Krótka historia książek zakazanych - Werner Fuld - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 411 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 37 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krótka historia książek zakazanych - Werner Fuld

[color=black][font=Andika]• uniwersalna historia książek prześladowanych, palonych i zakazanych, cenzury, a czasem też autocenzury autorów[/font][/color]

[color=black][font=Andika]• od starożytności po czasy współczesne, od Owidiusza po "Szatańskie wersety"; Europa, Ameryka, Chiny i kraje islamskie[/font][/color]

[color=black][font=Andika]• opowieści zaskakujące, wstrząsające, niewiarygodne, smutne, śmieszne, od których trudno się oderwać [/font][/color]

[color=black][font=Andika]Autor opisuje niezwykłe losy książek i pisarzy zakazanych ze względów społecznych, politycznych, obyczajowych i religijnych; prześladowanych zarówno przez władców, dyktatorów jak i w krajach demokratycznych (nawet dzisiaj w Niemczech na indeks trafia około 300 książek rocznie, a w Ameryce odbywają się rytualne spalenia Harry’ego Pottera), przez Inkwizycję i różne kościoły (w XII wieku wprowadzono dla świeckich zakaz nie tylko czytania Biblii, ale nawet rozmów na jej temat z uzasadnieniem, że nie wolno rzucać pereł przed wieprze).[/font][/color]

[color=black][font=Andika]Przedstawia również historie książek palonych, niszczonych i gorliwie wycofywanych z obiegu przez samych pisarzy. Goethe co kilka lat palił wszystkie swoje dzieła, uznając, że nie są wystarczająco dobre; Kafka kazał w testamencie spalić wszystkie rękopisy i tylko nieposłuszeństwo wykonawcy testamentu ocaliło pisma warte dziś miliony dolarów, Remarque, dziennikarz i początkujący pisarz z niewielkim dorobkiem, by zwiększyć szanse sprzedaży "Na Zachodzie bez zmian", został skłoniony przez[/font][/color][color=black] [/color][color=black][font=Andika]wydawnictwo do stworzenia legendy, że jest żołnierzem, którego autentyczny pamiętnik stanowi ta książka.[/font][/color]

Opinie o ebooku Krótka historia książek zakazanych - Werner Fuld

Cytaty z ebooka Krótka historia książek zakazanych - Werner Fuld

Ostatnia powieść Vladimira Nabokova pozostała niedokończona. Jeszcze na szpitalnym łóżku, ścigając się ze śmiercią, pracował on nad rękopisem, którego pierwszą wersję spisał jak zwykle na małych kartach katalogowych. Umierając 2 lipca 1977 roku, pozostawił 138 takich karteluszków w formacie A7 z początkiem powieści pod tytułem Oryginał Laury i ironicznym podtytułem Umieranie to świetna zabawa . Gdy stwierdził, że nie doprowadzi już tego dzieła do końca, polecił spalić karty po swojej śmierci. Jego żona Vera i syn Dmitri sprzeciwili się temu życzeniu i zamknęli fragment w sejfie. Odtąd wielbiciele tego autora, ekscytowani nowymi szczegółami, które Dmitri ujawniał
nawet jej. Nie potrafimy zweryfikować, czy Truman Capote po wielkim sukcesie Śniadania u Tiffany’ego rzeczywiście wyrzucił nową powieść, którą właściwie uważał za obiecującą, bo coś mu w niej przeszkadzało. Pewne jest, że Nabokov po długich wahaniach co do możliwości realizacji tematu i zdesperowany trudnością kompozycji chciał spalić pierwsze rozdziały swojej powieści Lolita i porzucić cały zamysł. W ostatniej chwili powstrzymała go żona. Jest też zresztą przeciwny przypadek: żona Roberta Louisa Stevensona, przeczytawszy rękopis noweli Niezwykły przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a , powiadomiła przyjaciela, że jej mąż napisał zupełnie bezsensowną książkę: „Na szczęście znów o niej zapomniał, więc pokażę Ci ją, a potem spalę”.
Nie wiadomo, dlaczego Wergiliusz polecił w testamencie spalić Eneidę . Starożytne źródła (np. Pliniusz, naturalis historia 7, 114) podają jako przyczynę nieukończony stan dzieła, ale może autor po prostu stwierdził, że to epos okropnie nudny. W każdym razie August sprzeciwił się tej ostatniej woli, a Rafael w grisaille’u pod freskiem Parnas w stanzach przedstawił nader dramatycznie scenę ratowania rękopisu z płomieni. Sam
opublikowanej jeszcze w 1953 roku, ale nadal aktualnej powieści 451°C Fahrenheita Ray Bradbury opisuje, jak wskutek wkradających się przyzwyczajeń powstają zakazy bez wyroku. Jak wiadomo, zadaniem straży pożarnej jest w tej powieści tropienie książek w prywatnym posiadaniu i palenie ich jako materiałów niebezpiecznych. Jak do tego doszło, opisuje szef tych zalegalizowanych podpalaczy: nie było państwowej cenzury – poziom intelektualny kultury masowej dostosował się

Fragment ebooka Krótka historia książek zakazanych - Werner Fuld







WERNER FULD

KRÓTKA HISTORIA
KSIĄŻEK ZAKAZANYCH


Tytuł oryginału: Das Buch der verbotenen Bücher

Universalgeschichte des Verfolgten und Verfemten von der Antike bis heute

Projekt okładki: Agencja Interaktywna Studio Kreacji (studio-kreacji.pl)

Redakcja: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

First published under the imprint Galiani Berlin

© 2012, Verlag Kiepenheuer & Witsch GmbH & Co. KG,

Cologne/Germany

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Bogdan Baran

ISBN 978-83-7758-726-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Przedmowa

Zakazywanie książek, nawet jeśli zgodne z prawem, nic w ogóle nie daje, a przed zewnętrznym prawem zabronione jest wszelkie takie ingerowanie w prawo ludzkości do tego, by każdy mógł publicznie wypowiedzieć swoje myśli bez pociągania go za to do odpowiedzialności, jeśli tylko nie narusza praw innego człowieka.

Johann Adam Bergk, Die Kunst, Bücher zu lesen,

Jena 1799

Gdyby dyktatorzy rzeczywiście dysponowali siłą, w którą tak uparcie i nieroztropnie wierzyli, nie byłoby znacznej części naszej światowej literatury. To, że dzieła przetrwały mimo wszystkich prześladowań i zakazów, jest równie godne uwagi, jak z biegiem stuleci wciąż na nowo obalane przekonanie prześladowców, że wraz z życiem autora można wymazać też jego idee. Władcy ze wszystkich epok i kultur, od wykształconego króla po prymitywnie fundamentalistycznego wodza plemienia, od cesarza Augusta po chińskiego sekretarza partyjnego, nie byli i nadal nie są zdolni pojąć, że idee są silniejsze od ustaw.

Ta historia zakazanych książek opowiada nie tylko o łańcuchu ucisku, o zniszczonych dziełach i mordowaniu autorów, lecz jest także kroniką zwycięstw słowa nad przemocą. Potrzeba było potężnych wysiłków, wielkich nakładów ze strony władz, a także ogromnych środków czerpanych z podatków, by niechciane pisma wytropić, skonfiskować i zniszczyć. Cały ten trud był daremny. Żaden zakazany rękopis nie pozostał nieprzeczytany, każdą zarekwirowaną książkę dało się zdobyć gdzie indziej. Każda próba zablokowania dzisiaj w jakimś kraju stron internetowych z niewygodnymi treściami jest z góry skazana na niepowodzenie. Historia zakazów jest więc przede wszystkim historią przetrwania zapisanej w książkach ludzkiej pamięci.

Uratowanie zakazanego manuskryptu przed zniszczeniem i przekazanie go dzięki temu potomnym wymaga zawsze osobistego zaangażowania i odwagi cywilnej. W posłowiu do Romanzero zmuszony do emigracji Heinrich Heine pisał: „Poezje, które zawierały choćby drobne uszczypliwości względem naszego dobrego Boga, z nabożną gorliwością powierzyłem płomieniom. Niech lepiej płoną wiersze niż wierszokleta”. Było to oczywiście tyleż przesadne co nieprawdziwe: Heine miał wystarczająco rozwiniętą samoświadomość, by nie stosować autocenzury, ani nie zagrażała mu już żadna kara cielesna. Te czasy minęły – uważano. Nikt nie liczył się z powrotem politycznie lub religijnie motywowanego terroru sumień. Wszelako najdrobniejszy wers może być w pewnej historycznej sytuacji iskrą, która wznieci pożar oporu. Algierski pisarz Boualem Sansal, laureat Pokojowej Nagrody Księgarzy Niemieckich 2011, został wyklęty we własnym kraju, ponieważ broni się przed cynizmem dzierżących władzę swoimi zakazanymi w Algierii książkami. Jeszcze żyje w swej ojczyźnie, choć inni stracili życie w niewyjaśnionych okolicznościach, a wielu uciekło przed dyktaturą milczenia. Dlatego pomyślmy tutaj o tych, którzy często z narażeniem życia i w dramatycznych okolicznościach ratowali przed zniszczeniem coś zakazanego. Ich dzielności zawdzięczamy więcej niż tylko książki.


