

Zamazanie znaku to duże niebezpieczeństwo. Człowiek wprawdzie żyje jak w małżeństwie, ale na szczęście czasem przeczuwa, że może to się Panu Bogu nie podoba. Na pewno nie podoba się to rodzinie. Po prostu, w myśl rodzinnych tradycji, nie wygląda to dobrze. Pojawia się więc naleganie na „zalegalizowanie związku”. Tyle że małżeństwo nie może być aktem legalizacji czegoś nielegalnego. Słusznie dzisiaj odrzuca się taką wizję związku małżeńskiego. Bo czy decyzja legalizowania związku faktycznie coś zmieni? Czy jest to prawdziwie wolna decyzja zawarcia małżeństwa? Co faktycznie wyznacza moment ślubu? Czy może była to jedynie uroczystość, którą się w takich sytuacjach robi na pokaz, żeby goście się cieszyli? Przecież decyzja ta sprowokowana została przez czynniki zewnętrzne, a nie chęć zawiązania więzi małżeńskiej. Przecież ci ludzie twierdzą, że już wcześniej żyli w doskonałej harmonii. Ślub zatem nie był momentem zawiązania prawdziwej jedności, tylko publicznym objawieniem światu, że już są małżeństwem. To rodzi nieporozumienie na poziomie znaków widzialnych.

Przypatrzmy się, czym owocuje zatarcie się różnicy między stanem przedmałżeńskim a małżeńskim. Przede wszystkim bardzo łatwo zagubić widzenie swojego związku jako małżeństwa sakramentalnego. Bardzo łatwo o zdrady, o zdejmowanie obrączki na spotkaniu towarzyskim. Człowiek w tej sytuacji raczej traci jasność widzenia szczególnie tego, kim on sam naprawdę jest. Wcześniej mu się wydawało, że jest mężem, a teraz równie dobrze może mu się wydawać, że nim nie jest. Spotkałem wielu ludzi, którzy nie zauważają faktu, że są mężem i żoną. Przyszedł do mnie kiedyś z pytaniem pewien człowiek, który półtora roku po ślubie rozszedł się ze swoją sakramentalną żoną, i mówi: „Rozszedłem się ze swoją żoną i chciałbym zawrzeć nowy związek. Czy można to małżeństwo jakoś odkręcić?”. W sumie nie ofiarował się naprawdę, zawierając ślub, a teraz chce wykręcić się z wiążącej go sytuacji. Ważna jest zatem świadomość, że nie chodzi tylko o rytualny moment przejścia ze stanu narzeczeńskiego do małżeńskiego, ale o dokonanie pewnych rytualnych znaków, które uświadomią i pozwolą zauważyć tę duchową zmianę, dokonującą się w chwili zaślubin.

 

Co Ojciec może polecić tym, którzy może właśnie w tym momencie żyją w konkubinacie i przygotowują się do ślubu? Jak podejść do tej sytuacji w taki sposób, by po ślubie coś jednak się zmieniło? Aby zauważyć różnicę życia przed ślubem i po nim?

Na kursie przygotowującym do małżeństwa narzeczeni nabywają w minimalnym stopniu umiejętności radzenia sobie w sytuacjach konfliktowych. Proponujemy również, by osoby znajdujące się w sytuacji konkubinatu lub współżycia pozamałżeńskiego, zrezygnowały z tego. Znam ludzi, którzy na taką sugestię odpowiedzieli najlepiej jak potrafili: zrobili wszystko, aby odtworzyć prawdę o relacji narzeczeńskiej i nie współżyć do czasu zawarcia małżeństwa. Niekiedy próbują różnych sposobów. Czasami starają się odseparować, zamieszkać chociaż w oddzielnych pokojach, wyraźnie unikają nadmiaru intymności, która ich pchała do grzechu. Znam chłopaka, który wyprowadził się do kolegi, a narzeczonej zostawił swoje mieszkanie. Najlepszym sposobem, by przywrócić wartość znakom, jest decyzja na zamieszkanie osobno przed ślubem i na rezygnację z seksu. Dlaczego? Dlatego że relacja seksualna daje mnóstwo przyjemnych przeżyć, mnóstwo obiecuje, daje też poczucie wielkiej intymności, bliskości, ale jest to niestety poczucie złudne. Brakuje wypełnienia tego kontaktu prawdziwą treścią. Seks daje poczucie bliskości, ale nie jest pewne, czy oznacza faktyczną bliskość. Być może brakuje w tej relacji elementarnej odpowiedzialności moralnej. Warto zadać przy tej okazji pytanie, dlaczego niektórym się wydaje, że potrafią zbudować lepszy związek bez respektowania Bożej woli? W innych sprawach wydaje się, że korzystne jest respektowanie Bożych przykazań. To ciekawe, że w przypadku relacji seksualnej ludzie łatwo się gubią i zaczynają mijać się z prawdą.

 

Dlaczego ludzie gubią jedność z Bogiem na etapie przygotowania do małżeństwa?

 

Zazwyczaj ma to związek z rozumieniem nauki Kościoła. Ludzie uważają, że wymagania, o których rozmawiamy, są wymysłem księży. Nie widzą, że znak wspólnego mieszkania oznacza również sakrament.

Warto odwołać się też do dynamiki intymności, zauważając, że związane z tym napięcie wcale nie musi sprzyjać budowaniu więzi. Bywają ludzie, którzy mówią, że śpią w jednym łóżku i nie współżyją. Trudno im nie wierzyć, jeśli tak deklarują. Chociaż warto, żeby czasem pamiętali o sile wyobraźni... Takie sytuacje także zagrażają intymności, nawet przy chęci wstrzemięźliwości od seksu. Nie da się uniknąć nadmiernego napięcia, stymulowanego przez fizyczną bliskość mieszkania w jednym domu. Pragnienie wytrwania bez seksu do chwili ślubu nie spełnia wystarczająco roli hamulca. Poza tym takie zachowanie może być szkodliwe. Zdarza się, że ktoś tak skutecznie powstrzymywał się od seksu, jednocześnie żyjąc w dużej intymności wspólnego zamieszkania, że po ślubie nie był już zdolny do współżycia. Takimi problemami zajmuje się seksuolog.

Człowiekowi potrzebne są wyraźne znaki. „Znak sprzeciwu”, jakim jest czystość zawierania małżeństwa, jest bardzo potrzebny dzisiejszym ludziom. W związku, który udaje małżeństwo, zawarta jest trucizna tymczasowości, o której już wspominałem. Truje ona związek chociażby przez wykonywanie gestów, które powinny znaczyć więcej, niż oznaczają w tym momencie. Nie chodzi o gesty poznawania się i przygotowywania do małżeństwa, ale o gesty małżeństwa. Gesty mówią więcej, niż tylko to, że ktoś chce się zbliżać do drugiego, bo dwie osoby sobie ufają. To przecież za mało. Współżycie małżeńskie oznacza bezwarunkowe oddanie, a to może odbywać się tylko w relacji osób zaślubionych. Nie powinno być gestem, z którego można się wycofać bez straty.

 

Kursy przedmałżeńskie to tylko kilka spotkań, a całe przygotowanie do ślubu wydaje się bardzo trudne. Co może Ojciec zaproponować osobom, którym taki kurs nie wystarcza?

Tego typu pytanie próbuje przerzucić odpowiedzialność za związek małżeński na Kościół, na duszpasterzy. Kurs – jaki by nie był – trwa zawsze bardzo krótko, nawet jeżeli zwiększymy liczbę godzin z dziesięciu do stu. Do zawodu ludzie przygotowują się podczas pięciu lat studiów, a do zdania najważniejszego w życiu egzaminu, jakim jest małżeństwo, chcą podejść intuicyjnie. Kto może ich nauczyć budowania małżeństwa przez kilka godzin? Kurs przedmałżeński ma pomóc w trzeźwym rozważeniu tematyki dotyczącej ich małżeństwa i przygotować na zmiany, jakie nastąpią w ich przyszłym życiu w przestrzeni etyki i moralności. Spójrzmy na najprostszy przykład: do tej pory współżycie było grzechem, a w małżeństwie jest cnotą. Co się stało? Na spotkaniach przedmałżeńskich pomagamy zrozumieć nowość tej sytuacji. Trzeba zobaczyć, że rozpocznie się zupełnie nowy etap życia. Temu ma służyć katecheza przedmałżeńska. Jednak nauka życia w małżeństwie bierze swój początek w relacjach rodzinnych. Dzieci obserwują rodziców i ich sposób odnoszenia się do siebie. Przypatrują się ojcu jako mężczyźnie i matce jako kobiecie. Widzą, jak żyje mąż, jak postępuje żona, jak rodzice traktują swoje dzieci. Często młodzi małżonkowie za wszelką cenę próbują unikać błędów swoich rodziców, stawiając to zadanie jako priorytet w budowaniu małżeństwa. Jednak budowanie życia opartego na kontraście w stosunku do wyimaginowanego wroga nie jest dobrą metodą działania. To, co przygotowuje do małżeństwa, to umiejętność funkcjonowania w życiu społecznym, w różnych grupach i duszpasterstwach, gdzie można w jakiś sposób dzielić się własnym bogactwem. Uczą tego wszystkie dobre przyjaźnie, szczególnie te pomiędzy chłopcami i dziewczynami. Dobrze, jeśli nie odbywa się to w związkach niby-małżeńskich, a tylko na poziomie przyjaźni. Przyjaźń uczy dojrzałości w relacji z płcią przeciwną. Natomiast kursy przedmałżeńskie mają człowiekowi pomóc zorientować się w tematyce małżeńskiej.

 

Co sprawia największe trudności narzeczonym podczas kursu?