1
Porządek, miłość i skrucha

Cmentarz Highgate, Londyn, 1869: w bladym świetle latarni malarz Dante Gabriel Rossetti otwiera potajemnie grób swojej zmarłej siedem lat wcześniej żony Elizabeth. Wszakże to nie chora miłość każe mu ujrzeć ją raz jeszcze, a co zostało z niej po tylu latach, tego też wolimy raczej nie wiedzieć. Celem jego gorączkowego działania napędzanego nieczystym sumieniem i obawą przed zdemaskowaniem go jako hieny cmentarnej jest małe pudełko. Audrey Niffenegger przywołuje ten epizod w powieści Her Fearful Symmetry [Jej lękliwa symetria], a widmowa scena wydaje się wymyślona przez autorkę. Zmyślona jednak nie jest i stanowi osobliwy rozdział historii angielskiej literatury.

Elizabeth Siddal była wielką miłością jego życia: uboga szwaczka, która pozowała młodym malarzom do czasu, aż Rossetti spotkał ją u kolegi i uczynił swoją ulubienicą. Jej eteryczną urodę, zupełnie pokonaną przez suchoty i pozbawione złudzeń spojrzenie nieznające już przyszłości, znajdujemy na wielu słynnych obrazach prerafaelitów, które wyznaczyły estetyczny ideał całej epoce. Ich związek trwał dziesięć lat, aż w końcu Rossetti poślubił przeznaczoną śmierci; Elizabeth urodziła martwą córeczkę i zmarła. Oszalały z żalu włożył do grobu podczas pochówku jedyny rękopis wszystkich swoich wierszy w kasetce, którą okrył długimi włosami ukochanej. Zakazał sobie, przyjaciołom i potomnym czytania tych wierszy. Miały na zawsze należeć do jego ukochanej żony. Czas wszakże nie tylko leczy rany, ale też je zadaje: żal gasł, w miarę jak rosła sława Rossettiego, a z nią próżność. Przekonany, że nie może odmawiać światu swej liryki, otwarł trumnę Elizabeth, znalazł pudełko w miejscu, gdzie wcześniej były jej piersi, i następnego roku opublikował wiersze. Gdyby nie ta historia, o poecie Rossettim świat dawno by zapomniał, gdy tymczasem tragiczne piękno Elizabeth przetrwa na obrazach po wsze czasy.

„Drogi przyjacielu, błagam pana, proszę zniszczyć wszystkie egzemplarze Lizystraty i wszystkie złe rysunki (…)”. Tak brzmiały ostatnie linijki śmiertelnie chorego Aubreya Beardsleya napisane do jego wydawcy Smithersa. Zgodnie z ówczesnym angielskim prawem ciągle wznawiana komedia Arystofanesa nie była nieprzyzwoita – nieprzyzwoite natomiast były włosy łonowe kobiet na ilustracjach Beardsleya. Sprytny prawnik Leonard Smithers wydrukował zatem tylko sto egzemplarzy dla subskrybentów, czym ominął zakaz. Beardsley zyskał sławę jako ilustrator czasopisma „The Yellow Book”, ale w wirze skandalu wokół Oscara Wilde’a stracił zlecenia, Smithers zaś, nazywany przez współczesnych „najbardziej cwanym z wydawców”, przyjął go z otwartymi ramionami. Działał na kilku frontach: zarabiał na literaturze erotycznej we Francji i na religijnej liryce w Anglii, ale ostatecznie zbankrutował na jednym i drugim. Zdarzało mu się zastawiać meble, by sfinansować czasopismo „The Savoy” ze słynnymi dziś rysunkami Beardsleya, o czym ten nigdy się nie dowiedział. W historii literatury takich wydawców jak Smithers wspomina się – jeśli w ogóle – dość lekceważąco, ale on i Beardsley opatrzyli cmentarny gotyk epoki wiktoriańskiej stemplem „przedwczorajsze” i stworzyli art nouveau. To nowatorstwo nie przyniosło wydawcy szczęścia ani zamożności: w 1907 roku zmarł w zupełnym ubóstwie.

Gdy zmagający się ze śmiercią Beardsley przekazywał Smithersowi swoją ostatnią prośbę, nie chodziło mu rzecz jasna o problem prawny. Jako skruszony grzesznik szybko, podobnie jak potem Oscar Wilde, przeszedł na katolicyzm i nie chciał stanąć z balastem swoich ilustracji do Lizystraty przed niebiańskim Sędzią, najwyraźniej zakładając, że ów Sędzia łatwiej mu wybaczy homoseksualizm niż artystyczne frywolności. Nie wiemy, czy wydawca w ogóle mógł spełnić jego błagalną prośbę. Wiadomo za to, że Smithers sprzedał swoim klientom-bibliofilom wiele sfałszowanych kopii tego listu, może wraz z ostatnimi egzemplarzami sztuki, których cenę to świadectwo zapewne znacznie podwyższało.

Jako uznana klasyka tekst Lizystraty nigdy zresztą nie był zakazywany, nie pojawia się nawet na watykańskim indeksie. Arystofanes był przez setki lat autorem zapomnianym i nawet mimo ponownego odkrycia go w XIX wieku żadna z jego sztuk nie cieszyła się szczególną popularnością. A już na pewno nie Lizystrata, ponieważ – i tu zwodzą zuchwałe ilustracje Beardsleya – jest to właściwie sztuka poważna, a nie lekka komedia. W momencie premiery w 411 roku p.n.e. Ateny toczyły dwudziestoletnią już wojnę ze Spartą i nie było widać końca tych zmagań. Lizystrata chce strajkiem miłosnym skłonić mężczyzn po obu stronach do złożenia broni i zapewnić w ten sposób – przynajmniej na scenie – długo wytęskniony pokój. Udaje jej się, gdyż kobiety są rozsądniejsze od mężczyzn – już to wystarczyło do utopienia sztuki w odmętach niepamięci. Żarliwy głos przeciw wszelkiej polityce wojennej przywrócił sztuce atrakcyjność w XX wieku: pisarz i reżyser Fritz Kortner uaktualnił podstawową pacyfistyczną ideę sztuki i powiązał strajk miłosny z groźbą dozbrojenia Bundeswehry bronią atomową, co usiłował przeprowadzić ówczesny minister obrony Franz Josef Strauß. Gdy w styczniu 1961 roku adaptacja Kortnera miała być emitowana przez telewizję w całych Niemczech Zachodnich, usłużny lokalny nadawca sprzyjający ministrowi zbojkotował emisję w Bawarii. Chociaż decyzja była ewidentnie polityczna, oficjalne uzasadnienie nadawcy głosiło, że sztuka rani „poczucie obyczajności społeczeństwa”.

Franz Kafka zakazał w ostatniej woli publikacji swoich tekstów. Po jego śmierci znaleziono w biurku prośbę do przyjaciela Maksa Broda: „wszystko, co po mnie zostanie (…) w dziennikach, rękopisach, listach”, powinien on „w całości i bez czytania” spalić. Sam Kafka miał zwyczaj palenia rękopisów, które uważał za nieudane. Jego ostatnia przyjaciółka Dora Diamant, z którą na krótko przed śmiercią mieszkał w Berlinie, musiała pod jego okiem zniszczyć wszystkie napisane przezeń w ciągu tych miesięcy teksty (z wyjątkiem Schronu). Jak wiadomo, administrator spuścizny Kafki Max Brod nie wykonał jego woli i uratował dzięki temu jedne z najbardziej znanych dzieł światowej literatury: Zamek, Proces, Amerykę

Gdy Wergiliusz zabronił w testamencie publikacji swoich niegotowych rękopisów – do czego August się nie zastosował i w ten sposób zachował dla potomnych Eneidę – to dyspozycja ta była zasadna z punktu widzenia estetyki i krytyki literackiej. Z Kafką było inaczej. Chciał on, by zniszczyć bez wyjątku „wszystko napisane lub narysowane”, co z jego spuścizny znajdowało się w jego domu, w biurze, u przyjaciół lub znajomych. Ta radykalna dyspozycja nie dotyczyła więc tylko tekstów literackich, lecz wszystkiego, co pozostało na papierze. Ponieważ Kafka uważał się za istotę żywą wyłącznie w pisaniu, jego ostatnia wola była w pełni konsekwentna: wraz z końcem swego cielesnego życia odbierał sobie dalsze życie w świadectwach pisanych.

Ten epizod ma nader przykry ciąg dalszy, prawie nieznany opinii publicznej. Max Brod uratował spuściznę Kafki nie tylko przed jego ostatnią wolą w 1924 roku, lecz także przed niemieckimi wojskami w 1939 roku, gdy w ostatniej chwili uciekł z Pragi do Palestyny. W 1945 roku podarował należące do niego rękopisy, listy i rysunki swojej współpracownicy Ester Hoffe, która ofiarowała je później swym córkom Evie i Ruth. Od 1956 roku wszystko znajdowało się w sejfie bankowym w Zurychu. Właścicielki, które długo nie mogły uzgodnić ostatecznego miejsca przechowywania rękopisów, postanowiły w końcu sprzedać je Deutsches Literaturarchiv w Marbach. Archiwum już wcześniej kupowało manuskrypty Kafki od Ester Hoffe, m.in. powieść Proces. Latem wszakże 2009 roku sąd rodzinny w Tel Awiwie odmówił siostrom prawa do dziedziczenia własności ich zmarłej matki. Adwokaci wyjaśnili im, że państwo Izrael uważa dokumenty znajdujące się w Zurychu za „dobro kultury narodowej”. Adwokat izraelskiej Biblioteki Narodowej argumentował, że nie wiadomo, czy Ester Hoffe kiedykolwiek była właścicielką tych rękopisów, mimo że istniało przecież pismo Maksa Broda o przekazaniu jej darowizny. Przyjęta taktyka jest wyraźnie widoczna: skuteczne jak dotąd podważenie prawa do dziedziczenia pozbawia siostry dostępu do szwajcarskiego sejfu, w którym znajdują się też pieniądze i kosztowności matki – zapewniające im niezbędne środki do życia. Kiedy więc wskutek przewidywalnej przewlekłości postępowania popadną w kłopoty materialne, będą zmuszone ulec adwokatom strony przeciwnej. Sytuacja jest bardziej absurdalna, niż mógłby ją wymyślić sam Kafka: chociaż nie chodzi o dziedziczenie, lecz o darowiznę za życia, państwo Izrael uważa rękopisy Kafki za dobro narodowej kultury, nawet jeśli praski Żyd Kafka nigdy nie był w Palestynie, państwo Izrael powstało dopiero 25 lat po jego śmierci, a sporna zawartość sejfu nie znajduje się na terenie Izraela. Co więcej, Izrael domaga się teraz nawet manuskryptu Procesu, który Ester Hoffe w 1988 roku zaoferowała przez Sotheby’s za 3,5 miliona marek zachodnioniemieckich i który kupiło Deutsches Literaturarchiv Marbach. Nikt nie kwestionował prawomocności tej sprzedaży i nawet izraelski sąd uznał w 1974 roku darowiznę Broda. Teraz miałoby to wszystko nie obowiązywać. Zakaz dostępu do szwajcarskiego sejfu jest nie tylko osobistym dramatem wiekowych sióstr Hoffe, lecz także uniemożliwia de facto historykom literatury i biografom korzystanie ze znajdującego się tam materiału oraz jego ocenę.

Skrajna próba zatarcia śladów po sobie jako pisarzu w wykonaniu Kafki ma przeciwstawny odpowiednik w autokreacji pisarza jako twórcy jednego dzieła. Margaret Mitchell napisała jedną książkę, legendarny bestseller Przeminęło z wiatrem. Nieprawda. Urodzona w 1900 roku Mitchell miała też życie przed Wielką Księgą, która w 1937 roku zdobyła Nagrodę Pulitzera i odniosła największy sukces handlowy w historii Ameryki Północnej. Biografowie podają, że Mitchell, pochodząca z zamożnej rodziny adwokatów, chciała najpierw być lekarką, ale potem wyszła za mąż i w wolnym czasie odmalowywała w powieści historię swej ojczystej Georgii podczas wojny secesyjnej. Jest to z pewnością ładna opowieść o tym, jak pani domu z południowych stanów w patriotycznym uniesieniu chwyta za pióro, by dla ratowania honoru ojczyzny napisać swoją pierwszą i jedyną powieść. Tyle że ta historia nie całkiem się zgadza: Margaret Mitchell zawsze chciała być tylko jednym – sławną pisarką. Gdy w 1925 roku wychodziła za mąż, miała za sobą udaną roczną praktykę dziennikarską. A powieści pisała już jako młode dziewczę, lecz przez wzgląd na rodzinę nie wysyłała ich do wydawnictw. Rękopisy krążyły wśród jej wielbicieli, a wybranek mógł na koniec wziąć cenny manuskrypt w zastaw miłości. W spuściźnie jednego z takich wielbicieli znalazło się przed mniej więcej dziesięciu laty pudełko po butach z rękopisem marzycielskiej powieści miłosnej pióra siedemnastoletniej wówczas Margaret Mitchell. To odkrycie było tak sensacyjne dlatego, że dotychczas nie pojawiły się żadne wcześniejsze świadectwa jej pisarstwa. Tym samym jej stylizacja na autorkę jednego dzieła okazała się kamuflażem: w rzeczywistości Margaret Mitchell zatarła wszelkie ślady swej działalności literackiej sprzed Przeminęło z wiatrem i poleciła, by po jej śmierci zniszczyć wszystkie teksty, jakie się jeszcze znajdą w jej spuściźnie. W ten sposób zaprojektowała sobie pomnik zasadniczo niezwiązanej z literaturą patriotki, która stała się pisarką tylko z miłości do ojczyzny.

Nie można wszakże wykluczyć, że ta inscenizacja nie była jej lub wyłącznie jej pomysłem. Wizja, jakoby czcigodna pani domu z pokonanego Południa sięgnęła po pióro, by straszne czasy wojny domowej ukazać w łagodnym świetle pojednania, nadała powieści ów nimb autentyczności, który zdecydował o jej sukcesie.

Takie wspólne strategie marketingowe autora i wydawnictwa zdarzały się już wcześniej i kiedyś przyniosły światową sławę pewnemu nieznanemu autorowi. Był nim Erich Maria Remarque z powieścią Na Zachodzie bez zmian. Już druk fragmentu w dużej berlińskiej gazecie wydawnictwo obwieszczało jako relację prostego niemieckiego żołnierza. Remarque miał nie być „zawodowym pisarzem”, lecz tylko wyrażać środkami literackimi swoje przeżycia frontowe. Prawda o wojnie nie znajduje się w memuarach generałów, lecz właśnie tutaj. Dzięki takiej marketingowej strategii sugerującej dzieło rzekomo autobiograficzne wydana w 1928 roku książka szybko osiągnęła międzynarodowy sukces mierzony w milionach wydrukowanych egzemplarzy. Dopiero wydania publikowane po nazistowskiej Rzeszy, w której była zakazana, zaliczają ją do odmiany gatunkowej „powieść”.

Ta mistyfikacja nie tylko upowszechniała wśród czytelników fałszywe informacje, lecz także tworzyła autorowi zupełnie nową tożsamość: cały literacki dorobek Remarque’a sprzed Na Zachodzie bez zmian został ukryty. W rzeczywistości obejmował do tamtego momentu dwie wydane powieści i co najmniej trzysta krótkich opowiadań, esejów, wierszy i innych tekstów publikowanych w renomowanych czasopismach. Zabieg ten był możliwy, ponieważ inaczej niż dziś przepływ informacji miał ograniczony zakres: berlińskie czasopismo docierało najwyżej do większych miast po Frankfurt, ale już nie za linię Menu. Remarque był pisarzem znanym tylko w wąskim, wybranym kręgu. Ta elitarna grupa zaś nie stanowiła dla wydawnictwa grupy docelowej dla książki Remarque’a o wojnie. Grał on więc w grę wydawnictwa i wymazał swoje całkiem udane życie dziennikarza na rzecz nieliterackiej biografii wojaka. Jego książka była w pełni autentyczna, ponieważ opierała się na zebranych przez niego relacjach żołnierzy frontowych. Nie były to jednak jego osobiste przeżycia, a on nigdy tego nie twierdził. W wyniku tej skutecznej strategii utracił wprawdzie swoją przeszłość, ale godził się na to. Więcej nawet: był rad, że wydawnictwo, jak się przypuszcza, wykupiło i zniszczyło wszystkie dostępne jeszcze egzemplarze jego pierwszej powieści Dom marzeń.

Istotnie, ta wydana w 1920 roku „powieść o artystach” jest odstręczająco nieudanym młodzieńczym płodem, w którym kiczowate sceny przeplatają się z nadętymi rozważaniami o filozofii życia. Ta romantyczna skłonność i towarzysząca jej apoteoza pogodnych czasów przedwojennych kolidowały z realnością życia, w którym Remarque znajdował wszystko jako „chybione, wypaczone, złamane” (dziennik z 13.10.1918). W tym okresie dezorientacji uzyskał wykształcenie nauczycielskie, podjął pracę nauczyciela pomocniczego w trzech miejscach na najgłębszej katolickiej prowincji i uciekł w tę młodzieńczą próbę, by przynajmniej w powieści pojednać sztukę z życiem. Literacko utwór jest bezwartościowy i nieistotny, ale w biografii Remarque’a oznacza, że podjął on decyzję, iż zostanie pisarzem. Swoim późniejszym dziełem wymazał grzech młodości.

Całkiem podobnie Ödön von Horváth chciał unieważnić swoje pierwsze dzieło Buch der Tänze [Księga tańców]. Już w 1926 roku, cztery lata po publikacji, wycofał z wydawnictwa dostępne jeszcze egzemplarze, poprosił także przyjaciół o zwrot i wrzucił wszystko w ogień. Ponieważ nakład wynosił tylko 500 numerowanych egzemplarzy, udało mu się większość z nich spalić, ale czasem pojawiają się one jeszcze na aukcjach.