 

Odejście z domu i zadbanie o zupełnie inną jakość relacji z rodzicami – to dzisiaj ogromna słabość narzeczonych. Drugą trudność stanowi etyka seksu. Wyczuwa się dzisiaj ogromną presję związaną z propagowaniem antykoncepcji jako jedynego odpowiedzialnego podejścia do świadomego ojcostwa i macierzyństwa. Widzę w tej dziedzinie nieufność do nauki Kościoła. Wyśmiewanie tej nauki sprawia, że księży traktuje się jak ludzi, którzy bawią się w utrudnianie innym życia. Kolejną trudną sprawą jest kwestia wiary, traktowana nieraz jako temat tabu. Szczególnie trudny jest dialog narzeczonych wtedy, gdy któreś z nich jest w fazie poszukiwań i nie potrafi określić do końca swojej tożsamości. Wzajemna relacja narzeczonych powinna uwzględnić tę trudność w spotkaniu, ale nie odkładać ustaleń na później.

 

Rozmawiali: Łukasz Woś OP i Krzysztof Michałowski OP

 

 

 

 

 

 

 


... sakramencie małżeństwa

 

Umierać dla miłości

 

 

 

Ojcze, im dłużej jestem w małżeństwie, tym bardziej zdumiewa mnie tajemnica sakramentu małżeńskiego. Mam wrażenie, że nie dorastam do tego, czego Bóg w tym sakramencie dokonuje. I zadaję sobie pytanie, czy ślubujący przed ołtarzem dwudziestokilkulatkowie (bo przecież to oni w przeważającej części zawierają małżeństwa) wiedzą, w czym uczestniczą?

 

Rzadko spotykam narzeczonych, którzy zastanawiają się nad tym od strony teorii. Zdarzają się jednak tacy, którzy wielką wagę przywiązują do tego, że małżeństwo to sakrament. Często jest to gorliwość neofity, który jest przekonany, że jemu wszystko w życiu się uda. Warto to wspierać, bo dobrze, kiedy człowiek ma dalekosiężne plany, ale też wiem, że ta zbyt idealistyczna wizja małżeństwa musi zostać sprawdzona w rzeczywistości. Myślę jednak, że to jest typowe, iż każdy człowiek zawierający małżeństwo jest ułomny w swoim rozumieniu i zdolności do przyjmowania łaski tego sakramentu. Bo któż nie jest ułomny w Bożych sprawach? Czy ja, przyjmując sakrament kapłaństwa, wiedziałem naprawdę, co on oznacza? Próbowałem to rozumieć i chciałem przyjąć, ale nie znałem rozmiarów mojej słabości. Nie znałem też piękna każdej chwili wierności Bogu działającemu w tym sakramencie. Nie zdawałem sobie sprawy, podobnie jak ludzie wstępujący na drogę małżeństwa, że będzie to w konkretnych chwilach życia naprawdę trudne.

 

Czy Kościół stawia jakieś ograniczenia osobom zawierającym małżeństwo?

 

Dla zawarcia małżeństwa Kościół stawia warunek elementarnego rozeznania w sprawie. Prawo kanoniczne określa, że dla zawarcia małżeństwa konieczne jest – to niestety może zabrzmieć jak żart – aby człowiek był w stanie odróżnić, iż oprócz niego w małżeństwie jest jeszcze druga osoba, żeby był zdolny próbować zrealizować zadanie prokreacji i żeby wiedział, że małżeństwo jest czymś „na zawsze”. Wynika z tego, że – w założeniach – Kościół nie próbuje ograniczać dostępu do sakramentu małżeństwa, nawet gdy spodziewa się trudności w jego realizacji. Jeżeli istnieje jakakolwiek szansa na zaistnienie związku osób, to duszpasterze mają otwierać drogę do zawarcia małżeństwa. Dotyczy to także osób upośledzonych, a także osób, które zawierają małżeństwo pod presją okoliczności, jeśli zdają sobie sprawę z ograniczeń wolności, ale decydują się na wspólne życie. Gdy już małżeństwo zaistnieje, Kościół ochrania ten węzeł – sakrament i niełatwo godzi się na podanie go w wątpliwość.

Osobiście spotkałem bardzo wiele małżeństw, które twierdziły, że ich związek już nie istnieje, a po kilku próbach dotarcia do istoty problemu okazywało się, że takie radykalne stwierdzenie było wołaniem o miłość ukochanego, ale wyrażonym w sposób paradoksalny. Chcę powiedzieć, że sakrament małżeństwa jest darem Boga, który wewnętrznie buduje związek i daje małżonkom siłę odtwarzania wspólnoty właściwie w każdej sytuacji.

Prawda o mocy sakramentu oznacza także to, że nawet jeśli małżonkowie nie potrafią ze sobą być i decydują się na separację, czyli oddzielne mieszkanie, to ich małżeństwo trwa nadal. Wciąż są mężem i żoną, i jako tacy staną przed Bogiem. Kościół akcentuje tutaj przede wszystkim duchowy wymiar związku i w tym widzi największą wartość małżeństwa.

 

Młodzi małżonkowie stoją u progu tajemnicy nowego sakramentu. Co ona ze sobą niesie?

 

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.