Francuski powieściopisarz Gabriel Chevallier odbył przeciwną niż Remarque drogę artystyczną. W antywojennej powieści La peur [Strach] z 1930 roku ten były żołnierz piechoty opisał w sposób nieuszminkowany i nader bezpośredni jak na stosunki francuskie strach jako dominujące uczucie żołnierzy w okopach. Ponieważ groziła nowa wojna z Niemcami, w 1938 roku wycofał książkę z obiegu, aby nie narazić się na zarzut defetyzmu. Możliwe, że doradziło mu ten krok wydawnictwo, ponieważ podejrzenie o brak patriotyzmu mogło zagrozić jednemu z największych sukcesów we francuskiej literaturze: mianowicie po swojej nadal jeszcze poruszającej i autentycznej powieści antywojennej Chevallier zmienił się w nieszkodliwego, na wskroś konserwatywnego pisarza rozrywkowego. Jego powieść Skandal w Clochemerle z 1934 roku należy do kanonu francuskiego stanu średniego i stała się nawet międzynarodowym bestsellerem. W tej obszernej książce znajdują odzwierciedlenie wszystkie popularne schematy o zdrowym, prostym życiu w miasteczku na południu Francji. Po części farsowa fabuła, napędzana przez spór o nowo postawione toalety nieopodal kościoła, prowadzi do wniosku, że polityka jest rzeczą, od której obywatel powinien się trzymać z daleka, jeśli chce się cieszyć beztroskim życiem. Po 1945 roku Chevallier rozbudował wątek Skandalu w Clochemerle do trylogii kończącej się przed wybuchem II wojny światowej. Gdy zmarł w 1969 roku, nikt nie pamiętał o jego wczesnej powieści antywojennej, choć pod względem literackim znacznie przewyższała ona powieści z cyklu „Clochemerle”. Nawet poważne leksykony wymieniają go dzisiaj jako autora wyłącznie tego przeciętnego bestselleru.

Gdy w 1896 roku Marcel Proust opublikował swoją pierwszą książkę Les plaisirs et les jours [Rozkosze i dni], uchodził za kogoś, kto jako bogaty z domu dla zabicia czasu pisze wytworne szkice o życiu wyższych sfer dla arcykonserwatywnego „Figaro”. Książka ukazała się w drogim, luksusowym wydaniu z ilustracjami uwielbianej malarki Madeleine Lemaire, z przyjemnymi fragmentami muzycznymi przyjaciela Prousta Reynalda Hahna, i z życzliwą przedmową Anatole’a France’a – co wraz z subtelnymi tekstami Prousta pozwalało wyczuwać rękę zamożnego amatora. Gdy wytknął to wyraźnie pewien krytyk, Proust poczuł się źle zrozumiany i dał odpowiedź, która dziś już wyszła z mody: wyzwał go na pojedynek. Szybko jednak sam dostrzegł, że te pierwsze próby o rozproszonej tematyce i niejednolitym stylu niezupełnie są tym, co sobie zamierzył. Najchętniej odebrałby z powrotem książkę, którą obdzielił wszystkich swoich przyjaciół.

Wkrótce zaczął od nowa opracowywać doniosły temat tamtej epoki – rozdarcie jedności ja i świata – tym razem w ogromnej powieści, której istnienie ukrywał przed znajomymi. Pisał Jana Santeuila przez cztery lata i jeszcze przed ukończeniem dzieła zniszczył je. Nie całkiem jednak. Przedarł strony, ułożył je porządnie w pudle na kapelusze i schował do szafy z ubraniami. Szafę i pudło odziedziczyła bratanica, która trzydzieści lat po śmierci Prousta zaprowadziła biografa André Maurois do starego mebla i do literackiej sensacji w nim. Nikt dziś nie wie, dlaczego Proust nie zniszczył tego tysiącstronicowego rękopisu. Może po prostu zapomniał.

Ostatnia powieść Vladimira Nabokova pozostała niedokończona. Jeszcze na szpitalnym łóżku, ścigając się ze śmiercią, pracował on nad rękopisem, którego pierwszą wersję spisał jak zwykle na małych kartach katalogowych. Umierając 2 lipca 1977 roku, pozostawił 138 takich karteluszków w formacie A7 z początkiem powieści pod tytułem Oryginał Laury i ironicznym podtytułem Umieranie to świetna zabawa. Gdy stwierdził, że nie doprowadzi już tego dzieła do końca, polecił spalić karty po swojej śmierci. Jego żona Vera i syn Dmitri sprzeciwili się temu życzeniu i zamknęli fragment w sejfie. Odtąd wielbiciele tego autora, ekscytowani nowymi szczegółami, które Dmitri ujawniał z marketingową zręcznością, dyskutowali nad „za i przeciw” spaleniu. Zwolennicy obrócenia fragmentu w popiół argumentowali, że niegotowy rękopis nie oddawałby sprawiedliwości sławie Nabokova jako perfekcjonisty, przeciwnicy zaś chcieli ocalić każde, choćby niepełne zdanie jako wyraz jego geniuszu. Jak należało oczekiwać, syn Dmitri postąpił zgodnie z własnym scenariuszem i wychwalając fragment jako „najbardziej skondensowany destylat kreatywności mojego ojca”, podał tekst do druku – w postaci odbitek 138 luźnych kart. Na ostatniej zapisanej karcie Nabokov napisał: „wymazywać wykreślać kasować” [przeł. L. Engelking – przyp. tłum.].

Zniszczenie własnego dzieła literackiego przez autora jest ostateczną formą zakazu lektury. Wprawdzie z reguły obowiązuje stwierdzenie Horacego: „zawsze można zniszczyć, czegoś nie wydał, głos uwolniony nie wróci” [przeł. A. Lam – przyp. tłum.], ale przykłady Remarque’a czy Horvátha pokazują, że choć nielubiane wydrukowane dzieło nie znika zupełnie, to znika pamięć o nim. Wielu autorów próbowało sprawić, by nowo opracowana, druga wersja pozwoliła zapomnieć o pierwszym wydaniu tekstu: Zielony Henryk Gottfrieda Kellera pokazuje jednak dobitnie, jak mało sensowna jest taka próba.

Dostrzeżenie własnych braków mogło być najczęstszym powodem niszczenia dzieła przez jego autora. Grecki mąż stanu Solon miał z podziwu dla lepiej brzmiących wersów Homera spalić swoje zbyt suche poezje. To samo opowiada się o Platonie: także on podobno rzucił w ogień swe utwory epickie zniechęcony porównaniem ich z Homerem. Poznawszy Sokratesa, miał rzekomo zniszczyć też własne tragedie. Tego rodzaju anegdoty, nierzadko pojawiające się w życiorysach pisarzy, trzeba traktować ostrożnie: są niesprawdzalne, przysparzają jednak chwały takim dowodem bezlitosnej samokrytyki i skupiają uwagę czytelnika na dziele, które zdołało sprostać nawet jej. Nie potrafimy zweryfikować, czy Truman Capote po wielkim sukcesie Śniadania u Tiffany’ego rzeczywiście wyrzucił nową powieść, którą właściwie uważał za obiecującą, bo coś mu w niej przeszkadzało.

Pewne jest, że Nabokov po długich wahaniach co do możliwości realizacji tematu i zdesperowany trudnością kompozycji chciał spalić pierwsze rozdziały swojej powieści Lolita i porzucić cały zamysł. W ostatniej chwili powstrzymała go żona.

Jest też zresztą przeciwny przypadek: żona Roberta Louisa Stevensona, przeczytawszy rękopis noweli Niezwykły przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a, powiadomiła przyjaciela, że jej mąż napisał zupełnie bezsensowną książkę: „Na szczęście znów o niej zapomniał, więc pokażę Ci ją, a potem spalę”. Adresat listu był zaprzyjaźnionym pisarzem i krytykiem, można więc przypuszczać, że jego opinia zapobiegła groźbie zniszczenia rękopisu.

Nie wiadomo, dlaczego Wergiliusz polecił w testamencie spalić Eneidę. Starożytne źródła (np. Pliniusz, naturalis historia 7, 114) podają jako przyczynę nieukończony stan dzieła, ale może autor po prostu stwierdził, że to epos okropnie nudny. W każdym razie August sprzeciwił się tej ostatniej woli, a Rafael w grisaille’u pod freskiem Parnas w stanzach przedstawił nader dramatycznie scenę ratowania rękopisu z płomieni. Sam August zniszczył swoją tragedię Aiax, gdyż uznał ją za nieudaną stylistycznie. Przyjaciołom pytającym o postępy w pracy nad nią odpowiedział ironicznie: „Mój Ajaks rzucił się na gąbkę”[1].

Wypędzony przez Augusta z Rzymu poeta Owidiusz twierdzi nieraz, że z gniewu i rozpaczy spalił rękopisy, ale nauka niezbyt dowierza jego lamentowi. Wyprawa wszakże na zesłanie nad Morze Czarne była – zgoda, że niepożądaną – okazją do odciążenia bagażu. Zmiana warunków życia zmusza do przejrzenia dorobku, a rewizja dorobku może też umożliwiać zmianę sposobu życia. Goethe wielokrotnie przeprowadzał radykalny życiowy bilans, palił rękopisy, listy i dokumenty, wcale nie ukrywając takiej autocenzury. We wrześniu 1767 roku pisał z Lipska do swojej siostry Cornelii: „Belsazar, Isabel, Ruth, Selima ppppp mogą zmazać swoje grzechy młodości tylko przez ogień”. W autobiografii Z mojego życia (II, 6) informuje, że z lipskiego autodafe ocalał tylko zbiór wierszy Annette, sielankowa sztuka Die Laune des Verliebten i Oden an meinen Freund. W marcu 1770 roku przed wyjazdem do Strasburga spalił wszystkie próby z wyjątkiem Mitschuldigen (tamże, II, 8). Po zamieszkaniu w Weimarze, w nowej sytuacji, tym razem już nie tylko poety, lecz także odpowiedzialnego polityka, przeprowadził na swoje trzydzieste urodziny wewnętrzną i zewnętrzną inwentaryzację i zanotował w dzienniku (7.08.1779): „W domu porządki, papiery przejrzane i stare powłoki spalone. Inne czasy, inne troski. Ciche spojrzenie wstecz na życie (…)”. Takie linienie i palenie „starych powłok” było dla niego ważne i nie wiadomo, co literatura w konsekwencji straciła. Z obawy przed ciekawskimi oczyma wrzucił w ogień korespondencję przed potajemną ucieczką do Włoch; także przed wyprawą szwajcarską zapisał w dzienniku: „W domu. Listy spalone” (2.07.1797), i ponownie: „Listy spalone. Piękna zielona barwa ognia, gdy papier płonie koło drucianej siatki” (9.07.1797). Wszystkie papiery z Neapolu i Sycylii „dedykował” płomieniom, jak pisał do swojego przyjaciela Zeltera (16.02.1818); podobnie uczynił w 1829 roku ze wszystkimi rysunkami z drugiej podróży rzymskiej. Nie pozostawił potomnym także ewidentnie nazbyt krytycznego dziennika z mało chwalebnej kampanii francuskiej, podczas której towarzyszył swojemu księciu. Tylko dzięki odpisom i ich przypadkowemu późnemu odkryciu zachowały się Urfaust i Wilhelm Meisters theatralische Sendung. Z tego wyliczenia literackich zakazów wymuszonych radykalną autocenzurą wyłaniają się wyraźnie różne motywacje Goethego: chciał się w nowych fazach życia uwolnić od starych ciężarów; chciał dzięki zniszczeniu intymnej korespondencji uniknąć ewentualnych niedyskrecji i wywołanych nimi trudności; chciał sam ustalać swój obraz w historii.

Na początku września 1860 roku Charles Dickens spalił wszystkie listy do niego, które nie dotyczyły wyłącznie interesów, i czynił tak do śmierci. W Anglii sąd dopuszczał jako materiał dowodowy także skradzione fragmenty pism, zwykle w procesach rozwodowych; odczytywano je i publikowano w gazetach. Dickens obawiał się nie tylko tego, że teściowie wytoczą mu sprawę z powodu jego kochanki; nie ufał również swoim dzieciom, które po śmierci ojca mogłyby sprzedać jego korespondencję jakiemuś wydawnictwu. Zdecydowanie nie chciał też, by przyszli biografowie i historycy literatury dowiedzieli się, jak ściśle współpracował ze swoim płodnym przyjacielem Wilkiem Collinsem, gdy zawodziła go wyobraźnia i musiał korzystać z jego pomocy. Przed potomnymi chciał wystąpić jako dżentelmen bez skazy i wyjątkowy pisarz pełen oryginalnych pomysłów.

Kiedy autor niszczy prywatne papiery w celu osiągnięcia powyższych celów, trudno stawiać mu zarzuty – wielbiciele i badacze mogą ubolewać, ale nikt nie ponosi szkody. Ten obraz zmienia się od razu, gdy inicjatywę przejmują politycy, autorzy zaś przestają być panami siebie w królestwie sztuki i są tylko marionetkami w grze władzy, której reguł muszą przestrzegać.


2
Politycy i prorocy

Cesarz August ukarał poetę Owidiusza dożywotnim wypędzeniem z Rzymu. A za co? Nikt tego nie wie, nie wiedział nawet Owidiusz, który tylko przypuszczał, że powodu dostarczyły swobodne wersy Ars amatoria, „sztuki kochania”. To, że w zadziwiająco pruderyjnym Rzymie wywołały one gwałtowną krytykę, wiemy z wersów 361–388 późniejszych Remedia (Lekarstwa na miłość), ale dlaczego August miałby w 8 roku n.e. karać autora za książkę sprzed siedmiu lat? Częste powtarzanie tej tezy nie czyni jej bardziej prawdopodobną. Wydaje się ona raczej projekcją starych profesorów, którzy wszelki rodzaj erotycznej literatury uważają za karalny.

Owidiusz musiał wprawdzie spędzić resztę życia w smętnej dziurze gdzieś na krańcach rzymskiego imperium, jednak żadne z dzieł tego poety nie zostało zakazane przez Augusta. Przysłał do Rzymu w rocznych odstępach pięć ksiąg Tristiów. Opowiadają one o podróży morskiej, przybyciu do odległego miejsca, tęsknocie za Rzymem i obawie przed utratą natchnienia z dala od metropolii. O wiele mniej elegijnie pomstował w Ibisie na znienawidzoną banicję, mimo wszystko mógł opublikować to dzieło około 10 roku n.e. Późniejsza poezja epistolarna Epistulae ex Ponto (Listy znad Morza Czarnego) mówi wprawdzie o bliżej nieokreślonej winie, ale zasadniczo zgadza się z Augustem, który niechby okazał się łaskawy i uchylił wygnanie lub przynajmniej wyznaczył jakieś większe miasto. Poezje te są skierowane do wymienionych z nazwiska przyjaciół, którzy mają się wstawić u cesarza za Owidiuszem. Zostały wydane w 13 roku n.e., a więc jeszcze za życia Augusta, i nie wywołały żadnej reakcji władcy.

August nie miał najmniejszego powodu zakazywania jakiejkolwiek książki Owidiusza, gdyż autor ten był lojalnym propagatorem jego polityki. W Fasti (Kalendarz świąt) na lata przed zesłaniem dowiódł, że w pełni się zgadza z nowym kursem cesarza, i wspierał go w tym, by dzięki ożywieniu na nowo starorzymskiej tradycji zepchnąć w niepamięć republikę. Także jego najbardziej znane dzieło, Przemiany, jest jedną wielką nieskrywaną pochwałą Augusta: opowieść biegnie tropem historycznym i ukazuje zmiany w świecie od chaosu na początku do stworzenia ustroju cesarstwa przez Augusta. Zatem wypędzenia Owidiusza z Rzymu z pewnością nie spowodowała treść jego ksiąg. Przyczyna pozostanie zapewne na zawsze nieznana.

Książki historyczne przedstawiają nam długie panowanie cesarza Augusta jako okres rozkwitu kultury. Wielce wysławiana Augustyńska klasyka powstała jednak na tle konsekwentnego i pozbawionego skrupułów wykluczania nielubianych autorów i niszczenia ich dzieł. W 44 roku p.n.e. pierwszym posunięciem spadkobiercy Juliusza Cezara był zakaz rozpowszechniania jego wczesnych pism; w ten sposób August określił obraz Cezara w oczach opinii publicznej. Wypędził z Rzymu neopitagorejczyka Anaksylaosa; historykowi Timagenesowi pozwolił osobiście spalić własne dzieła, dzięki czemu ten uniknął procesu, ale dziejopis Titus Labienus został skazany, a jego historyczne i retoryczne księgi publicznie spalono.

Przejąwszy władzę decyzyjną w kwestiach religijnych, August zarządził pierwsze masowe palenie książek. Pod koniec 12 roku p.n.e. polecił skonfiskować i rzucić w płomienie ponad 2000 ksiąg wyroczni i pism proroczych. Podobnej akcji w państwie rzymskim wcześniej nie było. August sprawił w ten sposób, że jego działania jako trybuna w polityce wewnętrznej i decyzje w polityce zagranicznej jako naczelnego wodza wojsk nie mogły już być kwestionowane przez ludność. Pytanie, co niesie przyszłość, na które wcześniej każdy obywatel sam znajdował odpowiedź w ulubionych greckich i łacińskich pismach wyroczni, wydawało się teraz uchylone na rzecz politycznego dekretu najwyższego szczebla.

Ludność wszakże jęła się podstępu: ponieważ August uratował Eneidę Wergiliusza, to nauczenie się czegoś z tego dzieła, na przykład o przyszłości, nie mogło być zakazane. Zadawano więc pytanie i szukano odpowiedzi w przypadkowo wybranym miejscu tekstu. Równie bezkarnie można było się obchodzić z innym autorytetem literackim – z Homerem. Te sortes vergilianae lub sortes homericae (sortes = l. mn. od sors: los) były jako metoda przepowiedni bardzo popularne i praktykowane jeszcze długo w epoce chrześcijaństwa. Powszechnie znana jest historia Augustyna, którego w ogrodzie wezwał dziecięcy głos: tolle lege – weź księgę i czytaj. Jego spojrzenie pada najpierw na Biblię; Augustyn czyta przypadkowo wybrane wersety, a ten przypadek skłania go do nawrócenia się i do porzucenia świeckiego życia. Ponieważ usankcjonowane teksty Wergiliusza i Homera czy pisma biblijne nie mogły zawierać kłamstw, panowało przekonanie, że każdy wybrany na chybił trafił fragment tekstu zawiera odpowiedź wymagającą tylko odpowiedniej interpretacji, by pasowała do pytania. W pewnych ezoterycznych kręgach uważających inne formy przepowiedni, np. astrologię, za oszustwo stosuje się do dziś sortes nieograniczające się już do literackich autorytetów: również popularni autorzy służą poszukującym odpowiedzi.

To usunięcie ksiąg z wyroczniami występowało nie tylko przeciw osobistej swobodzie wyznania i poglądów. August polecił także zabrać ze świątyni Jowisza na Kapitolu święte księgi sybillińskie i przenieść je do jego osobistej świątyni Apollina na Palatynie. Wyrocznia republiki znalazła się więc w prywatnym posiadaniu jedynowładcy.

Legenda głosi, że pewna stara kobieta chciała sprzedać królowi Tarkwiniuszowi, ostatniemu królowi Rzymu etruskiego pochodzenia, zestaw ksiąg proroctw. Król odmówił dwa razy i za każdym razem kobieta wrzucała trzy księgi do ognia, nie obniżając jednak ceny zestawu przy następnej ofercie. Za radą swoich kapłanów król nabył w końcu ostatnie trzy księgi i stara kobieta zniknęła. Była to zapewne słynna Sybilla Kumańska. Jej zbiór tekstów proroczych przechowywano w podziemiach świątyni Jowisza i strzeżono niczym państwowego skarbu. Tylko wtedy, gdy państwo wydawało się zagrożone lub jakieś niepokojące oznaki wskazywały na bliskie nieszczęście, specjalne gremium odpowiedzialnych kapłanów mogło szukać porady w tych tekstach. Gdy w 83 roku p.n.e. świątynia spłonęła, zniszczeniu uległy także księgi Sybilli i zastąpiono je zbiorem tekstów z innych sybillińskich miejsc kultu, cieszącym się takim samym autorytetem jak utracone oryginały. Zadanie kolegium kapłańskiego polegało na interpretowaniu najbardziej zagadkowych zdań, tak by mogły one wspomagać decyzje władcy w kryzysowych sytuacjach.

Gdy August w trakcie masowej konfiskaty i palenia ksiąg wyroczni oraz systematycznego wypędzania wróżbitów zabrał te sybillińskie księgi państwu i uczynił je swoją własnością, przypuszczalnie wymazał wszystkie sentencje, które uznał za niekorzystne. Kluczowa jednak była nie tyle taka cenzura, ile wyłączne władanie całą pozostałą resztą, której interpretacja przestała podlegać jakiejkolwiek kontroli. Zawładnięcie przeszłością umożliwiło manipulację przyszłością lub, jak to ujął George Orwell w Roku 1984: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość” [przeł. T. Mirkowicz – przyp. tłum.]. U Orwella jeden z wydziałów Ministerstwa Prawdy zajmuje się zacieraniem wszelkich pisemnych śladów przeszłości niezgodnych z panującą polityką. Jedyna szansa na kierowanie przyszłością tkwi w zawładnięciu przeszłością i teraźniejszością, a więc w przyswojeniu sobie źródeł i w zmonopolizowaniu ich interpretacji. Przyszłość nie jest już wtedy jakąś niekreśloną wielkością, lecz konsekwentnym wynikiem. Cel w postaci uchylenia przypadkowej przyszłości zostaje osiągnięty.

Zakaz wróżbiarstwa w rzymskiej armii wydaje się na pierwszy rzut oka rozsądny: nie należy demoralizować żołnierzy niepomyślnymi wykładniami. Prywatnych wróżbitów zastąpili wszakże państwowi, uprawiający pewien rodzaj psychologicznego przygotowywania wojny w ten sposób, że swoje przepowiednie podawali jako boskie proroctwa i obiecywali wielkie bogactwo po zwycięstwach. Takie manipulacje znamy już od Greków. Historia wyroczni delfickiej jest historią politycznie motywowanych interpretacji, ale do dziś nie jest jasne, w jakiej mierze już greccy politycy manipulowali przepowiedniami odpowiednio do swoich celów, a w jakiej sami byli manipulowani przez kapłanów. Żadna grecka kampania wojenna nie obyła się bez oficjalnych jasnowidzów i wróżbitów, a z badań znamy też podręczniki z przepisami na fałszowanie wyników walk. Prosty lud lubił przepowiadanie z wyglądu wątroby zwierzęcia ofiarnego, stąd odpowiedni sposób maga: „Pokazuje się wątrobę opatrzoną na pozór inskrypcją. Wewnątrz lewej dłoni mag wypisuje coś odpowiadającego zapytaniu; litery należy napisać żółcią i ostrym octem. Mag bierze wątrobę i trzyma ją przez pewien czas w lewej dłoni. Litery się wżerają i każdy wierzy, że zostały wypisane na wątrobie”.

Takie manipulacje stosowano nie tylko po to, by wzmóc w żołnierzach ducha walki. Wróżbici w służbie władcy mieli ogólnie za zadanie sprawiać, by wszelkie decyzje polityczne były potwierdzane przez bogów, i przeciwdziałać w ten sposób pojawianiu się odmiennych opinii wśród ludności. Następca Augusta, Tyberiusz, powołując się stale na swoich poprzedników, wprowadził w Rzymie cały system takich środków.

August zmarł w 14 roku n.e. Rok później Tyberiusz przywrócił republikańskie lex maiestatis, które pierwotnie miało tylko chronić państwo rzymskie przed zdradą stanu i rewolucjami. Teraz przepis ten stosowano do osób w niełasce. Za takie osoby uważano posługujących się w swoich wypowiedziach podejrzanymi formułami – kryminalizacji uległy więc zamiast faktycznych działań idee i słowa. Tyberiusz stworzył oparty na informatorach i donosicielach aparat inwigilacji, który mógłby służyć za wzór każdej późniejszej dyktaturze. Od razu ograniczył wolność teatrów, prześladował krytycznych autorów i kazał palić ich książki. Potrzebna była do tego szeroko zakrojona praca śledcza: przeszukiwano warsztaty skrybów przepisujących teksty oraz miejsca sprzedaży i prywatne szafy biblioteczne autora i osób, z którymi ów się kontaktował. Senat zaangażował do tego obok policji nieoficjalnych współpracowników, takich jak prywatni donosiciele (delatores), którzy pracowali z własnej inicjatywy i byli nazywani ironicznie „stróżami prawa” lub sami siebie całkiem poważnie tak określali, szpicle (curiosi), śledczy (frumentarii, dosłownie: akwizytorzy) oraz inkwizytorzy z urzędu. Celem były znalezienie, konfiskata i zniszczenie wszelkich odpisów, tak aby dane dzieło wymazać z historii; cel ten nigdy nie został osiągnięty. Nie udało się to także po pierwszym procesie wszczętym przez samego Augusta dwadzieścia lat wcześniej, kiedy historyk Titus Labienus został oskarżony i skazany z powodu swego dzieła o rzymskiej republice; zmuszono go do spalenia swoich pism i do samobójstwa – ale jak nam przekazał Seneka Starszy, Kasjusz Sewerus nauczył się tych dzieł na pamięć.

Tacyt nie chciał czynić Augusta głównym odpowiedzialnym za penalizację przekonań w Rzymie i wolał przypisać winę za to jego następcy. Dlatego nie wspomina o tym wczesnym procesie, lecz obszernie omawia (Roczniki, ks. 4,34 n. [przeł. S. Hammer – przyp. tłum.]) postępowanie przeciw historykowi Kremucjuszowi Kordusowi w 25 roku n.e., kiedy to, jak pisze, oskarżono go „o nowe i wtedy po raz pierwszy słyszane przestępstwo”: w swojej książce historycznej chwalił on Brutusa i Kasjusza, a więc w oczach Tyberiusza afirmował republikę. Tacyt wkłada w usta swojemu koledze mowę obrończą o trudnej do przewyższenia dobitności – także dlatego, że najwyższy wyrok już zapadł. Najpierw Kremucjusz deklaruje swoją niewinność, argumentując, że lex maiestatis można stosować tylko do czynów, nie do słów. Potem wylicza wcześniejszych autorów, którzy mimo swej krytyki władców nie zostali oskarżeni: „czy bardziej dzięki umiarkowaniu, czy roztropności, niełatwo mógłbym orzec. Wszak zlekceważone zarzuty idą w niepamięć, a kto się gniewa, ten zdaje się je uznawać”. Jako historyk Kremucjusz podkreśla, że dotąd można było swobodnie mówić o tych, „których śmierć od nienawiści albo łaski wyzwoliła”, i stanowczo sprzeciwia się interpretacji, która jego ujęcie dawno minionej wojny domowej uznaje za aktualne wezwanie do buntu. Świadom wyroku śmierci, zakończył zdaniem: „Potomność odpłaca każdemu należną mu czcią”, po czym popełnił samobójstwo. Sąd zarządził spalenie wszystkich jego pism. Te jednak, jak pisze Tacyt, „zachowały się, bo je ukrywano, a później wydano”. Nie wspomina już o tym, że dzieło ojca zabezpieczyła córka, i za panowania Kaliguli można było je opublikować. Później następuje komentarz Tacyta, dwa nieśmiertelne zdania, które powinien znać każdy cenzor: „Tym większa zbiera mnie ochota śmiać się z głupoty tych, którzy sądzą, że dzięki obecnej swej władzy potrafią stłumić także następnych wieków pamięć. Albowiem przeciwnie się dzieje: gnębionym duchom przybywa powagi, a postronni królowie albo ci, którzy stosowali tę samą co oni srogość, nic przez to innego, jak tylko sobie hańby, a owym sławy przysporzyli”.

Te zdania zostały napisane dwa tysiące lat temu. Cenzorzy nic się z nich nie nauczyli. O krótkotrwałą sławę Wolfa Biermanna zadbały same sankcje SED; bez zakazu wykonywania jego pieśni w NRD pozostałby on zapewne sympatycznym poetą bukolicznych radości, który zamiast politycznej opiewałby jak Owidiusz erotyczną wolność. Dopiero próba zniszczenia jego egzystencji zapewniła mu sukces. Jemu i niektórym innym autorom opozycjonistom nie mogło się zdarzyć nic gorszego niż utrata wraz z upadkiem NRD wroga, który zapewniał beztroskie życie na Zachodzie.

W opublikowanej jeszcze w 1953 roku, ale nadal aktualnej powieści 451°C Fahrenheita Ray Bradbury opisuje, jak wskutek wkradających się przyzwyczajeń powstają zakazy bez wyroku. Jak wiadomo, zadaniem straży pożarnej jest w tej powieści tropienie książek w prywatnym posiadaniu i palenie ich jako materiałów niebezpiecznych. Jak do tego doszło, opisuje szef tych zalegalizowanych podpalaczy: nie było państwowej cenzury – poziom intelektualny kultury masowej dostosował się do warstw niższych, aby mogła się urzeczywistnić podstawowa zasada równości. Ogromne ekrany telewizorów w mieszkaniach zaznajamiają mieszkańców z codziennymi troskami serialowych bohaterów odbieranych jako pokrewne dusze. Regularnie emitowane quizy pytają o fakty, aby nie pojawiło się pytanie o „dlaczego”. W tym świecie surogatów wszyscy ludzie są równi – jako konsumenci. Odczuwają i myślą za pośrednictwem kategorii wpojonych przez program telewizyjny. Dlatego książki, jako zawierające własne myśli, są niebezpieczne, kwestionują podstawową zasadę równości: sąsiad nie może wiedzieć więcej niż ja. „Taka książka to naładowana broń w sąsiednim domu. Spal ją. Rozładuj broń” [przeł. A. Kaska – przyp. tłum.]. Poza tym straż pożarna, która pojmuje siebie jako strzegącą szczęścia, nie pozwoli „potokowi melancholii i ponurej filozofii zatopić naszego świata” – a nie można zaprzeczyć, że większość światowej literatury, od Platona po Szekspira, skłania do własnego namysłu. W interesie pokoju społecznego nie można tolerować takiego zakłócenia. Dlatego straż pożarna musi spalić każdą książkę: „Ogień jest jasny i jest czysty”. Dzięki temu przepędza się mroczne myśli czy przypływy melancholii. Nawet w tym państwie przyszłości nie udaje się jednak w pełni wyplenić znajomości książek. Pewna mniejszość uczy się tekstów na pamięć i przekazuje tę wiedzę potomkom. Ukryci po miasteczkach, spotykający się w tajnych miejscach koło torowisk nie pozwalają przerwać łańcucha tradycji. Pozostaje niewiadomą, czy nadal będą mniejszością, czy też pewnego dnia zdołają powstrzymać to glajchszaltowanie społeczeństwa.

Wszystkie te słynne utopie państwa jedności zmuszającego swoich obywateli do odindywidualizowanego szczęścia są inspirowane powieścią My rosyjskiego inżyniera i pisarza Jewgienija Zamiatina. Napisana w 1920 roku w Piotrogrodzie pod wrażeniem pierwszego komunistycznego terroru, książka ta narzuciła pewien szablon każdej późniejszej wizji totalitarnego systemu aż po Rok 1984 Orwella. Oczywiście już u Zamiatina wszelkie państwowe środki represji służą tylko pozornej pomyślności wspólnoty: „wolność człowieka = 0 – wówczas nie popełnia zbrodni. […] Jedyny sposób, by uwolnić człowieka od zbrodni, to uwolnić go od wolności” [przeł. A. Pomorski – przyp. tłum.]. Równie oczywiste jest, że tak radykalna i mroczna powieść o państwie nie mogła się ukazać w Związku Radzieckim. Opublikowana w 1924 roku w przekładach na czeski, angielski i francuski, przyniosła autorowi międzynarodową sławę. Aby mu nie zaszkodzić, rosyjski skrót, który ukazał się w 1927 roku w Pradze, określono jako przekład z języka czeskiego. Pełne rosyjskie wydanie ujrzało światło dzienne dopiero w 1952 roku w Nowym Jorku, a potem w 1986 roku w Monachium. Autor, który w 1931 roku wyemigrował do Paryża, nie żył już wówczas od prawie półwiecza. W Moskwie powieść mogła się ukazać dopiero w klimacie pieriestrojki, w 1989 roku – tak wielki był lęk Sowietów przed tą cienką, ale bezlitośnie profetyczną książką.

Każde totalitarne państwo aspiruje do monopolu na rozstrzyganie o przyszłości swoich poddanych czy to w formie komunistycznych planów pięcioletnich, czy – jak w przypadku Adolfa Hitlera – z powołaniem się na „Opatrzność”, która złożyła w jego ręce jako przywódcy los narodu niemieckiego. Na osobiste wróżby z horoskopów, kart czy kryształowych kul nie ma już miejsca. Muszą zostać zakazane, gdyż nie można tolerować prognoz przyszłości odmiennych niż systemowe. Osobliwe jednak, że właśnie politycy, na których spoczywa wyłączny ciężar odpowiedzialności za powszechny dobrobyt, są szczególnie podatni na wszelkiego rodzaju przepowiednie, których swoim poddanym surowo zabraniają. Stalin radził się prywatnie gruzińskiego jasnowidza, w kwestiach państwa zaś korzystał z usług astrologa Wolfa Messinga, nagrodzonego nawet za swoje dokonania członkostwem w Akademii Nauk ZSRR. Również Hitler do końca wyprorokowanej tysiącletniej Rzeszy pozostawał pod wpływem astrologów, podobnie zresztą jak jego paladyni, z których zwłaszcza Heinrich Himmler, organizator Holokaustu, żył w parapsychologicznych światach urojonych. W tym kontekście często wymienia się nazwisko Erika Jana Hanussena jako rzekomo najsłynniejszego astrologa Trzeciej Rzeszy. Nie jest to prawdą choćby dlatego, że Hanussen już 24 marca 1933 roku, prawdopodobnie na rozkaz Göringa, został zamordowany przez ludzi z SA. Nie doświadczył więc „Trzeciej Rzeszy”. Legenda głosi, że w przeddzień podpalenia Reichstagu przepowiedział ten pożar podczas prywatnego seansu spirytystycznego – dysponował bowiem nie tyle wizjonerską mocą, ile najlepszymi kontaktami z wierchuszką NSDAP. To od niej musiał się dowiedzieć o planowanej akcji. Po pożarze trzeba było go uciszyć.

Prawdą w tej historii jest tylko to, że Hanussen był słynnym artystą berlińskiego varieté Scala, w którym występował jako jasnowidz i podczas sezonu 1932/1933 odnosił wielkie sukcesy w zimowym show. Urodzony w Wiedniu jako Żyd Hermann Steinschneider przybrał sobie skandynawski pseudonim artystyczny i schlebiał nazistom, którzy umieli docenić jego wykwintne biesiady w swobodnym damskim towarzystwie. Najwyraźniej czuł się wolny od antysemickich zagrożeń i chlubił się przyjaźnią wysoko postawionych działaczy SA. Nie udowodniono, że faktycznie wiedział o spisku. Jako znający wszakże intymne szczegóły z osobistego życia niektórych dostojników partyjnych, mógł być uznawany przez nich po przejęciu władzy za zagrożenie i dlatego został zlikwidowany.

Mordowanie wróżbitów jest od czasów rzymskich cesarzy sprawdzonym środkiem utrzymania władzy nad przyszłością. Lud nie powinien na własną rękę poznawać swojej przyszłości, gdyż mogłoby to prowadzić do buntów i powstań. Po upadku państwa rzymskiego i rozpadzie państwowych struktur Kościół chrześcijański wypełnił powstałą lukę nową administracją w wykonaniu biskupów, będących zarazem władcami miast, i papieży, którzy panowali jak cesarze i rozdawali urzędy. Ponieważ ich jedyną legitymacją była wiara, Kościół niczego nie obawiał się bardziej niż podważania chrześcijańskich przekonań przez kacerzy. Podczas Soboru Laterańskiego IV w 1215 roku definitywnie ustanowił się władzą hierarchiczną. Odtąd nie tolerował kwestionowania swoich roszczeń do wyłącznej reprezentacji. Z kacerzami i tak zwanymi czarownicami dominikanie radzili sobie stosunkowo łatwo: torturowali ich i palili na stosach. Jak jednak mieli postępować z uczonymi, którzy zdążyli już podnieść astrologię do rangi działu teologii? Skoro Bóg stworzył Słońce i Księżyc, a one dniem i nocą wpływają na ziemskie życie, to nie ma powodu, by gwiazdy i planety nie oddziaływały na człowieka. Przywoływano Gwiazdę Betlejemską jako dowód, że wolą Boga jest, by badano ruch gwiazd, skoro sam Stwórca posługuje się nimi w celu przekazania człowiekowi pewnej nowiny. Czy mrok w chwili ukrzyżowania nie był równie wyraźnym znakiem? Interpretacja znaków na niebie nie jest więc kacerstwem, przeciwnie, pomijanie ich byłoby świętokradztwem.

Ta dyskusja, którą dziś straciliśmy z oczu, będzie dla Kościoła w następnych stuleciach o wiele ważniejsza niż poszukiwanie Szatana. Nikt nie negował wpływu ciał niebieskich na zjawiska przyrody, takie jak przypływy i odpływy, ale to właśnie stanowiło problem: dzięki obliczeniom torów gwiazd można było przewidywać ich ruch z nieomylną precyzją. Astrologowie rozciągali takie przewidywania na inne dziedziny: z tych torów odczytywali zagrożenia w postaci trzęsień ziemi, wojen, epidemii, nieurodzaju i indywidualnych nieszczęść. Gdyby wszakże gwiazdy miały taką moc, osobista modlitwa do Boga i ufność w jego opiekę straciłyby sens, a Objawienie można by zastąpić formułami matematycznymi. Tego Kościół nie mógł tolerować, nawet jeśli doniosłe księgi doktrynalne, na przykład Tomasza z Akwinu, pozostawały zrazu niezdecydowane w tej kwestii.

Znak dał w 1277 roku potężny biskup Paryża: objął zakazem najważniejsze tezy astrologów i obłożył klątwą wszystkich, którzy je podtrzymywali. Zakazane były odtąd poglądy, że ludzki los zależy od ruchu ciał niebieskich, że zdrowie i chorobę, życie i śmierć można wyczytać z pozycji gwiazd, że człowiek przy dogodnym układzie gwiazd będzie żył, a przy niedogodnym umrze i że pozycja gwiazd w chwili poczęcia lub narodzin człowieka ma wpływ na jego późniejsze życie. Był to zakaz horoskopów we wszelkiej formie, który miał nie tylko pozbawiać astrologów środków do życia, lecz także penalizować ich jako kacerzy. Kościół uznał więc za przesąd wszystko, czego wyłącznie on sam nie sankcjonował jako proroctwa biblijnego. Ludzkie pragnienie dowiedzenia się o przyszłości czegoś bliższego niż to, co podaje Objawienie zapowiadające tylko koniec świata, uchodziło teraz za ciekawość rozbudzaną przez diabła. Tę oficjalną doktrynę widzimy w całym jej radykalizmie u Dantego, który za próbę odgadnięcia przyszłości wysłał ciekawskich do piekła ([Boska komedia], Pieśń XX). Zebrała się tam cała prominencja: tebański jasnowidz Tejrezjasz i jego córka Manto, augur Eurypylos, nadworny astrolog cesarza Fryderyka II, Michał Szkot, Guido Bonatti z Forli, znany w XIII wieku zarówno z horoskopów, jak i z traktatu De astronomia, oraz szewc Asdente z Parmy, który został jasnowidzem i, jak sarkastycznie zauważa przewodnik Dantego po piekle, „rad by wrócił do dratwy i szydła,­/­Lecz się za poźno w piekle opamięta”. I jakież osobliwe deformacje ich spotkały: „Twarz odwróciły od piersi i w stronę­/­Oczom przeciwną szły pomimo chęci,­/­Mając z oczyma stopy powaśnione” [przeł. E. Porębowicz – przyp. tłum.].

Paryski zakaz z 1277 roku i pośmiertne potępienie wróżbitów przez Dantego niewiele zmieniły w praktyce. Pragnienie człowieka, by zajrzeć w przyszłość, każe mu łamać wszelkie zakazy. Zwłaszcza że nawet Kościół nie był wcale jednomyślny co do kwestii, jak oddzielić naukową, opartą na obserwacji przyrody astrologię od przesądnej interpretacji gwiazd: w 1302 roku biskup Utrechtu zlecił pewnemu uczonemu zebranie i objaśnienie najważniejszych pism. Wynikiem była jednoznaczna obrona astrologii.

Przewidywanie przyszłości ma w kryzysowych czasach wielkie wzięcie, a spiętrzenie klęsk, jakie nękały schyłek średniowiecza, przyniosło zalew przepowiedni końca świata i nadejścia Antychrysta – nadejścia, któremu Kościół już nie zdoła zapobiec. Na latach głodu, zarazy i wojen korzystali sprytni taktycy, którzy z opłacanymi przez siebie żołnierzami stawali na czele małych miast-państw i świadomie wykorzystywali do utrzymania swej władzy ulubionych przez lud proroków. Nawet pomniejszy władca zwracał się do miejscowej wyroczni, ona zaś uzasadniała jego roszczenia do władzy i umacniała ją pomyślnymi przepowiedniami na przyszłość. Godne uwagi, że do tej roli wybierano przeważnie kobiety, najchętniej stygmatyzowane mniszki. Zaczęło się to w Bolonii od Cateriny Vigri: opublikowana po jej śmierci w 1463 roku biografia wywołała boom na dworskie prorokinie. Perugia, Mantua, Parma, Turyn, Mediolan, Urbino – wszędzie tam u boku władców, także papieży, stały jasnowidzące kobiety. Okres ten skończył się dopiero wraz ze stabilizacją i konsolidacją miast-państw, gdyż władcy i książęta nie potrzebowali już okultystycznego uwiarygodniania.

Polityczne proroctwa mogą mieć nieprzewidywalne, groźne skutki. Ten, kto chce obalić rząd, wymyśla przepowiednię jego upadku i czeka, aż wierzący w nią lud pomoże jej się urzeczywistnić. Dlatego Henryk IV zabronił w Anglii w latach 1402 i 1406 tego rodzaju wizji i polecił ścinać ich głosicieli. Za panowania Henryka VIII były one kwalifikowane jako zdrada stanu. W 1549 roku Edward VI wydał przepisy wyraźnie uzasadniające zakaz proroctw politycznych groźbą buntów: „Niedawno pewne nieżyczliwe osoby o zepsutych umysłach wynalazły, opublikowały i rozgłaszały mętne przepowiednie, aby w ten sposób skłonić do nieposłuszeństwa, zamieszek i buntu…”. Przepisy te wielekroć ponawiano, ale bez wielkiego powodzenia.

Ta nieskuteczność wyjaśnia się samymi proroctwami: nie są to już nowe teksty tworzone w związku z aktualną sytuacją, lecz wypowiedzi rzekomo oparte na starych źródłach i uwiarygodnione przez szanowane autorytety. I tak, astronom Tycho de Brahe, prognozując upadek monarchii francuskiej na 1578 rok, powoływał się na przepowiednie Sybilli. Dawne teksty odczytywano ciągle na nowo, jak to się jeszcze dziś dzieje z Nostradamusem, a interpretacje zręcznie dostosowywały się do nowych lub zmieniających się okoliczności. Ponieważ władcy posługiwali się ściśle tymi samymi metodami i powoływali się a to na teksty sybillińskie, a to na wyrocznię czarodzieja Merlina, Objawienie lub choćby Opatrzność, nie mogli raczej oczekiwać, że ludność będzie przestrzegać zakazu.

Wynalezienie druku w istotny sposób powiększyło zamęt w głowach. Pronosticatio Johannesa Lichtenbergera już w 1480 roku zapowiadał bliski koniec świata i był do 1490 roku dodrukowywany w Niemczech dziesięciokrotnie. We Francji w ciągu XVI wieku ukazało się ponad sto książek z przepowiedniami. Kanonik Richard Roussat opublikował w 1550 roku dzieło, w którym na podstawie zgodności Pisma Świętego z argumentami astrologów datował koniec świata na 1791 rok i w związku z tym dawał budowniczym praktyczną radę, że nie ma już potrzeby, by budowali solidnie. Od czasów reformacji wśród katolików panował apokaliptyczny fanatyzm znajdujący ujście w niezliczonych pamfletach i drukach ulotnych, które wieściły karę bożą, bliski koniec świata lub ostateczne nawrócenie wszystkich odszczepieńców. Protestanci byli nie mniej fanatyczni. Dla Lutra, który uważał papieża za wcielonego Antychrysta, było jasne: „Sąd Ostateczny czeka u bram”. Argumentował tyleż prosto co nielogicznie: „Ponieważ rzeczy tak się mają, nie mam innej pociechy ani innej nadziei prócz bliskiego dnia Sądu. Sprawy zaszły bowiem tak daleko, że Bóg nie może ich dłużej tolerować”. Bóg mógł. Luter przegrał grę strachu z kontrreformacją.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.